Menu :


Link :: 02.01.2008 :: 20:19
9-20 styczeń 5004

Czerwony Pył

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi



Jeszcze nigdy w historii wojen nie zabito tak wielu i nie zniszczono tak wiele, by wkurwić jednego.

Że przesadzam? Prawda, nie sam Corrinho utracił był wszystko. Także i na ziemiach cesarskich, i u hrabiego Azima jeden na stu głowę uniósł. Ale dla nas, Wolnych Hazatów… Wiecie, kto mieszkał na Keth. Ci, co przeżyli Sutek, Hirę. Ci, co ocaleli. A raczej tak im się zdawało…
Prawda, wkurwionych było znacznie więcej.
Ale zacznę od początku. Pierwszego dnia…

Pierwszego dnia, a właściwie poprzedzającej go nocy, przylecieli nieproszeni goście. Pieski łańcuchowe tej arcykur.. khem… grupa uderzeniowa z Sutek. Rozmienili obstawę wrót na drobne, szczęśliwie wydali resztę – jednej fregacie udało się zwiać i wysłać ostrzeżenie. Z tym, co było w pierwszej fali, można było się od biedy zmierzyć - dwa ciężkie i dwa lekkie krążowniki. Pytanie, co przyleci w drugiej.
Pierwszy dzień spędziliśmy na szybkiej mobilizacji. Wyprowadzenie wojsk z baz, przygotowania… zresztą, wiecie dobrze, nie będę mówił ojcu jak się dzieci robi… Drugiego dnia...

Rankiem drugiego dnia nie było już Villacorvo…

Z dwóch szefów kontrwywiadu, jeden miał wypadek. Drugiego komendant dorwał długo później i kazał zdrajcę na pal nawlec. Dość, że na Rawennę polecieli głównie wierni Arcyksięciu ludzie, a na Keth zostali zdrajcy. Nie sami oczywiście, nawet połowy sił na planecie nie stanowili. Pięknie ich zresztą Juana za wierność nagrodziła, hej…
Mówiłem mu. Mówili mu inni. Zbyt ufny był, zbyt nieostrożny. Chociaż, kto wie, co by to pomogło… Nie mogliśmy pozwolić sobie na zamykanie wszystkich niepewnych…
W nocy na Villacorvo uderzyły dwa pułki Trzeciego Planetarnego pod tym skurwysynem Monterą. Nie powiem, nieźle się przygotowali, cóż, mieli też ludzi w środku. Wywalili zbrojownię, obie centrale. No i przede wszystkim było ich dużo…
Czarna Ines, co to u komendanta gościła, zrobiła mądrze biorąc swoje kształtne cztery w troki. Nie powiem, równie szalone co zgrabnie wykonane, przebić się przez pole bitwy i nawiać skoczkiem. Komendant zaś zgarnął ze dwudziestu chłopa i pognał ratować rodzinę, co w lewym skrzydle mieszkała. Zdrajców narżnęli po drodze jak świń…

Ostatni zakręt, ostatnich dwóch przeciwników przeszytych kulami. Cisza. Cisza paskudnie kontrastująca z kanonadą na zewnątrz. Alejandro krzyknął. W języku walki.
- Że co? –odpowiedział zdenerwowany kobiecy głos. Aintzane. Nie znała języka walki.
- To stryj- odparł drugi, bardzo młody.
Wpadli, rozsypali się po pokoju. Głosem bratowej Alejandro mówiła wielka hałda kamizelek kuloodpornych, z której wystawała dymiąca lufa erkaemu. Bliźniacy, osmoleni ale cali, przeładowywali granatniki.


Tak więc, całych i zdrowych odesłał do bunkra. Panienki Carmelity za to nie znalazł już. Kurwi syn, Montera znaczy, uprowadził ją.
Komendant zaś przejął dowodzenie nad obroną. I, nie powiem, prawie sobie te knury nieskrobane zęby połamały. Mając dwa pułki i ciężki sprzęt, powinni nas wdeptać w ziemię. A tak, bladym świtem dopiero zepchnęli naszych do bunkra. I ledwo zdążyli nas stalopianą zalać i zwiać, nie wszyscy zresztą, bo w dwie godziny na miejscu była szpica Pierwszego Legionu i dorwała ich ariergardę. Wyciągnęli nas z bunkra. Z pałacu jedna ściana cała nie została.
To tylko kamień i drzewo, powiedziałeś, Alejandro.
A potem zobaczyłeś Ramireza.

Jorge Armando Maria, baron, ostatni z Ramirezów. Wierny towarzysz i przyjaciel domu Corrinho.
Ktoś, kogo miałeś za drugiego ojca. Który kochał cię jak syna. Twój mistrz miecza.
A nawet jak się postarzał, nie mógł się opędzić od dziewuch…

Ma wielki potencjał, pomyślał Jorge. Będzie z niego doskonały szermierz. Najgorsze, że szczeniak o tym wie. I zaczyna się robić pewny siebie. Zbyt pewny.
Cóż, westchnął ,wyprowadzając i odbijając kolejne ciosy. Czas nakarbować młodego pana Corrinho…
Rapier śmignął jak atakująca kobra. Dwunastolatek odskoczył z sykiem bólu, uniósł lewą dłoń, rozmazał płynąca po policzku krew. W oczach zabłysła furia. A potem nagle zgasła.
Jorge Armando Ramirez kiwnął głową z uznaniem. I zaczął walczyć na poważnie.


Ukrzyżowali go. I odrąbali przedramiona. Takiego go zobaczyłeś.
Widziałem wtedy jego twarz. Ni słowa skargi nie powiedział. Stał i patrzył w oczy Ramireza, gdy go ściągali. Ów żył jeszcze. Ale zdusił wszystko komendant, dowodzenie ponownie objął. Tylko gdy Leguizana, legat Pierwszego, zobaczył pobojowisko, co jeńców wziął, wszystkich potopić kazał. I pierwszy raz widziałem, by komendant nie zabronił.
Z naszych przeżyła jedna trzecia. Koło południa chłopcy z Pierwszego wyciągnęli spod gruzów Hieronima. Twardą skórę nasz padre miał, miesiączek jeszcze dobrze nie wzeszedł a już sam się przy rannych krzątał. Ale Casillas, Dara, Benitez jeden z drugim (a żadna rodzina, jakby się kto pytał), Mendoza i wielu innych już przez Wszechstwórcą stali. A Manuela Coro pewnie już w Quillipothy wlekli. Niech mi będzie przebaczone, że o zmarłym tak mówię, ale straszny kawał skurwiela był.
Następne kilka dni zajęła wojenka. Zdrajcy rozproszyli się po lasach, nasze trzy wierne legiony tudzież posiłki cesarskich i od hrabiego Azima zaczęły ich po kawałku wycinać.

Rankiem trzeciego dnia pożegnaliśmy Ramireza…

Czwartego dnia nadlatująca flota wpadła z nie bardzo kurtuazyjną wizytą na pas asteroidów hrabiego Iwanowicza. Długo tam nie zabawili. Ale jak skończyli, wiele tam nie zostało. Wtedy też dowiedzieliśmy się, ilu ich jest. Tak, dwa krążowniki. Jeno liniowe. Plus cztery ciężkie i tyleż lekkich. I dwa mega transportowce. Nasza flota zeszła z orbity i poleciała na spotkanie. Żeby chociaż jeden rozwalić – wtedy stracą połowę desantu. Tak wtedy myśleliśmy…
Tegoż dnia snajper Ręki zakończył karierę dowódcy Drugiego legionu, zdrajcy Alvareza, odstrzeliwszy mu z półcalówki łeb przy samej dupie. W odpowiedzi komendant dostał film z panienka Carmelitą. Nie, nie myślcie sobie, krzywdy jej nijakiej na filmie nie robiono. To było ostrzeżenie.

Piątego dnia resztki zdrajców zapadły w lasy. No dobra, nie resztki, załatwiliśmy mniej niż połowę. A nasza flota zaatakowała zespół przeciwnika. ChyliĆ czoła przed nimi, poszli na śmierć na trzykrotnie silniejszego przeciwnika. I rozwalił nasz Euzebio jeden transportowiec. Krążownikom udało się zniszczyć jeszcze jeden okręt. A potem ich zmasakrowali. Euzebio, z ciężkich mezonów postrzelany, ledwo co umknął i ledwo co przeżył. Ale lat było trzeba, by się podleczył. Z załóg tamtych trzech ani żywa noga nie uszła…

Szóstego dnia poranek był piękny, słoneczny.
Flota doleciała na orbitę. Krążowniki zmacały z dział kilkanaście celów, w tym New Richmond, stolicę hrabiego Azima, klasztor Eskatoników. Ten ostatni, nawiasem mówiąc, krótko, niecelnie i na odpieprz. Wysadzili też mały desant, który podebrał kogoś z planety. Z jakiegoś zadupia pośrodku lasów…
A frachtowiec rozstawił kontenery na orbicie. Dopiero wtedy wyszło, że nie mają atmosfery…
Komendant pobladł. Kogo się dało, zapakowaliśmy najgłębiej pod ziemię. Miasto Kościanogłowych, kopalnie, odwierty, schrony… Kilkadziesiąt tysięcy. Tak straszliwie mało…
Gdy uderzyli, u nas była już noc.

Siódmego dnia poranek był mglisty.
Widzieliśmy to przez kamery bunkra. Potem spadł deszcz.
Na całej planecie…

Ósmego dnia była wielka cisza.
Martwa cisza.
Nie uświadczyłeś szelestu liści, śpiewu ptaków, odgłosów…
Żadnych odgłosów życia.

Dziewiątego dnia zobaczyliśmy czerwony świt.
Najeźdźcy odlecieli.
Środek, którego użyli, ciągle był rozpracowywany. Kilku ochotników wyszło w skafandrach na rekonesans. Brodzili w czerwonym pyle.
Ci, którzy pamiętali widok zielonych wzgórz Keth, ze wszystkich sił starali się zapamiętać ten widok. Bo mieli go już nigdy nie ujrzeć.
Zwiadowcy brodzili po kostki w pyle z zeschłej trawy i liści, mijali poczerniałe łany zbóż i wyschnięte, bezlistne winnice.
Nad martwą, czerwoną Keth Kordeth wstawał dzień…

Dziesiątego dnia słońce wzeszło krwawo.
A umarli powstali.

Defolianty, zarodniki nekrozy, wirusy… Nie ocalał nikt. Żaden człowiek, zwierzę, roślina. Nawet trzy legiony swoich popleczników posłali w niebyt. Tu akurat Juana utrafiła w myśli Komendanta, pięknie ich nagrodziła za zdradę…
Skażona gleba nie mogła przyjąć żadnego zasiewu. Trzeba było zryć ją na metr-dwa by myśleĆ o tym. Na szczęście maszyn zaraza się nie imała, kazał komendant ściągnąć co było ciężkiego sprzętu i plantować ziemię. Ale…
Rozumiał, że Keth jest martwa.
Coś też umarło w tobie, komendancie.

Operacja „Febus” stanowiła sztandarowy przykład akcji psycho-terrorystycznej. Zaangażowano olbrzymie środki w atak na cel o znikomym znaczeniu strategicznym. Sam koszt dwóch milionów ton defoliantu pozwoliłby na wybudowanie trzech pancerników. Co więcej, zaniechano utrzymania wrót i ewentualnego utworzenia punktu wypadowego na Leminkainen i Shaprut .Śmierć około pół miliona wojskowych(głownie drugiej linii) i ponad trzydziestu milionów cywilów stanowiła jedyny namacalny efekt operacji.

A.D. Del Rey „Oblężenia planetarne w historii wojen” s.394. Bibliotheca Imperialis, A.P. 5121


Mówią, że śmierć milionów jest faktem statystycznym. Dobrze mówią…
Pod warunkiem, że nikogo z nich nie znałeś…

Utracił planetę, którą nazwał domem. Swojego mistrza. Siostrę. Wiernych sobie ludzi. Rzekłbyś wszystko. Wszystko, dla czego i kogo warto było żyć…

I ruszył dzielny wojownik, wstecz się nie oglądając. Jeno miecz, zbroja i życie – oto, co mu pozostało…
A gówno prawda, moiściewy.
Jak mi rzekł niezadługo potem, pozostał mu cel . Ktoś, dla kogo warto było żyć. Pomimo wszystkich ciosów, jakie go dotknęły. Nie, nie myślę o hrabinie…
Postanowił żyć dla Juany de Hazat.
No i poza mieczem i zbroją (i całym arsenałem) pozostało mu dwanaście legionów. Nie mogących doczekać chwili, w której zatopią zęby w czyjejś skórze.
Niestety, pobratymczej.







Komentuj (2)


Link :: 02.01.2008 :: 20:22
II 5004

Arete

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Chcecie wiedzieć, co dalej, hę? Czekajcie, niech no sobie wygodnie usiądę, przysuń no bliżej, synku, karafkę… co tam mruczysz? Siedź cicho, synku, to jest, Wasza Książęca Mość, kiedy opowiadam. Wycierałem twój obesrany tyłek gdy byłeś, o, taki, i mam prawo tak mówić.
Chcecie wiedzieć, co było dalej? Ze panienka Carmelita przeżyła – cóż, gdyby było inaczej, nie byłoby innej słynnej historii… o której opowiem kiedy indziej…
Wszechstwórco, ile to już lat minęło… Ale co i jak – nie wiecie, widzę. Ciekawiście pewno… Skoro wam się chce tu siedzieć i słuchać starego…
Pytacie, co z Czarną Ines i owym JosMarią? Czy skrzyżowali ostrza z donem Alejandro i kto kogo popłatał? Prawda, wszyscy widzieli że gdyby saganek wody między nimi dwoma postawić, jednej litanii nie zmówisz a się zagotuje… Obaj też do miecza najpierwsi… I dziwowano się, cztery miesiące minęły a żaden drugiemu okazji nie dał.
Dlaczego? Długo by mówić. Komendant, było, panienki bałamucić nie chciał, afektu nie czuł, ku innej wtedy serce obrócone mając… jak sami dobrze wiecie. Onże JosMaria powodu więc jawnego nie miał, a i, przyznać trzeba, prowokować zwady nie chciał. Niech mi przebaczone będzie, nie lubiłem go wtedy, ale nigdy nie powiem że się komendanta bał. A sama Ines – wiecie, jednego jego na świecie miała… I, powiem to, jak brata kochała. Pewnie i ona sama komendanta wyzwać mu broniła, ale tego już nie wie i nie opowie nikt… Że nie jego jednego, mówisz? Gdzie tam, o tej zgrai, Młynem zwanej, co się przy nich wieszała trudno było dobre słowo rzec.
Tak więc, nie dowiedział się nikt, który z nich w mieczu lepszy. Może i by do czego doszło, bawił wtedy don Alejandro u Ines często, ale co innego było pisane…

Piąty dzień już bawiliśmy na B2. Komendant po tym, co na niego spadło, owszem, bywał u Czarnej Ines, sam nie wiedząc po co. Jako ten wiecheć pakuł wiatrem gnany, rzekł mi kiedyś. Widać było, że póki prochu nie powącha a żelaza w garści nie poczuje, do skóry zdrajcom się nie dobierze, nic i nikt życia zeń nie wykrzesze.
Co? Tak, prawyś, nikt z obecnych by nie wykrzesał…
Ha, pamiętam jak dziś jak ten list wtedy znalazł. Ten, co we wrześniu przyszedł a bałwan Carnavera przez pomyłkę na B2 zostawił zamiast na Keth posłać. Oj, chodziliśmy trzy dni na paluszkach, na oczy mu się nie pokazując…

Ale do rzeczy. Przyszła do nas paczka z kryształem pamięci, na komendanta zaadresowana. Cognoscemus, videmus… Co? Że nie rozumiesz? Dajcie mu który w łeb! Bo mam za daleko… Kryształ sprawdziliśmy i odczytali. Tak, panienka Carmelita tam była, z aktualną miejscową gazetą w rękach. Wiadomość jasna – żyje i jest na B2. To było parę dni po wpadce z listem od hrabiny, więc Luca ledwie wykrztusił w komunikator co i jak. Komendant był wtedy w Pałacu, ale zaraz rozkazy wydał, a sam do godziny przybył. Kryształ na dziesiątą stronę sprawdziliśmy, ale ktokolwiek to robił, znał się na rzeczy. Firma kurierska nie puściła pary, a nie było jak się do nich dobrać… ani prawem, ani lewem. Chodził don Alejandro jak lew po klatce, wysłał też Seringo żeby poszukał jednego znajomka z Triad… coś tak oczy wywalił? Zdziwiony? Prawda, był to znajomek dość kosztowny gdy był potrzebny, ale - tak, był i specjalnie się komendant nie wypierał. Seringo wybrał się do Tiggy Twilight samoszóst i, poza tym że mało od Ukarów w ich dzielnicy nie oberwali (a Seringo mówił że dwudziestu ich zaczepiło, więc znając go ja myślę że góra dziesięciu), z niczym wrócili.
Dość, że w dwie godziny się uspokoił i kazał czekać na następne wiadomości. Sam zaś wrócił w gościnę markizy, nic nie zdradziwszy. JosMaria tą samą monetą odpłacił, gdyż dostał podobne nagranie, jeno ze swymi żołnierzami co przepadli na Keth - i również zataił. Bardziej co prawda przed panienką, którą, trzeba mu przyznać, chronił.
Noc nie minęła a kolejna przesyłka przyszła. Fotografia ówczesnej poseł tych owco… Almalików, znaczy. Zapomniałem, jak jej było, nieważne. Dość, że fotka była oddarta na poziomie szyi. I tylko tyle, rzekłbyś. Czego nie wiedzieliśmy, ludzie Czarnej Ines dostali to samo. Co ma do tego almalicka poseł, spytacie. Wtedy jeszcze nic… nic nie wiedzieliśmy, znaczy. Była ona jednak wtedy blisko z Nataszą… Tak, tąż samą, na-arcyksiężną wówczas. Nie musisz się szczerzyć, wiemy wszyscy że to rozrywkowa niewiasta była. Tak, byłem na tym balu co znany wszystkim arcybiskup się upił i wyszło na jaw, że z przezorności w pasie cnoty tam poszedł… Nie wasze to czasy, ale przyjęcia jakie wyprawiała… tak, bywałem na nich - w świcie komendanta, nie raz i nie dwa.
Czemu się rozwodzę? Bo właśnie Natasza znała komendanta i, na ile można to o kobiecie i Decadosce powiedzieć, estymą pewną darzyła. Skąd wiem? Nigdy nie próbowała zrobić z niego zabaweczki, a to już uznanie, he he… Prawda, on to ją na rękach z symbionckiego hiva na Keth-Kordeth wyniósł, czego mu nigdy nie zapomniała. Tak, wiem, dwudziestu coś ich tę eskapadę przeżyło, ale, że nasz komendant mniej wtedy oleju w głowie miał… poszedł w środek hiva jako jedyny w lekkiej zbroi i bez hełmu, bałwan jeden…więc twarz zapamiętała.
Tak, tak, już wracam do rzeczy. Umyślił komendant że zakonni, tfu, chcą ową ambasador uśmiercić. List tedy do Nataszy napisał, kazał nam wraz ze zdjęciem wysłać i czekał.

Oj, tak wiele się wówczas wydarzyło, że ogarnąć trudno, a poukładać w ordynku jeszcze trudniej. Wspomóż mnie więc w tym, synku, i podsuń butelczynę. Nie, nie tą, tamtą z tyłu. Kethkordyjska grappa z 5003… Jeszcze długo potem nie było lepszej…

Tak, na czy to ja…? Ledwie słonko wzeszło, przyszedł liścik od Czarnej Ines, proszący o spotkanie. JosMaria zdecydował się wyjawić co w przesyłkach dostali, sama markiza zaś – o wizji, co jej goście pokazali. Bo trzeba wam wiedzieć, że Ines gościła u siebie dwójkę wielce osobliwą, niewiastę z dziecięciem (i dwoma grimsonami obstawy) których jeszcze na Keth napotkała i przygarnęła. Dość, że pokazali Ines wizję w której pewien Almalik ścinał panienkę Carmelitę. Przyszedł też kolejny list – wyjaśniający bez owijania w bawełnę, że w zamian za życie panienki i gemajnów, to komendant i Ines muszą uśmiercić almalicką ambasador.
Don Alejandro spotkał też gości markizy. Oj, niespodziewane to było spotkanie.

- Musze już iść. Adelaida jest głodna…

Opadł ciężko na fotel. Popatrzył na siedzących wokół stołu mężczyzn. Ci, którzy byli na Pentatechu. Ci, którym mógł ufać. Ufać, pomimo wszystkich niedawnych wydarzeń. Tak straszliwie niewielu. Hieronim. Vincent Vega. Zapatero. Młody, pyskaty Velasquez. Zaczął bez wstępów.
- Panowie, simulacrum jest u niej. Razem z dzieckiem. Na oko trzymiesięcznym, więc najwyraźniej jest dwójka…

Komendant rychło wrócił do rezydencji Ines. Raz, że sam się do niej wybierał, by zaprosić na bal który owa ambasador ( demony, ni cholery nie pamiętam, jak jej było) wyprawiała. Dwa, że zapowiedział się u niej niejaki Sahid ibn Samir, baron almalicki. Nazwisko markizie mówiło niewiele, ale don Alejandro i owszem. Komendant rozstrzelał był kiedyś jego brata na wojnie. Niewinnie, jak się potem okazało… cóż, nie zrobisz omletu , nie tłukąc jajek, jak mawiała moja nieboszczka ciotka. Żeby było weselej, sam Sahid od dwóch lat ponoć nie żył.
No i przyleciał ten owcomił. Gdy go Czarna Ines ujrzała – ten sam, którego widziała w wizji, ścinającego Carmelitę. W ceregiele się niespodziewany gość nie bawił, bez wstępów oznajmił i wyjaśnił (jakby to mało jasno wyklarowane było) po co były poprzednie przesyłki, że jeśli ambasador da gardło, uwolnią panienkę i owych dwóch gemajnów. Jeżeli zaś spróbują zatrzymać i na ten przykład na pytki wziąć posłańca – cóż, jego skoczek pierdyknie i z całej rezydencji jeno dziura w ziemi zostanie.
Przekazał tedy ów Sahid, co miał, i odleciał. Jasna rzecz, poleciały za nim skoczki cesarskich. Stu kilometrów nie zrobili a tamten skoczek w istocie wybuchł – tak, że nie było czego zbierać. Jedyne, co łapsy stwierdziły – tam nie było nikogo żywego. Golem, znaczy. Bardzo wymyślny i drogi golem. Do tego z uryjską zabaweczką, która imitowała jego aurę. Sprytna rzecz, rzekłbym.

- Co planujesz, don Alejandro?
- Jeśli tego dokonamy… A oni dotrzymają słowa…
Twarz-maska, niemal doskonale stłumiona rozpacz w głosie.
-… to Almalicy zabiją Carmelitę w odwecie, nieprawdaż?- dokończył, nie oczekując odpowiedzi..
JosMaria odchrząknął.
- Don Corrinho… zamachu nie może dokonać żadne z was dwojga. Zatem, muszę to być ja.


Któż cię odgadnie, JosMaria Eduardo? Dla kogo to zrobiłeś, dziwny człecze? Nawet jeśli komendant poleciał do Nataszy i rzecz jej wyłuszczył, nawet jeśli śmierć miała być sfingowana – nikt nie zagwarantował, że przeżyje zamachowiec…
Dla kogo, dla jakiej idei zaryzykowałeś pozostawienie Ines samej? Dla żołnierzy? Dla siostry komendanta, któremu wszak byłeś niechętny? Czy wreszcie – dla honoru i chwały? Bo tego ostatniego, przyznaję, chociażem cię nie lubił, nigdy ci nie odmówię.

- Jej ceną jest JosMaria. Na jedną noc.

- Don Corrinho… jeśli mi się uda – niech pan tego nie spieprzy.
Wyzwanie – czy zuchwalstwo skazanego?


Tak, wybralim się na ten bal. To właśnie moją skromną osobę zabrał komendant. Rychło zjawiła się Natasza, w trzecim tańcu już przekazała mu że wszystko uzgodnione. Trzeba było jeszcze godziny, by JosMaria, było nie było jeno baronet, dopchał się do tańca z ambasador. I, jak to umówione było, wraził jej żelazo pod żebra. Ma się rozumieć, rwetes się zaczął, łapsy szybko spętały zamachowca, wygarnęły komendanta i Ines z tłumu, mnie też pałką po żebrach zmacali. Markiza uznała za stosowne zemdleć, zdążył ją tylko don Alejandro złapać… Ich dwoje też chcieli skuć, jeden nawet nóż wyciągnął, tylko jak mu komendant w oczy zajrzał to ów zaraz ogon podwinął. Stoi tedy nasz dzielny diuk z omdlałą Ines na rekach, a tu z tyłu ktoś mówi „ja będę osądzał”. Odwraca się komendant i kogóż widzi – jego arcy-pieska wielkoksiążęca mość, morderca, jednym słowem skurwysyn, Chemiczny Faisal we własnej osobie! Tak, ten sam na którym Tarsis ciążyło i który później… sami wiecie, złych niby demony nie biorą, ale własną śmiercią też nie umierają. I niech mu Quillipothy ciężkie będą…
Kazał tedy Faisal naszą czwórkę zamknąć. Resztę gości zaś uprzejmie z balu wyprosił. Tak uprzejmie i dwornie, że „wypierdalać” by ładniej zabrzmiało. Mnie po paru godzinach wypuścili, komendanta i Czarną Ines trochę później. Sam księciunio z Nataszą przyszli ich zwolnić. Cóż, nie krył Faisal zbytnio, że młodej żonce rogi przyprawia…

Tylko JosMaria nie wrócił.
Ines wiedziała. Przeczuwała. Wtedy to dowiedział się od niej komendant, kto stoi za Tarsis. Znaczy, jak sami dobrze wiecie, Chemiczny Faisal i piesek jego Al-Allaw. Okiem nie mrugnął, nie miał ani dowodów, ani mocy. Jeszcze. Ale zapamiętał. A później przyszła wiadomość…

Pół godziny. Pół godziny od wiadomości na komunikator, od chwili gdy markiza skuliła się przy stole i wyszeptała „chcę być sama”. Teraz stała w drzwiach jego pokoju. Twarz nieruchoma jak maska z porcelany, puste z żalu oczy. Widział już takie spojrzenie, dawno, na Istakhr – u człowieka, który przybył po śmierć. Krok, drugi, trzeci… Zakrzywione palce rąk, chwytające za klapy koszuli. I głowa, miękko złożona na piersi. Wtedy maska rozprysła się na kawałeczki, ciałem Ines wstrząsnął szloch.

I tak to skończył się ten rozdział. Odszedł JosMaria, odebrał sobie życie. Mawiano, że od nocki z Nataszą kulę wolał. Jeno nikt nie odważył się tego przy komendancie powiedzieć. I jeśli od któregoś z was to usłyszę, jakem Vega, każę mu gołą dupę kijem oćwiczyć. Bo chociaż ów JosMaria często wyżej fajdał niźli rzyć miał, panienka Carmelita winna mu życie i za to mu cześć i chwała. Bo dzień jeszcze nie minął, dotrzymali słowa, porwaną trójkę całą, zdrową i nawaloną narkotykiem jak stodoła Decadosa, wypuścili.

Opiekę zaś nad Czarną Ines powierzył JosMaria komendantowi, nie wiedząc, że tym jeszcze więcej bólu jej zada. Nie, nie myślcie, niczemu don Alejandro nie uchybił. Pomnijcie, Ramirez nie tylko do miecza, ale i na salony go wychował. Dworny był, uprzejmy, za życie siostrzyczki umiłowanej do nóg Inezie padał...

Tylko, moiściewy, ślepy był…



Komentuj (3)


Link :: 02.01.2008 :: 20:31
Notka Okolicznościowa

Blog kampanii „W Cieniu Gasnących Słońc” rozpoczyna czwarty rok swojego istnienia. Wiele się wydarzyło. Wiele się jeszcze wydarzy, zwłaszcza teraz gdy w Cesarstwie wybuchła wojna. Od bohaterów zależy jak się ona skończy… A od kronikarzy jak zostanie zapisana

Życzę powodzenia wszystkim tym którzy decydują się poświęcić swój czas by spisywać swoje przygody i żeby przez ten rok blog nie umarł…



Komentuj (5)


Link :: 24.01.2008 :: 17:54
II 5004

Szkoła życia

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Któż został, zapytacie, przy Czarnej Ines? Starym, prawda, ale wyliczyć potrafię. Marines, siedemnastu. Załoga jachtu, sztuk dziewięćdziesiąt i dwie. No i Wróble. Trzydziestu z okładem. Po śmierci JosMarii, umyśliła wybrać właśnie jednego z nich na zastępcę i pełnomocnika.
Komendant, odzyskawszy panienkę Carmelitę, zdecydował dla bezpieczeństwa wysłać ją na Rawennę. Na dwór swej ciotki, Alejandriny. O owej Alejandrinie mam nadzieję wam jeszcze opowiedzieć. Co by apetyt wasz zaostrzyć, powiem że była to Hazatka w skórze Hawkwoodki, na domiar wychowywana przez ojczyma Decadosa… i więcej dziś nie wyjawię…
I przyznaję, gdy rzekłem wam ostatnio że całą i zdrową panienkę wypuścili, łeż to była…

Hieronim wtoczył się do medlabu i odchrząknął. Alejandro podniósł wzrok. Od wielu godzin nie opuszczał siostry, wciąż otumanionej narkotykami. Już go rozpoznawała. Czasami. Czasem myliła go z Vincentem. Spojrzenie Amalteanina kazało mu wstać i wyjść na korytarz..
- Komendancie...
- Mów.
- Jest wysterylizowana. Farmakologicznie.
- Na ile jest to odwracalne?

- …

Tegoż dnia zaprosiła Czarna Ines komendant na kolację. Na miejsce JosMarii, towarzyszył jej niejaki Cortez. Żadna rodzina z Guillermo, tym od gówna płynącego potokiem, jakby kto pytał. Był to kawaler pomniejszego rodu z Aragonii, były żołnierz, lat pięćdziesięciu z kawałkiem. Po kolacji komendant rozmówił się z nim. Rzekłbym, rzeczowy, małomówny, suchy wręcz. Dość że don Alejandro przychylnie go ocenił. Onże Cortez został nowym dowódcą straży Inezy.
Wrócilim do apartamentów komendanta. Następnego dnia w południe wylatywała na Rawennę, chciał tedy don Alejandro ostatnie chwile z siostrzyczką spędzić. Ma się rozumieć, nie wylatywała sama, posłał z nią ośmiu chłopa i jednego z nowicjuszy od Hieronima. Co zredukowało naszą rezydenturę do dwudziestu ludzi pod bronią i tyluż speców. Zanim jednak wylecieli, o czwartej nad ranem komendant dostał wiadomość od Inezy. Cortez, świeżo upieczony dowódca jej straży, nagle a niespodziewanie pojawił się na dywaniku Wszechstwórcy.
Świtem bladym a deszczowym, jak to na B2 bywa, przylecieliśmy do Pałacu Imperialnego. Komendant, obawiając się kolejnych zamachów, poza Hieronimem wziął jeno ekipę od mokrej roboty. Rzeczony Cortez, z wyrazem autentycznego zdziwienia na twarzy, leżał na posłaniu ze sztyletem w sercu. Sztylet wręcz ostentacyjnie, rzekłbym, ozdobiony był almalicką iskierką. Umrzyka zaraz nasz padre na warsztat wziął, komendant zasię kazał ściągnąć kilkunastu speców od elektroniki i przejrzeć nagrania. Równie liczna ekipa przyleciała z jachtu Ines. Co stwierdzili? Ktoś zmyślnie podpiął się pod kamery ochrony. Nie pytajcie starego o szczegóły, dość że był to wymyślniejszy numer niż powieszenie zdjęcia przed obiektywem. Wtedy zamachowiec spokojnie wszedł do sypialni i wraził Cortezowi żelazo w serce.
Tyle stwierdziliśmy do rana. Komendant odleciał, chcąc pożegnać się z panienka Carmelitą. Pożegnawszy, o czym zapomniałem wspomnieć, miał umówione spotkanie. Z kim, pytacie? Niejaki Aleksander Wolverton, późniejszy, jak dobrze wiecie, książę. Rozmawiali wtedy o szykującej się wyprawie na Marsa… Czego don Alejandro i ów Wolverton tam dokonali, co się działo, o tym innym razem. Czy wiedzieliśmy, kto zacz? Mnie przy tym nie było, ale wziął komendant dwóch ludzi obstawy. Capa obejrzał sobie aurę Wolvertona i, powiadał, świeciła ona przy komendantowej jako ta winiarnia w dniu wypłaty…
Ale dość o winiarniach. Po spotkaniu wrócił komendant do pałacyku Inezy i zastał ją gołą, bosą i zakopana w papierach. Że przesadzam? Niewiele, moiściewy. Ines wspaniałomyślnie dała Cortezowi wszystkie pełnomocnictwa JosMarii, łącznie z dostępem do kont. Jak się okazało, godzinę po jego zejściu ktoś owe konta wyczyścił do zera. Używając, rzecz jasna, jego odcisku palca i podpisu… Co się zaś tyczy papierów – wiecie, Ines nie wiedziała co oznacza prowadzenie dworu. Pamiętam jak patrzyła na zamówienie – pół funta nakrętek M10, funt smaru 4A70, szczypce sztuk jedna, lutownica – razem szpon jeden piór dwadzieścia trzy. I stos podobnych papierzysk na pół metra wysoki. Na jej szczęście, komendant był bardziej wprawiony…

- Jesteś szefem kuchni? Od teraz jesteś ochmistrzem. Sierżancie, jesteście zbrojmistrzem regimentu markizy? Przejmujecie kwatermistrzostwo. Od zaraz. Obaj przejrzycie dokumenty. Co należy do was, przejmiecie.
Pół godziny później Alejandro położył przed Ines stos papierów. Czterokrotnie cieńszy.


Tak to było, odkąd cesarscy zdobyli Keth, skończyły się dla komendanta wino, kobiety i śpiew, a zaczęły papiery. Co się później bardzo przydało Inezie. Ponadto dał jej naszego finansistę, Vargasa, do usług. Niedługo też przybyła wysłanniczka Gildii, co będę mówić, antypatyczna i niewarta kosmatej myśli, choć młoda, biurwa w każdym calu. Za to w robocie papierkowej wybitnie sprawna. Ines mogła się tedy zająć robotą bardziej szlachciance przystojącą – rozsądzaniem Wróbli, którzy bez ręki JosMarii nad sobą kapkę się rozpuścili.
Czego nie wspomniałem, wybaczcie staremu, pamięć miejscami szwankuje, że Cortez miał już swojego następcę. Był nim niejaki Frederigo, również kawaler, który trafił na B2 w ślad za swoją niespełnioną miłością – cóż, przybył prosto na jej ślub z jakimś Gildyjnym, heh… Miał on ponoć pewne znajomości na planecie i, zaopatrzony w sakieweczkę, podjął się wypytać o możliwych zabójców Corteza.
Co do Wróbli – czas wolny spędzali na kartach, kościach i pannach sprzedajnych. Tudzież na wykłócaniu się o długi. Nie przeczę, mieli dobre chęci, do miecza byli dobrzy, tylko niekarni straszliwie. Ledwie więc się Czarna Ines z papierami uporała, przyszło jej sądzić dwóch z owych Wróbli, którzy o pięć feniksów długu się kłócili. Proszę, niech rozsądzi Wszechstwórca, pojedynek o świcie, do pierwszej krwi. Kolejny, z donosem na innego że to szpieg Almalicki, bo w nocy po ichniemu mamrocze. Komendant zamienił z oskarżonym dwa słowa – jak się pewnie domyślacie, tamten był na Hirze. Potem jeszcze kilku awanturników godzili. I tak dzionek im zeszedł.
Rankiem dnia następnego odbył się pojedynek. Kawaler Joaquin imion pięciorga Dulcinea kontra kawaler Jose imion jeno trzech Bursandra. Że co, szydzę? Jam imion czworga, wolno mi. Wygrał ten pierwszy, ładnie, uczciwie, do pierwszej krwi, mniejsza z tym że komendant za sędziego był. Przegrany przyznał bez bicia, iż nie posiada owych pięciu feniksów, o które zaistniał spór. Ja zaś, popatrzywszy po obecnych na pojedynku służkach, wiedziałem od razu do kogo trafi wygrana, he, he… Czarna Ines podjęła się spłacić jego dług, w zamian za przysługę. Poszukiwanie Frederigo. Co, nie wspomniałem? Wszechstwórco, jakże człek pierniczeje na starość… A Twoi słudzy, książę, ociągają się, w gardle mi zaschło… ekhem… Frederigo, odkąd wyruszył zeszłego dnia z misją, zniknął jak sen jaki złoty… Udało się namierzyć komunikator, kawaler Jose odważnie chciał wyruszyć na poszukiwania. Komendant, rozmówiwszy się z Ines, przydzielił mu czterech ludzi. Dobrych a łebskich chłopaków, co to pozwolili narwańcowi wierzyć że dowodzi, a zarazem zadbali by nie ubył kolejny Wróbel. Że komunikator namierzono w slumsach, odziali się odpowiednio – niepozorne, lekko zniszczone wdzianka, pistolety na wierzchu, karabinki i granatniki schowane pod odzieniem a dobrze owinięte coby nie brzdękały… Znaleźli komunikator i szczątki Frederiga w studzience kanalizacyjnej. Żeby się do nich dostać, musieli potraktować granatem aligatora który go zżarł. Znaleźli prawie wszystko, poza sakiewką. Głowica rapiera, ze szponem była zmiażdżona. Ostentacyjne, prawda? Ze skóry aligatora natomiast zrobił sobie Capa dwie pary świetnych butów… wiem, przynudzam…
Na widok uzbrojonej ekipy miejscowi pochowali się głęboko, więc dopiero po paru godzinach wysłał komendant druga grupkę. Don Alejandro zawsze wyznawał wartość przypadkowych, tanich informatorów. Garść piór i dokładnie znaliśmy ostatnie chwile Frederigo. Konkretnie, jeden czarnoskóry, wyglądający na Almalika, i dwóch zakapiorów, dali mu w łeb i wrzucili do studzienki. Aligator zrobił resztę. Takąż wiadomość przekazaliśmy markizie. Wyglądało na to, że Almalicy chcą się z nami bawić… albo miało to tak wyglądać…

Chcą grać w kotka i myszkę? To ja, kurwa, nie będę myszką!

Na następny ranek zaplanowała Ines pogrzeb Corteza. Zrobiły się z tego dwa, gdyż przyszło chować jeszcze Frederiga. Ludzi przyszło niewiele – trochę od Inezy, paru naszych, córka Corteza… wypatrzyłem też niewiastę w woalce, stojącą w oddali – czyżby niespełniona miłość Frederiga? Nie dowiedzieliśmy się tego nigdy.
Wynajęty kapłan międlił słowa w pysku. Kto z was pamięta Hieronima, wie, jaki on był. Jam specjalnie nie był pobożny. Alem nie udawał, że jest inaczej. Na tych, co udawali, najbardziej był nasz padre cięty. Do dziś pamiętam, jak podszedł do grobu, kapłana najmimordę odsunął tak delikatnie, że ów mało między urnami nie wylądował… I dokończył mszy. Z pasją, werwą, najlepiej jak potrafił. Krzywdzę go tym słowem, wiem, on zawsze odprawiał najlepiej jak potrafił, nigdy nie uchybił…
Wieczorem tegoż dnia urządziła Czarna Ines przyjęcie… inaczej – stypę, za tych, co w jej służbie polegli. Nikt tego nie powiedział, ale wszyscy wiedzieli, że było to i za JosMarię. Pokój Jego duszy, wierzę że kiedyś z Empireów mnie grzesznika dojrzy… O ile nie będzie tam zajęty na ostre z donem Alejandro… W każdym razie, na zaproszenie zjawił się każdy z ambasadorów Wielkich Rodów. Tak, była Natasza, jak na siebie wyjątkowo skromna. Był i Chemiczny Faisal, przeklęty, krew milionów na rękach mający. Sędziwy Archibald, ambasador Hawkwoodów, któren stu i dziesięciu lat wówczas dobiegał. I Felipe Takeda, wciąż w żałobie po siostrze umiłowanej będący. Z jegoż siostrą był kiedyś don Alejandro w zażyłości i kondolencje szczere mu złożył.
A potem przyleciał jeszcze jeden gość. Ten, którego widywało na co dzień. Za każdym razem gdy patrzyło się na rewers jednofeniksowej monety. Tenże sam, Alexius I. Cesarz.

- Chciałbym rozmówić się z przedstawicielami wszystkich pięciu wielkich rodów…
- Stygmat jako planeta padł. Aktualnie organizujemy obronę przy wrotach. Nowy dowódca symbiontów najwyraźniej przejął kontrolę również nad ich flotą


Po latach don Alejandro opowiedział mi, co wtedy zaszło. Jak Cesarz spojrzał mu w oczy, winnemu utraty Stygmatu. I dlaczego komendant strzymał to spojrzenie? Bo, moiściewy, patrzył nań zdrajca.

Za dwa dni miał się odbyć kolejny na B2 bal dla towarzyskiej śmietanki. Ten który organizowała Natasza. Ten, na który zaprosiła między wieloma komendanta. I, niestety, moiściewy, był to bal na którym wypadało być. Wiecie, prawda, parę rzeczy musiało się stać, parę słów musiało paść…

- Inezo… wiem, że ta propozycja będzie bolesna, ale… Czy zaszczycisz mnie swoim towarzystwem na balu u arcyksiężnej Nataszy?
- don Alejandro… żadna Twoja propozycja nie boli…

Vincent opadł ciężko na poduszki limuzyny, spojrzał w oczy swego pana lennego. I druha od młodzieńczych lat. Rzadko korzystał z przywileju zwracania się po imieniu.
- Ślepy- żeś, Alejandro…



Komentuj (1)


Link :: 26.01.2008 :: 23:28
XII 5003

Duchy Khotan

Drużyna Niedzielna

By AZIM

Ze wspomnień G'Vara

Od tej pory Khotan będzie dla nas wyjątkowo niemiłym miejscem.

Zaczeło się od tego, że na Keth przyszło wezwanie z Delf. Jegomość hrabia znienacka zażyczył sobie, by przysłać na Delfy Gwiazdę w pełni przygotowaną do długoterminowej wyprawy... Dopiero co się odezwał po dwóch miesiącach tajemniczej nieobecności i już leci szlajać się gdzieś indziej. Dopiero jak dotarliśmy na Delfy zaczeło się co nieco przejaśniać - hrabina się znalazłai razem znowu się gdzieś wybierają. Znowu lecimy do Vuldroków. Wygląda na to, że mogą tam na szefostwo czekać kolejne lewiatany. Jeżeli tylko ta stocznia której nie miałem okazji zobaczyć wyprodukowała co jej kazano.. Dobra, szef mówi lecimy to lecimy. Załadowaliśmy jeszcze dwie kopy fikuśnych rakiet które mamy przetestować na Suul i ruszyliśmy.

Po drodze było spokojnie. Generalnie. Hrabina zaczeła zapoznawać się z funkcjonowaniem okrętu i chodzeniem w pancerzu wspomaganym. Zgrywanie pancerza z hrabiną było godnym uwagi zajęciem. Mogła by częściej chodzić w obcisłych kombinezonach. Wygląda w nich... Hmmm... Skeyowie pewnie by powiedzieli: Bosko. Taaa... Bo w sumie to ona dostała własny pancerz wspomagany. Lekki, ale z dużą liczbą bajerów od repulsorów po generator tarczy. Taki sam jak nowy pancerz szefa. Musze przyznać, że jak zobaczyliśmy co zostało ze starego pancerza hrabiego to nam się nieco zimno zrobiło. Szkoda grata, parę razy się przydał jak zasłania nas przed ogniem wroga.

Na Leminkainen podpielismy się pod cesarski konwój. Na Hargardzie wysłaliśmy listy z życzeniami do Vral'a i tyle nas widzieli. Dotarliśmy na Khotan. Granice Znanych Światów i pogranicze z Vuldrokami. No dobra. Światy dalej też są nam znane, choć może nie tak dobrze. Ważne, że obok Frost i Greolf a adalej Wolf's Lament i walki z Fingisvoldzkimi Zakonnymi. Skoczymy, zobaczymy co się dzieje i szybko polecimy dalej do Skeyów na Raven, prawda?

A dupa tam! Komu by przyszło do głowy, że Cesarska Flota zadekuje tutaj critikoriańskiego buraka w randze admirała. Admiralicja ubzdurała sobie chyba, że jak Greolf z Fingisvold walczy to od tej strony będzie spokój i cisza. Że żadni vuldrocy na wycieczkę nie przylecą. Co widzimy po przylocie? Abso-rwa-lutnie nic. Okręty przy wrotach ustawione jak kontrola celna w czas pokoju. Miny przywiezione na transportowcach od dobrych trzech dni w ładowniach leżą nierozstawione. Lokalni oficerowie po cichu się szfowi skarżą, że admirał rządzi się jak udzielny władyka. No, na usprawiedliwienie al-admirała można powiedzieć, że dowódca placówki w trakcie wojny jest jej panem i władcą. Ale, kto, na wszystkich bogów daje pierdzielowi z kwatermistrzostwa albo innej stoczni dowództwo placówki?!

Sprawy floty, sprawami floty, ale oprócz lokalnych przy wrotach stał krążownik "Irbis" jarla Thorvika "Lisiej Skóry".

Thorvik przybył na Khotan jako emisariusz Greolfssona - syna i nieformalnego dziedzica króla Greolfa. Przywiózł ważne dla cesarstwa wieści i prośbę o pomoc. Fingisvoldczycy wdarli się w głąb systemu Wolf's Lament i odparli siły Greolfa od Wrót. Teraz Greolf, Niedźwiedź i Greolfsson szykowali operację wyprzeć napastników z Wolf's Lament. Niestety brakowało im do tej operacji kilku jednostek które wsparły by uderzenie z Frost. Z pewnym zakłopotaniem Thorvik przyznał, że siły cesarskie z Khotan nadawały by się w sam raz do tej operacji. Sęk w tym (zawsze jest jakiś sęk), że admiralissimus Rubenstein za nic ma sobie Vuldroków, za nic ma sobie Fingisvoldzkie siły gotowe przebić się przez Frost, za nic ma sobie możliwości sojuszu czy przyszły handel z Vuldrokami. Vuldrocy to dla niego durne i niegodne uwagi dzikusy którym nienależy sobie zawracać uwagi. A do tego całe to wezwanie o pomoc może być próbą wciągnięcia w pułapkę sił cesarskich dzielnie broniących granicy przed hordami barbarzyńców. No dobra. Ten drugi argument jest sensowny. Tylko, że my widzieliśmy już dwa lata temu na Fingisvold przygotowania wojenne i wiemy, że informacje o siłach wroga nie sa przesadzone.

Próby przekonania admirała do podjęcia działań spęłzły na niczym. W końcu szef stracił cierpliwość i kazał admirała aresztować. Ryzykowny ruch biorąc pod uwagę ilość pociotków, powinowatych i poleczników jakich admirał przywlókł do Khotan ze sobą. Przez chwilę mieliśmy wątpliwą przyjemność patrzyć w lufy krążownika... Sami siedząc w niszczycielu... W końcu udało się wynegocjować z zastępca admirała (swoją drogą, kuzynem czy innym siostrzeńcem) przewiezienie admirała na planetę pod strażą. Może bratanek postanowił skorzystać z okazji, żeby sobie podowdzić. Kiedy admirała mieliśmy z głowy na szef zwalił jego zatępcy na głowę masę decyzji i odpowiedzialności. Zrobił mu też najokrutniejszą rzecz jaka może spotkać oficera przeniesionego na placówkę ze stoczni! Zmusił go do szybkiego podjęcia decyzji! Na szczęście w okolicy było paru kompetentnych kapitanów. Z ich pomocą oraz z informacjami uzyskanymi od Thorvika zaplanowane zostały ćwiczenia taktyczne wykazujące, że proponowana bitwa ma rację bytu. W międzyczasie jeden z cesarskich krążowników skoczył na Frost na parę godzin razem z Irbisem w celu omówienia wspólnej opercaji z Greolfsonem. Po powrocie okazało się, że Greolfsson chce zobaczyć hrabiego i z nim się rozmówić. Cóż było robić... Admirał był chwilowo wyłączony z akcji a gdyby bratanek chciał go wyciągać z aresztu to i tak prawdopodbnie niezdążył by przed odlotem na Frost. Skoczyliśmy...



I wyskoczyliśmy na grupę czekających okrętów. Okrętów... W innych okolicznościach można by je uznać za trupy nadające się tylko na brandery. Pierwsza seria wyładowań dosięgneła Irbisa pozbawiając go głownego napędu. Lisia Skóra osłonił nas przed impetem ataku ale i tak straciliśmy system kierowania ogniem. Niewiele rzeczy jest gorszych niż patrzenie jak ktoś ginie za ciebie. Na przykład patrzenie jak ktoś ginie za ciebie a ty nie możesz mu w żaden sposób pomóc. I pozostaje Ci tylko wykorzystać otrzymaną szansę żeby oderwać się od wroga i uciec. Schowaliśmy się w rozciągającej się kilka jednostek astronomicznych od wrót chmurze gazów i pyłu. Przed zdjęciami które wysyłał do nas konający Irbis nie zdołaliśmy uciec. Napastnicy dokonali abordażu na bezbronny krażownik i rzucili się na załogę. Bez żadnej finezji, bez taktyki, bez uzbrojenia. Żarłoczna horda przeciwko odwadze i wytrwałości niewielu. Kolejni pokonani, z obu stron, ciągnięci do promów desantowych napastnika. Żywi i martwi. Przjaciel czy wróg...

Kiedy fala napastników zbliżała się do mostka Thorvik zdetonował okręt. Eksplozja zniszczyła przycumowane promy desantowe i uszkodziła krążące dookoła jednostki wroga.

Kiedy ochłoneliśmy po ataku musieliśmy zająć się jeszcze jednym zjawiskiem. W momencie kiedy wskoczyliśmy do systemu nasze Ialtach umilkły. No, prawie wszystkie umilkły. Ialtach hrabiny oraz kilku mych braci objawiły się cieleśnie. Podobno przedział obserwacyjny był bardzo interesujący kiedy pojawiła się tam Adira - ciemna siostra pani Aidy, równie piękna co ona, ale nie obciążona zbędnymi szatami...

Równocześnie zaczeliśmy naprawy. Bez systemów kontroli ognia nie mieliśmy co marzyć o przebiciu się przez napastników do Wrót. Ale cóż nam po dostępie do Wrót bez kluczy? Hrabia dokonał projekcji swego ducha do zauważonej niedaleko Wrót bazy z której operowały okrety napastników. Po kilku godzinach wrócił z nowinami. Potwierdziło się to co zaczynaliśmy podejrzewać od momentu przybycia do tego systemu - byliśmy w zaginionym systemie w którym tysiąc lat wcześniej Republikański admirał odciął flotę Wersa, przodków vuldroków, skazując ich na głodową śmierć. Na szczęście nie mieliśmy do czynienia z głodnymi duchami, a ze zdegenerowanymi potomkami tamtych nieszczęsników. Centrum bazy zbadanej przez szefa stanowiła stacja urów. Dookoła niej znajdował się pierścień zbudowany z kawałków okrętów zdobytych i przerobionych na elementy stacji na przestrzeni wieków. Najwidoczniej ur w jakiś sposób zdołał zapewnić Vuldrokom pożywienie wystarczające do przetrwania. Najwidoczniej też, ich dieta była tak uboga, że musieli uzupełniac ją pożerając nieszczęśników którzy mieli pecha trafić do tego systemu. W środku bazy znajdował się też starożytny jacht. Jeżeli gdziekolwiek w systemi znajdował się klucz skokowy który pozowli nam się wydostać to właśnie w jachcie. Oprócz tego czekało nas zniszczenie tajemniczego urządzenia które wypaczało proces skoku i ściągało przelatujących przez Wrota Khotan do tego systemu. Zaczeliśmy przygotowania - naprawa systemu kontroli ognia, opracowanie planu ataku na pozostałe jednostki wroga, zebranie drużyn do wypadu na bazę wroga.

W tym samym czasie znaleźliśmy krażownik vuldroków którzy trafili do tego systemu wiele lat temu - "Razorblade" stracił kompensatory i system autodestrukcji w wyniku pierwszego ataku. Dwa towarzyszące mu niszczyciele nie miały tyle szczęścia albo miały go dużo więcej, zależy jak na to patrzyć. W każdym razie trakcie abordażu kapitan wypuścił atmosferę z całego okrętu zabijając zarówno napastników jak i obrońców. Baza danych Razorblada potwierdziły ustalenia dotyczące zaginionych i porwanych statków. W tym momencie ważniejsze dla nas było, że zyskaliśmy dodatkowy okręt. O mniejszych możliwościach bojowych niż Gwiazda i o wiele mniejszej mobilności, ale dysponujący czterema promami szturmowymi. Tego nam właśnie było trzeba do przeprowadzenia szturmu na bazę!

Kolejne godziny mijały na cięzkiej pracy. Naprawa Gwiazdy była pestką w porównaniu z przygotowanie Razorblada do ataku. Próbowaliście kiedyś zrobić coś na okręcie stojącym w chmurze gazu od pięćdziesięciu lat? Zimno jak diabli, nie wiadomo co działa a co nie a wszędzie walają się zamarznięte trupy. Ale radziliśmy już sobie w paskudniejszych sytuacjach. Najgorsze było tempo. Mieliśmy półtora dnia żeby wszystko zrobić i wyrwac się z systemu zanim cesarska flota skoczy z bratnią pomocą na Frost. I przy pierwszym spotkaniu z Greolfssonem zacznie pytać czemu nas tam nie ma. I nie będzie w stanie wytłumaczyć czemu Irbisa nie ma z nimi...

W tym szalonym biegu zjawił się jeden miły akcent. Nowa siostra hrabiny, Adira zdecydowała się towarzyszyć hrabiemu w szturmie na stację. Ponieważ, pomijając ciemną skórę i jasne włosy Adira jest identyczna z Aidą szefostwo postanowiło wsadzić ją do jej pancerza wspomaganego... Zapewniam was, że Adira w obcisłym kombinezonie prezentuje się równie wspaniale co Aida.

Ruszyliśmy. Wysuneliśmy się z chmury wzbudzając zainteresowanie okrętów wroga. Duchy Khotan były bardzo pewne siebie dopóki zmasowana salwa rakiet nie rozmieniła ich na drobne. Gwiazda ruszyła do wiszacego przed Wrotami okrętu-łapacza. My na Razorbladzie skierowaliśmy się do bazy. Wcześniejsza wyprawa hrabiego pozwoliła nam znaleźć słaby punkt w konstrukcji bazy i dokonać desantu praktycznie u drzwi centralnej części. Jedna z drużyn, wraz z głowica termonuklearną na platformie a-graw ruszyła do środkowej części - legowiska żywiącego się siłą życiową swych wyznawców ura. My, prowadzeni przez hrabiego i Adirę ruszyliśmy do jachtu. Po drodze musieliśmy przebić sie przez kolejne grupy lokalnych uzbrojnych w dziwną paraliżującą broń. Zabraliśmy sobie kilka egzemplarzy oczywiście. Kilka rozrzuconych po bazie dzieł sztuki też, te które daliśmy radę zabrać, w każdym razie. W trakcie przebijania się przekonaliśmy się, że nowy pancerz hrabiego równie dobrze sprawuje się w osłanianiu naszej szarży przed atakami lekkiej broni. Problem zaczął się już blisko hangaru... Z za drzwi wylazły trzy wielce zmutowane bydlęta. Kilka pokoleń temu byli ludźmi, chyba. Na wstępie zaczeli pluć jakimś superkwasem. I to by było tyle jeżeli chodzi o nowy pancerz szefa. W każdym razie jeżeli chodzi o orginalny lakier. Cholerstwo przeżarło się przez rękę i trzeba było zdrapywać nożem z ciała. Bertram będzie mieć robotę, jak zwykle. Bydlęta okazały się całkiem odporne na trafienia z broni ręcznej. Przezornie, hrabia kazał nam wziąść trochę sprzętu ciężkiego który znaleźliśmy na Razorbladzie. Skuteczny ogień z laserów przeciwpancernych po kolei wyeliminował kolejne bestie. Swoją drogą, szef pokazał, że jego rola nie ogranicza się do biegania w pancerzu i pełnienia funkcji żywej tarczy... Strzelając z lasera z jednej ręki zdjł brzydala pierwszym strzałem. Po chwili wpadliśmy do hangaru gdzie czekał na nas jacht. Wyglądał dziwnie. Łagodnie zaokrąglone powierzchnie wydawały się płynne. Jego powierzchnia delikatnie zafalowała i rozstąpiła się przed hrabią. Adira, hrabia, ja i Sahan weszliśmy do środka a reszta zgodnie z planem ruszyła z powrotem.

Już po chwili nasze nowe promy desantowe oderwały się od stacji. Sam jacht wysunął się z hangaru z gracją i płynnością daleko większą od jakiejkowiek danej ludzkim jednostkom. Zaraz po odskoczeniu od stacji wysłaliśmy sygnał detonujący głowicę nuklearną w środku stacji. Cholera! Nawet nie zadrasneło bydlactwa! Ale odczyty energii z bazy skoczyły w dół. Gdybyśmy mieli więcej czasu i cieżkich pancerzy wrócilibyśmy i zrobili tam prawdziwy porządek... Tylko, że nasze spóźnienie może oznaczać potyczkę między cesarskimi a vuldrokami. Nie stać nas na to, żeby doszło do tego...

Kiedy my biegaliśmy po stacji Gwiazda zneutralizowała łapacz okrętów wroga... Nie obyło się jednak bez strat. Łapacz okazał się uzbrojony w działa gaussa które zasypały niszczyciel gradem pocisków kinetycznych. Do czasu kiedy uszkdozenia doprowadziły do eksplozji reaktorów łapacza. A może to był system autodestrukcji? Nie wiem, nie obchodzi mnie to, ważne, że Razorblade i Gwiazda wydostały się z tego przeklętego przez bogów i śmierelników systemu...

Ważne jest jeszcze to, że tu wrócimy. Wrócimy by przynieś ukojenie zmarłym i rozprawić się z Duchami Khotan raz na zawsze!


 
Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń