Menu :


Link :: 03.07.2009 :: 15:41

12,13 V 5004

Cierpki smak zemsty cz.4 – …i tylko niesmak pozostał 

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Ciekawiście, wierę, jak się owa historia skończyła? Czy stary Timbroke pomścił śmierć żony, czy Summervale poczuł palik w rzyci? Czy tez może Kajdaniarze przejechali po naszych jak żelazny walec, zmuszając do sromotnej ucieczki? 
Patrząc na to, jak się zakończyła owa historia – powtarzam się, wiem, ale wolę wierzyć że nasz los nie jest z góry zapisany… Ale dość dygresyj. Posłuchajcie…

Co było najciekawsze, tudzież najmniej wytłumaczalne, Kajdaniarze wciąż czekali. Prawda, mieli – jak jużem wspominał – mnóstwo czasu. Nawet i miesiąc mogli siedzieć u Mattworthów. Nam jednak wciąż przybywały posiłki, o których nie wiedzieć nie mogli. Zwłaszcza przez ostatnią dobę od powrotu komendanta z orbity ściągali zapowiedziani Ukarzy, których zebrało się cztery tysiące. 
Tym bardziej niewytłumaczalne było, dlaczego Kajdaniarze ruszyli właśnie teraz. 
Demony wiedzą, może Summervale dostał szturchańca z góry, może sam się czekaniem znużył… a może doniesiono mu, że poszukujemy dalszej rodziny Mattworthów – dość że w pewnej chwili, a kończyliśmy właśnie lunch, przyszła wiadomość z wiszącego na orbicie Manuelowego krążownika. Najwyraźniej z trzech pułków stojących u Mattworthów jeden pakował się na ciężarówki i wyruszał… bynajmniej nie na wprost na nas, jeno w kierunku rzecznej przystani.
Ech, żeby to nie były Delfy… jeden nalot, cztery szturmowce, dwa tuziny bomb kasetowych, jakieś dwa-trzy tysiące podpocisków… i z pułku zostałby batalion. A tu trzeba było czekać.
Nie wiedzieliśmy też, czy (a raczej ilu) szpiegów jest w dworze Timbroke. Tedy komendant zwlekał z uruchomieniem Cesarskich – a nuż to była jeno dywersja?
Patrzyliśmy tedy na ekran taktyczny – a tamci w dwie godziny dotarli do przystani, gdzie rychło zawrzało jak w ulu. Jęli montować spore pontony desantowe, takie które mogły przewieźć i czołgi. Następnie na owych pontonach pojawiły się spore skrzynie. Mógłby się w każdej zmieścić mały samochód terenowy. I – najwyraźniej – nie załadowano na pontony ani jednego żołnierza. No, chyba żeby siedzieli w owych skrzyniach – jeno po co?

W tym czasie udało się zlokalizować dwie spokrewnione z Mattworthami osoby. Jednym był kuzyn w pierwszej linii, a dzieliło nas odeń trzy tysiące kilometrów. Co prawda nie nosił on nawet ich nazwiska, ale z braku kogoś lepszego… Drugim był zasię bratanek sir Kennetha. Ten był iście na wyciągnięcie ręki – na orbicie, o, na tamtym krążowniku. Gdy jednak Ines Żelazna połączyła się z nimi, usłyszała że ów pełni wachtę. A wachta to rzecz święta… przed jej końcem skontaktować mógłby się może Wielki Książę – a i tak za pośrednictwem kapitana okrętu. 
Cavendish kazał rychtować skoczek, gotów lecieć do owego kuzyna. Od razu jednak nie wyleciał, czekając na rozwój wypadków.

Może godzina i pięć jednostek ruszyło w dół rzeki. Komendant nachylił się nad ekranem, widać było że usiłuje odgadnąć ich przeznaczenie, a następnie cel… wreszcie zmarszczył brwi i rzucił dwa słowa – Caldwell Bay…
A było to na B2, na początku naszej tam ofensywy. Na pomieniony port uderzyły dwa pułki Kajdaniarzy na naszym żołdzie… wyglądało to na próbę ustanowienia przyczółka, zwłaszcza że za pierwszą falą barek desantowych i kutrów wsparcia płynęły trzy duże okręty desantowe… 
Świta? Nie? To doczytajcie. Powiem wam jeno, że dwa z tych okrętów nawet nie próbowały dobić do brzegu. Wyładowane były –tak, ale rakietami, którymi z trzech mil obróciły pół miasta w perzynę.
A trzeci podpłynął do stoczni, gdzie mieściły się dwa z największych suchych doków na tej ćwiartce planety… i wybuchł, zmieniając oba w dymiące rumowisko. 
Cały „desant” zasię był jeno dywersją.
Tutaj łajby były grubo mniejsze, pewnie zasięg i możliwości nie takie, niemniej – należało aproksymować ich cele. Jednym mogła być wioska zwana Fairfax, położona raptem kilometr od brzegu. Drugim – most na rzece, stanowiący ważną i dochodową wielce dla sir Jamesa przeprawę.
Czyli – mamy zapewne terror tudzież uderzenie po kieszeni. Z drugiej strony, jak później policzyłem, czterdzieści lat myta z mostu nie pokryłoby kosztów wystawienia owego desantu.
Póki co don Alejandro nakazał ewakuować wioskę tudzież przywitać odpowiednio nieproszonych gości. Łatwiej powiedzieć niż zrobić… siedlisko owe nie było takie małe, liczyło tysiąc dusz, a czasu było może dwie godziny. Co do pontonów, były uzbrojone, na największym zbliżeniu z orbity dało się widzieć wieżyczki, pytanie z czym – a my mieliśmy kilka czujek na brzegach, słabo uzbrojonych w moździerze a granatniki, tudzież trzy doraźnie wyposażone łodzie powiedzmy szturmowe. Te, na rozkaz komendanta, wypłynęły z naszej przystani.

W końcu padły pierwsze strzały. Nurt był szeroki, tamci płynęli w sporych odstępach, tedy nie można było liczyć że jedna z barek po trafieniu zablokuje tor wodny, lub pieprznie tak że uszkodzi sąsiada. Poleciały pierwsze granaty, tudzież kule z karabinów – te ostatnie raczej z pobożnym życzeniem, ze trafią w coś ważnego. Kajdaniarskie łajby zasię postawiły ogień raczej zaporowy, siekąc po brzegu niemal na oślep, snadź mieli automatyczne wieżyczki…
A potem przez radio rozległy się radosne wrzaski, wiwaty, na przekazie z krążownika pojawił się krążek czarnego dymu pośrodku nurtu. Pierwsza barka, trafiona chyba z granatnika, po prostu przestała istnieć. 
Komendant uśmiechnął się wstrzemięźliwie, pozwolił na chwilę radości, po czym pochylił się nad mikrofonem i oznajmił że, do kurwy nędzy, zostały jeszcze cztery. 
Znowu – choć mnie tam nie było, niemal mogłem to widzieć a słyszeć. Cielska barek, sunące powoli i błyskające ogniem działek, siekące po nadbrzeżnych zaroślach skąd też gwizdały kule… a także wykwitały obłoczki dymu, gdy wypalono z granatnika lub moździerza – i pociski tychże, których lot można było niemal gołym okiem śledzić, padające w rzekę i wznoszące słupy wody… albo wyrzucające w górę kawałki metalu, gdy któryś trafiał.
Wiele więcej jednak nie zyskaliśmy, poza jedną barką która jęła z wolna nabierać wody, ale wciąż trzymała pozycję i słuchała steru. Tedy za zasięg naszych czujek, które były jeno na granicy ziem Timbroke i Mattworth, wypłynęły aż cztery. Niestety, więcej żołnierzy na brzegach nie mieliśmy, rzekłbyś droga była dla tamtych niemal wolna. Nadszedł zatem czas, by swoje pięć minut miały nasze trzy ścigacze.
Niestety, tylko pięć… każdy z nich był wprawdzie uzbrojony po zęby, ale trzy dni temu były to jeno rekreacyjne motorówki. Nie powiem, równie odważnie co straceńczo podeszły na odległość strzału, potem zaczęły prać z wszystkiego co miały – i takąż samą monetą im odpowiedziano.  
Wykończyli jeszcze jedną barkę, tą która była uszkodzona w pierwszym starciu. Zatonęła powoli, bez fajerwerków jak poprzednia, pozostawiając na wodzie jeno puste skrzynie. Razem z nią poszła na dno jedna z naszych motorówek. Pozostałe dwie, srodze postrzelane, wycofały się.

Teraz już naprawdę mogliśmy tylko czekać… i z niepokojem wysłuchiwać meldunków z ewakuacji Fairfax. Czasu było bowiem coraz mnie, a tłum uciekinierów wciąż wpływał spomiędzy zabudowań. Tak, widziałem nie raz i nie dwa razy takie obrazki… ponaglania sobie, a chcieli zabrać jak najwięcej, najlepiej cały dobytek… gdy komendant zażądał na chwilę przekazu stamtąd – widać było jak pędzą bydło, ładują na wozy świnie i klatki, zapewne z kurami… aż do chwili, w której barki Kajdaniarzy dopłynęły na odległość strzału. 
Dobrze się komendant domyślał – na nieszczęście chyba dwustu dusz, które z pakowaniem dobytku nie zdążyły – i stanęły przed Wszechstwórcą obładowane, świniami, kaczkami, owcami i obrazkami święconymi. 
Na dwóch barkach było chyba ze sto dwadzieścia rur z krótkimi, sześciocalowymi rakietami. Broń do bombardowania narzutowego, przedkładająca siłę nad zasięg i precyzję. Zwłaszcza zdalnie kontrolowana, a tak najwyraźniej było. Dość że z pięciu kilometrów w wioskę trafiło może dwie trzecie pocisków. Ale i tak wystarczyło, by zrównać ją z ziemią…
Dwie z barek – jedna rakietowa i jedna która snadź była wabikiem – zdryfowały następnie dalej i weszły na mieliznę na zakręcie rzeki. Trzecia natomiast chwacko skręciła i przybiła do brzegu jakie pół kilometra powyżej płonącej wioski. A potem wokół niej z wody wyłoniły się postacie w zbrojach wspomaganych…

Sprytne… wyglądało na to, że jednak zechcą utworzyć przyczółek. Trzydziestu pancernych, mieli też plazmowe działka wartownicze, tudzież generatory zasłony dymnej – którą rychło postawili. 
„Wyglądało” zmieniło się na „pewne” gdy po może dziesięciu minutach w górze rzeki na barki jął się ładować cały batalion, od rezydencji Mattworthów zasię ruszyły w kierunku przystani dwa czołgi.
Trzeba się do nich wybrać, stwierdził komendant, i to z przytupem… Panie Cavendish, rzecze następnie, to jak z tymi próbami odbiorczymi? Ano, odparł sir Jason, dwadzieścia trzy Agramy są zmontowane, uzbrojone, jeno wkładka mięsna wsiądzie…
Oczywiście, samymi pancerzami atakować się nie dało, potrzebne było wsparcie lekkiej piechoty. W stosownym czasie, gdyż pancerni potrzebowali godziny na przejazd ciężarówkami i rozwinięcie, na miejscu było sześciuset kwarcianych Timbroke’a tudzież kompania naszych weteranów.
Jednocześnie – nie uwierzylibyście, jak wiele rzeczy potrafi wydarzyć się na raz – kilka z naszych czujek na bagnach zameldowało kontakt i wymianę ognia ze zwiadowcami wroga.
Czas na ćwiczenia, orzekł don Alejandro i kazał łączyć z Thalasem…

Minęła jeszcze godzina… w trakcie której Cavendish stwierdził że komendant poradzi sobie bez niego, wsiadł do skoczka i odleciał do owego kuzyna Mattworthowego. A potem można było się dobrać do kajdaniarskiej skóry…
Którą, oczywiście, jeśli mieli sprzedać to drogo. Okopani byli nieźle, w pancerzach, dodatkowo skryci za zasłoną dymną. Ta była problemem numer jeden – chyba że mieliśmy walić na ślepo…
Użycie lotnictwa do walki było oczywiście zakazane… Książęce myśliwce pilnowały obszaru, na niebie widać było kręgi jakie kreśliły – a piloci zapewne nie mogli się doczekać, aż ktoś ośmieli się rzucić jedną tyciunią bombkę z czegokolwiek latającego... Latać bez broni natomiast było wolno, ile dusza zapragnie – nawet na pełnym gazie na wysokości dziesięciu metrów, sporym skoczkiem który zerwał zasłonę dymną jak turban z Kurgańca.
Kajdaniarze, rzecz jasna, otwarli doń ogień, jeno za późno i niecelnie… owszem, ich broń mogła walić do celów powietrznych, uszkodzić albo nawet strącić skoczek – ale to były Delfy. Co komendant podejrzewał i co się później potwierdziło – nie mieli, bo i po co, oprogramowania do ognia pelot.
Dość że zasłona na chwilę się rozwiała. Na to tylko czekał don Alejandro, rzucając do ataku pancernych, flankowanych przez lekką piechotę. 
Tamci mieli, a jakże, broń przeciwpancerną. Jak tylko pojawili się nasi żołnierze, w kierunku Agramów poleciał tuzin rakiet – i było po czterech pancernych. I taki z tego morał, dziatki, żeby nie gadać za wiele gdy wróg słucha… ponoć na jednej z wyrzutni był napis „dziękujemy za ostrzeżenie, sir Cavendish”… 
Zdawało się zrazu, że atak się załamał. Działka kosiły naszych piechocińców, szlag trafił jeszcze trzy Agramy, z których tylko jeden dało się potem poskładać, na lewym skrzydle kwarciani zaczęli nawet się cofać… był to pozór jeno, w ten sposób don Alejandro poznawał przeciwnika.
Pierwsze uderzenie było tedy rozmyślnie za słabe, rzekłbyś jak fala która rozbija się o zaporę i cofa… a największe baty wzięli pancerni. Jednak – stracił pięciu zabitych i dwóch rannych pilotów tam, gdzie Kostucha zatańczyłaby z setką piechociarzy, albo i gorzej. Potem pozwolił na pięć może minut impasu, bo suspensem tej kotłowaniny nijak nazwać się nie dało – i uderzył potężnie z lewego skrzydła. I tym uderzeniem złamał ich szyk, zepchnął na brzeg, tam już poszła walka wręcz, gdzie pancerni walili do siebie z przyłożenia a nasi piechociarze obalali kajdaniarskie zbroje i palili z karabinów w pachy, wizjery hełmów – aż wszyscy taplali się w krwawym błocie. 
I nie, żadnego żywcem wziąć się nie dało. Zwłaszcza że straciliśmy więcej niż trzech na jednego – tedy nikt ich żywić nie zamierzał. Czterech czy pięciu żyło jeszcze, gdy ich pancerze odmówiły posłuszeństwa – tych zaniesiono do rzeki, czekając cierpliwie aż z przestrzelin ich zbroi przestaną lecieć bąbelki...  
Że nad pobojowiskiem wciąż unosił się dym, nie pozwalający dojrzeć szczegółów z orbity ani z powietrza, komendant spróbował jeszcze jednego fortelu – jednak z niewielką nadzieją na jego realizację. Otóż, ktokolwiek oglądałby prospekt ów z góry, ujrzałby nagle jak z dymu wysypują się piechociarze i zmykają w widocznym popłochu… a byli to głownie lżej ranni, podczas gdy reszta naszych zdążyła się okopać – i przygotować gorące przyjęcie dla desantu. 

Oczywiście, było to z założeniem że żaden z obecnie martwych Kajdaniarzy nie przesłał wiadomości o tym, że właśnie ich wycinają w pień. Tedy don Alejandro specjalnie się nie zdziwił, gdy barki wiozące batalion (a kolejny właśnie się ładował w przystani) zmieniły kurs – i wysadziły żołnierzy na zakręcie rzeki, może parę mil od granicy włości…
Komendant z twarzą pokerową, acz zadowolenie przez nią znać było – gdyż wylądowali niemal pod nosem „szkolącego się” batalionu legionu ukarskiego, tudzież batalionu wagabundów – kazał rychtować zbroję, a następnie włączył przekaz i przemówił do żołnierzy.
Wiedział dobrze, dziatki, czym do Ukarów trafić… i co przemówi do nich bardziej niż jego świeże ojostwo… Co każe wystawić się na ogień, zaryzykować dla oja Corrinho życiem. Mówił tedy o powinności, honorze, niesłownym przeciwniku którego własny klan wyklął, a który w niegodny sposób na rodzinę jego rękę podniósł, bezpieczeństwo obiecując… Rodzina i klan, dziatki… Rodzina i klan…
Kajdaniarze wylądowali tedy bez przeszkód i podjęli niespieszny marsz w kierunku pałacu Timbroke. Nie przeszli nawet kilometra, a nadziali się na ukarską drużynę, która wyskoczyła jak demon z pudełka. Wiedzieli, prawda, że Timbroke wynajął Ukarów. Tedy gdy w pościgu za uciekającymi trafili na więcej synów Kordeth, w sile plutonu… 

Wymiana ognia ciągnęła się już od kilku minut. W płaskim, acz porośniętym licznymi krzewami terenie przeciwnika nie widziało się dobrze – a kto by tam słuchał, co wrzeszczeli…
Kajdaniarski sierżant podszedł do podziurawionego kulami ciała Ukara, kopniakiem przewrócił trupa na wznak. Przez następne sekundy stał i wpatrywał się z niedowierzaniem w zbryzganego krwią Feniksa na piersi…
- O żesz kurwa… - wykrztusił…
Jak nakazywała tradycja, nie usłyszał świstu kuli…

 Żeby nie było, Cesarscy nie chcieli kryć kim są, niemniej po pierwszych strzałach nie zamierzali się też wystawiać na ogień nie odpowiedziawszy. Razem więc z lecącym z głośników „Wojska Cesarskie! Przerwać ogień!” w kierunku kajdaniarzy leciały kule. I to sporo kul. Minęło jednak trochę czasu zanim wiadomości dotarły do kajdaniarskiego kapitana, zanim zastanowił się czemu wyciągnięci ze slumsów Ukarzy ostrzeliwują się ze snajperskich półcalówek, dwudziestomilimetrowych działek wsparcia i automatycznych granatników… A potem jeszcze trochę, zanim Cesarscy wykonali rozkaz komendanta i uspokoili swych pobratymców z ukarskiego pułku Corrinho (który w tejże chwili się zawiązał) – ci także byli w okolicy i włączyli się do walki. Przez te kilkanaście minut mogli wziąć odwet, potem należało usłuchać rozkazów – i przyjąć kapitulację. 

Natomiast owe kilkanaście minut temu, gdy padły pierwsze strzały…
- Kod alfa-tango-cztery-cztery-lima-sześć-zulu-zero…
- Potwierdzam.
- Plan Overkill – wykonać!
- Rozkaz!

… w powietrze wzbiły się legionowe skoczki, tudzież te z zaprzyjaźnionego wielkoksiążęcego skrzydła transportowego, wioząc na pokładzie całą brygadę szybkiego wpier… reagowania chciałem rzec. Tedy gdy strzelanina ustała, zostało im jeno piętnaście minut lotu do rezydencji Mattworthów. 
Tak, komendant miał tu wolną rękę. Miał możliwość – i chęć, nie wątpię w to – wywołać regularną bitwę, którą zapewne by wygrał. Mógł wyciąć Kajdaniarzy w pień, a jeńców dać Ukarom na kamień ofiarny, alboli Timbrokowi do wywieszania i potopienia. I nikt, nawet w dowództwie, krzywo by nań nie spojrzał – w prawie byłby. Ukarzy zasię łaknęli krwi i łupu...
Ale wiedział że w tej bitwie Kajdaniarze, niezależnie jak dobrze ją rozegra, nie będą mieli monopolu na umieranie.
Tedy gdy skoczki a transportowce podleciały już blisko, dowódca Kajdaniarzy otrzymał stosowną informację – że jego ludzie otworzyli ogień do żołnierzy Jego Cesarskiej Mości. W związku z tym albo rzucą broń, albo wypadnie z ich martwych rąk. Gdyby jednak stawili opór, co nie było dodane ale jasne jak supernowa, będzie to poważny akt agresji – i cios w reputację Gildii.
Poddali się. Gdy przyleciał i komendant, kajdaniarski pułkownik przedstawił umowę najmu, którą podpisał z nim Summervale. Określała ona, oczywiście, wszelkie zasady, tudzież spełniała warunki trójstronnego porozumienia zawartego przez Trójnóg wieki temu – dlatego, choć wielu chętnie widziałoby ich łby na tyczkach, mogli odejść wolno. 
Co nie znaczy, dziatki, by komendant zapomniał nazwiska pomysłodawcy owego nocnego ataku…
Niedługo przybył James Timbroke, zobaczyć się z uwolnionym Mattworthem. Obaj panowie, lubo oficjalnie toczyli wojnę, zasiedli w cieniu jabłoni porozmawiać. Przyszło tedy do wyjaśnień, uwag, kondolencji… obustronnych, dodajmy, gdyż i Kenneth Mattworth miał kogo opłakiwać. U niego bowiem Summervale pozwolił sobie na bezpośrednią demonstrację siły… 
Wkrótce przyleciały kolejne skoczki – przybył Cavendish, ze zgoła niepotrzebnym już kuzynem Mattwortha, przylecieli też z orbity Manuel Trinidad (którego zakaz sir Jamesa na ziemiach Timbroke nie obowiązywał) tudzież Czarna Ines…
Alejandro zdjął hełm zbroi i oddał go adiutantowi. Cóż z tego, gdy w pancerzu wciąż był o pół metra wyższy- a markizie nie wypadało podskakiwać jak podlotkowi…
Nie należało też łapać wpół… nie w zbroi bojowej. Schylił się więc, podsunął przedramię i lekko uniósł Ines na karwaszu. Zaśmiała się i, niby łapiąc równowagę, objęła diuka za szyję… 

Przywitali się jak po długiej rozłące… następnie siedli radzić, co dalej z wojną. 
Co? Czy nie prościej byłoby Mattworthowi i Timbroke podpisać rozejm? Teoretycznie tak… gdyby nie Denver Summervale…
A właśnie, gdzież nasz chevalieur sans repoche, wzór cnót hawkwoodzkich, Denver Summervale? Ano – zwiał skoczkiem, ledwie na horyzoncie ukazała się lotna brygada, a obecnie zdążał do stolicy.
A cóż ma do tego rozejm, spytacie? Ano, zakończyłby wojnę. Podczas której, dodajmy, siły Denvera Summervale zaatakowały wojsko cesarskie. Prawda, wszyscy winni rzucili broń lub byli martwi – z wyjątkiem właśnie niego. Pan kawaler wciąż pozostawał w stanie wojny z legionem cesarskim.
Komendant poprosił tedy obu panów, by jeszcze nie podpisywali rozejmu. Po wtóre, kazał łączyć z kontrolą lotów w stolicy, by na podstawie ukazu tego, edyktu tamtego i umowy owej, śledzili skoczek i jego pasażerów. Następnie polecił by trzydziestu Ukarów, biegłych zarówno w psi jak i w walce, wybrało się tropem Denvera.

Wtedy właśnie zadzwoni komunikator sir Jasona. Ów odszedł na stronę, odebrał, rozmawiał cicho – po czym powrócił, jakby zawstydzony. Jego przełożeni, rzecze, chcą zakomunikować że kawaler Denver Summervale wypełnia aktualnie ważne zadanie dla wywiadu Hawkwoodów (na przykład mordowanie szlachcianek), tedy istotnym jest żeby nie stała mu się krzywda…
Don Alejandro na te słowa wstał – i zdawać by się mogło, że urósł, sir Jason zasię zmalał pod jego spojrzeniem… tedy gdy mierzyli się wzrokiem, to jakby z jednej wysokości – i komendant odpowiedział. Nie bawił się w wyliczenia, co Summervale uczynił a czego nie. Głosem, od którego pobliski stawek pokrył się warstewką lodu, zapytał…
- Od kiedy wywiad rodu Hawkwood rozkazuje legionom Jego Cesarskiej Mości?

Włączył się i Manuel, ten – paradoksalnie – spokojniej. Ujął Cavendisha pod ramię, wyjaśnił – teraz widzisz, komu a raczej czemu służysz. I za co? Czy takim ideałom przysięgałeś? Jako Rycerz Poszukujący? Sir Jason żuł myśli chwilę…

- A, pierdolić to wszystko… Kto chce drinka?

Zanim nalał i zmieszał, skoczek z ukarskimi komandosami był już w drodze. Potem zasię zadzwonił komunikator mój – przekaz z ambasady. Ujrzawszy, kto chce się połączyć z diukiem, bez słowa poprosiłem go na stronę.
Kto dzwonił, pytasz? Arcyksiążę, a któż by inny… Juan Montgomery, zwany Hirańskim. I tak, też w sprawie Denvera Summervale. Jego, wystawcie sobie, również odwiedziło dwóch smutnych panów. Tylko tym razem wędzidło Victorii ściągnięto zbyt mocno…
- Oczywiście, wyrzuciłem ich, Alejandro… Rób co uważasz za stosowne.
Skąd takie oczy wytrzeszczone? Ze niby skąd się Arcyksiążę nasz wziął na Delfach? Ano, przypominam że był tu dość długo przed naszym przybyciem – jako jeden z sędziów w procesie Manuela Trinidad. A że nas przez dni cztery nikt o tym fakcie nie powiadomił – o to poleciały jeszcze głowy. Ale to później…  
  
Wspomniana ekipa osaczyła Denvera Summervale wraz z dwoma siepaczami w jednym z hoteli. Komendant chciał go żywego, tedy ośmiu – w sam raz, w większej kupie przeszkadzaliby sobie wzajem – dokonało wejścia. 
Tamci dwaj ledwie zdążyli broń wyciągnąć, Denver bronił się już lepiej, nawet bez mocy psionicznych które mu blokowali - i trzech udało mu się trupem położyć. A potem, gdy widział że grozi mu sprawiedliwość – zdetonował ładunek termiczny.
I w taki sposób, dziatki, zakończył żywot Denver Summervale. Człek, który miał dość odwagi by dokonać mordu na bezbronnych jeńcach – ale za mało jaj by za swe czyny odpowiedzieć. I nie pomogły skamlenia do przyjaciół na wyższych stołkach. Cóż rzec, plan swój niecny krwią nakreślił, ale gównem podpisał. 
I tylko niesmak pozostał, dziatki – niesmak całej tej otoczki, politycznej mierzwy w której wszystko się taplało...

Tym chętniej komendant wraz z Inezą udali się świętować udaną operację (dla Ukarów była zbyt mało krwawa by nazwać ją zwycięstwem) tudzież – jak to było wcześniej ustalone – opijać ojostwo dona Alejandro.
Nie zabrakło oczywiście Trinidada, Cavendisha, jam też tam był, wino pił… szybko przełamano lody, wszak wiecie, jak to u Ukarów – można było zapomnieć o rangach. 
Don Alejandro rozchmurzył się, pił za czterech, gadał za dziesięciu… czyli połowę tego, co ja. Gdzieś w połowie zabawy (czyli po dobie) pobił się z Cavendishem – i powiem wam, że mało brakowało a dałby mu radę… gdy jednak drugi raz roztrącił swoją osobą naczynia a półmiski na stole, uznał że dość – i, uścisnąwszy z sir Jasonem krwawiące prawice, wziął się znowu do wychylania pucharów.
Czarna Ines zasię dostała w prezencie od Ukarek wdzianko… och, moje stare serce, dajcie wina… więcej żem jednak nie widział, gdyż właśnie Ukarki mi zasłoniły, następnie stwierdziły że nic się nie stanie jak stracę swoich z oczu – i pociągnęły do innej sali, ledwie mandolinę capnąć pozwoliły…
Cóż mogę rzec, dziatki – poza tym, że wolały jak grałem a śpiewałem o wojnie, nie zaś ballady miłosne, to umiały docenić mą swadę a gardło dobrze zwilżone. I zaiste nie musiałem się obawiać o bezpieczeństwo Inezy czy dona Alejandro – nie wiem jak im, ale mnie zawsze co najmniej sześć wojowniczek upierało się towarzyszyć, może z wyjątkiem prysznica – wtedy jeno dwie…
I tak, dwa bite dni owa biesiada potrwała, a trzeciego kaca żem leczył. Ale – pomogło. Pomogło przynajmniej mnie spłukać ów niesmak. 

A kolejnego dnia Czarna Ines, jako ambasador Wolnych Hazatów, wykonała połączenie do naszego konsula na planecie. I poleciały łby…  
   



Komentuj (0)


Link :: 02.07.2009 :: 08:57

Zamarznięte piekło

Druzyna specjalna

by ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

O, dziękuję pięknie. Fotel wygodny, kominek porządnie rozpalony, wino stare a mocne, coś jesteście podejrzani, mili moi… Wierę, opowieści chcecie… Ale, za serce żeście mnie ujęli, starego… tedy pytajcie, jak mnie nie życzeniem waszym nie zdrzaźnicie to opowiem…
Bitwa o Katmai? Skąd wam przyszło…? Ano, prawda, winienem się spodziewać że poszperacie śladem moich odznaczeń. Jak to dawno było… 4988 rok… brrr… dobrze, że ciepło a w kominku napalone. Na samo wspomnienie bowiem zimno mnie ogarnia. Albowiem, dziatki…
Albowiem był to lodowy czyściec, niewart nawet splunięcia.

Krwawy czyściec, dodajmy. 

Tu przedstawię wam sytuację ogólną, tudzież dramatis personae. Dolina Katmai, ochrzczona tak od płynącej jej dnem rzeki, a może jeziora o tej samej nazwie, do którego ona rzeka wpadała - to teren na północy Delf, składający się głównie z gór, żlebów, strumieni tudzież bagnistych dolin. Że był to dopiero środek wiosny, owe bagna w nocy zamarzały, w dzień zmieniając się w zabójcze pułapki – błotniste głębie, pokryte zdradziecko cienka warstewką lodu.  

W takich warunkach zaczął się nasz desant. Zajęcie doliny Katmai umożliwiało, jak możecie wyczytać z mądrych podręczników, objęcie kontroli nad sporą częścią arktycznego regionu Tarkwinii. „Zajęcie doliny” oznaczało położenie łapy na największej w okolicy hawkwoodzkiej bazie zaopatrzeniowej, która znajdowała się… cóż, kapkę na północny zachód od wspomnianego jeziora Katmai. Tam też, na jeziorze zwanym Naknek, była baza wodnosamolotów – co pozwalało mieć oko na żeglugę na całej Zatoce Baskajskiej. A to już nie w kij dmuchał.  
A któż miał się tego podjąć? Ano, my. To jest, 5 Pułk Strzelców Górskich im. Księżnej Gaudemundy, którego organizację ufundowała ona z własnej kiesy. W czasach, o których mówimy, dowodził nim pułkownik Armando Euzebio Buenavista…
Ha, widzę że coś wam świta. Wyjaśnię… był on prawnukiem słynnego feldmarszałka Jorge Marii Buenavista. Wódz ów nie tylko na polu walki olbrzymie zasługi odniósł, ale także w łożnicy dokazywał cudów waleczności. Z czterema żonami miał dziewięciu legalnych synów, że o pięciu córkach nie wspomnę, do tego uznał legalnymi i dał prawo do nazwiska coś ze czterdziestu swym bękartom. Ci z kolei mieli własnych synów, wnuki… a nad każdym z nich wisiał cień sławnego przodka, spod którego ze wszech sił starali się wyleźć. Pokazać, że mogą być równie dobrymi dowódcami. Tylko, jak dotąd, przejawiało się to głównie pod postacią straceńczych akcji, nieoddawania pola niezależnie od sytuacji i generalnie sprawiania krwawej łaźni zarówno wrogom, jak i swoim. Do legata nie doszedł żaden z potomków dona Jorge, większość dostała bohaterską kulkę, nierzadko w plecy od swoich – ale skrzywdziłbym sławne nazwisko twierdząc, że mieli tak wszyscy. Generalnie, dziatki, im Buenavista wyższy stopniem, tym rozsądniejszy. Pułkownik Armando zasię miał duże widoki na dalszy awans…
Jednak płynąc barką desantową przez jezioro Katmai pod hawkwoodzkim ogniem, nie mogłem się powstrzymać od myślenia stereotypami…

Zajęcie wspomnianej bazy nie dałoby jednak wiele, gdybyśmy pozostawili sobie na tyłach hawkwoodzkie posterunki, mniejsze obozy tudzież luźne oddziały. Zamiast klasycznego uderzenia tedy, mieliśmy przeprowadzić bardziej wymiatanie, a wymiótłszy wszystko co miało lwa na pagonach – zdobyć wspomnianą bazę. 
Z tegoż powodu I Batalion wraz z kompanią sztabową okrążył jezioro od zachodu i ruszył przez masyw Kejulik, III batalion przeprawił się przez wschodnią część jeziora i poszedł doliną rzeki Savonoski, natomiast II Batalion, którym dowodził kapitan Migueros a zastępował go niżej podpisany, na samym początku wpadł w nieliche gówno…
Nasza flota desantowa składała się z kryp, łodzi, kutrów i motorówek zagarniętych na południowym brzegu jeziora. Ani to projektowane do walki nie było, ani żeglarzy w batalionie nie mieliśmy, a na dobitek nad ranem, gdy rozpoczął się szturm, nad jeziorem ścieliła się gęsta mgła.
Owszem, może i ukrywała naszą flotyllę, ale raz ze nasze łajby pogubiły się w niej z kretesem, dwa że obrońców ostrzegł spotęgowany przez nią dźwięk silników.
No i się zaczęło, dziatki. Najpierw na ślepo zagrały moździerze, w nadziei wymacania którejś z naszych łodzi. Oczywiście, szanse trafienia były nikłe, zbliżaliśmy się dalej do brzegu. A potem, kurwa, powiał wiatr…
I odkrył nas jakby kto zerwał kołdrę z gacha. Zaczęli do nas prać z wszystkiego, co posiadali. Mieli – co się okazało po fakcie – trzy cekaemy oraz czterocalowy moździerz. A ja się rozejrzałem – z naszego batalionu dała się widzieć może jedna trzecia. Reszta rozproszyła się i lądowała na przestrzeni chyba kilku mil.
Jedyne szczęście, że barka z wybranieckimi wpakowała się na brzeg dobre trzy mile na zachód od nas – prosto na słabo bronioną baterię znacznie większych, bo pięciocalowych moździerzy. Inaczej mogło być znacznie gorzej… 
A i tak mało brakowało, aby nas zepchnęli. Trzeba było, wiecie, dobić do brzegu, przebiec w lodowatej wodzie te kilkanaście metrów do bardziej twardego spłachcia gruntu, potem pod górę, do okopanych stanowisk – a wszystko pod ogniem… Owszem, gdyby się nie udało, pewnie bym tu nie siedział i nie opowiadał – ale rzeź, dziatki, była straszliwa. I nie byli to wybranieccy, bynajmniej, ale dobrzy, wolni żołnierze. 
Tak, w końcu ich zgnietliśmy, każde z okopanych stanowisk dostało co najmniej kilkoma granatami, z braniem jeńców nikt się nie kwapił… gdy ucichło, okazało się że ocalało nas około setki. Tudzież, że zostałem dowódcą batalionu, cokolwiek z niego zostało. 
Ciężkie straty zawdzięczaliśmy nie tylko dobremu rozstawieniu hawkwoodzkich sił… po prostu, uśmiechnęło się do nich wojenne szczęście i na samym początku zatopili łódź z drużyną wsparcia. Poszli na dno zanim zdążyli wystrzelić, w tej lodowatej wodzie nie mieli żadnych szans na ocalenie… wraz z nimi utonęły oba nasze granatniki, cekaem i lekki moździerz. 
A trupa kapitana Miguerosa fale wyrzuciły na brzeg dwie godziny od ostatniego wystrzału.  

Nie był to jednak czas na opłakiwanie zabitych czy rozbijanie obozu… resztki Drugiego Batalionu gdzieś wylądowały, zapewne parły na północ, o ile nie wycięto ich w pień – trzeba było iść dalej.
Iść, dobre sobie… ponad setka ocalała, tum nie zełgał – jeno gdym kazał załadować na ocalałe łajby ciężej rannych, przydzielił im rozsądną liczbę lżej rannych do opieki i żeglugi w ogóle – łącznie ze mną zostało nas czterdziestu trzech. Trochę więcej niż pluton.
A co to za żołnierze byli, pytacie? 5 Pułk był górskim nie tylko z nazwy… moderunek miał po prawdzie bardziej wybranieckim niż szturmowcom właściwy, lecz byli to co do jednego wolni i nieco drobnej szlachty… ludzie, którzy na górskich szlakach zjedli i wys… ekhem… mleczne zęby, którzy od dziecka byli z bronią a srogim klimatem obyci. Że wspomnę jednego, Juana zwanego Kukułą, którego znałem bo był mego stryja dzierżawcą – a który z ośmiuset stóp trafiał kozicę w oko… a w ostatniej bitwie to samo zrobił z hawkwoodzkim ogniomistrzem moździerza.
A ja? Ja też nie od macochy, skoroś ciekaw. Ot, rzuć okiem na globus Aragonii – tutaj, na północ od Siguenzy, zwanej Casa de Corrinho, mieściło się moje rodowe siedliszcze. W miejscu, gdzie aragońska dżungla od tysiącleci próbowała wspiąć się na stoki gór – tedy klimat nie był mi obcy, a ręka pana dziadka, która mnie wychowała, nie dała mi zgnuśnieć zanim dorosłem.
 
Wysławszy rannych, kazałem naszemu telegrafiście nadać otwartym tekstem wiadomość o zagładzie batalionu i wycofaniu niedobitków – po czym ów dodał znak kodowy oznaczający mniej więcej „gówno prawda”. Następnie, pomimo szczupłości sił, postanowiłem je rozdzielić. 
Równym mi rangą, acz trzecim w kolejności zastępstwa, był porucznik Julio Ensenada. Kazałem mu wziąć połowę ludzi i obejść od zachodu wzgórze, którego nazwy ni cholery nie pamiętam… za to pomniałem nazwę góry na zachód od owego, Mageik – jedna z wyższych w okolicy, tedy kazałem mu wysłać na nią kilku chłopa żeby rozejrzeli się po okolicy. Ja zasię z drugą połową miałem dalej iść doliną rzeki Katmai, przeprawić się przez nią brodem pod wodospadem Fultana i ponownie połączyć batalion – tak zwany – za około dobę.

Obie grupy, żegnając się pieprznymi wojskowymi okrzykami, rychło straciły się z pola widzenia. W swojej kazałem – co zawsze było dobrym patentem – wysyłać frontem trzy dwuosobowe czujki, zmieniane co dwie godziny. Czujki, oczywiście, w schemacie łowca-zabójca, wiecie, jeden obserwuje, drugiemu daje namiary do strzału. Albo daje sygnał do odwrotu…
Trzech godzin nie uszliśmy a ekipa na wschodzie zamachała chorągiewkami… bo przez cholerne zachmurzenie nie mogliśmy użyć lusterek. Kontakt – sojuszniczy oddział – bezpiecznie…

W dolince między głazami, wystawiwszy jednego tylko strażnika i wcinając beztrosko konserwy, rozwaliło się przy ognisku dziewięciu wybranieckich pod dowództwem porucznika. Na widok naszych – zbliżających się mimo wszystko czujnie, z bronią gotowa do strzału – nie zareagowali bardziej niż na przelatującą muchę. Jakbym chciał, dwóch moich chłopaków wyrżnęłoby ich jak owce.
Skąd tu wybranieccy? Ano, była ich cała kompania, włączona zasadniczo do naszego II batalionu, a dowodził nią zrazu kapitan Guiterrez Estancia. Teraz, jeśli dobrze słyszałem, miałem przed nią jej resztki, pod komendą podporucznika Axayacatl. Resztę ponoć szlag trafił podczas desantu i zdobywania wspomnianej baterii moździerzy.
Komenda należała do mnie, tedy wspomniana gromadka pozornie leniwie, acz wcale sprawnie zwinęła obóz i ruszyła wraz z nami. Jąłem wypytywać porucznika o losy reszty jego oddziału, wszak powinno być ich około czterdziestu – tu się zrazu zacukał, jął coś kręcić… Był wprawdzie, na oko, moim rówieśnikiem, ale gdyby mu na czole wypisać że pierwszy przydział, nie zrobiłoby różnicy. Gdym tedy podniósł głos nieco, najpierw wystraszył się jeszcze bardziej, potem wydusił że nie wie, gdzie są. Skoro nie wie, rzecze mi sierżant Malasca na stronie, to czemu mówił że wszyscy zginęli? Ano właśnie… takież pytanie mu zadałem. 
Wszyscy zginęli w szturmie, nie wiem, gdzie są ciała, powiada. Dałem znak by oddział się zatrzymał…
Dwóch moich stanęło mu za plecami, zmuszając go do nerwowego oglądania się, czterech na wszelki wypadek miało oko na jego owieczki. A ja, dziatki, zapytałem o jedną z najświętszych powinności dowódcy. Gdzie nieśmiertelniki poległych?  
A co z moimi, pytasz, synku? Miałem wszystkie - tych, którzy padli na brzegu i tych, których fale wyrzuciły, w mieszku przy pasie. Tymże mieszkiem zadzwoniłem, powtarzając pytanie. Nie wiem, gdzie są, wyjąkał…
Tu się zeźliłem, przyznaję – i wykorzystałem pewne złudzenie optyczne. Konkretnie to, że z odległości dwóch cali lufa wymierzonego w ciebie pistoletu wydaje się wielka jak tunel kolejowy. Podporucznik Axayacatl nie zdecydował się czekać, aż wyjedzie stamtąd ekspres…

- Uciekli! Powiedzieli, że mają dość tej wojaczki!

…i wydusił prawdę, aż szyszki z pobliskiej jodły pospadały. Tak… to dopiero wpadł w gówno, za przeproszeniem. Podwładni zdezerterowali, a on nie zrobił nic by ich zatrzymać. Sądy wojenne w takich sprawach nie zwykły deliberować długo i ogłaszały wiadome wyroki.
Co? Nie, nie przejęzyczyłem się. Zatrzymać, nie powstrzymać.
Prawda taka, dziatki, że gdybym w tamtym momencie pociągnął za spust, sąd podziękowałby mi jeno za oszczędzenie im roboty papierkowej. A dlaczego tego nie uczyniłem? Szczerze, słoneczka moje, sam nie wiem… może przypomniałem sobie pewnego żółtodzioba z Kish pięć lat wcześniej który, gdyby sierżant nie myślał czasem za niego, też skończyłby smutno i młodo…

- Co pan teraz zamierza, poruczniku Vega? Co mam zrobić?
- Widzę dwa wyjścia…

… ale ów żółtodziób wypijał sam, co nawarzył, sierżant jeno śliniaczek mu trzymał. Co tedy mu rzekłem, pytacie? Prawdę! Może, powiadam, pójść z nami – jeśli się wykaże w walce, sąd powinien być łaskawszy… Może też wrócić się po to, czego zapomniał – zebrać nieśmiertelniki swoich ludzi. Wszystkie. Nieistotne, czy będą na ich szyjach, czy w jego kieszeni. 
Poprosił o czas do namysłu, akurat skorzystałem, moim zabijakom przydał się odpoczynek po marszu. Axayacatl zasię chodził nerwowo w kółko, kopiąc bezwiednie kamyki, mnąc w dłoniach własny nieśmiertelnik tudzież krzyżyk Wrót, jaki na szyi nosił. Po półgodzinie wreszcie podszedł do mnie i oznajmił – wraca po swoich. 
Wtedy po raz wtóry przypomniałem sobie sierżanta, który za mnie kiedyś myślał. Jeśli miało mu się udać – a szczerze mu tego życzyłem, nie odsyłałem go tylko po to by odstrzelił go ktoś inny – przydałby mu się przewodnik. Miałem w grupie trzech lekko rannych, którzy nieco opóźniali tempo marszu. Naszego marszu, oczywiście, w porównaniu do wybranieckich skakali jak kozice… tych właśnie zapytałem o ochotnika – i zgłosił się kapral Gomez, wolny, lat ponad czterdziestu – nie musze chyba dodawać że góral, wszak ktoś musiał odnaleźć dezerterów, sami nie wytropiliby spaśnej almalickiej matrony w kopnym śniegu… tedy jedenastu chłopa ruszyło na wschód. My zasię – dalej, na północ.

Minęło kolejnych godzin trzy. Szliśmy brzegiem Katmai, a właściwie jej bagnistego rozlewiska, pokrytego cienkim lodem. Wyżej grunt był jednak kamienisty, pewny, względnie równy, tedy szło się dobrze, nawet nastroje po porannej rzeźni się poprawiły. Południe minęło, w brzuchach żołnierskich jęło burczeć, już miałem kazać zatrzymać oddział na popas… gdy zza wzgórz doszły nas odgłosy walki.
Zrazu był to huk jedynie odrobinę głośniejszy od szum rzeki, gdy ruszyliśmy nasilał się jednak szybko. W tych górach byli jeno nasi i Hawkwoodzi, tedy musieliśmy iść z odsieczą. Oczywiście nie oznaczało to sprintu po kamieniach, na których połowa połamałaby nogi, a druga wylazła pod ogień. Oddział podzielił się na pary, świeże czujki ruszyły przodem, pokonaliśmy jedno wzgórze, wleźliśmy już prawie na drugie gdy zwiadowca z jego szczytu zasygnalizował – kontakt, przeciwnik.
Co nie było dziwne, gdyż huk i palbę słychać było już doskonale. Dałem tedy znaki, ostrożnie przepełzliśmy przez grań i szkłom mojej lornetki ukazał się następujący widok:
Naprzeciwko wzgórza, na którym siedzieliśmy, wznosiło się drugie, większe. W kotlince między nimi, zarośniętej gęsto kosodrzewiną, siedzieli okopani Hawkwoodzi. Daj zresztą, synku, te dwa półmiski, pokażę… Tu, po mojej lewej, byli nasi. Dobrze zasłonięci głazami, tudzież mający pewną przewagę – byli to grenadierzy, tedy niemal nie musząc się wychylać miotali granaty nasadkowe łukiem nad skałami. Sęk w tym, że było ich niewielu, znacznie mniej niż przeciwników, których oceniałem na jakie pół setki. Drugim problemem było wzniesienie naprzeciwko – nie dało się dojrzeć jego szczytu, kotlinka zasię zakręcała za jego wschodni stok, demony wiedzą co było dalej…
Posłałem tam czujkę, dwóch chłopa, reszcie kazałem rozłożyć się wygodnie na grani – i dać ognia, powoli, wybierając dokładnie cele. Sam zasię wziąłem dwóch zwiadowców i, przeklinając chmury które skazywały nas na chorągiewki, nawiązałem kontakt z tamtą grupą… Póki co, zamiast wdawać się w uprzejmości, podawałem im namiary na ostrzał. W kotlince niemal się zagotowało, po korektach wybuchowe argumenta naszych grenadierów padały coraz celniej, takoż nasz atak z flanki okazał się zupełnym dla nich zaskoczeniem. Po minutach może pięciu kazałem przerwać ogień. Zrazu zrobiło się cicho… a potem gdzieś ze wschodu załomotał cekaem.
Raczej nie nasz… chwila przekazywania wiadomości – wsiąkła czujka którą wysłałem żeby zajrzeli ostrożnie za wschodni stok owego większego wzgórza. Wysłałem jej śladem dwie kolejne… w kotlince, jakby się kto pytał, nie dało się dostrzec najmniejszego ruchu. Zostawiłem na grani ośmiu chłopa, żeby mieli na wspomnianą kotlinkę oko, sam zasię, biorąc radiowca i felczera, zszedłem spotkać się z grenadierami.
Z całego plutonu zostało ich kilkunastu, w tym połowa rannych. Niektórzy ciężko. Ocalał dowódca, porucznik Armando Alba Estancia. Ledwie wymieniliśmy honory, kazałem felczerowi wziąć się do roboty. A co z ich własnym łapiduchem? Był. Leżał dobrze ukryty za głazem, opatulony peleryną i kocami, a na wysokości brzucha materiał był sztywny od zamarzniętej krwi…

- Zimno mi… zimno… przykryjcie mnie… dajcie mi jeszcze jeden koc… proszę… zimno…

… medyk nasz spojrzał jeno na porucznika i jego zastępcę, pokręcił głową. Alba zrozumiał, dziatki. Och, widzę, nie rozumiecie… nie spotkało was… szczęśliwiście – póki co.
Ten, który tam leżał zapewne niejednego wyciągnął z łap Kostuchy, niejedną kulę z bebechów wytargał. Teraz należało coś zrobić dla niego. Ale co? Wiecie, czasem trzeba zrozumieć że kogoś nie można uratować – a ewentualne próby jedno co przyniosą, to dalsze cierpienie. 
I są rzeczy, których nie uczą w Akademii. Natomiast uczy ich życie… Alba przyklęknął przy rannym, nachylił się, mówił prosto w ucho niosące ukojenie kłamstwa. Lewą ręką zasię wydobył z przybornika szpikulec, używany do sondowania min w ziemi czy przybijania namiotów… I gdy prawicą ściskał prawicę umierającego, lewą przymierzył do ucha, pchnął… 

Felczer zajął się tymi, którym dało się pomóc. Natomiast nie był to jeszcze koniec, dziatki… nikt nie wiedział, co kryje się na drugim końcu kotlinki, tudzież na szczycie wzgórza. Trzeba było je obejść… Tak też uczyniłem, wysyłając wprzódy czterech moich i dwóch grenadierów na jego szczyt. Bardziej pełzliśmy niż szli, cicho i czujnie… ostrożność nigdy nie zawadzi, choć tu i teraz okazała się zbędna. Grupka wysłana na wspinaczkę dotarła na szczyt bez kontaktu z wrogiem, nam takoż udało się okrążyć wzgórze, aż zauważyliśmy nasze pozycje. Przy okazji mieliśmy Hawkwoodów w kotlince otoczonych ze wszystkich stron.

Wezwałem do poddania… nic, ani jednego ruchu. Z drugiej strony pamiętałem dobrze że gdy zaczął się nasz ostrzał z flanki, przypadli do ziemi… Mało prawdopodobne, że położyliśmy wszystkich trupem. A zejść do nich – zbyt ryzykowne. Pewnie, że mieliśmy ich na ostrzu, ale po co wszczynać walkę i tracić ludzi – jeśli można nie?
To co robimy, dziatki? Wezwałem do poddania po raz wtóry. A tam – cisza... Dałem znak, poleciał w powietrze granat, padł między kamienie w kotlince, wyrzucając w powietrze ciało. Będąc niemal pewnym, ze niewiele to zmieni – i nie zmieniło, nadal udawali że ich tam nie ma - przyzwałem radiotelegrafistę. I uciekliśmy się do fortelu…
Dlaczego tamci czekali? Wszak mieliśmy ich jak na patelni, żaden nie miał prawa się wymknąć. Z drugiej jednak strony, głazy i krzaki kosodrzewiny chroniły ich wcale dobrze, musielibyśmy uderzać na ślepo, marnować amunicję której nie było za wiele. Albo wdać się w walkę wręcz. Nie wiedzieliśmy też, czy w okolicy nie kręci się ich więcej, czy nie nadejdzie odsiecz. A za może dwie godziny miało już zmierzchać… 
Pytacie, jaki fortel wykoncypowałem? Wiecie, dziatki, są bronie których boisz się mniej – albo bardziej. Tedy radiowcowi naszemu, któren targał na plecach pokaźną skrzynię aparatu, wsadziłem do lufy karabinu gałązkę kosodrzewiny – i podpaliłem ją. Następnie, pilnie chroniony przez naszych strzelców, ów ruszył w kierunku kotlinki. Krył się, owszem, lecz nie na tyle by nie być dostrzeżonym przez Hawkwoodów. Wtedy krzyknąłem tak, by usłyszeli. Pakunek na plecach tudzież płonąca świeczka u wylotu broni wyglądały iście jak…

- Koniec zabawy! Dawać ten miotacz ognia!¬  
   
Granaty i kule, jak wiecie, zabijają równie skutecznie, jednak ogień… jest w nim to coś, co budzi atawizm… czego boi się niemal każdy. Nie trzeba być Azbestem, by o tym wiedzieć. Tedy nasz fałszywy miotacz nie przebył nawet połowy drogi, gdy spośród krzaków w kotlince podniósł się człek z rękami wzniesionymi do góry. Po nim następny… 
Wtedy już można było zejść do nich, odebrać pukawki, obejrzeć trupy czy czasem który nie udawał. Nie omyliły mnie oczy, było ich ponad pół setki… na początku. Teraz dziesięciu mogło ustać na nogach, sześciu czy siedmiu dało się jeszcze wyrwać Kostusze. 
Pośród najlżej rannych był ich kapitan, sir Edmund Winchester Hawkwood. Tu po raz kolejny byłem wdzięczny memu panu dziadkowi, któren żelazną ręką uczył i wymagał… także wiedzy o rodach. Winchesterowie byli honorowi. Za rzeczy, na które mój pan dziadek zwykł przymykać oko i grozić jeno palcem, ich senior kazał młodych ćwiczyć na kobiercu. Jedno, czego potrzebowałem, to usłyszeć odeń verbum nobile. 
Dlaczego? Ano, dziatki, robił się problem… kilkunastu jeńców, których należało odprowadzić na miejsce niedawnego desantu, gdzie czekały łodzie. A mój oddział szczuplał coraz bardziej, grenadierów do dalszego marszu nadawało się raptem sześciu, z mojego oddziału natomiast straciłem dwóch z czujki która wylazła pod cekaem i dwóch w walce z Hawkwoodami. Ale…
Naprzód, oczywiście, zażądałem jego szabli… po czym wypadło się poprawić, albowiem szabli nie nosił, jeno miecz. Ot, taka fanaberia rodowa… Gdy oddał, może poniżej pasa był to cios ale zapytałem czy daje słowo honoru że nie spróbuje ucieczki… tudzież czy słowo to rozciąga się na jego podkomendnych. Albowiem, mogę przydzielić jeno dwóch strażników…
Była w tym zawoalowana groźba, a jakże… choć nie wiem czy bym takową spełnił, żołnierze jego byli bowiem wolnymi, z poddanymi nie byłoby dylematu, nożem po gardle i załatwione… dość że doszedł do wniosku – jeśli przysięgnie, pójdzie w plen ze swymi ludźmi, odprowadzony przez dwóch moich żołnierzy. Jeśli nie – odprowadzą go ciż sami dwaj żołnierze, jeno samego…
Dał słowo, po czym odpiął rewolwer i chciał mi go wręczyć. Odmówiłem – odpowiadał za swych ludzi, mógł się mu przydać. Tudzież gdyby trafili na dezerterów… raczył się złośliwie zdziwić, że są takowi w naszej armii. Ale cóż, my byliśmy nowi w tej okolicy. Ich żołnierze wiedzieli, że w śnieżnym pustkowiu nie da się wyżyć.
Niedługo zatem wyruszyli na południe, do zatoki. Poza kapitanem i dwoma strażnikami, których wybrałem z lżej rannych, dziesięciu chłopa wlokło tyleż noszy – z siedmioma Hawkwoodami i trójką naszych grenadierów. Nie uprzedzając faktów, dziatki, dawałem im większe szanse niż podporucznikowi Axayacatl. Chyba wierzyłem w honor Winchesterów…

A mój oddział podążył dalej na północ. Wciąż było nas, włącznie ze mną, dwudziestu jeden – czterech poległych i dwóch odesłanych z jeńcami zastąpiło sześciu grenadierów. Przed wymarszem, poznosiliśmy trupy na stos, nacięli kosodrzewiny, wrzucili gałęzi… blask ognia był widoczny jeszcze długo. Spaliliśmy ich razem, Hazatów i Hawkwoodów, dobrych żołnierzy, którzy walczyli za to, co uważali za słuszne. Mniejsza o to, jak było naprawdę… zasłużyli, by dusze ich wysłać w płomieniach do Wszechstwórcy, a nie pozwolić im gnić w skorupach.  
Oczywiście, pierwej zabraliśmy wszystko co mogło się przydać.
Zmierzchało już dobrze, lecz nakazałem pociągnąć jeszcze godzinę – by oddalić się od pobojowiska, tudzież znaleźć dobre miejsce na nocleg. 
Spędziliśmy noc na lesistym wzgórzu w pobliżu wodospadów Fultana. Z plandek, naszych i zabranych Hawkwoodom, dało się zrobić ogrodzenie – raz, że chroniło od wiatru, dwa że mogliśmy rozpalić ogień. Oddział był dobrze zmordowany, tedy pierwszej warcie wyznaczyłem raptem dwie godziny dyżuru, dopiero następnym, którzy mogli się kapkę przespać – po cztery. Sam też, żeby przykładem świecić, objąłem pierwszą. 
Noc minęła spokojnie, pomimo popołudniowej potyczki pies z kulawą nogą nie przewinął się po okolicy. Zresztą chmury rozeszły się i świecił Księżyc, z wzgórza mieliśmy doskonałą widoczność, na śniegu nie dało się podejść niezauważonym.
Rankiem tedy obudziliśmy się wypoczęci, wyspani i w komplecie. I co, dziatki? Dalej na północ. Przeprawiliśmy się brodem przez Katmai, która w tym miejscu skręcała na wschód – i podążyliśmy na miejsce spotkania z oddziałem Ensenady.
Ci, jak się okazało, nie napotkali absolutnie żadnego oporu… na miejscu byli już od wczorajszego wieczora, zdążyli też – jak kazałem – wysłać ekipę na górę Mageik. Wspomniani wyruszyli wcześnie rano i, gdyśmy około drugiej po południu z powrotem połączyli nasz szumnie zwany batalion, właśnie wracali z rezultatami. Czegóż się dowiedzieli? O, mapę przyniosłeś, chwali się, chwali… Rozłóż, synku… O, widzicie te trzy góry? Padająca, Złamana i Piekarska… demony wiedzą, kto i dlaczego tak je nazwał, wyglądały niemal identycznie. Dość, że na szczycie Padającej wypatrzyli wrogi posterunek. Dlaczego na szczycie, pytasz? Ano, było tam stanowisko przeciwlotnicze. W warunkach, gdy podstawa chmur znajdowała się poniżej szczytów – a przeważnie tak bywało w tej okolicy – piloci próbujący rozpoznać okolicę musieli zejść naprawdę nisko i kluczyć między górami, mając niewielkie pole manewru. Niewykluczone że właśnie ta zenitówka odpowiadała za kilka z naszych maszyn, które nie powróciły znad doliny Katmai.  
Postanowiłem tedy wspiąć się na Padającą i zajść od tyłu hawkwoodzki posterunek. 
Na mapie wyglądają wcale srogo, nie przymierzając jak Ometepetl sztuk trzy, które Wszechstwórca zechciał w jednym miejscu obok siebie postawić, natomiast podejście na owe nie jest trudniejsze niż na Apanteucli wschodnim szlakiem. Zajęło nam to tedy raptem trzy godziny… zaskoczenie tez było niemal całkowite, wszak przyodzialiśmy się na te okazję w zdarte z zabitych wczoraj żołnierzy hawkwoodzkich peleryny, tudzież kilku z naszych potrafiło mówić bez akcentu… wreszcie, mogli się spodziewać wracającego własnego oddziału.
Dość, że statystyk nazwałby ową walkę jednostronną a zwycięstwo decydującym… tylko snadź nie zapytałby o zdanie strzelców Malinqueza i Puyola, których opuściło tam wojenne szczęście a Kostucha wzięła w objęcia…
Dość że stanowisko było nasze, oddział zdobył dach nad głową – nawet jeśli były to dwie drewniane szopy, w tym jedna dzielona na pół z dziewięcioma jeńcami. Co najważniejsze, w nasze łapy dostał się nietknięty czterolufowy Vosper-Bancroft z mnóstwem amunicji tudzież doskonałą optyką.
Wspomniana optyka, acz przymocowana na stałe do stanowiska pozwoliła, na coś jeszcze – obserwację Doliny Dziesięciu Tysięcy Dymów, o, tej tutaj, którą zamierzaliśmy wstępnie podążać. W tej chwili, gdyby jakikolwiek oddział się tam pojawił – byłby widoczny jak na dłoni. 
A co mogliśmy z nim zrobić, pytasz? Pogłaskać przez lunetę? Oj, tak… Za pomocą naszej nowej zabawki… Zdziwionyś? Oj, synku… Tak, wiedziałem dawno przed twoimi narodzinami, że półtoracalówka VB dosięga celów powietrznych na mil dwie… A wiedziałeś, że naziemnych na cztery? Cokolwiek by się pojawiło w polu widzenia, jej pociski mogły donieść do połowy doliny.
Na razie jednak zdobyczny flakvierling pozostawał okryty troskliwie płachtami, żołnierzy poza wartą rozmieściłem w dobrze ogrzanych szopach, radiocie zasię kazałem połączyć się z dowództwem. Tu niespodziewanie przydał się wiatr – złote rączki z mojego oddziału zbiły bowiem wielki skrzynkowy latawiec, który po kilku próbach wzbił się w powietrze, unosząc improwizowaną antenę. Nadałem tedy meldunek o zdobyciu stanowiska i kazałem zostawić radio na nasłuchu. A potem – że już zmierzchało – spać…

Dzień następny przeznaczyłem zrazu na popas i regenerację sił, zwłaszcza że spodziewałem się dalszych instrukcji od dowództwa. Radio milczało jednak jak zaklęte, chociaż pogoda nie była najgorsza… wysłaliby chociaż jeden skoczek z posiłkami psiekrwie…
Przed południem za to nasze szklane oko wypatrzyło ruch w dolinie… równo tuzin Hawkwoodów, z tego dziesięciu ciurów z wielkimi tobołami na plecach tudzież dwóch żołnierzy. Najwyraźniej targali do nas zaopatrzenie – grzech byłoby odmówić podarunku… tedy nie minęła godzina a na ich drodze znalazły się trzy zespoły, obaj zbrojni wzięli po kulce w łeb zanim zdążyli zakrzyknąć „bloody hell!”, tak samo trzech z tragarzy którzy próbowali zuchów strugać… 
A potem liczba jeńców pod kluczem wzrosła do szesnastu, zaś nasza czterdziestka rzuciła się na zapasy, zwłaszcza na znalezione w jednym z pakunków żarcie przeznaczone dla świętej pamięci kapitana Wilshyre Hawkwooda, usieczonego ubiegłego wieczoru. Oczywiście, siedząc w dworku czy w chacie żaden by takiego za przeproszeniem szajsu do ust nie wziął, ale teraz, po tygodniach na rybie z Madok i mielonce od święta – wiecie, głód jest najlepszym kucharzem.
Dość że nastroje poprawiły się znacznie, zrobiło się wręcz wesoło, nagle nie wiedzieć skąd pojawiła się manierka z bimbrem, którą puszczono wkoło… sam nie wiem, kto i o ile później zwrócił uwagę na dwa odgłosy… jednym było popiskiwanie radiostacji. Drugim – niosące się echem pośród gór odgłosy bitwy. I to nie był trzask karabinów, moiściewy – ktoś walił z naprawdę dużego kalibru.
Radiowiec rzucił się do aparatu jakby go kto kopnął, dwóch zasiadło do pelotki i dawaj obracać ją w kierunku, z którego ów hałas dochodził… niestety, akurat zasłaniał szczyt góry na której siedzieliśmy. Natomiast piąty, któren w trzy litanie wlazł owe sto stóp wyżej, zakrzyknął że błyska się od wschodniej strony. Gdzieś w okolicy jeziora Trydent.
A potem wtrącił swoje pięć piór radiowiec. Złapał, powiada, kontakt z działonem moździerzy naszej samodzielnej kompanii artylerii, która teoretycznie lazła z III batalionem. Snadź zawędrowali za daleko na południe i starli się z wrogiem – a teraz domagali się wsparcia. 
Gdzie III batalion a Trydent, spytacie? Sam żem się zastanawiał… ale mogłem robić to po drodze. Krew nie woda, dziatki, a poza tym moździerz mógł się przydać… tedy zarządziłem szybki wymarsz, siłami niemal całego za przeproszeniem batalionu… czyli, zostawiłem sześciu chłopa pod Ensenadą do pilnowania pelotki i kolejnych czterech, którym poleciłem założyć posterunek na Złamanej – zapewniając sobie widok na całą dolinę.
A my ruszyliśmy naprzód, dość stromym podejściem, w miarę szybko lecz nie zaniedbując ostrożności – a kierując się na odgłosy walki. Gdy ruszaliśmy, do zmierzchu pozostało może godzin trzy.
Do jeziora Trydent, mieszczącego się w kraterze wygasłego wulkanu u stóp najwyższej w rejonie góry, czyli Katmai - było mil dziewięć, jeno pod górę… Gdy tedy zrobiło się ciemno, pozostała nam co najmniej godzina forsownego marszu. Dobrze że niebo chwilowo przejaśniało, wyszedł księżyc, tedy na śniegu widoczność była dobra. A z każdą minutą huk dział stawał się głośniejszy.
W pewnej chwili, gdy już niemal wspięliśmy się na grań, pod śniegiem zamiast żużla, po którym kroczyliśmy, dało się wyczuć coś równego… chodnik betonowy. A potem okrzyknięto nas – werdo? W ciemności zamajaczyło kilka postaci z wymierzona bronią.
-Don’t shoot!
Odezwałem się po hawkwoodzku, dwóch czy trzech się zawahało, opuścili gwery…
- Fuego!

… a wtedy zagrały nasze. Dwóch padło od razu, resztę skosiła druga salwa, jednocześnie ktoś dwa kroki ode mnie zakrztusił się krwią i runął w śnieg… skoczyliśmy do przodu, przeszliśmy grań, cały czas czując pod stopami lany beton. A potem oczom moim ukazał się niezwyczajny widok…
Po drugiej stronie góry, na jej wschodnim zboczu, wznosiły się zbudowane ręką człowieka tarasy. Na nich zasię stały cztery wielkie, przysadziste, ośmiocalowe haubice oblężnicze hawkwoodzkiego wzoru 4640. Każda z nich co pół minuty dawała ognia, w błysku wystrzału ukazując uwijających się jak w ukropie puszkarzy. Co było niezwykłe, waliły na wprost, z lufami opuszczonymi tak nisko, jak tylko pozwalała konstrukcja łóż, najwyraźniej minimalnymi ładunkami. Pociski ich orały po drugiej stronie jeziora zachodni stok Katmai, w połowie jego wysokości. A poniżej linii wybuchów widać było, że ktoś odpowiada ogniem – będąc za blisko, by ośmiocalowe potwory mogły go sięgnąć.
To wszystko ogarnąłem w kilka uderzeń serca… po drugiej stronie byli nasi, a przed nami – forteca, o której istnieniu snadź nikt z naszych nie wiedział. A mój oddział, niespodziewanie dla wszystkich, wszedł od kuchni…
Najbliższa haubica przerwała ogień, ujrzałem jeszcze jak człek z szlifierka kątową dobiera się do łoża, piłując ogranicznik, by jeszcze bardziej obniżyć lufę. Ogarnąłem jeszcze raz sytuację, czy aby za naszymi plecami nie zieje żadna strzelnica, a potem rzuciliśmy się na nich z bagnetami i szablami.
A kolejnych kilku minut, kochani moi, po prostu nie pamiętam. Tyle tylko, że biegliśmy od jednaj haubicy do drugiej, tnąc a strzelając, mordując bez pardonu każdego kto miał lwa na pagonach. Nawet nie oglądałem się na boki, czy aby nie zostałem sam. Nawet po zdobyciu czwartej, ostatniej, wskazałem szablą dalej – a tam był tylko parapet, stromy piarg i biała, zasypana śniegiem tafla zamarzniętego jeziora Trydent.
Bitewny rausz mijał powoli, poczułem zrazu igiełki lodu w gardle i płucach, następnie ból stawów – i ramienia, snadź zostałem cięty. Wokół mnie, dysząc ciężko, stało czternastu z trzydziestu, którzy wyruszyli na eskapadę. Wszyscy spoglądali na mnie, czekając dalszych rozkazów. I w tym momencie po przeciwnej stronie jeziora, w ciemności cos błysnęło… po kilkunastu sekundach zasię rozległ się wizg spadającego pocisku.
„Padnij!” – oto, co rozkazałem. Szczęśliwie, granat rozerwał się na tarasie wyżej, żadnemu z nas nie czyniąc szkody. Za nim jednak pewnie polecą następne… i, co gorsza, był to zapewne nasz własny działon, z naszego własnego pułku.
Zawołałem o radiowca – padł przy trzecim dziale, brzmiała odpowiedź. I tu, wstyd przyznać, pomyślałem – furda żołnierz, byle aparat był cały. I mimo nikczemności prośby, spełniła się ona. Radio działało, sam operator zasię był płytko cięty w łeb, żyw ale nieprzytomny. 
Tu już nie było czasu na bawienie się w hasła kodowe, nadałem otwartym tekstem, modląc się by tamci tez mieli radio… jeśli nie, to co – białą flagę wywiesić? Którą dojrzą nad ranem, za kilka godzin?
Audaces fortuna iuvat, dziatki… nawet tym, którzy nie wiedzieli w co się pakują. Tedy wkrótce aparat zaskrzeczał, odezwał się porucznik artylerzysta… nie było wiele czasu, powiadomiłem go o zdobyciu fortu, tudzież – oczywiście – poprosiłem ładnie, by przerwali ogień. Idziemy ku wam, odparli.
A my, mimo zmęczenia i ran, musieliśmy zabezpieczyć teren. To, dziatki, nie było stanowisko wykopane łopatami, to była forteca. Ośmiocalowych pocisków do haubic nie trzymano w namiotach, tu musiały być podziemia, zaplecze… i, może, więcej załogi.
Zostawiłem tedy dwóch wojaków by oczekiwali przybycia naszych artylerzystów, resztę zasię podzieliłem na trzy grupy – tak, dobrze liczycie, aż po czterech w każdej… w każdym razie, w ciągu godzin odkryli dwa, zgoła nie bronione wejścia. 
Powiadam wam, dziatki, gdybym wiedział jak wygląda forteca i czym dysponuje, za skarby Rodów i wszystkie hurysy haremu sułtana Khayaam bym się tam nie wybrał. Na miejscu zwierzchnika tutejszego dowódcy, natomiast, kazałbym tegoż na tępy palik nawlec i jeszcze deseczkę pod rzyć narychtować, żeby dłużej się pomęczył… dość że kto żyw rzucił się w momencie ataku do dział, poza jednym posterunkiem, który nam na samym początku opór stawił.
Dość, że w środku wzięliśmy w plen dobre pół setki żołnierzy, w tym – co nas zaciekawiło – ponad dwa tuziny rannych Lihalańców. Niemal siedemdziesiąt trupów naliczylim później na zewnątrz. Zdrowych jeńców zawarliśmy w magazynie, ranni pozostali w lazarecie razem z dwoma Amalteanami, którzy tam byli. 
A czym fort dysponował, jeno nikt nie siedział na stanowiskach gdyśmy od tyłu wpadli? Ot, drobiazg, dwa cekaemy w pancernych strzelnicach, automatyczny granatnik tudzież działko przeciwlotnicze. Nie muszę wam mówić, że gdyby jeno jeden człek przy cekaemie był, a wasz dziadek byłby was nigdy nie spłodził…
Opanowanie fortecy, czytaj wygarnięcie wszystkich żywych i wsadzenie ich pod klucz, zajęło może godzinę i odbyło się bez jednego wystrzału. Tak to, jak przeczytaliście zapewne w mądrych książkach, porucznik Vega w trzydziestu chłopa zdobył fort zbrojny w wielkie działa i broniony przez czterykroć liczniejsza załogę…
Kolejną godzinę czekaliśmy na naszych dzielnych artylerzystów. Do tego czasu nasi ranni wylądowali w lazarecie pospołu z jeńcami, przetrząsnęliśmy wszystkie dostępne pomieszczenia żeby się żaden nie zataił, kazałem też ściągnąć z masztu szmatę z srającym na tylnych łapach lwem. A po owej godzinie, dziatki, nadciągnęli nasi.
Zrazu z ciemności wychynął jeden człek, zakutany po uszy, po czym bez słowa, machnąwszy jeno ręką do czoła, przywiązał stalową linkę do łoża jednej haubic. Następnie, jak się pojawił, zszedł w dół. Dopiero poniewczasie rozległo się skrzypienie korb, przaśne żołnierskie słowa otuchy i zza grani wyłoniła się zrazu lufa moździerza, następnie całe jego łoże na dwukółce tudzież dwa wyładowane granatami jaszcze. Po kolejnych minutach pięciu, gdy moi ludzie skoczyli na pomoc, zameldował się I działon naszej kompanii artylerii, a raczej to, co z niego zostało – wspomniany pięciocalowy moździerz tudzież pięciu puszkarzy pod dowództwem porucznika de Floridablanca. 
Carlottę, tak bowiem ochrzcili swoje oczko w głowie, kazałem ustawić za bezpiecznym załomem – a samych przybyszy wygnałem spać. 
A potem co? Zadbać, by nie urządzono mnie tak, jak jam urządził gospodarzy. Jeno że siły miałem skromne – cóż, trzeba było dwóch do strzelnicy z cekaemem, dwóch do pilnowania jeńców. Reszcie nakazałem odpoczynek, pierwej jednak załadowali każdą z haubic dwoma pociskami i ładunkiem – gdyby Hawkwoodzi upomnieli się o swoją długa rękę, zamierzałem ją odrąbać.  
Sam, jak to miałem w zwyczaju, pozostałem z pierwszą wartą. Obchodziłem całą zdobycz, oglądałem teren przez lornetkę, co było gestem nieco czczym – wprawdzie miało niedługo świtać, ale za to zaczął sypać gęsty śnieg… sprawdzałem haubice, doglądałem moich wartowników czy nie podsypiają… aż w końcu, jak mi później powiedziano, sam zapadłem w półsen, dowlokłem się do jednej z haubic, której laweta nieco przed wiatrem osłaniała, owinąłem się w poncho – i zasnąłem tam…

Szczęśliwie, dziatki, wydarzyło się to na oczach kolejnej zmiany warty – i przez nich przepadł mi pośmiertny awans na kapitana… dość że zanieśli mnie do wnętrza bunkra.
Śmierci z wychłodzenia mało nie zamieniłem na zgon z przegrzania… otulili mnie bowiem ciepło, generator działał a grzejniki były odkręcone na cały regulator… tedy obudziłem się chyba po godzinie, rozkutałem i położyłem znowu… mieli mnie obudzić niby po godzinach czterech, sam kazałem, ale nikt tego rozkazu nie podjął się wykonać – i spałem smacznie do południa.
Prawda, że w takiej zadymce, jaka się rozpętała na zewnątrz, i tak wiele się zrobić nie dało…

Wstawszy, mogłem wreszcie obejrzeć fort od wewnątrz. Pierwej – co było najważniejsze – gabinet dowódcy (którego nigdzie nie było, żywego ani martwego, jakby się kto pytał), w którym zostawił był sporo map okolicy, dokładniejszych niż te w naszym posiadaniu, tudzież maszynę myślącą. Zaszyfrowana, oczywiście, a ja nie miałem nikogo kto potrafiłby się za to wziąć i nie popsuć. 
Następnie – jeńcy… jakom już rzekł, była ich niemal kopa, z czego ponad połowa rannych. Wśród nich znalazł się też dowódca Lihalańców – porucznik lat może szesnastu. Chwilowo nie dało się z nim porozmawiać – leżał nieprzytomny, trawiony gorączką. Jak się dowiedziałem od mojego felczera tudzież zakonników – postrzelony w brzuch kilka dni temu, przywieziony – jak? Tu braciszkowie nabrali wody w usta… dość że rana nie była prezentem od 5 Pułku. Wreszcie, co najważniejsze, oznajmili że powinien z tego wyjść.  

Cały dzień przesiedzieliśmy w zasadzie bezczynnie… nie było się jak skontaktować ze światem – ani z Ensenadą, którego pozostawiłem na Padającej, ani z dowództwem. Dopiero wieczorem zadymka zelżała trochę, przejaśniało… a radiowiec złapał kontakt. 
To już nie była głupia pelotka i dwie szopy, dziatki… Ośmiocalowe argumenta, które stały na betonowych tarasach, mogły wyrzucić stukilowe pociski na dwadzieścia mil, kwatery zasię mogły pomieścić ośmiuset chłopa. Dwa moździerze więcej, lepsze uzbrojenie przeciwlotnicze niż obecna pojedyncza dwudziestka Orviss i byłby kąsek nie do ugryzienia… tedy w rozmowie z dowództwem byłem kapkę zuchwalszy niż należało, żądając rychłego przerzucenia wsparcia drogą powietrzną…
Co, więcej, wysłuchano mnie i wspomniane posiłki miały nadlecieć dnia następnego, zwłaszcza że meteo zapowiadało poprawę pogody w rejonie. My mieliśmy jeno oznaczyć miejsce do lądowania, by w zasypanym śniegiem terenie wiedzieli gdzie usiąść.
  
Wiele czasu nie minęło, a poproszono mnie po raz kolejny. Przyszedł bowiem nasz łapiduch i oznajmił, iż pojmany kapitan odzyskał przytomność. Ów chciałby, powiada, dowiedzieć się w czyim jest ręku.
Nawet na wojnie o powinnościach należnych stanowi szlacheckiemu należy pamiętać, dziatki. Zszedłem, przedstawiłem się jak należało. Na pryczy leżał wycieńczony raną i gorączką, ale przytomny młodzik, którego rysy pozwalały się domyśleć sporej domieszki hazackiej krwi. Zwał się Carlos Trinidad Li Halan… tak, dziecko, z tych Trinidadów, druga czy trzecia woda po kisielu od don Manuela.  
Po wymianie uprzejmości, streściłem mu, krótko i nie wchodząc w poufne szczegóły rzecz jasna, w jaki sposób stał się moim jeńcem. Widać było, dziatki, że jest ciężko przerażony… cóż, zapewne pierwszy przydział, rana, niewola, pewnikiem jeszcze nasłuchał się historii o Hazatach nawlekających jeńców na paliki… tedy nie męczyłem go pytaniami. Chciałem jeno wiedzieć, jak się tu znalazł, wszak w dotychczasowych potyczkach nie natrafiliśmy na ani jednego lihalańca. Odmówił odpowiedzi, zamiast tego poprosił o swoją szpadę…
…której mu bynajmniej nie odebrałem, dziatki. Zapewne spoczywała bezpiecznie w jego kuferku – tedy wysłałem po nią żołnierza. 
Tak, wiem, co powiesz… był jeńcem – tedy tak czy tak winienem ją odebrać. Ale, sam nie wiem czemu zwróciłem. Może żal mi się zrobiło dzieciaka…  

Zostawiłem go wkrótce, gdyż nawet ta krótka rozmowa była dlań wyczerpująca. Sam zasię miałem co nieco do zrobienia… na przykład znalezienie lądowiska tudzież przygotowanie znaków. To pierwsze rozwiązało się szybko – nie wiem jakim cudem dopiero teraz, ale za załomem skalnym, na kolejnym tarasie, sierżant Cota znalazł właśnie lądowisko, potem przyległy do niego, wykuty w skale hangar, w nim zasię – śmigłowiec. Sporą, transportową maszynę, co wyjaśniło jaką drogą przybył tu Trinidad. Na samym końcu dopiero odkrył tunel, który łączył hangar z fortecą, a do którego wejście… cóż, przeoczylim. Oj, sprzyjało dziadkowi Vincente wojenne szczęście, wystarczyło by pięciu chłopa się tam utaiło, a wyrżnęli by nas jak owce…
A znaki? Ciągle sypało, acz mniej, tedy rycie czegokolwiek w śniegu mijało się z celem, w magazynie jak na złość ani jednej puszki farby – poza białą, węgla też nie było, generator chodził na ropę… Jedno, czego nie brakowało, to ośmiocalowych pocisków do haubic.
A poniżej fortu, pod taflą lodu, ukryte było jezioro. Z braku laku, jak to mawiają, znakiem musiała być wyrwa w lodzie. 
Tedy pół nocy niemal zajęło nam turlanie pocisków po piargu… dobrze, że haubice posiadały podajniki… po czym, gdy leżało ich tam ze dwadzieścia, porucznik Floridablanca osobiście zszedł po linie na dół, wkręcił zapalniki, wrócił, narychtował moździerz – i we właściwym czasie, wystarczyło zeń wypalić. Na odchodnym jedną z haubic nabito jeszcze pociskiem oświetlającym - i czekaliśmy… 

Nadlecieli o dziesiątej, dnia następnego. Wyszło widowiskowo – najpierw pukawka wypaliła oświetlającym, potem Floridablanca gruchnął z moździerza, z ogłuszającym hukiem detonowały złożone na lodzie pociski (tego już nie widziałem, zapędziwszy wszystkich w bezpieczne miejsce), obruszając przy okazji w okolicy parę lawin, w lodzie zasię powstała ogromna wyrwa, przez którą widać było czarną toń jeziora. 
Znak był nie do przegapienia, tedy po paru minutach z chmur wypadły dwa duże transportowce… przyleciało nimi osiemdziesięciu chłopa, pod dowództwem kapitana Estebana Chafarina Rolas.
Ku mojemu pewnemu zdziwieniu, był to co do jednego oddział forteczny, artylerzyści a mechanicy… jasne, w porządku, a co z posiłkami dla mnie? Miałem iść dalej w czternastu chłopa?
Przyznaję, taka była moja pierwsza myśl gdym ich zobaczył… nie, nikt w dowództwie tak głupi nie był, ale nie uprzedzajmy faktów. Zdałem, jak należy, fortecę pod dowodzenie – i tu, rzeknę nieskromnie, puszyłem się jako ten paw pokazując podziemia, magazyny, zdobyte działa, zapasy amunicji do nich, wreszcie – wziętych jeńców.
Kapitan, gdy tylko oswoił się i przestał gapić na swe nowe gospodarstwo, przekazał mi dalsze rozkazy. Forteca, rzecze, stanie się tymczasową bazą – jego radiowcy zasię będą wywoływać oddziały rozproszone po okolicy, zapewne głownie z II Batalionu, ale może i z III ktoś się zawieruszył, tak jak puszkarze wiodący Carlottę. Tych miałem zebrać pod komendę, co mogło zająć i kilka dni – i wtedy wyruszyć. 
Wszystko brzmiało pięknie jeśli chodzi o mnie, dziatki, natomiast nie zapominałem o posterunkach z Padającej i Złamanej. Uprosiłem tedy kapitana by skoczek zabrał i w drodze powrotnej wysadził drużynę mającą ich zmienić, tudzież podrzucił zaopatrzenie. Tak się stało, przy okazji zabrano też część jeńców – tych w najlepszej formie. 
A ciężej ranni? Cóż, dziatki – mówiąc nieskromnie, lazaret fortecy był wyposażony jak na szczeblu pułku, zabierając owych mogliśmy tylko zaszkodzić.
   
Kolejne dwa dni spędziłem niemal całkowicie na słodkim lenistwie. Tak słodkim, ze aż szlag mnie powoli zaczynał trafiać. Miało się to jednak zmienić, aż się cieszyłem, choć zmiana oznaczała powrót w mroźne i niegościnne góry – radiowcy wywołali bowiem kilka oddziałów, liczących może setkę chłopa - i teraz ciągnęły one w kierunku fortu. 
A wieczorem drugiego dnia kapitan Trinidad poczuł się lepiej, tedy kapitan Chafarina zaproponował byśmy we trzech zjedli kolację. A przy okazji – a nuż da się coś od jeńca wyciągnąć. 
Co pytasz? Czy nie lepiej było go przypalić po prostu? Tyś chyba z rozumu obran, synku… szlachcica? Nie, nie wolno. Trzeba było sposobem…
Jakim, zapytasz? Ot, zaproponowałem grę w kanastę – na tajemnice… Kto uzyska najwięcej punktów – zadaje pytanie temu, kto miał najmniej. A ten, pod słowem szlacheckim, musi powiedzieć prawdę.
Tu, dziatki, dwóch na jednego nie dawało aż takiej przewagi – wiecie, żeby coś wyciągnąć, obaj musieliśmy przebić Trinidada. Inaczej – czasem wypytywaliśmy siebie…


- Panie kapitanie, za pozwoleniem… w jakim wieku pierwszy raz urżnął się pan do nieprzytomności?
- Jedenaście lat, poruczniku… na weselu mojej siostry.


… tedy jeszcze musiałem się pilnować, by kapitana Chafarina pytaniem nie urazić. Owszem, kilka rzeczy powiedział, na ten przykład że został ranny dobre dwieście mil stąd i dowieziony był do fortu śmigłowcem… jak również to, że dowódca fortu przepadł bez wieści – zapewne w trakcie szturmu, ale tego pewien nie był. I praktycznie tyle, dziatki… albowiem karta nam nie szła. Wypytaliśmy się zatem z kapitanem Chafarina o żony, dzieci, bękarty, wujów, ciotki et caetera… a potem się zdenerwowałem – i gdy znowu kapitan przegrał i miał coś wyjawić mnie…


- Panie kapitanie… co z nim zrobimy?
- To, co robimy z wszystkimi urodzonymi Li-Halanami wziętymi do niewoli…


… wszedł w koncept i zawiesił na kilka sekund, podczas których oblicze Carlosa przyjęło barwę zsiadłego mleka, po czym zakończył – bierzemy okup. Tak, nie oszczędziliśmy biedaka gdy wygrał po raz kolejny i zadał pytanie mnie – ile wynosi średnio okup za kapitana…
- Zależy od rodu – nie ma sensu wszak stawiać ceny zaporowej. Może być to dwieście feniksów, może więcej - raz mój pan dziadek właśnie za kapitana wziął sześćdziesiąt tysięcy okupu…
Nie skłamałem tu, acz nie dodałem też że ów kapitan był jedynym, umiłowanym wnukiem księcia Ippolita Edmundo Bursandra, a obaj negocjatorzy nie chcieli sławnego rodu spostponować dyktując zbyt niską cenę – i stąd kwota tak niebagatelna wynikła.  
Odbiegłem od tematu, prawda… a i na tym się kolacja zakończyła, Trinidad bowiem stwierdził że dość gry i podziękował. Niedługo po nim poszedłem spać i ja, nieświadom że oto zbliża się początek końca mojego udziału w bitwie o Katmai…

W ciągu następnej doby nadciągnęli do fortu żołnierze, iście w liczbie około stu, z czego największa grupa, około czterdziestu, pod komendą porucznika Reginaldo Justusa. Nad tymi wszystkimi objąłem komendę, pozwoliłem na nocleg w fortecy, następnego ranka zasię – wyruszyliśmy.
Stu dwudziestu z ogonkiem, niemal połowa kompanii… w ciągu kilku godzin byliśmy z powrotem u dobrze znanego podnóża Padającej, Złamanej i Piekarskiej. Nakazałem popas, sam natomiast wlazłem z jedną drużyną do naszego posterunku odebrać raport i zabrać Julio Ensenadę tudzież moich strzelców górskich, zostawiając na miejscu przeciwlotników Chafariny.
I trzeba trafu, dziatki, akurat gdy było nas tam więcej, od zbocza podkradał się snajper Hawkwoodów. Co ciekawe, zamiast jednego jak to u nas, miał dwóch obserwatorów. Owszem, zdążył zdjąć jednego strzelca który akurat znad parapetu łeb wychylił, ale potem moi chłopcy osaczyli ich jak wilki w jamie… sam snajper nie przeżył wybuchu granatu, pozostałą dwóch natomiast, lekko rannych, wciągnęliśmy na górę. Podejrzane – nie mieli wiele zapasów, jakby wyszli z bazy tego samego dnia – tylko skąd?
To niby byli wolni, alem patyczkował się mniej. Sam nie wiem, dziatki, czy kazałbym przypiekać, ale na sam widok rozgrzewanego w ognisku żelaza pękli i wyśpiewali. Oj, mieliśmy dużo szczęścia, inaczej pewnie poszedłbym Doliną Dziesięciu Tysięcy Dymów jakby kto sierpem rzucił – a tam, jak się dowiedzieliśmy, raptem pięć mil od nas były dwa hawkwoodzkie bunkry…
A kolejnych siedem mil dalej, u stóp wzgórza zwanego mało oryginalnie Trzema Widelcami, była kolejna baza – tym razem zaopatrzeniowa. Az się prosiła o zostanie kolejnym trofeum porucznika Vincente Vega…
Postanowiłem tedy bunkry obejść. Osiemdziesięciu chłopa, pod komendą Ensenady, poszło tędy, o oddzieleni od Doliny i bunkrów wysoką granią. Jakby się kto pytał, bunkry były tu i tu – jeden u stóp owej grani, której nazwy ni cholery nie spamiętałem, drugi po przeciwnej stronie doliny. Samym szczytem grani postanowiłem natomiast pójść ja z resztą żołnierzy, raz by nie tracić bunkrów z oczu, dwa – by w razie potrzeby ściągnąć na nie ośmiocalowe argumenta z fortecy i korygować ogień.
Oj tak, plan był niezły… do czasu. Przeszliśmy niemal połowę grani, owszem, kryjąc się, niestety mieli czujki także z drugiej strony bunkra – oraz, co gorsza, strzelnicę cekaemu. 
Tedy położyli po nas gęsty a celny ogień, trzeba było z nosem przy ziemi wycofywać się z powrotem za grzbiet, co pięciu moim się już nie udało, następnie zaś – wezwać przez radio wsparcie artylerii.
A ta, dziatki, nie uderza w sekundę. Trzeba sprawdzić koordynaty, wiatr, tabele, działo załadować, narychtować, wypalić – a na taki dystans pocisk leci pół minuty. A pierwszy niemal nigdy nie trafia.
Tak jak i ten – padł w dolinie dobre dwieście metrów od bunkra. Radiowiec wykrzyknął korekty, ja zasię połączyłem się z Piekarską (tam bowiem przeniesiono stanowisko obserwacyjne, o czym nie wspomniałem) i kazałem im odtąd ogniem dyrygować. Drugi pocisk przestrzelił cel… trzeci – zobaczyłem jak nadlatuje…
Mogło być, dziatki, wiele gorzej. Hawkwoodzi, z oczywistych przyczyn, nie spodziewali się że ktoś wybuduje im pod nosem bunkry ani sprowadzi w góry ciężkie czołgi, tedy magazyny wypełniały co do jednego pociski odłamkowe. Nasi puszkarze, chcąc czymś takim zaszkodzić bunkrom, nastawiali zapalniki na maksymalne opóźnienie. Dlatego trzeci pocisk, miast rozerwać się w powietrzu, zdążył zaryć w śnieg i kamienie…
…ale widziałem, jak nadlatuje. I jak pada niemal u stóp porucznika Julio Ensenady.

Zostawiłem tylko sześciu w charakterze czujki. Na czele pozostałych rzuciłem się – na ratunek… Zbiegając po stromym zboczu, słyszałem jeszcze wiązanki jakimi nasz radiota częstuje obserwatorów z Piekarskiej. A na dole… cóż, dobrze że wybuchł w ziemi – a i tak razem z Juliem straciliśmy siedemnastu ludzi, wliczając tych którym trzeba było skrócić… sami wiecie. Kolejna dziesiątkę należało szybko odnieść – co najmniej na Padającą, a najlepiej do fortu. A na domiar złego, od północy, zza zakrętu dolinki wyłonili się Hawkwoodzi. Co najmniej osiemdziesięciu.
Podeszliby jeszcze bliżej, gdyby nie czujka która zostawiłem na grani. Ich wystrzały kazały nam odwrócić się…
Chyba widzieli rozgardiasz wśród nas, gdyż zamiast przypaść za głazami i wypunktować nas z dystansu – rzucili się do ataku. Prawda że blisko było, trzysta metrów może… zanim wykrzyknąłem komendy i ustawiłem oddział w szyku, dwieście… A potem…


- Nie marnować amunicji! I czekać mego wystrzału…


… zmierzyłem starannie w prowadzącego ich porucznika. Ten biegł, nawet nie z karabinem a wyciągniętą szablą w dłoni. A potem dostał w środek piersi, okręcił się i zwalił w śnieg. Na mój wystrzał wypaliła cała kompania – a tamte biedne durnie nawet nie próbowały się kryć, aż padła chyba połowa. A potem – cóż, kamienie dawały im względna ochronę, cztery karabiny z grani położyły niezbyt gęsty acz celny ogień z flanki, przydusili ich na tyle ze można było podejść – i załatwić sprawę bagnetami a kolbami.
Porucznik Reginaldo Justus otrzymał polecenia zajęcia się rannymi, przygotowania transportu do fortecy, ja zasię zabrałem jeszcze drużynę i wróciliśmy na grań – minęła może godzina, snadź Piekarska wyjaśniła nieporozumienia z fortem, dość że ledwiem się wspiął haubice znowu poczęły dawać ognia.
Trzeci już pocisk gruchnął w strop bunkra, radiowiec wykrzyknął „w celu!”, tedy już nie czekali na meldunki ani korekty, w sześć minut oddali tyleż salw. Dwa tuziny ciężkich pocisków wyrzuciły w powietrze odłamy skał, żelbetu… odczekaliśmy nieco, czy nie wpadnie im do głowy się poddać, żaden ruch jednak nie dał się zauważyć, poszło kolejne sześć salw. Następnie bateria przeniosła ogień na bunkier po drugiej stronie. Wstrzeliwanie, sześć salw, znowu sześć…  
Oba bunkry były – jak się zdawało – zdemolowane… w każdym razie, na zewnątrz chyba nic nie ocalało. Wziąłem tedy sześciu chłopa, resztę na grani zostawiwszy – i w dół. Po co, pytasz? Ot, wyjścia awaryjne odkopać, jeńców wziąć. Jakom wspomniał, nasze pociski zapewne nie zniszczyły umocnień do fundamentów, ale mogły je unieszkodliwić, tudzież uwięzić w środku załogę – i zapasy. 
Dureń.
Cóż, dziatki, może i sto metrów do bunkra zostało gdy zza głazów wyłonili się Hawkwoodzi… sam już nie pamiętam ilu. Pamiętam tyle, że dostałem kulę.
O, tutaj… miałby zasraniec lufę o milimetr w prawo, a bym tu nie siedział i nie gderał. Jak to jest, pytasz? Przez pierwszą chwilę ból nawet nie jest wielki… ot jak, jakbyś palec drzwiami przytrzasnął. Tylko czujesz jakby coś ci ściskało trzewia wielką łapą, gniotło je do rozmiarów jabłka, a serce wali jak oszalałe… nogi zasię robią się miękkie jak z waty. Usiadłem… zanim wzrok się wyostrzył, ujrzałem że tamtych zostało jeszcze dwóch. Podniosłem gwer, wypaliłem spod pachy, cudem jakimś trafiłem, jeden padł – a potem zapomniałem o drugim, wyjąć opatrunek, przyłożyć, pomacałem plecy – na wylot przeszło… a nawet w takiej chwili pamiętałem padre Collinę, niech we Wszechstwórcy spoczywa, tudzież jego nauki – „postrzał w płuco – nieważne czym, zalepić dziurę szczelnie!”. Tedy ranę wlotową, niedużą, zatkałem nabojem z rewolweru… nie śmiejcie się, dziatki, a słuchajcie, może to komuś życie uratuje. To, co wyrwało z tyłu, zapchałem pecyną śniegu. 
A potem poczułem, że ktoś mnie podnosi pod pachę. Pojrzałem – był to kapral Morientes, jeden z tych co na dół zeszli. Dwa kroki dalej zasię leżał zadźgany bagnetem żołnierz hawkwoodzki.
Morientes, lubo w udo chlaśnięty, podniósł mnie i obaj pokuśtykaliśmy pod górę. Wzrok już figle płatał, kaszlałem, krwią plwałem, zobaczyłem jeszcze jak z góry zbiegają nasi na pomoc, sam nie wiem jak znalazłem się na górze, zobaczyłem Reginaldo Justusa, przekazałem mu dowództwo… i pozwoliłem sobie zemdleć. 

Jak mi potem powiedziano, blisko było, oj, blisko… więcej niż trzy ćwierci od śmierci. Jak jednak widzicie, przeżyłem. Konował nasz opatrzył mnie z grubsza, na noszach dowleczono mnie do fortecy… nie powiem, opłaciło się ja zdobyć… A gdy obudziłem się trzy dni później, było już po wszystkim…
Co znaczy po wszystkim, pytacie? Ano, po całej operacji Katmai. 
Mniejsza z tym, choć i to był sukces, że wtedy Reginaldo Justus zdobył już bazę u stóp Trzech Widelców. Okazało się, że krwawy wysiłek Drugiego i Trzeciego batalionu nie poszedł na marne… Wiedzcie bowiem, że większość sił hawkwoodzkich w okolicy poszła w naszą stronę. Trzeci, nawiasem mówiąc, dostał jeszcze gorsze baty niż my, w dolinie Savonoski wleźli bowiem pod ostrzał moździerzy – i krwawo za to zapłacili. Ale, chcąc nie chcąc, odciągnęliśmy większość sił na wschodnią część okolicy – gdy tymczasem Pierwszy Batalion, nieledwie nie wystrzeliwszy jednego naboju (mniejsza z tym, że według Hawkwoodów masyw Kejulik był nie do przebycia o tej porze roku) wyskoczył jak demon z pudełka na południowym brzegu Naknek – i zastał Hawkwoodów w bazie, za przeproszeniem, z portkami na kostkach. Podobno trzech godzin nie zajęło, a szmatę ze srającym lwem zastąpił sztandar ze Szponem…

Tu winienem zakończyć, dziatki… jednak nie powiedziałem, co się stało później… już nie z samą dolina Katmai, o tym doczytacie z podręczników. I nie z jeńcami – albowiem, wedle regulaminu, okup za Carlosa Trinidad tudzież Winchestera Hawkwood (który dotrzymał verbum nobile i dotarł do naszego posterunku nad jeziorem) należał się mnie… ja jednak oddałem sprawę w bardziej doświadczone ręce – i skreśliłem list do pana dziadka. Ten, skoroście ciekawi, za pierwszego wytargował tysiąc feniksów okupu, za drugiego zasię – półtora…
Ale nie o nich chciałem powiedzieć. Był ktoś jeszcze, kogo – szczerze – nie spodziewałem się ujrzeć, acz życzyłem mu dobrze. Tym bardziej byłem zaskoczony, gdyśmy spotkali się w jednym szpitalu…


- Dogoniłem ich. Skoczyłem skurwysynom do gardła… Jeden granatem rzucił… A potem zdałem w dowództwie nieśmiertelniki – wszystkie…  


… z podporucznikiem Santo-Domingo Axayacatl. Ten stracił w walkach lewą dłoń z kawałkiem przedramienia, tudzież odniósł kilka mniej poważnych ran. Ale, co największą dlań estymę u mnie wywołało, zechciał ocalić honor – i uczynił to. Nie powiem, choć to nieskromne, bez mojej małej pomocy mógłby tego nie dokonać, ale cóż…
A dlaczego o nim wspominam? Późno już, tedy czas kończyć. Ale kiedyś opowiem wam kolejną historię, w której ów się pojawia. Historię, której długo nikomu nie opowiedziałem… 

Kiedyś… opowiem wam o Penelopie Lafayette…  



Komentuj (2)


Link :: 26.05.2009 :: 19:59

12,13 V 5004

Cierpki smak zemsty cz.3 –  Pierwsza krew

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jakom wspomniał ostatnio, dziatki, nasze wspólne planowanie przerwał brzęk tłuczonej szyby tudzież granat, któren wylądował na środku stołu. Jeden rzut oka pozwolił go rozpoznać, drugi – stwierdzić brak zawleczki… pamięć mignęła jeszcze wspomnieniem zajęć z Akademii, przypomniała o stu sześciu metrach grubego, ponacinanego stalowego drutu, owiniętego wokół trzech uncji RDX… trzeciego rzutu oka już nie było, komendant huknął „pod stół!”, obecni nie dali się prosić, cała szóstka dała nura, pieprznęło, wywalając resztę okien… Gdy wreszcie przestało dzwonić w uszach, prawie wszyscy mieli już w garści broń… prawie, gdyż gospodarz schylał się odrobinę za wolno i oberwał w ramię paroma odłamkami. Kamerdyner zasię, który niósł nam karafkę brandy, nie schylił się wcale…
Cavendish pomógł wyjść, a raczej wypełznąć Timbroke’owi, wszyscy ruszyliśmy do wyjścia, czując że zaraz mogą polecieć kolejne granaty. Komendantowi dało to czas na skorzystanie z komunikatora… którego sygnał był zakłócany na wszystkich pasmach. Tachion natomiast działał, jedyne co dało się zrobić to połączyć z „Pasem Oriona” – kazał tedy nasz diuk desantować na dół Marines, tudzież obserwować pole bitwy… właśnie – jakiej bitwy? Nie mieliśmy bladego pojęcia, co się działo na zewnątrz – czy Kajdaniarzom udało się podejść tak blisko większymi siłami, czy był to tylko wjazd specgrupy.
Na razie jednak – do kuchni… Jakom wspomniał, było nas sześciu, Timbroke, Trinidad, Cavendish, nas dwóch tudzież ukar ze straży honorowej diuka. A przeciwnik… nie pokazywał się.
To znaczy, nie pokazał się żaden człowiek. Tu nadleciały z ciemności przez wybite okno dwa bełty z kusz, tam o mało nie wleźliśmy w minę kierunkową… ale trzeba było do kuchni. Jakby się kto głupio pytał, ostatnio znajdowały się tan żona i synowa sir Jamesa tudzież Czarna Ines…
…a ilość pułapek postawiona na drodze do kuchni zdradzała, że nieproszeni goście mogą tam być przed nami. 
I to nie tylko pułapek. Zza kolejnego zaułka wyskoczył na nas golem… wiecie, pajączek, wielkości sporego psa, z wieżyczką przyczepioną na grzbiecie, prymitywny ale zabójczo skuteczny. Z miejsca otworzył ogień do stojących najbliżej dona Alejandro i Jasona, ci przykleili się od ścian, odpowiedzieli ogniem, jam tez strzelił gdy odsłonili mi pole… a potem Manuel, do którego nie strzelał zgoła nikt, zapalił się…
Jeden Cavendish nie zwrócił na to uwagi, skoczył, lądując całą swoją masą na golemie, wprasował go w podłogę… i sam mało nie został wbity w sufit, bowiem uruchomił samolikwidator maszyny. Reszta zasię zwróciła oczy ku Trinidadowi, który płonął… dziatki, gorzał jak dobrze podlany ka, równie głośno wył, komendant w pierwszym odruchu chwycił z pobliskiej komódki wazon, który cudem jakowymś przetrwał strzelaninę, chlusnął… 
Nie uniosła się ani odrobinka pary, woda uczyniła mokrą plamę na podłodze, kropelki osiadły też na Kalinthi, który płonął dalej, widać było jak czernieje i pęka mu skóra, jak zwęglają się palce… don Alejandro popatrzył nań osobliwie, z ucha spłynęła mu strużka krwi… płomień przybladł, przygasł, nietknięty Trinidad podniósł się z podłogi…
Nie był to zwykły ogień, dziatki, jakby się kto pytał. Jam sam był nieraz świadkiem, jak komendantowi to czy owo z mocami nadprzyrodzonymi nie wyszło, czasem dobrze że Hieronim był pod ręką… jednak u niego odbywało się to, rzec by można , wewnętrznie. Trinidad zajął się bardziej spektakularnie, szczęśliwie don Alejandro zorientował się i snadź pospieszył z okultystycznym już kubłem wody. 
Ruszyliśmy dalej, zwłaszcza że spojrzenie mego pana lennego nabierało cech owej ponurej determinacji, która miała brzydki zwyczaj przeszkadzać w myśleniu…
Po drodze do kuchni niespodzianek było już niewiele, jeśli nie liczyć trzech przylepionych do ścian min kierunkowych. Były to jednak słabe ładunki, Cavendish zdjął je z pistoletu, tak zręcznie że gdyby nie sytuacja to brawo bić… i byliśmy na miejscu. Nikt nawet nie zauważył, że zgubiliśmy po drodze Manuela…
Pierwszym widokiem były ciała… jedna służąca z przestrzeloną głową, druga oraz ochmistrzyni na pierwszy rzut oka całe, ale leżące bez ruchu. Cavendish przyklęknął przy jednej, a don Alejandro nie popatrzywszy nawet pod nogi wybiegł kuchennymi drzwiami z dworu. Za progiem była kolejna mina kierunkowa…
Jużem zmartwiał, gdy z hukiem poleciał w powietrze, przeleciał chyba dwadzieścia stóp i spadł na ziemię. W półmroku zdawał się jednak, iż wciąż posiada ręce, nogi i głowę, fizycznie w każdym razie… wtedy właśnie podniósł się, przy czym zauważyłem że nie wypuścił z rąk ostrza ani rewolweru – i popędził dalej. Żeby nie tarcza, dziatki, i to nie byle jaka, już by było po diuku…
Skoro przetarł już drogę, razem z owym Ukarem poszliśmy w jego ślady, zostawiając Cavendisha przy kobietach. I wtedy właśnie pieprznęło coś w kuchni…
Sir Jason wybiegł jednak na własnych nogach… jeśli można tak to ująć, zajuszony od stóp do głów, osmolony… nie było jednak czasu na pytania, ujrzeliśmy bowiem nowe niezwykłe zjawisko. Znalazł się Manuel…
Wisiał sobie na może dziesięciu metrach dzięki wielkim, ptasim skrzydłom, które wyrastały mu z pleców. A widoczny był w mroku doskonale dzięki wielkiej kuli płomieni, w środku której się znajdował. Pod nim na ziemi leżał płonący trup ze szczątkami miotacza ognia na plecach, dalej z przodu zasię biegło sześć postaci. Nawet z dystansu było widać, że trzy z nich to niewiasty i są popędzane przez pozostałą trójkę… 
Don Alejandro schylił się i popędził w tamtą stronę, licząc że półmrok tudzież rzucający się w oczy Trinidad pozwolą mu się podkraść na odległość ostrza. Pobiegłem za nim, z natury wolniej, starając się również nie czynić za dużo hałasu, za mną zasię ruszył Ukar.
Prawie się udało, zwłaszcza że w połowie włosy jednego z tamtych nagle zajęły się ogniem… prawie… już, zdawało się, jeden skok komendanta i jego miecz sięgnie celu, gdy ostatni z Kajdaniarzy – tak, teraz było widać emblematy – odwrócił się i przystawił Ines pistolet do głowy, zasłoniwszy się nią wprzódy… to samo zrobił ten, który wiódł lady Mathildę. Trzeci za bardzo był zajęty gaszeniem płonącego łba.
Nastąpił suspens bardzo nerwowy, w czasie którego podbiegliśmy nieco bliżej… przerwała go Clara, która niespodziewanie podniosła gnata upuszczonego przez palącego się najemnika – i odstrzeliła łeb temu, który trzymał jej teściową. A ten, który trzymał Ines, nacisnął spust… 
Nawet kajdaniarska broń potrafi się zaciąć w nieodpowiednim momencie. Rzuć broń, powiada komendant. Wy rzućcie, odrzecze ten nędznik, inaczej zginą wszystkie trzy… i nawet w kiepskim świetle było widać – skurwysyn nie łgał bynajmniej…
Ineza pomacała się po plecach, potem odwróciła, pokazując coś przymocowane nieco wyżej krzyża. Komendant aż syknął, ja tudzież – cóż, dziatki, niewielka mina kierunkowa. Zapewne przystosowana do kilku metod zdalnego odpalenia. Takie same tkwiły na plecach obu dam Timbroke. 
Sytuacja zrobiła się, mówiąc delikatnie, patowa. Kajdaniarz powtórzył raz jeszcze – albo odjadą wolno, albo zginą wszystkie trzy. Z zarośli wyszło jeszcze czterech czy pięciu, z wymierzoną bronią, rozstawili się w bezpiecznej odległości…
Ines odzyskała nieco rezon, najpierw popatrzyła na komendanta… jakby chcąc upewnić się, że ów niczego głupiego nie uczyni, powiedziała cicho coś, czegom nie usłyszał, następnie zwróciła się do porywaczy i poprosiła o połączenie z Denverem Summervale.
Pogodziła się snadź z tym, co nam jeszcze nie chciało do łbów dojść – że wygrali to starcie. Przeszli przez ochronę jak za przeproszeniem gówno przez gęś, mieli dobry plan i wykonali go, zrobili nas jak chcieli, a teraz mogli dyktować warunki.
Nie zamierzała tedy negocjować uwolnienia. Połączywszy się, zapytała czy – jako że jest w ręku szlachcica – może, ona i towarzyszki, liczyć na względy należne jej stanowi. Oczywiście, odrzecze Denver z komunikatora (tak, chciała by wszyscy usłyszeli), będą traktowane jak damy wysokiego rodu. On, Denver Summervale, daje na to szlacheckie słowo honoru.
I ledwie te słowa przebrzmiały, ładunek na plecach Czarnej Ines eksplodował…
Padła bezwładnie, jako ta szmaciana laleczka. Jeszcze ciało jej nie dotknęło ziemi, a komendant miał miecz w garści, wszyscy zasię sięgnęli po broń. Ci dwaj najbliżej skierowali broń w diuka, zdążyli nawet wystrzelić, zanim ich obu wręcz poćwiartował… W tej samej chwili wybuchły pozostałe dwie miny. 
I tamci wiedzieli, że żadnego pardonu być nie może. Nikt nie myślał żeby choć jednego żywcem wziąć. Każdy z tych pod zaroślami dostał po kilka kul, a gdy już leżeli ale ruszali się jeszcze – dla pewności jeszcze po kilkanaście. Samochód którym mieli odjechać dostał granatem, rannego kierowcę który zdołał się wyczołgać z płonącego wraka wrzucono doń z powrotem… a potem, niestety, nie było już kogo zabić.
Don Alejandro, zabiwszy dwóch tych dwóch najbliżej, rzucił broń precz i przypadł do leżącej Inezy, wołając o nosze i sanitariusza. W pierwszym odruchu myślałem że ją porwie na ręce i poniesie, ale mimo poruszenia rozumiał snadź że w ten sposób dokończyłby, co Summervale zaczął.  
Cavendish kazał sobie podciągnąć mundur i otworzyć skrytkę, jaką miał w plecach… Wszechstwórco, iście więcej było w nim golema niźli ciała… dość że taił tam strzykawki z eliksirem, które normalnie były połączone z własnymi jego wszczepami… teraz zasię każda z rannych dostała po dwie szpryce. Następnie sir Jason wyjął komunikator (kajdaniarski zagłuszacz spłonął razem z samochodem, jakby się kto pytał) i, dokonawszy szybkiej kalkulacji, połączył się ze szpitalem w stolicy, kazał przysłać skoczek. Co miało nastąpić za czterdzieści minut. Aż czterdzieści.
Znacznie szybciej pojawili się sanitariusze, z wielką ostrożnością zawinęli wszystkie trzy damy w kajdaniarskie żelazne prześcieradła… tak, wiem że to ekwipunek do porwań zasadniczo, ale do przeniesienia kogoś ze strzaskanym kręgosłupem jak znalazł – i ponieśli. 
Manuel wylądował, schował skrzydła, podszedł do komendanta, który nie odstępował zawiniętej Inezy na krok i jeszcze nie schował zbroczonego ostrza. Zanim jednak przemówił, Cavendish podniósł komunikator zaszlachtowanego Kajdaniarza i wybrał ostatnie połączenie. Tak, zgłosił się Summervale. I tu sir Jason, lubo dotąd z głową postępował, dał się ponieść i głupotę uczynił. Pamiętasz Kazav, zasrańcu? - zapytał. Pamiętasz Kazav, wyskrobku, śmierdzielu? – dodał, jakby raz było za mało. To sobie lepiej przypomnij, podsumował i rozłączył.
Ale mu dogadał, co, moiściewy? Pojechał jak Decados po dachu stodoły… tłumacząc na język wojskowy, oto, co przekazał – „panie Summervale, zamierzam zaatakować pańskie pułki kajdaniarskie za pomocą oddziału pancerzy wspomaganych typu Agram”. Czyli – proszę spokojnie i bez pośpiechu wykopać wilcze doły, rozciągnąć potykacze, rozstawić drużyny przeciwpancerne. Cavendish, wiecie, kochał i wierzył w swoje zabawki… a jutro, jak będzie chwila czasu, pokażę wam na dziedzińcu jak we czterech można przewrócić Agrama dyszlem od wozu…

Trinidad natomiast podszedł od dona Alejandro, że mówił cicho to żem nie dosłyszał… w każdym razie komendant zrazu słuchał z pustym wzrokiem, potem uczynił gest – i zamiast do medlabu, sanitariusze ponieśli Inezę do świetlicy. Do środka wszedł jeszcze tylko on sam z Trinidadem, noszowych precz wygnał, mnie samemu powiedział tylko – nikt nie może wejść. I zatrzasnął drzwi.
Gdy tedy po chwili zjawił się medyk i zapytał o markizę, powtórzyłem słowa diuka – nikt nie może wejść. I, pamiętając jego spojrzenie, dodałem – jeśli wam życie miłe…

Bezwładną Ines złożono na dębowym stole. U wezgłowia stanął Manuel, recytując bezgłośnie modlitwę. Ponownie z jego pleców wyłoniły się śnieżnobiałe skrzydła, układając się w osobliwą kopułę nad nieruchomym ciałem Hazatki. Trinidad rozłożył ramiona, spod przymkniętych powiek spłynęły krwawe łzy.
Siedzący po drugiej stronie Alejandro spoglądał na scenę niewidzącym wzrokiem. Obie dłonie zaplótł na rękojeści trzymanego między kolanami miecza. Mięśnie ramion drgały, jakby w każdej chwili miał uderzyć…


Jak mi tedy kazano, stanąłem przy drzwiach, nikogo nie puszczając. Równocześnie docierały do mnie meldunki… na przykład taki, że lądownik wiozący naszych marines został zawrócony – cóż, nie wystąpiliśmy o stosowne pozwolenie. Kazałem się też powiadamiać o stanie żony i synowej sir Jamesa. Z jednej strony eliksir swoje zrobił, z drugiej – rany u obu były poważne. I wtedy otworzyły się drzwi świetlicy…
Wyszedł z nich książę Trinidad, blady, bezkrwisty. Kazał się z miejsca wieść do dwóch pozostałych niewiast. Wtedy dopiero pozwoliłem sobie zajrzeć… 
Czarna Ines leżała pośrodku stołu, tak jak ją niedawno tam złożono. Don Alejandro siedział na stołku u wezgłowia. Jedną dłoń miał wciąż zaciśniętą na mieczu, głęboko wbitym w podłogę. Kamienną, dodajmy. Drugą gładził jej czarne loki. Komora stazy leżała tak jak ją na początku rozwinął, pusta. Natomiast sama markiza…
Odzienie na jej krzyżu było wciąż poszarpane wybuchem. Natomiast, dziatki, w miejscu, w którym dwie litanie temu ziała krwawa rana, widniała jeno gładka, nienaruszona skóra. A plecy unosiły się w miarowym oddechu.
Stałem jak głupi, jak kiedyś dawno, wiele lat wcześniej i na innej planecie, patrząc na inną drogą mi niewiastę – rad że żyje, a jednocześnie nie ośmielając się postąpić kroku. Po chwili pojawił się Trinidad, przeprosił i zapytał diuka, azaliż może skorzystać z jego komory stazy. Komendant wbrew pozorom kontaktował, zgodził się bez niczego…
Widzicie, dziatki, czasem lżej rannego trzeba otoczyć większą opieką niż tego w gorszym stanie. Czegom wtedy jeszcze nie wiedział, lady Mathilda cięższe obrażenia odniosła niźli lady Clara… tedy, co zrazu może zabrzmieć paradoksalnie, właśnie tą drugą ulokowano w komorze stazy. Żeby nie było, nad obiema Manuel modlił się długo, zanosił błagania pod stopy Wszechstwórcy, że było więcej świadków wiem że wszelakich starań dołożył – aliści gdy skoczek Aptekarzy przyleciał, to młodszej większe szanse dawano.
Na wspomniany skoczek załadowano tedy Inezę, tudzież lady Clarę i Mathildę. Poleciał też sir James… takoż, wydawszy wprzódy rozkazy, wsiadł na pokład książę Corrinho. Mnie kazał zostać na posterunku, widać było że się łamie, między powinnością a uczuciem, że jeszcze chwila a to mnie wyśle by samemu zostać – ale poleciał.
Dwór zasię zaczynał przypominać oblężoną twierdzę… tylko czemu dopiero teraz? Pojawiło się dwustu kwarcianych z najbliższej jednostki Timbroke’ów, za kilka godzin mieli też być wynajęci przez Trinidada Kajdaniarze. Skoczek przywiózł też wreszcie śmiercionośną zabawkę Ukarów – samobieżne działo przeciwlotnicze, zdolne w sekundę wyekspediować trzydzieści funtów odłamkowych pocisków.
Nocny atak kosztował nas, poza zamordowaną ochmistrzynią i trojgiem służących, siedmiu ludzi sir Jamesa tudzież dwóch komendantowych Ukarów. Co nie obejmowało, oczywiście, wiezionych właśnie do szpitala niewiast. 
Don Alejandro nie pozbawił się jednak łączności z nami… to znaczy, niemal się pozbawił, jeno jego przyboczny był bardziej przewidujący i zabrał do skoczka spory wyświetlacz taktyczny, dający się podłączyć do komunikatora. Dzięki temu diuk mógł na bieżąco śledzić wydarzenia we dworze.
Niemniej, nie wydarzyło się nic. Jakom wspomniał, tamci spróbowali wejścia specgrupą – i udało im się. Teraz zasię czekali na nasz ruch. Najlepiej nieprzemyślany. Raczej nie planowali powtórki – wiecie, dobrze wiedzieli że nie da się, za przeproszeniem dam, nasz… ekhem, wejść do tej samej rzeki.

A cóż w szpitalu, zapytacie? Jam, oczywiście, nie śmiał komendanta ciągłymi połączeniami nękać… czyniłem to z Ravhem, jego przybocznym. Niby widziałem, co uczynił Trinidad, że rany się zasklepiły – ale to nie wystarczało, to raz, dwa, że więcej niepokoju budził stan obu dam Timbroke. W każdym razie, po szóstym może szturchnięciu odebrał sam diuk i potwierdził, iż z Inezą ponoć wszystko w porządku, zaraz go do niej puszczą, natomiast lady Clara i Mathilda wciąż są operowane. 
Wiadomość owa, co zrozumiałe, lubo pomyślna, nie rozwiała jeszcze ciężkiej atmosfery wiszącej nad dworem. Czekaliśmy na następne – komendant zapowiedział, że zostanie czas pewien, przynajmniej do końca obu operacji. 
Dowiedziałem się później, że rozmówił się z Inezą i – zapewne nie bez oporu – zadecydował, że póki co winna wrócić na jacht. Siedział u niej jeszcze, gdy przyszła wiadomość o pomyślnym zakończeniu operacji lady Clary. 
Potem pożegnał się z Ines i wrócił do sir Jamesa. Był tam, gdy przyszli Aptekarze powiadomić barona o śmierci żony.

Jak nam potem opowiadał przyciśnięty Ravh, atmosfera w skoczku wracającym do rezydencji była ciężka jak chmury nad B2. Obaj panowie przesiedzieli lot cały w ponurym milczeniu, don Alejandro wiedzący, że nie ma słów mogących dać pociechę, Timbroke zaś żujący coś, rozważający rzecz zgoła niedobrą… komendant wiercił go wzrokiem raz po raz, ale odgadnąć myśli nie potrafił…
W końcu dolecieli, a dobrze rano już było, skoczek wylądował, wysiedli… Jam jeszcze na nogach się trzymał, Cavendish takoż, jeno Trinidad zmordowany nocą wczorajszą jeszcze spał. 
Timbroke, ledwie nogę na twardym gruncie postawił, kazał wołać do siebie dowódcę swych zbrojnych. I wtedy mojemu diukowi – widziałem to – klapka się otworzyła, poszedł za gospodarzem krokiem pozornie spokojnym, ułapił w drzwiach, coś klarować zaczął… rozmawiali minut może dziesięć, a o czym? Dowiedziałem się później, a i to przypadkiem – wiecie, komendant nie lubił się chwalić… że odwiódł barona od zamiaru wydania Manuela w łapy Summervale’a.
Zamiaru, dodajmy, mało realnego do wykonania, na miejscu byli już Kajdaniarze Trinidada, niemniej niechby jedna kula w tym konflikcie poleciała, jeden trup padł – za nim poszłoby wiele następnych. To by dopiero mieli ubaw po pachy, Summervale z markizą Stronenberg.
W każdym razie baron kazał obudzić dona Manuela. Ów pojawił się poniewczasie, nieświadom sytuacji - i zaprezentował się fatalnie. Zszedł bowiem z pięterka przeciągając się i ziewając szkaradnie. Oczywiście, nikt nie zaprzeczy że po walce tudzież zapasach ze śmiercią, której wyrwał z kościstych paluchów dwie dusze, miał prawo do snu. Niestety, takiego właśnie ujrzał Timbroke. Uśmiechniętego – wszak o niczym nie wiedział. Oj, już pomyślałem że krew się poleje, baron jednakże zacisnął zęby…

- Książę, wypowiadam ci gościnę. Masz dwanaście godzin na opuszczenie mych ziem.

Wyrzekłszy te słowa, wszedł do dworu i zamknął się w gabinecie. Trinidad zrazu stał jak obuchem uderzony, potem pospieszył do komendanta i sir Jasona, pytać o przyczyny. Komendant opowiadał, niezbyt długo, a w trakcie słuchania oblicze dona Manuela powoli przechodziło w odcień wiśniowy. Obu jego rozmówcom nie uszła ta przemiana, jęli go hamować, zrazu się wysapał, kazał wołać kapitana swoich Kajdaniarzy by odebrać oficjalnie służbę i wydać rozkazy. Zajęło to może pół godziny, po czym pojawił się rękodajny barona i oświadczył, że żołnierze księcia Trinidada mają niezwłocznie opuścić ziemie Timbroke… Tego już Manuel nie wytrzymał i szybkim krokiem, zaciskając pięści, wszedł do dworu szukając barona.

Jak się zapewne domyślacie, nie była to przyjazna rozmowa. Zaczęła się od oświadczenia Trinidada, że jeśli nie zostanie wpuszczony do gabinetu, to wejdzie z drzwiami. Dał się słyszeć odgłos przekręcanego klucza, trzaśnięcie zamykanych ponownie drzwi, a potem głównie krzyki…  
Co, że podsłuchiwałem? Trudno było nie słyszeć, tak się na siebie nieobyczajnie darli, a okno nie było domknięte. Oczywiście, wszystko do człeka i tak nie docierało, tylko to najgłośniejsze – a więc z początku „wynoś się!” w wykonaniu barona tudzież „co ty wiesz o teurgii” Manuela… w pewnej chwili rozległ się brzęk bitego szkła – chyba na wpół opróżnionej butelki whisky, acz w tym harmidrze nie byłem pewien, potem coś jak plask policzka, Timbroke zakrzyknął o straż, pchnęli się też w tamtą stronę ochroniarze Trinidada, zakotłowało się chwilę przy drzwiach, w gabinecie dla odmiany ucichło… to znaczy, kłótni nie zaprzestali, jeno już nie tak głośno. Na zewnątrz, że wołanie o straż się nie powtórzyło, też zrobiło się spokojniej. Jeszcze kilkanaście minut i z gabinetu wyszedł Manuel, z twarzą tak zaciętą a purpurową, że nikt mu nie śmiał w drogę wejść. 
Niedługo później pojawił się i gospodarz. Woniało od niego okrutnie alkoholem, ale trzymał się prosto, a wzrok miał niepokojąco trzeźwy. Poszukał wzrokiem i odnalazł dona Alejandro. Głosem już spokojnym…

- Książę, cofam pozwolenie na ćwiczenia legionu cesarskiego na moich ziemiach.
- Rzekłeś, panie baronie.
- Równocześnie, jako że przybyłeś panie w towarzystwie persona non grata, jestem zmuszony prosić także waszą mość o opuszczenie moich włości.

… i nie uchybiając tym razem obyczajom, wyprosił nas, tudzież Cavendisha. Komendantowi ani mięsień nie drgnął, kiwnął głową jeno.
Bo, prawda, co nas tu trzymało? Ani on nam był brat, ani swat, wyrzucił Manuela wobec którego diuk miał dług, Inezie ani strupek po ranie nie pozostał – co nas tu trzymało? 
Oczywiście, że to sarkazm, dziecko. Zostawić niedokończoną robotę, niewyrównane rachunki – i to mając ku temu stosowne środki? Że nie wspomnę o fakcie, że sprawa była honorowa…
Tak tedy komendant oświadczył, że uczyni zadość życzeniu sir Jamesa Timbroke, prosi jednak pierwej o rozmowę w cztery oczy. Ten machnął ręką na granicy dobrego wychowania, zaprosił diuka do gabinetu…
Pamiętacie, jakem mówił raz że z mego pana lennego za przeproszeniem dupa była, nie negocjator? Sam, nie ukrywam, skrycie wyrzucałem mu że Ineza, która mogłaby sprawę zażegnać, była na orbicie… ale, dziatki, przyszło mi się w piersi bić…
Rozmowa przebiegała o wiele ciszej niż poprzednia, aliści od czasu do czasu dał się słyszeć głos podniesiony. Raz nawet baron krzyknął wcale donośnie „Nie jesteśmy Trinidadami!”, ale to było jedyne co przez okno przeniknęło. Minęło jeszcze z dziesięć minut, po raz kolejny w tym dniu rozległ się odgłos bitego szkła, jednak – tym razem byłem pewien – szklanek. Z gabinetu wyszedł następnie don Alejandro, z miną tradycyjnie pokerową, przez którą jednak przebijało zadowolenie.
Skierował się w miejsce, gdzie siedział Cavendish tudzież częściowo uspokojony już Trinidad. Wyjaśnił, że baron odwołał swoją decyzję i ponownie wyraził zgodę na ćwiczenia Cesarskich – jednak pod warunkiem. Manuel ma opuścić jego ziemie. Ta kondycja zdaje się nieodwołalna, powiada, ufa jednak że jego książęca mość przychyli się – dla dobra rodziny Trinidad. 
To, nie powiem, było ładnie powiedziane. Don Manuel zrozumiał rację i przystał. Zwłaszcza że jego udział w dalszych zmaganiach wcale nie wymagał działań z ziem Timbroke’ów. Jednakże należało się spieszyć z decyzjami – kłótnia z panem tego domu kosztowała Trinidada skrócenie ultimatum do godzin trzech.

Co wstępnie postanowiono – Manuel weźmie kilkunastu Kajdaniarzy tudzież swoją ochronę i poleci do stolicy. Reszta batalionu, która nie miała dość czasu na opuszczenie włości w terminie, uczyni to pod kordonem. A potem będziemy radzić, co dalej.
Żeby zapewnić dodatkową ochronę Trinidadowi, don Alejandro wykonał kolejne połączenie do znanego nam już legata Thalasa. O, bynajmniej nie zamierzał przydzielać Cesarskich do zadań nie przewidzianych regulaminem… jeno polecił wybrać kilkudziesięciu i udzielić im kilkudniowych przepustek. Ot, żeby w razie kłopotów byli w pobliżu. 
Tak się też stało. Ledwie skoczek Manuela zniknął za widnokręgiem, komendant udał się na zasłużony odpoczynek, mnie samemu polecając uczynić to samo – przypominam, obaj byliśmy na nogach od zeszłego dnia…
Sześć godzin snu plus siódma dla urody – tedy ja spałem siedem, on jedną mniej. Pytasz, dlaczego położyliśmy się tak beztrosko? Ludzie Summervale’a mieli, przypominam, mnóstwo czasu. markiza Stronenberg mogła ich opłacić na miesiąc, jeśli nie dwa. Mogli sobie pozwolić na czekanie na nasz ruch. A my – na sen.
Gdym się obudził, a zbliżał się powoli wieczór, przyleciała zmiana straży przybocznej Alejandro. Tym razem, ze względu na wydarzenia przeszłe, w sile trzydziestu chłopa i pod dowództwem kapitana. Wspominam o tym, gdyż ów kapitan dorzucił do tej wojenki wcale sporą siłę. Otóż, rozmówiwszy się z ojem Corrinho przy butelce ichniego bimbru wyjawił, że jest na planecie sporo ukarów dla których zabrakło miejsca w formowanych legionach – i bardzo z tego powodu nieszczęśliwych. Do tych, powiada, on podjąłby się dotrzeć w ciągu doby-dwóch… naturalnie, żeby nie było że feldmarszałek cesarski w tym palce macza, oficjalnie wynająłby ich baron Timbroke. Komendant miałby jeno – co przyrzekł – po wszystkim wcielić owych Ukarów oficjalnie do swego wojska. I tak też, uprzedzając fakty, uczynił. W wojnie liczył się każdy miecz, a jedynym problemem byłaby kadra dla nowego pułku – i to teoretycznym, wszak Hazaci kethkordyjscy wiedzieli jak z ukarami postępować i byli zdolni wpoić im stosowna karność.

Ale dość dygresyj. Z uwagi na pewną fazę stagnacji w konflikcie oraz fakt, że przejście wojsk Kajdaniarzy od Mattworthów do nas zajęłoby kilkanaście godzin, zaś lot na orbitę – pół, don Alejandro pozwolił sobie… cóż, dziatki, ulec swojej ukochanej słabości. Czyli poleciał na „Pas Oriona”.
Poza tym, wszak nie zostawiał wszystkiego samopas, zostałem bowiem ja, Cavendish, który zaczął powoli ściągać i montować swoje Agramy, wreszcie przecież wojska Timbroke’ów. 
Na odchodnym wybrał wśród swej nowej straży Ukara, któren umiał się obchodzić z pancerzem wspomaganym – i kazał mu przyodziać Okruch Światła, a w razie walki – również Nataszkę. Zadowolonemu jak dzieciak na Hombora wojakowi rzekł tylko – zepsujesz, a potrącę z żołdu. Po jego odlocie zaś Kor, szef mechaników, dorzucił – zepsujesz Nataszkę, a potrąci ci matka chrzestna… 
Wieczór i większość nocy upłynęła tedy na niezbyt nerwowych przygotowaniach, mechanicy Cavendisha montowali kolejne Agramy, on sam wraz ze mną rozważył jeszcze kilka planów, bardziej jednak taktycznych. Don Manuel raz po raz kontaktował się z nami, informując co wypatrzyły sensory jego krążownika u Mattworthów i na – zasługiwał powoli na tę nazwę - froncie, jednak przekazywał niezmiennie że na zachodzie bez zmian. Komendant natomiast, czemu się w sumie nie dziwiłem, nie odzywał się – w razie ważnego wydarzenia, łączność z jego komunikatorem miałem ja.
Dopiero bladym świtem, gdy już zmęczenie zaczynało dawać się we znaki, odezwał się po raz kolejny Trinidad. Próbował, powiada, połączyć się z diukiem Corrinho na orbicie, komunikator jednakże milczy, a sprawa jest istotna. Dla nas też, tedy puści rozmowę na trzy komunikatory. Czy tedy don Vega… cóż, ufałem że Trinidad nie koloryzował, westchnąwszy głęboko połączyłem się z diukiem – wiecie, nawet gdy przełączał w tryb prywatny, musiało być awaryjne dojście doń…
I tak odebrał dopiero za trzecim razem. Patrzyliśmy wraz z Cavendishem w mój komunikator, ekran był podzielony, na jednej części widniało oblicze Trinindada, na drugiej zasię nie było obrazu. Niewidoczny don Alejandro zapytał uprzejmie, czemu zawdzięcza rozmowę. Książę, rzecze Trinidad, mam dla pana propozycję. Chciałbym coś pokazać – jednak pod warunkiem, że nie będziesz, don Corrinho, zadawał żadnych pytań, tudzież dochowasz tajemnicy. Komendant zgodził się, po czym na miejscu twarzy Trinidada ukazała się inna, nieruchoma. Też dobrze znana, należała bowiem do Syneculli. Którego odcięta głowa pływała w słoju z okowitą.
I cóż powiesz, książę? – pyta Trinidad. Wszak obiecałem nie pytać, rzecze komendant… Komentarz może jakiś? Cóż mogę rzec, powiada don Alejandro, to już dwoje…
Dwoje maczających łapy w Traktacie Marsjańskim, oczywiście. Trinidad trawił respons trochę długo, nastąpiła chwila ciszy, w której dał się słyszeć szelest delikatny - rozpoznałem nieomylnie pościel jedwabną – i głos Inezy:
 
-Za to ja zapytam… będziesz książę skłonny ujawnić szczegóły?

 -Chętnie, pani, ale pozwól utrzymać jeszcze rzecz w sekrecie... Zresztą, tajemnica to moje drugie imię, chciałbym aby brali to Państwo pod uwagę... mam swoje powody i wiem kiedy o czymś opowiedzieć, a kiedy dać zaledwie przedsmak. Niestety, nie wszystkim to odpowiada…

… zakończył Trinidad z pewnym smutkiem. Włączył się natomiast Cavendish i poprosił, by diuk zechciał niedługo zjawić się z powrotem na planecie, bowiem pojawiły się nowe aspekty… w tle rozległo się nie za dobrze stłumione, poirytowane westchnienie niewieście, po chwili ciszy zasię diuk oznajmił, ze będzie za godzin dwie. 
 
Jak przyobiecał, tak uczynił, zjawił się po owych dwóch godzinach. W sam czas, gdyż Cavendish właśnie ukuł nowy plan, o wiele bardziej trzymający się kupy niźli ten z szarżą Agramów na dwór Mattworth… co, nie wspomniałem? Bo i nie było o czym… po pięciu minutach argumentacji komendanta Cavendish mapę podarł z taką miną, że zastanawiałem się czy i nie zje… 
Teraz zamierzał jednak wykorzystać inne możliwości a prerogatywy… pamiętajcie, że Mattworth był jedynie zakładnikiem, pionkiem… o czym wiedzieliśmy tylko my. A plan był niezły, aż dziw że nie wpadliśmy nań wcześniej. Gdyby tak, na przykład, znaleźli się krewni sir Kennetha, zaniepokojeni o jego los? I poprosili o wszczęcie śledztwa Rycerzy Poszukujących?
W ten sposób sam Cavendish mógłby z całym cesarskim immunitetem wleźć do dworu Mattworth jak do siebie. Oczywiście ostrożnie, by nie naruszyć żadnego z kruczków, niemniej mógł wszcząć tam śledztwo. Raz, mogłoby to postawić Summervale’a w wielce niezręcznej sytuacji. Dwa, gdyby ktokolwiek nietykalność paladyna naruszył – cóż, don Alejandro i legat Thalas czekali jeno odpowiedniego pretekstu… 
Plan w założeniach był niezły, dziatki. A jakby miał zawieść – w ciągu kilkunastu najbliższych godzin mieli się zjawić na ziemiach Timbroke zapowiedziani Ukarzy. I to nawet więcej niż się początkowo spodziewano – pięć tysięcy. Przewaga w tej wojnie, przynajmniej liczebna, przechylała się tym razem na naszą stronę…
   



Komentuj (0)


Link :: 20.05.2009 :: 15:03
3 IV 5004

Sen zabitego boga cz. 1

Drużyna Nowa Wewnątrztygodniowa

Stan Saidy pogarsza się wykładniczo. Ascendent, który postanowił uczynić ją swoim naczyniem ponawia wysiłki zapanowania nad jej śpiącym ciałem i doprowadza to do śmierci zakonniczki z Bractwa pełniącej przy niej warte. Opanowana Saida pisze jej krwią na podłodze „Jam jest naczynie Jednookiego, Dzierżącego Włócznie Zabójcy Słońca”
Badania doprowadzają Varie i Ludwika do wniosku, że dalsze pogarszanie się jej stanu może zagrozić flocie a nawet planecie. Pozawalają odprowadzić ją do celi, ma jej towarzyszyć Ludwik, podczas gdy Varia rozpocznie przygotowania do wyprawy. W trakcie konwojowania ukarki dochodzi do jeszcze jednej próby jej przejęcia. Ludwik reaguje szybko i sprowadza na Saidę Ciszę, odcinając ja od ascendentu.
W tym czasie Varia rozmawia najpierw z Bractwem a następnie z przedstawicielem Instytutu Phavian. Ten drugi informuje ją, że planeta która Saida widzi w swoich wizjach znajduje się na terenie Imperium i kieruje ja do Witalistów któryż utrzymują szerokie kontakty z kapłanami Ra.
W między czasie do bohaterów dołącza ukar Korrath z klanu Trak, znajomy Varii z odległej przeszłości, w jakiś dziwny sposób złączony z wizją Saidy.
Rankiem odbywa się przesłuchanie z udziałem psychiatry. Saida zostaje uznana za poczytalną, lecz jej sprawa zostaje przekazana pod jurysdykcje odpowiednich władz kościelnych. Decyzja admirała Al-Allawa, będzie ona eskortowana na pokładzie Błogosławionego Allawa przez Varie, Ludwika i Korratha.
Bohaterowie okrętują się na Allawa i lecą na planetę na spotkanie z Witalistami. Tam otrzymują listy polecające do kapłanów Ra na terenie Imperium. W miedzy czasie umawiają się na audiencję z Tharris – córką Boga-Imperatora. Przed spotkaniem robią ostatnie zakupy na planecie i opuszczają atmosferę.
Na audiencji otrzymują pozwolenie na podróżowanie po planetach Imperium otrzymują też berło wskazujące, że są osobistymi gośćmi Wnuczki Boga.
Na koniec próbują psychoaktywnego narkotyku. W odurzeniu widzą swą przyszłość


Komentuj (0)


Link :: 18.05.2009 :: 12:21

10 V - 12 V 5004

Cierpki smak zemsty cz.2 – Para Bellum

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Na czym zakończyłem ostatnio? A, prawda… Jak don Alejandro zgodził się wspomóc Manuela Trinidad – a właściwie rodzinę Trinidad-Timbroke – w odparciu szykującego się snadź zajazdu.  
Żeby jednak wprowadzić swe słowa w czyn, musiał pierwej ochłonąć po innej rewelacji – wiadomości, że ów Trinidad wykupił był z niewoli kurgańskiej pięćdziesiąt tysięcy naszych – weteranów z Hiry.
Dlaczego to uczynił? Ha, nie sądzicie chyba, że powiem… tak szybko. Jakie zresztą owe powody nie były – owe pięćdziesiąt tysięcy zawdzięczało mu wolność.

Dość, że książę Manuel przyjął propozycję naszego diuka z wdzięcznością, po czym wykonał połączenie do swych kuzynów… wiecie, nawet z pomocą nie wypada zjawić się bez uprzedzenia, grzecznie jest też zapytać, azaliż jegomość James Trindad-Timbroke baron Hawkwood sobie owej pomocy życzy. 
Zadzwonił tedy i zapowiedział nas… słychać było, że rozmówca raczył się zdziwić co najmniej trzykrotnie – raz tym, że Trinidad w ogóle się na planecie znajduje, dwa – z kim zamierza się zjawić, po trzecie wreszcie – uwaga – osobą spodziewanego najeźdźcy. Ciekawe… niemniej – zaprosił nas w swe progi.
Doskonale, orzekli na to Ines z komendantem i kazali by dwa skoczki zwiozły ich garderobę… dlaczego dwa? Inaczej by się nie zmieściło. Jeden wiózł osiem kufrów z odzieniem markizy, kuferek diuka, ponadto jedną sporą skrzynię też należącą do dona Alejandro. Kolejna skrzynia komendanta ledwie wlazła do ładowni drugiego skoczka…
Garderoba Ines zawierała wszystko, czego mogła szlachcianka z dobrego domu potrzebować przez te kilka dni. A skrzynie komendanta? Poza kuferkiem z ubraniem – zwiózł garderobę nieco innego rodzaju. W mniejszej skrzyni spoczywał Okruch Światła… co? Nie mówiłem wam jeszcze? Jego zbroja wspomagana, którą swego czasu dostał w podarunku od Fativy, wcześniej należąca do jej ojca, a jeszcze wcześniej – do Cardanzo…
W większej skrzyni, jakby miało przyjść do naprawdę dużej awantury, znajdowała się druga zbroja – pamiętny prezent od Nataszy. Nie doczekała się jeszcze oficjalnego imienia, po cichu mechanicy zwali ją Zielonym bądź właśnie Nataszką.  

My zasię wsiedliśmy z powrotem do skoczka, który nas tu przywiózł – i w drogę. Póki co, jeszcze w trakcie lotu zbieraliśmy informacje o wiszącym w powietrzu konflikcie. Wiadomo, był to jedynie pretekst by dobrać się do skóry Trinidada… lecz kto? Zwłaszcza, że Mattworthowie byli bezpośrednio lennikami Korony.
Trinidad w końcu przyznał się… na jego życie dybała markiza Willover. Kto zacz, pytacie… Była to, jak to wówczas mawiano, wojenna wdowa. Straciła była podczas Wojen o Tron męża i dwóch najstarszych synów, przez co cieszyła się w okolicy wielkim mirem. Samotniczka, rzadko ruszała się poza rodową siedzibę…
A co ma piernik do Trinidada? Był jeszcze trzeci syn, najmłodszy. Ten przywdział księżą sukienkę – i zginął przez Manuela. To znaczy, jeśli idzie o ścisłość, zginął z rąk Hazatów na Terze. Jak to się niby miało do Trinidada? On już nie opowie…
Dość że to jego śmierć chciała pomścić owa markiza i ukoić żal, wieszając skórę naszego nowego znajomka nad kominkiem. Najwyraźniej stać ją było na wynajęcie Summervale’a (który, nawiasem mówiąc, czasem wykonywał zlecenia za darmo, jeśli śmierć danej ofiary mogła zwiększyć jego sławę), tudzież miała dość wpływów, by skłonić Mattworthów do inwazji, dość pieniędzy, by ich wesprzeć zbrojnie.
A co mogliśmy włożyć do wspólnego garnka my? Wiedzieliśmy o pięciuset Hazatach, zaprawionych w boju i gotowych położyć głowy za komendanta. Dodatkowo, na Pasie Oriona był skromny kontyngent Marines. A na planecie? Komendant wydał rozkazy dla naszej ambasady… zanim dolecieliśmy, okazało się że na Delfach znajduje się jedna z jednostek podległego mu Drugiego Korpusu. Konkretnie – legion ukarski…
Oczywiście, uruchomienie Cesarskich dla prywaty to nie w kij dmuchał, należało to zrobić zręcznie, by zadość uczynić wszelkim przepisom a obostrzeniom… w przeciwnym razie czekały rozmaite reperkusje, włącznie z Placem Pięciu Tysiącleci i czwórką koni z powrozami…
Póki co jednak lecieliśmy. Po może godzinie skoczek zatoczył koło nad sadem… raczej plantacją, sad to trochę za mało powiedziane gdy jabłonie ciągną się po horyzont. Leciał na tyle nisko a powoli, że dało się dojrzeć pojedyncze postacie. Wdrapujące się na drabiny, strząsające jabłka do trzymanych koszy na tyczkach… a pomiędzy nimi – dała się rozpoznać li tylko po szerokości słomkowego kapelusza, zdolnego przykryć nieduży czołg – pani tego domu.
Pilot nasz zatoczył przepisowe koło, przyziemił delikatnie. Z ciekawostek, wokół pałacu nie dało się zauważyć, nawet żołnierskim okiem, ani jednego stanowiska pelot… tu dygresję uczynię, dziatki, przyda się na przyszłość. Otóż, wyobraźcie sobie, na Delfach od pięciuset lat panował absolutny zakaz używania bojowych maszyn latających… wszystkiego – skoczków, myśliwców, nawet głupia awionetka z koszykiem granatów wziętym na kolana byłaby na indeksie. Transport wojska i sprzętu bojowego również – żeby zwieźć na dół komendantowi zbroję tudzież naszą ochronę, nasza administracja musiała wprzódy wystosować stosowne podanie…
 Było to reminiscencją wojen o sukcesję, toczących się właśnie pięć wieków temu. Wtedy ochoczo używano różnych maszyn latających, miotając z nich wszelakie przedmioty służące do robienia krzywdy innym (w tym broń atomową) w dużych ilościach. Nie musze chyba dodawać, że zaowocowało to zniszczeniem sporego obszaru planety – i wspomnianym zakazem. 
Tyle dygresji. Wprawdzie byliśmy już po kolacji, ale że włości rodziny Timbroke znajdowały się ćwierć planety dalej, wpadliśmy jak raz na podwieczorek. Powitano nas tedy i powiedziono do umajonej altany, gdzie czekał już posiłek. Co jadano wtedy na Delfach, pytacie? A nad czym przelatywaliśmy, o czym żem wspomniał minutę temu? Jabłka, dziatki, jabłka…
Podano tedy chleb z konfiturą jabłeczną, tudzież jabłecznik (ciasto) i jabłecznik (do picia). Do tego jabłka podpiekane z cynamonem, schab na zimno z jabłkami, żeby nikt nie mówił że mi pamięć szwankuje, sok jabłkowy dla tych którzy nie uznawali sfermentowanych napoi… i jabłka, świeże, prosto z drzew, na paterach. Wszystko podlane spora ilością, bynajmniej nie jabłecznej, herbaty.
Zjedliśmy, wypili, póki co nie poruszano – zgodnie z obyczajem – spraw drażliwych, na ten przykład przyczyn naszej tu wizyty. Pojawiła się natomiast pani domu, lady Mathilda, ta sama którąśmy ze skoczka oglądali… przyszła takoż synowa gospodarza, lady Clara, z uczepioną jej spódnicy najmłodszą latoroślą rodu, kawalerem Jacobem, liczącym sobie wówczas wiosen sześć. Przedstawiono nam jeszcze sir Victora, domownika Timbroke’ów, czego głośno nie powiedziano ale dla wprawionego oka było widoczne – zawołanego szermierza.
I tu nastąpił pierwszy zgrzyt. Wspomniany sir Jacob bowiem, ujrzawszy księcia Trinidad, zaniósł się donośnym płaczem a wrzaskiem „Demon! Demon!”. Mina dona Manuela zrzedła nieco, rzucił okiem na prawo i lewo… pani matka, jak na Hawkwoodkę z dobrego rodu przystało, ani jednego gestu nie uczyniła, chodź synaczek w geście obronnym niemal ściągnął z niej spódnicę… sir James wyjaśnił na stronie, że tutejszy proboszcz dużo a nieprzyjaźnie o obecnym mistrzu Kalinthi gardłował, tedy dzieciakowi w serce wlazło, zanim zdołał pojąć rozumem.
Sytuację częściowo uratował don Alejandro, wyciągając do berbecia prawicę z wcale szczerym „witam panie kawalerze”. Młody wyszczerzył się od ucha do ucha, potrząsnął z zapałem, snadź zapomniał o niemiłym doświadczeniu, choć raz po raz łypał na dona Manuela złym okiem. 
Wreszcie jednak udało się przejść do sprawy trapiącej wszystkich – planowanego zajazdu. Manuel Trinidad, nie owijając w bawełnę, przeszedł do konkretów – znaczy, pyta, jak tam się miewa pozew sprzed dwustu lat? Tudzież jak – pardą – stosunki z sir Kennethem Mattworth? 
Konflikt? A, o – tamten… prawda, lat temu dwieście Timbroke’owie mieli do Mattworthów pewne pretensje finansowe… i żeby, jak to się mawia, zabezpieczyć mienie, zajęli zbrojnie trzy wioski na miedzy. Pretensje zostały odrzucone przez sąd wielkoksiążęcy, ale wioski zostały u Timbroke’ów. Obecnie, nawiasem mówiąc, tylko jedna z nich, pozostałe dwie były opuszczone.  
I co, pyta dalej Manuel, nie chcą odzyskać spornych ziem? Jak w ogóle stoją relacje z baronem Mattworth? 
Nienaganne, zgoła przyjacielskie, rzecze sir James, wywołując tymże lekki opad szczęki u księcia Trinidad. Ot, dodał, pijałem z nim wcale często, ostatni raz, żebym nie skłamał, tydzień temu… często też, powiada, wybieralim się razem na kaczuszki do sąsiedniej wioski… tu się zakrztusił, spojrzawszy na połowicę (której ani mięsień nie drgnął) i poprawił, że oczywiście nad sąsiednie jezioro… niemniej, reasumując, nie widział powodu dla którego sir Kenneth mógłby chcieć zajechać jego włości.
Zrobiło się ciekawie, prawda? Z drugiej jednak strony, sir James nie uznał naszej opowieści za całkowitą bujdę. Kazał przynieść mapy, Trinidad i komendant zasię połączyli się z wiszącymi na orbicie swymi statkami (swymi jak swymi, intercyzy jeszcze nie było, Pas Oriona dalej należał do Czarnej Ines jakby co) i nakazali zrobić zdjęcia okolicy, w tym posiadłości Mattworthów…
I tu się dopiero pokazało. Owszem, wokół owego dworu stacjonowały trzy pułki, sądząc po moderunku – kajdaniarskie. Porządnie uzbrojone, szturmowe, nawet mieli do kupy ze dwa tuziny wozów bojowych, w tym cztery czołgi. Tylko jedna rzecz… to nie jest ustawienie jednostek wypadowych, orzekł komendant, pochyliwszy się nad zdjęciem. Jeno okupacyjnych.
Trinidadowi na tę rewelację nieco drgnęła lewa brew, porozmawiał krótko na stronie z sir Jamesem, gospodarz kazał przynieść komunikator (który podano mu na srebrnej tacy), łączyć z Mattworthem. 
O co chodzi, zapytał, czemu zawdzięcza tę koncentrację sił zbrojnych. Rozmówca wyrecytował, jakby z kartki, że domaga się zwrotu spornych ziem (tych sprzed dwustu lat) lub rekompensaty pieniężnej , a w przeciwnym razie będzie zmuszony wszcząć akcję militarną. Że komunikator był przełączony na głośnik, ów respons słyszeli wszyscy obecni, w tym Ineza, która skonstatowała co następuje – mówi jakoby ze sztychem na karku…
Don Manuel na to dictum zapytał, czy jest aby w pobliżu i może odebrać niejaki Denver Summervale. Po drugiej stronie nastąpiła chwila konsternacji, nieco zbyt długa, po czym padła odpowiedź, że nie ma owego. To niech odbierze, rzecze Trinidad.

- Mów, gównozjadzie…  

Tak, tu się światełko zapaliło, moiściewy. Zaiste, waśń między Metzengerensteinami a Berlifitzingami… o, pardą, nie ta opowieść… dość, że konflikt wspomniany był od dawna nieaktualny, iście zapomniany – niestety nieoficjalnie, bez odzwierciedlenia w stosownych papierach. Teraz zasię pojawił się jako ten demon z pudełka. Najwyraźniej za sprawą markizy Stronenberg, zdecydowanej tąż właśnie drogą dostać skórę Manuela Trinidad. 
Zresztą, jeśli odfiltrować obelgi, mniej więcej tyle wynikało ze słów Summervale’a. Tak… wiedzieliśmy już, na czym stoimy. Z trzech pułków kajdaniarskich, najwyraźniej, dwa miałyby ruszyć na ziemie Timbroke’ów… trzeci zasię – pilnować Mattwortha, który z agresora nagle stał się ofiarą.
To trochę zmieniło plany. Trinidad planował bowiem, niezależnie od walki obronnej, wysłać na wrogie ziemie kilka oddziałów, które miały palić, niszczyć i równać wszystko z ziemią… to znaczy, wszystko co dochodowe. A tu nagle okazało się, że – owszem – oddział uderzeniowy się przyda… jako ekipa ratunkowa dla trzymanych pod kluczem Mattworthów.
I tu rodzi się pytanie najważniejsze, dziatki… czym dysponujemy?
Timbroke’owie mogli powołać pod broń wybranieckich w sile dwóch pułków… do tego dochodziło, o czym jużem raz wspomniał, pięciuset Hazatów, wykupionych przez Manuela… i to już nie były chłopki-roztropki… To byli weterani, którzy przeżyli nie tylko Hirę, ale i kurgańską niewolę. Na jachcie Czarnej Ines było jeszcze może czterdziestu chłopa pod bronią. Do tego mielim rzeczony jacht tudzież lekki krążownik pod banderą Trinidada, jakby wypadło co zmacać z orbity. Przeciwko trzem pułkom Kajdaniarzy… nawet dwóm – cóż, bez rewelacji…
Książę Manuel stwierdził, że można by kapkę to przeważyć na nasza stronę, niejako odpłacając tą samą monetą. Kajdaniarze? A ja to co, obdartus? A mnie to co, nie stać, zaperzył się i kazał łączyć z przedstawicielem najemników. I tu go niespodzianka spotkała… wszystko w okolicy powynajmowane. A na planecie? A owszem, znalazło się… cały batalion. Rad nierad, Trinidad wynajął go i polecił wyruszyć na nasze ziemie. Czyli – dalej bez rewelacji… 
Do tegoż wniosku doszedł i komendant. Cały wieczór prześlęczeliśmy nad mapami, próbując ogarnąć sytuację i znaleźć słabe tudzież mocne punkty przyszłego obszaru walk, najpierw jednak wydał dwa polecenia. Po pierwsze, kazał przez naszą ambasadę zdobyć pozwolenie na przewóz wojsk drogą lotniczą. Jakby się kto pytał (i nie pamiętał, com mówił nie tak dawno), ambasady Hazatów na planetach hawkwoodzkich zostały odcięte od dróg ewakuacji – i dostały się Juanowi Hirańskiemu z większością doświadczonego personelu, tudzież nienaruszonymi przeważnie archiwami – i porobionymi przez lata wpływami. 
A skąd miał zamiar wziąć owe wojska, pytacie? Ha! Drugim poleceniem, dziatki, była zapowiedź inspekcji w podległym donowi Alejandro legionie ukarskim. Rankiem dnia następnego...

Rankiem dnia następnego wylądował zatem przed rezydencją Timbroke’ów transportowy skoczek. Gospodarz, poinformowany przez diuka, zaordynował był wczesne śniadanie… dość, by się posilić, ale też dostatecznie lekkie, by nie stało się problemem w podróży… Wiedzcie bowiem, że nad obszarem, w którym stacjonował legion ukarski, była dodatkowa strefa zakazu lotów, tedy mogliśmy się tam wybrać jedynie maszyną należącą doń. I taka właśnie przyleciała. Dla komendanta, księcia Trinidad tudzież niżej podpisanego nie była to żadna pierwszyzna, siedzieć na wąskich brezentowych ławeczkach w ładowni ozdobionej li tylko główkami nitów spajających całość… Ineza nadrabiała miną, wcale jednak udanie, jakby też jej się zdarzyło kiedyś lecieć desantowcem. 
Do tego dodajmy dwóch ukarskich pilotów, chcących… cóż, popisać się. Dla tej nacji nie było to niczym niezwykłym, każdy rad był pokazać, co potrafi, zwłaszcza przed obliczem własnego feldmarszałka. Ale to musiało poczekać, aż maszyna doleciała w ową strefę wydzieloną. Do tego czasu lecieliśmy spokojnie, prosto jakby kto sierpem rzucił, z prędkością sześciuset mil na godzinę na wysokości wierzchołków drzew… 
Godzinę z ogonkiem później pilot zameldował o przekroczeniu sektora i uprzejmie zapytał, zali wolno dać pokaz pilotażu. Zwłaszcza że, dodał, dzisiaj ma ćwiczenia eskadra myśliwców, mogliby potrenować, zawszeć to lepiej niż strzelanie do rękawa.
Komendant jedną ręką chwycił mocniej poręcz, jego zasię chwyciła pod ramię Czarna Ines, po czym wyraził zgodę… i wiedział, co robi, prosząc o lekkie śniadanie, dziatki… teren zrobił się górzysty, tedy dzielne orły miast wejść wyżej zabrali się za omijanie wzgórz. I dobrze zrobili, gdyż po może pięciu minutach przyczepiły się dwa myśliwce. Skoczek nasz zaczął manewrować coraz ostrzej, dopingowany przelatującymi to z lewej, to z prawej smugami pocisków… Zdziwieni? Ćwiczebne, oczywiście, ale bynajmniej nie ślepaki. Walili do nas gęsto i pudłowali haniebnie, dopiero pod sam koniec jeden ulokował serię w skrzydle… ćwiczebne, rzekłem, tedy krzywdy nikomu to nie uczyniło. Niedługo potem wylądowaliśmy.
Ukarzy starali się utrzymać tradycje rasy, tudzież zadbać o warunki, w których czuli się najlepiej – tedy zarówno lądowisko, jak i kwatery całego legionu mieściły się w wielkim kompleksie jaskiń. Jakiż widok nas zastał? Cóż, każdy szanujący się oficer hawkwoodzki orzekłby, iż jednostka jest straszliwie rozpuszczona, łańcuch dowodzenia leży w pojedynczych ogniwach a dyscyplina nie istnieje. Tak można było pomyśleć na pierwszy rzut oka… dowcip jednak polegał na tym, dziatki, że należało pierwej zrozumieć Ukarów. Nie oddawano honorów – ale każdy znał swą rangę i miejsce. Panował nieopisany bałagan – ale był to bałagan jak najbardziej zorganizowany. Legion, zdawałoby się w bezładzie, był w istocie sprawną jednostką. I, co by się mogło wydawać dziwne jakbyś spojrzał na Ukarów powierzchownie, niesamowicie karną. 
Komendant tedy nie szukał krzywo przyszytych guzików, źle wypastowanych butów (bo większość była boso) czy puszek z mielonką ustawionych na niewłaściwej półce. Minę miał z pozoru nieodgadnioną, ale już z początku widziałem, że jest zadowolony.
Powiedziono nas do dowódcy. Z ciekawostek, w owym legionie około jednej dziesiątej stanowili ludzie. Głównie w kadrze, oficerskiej czy podoficerskiej, ale nie tylko. Co więcej, zwykle nieufni wobec obcych ukarzy traktowali ich jak swoich… dlaczego – niezadługo się wyjaśniło…
Piętnaście minut marszu korytarzami i trafiliśmy do kwatery legata Thalasa. Tu don Alejandro też z trudem skrył aprobatę, gospodarz był bowiem wojownikiem z krwi i kości. Twardy jak otaczająca nas skała, naznaczony mnóstwem blizn, poza tym widać było (abstrahując od tego, co w papierach nań było), że łeb ma nie tylko od noszenia hełmu… Przywitał nas bez uniżenia, zasalutował, uścisnął prawice z komendantem… od razu było widać, że się wzajem mierzą, oceniają, jednak bez nijakiej wrogości. Wysączyliśmy po kubku wojskowej kawy, po czym prosił na inspekcję.
Kolejna godzina zeszła na wizytowaniu kwater, magazynów, hangarów, kuchni gdzie don Alejandro popróbował wojskowego żarcia (a nawiasem mówiąc zawsze tak robił i jak wyczuł co nieświeżego, to marny los kwatermistrza)… aż trasa naszej wycieczki zakończyła się tam, gdzie od początku zmierzała – w sali treningowej…
Prawda była taka dziatki, że aby zwiększyć swe poważanie u Ukara, miałeś dwie możliwości – albo dostatecznie długo z takowym nie zadrzeć (jak to don Alejandro czynił na Keth), albo onego sprać. Komendant miał, pamiętacie, interes do Thalasa… to znaczy, oczywiście, wystarczyło wydać rozkaz, jednak lepiej było się w owej sprawie porozumieć… a najsampierw – zmierzyć.
W każdym razie, wiele czasu nie minęło, a obaj stali już na macie, rozdziani do pasa i z kijami w garściach. Gospodarz był szybki, owszem, wcale dobry, ale nie ten poziom… don Alejandro, aczkolwiek też nie bez szkody, narobił mu masę siniaków tudzież wielką śliwę na łbie. Potem poczekał aż ten wstanie (pomóc wstać to byłby despekt dopiero) i poszli na stronę porozmawiać.
Walka oczywiście zgromadziła wcale sporą widownię, komendant dostał sążniste wiwaty, tudzież sporo wcale niedwuznacznych gwizdów od obecnych na sali Ukarek… mówiłem wszak, że nieco inaczej pojmowano tutaj dyscyplinę… Ines jęła miotać iskierki, na swoje szczęście komendant nie zaszczycił wojowniczek zbyt długą atencją…
Ale odbiegłem od tematu, dziatki, choć było na czym oko zawiesić, zwłaszcza że ich uniformy nie tak dużo pozostawiały wyobraźni… przy rozmowie wyszło bowiem, że legat Thalas także miał sprawę do komendanta… a przy okazji wyjaśniło się, czemu obecni w legionie ludzie czuli się jak swoi… albowiem, dziatki, byli równocześnie ukarskimi wojownikami…

- Wypełnią każde polecenie, feldmarszałku. Na rozkaz pójdą na śmierć. Ale nie będą pana szanować

A jak można było się takowym stać, zapytacie? Pójść do Ukarów i złożyć petycję? O, nie… Była stosowna ceremonia, jednak najpierw trzeba było być jej godnym… trzeba było wykazać się, by Ukar cieszący się stosownym mirem złożył propozycję… a potem – cóż, należało udowodnić że zapraszający się nie pomylił.
I jakoś tak się zdarzyło że don Alejandro, choć Ukarzy z Keth go szanowali, nigdy nie dostąpił tego zaszczytu. Aż do teraz. Na oczach niemal ćwierci legionu (więcej się nie zmieściło w grocie), Inezy, moich – miał poddać się próbie. Ciała i ducha.
Pozwolono mu na odpoczynek po sparringu z legatem. Następnie na środek sali wystąpił czempion, wojownik, z którym miał się zmierzyć. Którego musiał pokonać, nie zabijając. I w druga stronę tak samo, jakby się kto pytał. Obaj adwersarze musieli wyjść z walki żywi – co nie znaczy, że bez uszkodzeń…
Dwóch żołnierzy rozwinęło plandekę z chyba czterdziestoma kraxi. Komendant wybierał z uwagą, oglądał, ważył… to, dziatki, była nie tylko walka, to był także rytuał. Wreszcie dobył dwóch, wystąpił. I zaczęło się…
I żebym tak zdechł, moiściewy, chociażem wiele w życiu widział, to słów brakuje by to opisać. Wiecie, don Alejandro nigdy nie zapominał, o co walczy. To jest, po pierwsze – zawsze – walczył jak o własne życie. Tu jednak – wiedział, pamiętał to – walczył także o prestiż. Nie owijając w bawełnę, musiał – czego zawsze unikał – popisać się. 
Przeciwnik natomiast nie był z takich, których dało pokonać się łatwo. To był Ukar, który nie raz krwi smakował – i pewnie niejednemu rozwiał mrzonki o zostaniu wojownikiem. Szybki, biegły zarówno w psionice jak i w kraxi, jednym słowem twardy orzech do zgryzienia…
To było piękne i nieopisywalne… Obaj skoncentrowali się na chwilę, przywołując siły, potem zasię zaczęli swój taniec. I wiecie, żem nie pochlebca, ale jeśli to nie był talent naturalnego aktora, to nie wiem jak ów wygląda… Don Alejandro nie zakończył – a mógł – sprawy w pierwszym zwarciu. Wiedział, że musi to zrobić – choć to niezwykłe określenie dla pojedynku – ładnie. Popróbował przeciwnika, pozwolił na kilka zwarć… a potem udowodnił swój kunszt. Przy czym, nie poniżył go, nie czynił pozoru że się bawi… dał piękny pokaz walki, nie jednostronnej bynajmniej, sam też kilka razy oberwał… a potem zakończył z gracją matadora. Za trzy powierzchowne rany oddał tuzin podobnych, wreszcie wszedł w zwarcie, rozrąbał ścięgna nad kolanem, uniknął chlaśnięcia w żebra, upadającego adwersarza wyrżnął głowicą drugiego noża w skroń… i było po walce.
I nie byłem odosobniony w podziwie, dziatki, od wiwatów bowiem posypały się kamyczki ze sklepienia… co tu dużo gadać, podobało się. Rannego poniesiono do medlabu… drugim rannym zasię byłem ja, tak mnie Czarna Ines pazurkami za ramię bezwiednie ścisnęła w czasie walki, ale przecież-żem się nie skarżył… zwłaszcza, ze dopiero poniewczasie zauważyłem.  
Na tym jednak się ceremonia nie zakończyła. Nadszedł czas na próbę ducha. Do sali wniesiono masywny dębowy krzyżak z pętami, za nim zasię wszedł ukarski kapelan niosąc naczynie… jak mnie zapach onego specyfiku zaleciał, powiadam wam, aż mi włosy skręciło… bimber, rzecz jasna, z jakowymyś ukarskimi grzybkami… po to właśnie były pęta, żeby don Alejandro, wypiwszy, nikomu krzywdy nie zrobił. 
Komendant przyjął naczynie bez skrzywienia, wypił duszkiem, po czym pozwolił się przywiązać do krzyżaka. Nie minęły dwie litanie a oczy zaszły mu krwią, na usta wyszła piana, a ciało szarpnęło więzy. Z gardła wydobył się nieartykułowany charkot, potem jął się we więzach ciskać, aż trzeszczały. Nie były to jednak, co można by pomyśleć na pierwszy rzut oka, przypadkowe drgawki po narkotyku. Patrząc na drgnięcia mięśni, skręty tułowia, pojąłem – gdzieś tam, w zakamarkach swojej jaźni, komendant szedł i walczył…

Usiane zwałami trupów pole, rozświetlone krwawym zmierzchem… pocięte, rozerwane, postrzelane szczątki – ludzi i Symbiontów. Osmalony, rozpruty, zbryzgany zieloną posoką kadłub Nataszki – i po drugiej stronie rozwalony wybuchem symbioncki tank. Pozostało ich tylko dwóch… Alejandro w karmazynowej zbroi Cardanzo, dzierżący w jednej dłoni młot, w drugiej – jak strzęp ciemności – długie, matowo czarne ostrze. I ten drugi, o twarzy diuka Corrinho, zakuty w chitynowy pancerz, najeżony cierniami, zbrojny w dwa krzywe, zębate ostrza.
- Zatańczymy?


... i uśmiechał się spienionymi ustami…

Skruszony młotem naramiennik bryznął okruchami chityny, ramię opadło bezwładnie… czarne ostrze śmignęło szybko jak myśl, wgryzając się w napierśnik Cienia… rana otwarła się szeroko jak ociekające zielenią usta, poszerzyła się, bryznęło z niej światło… Rosła dalej, poza ciało, rozpruwając rzeczywistość… gdy zajęła całe pole widzenia, ujrzał dwie naznaczone tatuażami twarze – legata Thalasa i ukarskiego kapłana.
- NIE!!!


Iście, dziatki, rzekłbym że żałował przebudzenia się… dlaczego – nigdym nie śmiał zapytać. Kapłan odczekał jeszcze chwilę, zajrzał diukowi w oczy, po czym kiwnął głową z aprobatą. I szacunkiem.
Nie zdjęto mu więzów, o nie. Właściwy rytuał, owszem, zakończył się, ale czekała jeszcze część ostatnia… rzekłbyś – koncert życzeń…
A żeby życzenie się spełniło, należało wytoczyć krew świeżo upieczonego wojownika. Kapłan położył tedy przy krzyżaku z wciąż przywiązanym donem Alejandro kraxi. Zawsze u Ukarów zaczynała rodzina, potem od najniższych do najznaczniejszych obecnych. Któż był rodziną? Wszyscy, pamiętacie, zostali na Aragonii, wyjąwszy demony wiedzą gdzie więzioną Carmelitę i tlące się ledwo życie Hectora Corrinho… Thalas ujął handżar i wręczył go Inezie – miała ciąć pierwsza…

- Jakie masz marzenie?
- Och, dokonać tego, czego nie dokonał jeszcze żaden Corrinho… - uśmiechnął się - umrzeć ze starości, dyktując testament, otoczony wianuszkiem dzieci i wnuków…
Ines popatrzyła poważnie i uniosła kielich w niemym salucie…


Podeszła, cięła – nad sercem…

- Przyszłość…

Następny byłem ja... czegóż mogłem mu życzyć? Szczęścia w miłości…

¬- Keth-Kordeth, książę!

Potem Trinidad…

- Terra!

I kolejni, teraz Ukarzy, nóż spadał raz po raz, znacząc kolejne wzbierające krwią znaki. Dwoma ostatnimi byli jego niedawny przeciwnik, który dokuśtykał o kulach z medlabu, tudzież legat Thalas. Następnie podszedł kapłan z miseczką, w której cosik się wiło… z wprawą schwycił robaka, grubego a długiego na półtora palca, po czym przyłożył go do szyi diuka. Bydlę wgryzło się, takimże osobliwym rylcem kapłan nakreślił na skórze dona Alejandro ukarski glif… po czym podniósł porzucony kraxi i rozciął więzy…

- Witaj, oju Corrinho…

 …a potem wszystko po raz wtóry utonęło we wrzaskach i wiwatach, potęgowanych przez grotę w której się znajdowaliśmy. Nawet dla mnie, mało obeznano w ukarskich obyczajach, stało się jasne że wiele stracili w chwili, w której komendant urodził się człowiekiem… 
Póki co jednak nie cichły krzyki, tłum jął się cisnąć, ujrzałem jeszcze jak do naszego diuka podchodzi Ines, jak wymieniają słowa które tylko oni słyszeli, jak markiza postępuje bliżej jeszcze, bierze go w objęcia… a potem, cóż rzec, Ukarki mi ich zasłoniły…

W każdym razie, jeszcze trochę okrzyków sklepienie pieczary odbiło, aż uciszyło się i komendant mógł udać się do kwater Thalasa poruszyć kwestię zasadniczą. 
Krótko mówiąc… nie, nie zamierzał bynajmniej organizować uderzenia siłami legionu na ziemie Mattworthów. Więcej – z wstępnych planów zwierzył nam się po drodze – nie zamierzał przeprowadzać uderzenia w ogóle. Jeno kontruderzenie…
Rules of Engagement… bardzo zręczny skrót, zastępujący zwroty typu „kiedy można przywalić, a kiedy należy spieprzać” i podobne. Czyli – kiedy oddział cesarski może włączyć się w akcję zbrojną… Komendant jako legat musiał znać wszystkie kruczki na pamięć, ale zamierzał skorzystać z najbardziej oczywistego – z prawa odpowiedzenia ogniem na ogień. Zwłaszcza mając do dyspozycji Ukarów, którzy często chętnie nadstawiali się na cios, by potem oddać po trzykroć…
Krótko mówiąc, zamierzał – co wcześniej uzgodnił był z sir Jamesem – urządzić na ziemiach Timbroke’ów ćwiczenia. Ot, desantować jednostki ukarskie by trochę potrenowały w bagnistym terenie… Desantować, oczywiście, zamierzał tuż przed pochodem Kajdaniarzy markizy Willover, by ci – spodziewając się wojsk Timbroke’ów, a kogóż by innego – najpierw strzelali, a potem zadawali pytania. A ostrzelane cesarskie jednostki mogły po pierwsze odpowiedzieć, po drugie zasię – wezwać posiłki.
Legatowi koncept się spodobał, nie ma jak, powiada, w prawdziwej skórze zęby zatopić. Ile mogą przerzucić? Transportowców nie ma tak dużo, rzecze Thalas, ale w ciągu godziny jest w stanie przerzucić pułk. Brygadę w osiem. Jest też w legionie druga brygada, mniej lub więcej zmotoryzowana, która może dotrzeć za jakie trzydzieści-czterdzieści godzin od alarmu. Zawsze coś, rzecze don Alejandro, gdy legat wyciągnął niespodziankę… Ukarzy czasem tak mają, cieszą ich sprawiane innym miłe niespodzianki. Uśmiechnął się i oświadczył, ze arcyksiążęce 42 Skrzydło Transportowe jest im winne przysługę… w związku z czym lotna brygada może być na miejscu w godzinę-dwie. 
Na tym się zasadniczo „inspekcja” zakończyła, dziatki… Komendant, zapytany czy życzy sobie – przysługującej mu już jako ojowi – straży honorowej – wziął jeno sześciu, ot by Thalasa nie urazić. A trzeba było więcej… ale, nie uprzedzajmy faktów. Co prawda, po uzyskaniu statusu wojownika powinna się odbyć jeszcze popijawa, gdyż tradycja wymagała by świeżo upieczony oj nie trzeźwiał przez okrągłą dobę, jednak zgodzili się z legatem przełożyć to na później – po spodziewanej bitwie.

W znacznie lepszych już humorach wracaliśmy do posiadłości Timbroke’ów. Zanim jednak skoczek odbił swe podwozie w okolicznym czarnoziemie, don Alejandro otrzymał wiadomość. Ktoś dość pilnie życzył sobie spotkać się z nim… monit przyszedł z naszej ambasady, zawierał nazwisko tego jegomościa – Jason Cavendish, porucznik wojsk cesarskich tudzież paladyn Rycerzy Poszukujących – tudzież informację, że w dwie godziny dowiedzą się więcej, kto zacz.
I dobrze, dziatki, gdyż komendant mógł wprzódy rozmówić się z gospodarzem i uzgodnić, czy aby może zaprosić gościa pod nie swój dach. 
Najpierw jednak należało wrócić. Naczalstwo wywołali u pani domu tudzież jej fraucymeru lekki szok, wychodząc ze skoczka po wylądowaniu. Alejandro, przypominam, wciąż broczący z nie do końca zabliźnionych świeżych ran, tudzież Ineza, zajuszona krwią bynajmniej nie swoją, jeno od przytulania się do diuka… suspens potrwał minut może cztery, w czasie których nasi bohaterowie mogli zemknąć do kwater, dopiero poniewczasie żegnani krótkim a przewidywalnym komentarzem „Hazaci…”
Może godzinkę później pojawił się już ochędożony komendant, o minut parę dosłownie poprzedzając Czarną Ines. Czekał na nich spóźniony lunch tudzież raport naszych chłopaków na temat rodziny Cavendish. Była to, skoroście ciekawi, pomniejsza gałąź Hawkwoodów z Gwynneth, zhołdowana bezpośrednio Wielkiemu Księciu . Zamiast jednak siać, hodować czy łowić zajmowali się oni działalnością właściwą raczej Inżynierom – krótko rzekłszy, produkowali zbroje wspomagane. Ciekawe, prawda? Zastanawiać by się można, taka technologia w rękach malutkiego rodu… żeby jednak wilk był syty, owca cała i nikt się nie czepiał, po pierwsze – oczywiście – suweren otrzymywał swoją działkę, po drugie mieli zakaz szkolenia pilotów. Mechaników, zbrojmistrzów – jak najbardziej, ale pilotów – nigdy.  
   
Tyle o Cavendishach, dziatki. A co jeszcze uczynił przed przylotem owego Jasona don Alejandro? Wojna, wiecie, sprowadza się do dwóch rzeczy – czynisz drugiemu, co Tobie niemiłe, samemu zabezpieczywszy się. Kazał tedy diuk (jeszcze rankiem) naszym dyplomatom delikatnie wybadać, azaliż ktoś jeszcze nie wystąpił o zezwolenie na przewóz wojsk. Ano – poza naszym wpłynęły i przeszły jeszcze trzy podania. Czyje? – tego się nie udało ustalić. Ale strzeżonego, wiadomo… połączył się tedy komendant legatem Thalasem i kazał duchem przeprowadzić ćwiczenia w szybkim transporcie i rozwinięciu dla trzech flakvierlingów z załogami, w tym jednego samobieżnego. Jeden polecił wysadzić w odległym o może dwadzieścia kilometrów miasteczku, które było dla Timbroke’ów o tyle ważne, że mieściło fabrykę tudzież wstępną szkołę dla kadetów marynarki, drugi zasię oraz samobieżnika – w pałacu.  
Wykonanie tych rozkazów musiało jednak zająć kilka godzin, sprzęt był spodziewany o zmierzchu. Na razie jednak pojawił się skoczek wiozący za powiedzianego Jasona Cavendisha.
Ów musiał się niemal wpół nagiąć, by wyjść z pojazdu… w pierwszej chwili pomyślałem, że to grimson ochroniarz, chłopisko mierzyło bowiem siedem stóp z hakiem i nie ukrywało wszczepów, na ten przykład całe ramię miał metalowe… jednak odzienie i herb kazały się domyślać , iż jest to sam sir Jason.
Wątpliwości rozwiał jednak Trinidad. Ujrzawszy przybysza, wypadł z ganku jako ta bomba, mało się w kimono nie zaplątawszy… wiecie, dziatki, do noszenia takiego wdzianka trzeba mieć iście lihalański spokój, biegać w nim się nie da… Dopadłszy gościa – widać było, że się znają – nie bacząc na etykietę, z niezwyczajnym poruszeniem zasypał go pytaniami…

- Jason! Gdzie jest Varia? Askar? Ludwik? Żyją? I co Ty tu robisz?

Ines z komendantem wymienili spojrzenia… prawda, oficjalnie wiadomo było że Trinidad zadawał się z pieskiem chemicznego Faisala, jednak tu zobaczyliśmy, że znajomość owa jest wciąż aktualna, żeby nie rzec granicząca z afektem. Cavendish, najwyraźniej, znał al-Allawa również.  
Sir Jason uspokoił Manuela, odrzekł że wszyscy wzmiankowani żyją i maja się dobrze, tudzież wrócili do Znanych Światów… 
W każdym razie, przyszło do prezentacji, następnie czas było zasiąść przy herbatce i rozpocząć zwyczajowe pogaduszki o niczym, by później dopiero – jak obyczaj nakazywał – przejść do konkretów.
Konkrety owe w trakcie rozmowy nieco się zmieniły… początkowo bowiem Cavendish poszukiwał dona Alejandro czysto służbowo, by przekazać siłom korpusu hazackiego nieco produkowanych przez jego rodzinę śmiercionośnych zabawek. Konkretnie, trzysta egzemplarzy Agramów, wraz z uzbrojeniem, obsługą i kompletem części zamiennych. I bez pilotów – jakom wspomniał, ród ów miał zakaz ich szkolenia.
Ale nagle a niespodziewanie spotkał swego dobrego znajomego, Manuela Trinidad, ów znajomy miał kłopoty, na dobitek diuk nasz uznał owe kłopoty za własne… Sir Jason oświadczył tedy, iż na pokładzie okrętu który go przywiózł znajduje się, jak by to rzec… partia do prób odbiorczych. Jeśli tedy pan feldmarszałek życzy sobie owe próby przeprowadzić… nawet w walce – on sam jest do usług. Czterdzieści pancerzy takoż. Dodatkowo, rzecze, oferuje swój miecz tudzież swoje doświadczenie. 
Posiłek niedługo dobiegł końca, ze stołu zniknęła zastawa, pojawił się za to jabłecznik, fajki, cygara tudzież mapy i zdjęcia lotnicze terenu. Komendant z Cavendishem wzięli się raźno do planowania, z moją skromna pomocą, mapy z wolna jęły pokrywać się czarnymi a czerwonymi znaczkami, jak grzyby po deszczu wyrastały na nich kolorowe pinezki… 

- Tu, tu i tu są bagna. Tutaj – pola uprawne. Ten las to w rzeczywistości szkółka, nie stanowi żadnej przeszkody…
- Na ich miejscu przerzuciłbym wojska rzeką…
- Tu, tu i tu rozstawimy czujki…
- Cztery, może pięć szybkich łodzi motorowych…
- Jeśli pójdą tak, możemy zastosować manewr Cynemaahra…
- Wariant Saint-Morgana…
- Gambit simploński?
- Overkill…

 
Trinidad, lubo człek wojenny, ale w innej bo kosmicznej taktyce biegły, w pewnym momencie mruknął pod nosem „ja to tu najwyżej mogę drinki mieszać”, po czym wyszedł do sadu. Czarna Ines, obserwująca dotąd nasze poczynania z wcale nieudawanym zaciekawieniem, przeprosiła i wyszła niedługo potem – ręki nie dam sobie uciąć, ale najwyraźniej za Manuelem… A czego chciała, spytacie? Jakbym miał zgadywać – ostrożnie a dyplmatycznie wyciągnąć informacje o pewnej wspólnej znajomej jego i dona Alejandro…
Czy i ile się dowiedziała – nie sadzicie chyba, że śmiałem pytać… w każdym razie minęła jeszcze godzina a sam diuk zarządził przerwę, zwłaszcza że zbliżała się pora wieczornego posiłku, po czym z pokerową miną udał się do sadu jabłonnego. 
Tak, wrócił z Czarną Ines… nie, bez głowy Trinidada w wolnej ręce, nie bądź głupi. Niby za co? I uważaj, co odpowiesz, byś nie obraził pamięci Ines – lub mojego komendanta…

Po kolacji na stół powróciły mapy, Ineza opuściła nasze towarzystwo i udała się z pozostałymi urodzonymi mieszkankami dworzyszcza na wspólne, rytualne wręcz obieranie jabłek. I ploteczki, a jakże. My zasię wróciliśmy do planowania, słońce już zaszło, ukarskie pelotki zapewne były w drodze… i tu powinienem zakończyć…
Co? Gdzie suspens, pytacie? Że niby co, ktoś nam granat na stół wrzucił? Ech…
Niech będzie. Otóż, dziatki, poprzedzany brzękiem tłuczonego okna, dokładnie pośrodku stołu z mapami wylądował granat. Hawkwoodzki, zaczepny, wzoru 4822…  





Komentuj (0)


Link :: 10.05.2009 :: 19:41
10 V - 12 V 5004

Cierpki Smak Zemsty cz.1 - Kochajmy sie!

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

 Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jakom wam ostatnio rzekł, dziatki, pewien list, a konkretnie zawarte w nim pewne imię niewieście na A, spowodowało zmianę naszych planów… Pentateuch może poczekać, twórca klonów takoż, furda wszystko, lecimy na Delfy! 
Taka właśnie była decyzja… nie, dziatki, nie dona Alejandro bynajmniej… rozkaz ów wydała, sypiąc iskry ślicznymi oczęty, Czarna Ines.
A dlaczego? Dlatego, żem o jednym ważnym wydarzeniu zmilczał. Trzeba się wrócić kapkę… nie tak daleko – na Keth-Kordeth.

Albo inaczej, dziatki. Zastanawiacie się zapewne, jak Ines i don Alejandro odebrali rewelacje o swoich zrękowinach w innej rzeczywistości… wiem, co sobie imaginujesz, dziecko – że zareagowali zgodnym oburzeniem „kto, my? nigdy!” – i ani planeta wokół słońca swego raz nie obiegła, a już szykowano weselisko… nie, to nie holovid, kwiatuszku. Było inaczej. Ale i tak wesoło…

Demony wiedzą, co Ines widziała w naszym dzielnym diuku… ani on gładki był, ani mowny, na dodatek ponury jak B2 o zmierzchu… Co zasię Alejandro mógł widzieć w Inezie – o, to doskonale wiedziały setki złamanych przez nią serc. Sęk w tym że, jak dobrze wiecie, nie widział… 
Pokój Twej duszy, Alejandro, wiem że srodze Cię los doświadczył, że nie amory były Ci w głowie, aleś – na Wszechstwórcę – głupi był a ślepy, aż szkoda gadać. 

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, lubo Ines oddała serce diukowi Corrinho, to nie oddzieliła grubą kreską swej przeszłości… i po staremu łowiła na lep każdego szlachcica, wdzięczyła się do wszystkich i nikogo zarazem… wyprułaby mi flaki za takie porównanie, ale to prawda – iście jak Natasza, jeno na mniej zalotnikom pozwalała…
Pamiętam też, jak – zdawałoby się – próbowała popchnąć księcia w ramiona pięknej simulacry… och, chciała jeno zobaczyć jak ów zareaguje…
Ej, gdyby jej się udało – strach pomyśleć…  
Przy czym, dziatki, nie straciła głowy, duma a honor nie dały jej ukazać uczyć zbyt otwarcie, zbyt jawnie, by dojrzeli je inni, nie dały narazić się na śmieszność – wiecie, afekt nieodwzajemniony nierzadko się zdarza, ale odrzucona miłość Ines de Sierra Nevada, złamane serce Żelaznej Dziewicy, tej, co wprzódy męskich serc nałamała setki - to by ci była sprawiedliwość dziejowa a uciecha gawiedzi!… Uciecha, dodajmy, która skończyłaby się krwawo.

W każdym razie, trzeba było starego praktyka żeby pochwycić gorące spojrzenia rzucane ukradkiem na diuka, dostrzec sposób w jaki piękna markiza smakuje jego imię gdy je wymawia, usłyszeć delikatne jak powiew westchnienie gdy on zwracał się do niej… ów stary praktyk, dodajmy, nie zwykł uszczęśliwiać ludzi na siłę… powiedziałem mu tedy tylko raz. Wszak w amorach nie był nowicjuszem, miał i oczy, i pomyślunek. A że nie trafiło – cóż…

I jak to się mogło skończyć, dziatki? Gdyby nasz diuk dalej wykazywał się spostrzegawczością godną muła pancernego… bo ten łeb zakuty, wybacz mi komendancie, po prostu nie widział! Gdyby zrozumiał, a nie chciał się wiązać - miał dość cojones by powiedzieć „kocham inną” lub coś może niezbyt mądrego, ale wyjaśniającego sytuację. Ineza z drugiej strony – zbyt dumna, by przemówić pierwsza… a może obawiająca się, co mogłaby usłyszeć. Ech, szkoda gadać… 
W końcu coś się musiało stać. Na przykład, Ines poszłaby po rozum do głowy, wyrzekła „Alejandro” z długim, głębokim tudzież ostatnim takim westchnieniem – i dla poprawy humoru złamała kolejne parę serc… Gorzej, gdyby ktoś wreszcie zauważył – wzgardzona miłość Ines tajemnicą poliszynela, brr… od miłości do nienawiści jeden krok, plus honorowy diuk Corrinho chroniący cześć markizy, pamiętajmy że pra-ileśtam-wnuczki Krwawej Isabel, plus wściekłość odrzuconej kobiety, na mój gust pokierowałaby tak – a potrafiła – by Alejandro zaczął za ową cześć zabijać.

Na szczęście, dziatki, nie pierwszy i nie ostatni raz nie doceniłem mego pana lennego…

I, wstyd przyznać, już tak nań ręką machnąłem, żem zrazu nic nie spostrzegł – dopiero po dniach paru. I musiałem wstecz kalkulować, co, kiedy i jak – ot, żeby z wprawy nie wyjść.
Uszło mojej uwadze zrozumiałe, ale jednak niezwyczajnie wielkie poruszenie komendanta gdy porwano Inezę. Dopiero po dniach kilku przypomniałem sobie, jak wysiadali ze skoczka wracającego z „Iwana Konstantego” – wiedziałem, że miał jej sporo do powiedzenia, że w trakcie lotu zapewne się tłumaczył ze swoich decyzji. Na karb tegoż złożyłem ich miny, dziwnie rozpłonione liczko Ines, nazbyt pokerową twarz dona Alejandro… 

Alejandro skończył mówić i bezwiednie wstrzymał oddech. Oczy pięknej markizy zwęziły się i wymierzyła mu policzek...  
Jej dłonie, jedna i druga, zamiast wylądować z plaśnięciem, miękko spoczęły na policzkach diuka. Zamknęła oczy i poszukała jego ust...


Oczywiście, dopiero musiał niemal stracić Inezę, by w zakutym łbie otworzyła się stosowna klapka… 
A, demony, nie ma tego złego, jak widzicie… jedyne, co ucierpiało, to moja wiara we własny dowcip. Gdyż jak kiedyś mojemu diukowi, teraz mnie umykały ich wzajemne spojrzenia, tudzież wdzięczne minki Inezy, przywodzące na myśl najedzoną kotkę. I tak, staremu praktykowi (a raczej prykowi) nie od razu kawałki układanki powskakiwały…

… Vega wyciągnął wycior z lufy i krytycznie zerknął do jej przewodu. Wziął ze stołu zamek, upewnił się że jest równomiernie pokryty cieniutką warstwą smaru i trzema pewnymi ruchami umieścił go na miejscu. Wtedy zamarł – przez chwilę zastanawiając się, czy go uszy nie mylą. Nie myliły…
- Alejandro… czy wiesz, że nie nuciłeś „Love, Sex and Sunshine” tak gdzieś – przygryzł słowo „Stygmat” na języku - od września?
Diuk Corrinho podniósł wzrok znad pistoletu, który rozkładał i uśmiechnął się szeroko
- Oj, ślepy-żeś, Vincente…


Tak tedy, powodem zmiany marszruty i lotu na Delfy była czysta i nieskalana zazdrość, a co! Wyobraźcie sobie bowiem, że dwa tygodnie może minęły od czasu, gdy między Alejandro a Ines padły ważkie bardzo słowa, gdy otworzyli przed sobą wzajem serca a dusze, a tu nagle pojawia się list – od jakowegoś barona, na dobitek wspominający o Aidzie – wielkiej, niespełnionej i demony wiedzą czy aby na pewno byłej miłości komendanta… 
Don Alejandro listem się zgoła nie przejął, wszak jego znajomość z Aidą Katlą nie była żadną wielką tajemnicą, ten czy ów brukowiec nawet powiadał ich kochankami, nawiązać do tego mogło wielu… diuk potraktował tedy epistołę wzruszeniem ramion, kazał jednak chłopakom z wywiadu sprawdzić dossier owego von Blutendorfa. 
Ines zasię… widok wart każdych pieniędzy, nie ominął mnie, gdyż don Alejandro otrzymał i przeczytał list przy obiedzie, w mojej przytomności, po czym na pytanie Inezy, co zawiera, po prostu jej go podał.
Oczywiście, nie było w tym nic, co by pozwoliło jej się na komendanta boczyć… niemniej, tonem słodkim jako unurzane w miodzie widły, dziurawiąc mimochodem obrus paznokietkami, orzekła że jak raz zdążą polecieć na Delfy. Zwłaszcza, dodała śląc z ócz błyskawice, że czekają tam na diuka ważne dokumenty i nominacje… po które wystarczyło posłać pełnomocnika z glejtem, ale nic to…  

Wyruszyliśmy tedy na Delfy. Pięknej Inezie nie dawało jednak spokoju pewne widmo z przeszłości Alejandro, o oczach jako toń górskiego jeziora… widać było, iż się z tym gryzła, a komendanta, lubo ów pewnie powiedziałby prawdę, pytać jej nie wypadało… bo jakże to by wyglądało? „Kocham Cię , Inezo”… „Ja tez Cię kocham, Alejandro, ale gadaj jak to było z Aidą…”
Potrzebny był, prawda, ktoś kto nie dość że komendanta znał, nie dość że rad opowiedział, ale jeszcze zachował treść rozmowy dla siebie. I znalazła takowego…

- Vincente… opowiedz mi coś, proszę.
- Tak, pani Ines?
- Aida Katla del …


Najpierw pozwoliłem sobie na odrobinę złośliwości, nie przeczę, jest to moja przywara…

- Ach, Aida… wielka i niespełniona miłość komendanta…

A potem opowiedziałem jej bajkę. Piękne kobiety uwielbiają bowiem bajki… Szpetne też, ale im mało kto opowiada.

Były pewne oczy, błękitne jak toń górskiego jeziora. I był pewien szlachcic, który chciał w tych oczach utonąć…
Mawiają, że są w górach na Aragonii dwa bliźniacze jeziora… o barwie tak pięknej, że każdy mężczyzna, który je zobaczył – tracił zmysły, rzucał się w głębinę i tonął. Bohater nasz jednak był inny. Zobaczył je pewnego razu – oba – i zamarł… i stał tak długo, nie wiedząc, w które się rzucić, gdyż oba były jednako piękne.
Wystarczyło, by go zauważyła, mrugnęła doń jednym, dla niego właśnie przymknęła – a rzuciłby się w drugie, zginął bez pamięci. Ale nie… stał i patrzył, jako ten posąg, nieświadom upływającego czasu.
Zdarzyło się, że szła tamtędy pewna dziewczyna. Ujrzała naszego bohatera, wpatrzonego w dal – gdyż nie dostrzegała owego piękna jezior, jeno zdradliwą toń… ujrzała – i, sam nie wiem dlaczego, pokochała od pierwszego wejrzenia.
On zasię nie zauważył jej… choć piękna była jako obrazek, włos miała jak skrzydło kruka, oczy czarne a lśniące… on stał i patrzył w dal.
Zawołała go tedy po raz pierwszy… nie odpowiedział nic, nie usłyszawszy jej… 
I zawołała po raz drugi… wyciągnął dłoń, ale poza tym nic nie uczynił, mając dalej wzrok przykuty do błękitu.
Dlaczego nie odeszła? Może wiedziała, że ten upór, wytrwałość, oddanie może być jej – jeśli tylko ją dostrzeże… i zawołała go po raz trzeci.
I wtedy usłyszał, odwrócił się… i ich spojrzenia się spotkały. 
A czy żyli długo i szczęśliwie? O tym opowie inna bajka…  

 
A wracając jeszcze do pamiętnego postoju na B2, chcecie wiedzieć zapewne - jaki był efekt rozmowy z drugim Alejandro… jak już wiesz, dziecko, nie było jak w holovidzie, gdyż – cóż, nasz dzielny diuk przejrzał wcześniej na oczy, i to zanim piękna Ineza zdążyła pójść po rozum do głowy. Fakt, że don Alejandro jednak potrafił odwzajemnić afekt markizy, nie był tedy żadną rewelacją. 
Bez echa jednak owe spotkanie nie przeszło, o nie. Przyspieszyło bowiem pewne istotne i brzemienne w skutki wydarzenie. Gdyby nie to – cóż, może czekalibyśmy nieco dłużej. Najwyżej.
Byliśmy bowiem już w układzie Delf, w drodze do planety, gdy don Alejandro podjął pewną decyzję i wypowiedział pewne słowa. Skutkiem tych słów, wszystkie Wróble płci męskiej na okręcie (tudzież połowa załogi) nagle skonstatowały, że tequila już nie smakuje, hazard nagle stał się nudny a mordobicie już nie daje satysfakcji…
Gdy wiadomość doszła na B2, do podobnych wniosków doszło dalszych kilkuset (co najmniej) szlachciców.
Gdyż don Alejandro padł przed piękną Inezą na kolana (nie, nie widziałem tego, ale nie wyobrażam sobie by było inaczej) i poprosił ją o rękę.
Ines przyjęła oświadczyny, wywołując wyżej wspomnianą falę masowej depresji. 
W dwa dni później byliśmy już na Delfach. 

W istocie, podróż na Delfy miała swe uzasadnienie polityczne; mógł tam don Alejandro odebrać swe nowe tytuły, przywileje, zaszczyty tudzież księżą sukienkę. Zdziwieni? Ha! 
Otóż, wystawcie sobie, powołał był patriarcha Lemin Fuego kolejny zakon. Justykaryjuszy. Nie, kurwa, nie Iskariotów! Słuchaj uważnie! Ech… zakon ów był do bólu tymczasowy, miał za zadanie nadać wykopaniu Zakonu z planet hazackich splendoru krucjaty. Gdyby się udało – miały po nim pozostać jeno tytuły honorowe… gdyby nie – zapewne parę palików a szubienic, postawionych przez stronę drugą… dość, że Wielkim Mistrzem był książę Alvarex, mistrzem zasię – Juan Hirański, któremu przy okazji skapnął kapelusz kardynalski. Don Alejandro, ze swej strony, dochrapał się tytułu komtura owego zakonu.
Bardziej jednak niż powyższe, obchodziło go nowe dowództwo. Otóż, wtedy to został powołany Drugi Korpus, a komendę nad nim objął właśnie diuk – o, pardą, feldmarszałek Corrinho. O, widzę, słyszeliście… 
To już nie w kij dmuchał, dziatki. Składały się na toto dwadzieścia i dwa legiony. Pytasz, czy pamiętam, dziecko? Dwanaście jego własnych, Kethkordyjskich… przy czym, że wspomnę, w Siódmym byłem pułkownikiem… do tego sześć legionów Juanowych, Wolnych Hazatów. Tudzież jeden legion ukarski (wart tak ze czterech, ale o tym jeszcze opowiem) i trzy cesarskie. W tym, żeby nie było że nie pamiętam, Dwudziesty Siódmy. Czyli – ten sam, któremu don Alejandro był od dwóch lat legatem.  

Ale, oczywiście, wszelkie powyższe nominacje odebrał pełnomocnik. 
Gdy bowiem „Pas Oriona” znalazł się na orbicie Delf i, jak mawiają, rzucił przysłowiową kotwicę, zarówno komendanta jak i Inezę zaprzątała głównie zapowiedziana kolacja w Rain’s. Żeby nie było, chłopcy sprawdzili owego von Blutendorfa, kto zacz. Istotnie, istniał taki oficer hawkwoodzki. Co więcej, miał pełne prawo znajdować się wówczas na Delfach. Tak, ostro śmierdziało w tym drugie dno, ale – trzeba było je wysondować samemu.

Wybralim się tedy do Rains. Don Alejandro z Czarną Ines pod ramię, za nimi zasię wkroczyłem ja z Sancią. Nie pod ramię, bynajmniej, mając ręce wolne by w razie czego sięgnąć po… komunikatory. Nie, nie pistolety, po co… w razie czego, komendant miał wytrzymać sekund dziesięć, a potem wlazłaby z drzwiami nasza ekipa, która czekała w mordowni za rogiem… a po fakcie dopiero by się człek dogadywał z dyrekcją restauracji.
Owa restauracja zajmowała obszar dobrego hawkwoodzkiego akra. Pełno zieleni, drzewka, fontanny, żywopłoty… wszystko ustawione tak, by z zewnątrz nie dało się dostrzec absolutnie niczego. W każdym razie, zajęliśmy stolik niedaleko od naczalstwa. Zanim jednak ci do niego dotarli, ktoś się odezwał do dona Alejandro… i bynajmniej nie ten, co ów list pisał… 
Spotkał bowiem don Alejandro w owej restauracji Octavio Cerverę, którego-śmy obaj z czasów jeszcze Wojen o Tron znali… czystem przypadkiem siedział akurat przy jednym ze stolików, w towarzystwie dwóch hawkwoodzkich szlachcianek… i to zaiste przypadkiem, nie miał on bowiem z wydarzeniami dni następnych wiele wspólnego… ale, przez wzgląd na to, co na Terze się potem wydarzyło, już teraz o nim wspominam. Dlaczego? Okazało się bowiem, że Octavio dostał stanowisko legata Czwartego Rawenneńskiego… i później ostro na Marsie pohałasował…
Ale, jakom rzekł, spotkanie z nim było jedynie przypadkiem. Don Alejandro z markizą, wymieniwszy uprzejmości, zasiedli przy stoliku który wskazał im kelner.
Usiadłszy, komendant zamówił wino i przystawki, jako że byli kapkę za wcześnie, po czym z pozoru nie nerwowo jęli czekać.
Parę minut po czasie w restauracji pojawiły się trzy osoby, zmierzające pewnym krokiem do stolika zajmowanego przez diuka Corrinho. Po lewej stronie szła kobieta w cywilnym odzieniu, po prawej zasię oficer w mundurze Hawkwoodzkiej floty. Odpowiadający rysopisem, dodajmy, owemu von Blutendorfowi, którego akta przez ostatni tydzień przetrząsaliśmy.
Między nimi zasię kroczył człek, co do którego nie trzeba było przetrząsać akt… wystarczyło pamiętać listy gończe, rozwieszane po miastach wszystkich planet prze ubiegły rok. Manuel Trinidad li Halan. Zdrajca, heretyk, antynomista, mandżysta, antypatriarcha, drugi pan pieska Chemicznego Faisala al-Allawa… 
Tak było dwa miesiące wcześniej, idąc o ścisłość.
Obecnie tytułowało się go księciem, względnie mistrzem Kalinthi. Odkąd? A, od czasu procesu, jaki się odbył, przed obliczem najświetniejszego Trybunału, (wliczając weń kardynała Juana Montgomerego) który to trybunał uznał go niewinnym tych wszystkich inwektyw, którem wymienił (chociaż, co do al-Allawa, prawda zawsze była niedopowiedziana…). Tudzież od równie niedawnej bitwy u wrót Graala, gdzie flota pod jego dowództwem (liczy się to, jak się kończy – od połowy dowodził) spuściła łomot pieskom Juany.
Ale dość dygresyj. Jasnym się stało, że to właśnie Trinidad, nie zaś Blutenberg chciał się z komendantem spotkać. Dlaczego nie podpisał się osobiście pod zaproszeniem? Cóż, nie mógł wiedzieć jakie jest nastawienie naszego diuka do jego osoby, zważywszy niedawne odium. Że nie wspomnieć o traktacie marsjańskim, na którym był wysłannikiem Fativy, niech jej ziemia będzie ciężka. Tudzież miał kiedyś na pieńku z Aidą, ale to szczegół…
Żeby było śmieszniej, don Alejandro prędzej by się zgodził na spotkanie widząc podpis samego Trinidada. A tak – mało, a ominęlibyśmy Delfy szerokim łukiem. Gdyby nie Ines, ów ambitny plan spaliłby na panewce…
Nie rozmawiali na tyle głośno, bym ich przy własnym stoliku słyszał, ale i tak komendant wszystko później streścił. Widać było, prawda, że Trinidad chowa coś w zanadrzu, ale – aktorem był dobrym – zamierza najpierw uczynić wstęp. I uczynił – taki, że ktoś mniej trzeźwo patrzący prawdzie w oczy zaraz by po żelazo sięgnął…
Dlaczego, pyta, Wolni Hazaci dają sobą pomiatać? Dlaczego mają być jeno mięsem armatnim Hawkwoodów, a ich Juan Hirański chodzi na pasku Victorii Hawkwood? 
A dlaczego, pytacie, don Alejandro nie przybił go do oparcia krzesła za te słowa? Dlatego, dziatki, że Trinidad mówił prawdę. Gorzką, fakt, ale prawdę.
Tedy odpowiedzieli – bo w chwili obecnej nie stać nas na więcej. Mięso armatnie, owszem – ale Hawkwoodzi je odżywią, uzbroją, przewiozą… podczas gdy flota Wolnych Hazatów dorównywała siłą może Aylońskiej. Bo w chwili obecnej rydwanem historii powożą Hawkwoodzi, a my jesteśmy jeszcze za słabi by pociągnąć za lejce.
Miał Trinidad mówić dalej, lecz właśnie wtedy mu przerwano. Zza żywopłotu ktoś głosem gromkim i wyraźnie przepitym jął urągać… ruszył w tamtą stronę personel Rains, by rozrabiakę uciszyć bądź za drzwi wywalić, padł strzał, jeden dostał kulę, ,reszta zasię odstąpiła… ober podszedł do Manuela, przeprosił, „wybacz, panie, ale za mało nam płacą”. 
Głos, dziatki, brzmiał jak pijanego. Jego właściciel jednak był trzeźwiutki jak niemowlę – i miał określony cel, do którego dążył. Mianowicie, sprowokować księcia Manuela do walki… 
Dokładnie tak, dziecko. Zabójca pojedynkowy. I to nie byle jaki – cieszący się ponurą sławą Denver Summervale. 
Cóż mogę o nim rzec? Było wielu szlachciców, kochających nade wszystko pieniądze i wystawne życie… niewielu jednak decydowało się zarabiać na to mieczem. Ci, którzy próbowali – większość w końcu łapała kąsek nie na swoje zęby, trafiali albo na kogoś lepszego w mieczu, albo na tyle znacznego, ze ten zamiast przyjąć wyzwanie nakazywał delikwenta pognać batogami z włości.
Było jednak kilku takich, którzy uprawiali swój proceder niezbyt szlachetny – a wciąż żyli. Zbyt dobrzy w mieczu, równie dobrze obeznani w prawie… jednym z nich, a w tamtych czasach najbardziej głośnym, był właśnie ów Denver Summervale. 
Faktycznie, próba wyrzucenia go z lokalu mogła się skończyć dla obsługi smutno.
Trinidad zrazu zignorował intruza, próbował wrócić do rozmowy… a Summervale, zgoła nie zrażony, lżył dalej, szukając czułego punktu – i znalazł…

- Pamiętam, miałem pod mieczem twojego syna, gównozjadzie. I co, czy zachował się jak mężczyzna? O, nie… Ze strachu wyparł się nazwiska, wyparł się rodu, został – Hawkwoodem…

Na takie dictum książę Manuel Trinidad, purpurowy bardziej niż wino kolebiące się leniwie w kielichach, grzecznie przeprosił współbiesiadników i wstał. Z pozornym spokojem zdjął kurtkę mundurową, poodpinał odznaczenia, wyciągnął gnata i powoli poszedł za żywopłot. Po chwili dobiegł stamtąd odgłos wystrzału…
…a za nim ciąg dalszy inwektyw, których obaj panowie sobie nie żałowali. Żeby nie powtarzać wszystkiego, bo ani się godzi, wnet padło sakramentalne „obraziłeś mnie, Trinidad” i riposta „zali jest to możliwe?”
Oczywiście, Summervale domagał się pojedynku… tylko widzicie – kto od kogo? Kawalerzyna o wątpliwej, mówiąc delikatnie, reputacji - od księcia? Trinidad postawił tedy warunek – pewnikiem nieświadomie, bo wściekły był co niemiara. Jam wygrał, powiada, bitwę na Graalu… a ty? Wygraj bitwę, prawi, to się z tobą zmierzę.
Bitwę - rzecze Denver – nie ma sprawy.
-Rodzina Mattworthów ma, z tego co wiem, nierozstrzygnięty od lat dwustu spór o miedzę z rodziną Timbroke, twoich kuzynów… i skorzystam z tego. Wygram bitwę. Będę czekał na ciebie na zgliszczach ich pałacu, pośród trupów twoich powinowatych…

A potem rozległ się zza żywopłotu nieludzki ryk… dawno takiegom nie słyszał, nawet przy wbijaniu na pal… Trinidad powrócił do stolika z miną wyraźnie wypogodzoną, choć ręce mu się jeszcze trzęsły. Ryk przeszedł w charkot, gulgotanie… książę Manuel odział się z powrotem, zawiesił ordery, nalał sobie wina, wrócił do rozmowy. Ani zaszczycił spojrzeniem Summervale’a, który po minutach może pięciu wytoczył się chwiejnym krokiem zza zieleni i popędził w sromie wielkim ku wyjściu.
Ech, trzeba było go rozwalić już wtedy… ale nie uprzedzajmy faktów.
Oczywiście, sam Denver nie miał władzy ani możliwości sprowokować kogoś do najazdu na sąsiada… ale też nigdy nie działał sam dla siebie. Jego obecność oznaczała jasno, że ktoś bardzo życzy sobie zakończenia doczesnej egzystencji Manuela Trinidad.
Nikt jednak – póki co – nie wrócił do tego tematu. Zjedli obiad, powymieniali uprzejmości, porozmawiali nieco o polityce… wreszcie Trinidad powstał i zaprosił komendanta wraz z Ines na krótką przejażdżkę skoczkiem. Czyli - ujawnić wreszcie, jaki był właściwy cel jego spotkania z donem Alejandro.
Komendant zgodził się, po czym dał znak i nam – dołączyliśmy. Skoczek czekał nieopodal… i w istocie po może dziesięciu minutach lotu przyziemił za miastem, przy niedużym stadionie. Na lądowisku czekała już straż honorowa – dziesięciu chłopa w zbrojach z krukiem Corrinho na piersi…
Komendant po sekundzie dopiero ukrył zdziwienie; Trinidad jednak nie pozwolił czekać, powiódł nas do wnętrza areny, na trybunę. 
A na piasku areny stało w szyku tak równym, że aż miło było popatrzeć, kolejne pięć setek żołnierzy płci obojga, w mundurach Wolnych Hazatów. Tu już komendant nie wytrzymał, zwrócił się do Trinidada… zagłuszyły go wiwaty, gdy postać jego stała się widoczną. Tu już doświadczenie przemówiło, uciszył ich jednym gestem – i ponownie zadał pytanie… może mało oryginalne, ale na miejscu – „co to ma znaczyć?”
To weterani Hiry, których udało mi się wykupić, rzecze Manuel skromnie. Don Alejandro skinął tylko głową… odpowiedź na to mogła być tylko jedna – tego wymagał honor.

-Jestem pańskim dłużnikiem, książę. Jeśli pan pozwolisz, rad bym nieco go zwrócić – u Timbroke’ów.

Ładnie mu odpowiedział, co? I co mógł ów Trinidad odrzec? Coś, po czym wszyscy obecni zapomnieli języka w gębie…

-Mam jeszcze do powiedzenia dwie rzeczy, Alejandro. Po pierwsze, w drodze jest jeszcze pięćdziesiąt tysięcy… Po drugie, wszyscy myślą że to Ty ich wykupiłeś….

… i mogli tylko ukłonić się z uznaniem. 

A co potem, dziatki? Ano, czas był szykować się do odparcia zajazdu Mattworthów.
 



Komentuj (1)


Link :: 18.04.2009 :: 09:27
25 IV - 10 V 5004

Ten Drugi

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi



Usprawiedliwiając się z góry, dziatki, to nie jest moja opowieść. Nie byłem świadkiem tych wydarzeń, jedynie usłyszałem ją z ust świadka tychże. Niemniej, jest to opowieść Vincenta Vegi. I może nawet, w innym czasie i miejscu, ktoś ją odeń usłyszał. 
Tego jednak, kochani, wiedzieć nie mogę. Nie mogę być pewien, że została przezeń opowiedziana. A szkoda, żeby przepadła… Tedy, na wszelki wypadek, opowiem ją ja. Vincent Vega.
Ot, myślicie, uchlał się stary dziad, pierdoły gada. Nie krzywcie się, posłuchajcie. Gdziem skończył ostatnio? Końcem kwietnia, na Keth-Kordeth… Burej, martwej Keth.

A co powiecie, usłyszawszy, ze końcem kwietnia 5004 Keth-Kordeth była zielona i ludna?
Dlaczego? Albowiem w styczniu tegoż roku inwazja się nie udała?
Ale cofnijmy się jeszcze do wcześniej. Do września 5003 roku. Do Stygmatu.

Wyobraźcie sobie – tylko wyobraźcie – historię, w której Czarna Ines, owszem, wybrała się na pamiętną wycieczkę z komendantem i JosMarią. Skończyło się tak samo, porwaniem – tyle że komendant, stając w ich obronie, odniósł tak ciężkie rany, że symbionci machnęli nań wypustką i zostawili umierającego na pobojowisku. Bycie umierającym, dziatki, to jedno, a wściekłość i honor to drugie, tedy diuk nasz, odnaleziony i doraźnie połatany, pierwsze co kazał to wyciągnąć swą zbroję z kufrów. Niemal powtarzając akcję sprzed lat z Keth, wpadł z kompanią pancernych na ratunek i uwolnił Inezę z hiva, przy okazji równając go z ziemią. Nigdy nie został pojmany i nie uwolnił Cienia.

Walka nie obyła się jednak bez strat. Nie udało się uratować JosMarii, sam Alejandro zasię, czerpiąc Dziw potrzebny do walki, przekroczył nie jeden i nie dwa progi zdrowego rozsądku – i tylko dzięki systemom zbroi życie uniósł. Tym razem naprawdę umierający, z pootwieranymi ponownie ranami z pierwszej potyczki, przewieziony został na Keth, by tam się kurować. Wraz z nim poleciała sama Ineza…
Wyobraźcie sobie historię, w której nasz dzielny diuk nie zaprzątał sobie głowy uwolnionym na Stygmacie Cieniem… gdyż nigdy go nie uwolnił. Nie zamartwiał się też zniszczeniem Keth-Kordeth… gdyż bitwa, o której wiemy – o tak, miała miejsce – potoczyła się nieco inaczej. Hazackie megatransportowce nigdy nie dotarły do planety, rozmienione na drobne przez nasze okręty. Reszta zespołu inwazyjnego zawróciła, nie zawracając sobie nawet głowy bombardowaniem planety.
 
Cóż diuk Corrinho? Były pewne oczy, czarne a ogniste… Nie twierdzę, że miał łeb mniej zakuty od Alejandro, którego znamy. Po prostu mniej ciosów na niego spadło… dochodząc tedy do zdrowia na Keth pod troskliwą opieką Czarnej Ines, potrafił bez pomocy Vegi usłyszeć westchnienia ciche i pochwycić rzucane ukradkiem spojrzenia pięknej markizy… i odwzajemnić uczucie, którym go obdarzyła. Nie tak jak ten tu… ech, szkoda gadać…

Podobnie jak w historii, którą znacie, wyruszyli na B2. Podobnie budowali od podstaw hazacki korpus dyplomatyczny. Podobnie natknęli się na klony – pomnijcie, historia ich i ich stwórcy była znacznie starsze niż data przylotu na Stygmat. Podobnie zleciało się do nich mnóstwo Wróbli – jeno że ich tak nie nazywano, wszak to JosMaria ich tak ochrzcił. Nie było natomiast spotkania z Krwawą Izabelą… zamiast tego były huczne zaręczyny Ines i Alejandro. Nie wątpię że Vega tam był, wino pił…
Nie myślcie jednak, że czas schodził jeno na politykowaniu a amorach. Trwała wszak wojna, wróg uderzył – daleko, na Rawennie i na Aragonii. Dali głowy stary Luis Corrinho i dona Patricia, dał i Pedro Corrinho. Zamachowcy zastrzelili też obu synów Pedra, bliźniaków Ulissesa i Hectora. A to był tylko początek…
Oboje wyruszyli tedy na Rawennę – na wesele i pogrzeb… raz, by pożegnać obu młodzieńców jak obyczaj nakazywał. Dwa, rychło żałoba się skończy – by się pobrać. Sam Arcyksiążę za drużbę miał być… Skąd taki pośpiech, pytacie? Ano, markiza porzuciła pewne Sutheckie obyczaje… Ano, nie wypadało by pierworodny Corrinho, którego piękna Ineza nosiła już pod sercem, urodził się nieślubnym… 
No i polecieli, dziatki… o tak, byli oczekiwani… ostatnim, co zapamiętał don Alejandro, był atak rajdera w układzie B2. Następnym wrażeniem, jakie przyszło – było zimno…

Pierwsze, nieodparte wrażenie przy wychodzeniu z komory, czy to hibernacyjnej czy też leczniczej: jak długo w niej byłem? Gdy na dodatek jest ciemno, a wokół unosi się woń stęchlizny, zaczynasz myśleć o latach, jeśli nie stuleciach. A taki właśnie obrazek przywitał go po rozmrożeniu. Ciemno, ani żywej duszy… było, prawda, dwóch techników, ale już dobrze zaśmierdziałych i porosłych pleśnią.
Lubo martwi, okazali się wcale pomocni… karta dostępu, klucz do szafki z ubraniami… z dziewięciu komór trzy – poza jego – były na chodzie… choć pierwszą, nieodpartą myślą było szukać Ines, zajął się żywymi. Pasażerowie dwóch komór nadawali się do wybudzenia, ostatni był – według komputera – zbyt poważnie ranny. Pół godziny później poznał towarzyszy podróży – mężczyznę i kobietę. Gildyjnego pilota oraz – ciekawe uczucie, gdy znalazł w szafce azbestową sutannę i kompaktowy miotacz ognia – siostrę Avestii.  
Potem przejrzał logi, zapisy… liniowca pasażerskiego, na którym się znajdował. Dowiedział się, co nastąpiło wcześniej. Jak statek ów napotkał w układzie B2 dryfujący, zniszczony „Pas Oriona”. Jak przeniesiono na pokład Inezę, jego, tych z załogi którzy przeżyli – niewielu, wszyscy ranni… Jak w trakcie przenosin nastąpił wybuch na jachcie, który poranił kilkoro z pasażerów i załogi liniowca. W przyległym medlabie, pośród rozkładających się zwłok na łóżkach, rozpoznał kilku ze swoich ludzi. A potem znalazł Ines…
Najciemniej pod latarnią, dziatki… była tak blisko, że bliżej się nie dało. W sąsiedniej komorze… on jednak zrazu nie zwrócił uwagę na niesprawny agregat ze spleśniałym truchłem w środku. 

Trzeba było jednak na pewien czas zapomnieć… porozmawiać z ocalałymi towarzyszami podróży, zmusić wymarły statek do posłuszeństwa. Oraz zorientować się, gdzie są - i dlaczego. Stan trupów pozwalał domyśleć się co najmniej dwóch tygodni dryfowania. 
Szlachcic, kapłanka i gildyjny pilot… iście Trójnóg w miniaturze. Ale że była ich tylko trójka, dokonali czegoś niemożliwego dla tych trzech sił w większej skali – dogadali się. Nie minęło kilka godzin, a statek powoli brał kurs na gwiazdę układu, jedna z posiadanych sond ruszyła przodem zbierając dane, a nasi bohaterowie zajęli się kolejnym problemem – kilkoma setkami martwych, a jakże, ale nader aktywnych skorup, które odkryli (na szczęście przez kamery, nie osobiście) na pokładzie trzeciej klasy…
I to było interesujące, dziatki. W kajutach załogi, pierwszej i drugiej klasie znajdowali wyłącznie martwe, rozkładające się ciała. A dolny pokład, blisko ładowni, tętnił życiem… jeśli można tak to nazwać. Rzecz warta sprawdzenia, zwłaszcza jeśli planowali gdzieś wylądować.
Równie interesujący był czwarty żyjący pasażer… wciąż znajdujący się w komorze. Jak się okazało po przeszukaniu kajuty, Eskatonik. Jak się okazało po bezczelnym przejrzeniu jego notatek – współsprawca całego zamieszania…
Jak już wiecie, kapłan ów został ranny przy przenoszeniu rozbitków z „Pasa Oriona” i trafił do komory. Sęk w tym, dziatki, że wiózł on – a raczej przemycał – pewien artefakt. Samobójcą nie był, o nie, wiedząc że ładunek może zakłócić procedurę skoku, co dwa dni sumiennie schodził do ładowni i odprawiał rytuał mający wyciszyć aktywność… gdy zatem liniowiec skakał z B2 na Tetydę, zawarty w komorze Eskatonik był dwa rytuały w plecy. Artefakt zadziałał i spowodował skok w nieznane… przy okazji uśmiercając załogę i pasażerów bądź zamieniając ich w skorupy – z wyjątkiem czworga.

To wyjaśniło w sumie wszystko, łącznie z rozkładem martwych i żywych inaczej na statku. Tudzież wymusiło dalsze kroki. Gdyby nie ów artefakt bowiem, mogliby zwyczajnie zignorować skorupy i poczekać, aż te się porozpadają same. Niechcianego ładunku należało się jednak pozbyć – a droga do niego wiodła przez pełen skorup pokład. I było ich trochę za dużo by załatwić robotę ręcznie… szczęśliwie, gildyjny pilot zmuszał do działania coraz to nowe systemy. Udało sie uruchomić i posłać na dół golema w charakterze wabika. A potem, gdy prawie wszystkie popędziły za nim …

W kadłubie idącego powoli przez pustkę liniowca otworzył się prostokąt światła. Bryznęło z niego zamarzającym gwałtownie powietrzem, przemieszanym z figurkami… dziesiątkami, potem setkami… figurki wymachiwały bezsilnie kończynami, pewnie by krzyczały, gdyby mogły. Długo to jednak nie potrwało – statek leniwie zmienił pozycję, aż jego rufa wymierzyła dokładnie w chmurę zmrożonego powietrza i ciał. A potem dał ciąg…

Wszystkich jednak nie wywiało, o nie. Trzeba było, po ponownym zahermetyzowaniu pokładu, zejść na dół i dokończyć robotę ręcznie. Tu siostrzyczka Lacrima miotaczem, tam książę Alejandro żelastwem, ostatecznie rozwiązali kwestię skorup na pokładzie liniowca. A niedługo potem za burtę poleciała skrzynia z artefaktem…

Teraz dopiero mogli nieco odetchnąć. Pilot (a nazywał się Brown, teraz dopiero żem sobie przypomniał) położył statek na kursie w kierunku słońca. W połowie trajektorii dopiero miał zmienić bieg i zacząć hamować – a ta chwila była najlepsza do uszanowania zmarłych. Do wysłania kapsuł z ich ciałami w najpierwszy ogień Wszechstwórcy. Zanim jednak to nastąpiło, należało ich przygotować jak nakazywał obyczaj. A zwłaszcza jedną…

Ciało przeniósł do chłodni już dawno – najwcześniej jak się dało, tak, by zatrzymać zniszczenia które poczyniły śmierć i czas. Teraz zasię pracował. Kazał swemu ciału zignorować kłujące igiełki zimna, parę unoszącą się z ust. Wydobytą ze skrzyń suknię koloru byczej krwi rozciął na plecach po krzyże, po czym z największą delikatnością i uwagą jął odziewać Inezę. Delikatnie, by nie naruszyć rozluźnionych przez rozkład stawów, wsunął ramiona w rękawy, odsłonił dłonie. Z pieczołowitością, jakby przygotowywał oblubienicę do ślubu, wygładził i wyrównał materiał na biodrach, na barkach. Starzy bogowie byli dlań łaskawi, ciało nie dawało po sobie poznać, ze nosiło wewnątrz drugie… i pozwolili mu zachować zmysły. Przełknął wzbierającą w gardle gorycz.
Miał mnóstwo czasu. Powoli i starannie rozczesał pukle jej włosów, wciąż czarne i błyszczące. Wplótł w nie ozdoby, te same, w których tak lubiła się mu pokazywać. Powieki zasunął jeszcze dawno – zupełnie, jakby spała. Zawiesił ciężki złoty naszyjnik, wzuł na palce pierścienie. Skończywszy, ściągnął gumowe rękawiczki. Schylił się i podniósł z podłogi rapier. Obnażył piędź ostrza, po czym chwycił je lewą dłonią – i powoli wyciągnął broń z pochwy, znacząc klingę krwią. Delikatnie zaplótł obłażące z tkanki palce Ines wokół rękojeści. 
Podniósł prawą dłoń do ust, po czym przytknął jej palce do ust martwej markizy. Ledwie widząc przez załzawione oczy, zatrzasnął kapsułę.
Porucznik Brown zastanawiał się, co można robić w chłodni przez trzydzieści godzin. Uznał jednak, że lepiej nie pytać o to tego Hazata.  


Jako rzekłem, w połowie lotu wystrzelili kapsuły ze zmarłymi w gwiazdę układu. Potem zasię zajęli się swoją własną sytuacją. Wysłana sonda (jedna, albowiem posiadali całe trzy) zdążyła już policzyć planety w układzie oraz stwierdzić, że druga od słońca jest zamieszkała. Podróżnicy skierowali ją bliżej owego globu, by poczyniła dokładniejsze pomiary. Odkryła ruch w przestrzeni nad planetą – stocznię orbitalną, kilka okrętów wielkości małego krążownika… a potem – lubo nie wykryła nic lecącego w jej stronę – zniknęła. Druga, wysłana jej śladem, zauważyła że jeden z okrętów zszedł z orbity. Jakkolwiek poruszał się zupełnie innym kursem – znowu niewidzialne „coś” zdjęło sondę. Zanim naradzili się, czy wysłać trzecią, mieszkańcy układu skontaktowali się i uprzejmie przedstawili. W języku jak najbardziej zrozumiałym dla Lacrimy i dona Alejandro… tudzież z manierą nieobcą diukowi.

-Michał Kazimierz Radziwiłł, hetman przestrzeni i kapitan okrętu myśliwskiego „Biegnący Jeleń” – odezwała się postać na ekranie płynną łaciną.

Mieszkańcy Sarmatii byli nacją dość niezwykłą. Odcięci od stuleci od Znanych Światów, zamieszkujący żyzną planetę, mówiący jednym językiem i wyznający jedną religię – każdy inny naród zapewne wiódłby życie ciche i spokojne, korzystając z darów Wszechstwórcy. Oni jednak byli podobni Hazatom… (później tez twierdzili, że Hazaci są podobni im) – nie mając wrogów zewnętrznych, tłukli się regularnie między sobą…  

Wojna trwała lat trzydzieści osiem, a potem jeszcze dwanaście, bo pośród gruzów nie było widać, kto wygrał, i o to się jeszcze raz pobili
  S. Lem


Nie znaczy to jednak, dziatki, że planeta była regularnie rozrywana wojną domową, palona i grabiona, o nie… Naród był może i wojowniczy, ale wiedzieli dobrze że planeta jest tylko jedna i jak ją zepsują, to drugiej nie będzie… patrząc na to, co się u nas naówczas działo – chętnie bym sam poleciał na Sarmatię, wysadzając Wrota za sobą. Ech, gdyby kilka koronowanych łbów myślało podobnie, jak oni…
Tu wtrącę jeszcze, że rządził tam Arcyksiążę, tytułowany przez nich królem – jak to kiedyś i u nas bywało. W teorii… w praktyce, rządziła zawsze najpotężniejsza z rodzin. Takowych wielkich rodzin było kilka – ilekroć jedna z nich stawała się dość potężna (albo panująca dość osłabła), organizowało się rokosz, obalało władcę (jeśli się udało) i instalowało na tronie własnego. I tak co parę pokoleń w kółko… Głów przeważnie leciało niewiele, czasem tylko królewska, nie raz i nie dwa zdarzyło zupełnie bezkrwawo…
A wiara, pytacie? Ta sama, co i u nas, jeno u nich zwało się to Kościół Wiekuistego Płomienia. Z grubsza, rzec by można, połączenie Ortodoksji i Avestii… na pierwszy rzut oka brzmi strasznie, prawda? Z tym, że na planecie pozbawionej Symbiontów, heretyków, na której antynomista trafiał się od wielkiego dzwonu, ów Avestiański trend stracił na krwiożerczości, skupiał się bardziej na ascezie, nie zaś na paleniu.

Ale odbiegłem od tematu najciekawszego, dziatki. Jak Sarmaci toczyli wojny. Wszyscy bez wyjątku: ubożsi szlachcice – o pardą, rycerze – o miedzę, bogatsi o ziemie, miasta i złoża, najpotężniejsi – o koronę… Żaden z nich nigdy nie dał ognia na powierzchni planety… Jak więc walczyli? Ano, w przestrzeni. Umawiali się w danym miejscu i czasie, brali myśliwce swoje i swoich popleczników i toczyli bitwy z dala od planety.
No tak, stary Vega zmilczał, czym dysponowała planeta. Jako już rzekłem, posiadali tuzin małych krążowników, a właściwie lekkich lotniskowców. Czyli mniej więcej tyle, co flota systemowa niezbyt bogatej planety…

…oraz czterdzieści tysięcy myśliwców przestrzennych. To jest czterykroć tyle, co Cesarstwo, Zakon, Rody i Kalifat razem wzięte.

Tego już dowiedzieli się od wcale życzliwego i rozmownego hetmana na pokładzie „Biegnącego Jelenia”. Cóż usłyszał w zamian? Prawdę i tylko prawdę, dziatki… ale nie całą prawdę. Nasza dzielna trójka postanowiła bowiem nie ukrywać historii z przylotem z B2 i nieplanowanym skokiem. Opowiedzieli z grubsza o toczącej się wojnie, o stronnictwach. Nie wyprowadzali jednak z błędu Radziwiłła, myślącego że Cesarstwo składa się z jednego jedynego systemu B2. 
Rzecz jasna, zdecydowali się reprezentować Cesarza przed tutejszym władcą. To doskonale, rzecze hetman, gdyż Jego Wysokość Jan VII Zamojski życzy sobie widzieć dostojnych gości…

Po drodze pytali dalej – i obserwowali… skąd na planecie, może i bogatej, ale jednej – tak potężna armada? Zauważyli, że każdy z tytułujących się Rycerzami miał na karku port – doskonale widoczny, gdyż kanonem mody u mężczyzn było tu noszenie wysoko podgolonych fryzur. A raczej w drugą stronę, dziatki – by stać się Rycerzem, trzeba było posiadać myśliwiec – a port służył do sprzęgu. 
Niektóre z tych maszyn przechodziły z ojca na syna, niektóra miały i po dwieście-trzysta lat… ale były nieustannie modyfikowane. Cóż rzec, były bronią – a o takową się dba. 

Jako rzekłem, toczone w przestrzeni utarczki nie odbijały się na samej planecie. Stolica wyglądała dostatnio, powiem wam nawet że drugorepublikańskie budowle nie były rozszabrowane jak to na B2 a ciągle wykorzystywane. Podobnie było ze świątynią Wiekuistego Płomienia, zwieńczoną olbrzymia iglica z płonącym na jej szczycie ogniem. Podobnie było z pałacem królewskim, wielkim, monumentalnym i snadź również pamiętającym II Republikę. Tam właśnie wylądowali – na placu mogącym pomieścić pancernik. Wyglądał dość pustawo – parkowało tam jedynie dwadzieścia myśliwców Gwardii Królewskiej, a ich załogi – płci obojga – tworzyły szpaler dla gości. Brama do pałacu mogła pomieścić czołg – i, sądząc po śladach, jakiś czas temu ktoś wziął to za dobra monetę, a nikt nie kwapił się z naprawą. 
Tu z rąk gościnnego hetmana przejął ich jego brat, dowódca Gwardii, rotmistrz Piotr Radziwiłł - i powiódł korytarzami… w których absolutnie nikomu nie groziła klaustrofobia. Żeby bowiem nie owa brama, do środka można by wlecieć niedużą korwetą. Musieli przewędrować dobry kilometr, zanim weszli do sali tronowej. Wielkości głównego stadionu Realu Aragonia…
W tej przestrzeni podwyższenie, dwa trony i skupiona wokół nich grupka ludzi naprawdę nie robiły wrażenia. Rotmistrz prosił bliżej…
Na wyższym tronie siedział król… co przypomniało Alejandro spotkanie z synem sułtana Khayaam na Hirze – monarcha bowiem liczył sobie wiosen szesnaście. Nawet nie starał się ukryć podekscytowania, widać było że li tylko wpojona etykieta powstrzymuje go, i to ledwo, od zerwania się z tronu i wybiegnięcia do gości. 
Królowa natomiast, starsza od małżonka tak o połowę, uprzejmie starała się ukryć znudzenie – tudzież zniesmaczenie zachowaniem męża. Cóż, polityczne małżeństwo, i to z taką różnicą wieku…
Przyszło zatem, dziatki, do kolejnej już prezentacji. Nie znając tutejszego ceremoniału, należało improwizować – ukłon należny Arcyksięciu okazał się dobrym wyborem. Władca, wyraźnie zadowolony, wyraził życzenie spotkania się z gośćmi na uczcie – za godzin dwie. Ot, by mieli czas odpocząć i odświeżyć się po podróży. Miało być posiedzenie Rady, panie… Przełoży się! Dixi!

Jedno spotkanie, a powiedziało tak wiele o władcach Sarmatii. Król, królewiątko – łatwo sterowany przez członków Rady – może i to lepiej – chyba że się na coś uparł. Wciąż młody i niedoświadczony w arkanach rządzenia, zbyt wcześnie odumarty przez ojca – może i miał szansę wyrosnąć na zręcznego władcę, owszem, pytanie czy będzie miał na to czas. Królowa - małżonka polityczna… a także katapulta do władzy dla jej rodziny, dla Potockich. Kolejny przewrót wisiał w powietrzu…

Owa uczta potwierdziła przypuszczenia… ale powoli. 
Jak się pewnie domyślacie, sala jadalna nie miała wielkości stadionu Realu… Stadion, dziatki, by się w niej zmieścił – razem z okolicznymi sklepikami, parkingiem i lądowiskiem. Pośrodku ustawiono stół długości, drobiazg, dwustu stóp… Tak sobie myślę, sadzanie królewskiej pary na szczytach stołu raczej nie pomagało w przełamywaniu lodów… Teraz jednak stół wyglądał jak gigantyczna zapałka – nakryty purpurowym obrusem u jednego końca i poza tym goluteńki. U owego końca zebrali się biesiadnicy, w liczbie około czterdziestu. U szczytu, rzecz jasna, siedział król, mając po swojej prawej księcia Corrinho, po lewej zasię znanego nam już hetmana przestrzeni. Kolejnych gości usadzano wedle rangi, siostrę Lacrimę wcale blisko, natomiast porucznika Browna – niby ni kościelny, ni szlachcic, ale również posiadał port sprzęgający – między drobną szlachtą.
Na jedzeniu a opowiadaniu zeszło dobrych godzin trzy… Jan VII z niezmierną ciekawością, która wyjaśniła się później, jął wypytywać o szczegóły podróży i skoków międzysystemowych w ogóle. Tak, Sarmaci wiedzieli o wrotach w swoim systemie, lecz na początku nie umieli, a potem po prostu nie potrzebowali ich uruchomić. Król w pewnej chwili kazał zawezwać Mechanika - to taki tamtejszy odpowiednik Inżynierów – po czym polecił mu udzielić wszelakiej pomocy w kwestii naprawienia liniowca… tudzież wszelkiej informacji dotyczącej zapomnianej już techniki lotów. Już następnego dnia zabrali się za badanie Klucza… ale o tym jeszcze nie teraz.
A potem pojawiła się Królowa… spóźniona, owszem, lecz było to zrozumiałe – monarcha wyjaśnił, zupełnie niepotrzebnie bo widać było doskonale, że małżonka jest przy nadziei. Rzekł to tonem dziwnie ponurym jak na przyszłego ojca… a kolejny kawałek układanki wskoczył na miejsce, gdy przyszła połowica ze świtą, wiedzioną przez rotmistrza Radziwiłła… 
I gratulacje dla naszego diuka, może miód wyborny mu polotu dodał, ale w mig załapał – że ojciec następcy tronu bynajmniej nie siedzi obok niego… jeno że właśnie wszedł był z królową. 
Część biesiadników była już zbyt pijana, wspomniany miód lał się bowiem strumieniami, część jednak zauważyła że Jan VII (który od początku biesiady pił wciąż jeden i ten sam kielich) pobladł nieco – zapachniało konfrontacją… Kto wie, czy nie miał usłyszeć wyzwania tu i teraz, przy biesiadnym stole? I, co gorsza – przy gościach, którzy nie omieszkają opowiedzieć swemu Cesarzowi o wszystkim… Dość, że - co don Alejandro zauważył, choć trunku sobie nie żałował – król dyskretnie skorzystał z komunikatora… na co w ciągu minut kilku pojawiło się ośmiu kolejnych Rycerzy. Biesiadnicy ryknęli ochoczo, zrobili miejsce, nowo przybyli ulokowali się w bliskości władcy, któren uspokoił się nieco. Myślał nad czymś chwilę, wreszcie łupnął kielichem w stół i oświadczył że pragnie, tak szybko jak będzie to możliwe, odwiedzić swego drogiego królewskiego brata, Aleksiusa. Wywołał tym niejaką konsternację przy stole… i powód do długiej a gromkiej dyskusji. Nie czekał jej końca, wstał i odszedł ze swa obstawą. Kwadrans nie minął, a jej wysokość również poprosiła rotmistrza o odprowadzenie na pokoje – w dokładnie przeciwna stronę niż odszedł król.
Atmosfera przy stole rozluźniła się jeszcze bardziej, Radziwiłł przesiadł się do komendanta i zaczął rzecz wyjaśniać… że wypił sporo, w wyjaśnianiu nie hamował się ani trochę. Zamojscy, rzecze, zdobyli tron rokoszem lat temu sześćdziesiąt parę. Teraz zasię król był słaby (co widać było), Potoccy zgadali się z Radziwiłłami – czas na zmianę… póki co przewrót, abdykacja albo śmierć króla – osadzenie Piotra na tronie, a wtedy będzie mógł już zaślubić królową-wdowę (albo rozwódkę) i uznać dziecko – tak czy tak z jego krwi…
Potem rozluźniło się jeszcze bardziej, zrobiło się dużo głośniej, z łbów zadymiło… i don Alejandro zobaczył, jak Sarmaci rozwiązują sprawy po męsku. Nie, nikt nie wyciągał szabli – w robocie były pięści i puchary… a gdy padła jedna poważniejsza obraza, obaj zainteresowani panowie umówili się w pewnym opuszczonym sektorze przestrzeni za trzy dni – „tylko nie zapomnij waść myśliwca”. Jakby miał na beczce lecieć…  

Kilka dni następnych upłynęło na planach, piciu, zwiedzaniu planety, piciu, polowaniach, piciu, intrygach… Król wprawdzie zobaczył się już i porozmawiał z gośćmi zza Wrót, jednak druga strona też nie zasypywała gruszek w popiele. I, paradoksalnie, wstępny cel obu stronnictw był jednakowy – umożliwić Janowi VII wylot na B2. Dlaczego? 
Król był młodzikiem, owszem, niedoświadczonym, ale nie głupim. Orientował się dobrze, że część szlachty poprze go tylko ze względu na bycie pomazańcem – to im wystarczało. Inni nie kiwną palcem w bucie i poczekają na rezultat wojny. Rokoszanie, rzecz jasna , zechcą go obalić. Żeby jednak tego dokonać, trzeba – rzecz niby oczywista – mieć króla w łapach. Zaś król goszczący u Aleksiusa – to król nieosiągalny. Poza tym, może zdoła przekonać swego drogiego cesarskiego brata do pomocy – w zamian za późniejsze użyczenie części owej wielkiej armady…
Z drugiej jednak strony, gdyby gościna u Aleksiusa przeciągnęła się… najlepiej w nieskończoność – to coraz więcej i więcej uwierzyłoby, że gościna jest w istocie ucieczką… i Sarmatia byłaby widownią kolejnego bezkrwawego przejęcia władzy.
…a wtedy oferujemy pięć tysięcy myśliwców, usłyszał pewnego wieczoru don Alejandro od pana Mikołaja Potockiego, nestora rodu, przy antałku wybornego dwustuletniego miodu.

Tak tedy działania mające na celu powrót na B2 ruszyły pełna parą, przy pomocy obu stronnictw. W archiwach Mechaników znaleziono prastare mapy gwiezdne – co ciekawe, okazało się że skok z Sarmatii wiedzie na Tetydę, tedy artefakt musiał spowodować dwa skoki jeden po drugim… to oznaczało, że musiał istnieć kiedyś Klucz – lub kilka… Nie było takowego na planecie – ani w skarbcu królewskim, ani kościelnym, ani u Mechaników… Natomiast był poza planetą. 
Wystawcie sobie, dziatki, że w systemie posiadającym słownie jedną zamieszkałą planetę i słownie cztery kolonie górnicze istniało kilka baz piratów… a właściwie rycerzy-rabusiów. Wojowali oni albo między sobą nawzajem, albo czasem najeżdżali planetę, często też dostawali baty od pospolitego ruszenia, gdy zirytowana szlachta skrzykiwała się w pięciuset chłopa – o, pardą, pięćset myśliwców… nie powiem, był to świat jak z bajki, tylko takiej dla większych dzieci… dość, że można było z nimi porozmawiać dwojako – plomo o Plata… Pan Mikołaj Potocki obrał tę drugą drogę i najzwyczajniej w świecie kupił od jednego z pirackich atamanów Klucz Sarmatia-Tetyda, który od stuleci porastał kurzem w kufrze… 

Obietnice obietnicami, ale nasi dzielni podróżnicy chcieli tez zrobić coś dla swoich. Brown – wiadomo – zastanawiał się nad skumaniem tutejszych Mechaników z Gildią. Siostra Lacrima jęła wyszukiwać pośród nowicjatu potencjalnych teurgów i namawiać ich na szkolenie w Cesarstwie. A don Alejandro… cięgiem pił z Rycerzami i opowiadał o wojnach. Tych, które już się skończyły oraz tej, która trwała. Mówisz, że mógł ten czas lepiej spożytkować? To posłuchaj dalej… Wąsatym zabijakom, którzy od stuleci mieli do bicia jeno siebie wzajem, aż się oczy świeciły. Łupy… Komendant żałował szczerze, że poza obstawą króla na liniowiec da się zapakować jeno dwa tuziny myśliwców z załogami… albowiem Rycerzy chętnych zasiąść za sterami swych maszyn w wojnie po stronie Wolnych Hazatów zgłosił się ni mniej nie więcej tylko tysiąc… przypominam, że jest to równowartość skrzydeł szesnastu lotniskowców uderzeniowych…

Nie minął tedy tydzień, a naprawiony liniowiec, obwieszony myśliwcami, zszedł z orbity… a po kolejnym tygodniu skakał już przez wrota. 
Na Tetydzie przyjęto ich uprzejmie, acz z pewnym ukrywanym zdziwieniem… które don Alejandro kładł na karb ich zaginięcia – to już dwa miesiące? A tu nagle wracają - i to spoza Znanych Światów, z obcym królem na pokładzie.
Z Tetydy skoczyli w asyście niszczyciela na B2, po czym – najzupełniej zrozumiałe – liniowiec odholowano daleko od wrót, celem kwarantanny. Mus to mus… kolejne dwa tygodnie, podczas których dzielni Sarmaci wyżłopali cały zapas wina na pokładzie – praktycznie nie znali tego trunku, pijając głównie miód i piwo. A potem zapasy miodu też zaczęły się kurczyć… Zapasy cierpliwości Jana VII również.
Minęły owe dwa tygodnie – aż wreszcie otrzymali wiadomość, że kwarantanna zostaje zakończona. Że w drodze do nich jest przedstawiciel Cesarstwa tudzież ambasador Wolnych Hazatów.

I stało się tak, że w improwizowanej Sali tronowej zasiadł król Jan VII Zamojski ze świtą, mając po prawicy diuka Alejandro Corrinho.
Po czym weszli przedstawiciele Wolnych Hazatów – diuk Alejandro Corrinho i markiza Inez de Sierra Nevada…

Ta historia, dziatki, jest prawdziwa. Usłyszałem ją bowiem z ust Alejandro Corrinho Dulcinea, świadka tych zdarzeń.

Mieliśmy nad nim przewagę… po pierwsze, wiedzieliśmy od dwóch tygodni, on zasię był zaskoczony. Po drugie, mieliśmy przekazy z kamer – zestaw blizn w większości się zgadzał, łącznie z konotatką Simona Estancia. Po trzecie, przyszły wyniki badań gościa – i najbardziej fantastyczne, a najmniej prawdopodobne wyjaśnienie nagle stało się tym prawdziwym.

- On jest mną…

Ten drugi z początku nie zdołał zamaskować zaskoczenia… potem zasię patrzył i – czego mój diuk był pewien – zaczynał rozumieć. Patrzył też tak dziwnie na Inezę… i zadał z pozoru bezsensowne tudzież sprzeczne z etykietą pytanie…

 – Ty żyjesz? 

Wtedy jednak nic jeszcze nie wiedzieliśmy… Dopiero potem, po części oficjalnej, spotkali się. W sześcioro oczu.

¬- Witaj, Alejandro…

Mój komendant przemówił pierwszy. Wyjaśnił gościowi to, co już wam powiedziałem – i czego drugi Alejandro snadź sam się zaczął domyślać. Że – przez czasy i światy- byli jednym. A potem tamten zapytał… konkretnie, jak tam ciąża?
Ines rzecz jasna spłonęła pięknym rumieńcem, przybysz połapał się że strzelił gafę i zaczął wyjaśniać – jak już wam mówiłem, że w jego świecie byli po słowie a Ines nosiła już dziecko… na co liczko pięknej markizy nabrało koloru królewskiej purpury.
Ha, to ich zastrzelił, moiściewy… diuk mój miał tyle oleju w głowie, że nie tłumaczył się „bo my nie tego”, zresztą – było nie było, rozumieli się niemal bez słów.
Czarna Ines puściła w ruch wachlarz, aż się lampy bujać zaczęły, opanowała nieco pąs i stwierdziła, że panowie na pewno mają sobie wiele do poopowiadania. Wiedziała też, że jej widok może być dla gościa zbyt bolesny. Wyszła tedy, a gdym ją przypadkiem na korytarzu mijał, zasłoniła się wachlarzem – nie umknęło mi jednak, jak ściera łzę.
Co zrobiłem, pytasz? Nic… pamiętaj, żadna kobieta nie chce być oglądana w chwili słabości. A dla kogo owe łzy były – tego już nikt nie wie…

Obaj panowie Corrinho rozmawiali do późnej nocy… szybko im w gardle zaschło, a gość przyznał się że tęskni za winem, tedy mój komendant zakrzyknął o wino. Wierę, żałuję żem przy onej rozmowie nie był, lecz to by było jak włażenie w jego myśli. Zresztą, dziatki, nie minęło wiele a każdy z nich z osobna sporo mi opowiedział… Tak tedy wiecie, że ich czasy i światy rozeszły się na Stygmacie. 
A niezwykłym zaiste zbiegiem okoliczności była blizna zrobiona każdemu z nich przez Simona Estancia. Identyczna, w tym samym miejscu… nasz diuk, jak pamiętacie, otrzymał ja w pojedynku po wypadku z limuzyną… tamten – cóż, też Alejandro, było nie było – zarobił ją na własnych zaręczynach…
Tak opowiadali długo, jam od czasu do czasu wino im nosił, służby nie puszczaliśmy, świat nie był gotów na wypuszczenie plotki o drugim Alejandro Corrinho… tedym urywki rozmów słyszał…

¬- I tak, drogi bliźniaku, straciłem wszystko. Nawet – kiwnął głową w kierunku Vegi…
- Nawet tego krwiopijcę – dokończył pierwszy Alejandro.


Nawet się nie obraziłem – bo w tym szyderstwie było uznanie i wdzięczność…

Pozostaliśmy na stacji dni kilka – aż do przyjścia listu żelaznego dla Jana VII. Obaj Alejandro pili, rozmawiali, planowali… a także tłukli się w sali treningowej, dostarczając pięknego widowiska. Pewnego zasię wieczoru drugi don Alejandro zasiadł nad antałem wina – ze mną. Grałem, a on opowiadał swoja historię. Tę, którą opowiedziałem dzisiaj wam.

Potem trzeba było się rozstać… a świat, jakom rzekł, nie był gotowy na dwóch Corrinho. Chociaż byłby to sobowtór, któremu komendant mógłby zaufać bezgranicznie – jak samemu sobie. 
On jednak miał inne plany… którym się mój diuk nie dziwił – zapewne sam zadawał sobie pytanie, co by zrobił na jego miejscu.

- Zapewne wrócę na Sarmację, dokończyć com zaczął – i sprowadzić dla nas te myśliwce. A potem… Nie należę do tego świata, jest w nim miejsce tylko dla Ciebie, bracie… a że nie mam jak go opuścić…
Skrzyżowały się porozumiewawcze spojrzenia.
- Pamiętasz kapitana Ruiza z San Migiel… Może czas, żeby powrócił…


Tak to zaczęła się historia drugiego Alejandro vel Miguela Ruiza. Czym go jeszcze zobaczył? Kiedyś opowiem.

Wyruszyliśmy tedy w dalszą drogę, zamierzając lecieć na Pentateuch. I właśnie wtedy do komendanta dotarł list, który zmienił nasze plany. Wypadało, dziatki, pojawić się na Delfach…

Światynia Vladimira, Strefa Anschok, Delfy 
12 kwietnia 5004

Jego Wysokość
Alejandro Corrinho 
Dulcinea de Nueva Castilla
Diuk Gival, Obrońca Wiary  

Wasza Wysokość, Książę Alejandro!

 Korzystając z okazji, iż przebywam na Delfach, chcę zaprosić Pana, wraz ze świtą, na kolację do Rain`s Imperial Hall w Anschok, 10. maja br., 21:00 czasu miejscowego. Pragnę omówić z Panem kilka żywotnych spraw, ale przede wszystkim poznać osobiście słynnego marszałka. Mniemam, iż wyświadczy mi Pan tę przysługę 
i nie naruszy ona zbytnio Pańskich planów. Jeśli jednak – co nie daj Wszechstwórco! – byłby Pan zmuszony drastycznie zmienić rozkład swych zajęć, pragnę słowem honoru zapewnić iż spotkanie ze mną nie będzie czasem straconym… ani dla Pana, ani dla Wolnych Hazatów.

Łączę wyrazy głębokiego szacunku
Kpt. Hermann von Blutendorf baronet Hawkwood

PS. Gdyby zastanawiał się Pan dłużej nad podjęciem decyzji, podaję kilka słów kluczowych, które jak mniemam będą pomocne: Hira, Terra, Aida

PPS. Proszę (i ze swej strony zapewniam) o dyskrecję, natomiast jeżeli będzie Pan uważał za wskazane zastosować jakieś środki bezpieczeństwa – proszę się nie krępować. Jednak parol daję, nie będzie to potrzebne. 


Aida, dziatki. Aida…
 
   


Komentuj (0)


Link :: 06.04.2009 :: 23:16
20-25 IV 5004

Przez żołądek do serca

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi


… pytacie zatem, cóż dalej działo się na Keth-Kordeth? Na samej planecie zgoła niewiele… Trochę politykowania, nieco zbierania i wymiany informacji… Więcej wieści docierało – z opóźnieniem – na komendantową pipidówkę z wielkiego świata… ale po kolei. 
Ostatnie wydarzenia, o których wspominałem, dały paru osobom do myślenia. Zwłaszcza Iwanowiczowi, który zdawał się dotąd jeno z boku spoglądać na to, jak don Alejandro z Ines przeskakują kolejne kłody kładzione im pod nogami. A tu nagle, jak pamiętacie, kłodę podłożono również jemu – i jak fiknął, to na dni kilka wylądował na wózku. Wciągnięcie Ukarów w ogóle, a prestiżu Nadakiry w szczególności, nadawało sprawie wymiar kolejny – i to już na wyższym szczeblu politycznym. 
Wyszedłszy z takiego założenia, komendant zaprosił hrabiego Iwanowicza, Dydonę oraz przedstawiciela ukarów (do których poszedł list) na obiad połączony z naradą wojenną i wymianą posiadanych informacji. Aleksy zjawił się, jak wspomniałem, turlany na wózku – jeszcze kilka dni miał lizać się z ran odniesionych na krążowniku. Pojawiła się Dydona, jako przedstawiciel Rycerzy Poszukujących. Tylko wysłannik Ukarów się spóźniał, więc komendant klasnął na służbę by tymczasem wniesiono wino i przystawki.
Dobre dwadzieścia minut minęło, gdy przyszedł meldunek o nadlatującym skoczku. Gospodarz wraz z gośćmi podnieśli się tedy od stołu (z wyjątkiem Decadosa, rzecz jasna) i wyszli witać. A to, co nadleciało, cóż… Ukarzy zawsze cenili funkcjonalność nad wygląd. Był to chyba najbardziej zapuszczony, obdrapany i pordzewiały, acz ciężko opancerzony i uzbrojony, skoczek bojowy. Bardziej spadł niż wylądował przed pałacem, gruchnął o ziemię aż podwozie zgrzytnęło, pochylnia opadła chyba od samego impetu lądowania – wypuszczając pojedynczą postać. Ledwie ta zeszła, wystartował i odleciał, ciągnąc za sobą smugę siwego dymu.
Ku nam zasię szła niewysoka, sucha, nie pierwszej i nie drugiej już młodości Ukarka. Na wstępie obmacała komendanta wzrokiem, potem przywitali się, na sposób ukarski – dotykając sobie wzajem twarzy. W tym czasie Capa obejrzał sobie aurę naszego gościa – i nieco zbladł. Mniejsza z tym że Shakra – takim imieniem się przedstawiła - snadź dwukrotnie uwalniała Cień. Sama była Cieniem. 
Tu muszę jednak nadmienić, że Cienie ukarskie a ludzkie to zupełnie inna para kaloszy. Ludzkie… owszem, Cień komendanta był przypadkiem szczególnym, ale generalnie i tak były niebezpieczne. Ukarskie natomiast w miarę normalnie egzystowały w ichniej społeczności i, rzec by można, nie były niczym nadzwyczajnym.
Póki co jednak trwało powitanie. U nas zwykło się podawać otwartą, znaczy nieuzbrojoną dłoń. U Ukarów jest z tym trochę inaczej. Raz, że u nich ręka jest zawsze uzbrojona – w pazury. Dwa, że jest to rasa, pamiętajcie, podziemna – a w ciemności rozpoznaje się dotykiem, tudzież okazujesz zaufanie, dając dotykać własnej twarzy uzbrojoną dłonią.  
Tyle tytułem dygresji, dziatki. Dydona przywitała sie również po ukarsku, Ineza natomiast – tradycyjnie. Shakra umówiła się jeszcze z komendantem na ostry sparring następnego ranka, po czym ruszyli do jadalni, gdzie tymczasem Iwanowicz – jako że przyspieszone leczenie wymaga, jak wiecie, częstych i obfitych posiłków – zdążył pochłonąć wszystkie przystawki.
Po obiedzie rozpoczęły się rozmowy. Tak, byłem przy nich. Nie, nie będę powtarzał, co przy stole padło, gdyż w większości jużem to wam opowiedział. Zebrano za przeproszeniem do kupy dane o działalności Klonino na B2, tudzież o śladach wiodących na Pentateuch. Don Alejandro opowiedział o pierwszych simulacrach, Aleksiej o sabotażu na pokładzie jego krążownika. Ines natomiast – po raz pierwszy – wyjawiła kulisy swego spotkania z Jasminą na Keth – Kordeth. Konkretnie – jakby ktoś zapomniał – że spotkała ją w klasztorze Eskatoników, schroniwszy się tam po najeździe na Villacorvo. Odwiedzimy zatem opata, zawyrokował nasz diuk. 
Na tym w zasadzie narada się skończyła. Na deser niejako odtworzono nagranie, które świeżo przyleciało z B2. Wreszcie się oficjalnie dowiedzieliśmy, co Aleksius z Nataszą planowali ogłosić – i ogłosili – w rocznicę koronacji. Tudzież gdzie przez ostatnie lata przebywał i za co dostał rangę kontradmirała Fiodor Tołstoj. Nazwisko, widzę, wam brzęczy, więc wiecie – odkrycie i zawiązanie sojuszu z Republiką Koła. Tudzież zaręczyny Nataszy z tamtejszym Księciem… a co z owych zaręczyn wynikło – oj, podziało się podziało – o tym innym razem. 
Transmisja cesarskiego orędzia właśnie się skończyła, gdy zadzwonił mój komunikator. 
Przeprosiłem, wstałem, poszedłem do łącznościowej skąd dzwoniono. Popatrzyłem na marsowe miny szyfrantów, przejrzałem wiadomość. Cóż, przekazywanie złych wieści stawało się snadź moim przywilejem. Wyciągnąłem diuka z jadalni – tak, by wiedział że sprawa jest poważna…

- Książę, panie… 

… i przekazałem wiadomość, mówiącą o śmierci Ulissesa Corrinho Dulcinea na Rawennie, przed dwoma tygodniami.  

Pamiętacie, tuszę, jak odzyskaliśmy Carmelitę za cenę poświęcenia JosMarii… jak potem się okazało, że był to jeden z wielu klonów – w chwili, gdy dawno już skoczyła na Rawennę. Jak potem słaliśmy wiadomości, żeby łapsy Alejandriny nie mieszkając wsadziły ja do lochu – tylko że owe najwyraźniej nigdy nie dotarły. Dość, że 5 kwietnia znalazła się za sterami skoczka, wiozącego obu bratanków dona Alejandro – a skoczek ów się rozbił. We wraku znaleziono ciała Carmelity i Ulissesa oraz ciężko rannego Hectora… w każdym razie w momencie wysyłania wiadomości życie tego ostatniego wisiało na włosku, a do obecnej chwili – cóż, mogło się wydarzyć wszystko.
Co wyrzekł komendant, pytasz? Pamiętam, a jakże… 
- Miał tylko czternaście lat…
Bolał nad stratą bratanka, ale w tych słowach nie żałował jego młodego wieku… wiecie, nieprzyjaciele nasi byli niby klonami, nie szlachtą, ale jednak z Hazatów stworzonymi. A prawo zabraniające zabijać młodzież przed osiągnięciem wieku męskiego – lat piętnastu - było wprawdzie niepisane, ale starożytne i święte. Tym mordem dowiedli, że nie zasługują na żadną łaskę. Nigdy.

Komendant kazał mi znaleźć Hieronima i przygotować mszę żałobną na wieczór. Sam zasię z kamienną twarzą wrócił do jadalni, by dodać ów nowy ponury fragment do układanki. 

Na tym zakończyło się spotkanie. Aleksy powrócił do siebie na orbitę, reszta zaś poleciała skoczkiem do klasztoru Eskatoników. Opat przyjął ich wcale uprzejmie, po czym miał z komendantem długa rozmowę w cztery oczy. Co na niej padło – przyznam bez bicia, nie wiem, diuk w żałobie będąc nie był skory do zwierzeń, jam sam nie pytał – ale nie bójcie się, co nastąpiło na Pentateuch pamiętam doskonale, gdy przyjdzie czas – opowiem. Ot, wskoczył na miejsce kolejny kawałeczek układanki… Wróciliśmy do Canizar.  

Ledwie słońce skryło się za rudymi wzgórzami Keth, pożegnaliśmy Ulissesa Corrinho. Pożegnaliśmy go krótko, jedną mszą. Dlaczego tylko w ten sposób, zapytujesz? Pożegnaliśmy go jak dziecko, nie jak męża, którym nie było mu dane się stać. Nie na tej ziemi płonął jego stos. A gdy Hieronim pięknie i z pasją wygłaszał swe kazanie, dusza młodego Corrinho już dawno zespoliła się z Płomieniem.
Don Alejandro zaś, który był mu stryjem, a od niemal roku zastępował ojca, po mszy pozostał w kaplicy – i medytował a modlił się niemal do rana.

Komendant nie zapomniał jednak o obietnicy danej ukarce; raz, że nie wypadało się wycofać, dwa, że dla zagryzienia żalu czasem nie ma jak komuś przyłożyć… zwłaszcza jeżeli ów ktoś również przyłożyć potrafi. Przed siódmą rano tedy na trawniku przed pałacykiem zebrała się spora, ustawiona w koło gromadka. Przyszła nawet, wstawszy godzinę wcześniej niż zwykle, Czarna Ines. Teraz stała, sącząc niespiesznie poranną kawusię i przykuwając póki co (jak zwykle) połowę spojrzeń. 
Pośrodku owego koła, szerokiego na metrów może dwadzieścia, stały dwie postacie – bosy, odziany jeno w spódniczkę don Alejandro oraz nieco obficiej (na szczęście) odziana Shakra. Oczywiście, żadne z dzieci Kordeth nie skalałoby się rapierem, komendant zasię nie był wybredny, potrafił robić krzywdę wszystkim co się w rękę nawinęło, tedy każde z nich trzymało w rękach dwa kraxi.
Napięcie powoli wzrastało, chociaż nikt nie dał znaku, przeciwnicy nagle się sprężyli, mięśnie zagrały, z nosa komendanta spłynęła smużka krwi, wszyscy wychylili łby, wstrzymali oddech i zmrużyli oczy wiedząc, że cokolwiek nastąpi, będzie bardzo szybkie… po czym nagle każde z adwersarzy popatrzyło na swe ręce z pewną dezaprobatą, handżary obniżyły się, skrzyżowały się porozumiewawcze spojrzenia, przez plac padły słowa „spróbujmy jeszcze raz…”.
Widownia odetchnęła nieco, Ineza łyknęła kawki, znowu rozległy się ściszone komentarze… i właśnie wtedy ruszyli. Jam mógł ich ruchy uchwycić z ledwością, wielu zapewne nie miało tyle szczęścia, niemniej tupot bosych stóp i szczęk zderzających się ostrzy był wyraźny… nieco ciszej brzmiał ów nieopisany odgłos, jaki wydaje stal wcinająca się w ciało.
Coś tak oczy wywalił, synku? Ostry sparring, powiedziałem wszak! Noże mieli ostre jak brzytwy, walczyli z całych sił, całych swych umiejętności, z tą jedynie różnicą by oponenta nie zabić – jeno naznaczyć. Zadać ranę nie głęboką, taką, która uśmierci - lecz po prostu zadać.
Pierwsza krew należała do ukarki. Jeden nóż don Alejandro zbił, drugi prawie, nie zdążył odskoczyć, wycisnęła na jego lewym bicepsie krwawy pocałunek. Słyszałem, jak o krok ode mnie Ineza fuknęła z dezaprobatą… a potem wytężyłem wzrok bardziej. Nie kazał jednak adwersarce długo czekać, dwukrotnie ją naznaczył, potem zasię na trawę spadł czubek jego warkocza.
Nie powiem, widowisko było zacne. I bardzo wyrównane. To nie to, co walka z Sylasem, gdzie w ciągu ćwierć minuty poszło pół setki ciosów i się skończyło. Tutaj, owszem, wymieniali razy bardzo szybko, ale dało się to uchwycić. I docenić, zwłaszcza że były to ostrza, nie kije…
Po może dwóch minutach Shakra zwolniła. Wyraźnie dało się zauważyć, że wyprowadzała ciosy wolniej. Zupełnie, jakby skupiała się na czymś jeszcze… a potem wyszło, że tak co drugiego ciosu komendanta nawet nie próbuje parować – a te i tak odbijają się od niewidzialnej bariery. 
Dwa chlaśnięcia później nasz diuk połapał się również – i przyspieszył. Tudzież, jakby przeczuwając, niektóre ciosy wyprowadzał na chama, a inne – z uwagą. I te drugie z czasem jęły przebijać się przez zasłonę…
Teraz opowiadam to wam spokojnie, dziatki, ale wtedy… stałem nieledwie z wywieszonym językiem, oczy wytrzeszczone, by nie uronić ani jednego ruchu. I dojrzałem, jak oblicze ukarki coraz bardziej się wykrzywia… i kolejne ciosy, znaczące krwawe szramy na jej ciele (chociaż sama nie pozostawała dłużna), coraz bardziej ją rozwścieczają.  
Po kolejnej wymianie razów odskoczyła nagle, poza zasięg ostrzy, oczy nabiegły jej krwią, wyciągnęła rękę… don Alejandro nagle zakaszlał, plunął krwią, ale ustał. Zmierzył wzrokiem Shakrę, która stała ze spojrzeniem niemal ślepym z wściekłości. Zmusił się od uśmiechu, wyszczerzył zakrwawione zęby…

- To jak, dalej sparring czy jednak próbujemy się pozabijać?

Budząc tygrysa, korzystaj z długiego kija (Li-halańskie)
Po pierwsze, nie wkurwiaj Cieni. Po drugie… też nie wkurwiaj Cieni… (ukarskie)

Tego, co wydobyło się z jej gardła, nie sposób opisać. Chociaż, może znaczyło to „pozabijać” w lokalnym ukarskim dialekcie. A potem ruszyła. 

- Pamiętaj… o co byś nie walczyła – walcz tak, jakby chodziło o Twoje życie.

Tak, dziatki, teraz nie dało się zauważyć nic, poza rozmazanymi smugami w miejscu gdzie powinny być sylwetki walczących, szczęk broni zasię zlewał się w jedno. A potem w sekundzie zapadła śmiertelna cisza… przerwały ją dopiero dwa odgłosy. Drugim z nich był brzęk rozbitej filiżanki, która wypadła z rak Czarnej Ines. Pierwszym zasię – łoskot ciała… diuka Corrinho, który padł na wznak z kraxi wbitym po rękojeść pod żebra. Od lewej, przez żołądek – do serca…

Nie wiem, co go uratowało… Czy wierzyć Hieronimowi, który twierdził że ostrze weszło zbyt płasko, by sięgnąć serca… czy wrodzonej odporności komendanta, który nie raz się z takich ran wylizywał… może przeznaczeniu, które nie tu i nie teraz śmierć mu pisało… a może po prostu faktowi, że ukarka ochłonęła nieco i nie zechciała poprawić.
Mówią, że kto pada na wznak, umrze. Tylko, dziatki, gdyby upadł na twarz, wbiłby sobie ów handżar głębiej…
Ma się rozumieć, rwetes wszczął się niesłychany. Dydona podbiegła pierwsza, rzuciła ukarce tylko jedno acz istotne pytanie – czy ostrze było zatrute… czyste… Ktoś przytomny podtrzymał Inezę i odprowadził na pokoje, sześciu pochwyciło komendanta i, ze mną torującym drogę, poniosło do medlabu… gdzie Hieronim powitał nas znudzonym „znowu?”, przejął rannego i bez ceregieli wyrzucił wszystkich zainteresowanych. Następnie, nucąc gromko a fałszywie psalmy, zabrał się do operacji.

Ojczulek sprawił się chwacko, jak zwykle, wszak nie pierwszy raz dona Alejandro łatał. Wyszedł po trzech godzinach, niosąc jakowyś strzęp krwawy w słoju z okowitą zanurzony i oświadczył, że tyle jeno z komendanta zostało…

Staruszek przerwał, ignorując błyszczące ciekawością spojrzenia nalał sobie wina z karafki i pociągnął niespieszny łyk.

…wycięte. Zabronił nam jednak do niego iść, wpuścił jedynie Czarną Ines. Jej tylko, powiada, ufa że nie przemyci cygar ni wina diukowi. Volens nolens, uspokojeni nieco, wróciliśmy do obowiązków, wiedząc że padre tak do wieczora nas nie puści. Tak też się stało, wieczorem dopiero Hieronim pozwolił nam do medlabu. 
Cóż ukarka? Gdyby komendant wyzionął ducha – cóż, zgodnie z obyczajem złamałaby nad grobem kraxi, którym życie odebrała. Że jednak przeżył – o czym było rozmawiać? A my? Mniejsza z tym, że była zdolna każdego chyba z naszych porąbać na dzwonka - don Alejandro nigdy nie mścił się na tych, którzy go pokonali w uczciwym pojedynku.

A przez kolejne trzy dni, dziatki, nie wydarzyło się absolutnie nic. Zupełnie jakby los postanowił pooszczędzać komendanta, aż ten na nogi stanie. Dzień pojedynku i następną noc spędził tedy na wyrku w medlabie, na kolejne dwa dni Hieronim przykuł go do wózka i dla pewności sparaliżował niektóre mięśnie, żeby się szybciej pozrastały. Na trzeci dzień diuk nasz wprawdzie opuścił treningi, ale chodził już na własnych nogach. 
Wobec tego czwartego dnia musiały przyjść wiadomości.
Pierwsza pochodziła z samej Keth. Otóż, w czasie zwyczajnego lotu treningowego nasi dwaj Kajdaniarze, Kazansky i Mitchell, wypatrzyli w jednej z setek wymarłych wiosek plamę zieleni. Dowódca dywizjony, ledwie ich Alcaudony ostygły, kazał podwiesić zasobniki z kamerami i wysłał ich jeszcze raz w to samo miejsce. A na zdjęciach…
Wioska typu chałup dwadzieścia na krzyż, z czego dziewiętnaście trochę już niszczejących… nie przesadzajmy, w cztery miesiące dom sam się nie rozpadnie… dwudziesta zasię – zadbana, obejście zamiecione, trawnik równy, bratki w doniczkach pod oknami…
Dokładnie tak, dziatki. Na Keth-Kordeth, gdzie żeby wyhodować krzaczek trzeba było wprzódy zryć ziemię buldożerem na metr-dwa…
Niewiele zatem czasu minęło od powrotu owych orłów i analizy zdjęć, a niedaleko wioski skoczek wysadził drużynę komandosów. Ci dyskretnie obejrzeli okolicę tudzież samą wioskę i potwierdzili obecność jednej osoby. Znalazły się jej papiery – wolna, lat pięćdziesięciu z małym ogonkiem, imieniem Valea. Jedna z pierwszych osadników, jeszcze z Aragonii.
Na tym etapie wiadomość dotarła do komendanta. Czemu się trudno dziwić, zapaliła mu się we łbie lampka – a nuż jest to okazja do zwalczenia plagi? Póki co, kazał podejść do sprawy uprzejmie a delikatnie. Wytłumaczyć onej niewieście, że (kto wie) dla dobra całej planety dobrze by było, by dała się przebadać… a jak nie zechce, rzucił komendant pod koniec odprawy, niech wymieni cenę…
I wymieniła. Chciała się zobaczyć z donem Alejandro osobiście. Ten nawet ramionami nie wzruszył, kazał rychtować skoczek. Polecę z tobą, rzecze Ineza, która z nim akurat śniadała, jeno nos przypudruję. Skoczek za dwadzieścia minut, rzucił rozkaz diuk. Polecieli.

Tu was, dziatki, rozczaruję. Nie, nie okazało się to cudownym remedium na plagę, która trapiła Keth od stycznia, a z którą najtęższe umysły sobie nie radziły. Niewiasta owa bowiem nie wyhodowała przydomowego ogródka po ataku. On po prostu pozostał. Obroniła go. Żeby się nie rozwodzić, Gjarti.
Owszem, zapytał ją. Nie mogła pomóc nic. Dlaczego zatem chciała go widzieć? I tu się zdziwił –gdy wszedł, powitała go słowy dość niespodziewanymi. Przyjrzawszy się długo, stwierdziła:

- To naprawdę ty, paniczu.

A któżby miał się zjawić, spytacie? A, na ten przykład jeden z klonów. O których, dziatki, wiedziała. Tak samo wiedziała – i powiedziała – że twórca owych klonów ma rankor z Corrinho od stuleci. O ile nie tysiącleci, dziatki, był on bowiem uczniem Doramosa. Tak, tego samego, któren tchnął życie w Pentateuch… który był największym terraformerem w historii.
Ale, dodała, owe klony nie należą do sieci życia. Kalają ją. A ów twórca – wciąż jest człowiekiem. Jest śmiertelny.
Tyle – aż tyle – dowiedzieli się Ines z komendantem. A nawet coś więcej. Podpowiedziała mu bowiem, by w sprawie odbudowy Keth zwrócił się do Leśnych Ludzi na Gwynneth. Tak też, uprzedzając fakty, uczynił, posłał tam ekipę. A co z tego wynikło? Kiedyś opowiem… Na razie pożegnał się…

- Czy czegoś ci potrzeba?
- Mam tu wszystko, paniczu.
- Szczęśliwaś…


Wróciwszy do pałacu, zajęli się przygotowaniami do odlotu. Toboły spakowane, oznaczyć kurs na Leminkainen – B2 – Pentateuch… z małą przerwą na bankiet na Pasie Nataszy, na który zaprosił nas Aleksy Iwanowicz. A wtedy zadzwonił mój komunikator. Poszedłem do pokoju szyfrantów… czułem że mają bombonierkę dla komendanta, która ja mam przekazać. Jak zwykle… I przekazałem…

- Komendancie… wiadomość od znajomych z floty cesarskiej… wyobraź sobie, pięć dni temu diuk Alejandro Corrinho wrócił z wyprawy zza Znanych Światów, przywożąc króla pewnego systemu… i aktualnie przechodzi kwarantannę na B2. Twoi przyjaciele pytają, czy zechcesz się z nim spotkać…  




Komentuj (0)


Link :: 08.03.2009 :: 22:22
22 III 5004

Konkwista goliacka cz. 29-30 (35) i ostatnia
Bitwa o Wrota Graala

Druzyna Drejkowa

By MANUEL


A więc stało się. Flota cesarsko-trinidadzka, wsparta posiłkami z Limbo, Kalifatu 
i Krasnojarska czeka u Wrót Rimpoche. Stoję na mostku flagowym pancernika „Gunnar”, jako cesarski oficer komunikacyjny i dowódca eskadry pancernej. Dowodzi komodor Heidrich Andermann Hawkwood. Jessica objęła Nefrytową Armadę. Za chwilę poślemy brandery i sondy, które osłabią pole minowe i zdezorientują przeciwnika. 
Prawie się nie denerwuję.

Hello darkness, my old friend,
I`ve come to talk with you again,
Because a vision softly creeping,
Left its seeds while I was sleeping,
And the vision that was planted in my brain
Still remains


Skok. Nerwowe 15 sekund i… tośmy wdepnęli w gówno, Manuelu. Flota broniąca Wrót Graala składa się z 4 liniowców, 4 ciężkich i 8 lekkich krążowników. Drobnicy nie liczę, chociaż wiszący tu niszczyciel klasy Szczuka każe się domyślać że nie tylko z bykobijami będzie sprawa. Z tyłu czai się jakieś bydlę, proszę – lotniskowiec. Słowem, po almalicku patrząc, za chwilę zetrze się tu ze sobą jakieś 60 milionów feniksów. 
A mogłem wracać z Alexiejem…

In restless dreams I walked alone
Narrow streets of cobblestone,
neath the halo of a street lamp,
I turned my collar to the cold and damp
When my eyes were stabbed by the flash of
A neon light
That split the night


Starzy oficerowie mają w zwyczaju opowiadać godzinami o krwawych bitwach, błyskotliwych manewrach i długotrwałych ostrzałach.
Kłamstwo, albo jędza skleroza do cna wyżarła im pamięć.
Każdy, kto był na bitwie wie, że wszystko dzieje się szybko, od razu… nie ma czasu na dyskusje, zastanawiania się, przemyślenia… działasz albo wyparowujesz. O, tak jak pancernik „Temmon”, na który miałem się zaokrętować, ale w ostatniej chwili zmieniłem decyzję. 
Przypadek?

And in the naked light I saw
Ten thousand people, maybe more.
People talking without speaking,
People hearing without listening,
People writing songs that voices never share
And no one deared


Głośniki beznamiętnymi piknięciami informują mnie o znikaniu kolejnych jednostek. *pik* straciliśmy pancernik *pik* wyparowała Vizcaya *pik* „Graf Anders” rozstrzelany *pik* nie mamy… CO? “Anders” był flagowcem… Heidrich Anderman nie żyje, a to oznacza że dowodzenie przechodzi na jego kuzyna Hermana, a flagowcem zostaje “Unbroken”. Sprawdzam połączenie z nowym dowódcą i walczymy dalej…

Fools said I ,you do not know
Silence like a cancer grows.
Hear my words that I might teach you,
Take my arms that I might reach you.
But my words like silent raindrops fell,
And echoed


„Unbroken” nie istnieje.
Zgodnie z rozkazami dowodzenie przejmuje Manuel Trinidad, cesarski komandor. 
I pierwsze co robi cesarski komandor, to przestawia wszystkie myśliwce na tryb szturmowy. Tak, wiem, wiem, brak interceptorów, przeciwnik zniszczy moje myśliwce a ja nie rozwalę jego.
Nie z myśliwcami tu jednak jest sprawa, moi państwo.
Solidna salwa czyni prawdziwe spustoszenie we flocie przeciwnika (jak donosi komunikacyjny – mamy tu i Hazatów, i Decadosów, a nawet – wsparcie avestiańskie!). Okupione jest to jednak straszliwą masakrą myśliwców. Ale wyrównałem siły. Wyrównałem! 
Ale moja flota jest w opłakanym stanie.
Wzywam przeciwnika do poddania się.

Turn around
And look at what you see
In her face 
The mirror of your dreams


- Komodor Iwan Kiryłowicz Decados, flota Kadyksu
- Komandor Manuel Trinidad, flota Imperium Feniksa
- Słucham pana, komandorze.
- Poddajcie się, albo zniszczymy was do ostatniej korwety!
- Zrozumiałem, proszę o czas do namysłu.
- Przyjąłem.

- Komandorze Trinidad! Odpowiedź brzmi: poddamy się, w zamian za możliwość wysadzenia naszych wraków i opuszczenia systemu!
- Komodorze Kiryłowicz, zrozumiałem, proszę o czas do namysłu!
- Przyjąłem!


Show no fear
For she may fade away...
In your hand
The birth of a new day...


Jeśli ich wypuszczę, może zdążę ściągnąć wsparcie z Rimpoche i zaminować Wrota.
Jeśli będę kontynuować walkę, wykrwawimy się do zera, a kto zaręczy że przeżyjemy?
Anderman gra na zdobycie Wrót.
Zdobycie Wrót zaliczyć można wtedy gdy można czymkolwiek ich bronić.
Ale z drugiej strony jest szansa wyłożenia pola minowego. To tylko kilka godzin.
Wszechstwórco, wspomóż…

- Komandorze Trinidad, czy namyślił się pan?
- Tak jest, komodorze Kiryłowicz!
- Jaka jest więc wasza odpowiedź?
- OGNIA!


Rhymes that keep their secrets
Will unfold behind the clouds
There upon the rainbow
Is the answer…


Rzeź.
Do, ut des.
Inaczej nie da się tego opisać.
To najgłupszy, najgorszy, najmniej efektywny i najbardziej kosztowny sposób prowadzenia walki jaki widziałem. Za te pieniądze można by uczynić z planety niezdobytą fortecę, wystawić kilkadziesiąt legionów uzbrojonych po zęby wojowników… taaa, ale po co nam wojownicy których nie możemy przetransportować, co? A transport winien mieć eskortę… 
a może lepiej prewencyjnie uderzyć na wroga?
No, to uderzajmy.

Reach the stars
Fly a fantasy
Dream a dream
And what you see will be


Zwyciężyliśmy.
Nawet nie mam siły się uśmiechnąć.
O ile się orientuję, jest to największa wygrana przez Cesarstwo bitwa tej wojny.
Choć głęboko wierzę że Askar, gdzieś tam daleko, robi podobną rozpierduchę.
Zwyciężyliśmy. Zwyciężyłem. Varia, teraz mogę śmiało odpowiedzieć, a może nawet wykrzyczeć – tak, to moja wojna. Czy potrzeba więcej dowodów?  
Wzywamy do poddania drobnicę. Nie bez problemów ale w końcu się poddają. Niszczyciel który wysłałem pod koniec bitwy wraca z cięższym wsparciem. Nie daj Wszechstwórco żeby Stos zainteresował się sytuacją na Graalu…
Przenoszę się na Masakatsu. Jessica, biała jak upiór, sadza mnie przy monitorach i bez słowa odpala szczegółowy raport ze stanu Nefrytowej Armady.
Nawet nie mam siły szlochać.

How many times must a man look up
Before he can see the sky?
Yes, 'n' how many ears must one man have
Before he can hear people cry?
Yes, 'n' how many deaths will it take till he knows
That too many people have died?


Bloom, babrzący się całymi dniami w bebechach okrętu… Komandor Soledad – polowałem z nią kilkanaście lat temu… Daichi, maniak myśliwców, szykowany na przyszłego chutaicho… Ronald Cadbury, promowany mocno przez Jessicę, już nigdy nie zagra na saksofonie… Makihiko, dowódca moich myśliwców i jej kochanek Wataru - spłonęli żywcem gdy wybuchł reaktor… Gaston, dzieciak, zdolny chirurg, ciągle z tym ponurym spojrzeniem… Kapitan Kwang, chodzący kodeks honorowy… i wielu, wielu innych. Zbyt wielu…

Chwała poległym, żyjącym przestroga…

 A to dopiero początek…


***

- Ja, oficer Nefrytowej Floty…
- JA, OFICER NEFRYTOWEJ FLOTY!
- Przysięgam…
- PRZYSIĘGAM!
- Służyć wiernie swemu daimyo…
- SŁUŻYĆ WIERNIE SWEMU DAIMYO!
- Bronić jego osoby i czci…
- BRONIĆ JEGO OSOBY I CZCI!
- Stać na straży jego ziem!
- STAC NA STRAŻY JEGO ZIEM!
- Strzec honoru lihalańskiego oficera…
- STRZEC HONORU LIHALAŃSKIEGO OFICERA!
- Dbać o dobre imię mego okrętu…
- DBAĆ O DOBRE IMIĘ MEGO OKRĘTU!
- Za sprawę mego pana…
- ZA SPRAWĘ MEGO PANA!
- Krwi własnej, ni życia w potrzebie nie szczędzić…
- KRWI WŁASNEJ NI ŻYCIA W POTRZEBIE NIE SZCZĘDZIĆ!
- Tak mi Wszechstwórco dopomóż…
- TAK MI WSZECHSTWÓRCO DOPOMÓŻ!



Komentuj (0)


Link :: 07.03.2009 :: 21:02
20 IV 5004

Humiliatur et altera pars

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jakom ostatnio rzekł, przed skoczkiem stał Kazansky, oglądał prospekt i drapał się w zakłopotaniu po głowie. Dręczyły go bowiem dwa pytania natury metafizycznej. Po pierwsze, jakim cudem zdołał tu wylądować, nie rozpieprzając wszystkiego wokół? Po drugie, jak zdoła wystartować, również nie rozpieprzając wszystkiego wokół?
Przypominam, skoczek stał w błocku wąskiej uliczki, wciśnięty między skład a kamienicę jak nie powiem co, mając po dwie stopy luzu z każdej strony. Rozmyślania naszego Kajdaniarza przerwał jednak nadbiegający don Alejandro… 

Otrzymawszy klepnięcie w ramie i krótki acz stanowczy rozkaz, pilot splunął siarczyście w rynsztok, nacisnął pilotkę na uszy i wdrapał się do kokpitu. Przypomniawszy sobie wyraz twarzy pryncypała, zaklął krótko a brzydko pod nosem, uruchomił silniki i wystartował. Skoczek wzbił się w powietrze, tym razem zabierając ze sobą trzy okoliczne dachy… 

Cóż wywołało taki pośpiech u naszego diuka? Rzecz jasna – wiadomość, którą odebrał. A dzwonił nikt inny, jak hrabia Aleksiej Iwanowicz. Z informacją, że Czarna Ines, cała i zdrowa, znajduje się na pokładzie jego krążownika. Tudzież z wyjaśnieniem, iż bynajmniej to nie on ją porwał. Czy komendant w zapewnienie uwierzył? Cóż, póki co musiał. Poprosił więc uprzejmie o możliwość skontaktowania się z markizą, po czym kazał pilotowi lecieć na orbitę.

Ineza, jak się później dowiedziałem, obudziła się w pokładowym medlabie. Zdrętwiała, skostniała, jak to po rozmrożeniu bywa, ale cała. Gospodarz zjawił się by osobiście ją powitać, niemniej póki co nie był skłonny zdradzić okoliczności jej znalezienia się na pokładzie. Owszem, zgodził się powiadomić diuka Corrinho o jej obecności. Obiecawszy, podreptał bez pośpiechu na mostek, z którego wykonał owe połączenie o którym już wspominałem. Następnie, równie niespiesznie, powrócił do medlabu. W tym czasie (a nie spieszyło mu się ani trochę, pół godziny z hakiem zeszło) pielęgniarki doprowadziły już markizę do lepszego stanu, tudzież przebrały ją ze szpitalnej rozpierdawki w coś bardziej wyjściowego – jeno po decadosku, znaczy wdzianko rozcięte równie głęboko, tylko z przodu a nie z tyłu…
Tymczasem wrócił gościnny gospodarz; piękna Ineza, między podziękowaniami za opiekę i gościnę, dwornie dała do zrozumienia że rada by ową gościnę zakończyć. Czy tedy pan hrabia, powiada, zechciałby umożliwić jej bezpośrednią rozmowę z diukiem Corrinho? Bezzwłocznie, rzecze Aleksiej, oto komunikator. Zresztą, proszę go zatrzymać, to i tak szajs, raptem półtora feniksa za niego dałem, dodał uprzejmie i zostawił Ines samą. 
Wykonała połączenie i tu dwie miłe niespodzianki – raz, że komunikator jednak działał, dwa, że don Alejandro był już w drodze. Poprosiła tedy gospodarza, by ów odprowadził ją do śluzy.

Rzeczywiście, dziesięć może minut później skoczek zadokował już przy krążowniku. W sam czas, by Iwanowicz zdążył już odprowadzić Czarną Ines do śluzy, w eskorcie czterech Voroksów. Otwarto śluzę, wszedł komendant, sam, bo bez obstawy się wybrał, w stroju podróżnym… cóż, jak wiecie, przyleciał tak jak wybył z Canizar kilka godzin wcześniej.
Nie, nie padli sobie w ramiona… czekała ich jeszcze chwila prawdy, ale nie tutaj, nie na decadoskiej łajbie. Don Alejandro przywitał się tedy z gospodarzem, za ratunek a gościnę podziękował, już mieli na skoczek przejść a tu jak nie huknie… 
Jak przestało dzwonić w uszach, okazało się że, po pierwsze, cała trójka przeżyła. Czy cali, nie wiadomo, gdyż od stóp do głów ubabrani byli futrem i juchą owych czterech voroksów, które Aleksiej przyprowadził jako obstawę… Co to było, spytacie? Ano, mina kierunkowa. Ktoś pod nosem całej bezpieki i speców Iwanowicza podłożył ją w śluzie, wybuchła dokładnie w chwili gdy znalazł się w niej Aleksy… a może Alejandro? Na szczęście ta zabawka daje wprawdzie furę odłamków, ale niewielki podmuch – inaczej mimo żywych tarcz, jakimi niechcący stały się voroksy, i tak z wszystkich w śluzie zostałaby marmolada… 
Dwie minuty może i pojawili się technicy z ochroną. Wycieli zamek (drzwi oczywiście zablokowane), wyciągnęli cała trójkę. Iwanowicz, wstrząśnięty raczej na honorze niż na ciele (acz poznać po sobie nie dał), zaprosił Ines i komendanta do kajut gościnnych, by mogli zmyć z siebie juchę i przebrać się w czyste odzienie, sam zasię pognał na mostek gdzie czekali już nań jego spece z wstępnymi wynikami.
Don Alejandro, przyzwyczajony do takich sytuacji (zmywania krwi, nie zamachów), ochędożył się szybko, Ines zajęło to nieco dłużej. Dość, że po może półgodzinie czekali już oboje na matrosa, który by ich zaprowadził na mostek. Zamiast tego zjawiło się jednak trzech marines plus sierżant, z poleceniem, uwaga, aresztowania diuka Corrinho za – nie uwierzycie – zamach na hrabiego Iwanowicza. Tak, ten niedawny, w którym sam życia nie postradał.
Markiza z komendantem wymienili spojrzenia, na razie głośno nie pytając, czy gospodarz się może z własnym przyrodzeniem na łby pomieniał. Sierżant dostał jednak rozkaz odprowadzenia ich na mostek, gdzie i tak się wybierali, tedy wzruszyli ramionami i poszli.
Nie uszli nawet połowy, gdy sierżant ów otrzymał kolejny rozkaz. Zadzwonił komunikator i glos Aleksieja Iwanowicza, wymieniwszy wprzódy hasła kodowe, rozkazał by oboje więźniów, tak jak stoją, rozstrzelać…
Matrosi popatrzyli na sierżanta, sierżant na matrosów, don Alejandro przesunął Ineze za swoje plecy, sprawdził czy żelazo ma w zasięgu ręki… i też popatrzył na sierżanta. Ich było wprawdzie czterech, pod bronią, z drugiej strony miał ich na wyciągnięcie ostrza, a w korytarzu było ciasno. Patrzył tedy na onego sierżanta, jaki zamiar na jego obliczu dostrzeże… a ów ponownie połączył się z Aleksiejem i poprosił o potwierdzenie rozkazu egzekucji. Odpowiedź z drugiej strony była tak spokojna i stonowana, że biedakowi mało hełmu z głowy nie zerwało. W telegraficznym skrócie – tak, przyprowadzić, wróć, poprosić na mostek. I nie, nie rozwalać po drodze.  
Tak też się stało, sierżant już znacznie uprzejmiej zaprosił na mostek. Wchodząc tam, usłyszeli jedno dość istotne zdanie z ust gospodarza, rzucone w komunikator – „znajdźcie tego cholernego klona”.

Panie hrabio, rzecze Czarna Ines fukając gniewnie, jeśli była to krotochwila… to wyjątkowo niestosowna, dokończył komendant. Iwanowicz zmitygował się, uznał że wstyd wstydem, ale rzecz wartałoby wyjaśnić. Za zamach tudzież ów niefortunny rozkaz egzekucji, powiada, odpowiedzialny jest snadź jego sobowtór, najwyraźniej ukryty na pokładzie. Ledwie to wypowiedział, nadszedł meldunek kolejny. Komunikator, z którego nadaje ów sobowtór, cóż, nie istnieje… rozkazy idą, jakby to rzec, z centralnego komputera okrętu.
Tu trzeba wam wiedzieć, ze jeśli ów ciężki krążownik był oczkiem w głowie floty hrabiego, to źrenicą owego oczka był jego komputer centralny, hołubiący w swym wnętrzu SI. A tu nagle owa źrenica zaczęła bruździć…
Hrabia Aleksiej wysłał duchem ekipę techników, by dostali się do przedziału komputera i naprawili usterkę, a w najgorszym razie wyciągnęli wtyczkę. Łatwiej jednak powiedzieć, niźli zrobić, dziatki… jeśli ktoś się nie zna, wyjaśniam, że na każdym szanującym się okręcie wojennym są trzy najlepiej opancerzone i najtrudniej dostępne miejsca – Zwierciadło, pomost bojowy i właśnie przedział centralnego komputera. No, chyba że mówimy o owej fregacie aylońskiej, która przywiozła Fatimę, gdzie komputer był przytulony do Zwierciadła a wspólny przedział zamknięty na skobel. Ale dość dygresji. Popędzeni słowem pańskim technicy przebyli może połowę drogi, gdy nagle okazało się że grodzie wokół komputera są zatrzaśnięte, a przylegające przedziały zdehermetyzowane. Nie zrażeni tym zgoła, jęli plazma a wiertłem przedzierać się w głąb… gdy nagle przyszły sygnały wzywające ich na mostek, który niespodziewanie okazał się odciętym…

Jak mi później opowiadał komendant, siedli sobie z Ines wygodnie w fotelach (rozstawionych umyślnie pośrodku mostka tak, by prospekt był najlepszy) i, jako goście nie przeszkadzając, obserwowali. Nagle zatrzasnęły się obie grodzie, sądząc z reakcji obecnych, niespodziewanie. Iwanowicz kazał odemknąć ręcznie. Nie da się, panie hrabio, za nowoczesny to korab, odkrzyknięto. Co więcej, wysiadła łączność.
Konsternacja potrwała minut może dziesięć, po czym przez ekrany (te działały) zauważono, że hawkwoodzki „Aboukir”, ciężki krążownik, wraz z dwiema fregatami zmienia orbitę i idzie w ich stronę. Potem, przy akompaniamencie łącznościowców walących w swoje pulpity, wykonał zwrot i ustawił się na trawersie – w sam raz do salwy burtowej. 
Don Alejandro ruszył się z siedziska, zaproponował że jeśli tylko hrabia Aleksiej każe wyłączyć zagłuszanie (jakby się kto pytał, każdy okręt wojenny zagłusza komunikatory obcej sieci), on jest skłonny połączyć się ze swym skoczkiem, wciąż wiszącym na zewnątrz – i użyć owego jako przekaźnika. Decados namyślał się chwilę, popatrzył na rząd wymierzonych w jego okręt dział, na pałające smętną czernią własne pulpity kierowania ogniem – i wydusił prośbę. 
Komendant połączył się, pierwej kazał Kazanskiemu ustawić skoczek w martwym polu dział obu stron, żeby ani zbuntowany komputer nie odstrzelił ani Hawkwoodzi niechcący nie zahaczyli, a potem oddał komunikator Aleksemu. 
Ów wziął, odszedł na stronę, rozmawiał przez pewien czas – snadź wskórał niewiele, „Aboukir” nie zmieniał pozycji, a fregaty ustawiły się po bokach, najwyraźniej do abordażu. Jeśli chcesz, rzecze Alejandro, ja z nimi porozmawiam…
Połączył się z kolei i on, przy okazji dowiedział się, w czym rzecz, jaka jest przyczyna tych wrogich manewrów. Otóż, może pół godziny temu z kapitanem „Aboukira” skontaktował się nikt inny, jak sam hrabia Aleksy Iwanowicz, po czym w sposób mało wyszukany zelżył Nadakirę tak sromotnie i grubo, że ani powtórzyć się nie godzi. Z uwag na sojusz z Ukarami oraz to, iż Nadakira był równoważny rangą księciu, taka zniewaga nie mogła ujść płazem. 
Nawiasem mówiąc, dziatki, jako że wszystkie transmisje szły przez nasz skoczek, nagrania mieliśmy niejako z pierwszej ręki. Z perspektywy czasu - owszem, obelgi były straszne, ale mało wyszukane. Takie, które obraziłyby każdego Ukara.
Alejandro, lubo Iwanowicz kilkakroć mu wcześniej dopiekł, nie uchybił honorowi. Oświadczył i słowem szlacheckim zaręczył, zgodnie z prawdą, że hrabia Iwanowicz od pół godziny nie wykonywał żadnego połączenia z okrętem Hawkwoodów. I ze zarówno on, jak i pani ambasador, nie są więźniami, jeno gośćmi. Co więcej, na ile może się zorientować, winien jest tu komputer okrętu Aleksego. Toteż samo nam powiedział, usłyszał w odpowiedzi nasz diuk, dlatego dajemy mu trzy godziny by zjawił się z wyjaśnieniami, w przeciwnym razie rozpoczniemy akcję zbrojną. W czasie której pan hrabia będzie naturalnie odpowiedzialny za życie i zdrowie gości będących pod jego opieką. Rozumiem też, dodał retorycznie Hawkwood, iż jegomość książę Corrinho zechce zachować w sporze bezstronność, wszak obaj są szlachcicami…
Czyli, między wierszami dodawszy, książę nie będzie przeszkadzał drużynom abordażowym. Tudzież, skoro ujawnił że jest na mostku – krążownik nie zwróci swych baterii w tamtą stronę…

Czas uciekał. Mniej więcej wtedy, przekazana z „Aboukira”, wiadomość o zajściach dotarła na planetę, następnie zaś – przez Rycerzy Poszukujących – do Dydony. Ta, że zdążyła już wtedy powrócić do Canizar, przekazała ją mnie. Książę, powiada, może wymagać pomocy w tej sprawie. Tak… zważywszy jak pani Rolas niedawno, bawiąc się setnie grała rzeczonemu księciu na nerwach, owa troska była co najmniej dziwna. Zmilczałem jednak, darowałem sobie również komentarz że komendant poradzi sobie, a jeśli nie, to i tak nie wskóramy więcej niż hawkwoodzcy marines. Kazałem rychtować skoczek, polecieliśmy.

Czas uciekał również na pokładzie „Iwana Konstantego”, acz tam zdawał się płynąć o wiele szybciej. Na mostku spokój zachowywały tylko dwie osoby – Ineza i don Alejandro. Pozostałym, cóż, powoli puszczały nerwy. Nawet Aleksiejowi, który z wolna przestawał to ukrywać. W miarę jak uciekały minuty a technicy coraz bardziej grzęźli w zablokowanych grodziach ( i to z obu stron – ci idący na mostek i ci ryjący do komputera), oblicze jego stawało się coraz bardziej czerwone, humory wzbierały i z wolna jął wapory puszczać… zwłaszcza gdy kolejna detonacja oznajmiła, że ekipa przedzierająca się na mostek już się przedzierać nań nie będzie…
I tu musiał Iwanowicz wydusić po raz wtóry prośbę – czy diuk zechce pożyczyć swego mononoża, bo inaczej się z mostka nie wydostaną. Don Alejandro, jakby dopiero teraz przypomniał sobie że ową broń posiada, użyczył chętnie. W ciągu dziesięciu może minut udało się dotrzeć do rumowiska, gdzie komputer załatwił ekipę techników. I – tyle… Dalej były rozhermetyzowane przedziały, ręczne sterowanie odcięte, przedział ze skafandrami również… trzeba było wracać do punktu wyjścia, czyli na mostek.
Aleksy miał już jednak techników do dyspozycji. Nie kijem to pałą, orzekł i kazał owym dokładnie wytłumaczyć sobie, jak zamierzali wyłączyć komputer. Patrzył, słuchał z mądra miną, notował… zanim orzekł, że pamięta, do terminu ultimatum została mu godzina (tu komendant ruszył się z fotela i wziął zestawy ratunkowe dla siebie i Inezy). Następnie zażądał by mu nie przeszkadzano, usiadł w wolnym fotelu i odpłynął. Jakby się kto pytał, dziatki, czego nie mogli zrobić technicy ręcznie postanowił dokonać siłami umysłu. Czyli – wyłaczyć, a potem restartować komputer centralny. 
Jak mi mówił komendant, cała obsada mostka siedziała cicho jak trusie, żaden ani pisnął, i wpatrywali się w pryncypała. Po nim samym zrazu nic nie było widać, jeno zmarszczone czoło i pot kroplisty na nim zdradzały wysiłek. Po minutach dwudziestu obudził się na chwilę, spojrzał na zegar, zaklął, odpłynął znowu (tu komendant wstał znowu, dobył z szafki kamizelki przeciwodłamkowe i wraz z markizą jęli się w nie odziewać). Twarz Aleksieja jakby wychudziła się, ściągnęła, zaczął czerpać z siebie więcej niż to było rozsądne… i bezpieczne. Niemal dało się słyszeć – zdechnę, a Hawkwoodzi nie wejdą. Kolejne dwadzieścia minut, znowu bezowocnych, wybudził się znowu, słabym głosem kazał przygotować się do odparcia abordażu – i dawaj w trans. Tu reszta obsady mostka podchwyciła pomysł z kamizelkami, diuk nas zasię zdjął swój pas z tarczą i zapiął go Czarnej Ines. 
Zostało jeszcze pięć minut, gdy światła nagle przygasły, zapaliły się awaryjne. Aleksy jednak nie wychodził z transu, wyłączyć komputer wyłączył, teraz należało uruchomić go ponownie. Wtedy jednak Iwanowicz krzyknął wielkim głosem i obwisł na fotelu. A „Aboukir” z pięciuset zaledwie kilometrów odpalił salwę burtową…

…oczywiście nie byli tak głupi, by mierzyć w mostek czy reaktor, raz że szykowali się od abordażu, dwa że na mostku byli don Alejandro i Ines, trzy – że był tam Aleksy, którego chcieli żywcem. Pięćset kilometrów w kosmosie to wyciągnięcie ręki, tedy chirurgicznie odstrzelili pół rufy oraz rezerwowe centrum kierowania ogniem – i czekali, czy „Iwan Konstanty” waży się odpowiedzieć ogniem. Zaraz tez ruszyły fregaty, ostrożnie by przypadkiem nie wejść na linie ognia, w pięć minut przyczepiły się do kadłuba… a kolejne dziesięć zajęło marines dotarcie na mostek, praktycznie bez oporu. Kapitan, ujrzawszy z jednej strony lufy, a z drugiej leżącego bez ducha pryncypała, uczynił rzecz w tej sytuacji najrozsądniejszą – poddał okręt…  
Na tą właśnie scenę nadleciał z hukiem a świstem nasz skoczek, wiozący ekipę ratunkową sztuk pięć… niejako pro forma kazałem łączyć z komendantem, usłyszałem odeń dokładnie to, czego się spodziewałem – oboje są cali i zdrowi, nie musimy ich zabierać, wrócą sami. Wysadziwszy tedy panią paladyn Rolas, zgodnie z jej życzeniem, na pokład „Aboukira”, kazałem wracać.

Iwanowicza poniesiono tedy do medlabu, „Iwana Konstantego” obsadziła załoga pryzowa, don Alejandro zaś ponownie oświadczył Hawkwoodom że gotów jest zaręczyć za hrabiego, po czym wreszcie mogli wsiąść do skoczka i powrócić na planetę. I czułem w tonie jego głosu, gdy nie kazał na siebie czekać, że musi porozmawiać z Czarna Ines. Wytłumaczyć się ze swych działań, a raczej ich braku. Krótko rzekłszy, powiedzieć prawdę. I tak uczynił… 

Alejandro skończył mówić i bezwiednie wstrzymał oddech. Oczy pięknej markizy zwęziły się i wymierzyła mu policzek... 

Lot zajął tedy kapeńkę dłużej niż normalne zejście z orbity, wysiedli zaś oboje z minami tak pokerowymi, że anim pytać śmiał. Inezę zaraz też wziął do medlabu Hieronim, komendant zasię połączył się z orbitą, zapytać o rozwój wydarzeń. Wieczorem też powróciła Dydona, z informacją o zażegnaniu sporu między Nadakirą a Aleksiejem. Odbył się pojedynek, powiada, w którym obaj zostali ranni. Nie róbcie takich oczu, oczywiście że załatwiono rzecz rytualnie… zwłaszcza ze Decados w swym stanie ledwie mógłby nóż do ręki wziąć.

Zważywszy na wydarzenia, poza nami wymierzone również w Aleksieja i Nadakirę, komendant za radą Dydony zaprosił na dzień następny wszystkich zainteresowanych, w tym przedstawiciela Ukarów, na obiad i naradę. Następnie, po owym dniu pełnym wrażeń wychylił ze mną kielich wina i udał się na spoczynek. Nie wiedząc, że Fortuna po uratowaniu Ines nalewa mu już kolejny kielich dziegciu…  





Komentuj (1)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń