Menu :


Link :: 31.01.2009 :: 10:25
1 - 17 IV 5004

Seks, klamstwa i nagrania cyfrowe

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Wiem, dawno nie było okazji przy winie zasiąść i poopowiadać. Ale cóż, sami rozumiecie – najpierw córka moja słabowała, potem na Madoc przyszło mi lecieć, wróciłem to nasz gospodarz na dywaniku przed Arcyksięciem wylądował (o tą sprawę z de Medina poszło), a jak wrócił, to nie będę palcem pokazywał kto się po zajazdach rozbijał, kto się budował, a kto pijał z Hawkwoodami… w skrócie, dziatki, jak nie dacie mi zacząć – cóż, to nie zacznę.

Na czym to ja skończyłem… prawda, jak to opuściliśmy B2, kierując się na Keth – Kordeth. Jacht Czarnej Ines, „Pas Oriona”, poza właścicielką i komendantem gościł jeszcze ową Dydonę Rolas, paladyn Rycerzy zastępującą Wolvertona, tudzież hrabiego Iwanowicza, demony wiedzą po cholerę. Żeby jednak sprawiedliwość oddać, istniała pewna korzyść z tej gościny. Korzyść owa należała rzecz jasna do niego, mierzyła dziewięćset stóp długości i była ciężkim krążownikiem gildyjnej budowy. Gdyby napatoczył się ktoś w złych zamiarach, dobrze było mieć więcej niż trzydzieści, przeważnie lżejszych, dział okrętu Inezy.
Z drugiej strony, gdybyśmy spotkali owe dwa szwendające się wówczas po systemie zakonne lewiatany, wiele by to nie zmieniło. Ot, kapkę dłużej by awantura potrwała.

Cztery dni drogi do wrót i piąty dzień czekania upłynęły wręcz spokojnie i monotonnie. Codziennie proszone obiadki, przeglądanie raportów z planety, treningi… Raz widziano panią Rolas trenująca z Aleksiejowymi Voroksami, sam hrabia też czasem się pojawił…
Dygresję uczynię… powiedziałem Aleksiejowe, cóż… owszem, wynajął ich czterdziestkę do ochrony. Dowcip polegał na tym, że czterdziestka owa służyła wcześniej Aidzie Katli. Tak, tejże samej. A bezpośrednim ich przełożonym był nie mniej znany Grunsh Steelbiter – mówiąc delikatnie, niechętny Donowi Alejandro. Jak to zwykle bywa, wzajemna niechęć naczalstwa przenosiła się w dół. Oczywiście, jakakolwiek awantura zakończyłaby się skandalem na wysokim szczeblu, za wysokie progi, więc lubo każdego z nich łapy świerzbiły na widok diuka, on sam zasię, sprowokowany, pewnie rad by sprawdzić coś ciężkiego na futrzastym łbie, był spokój. 
A jak się skończyło miedzy Corrinho a Steelbiterem – dożyję, to opowiem…  

Co do samego komendanta – rzecz ciekawa… wiadomo było, ze na Keth nie czeka go żaden miły widok. A jednak, w miarę oddalania się od B2, humor mu się poprawiał. Nawet przestój przy wrotach go nie zirytował – a czekać musieliśmy niemal dobę, owszem, leciał wcześniej gildyjny konwój na Leminkainen, ale jego supercargo bez bicia przyznał, iż nie zamierza zabierać Hazatów. 
Po drugiej stronie wrót Hawkwoodzcy sojusznicy przyjęli nas już znacznie uprzejmiej, jeno… cóż, mniej uprzejmi byli dla Iwanowicza. Stosunki z Decadosami były, delikatnie mówiąc, napięte. Celnicy nie przepuścili okazji do okazania swojej władzy, sprawdzali krążownik okrągłą dobę, a i tylko dzięki glejtom od księcia Eryka, które Aleksiej okazał. Trzymali się tedy przepisów wręcz drobiazgowo, nie uciekając się do czynów które obraziłyby leminkaineńskiego księcia, ale i nie pobłażając ani odrobinę. Gdyby nie list – pewnie ze trzy dni by zeszło.

Zaraz po skoku na Keth-Kordeth gość nasz pożegnał się i przesiadł na kuriera. Chciałby, powiada, rzucić okiem na swe włości, zobaczyć co zostało z jego kopalń na Pasie Nataszy po styczniowej wizycie hazackiego dywizjonu. Obiecał dogonić nas w drodze na planetę. 
Siadł tedy i poleciał. Nawiasem mówiąc, dziatki, dużych zniszczeń na miejscu nie zastał. Owszem, nieproszeni goście rozwalili w drobny mak wszystko co się ruszało lub dawało dobry odczyt, ale po pierwszych eksplozjach obrońcy wysadzili ładunki na pobliskich asteroidach i jedyne co zostało na sensorach to chmura kosmicznego śmiecia. 
A na jachcie Inezy zrobiło się… spokojniej to złe słowo, wszak awantur żadnych nie było. Ale jakoś tak spadło stężenie ozonu.

Dolot na planetę byłyby zupełnie spokojny, gdyby nie… cóż, hrabia Aleksiej we własnej osobie. Dokonawszy inspekcji na swych włościach stwierdził snadź że nie będzie gniótł tyłka o twardą koję na swej korwecie, umyślił dogonić „Pas Oriona” i przez ostatnią dobę lotu wylegiwać się na hazackich piernatach. Jak postanowił tak uczynił, przynajmniej w części dotyczącej dogonienia nas. Bynajmniej, nie odmówiła mu piękna Ineza ponownej gościny, oba okręty zastopowały. Iwanowicz poczekał aż przerzucą rękaw z korwety i zabrał się za przechodzenie. W tym celu musiał wdziać skafander, wiecie, rękaw nie jest hermetyczny… i pewnikiem dlatego przeżył.
Markiza wraz z komendantem siedzieli tedy przy herbatce w mesie, jam po służbie brzdąkał na mandolinie, żeby nie widoczna przez iluminator korweta nikt by się nie zorientował że już dobre pól godziny zeszło a wciąż jesteśmy przypięci. Dopiero zrobiło się ciekawie gdy z naszego mostka (kontrolki, jakby się kto pytał, wciąż wskazywały że połączenie gra) dojrzano lecący w pustkę rozerwany rękaw. 

Co się stało? Decados nie był później w nastroju do opowiadania, składanie informacji kawałek po kawałku trochę nam zajęło. Dość, że przeszedł całą długość rękawa tylko po to, by pocałować klamkę naszej śluzy. O którym to fakcie poinformował swych techników, tylko po to by usłyszeć że przecież śluza jest otwarta. Rad nierad zawrócił do siebie… i historia się powtórzyła. Tak, panie hrabio, przyrządy wskazują że nasza śluza też jest otwarta. Już miał cos powiedzieć, gdy rękaw się rozpruł. Posyłając hrabiego w pustkę między oba okręty.
Część zarejestrowała jedna z naszych kamer… wiecie, jak to jest w próżni – jeśli nie możesz czegoś dosięgnąć, to nieistotne czy jest to od ciebie o piędź czy kilometr. Jeśli lecisz nie mogąc się niczego złapać – cóż, będziesz leciał dalej. Kamera uchwyciła tedy hrabiego, jak ów leci w skafandrze wzdłuż kadłuba korwety, próbując czepiać się anten, dział i innych wystających z owego kadłuba różności. I tak by przeleciał, dziatki, w wieczność, ale przypomniał sobie o pistolecie odrzutowym, który każdy skafander posiada. Musiał się czegoś złapać (gdyż tu wyleciał nam z kadru) i dostać się do wnętrza korwety, gdyż kwadrans później, z miną pokerową, połączył się i poprosił byśmy przerzucili nasz rękaw, gdyż drugiego już nie posiada. Chcąc nie chcąc, musiał tu uchylić rąbka tajemnicy – żeby nasi spece sprawdzili śluzę i rękaw przed połączeniem. Za to przeszedł już bez przeszkód.
Dlaczego, pytacie? Powiem wam na razie, że włam do komputera. A kto go uczynił, kiedy, po co – później…

Ongiś zielono-błękitna Keth-Kordeth jawiła nam się teraz jak… emaliowany lazurowo talerz, z którego ktoś nie dojadł chili con carne. Co było kiedyś zielone – obecnie miało barwę brązu. Od ostatnich trzech miesięcy nie zmieniła się wcale…
Zmieniło się natomiast nad planetą. Na orbicie wisiała na ten przykład, wystawcie sobie, niemal połowa Aylońskiej floty. W składzie jednej fregaty (drugą, większą połowę stanowił niszczyciel). Był jeszcze cesarski dywizjon, który zastąpił ten posłany do wieczności w styczniu. Do tego całkiem sporo okrętów Hawkwoodzkich. Tudzież ukarskie. Czemu się nie należało dziwić – przypominam, że zjawiło się tu wiele osobistości na zaproszenie Nadakiry, tudzież po lekcji udzielonej przez flotę hazacką po prostu wzmocniono kontyngent.  

Komendant prosił do swego pałacyku… co? Synku… Villacorvo, owszem, składało się wtedy jeno z wypalonej ściany i dwóch wiszących na niej kominków, nie mniej nie było jedynym jego pałacem. A wszystkich insurgenci nie spalili… ha, szczerze rzekłszy puścili z dymem jeszcze tylko jeden, resztę – po cholerę? Nie mieli wiele czasu.
Wylądowalim tedy w Canizar, pałacyku położonym u podnóża Gongory. Co było na Keth zwyczajne, był otoczony zasiekami i dobrze obronny. Co było zasię niezwyczajne, otaczał go trawnik. Wyhodowany z wielkim trudem na oczyszczonej ziemi, rzadki i nierówny, lecz w tym martwym otoczeniu jawił się tak zielonym i soczystym, jak pieszczone przez stulecia trawniki Pałacu Cesarskiego. Wyglądał tak kusząco że ledwie zdążyliśmy się po podróży rozpakować, ujrzałem z okna Ines chodzącą po nim boso. Długo jednak nie pochodziła, gdyż Keth postanowiła pokazać jej bardziej ponure oblicze. W pałacowe zasieki zaplątała się skorupa, nastąpiło to, co zwykle – dwóch chłopa odepchnęło ją bosakami, trzeci spalił miotaczem, który to widok odebrał markizie chęć na dalsze spacery.
Tak czy inaczej, słoneczko chyliło się już ku zachodowi, a w gabinetach czekała góra papierów a wiadomości. Dowiedzieliśmy się na przykład, co robi na orbicie ayloński okręt – przywiózł on na Keth księżną Fatimę, wielce urodziwą i niemiłosiernie rogatą małżonkę Chemicznego Faisala. Komendant zasiadł tedy do powitalnego listu, skreślił go ręką własną (Ines w tym czasie dyktowała drugi od siebie) i kazał duchem wysłać. Potem przejrzał list zapieczętowany ukarskim glifem i rzucił coś cicho acz plugawie.
Cóż takiego wyczytał? Otóż, jak zapewne pamiętacie, na Keth było wówczas około trzydziestu milionów skorup. Za trzy dni nie miała z nich zostać ani jedna – ukarska ceremonia podlana krwią tysiąca jeńców winna odesłać ich dusze… na wieczny spoczynek, jak mieliśmy nadzieję, choć metoda nakazywała raczej spodziewać się Quillipothu. Dość, że ktoś na samej górze uznał, że szkoda dać się takiej ilości marnować, zwłaszcza że zwierzyny łownej od stycznia na Keth zbywało… Krótko mówiąc, było to zaproszenie na polowanie. 
Prawda, rzekniecie, skorupa rzecz obrzydliwa, plugawą siłą stworzona, jest spaczeniem człowieka jako dzieła Wszechstwórcy. Każdą, owszem, należy ubić bez zwłoki, gdyż innego ratunku dla ich dusz nie ma. Ale komendant był zdanie, że należy to robić… z godnością, to chyba lepsze słowo niż „humanitarnie”. A nie szlachtować jak zwierzęta.
Jak się okazało, zaproszenia otrzymała cała przebywająca wonczas na Keth wierchuszka. Gubernator, Aleksiej, Fatima, brat jej Jaffar… don Alejandro natomiast odmówił, podobnie jak Ines.
Następnie wypadało komendantowi podjąć gości – Ines, Dydonę tudzież Aleksieja – kolacją. Upłynęła szybko a spokojnie, nie poruszano żadnych rewelacji, cóż, widać było że cała kompania jest zmęczona podróżą. Że okoliczności pozwalały na wygodne wyciągnięcie się na pałacykowych piernatach, księżyc jeszcze dobrze nie wzeszedł a już wszyscy spali. 
Natomiast osobą, dla której dzień ów zakończył się zdecydowanie miłym akcentem, była Dydona. Znalazła bowiem w komendantowej piwnicy, na planecie gdzie cztery miesiące temu wybiło ze szczętem wszelakie zwierzęta, kota. Wielkie, spaśne kocisko. Don Alejandro sam ze znaleziska się ucieszył, biorąc je za nadzwyczaj dobry omen – i zwierzaka, ma się rozumieć po badaniach, Dydonie podarował.  

Rankiem hrabia Aleksy podziękował za gościnę i udał się na orbitę, by przygotować się do polowania. Ines i komendant, jakom już rzekł, lecieć nie zamierzali. I dobrze zrobili, dziatki, wybierając zamiast tego wycieczkę terenówką po okolicy… na polowaniu podziało się bowiem sporo, nie do końca po myśli organizatorów. 
Owszem, na początku wszystko szło jak w zegarku, zwiadowcy wystawili gromadę skorup zajmującą zrujnowaną wioskę, platformy na repulsorach z dostojnymi tfu gośćmi zawisły na bezpiecznej wysokości, by nikomu przypadkiem krzywda się nie stała, poczęto dawać ognia… iście jak w zegarku, tylko ów okazał się być z Bastionu. Nie minął bowiem kwadrans a z ziemi odpowiedziano, i to rakietą. Platforma z Fatimą i Iwanowiczem z latającej stała się spadającą i gwizdnęła o ziemię, wyrzucając pasażerów. 
Tak, dziatki, również wiem o tym że skorupa nie potrafi się posłużyć niczym bardziej skomplikowanym niż kij… a kto powiedział, że to były skorupy? A nie piątka uzbrojonych po zęby najemników? 
Nie, nie było mnie przy tym, wbrew temu co później mniemano… ale z pewnych przyczyn dostaliśmy, i to nazajutrz, dokładne nagrania. Iście, piątka zamachowców otworzyła ogień do platform, Ukarzy zaczęli się desantować na powierzchnię, jednak miast iść na pomoc musieli zewrzeć się ze skorupami, tym razem twarzą w twarz. Aleksy, pozostawiony chwilowo sam (bo księżna poza upadkiem szybko zarobiła kulę i kilka odłamków i padła bez ducha) stawał wcale dzielnie, położył trupem dwóch napastników a pozostałych przytrzymał pod ogniem na tyle długo, aż przyleciał skoczek i zwalił im chałupę na głowy. Efektem awantury, która trwała może minut pięć, były ciężkie rany wielkiej księżnej Aylonu oraz ogólne, acz niegroźne sponiewieranie decadoskiego hrabiego. Oraz śledztwo, które ruszyło zanim dym nad pobojowiskiem zdążył się rozwiać.
Komendant otrzymał wieści o wydarzeniu po powrocie z wycieczki. Poza rzeczami oczywistymi, czyli breve z zapytaniem o stan Fatimy, wysłał również własną ekipę śledczą, jako że zdarzenie miało miejsce na granicy ziem jego i Azima. Zanim jednak owi dotarli, ze względu na rangę poszkodowanych sprawę zgarnęli cesarscy z Ukarami pospołu.  

Ale jednak dostaliśmy wszystkie materiały, za sprawą – zupełnie niechcący – mojej skromnej osoby. Następnego ranka bowiem z komendantem połączył się hrabia Iwanowicz, oznajmiając bez ogródek iż posiada dowody na mój udział w zamachu. Wybiera się tedy do nas i, powiada, dobrze żeby komendant do jego przylotu zachował te informacje wyłącznie dla siebie. Pierwsze zatem co don Alejandro zrobił po rozłączeniu, to kazał wyrwać mnie z łoża tudzież ramion niewieścich i postawić przed sobą. Bez ogródek streścił mi rozmowę z Decadosem, co ja, jeszcze nie ochłonąwszy po wezwaniu tak nagłym, pojąłem opacznie i w twarz mu wybuchnąłem, żem niewinny i jest to potwarz. Komendant… cóż, chciał to potrafił jednym zdaniem a gestem uciszyć i właśnie to ze mną uczynił. Nie mówiłem, rzecze następnie, że to zrobiłeś, jeno że Decados posiada dowody przeciw tobie. Uspokoiłem się, po czym kazał mi się w bocznej komnacie zataić i czekał.
Nie minęło wiele a zjawił się Aleksiej Iwanowicz z wizytą… alboli oblężeniem. Rzec by można, że zamiast rozmowy zamierzał szturmem wziąć pałac i moją osobę. Wylądował bowiem korwetą tak, by mieć gmach w polu ostrzału, zanim wysiadł zasię wystawił przed okręt sorok uzbrojonych po zęby Voroksów. Trochę za dużo i zbyt agresywnie jak na pojednawczą wizytę. Mogło być ostro, siły w zasadzie wyrównane… on miał okręt, ale my też sporo broni, w tym dwie haubice oraz ośmiocalowego kreta w piwnicy. Z drugiej strony, on miał czterdzieści Voroksów. Z trzeciej, nikt jeszcze nie używał futrzaków na planecie, gdzie co druga sztuka broni miała w nazwie „ogień” lub „zapalający”.
Iwanowicz wkroczył jak do siebie, w pozornej zgodzie zasiedli przy stole, pozornie spokojnie przeszli bez wstępów do sedna. W telegraficznym skrócie, Decados oświadczył iż przy trupach zamachowców znalazł urządzenie naprowadzające, które nastawione było na odbiornik zaszyty w nogawce jego spodni. A na odbiorniku ponoć znaleziono moje odciski palców oraz ślady genetyczne. Tyle?, pyta grzecznie komendant. Ano, tyle. Nie chcę niepotrzebnego rozgłosu, powiada Aleksiej, dlatego przylatuję z tym tutaj. Z kupą uzbrojonego futra jakbyś spróbował się sprzeciwić. Czemu nie, rzecze don Alejandro, pozwól że moi ludzie obejrzą ten hmm… dowód. I skąd, ciekawość, wiesz że jest to materiał Vegi? Ano, powiada ten zasraniec, don Vega zostawił ostatnio u Nataszy śladów na pęczki. 
Zanim skończyli dyskutować, wyszło jeszcze że na onym nadajniku znajdują się ślady drugiej osoby. I jak nasi dali je maszynie myślącej na pożarcie – szast, prast i wyskoczyło. Catherine Neville. Gildyjna służka Inezy. I, cóż rzec, moja kochanka… 
Tak, tak, śmiejcie się, Vega złapany na lep szpiega… tak też, wstyd rzec, pomyślałem w pierwszej chwili. Zwłaszcza że nie była to słabość długa, wpadłem jej w oko niedługo po wylocie na Keth… że nic nie wspomniałem? Demony, nie oczekujecie chyba że będę się z każdej kochanki opowiadał… a jeśli tak, to źle trafiliście…
Uch, ta młodzież… W każdym razie, komendant pierwej polecił mi powiedzieć to, com przed chwila wam nadmienił. Czyli, bez ogródek – jak, odkąd się spotykaliśmy… Następnie kazał dać szlacheckie słowo, że nie mam z ową zbrodnią nic wspólnego. Gdym zaprzysiągł (Iwanowicz zgoła mi nie uwierzył, cóż, może do wagi własnych słów moje przykrawał), polecił mi poczekać (znowu!) w bocznej komnacie, sam zasię wezwał Catherine.
Ta, zapytana, odparła prosto z mostu iż w istocie wręczyłem jej ów przedmiot pierwszej nocy po wylądowaniu, prosząc by zaszyła go w nogawce spodni hrabiego. Krotochwila to, powiada, miała być, by hrabiego przy przybyciu na polowanie wyłapała bramka. Jakby hrabiowie przechodzili przez takową… Niemniej, co widziałem z ukrycia, komendant miał niepewną minę, jakby widział że dzieweczka prawdę mówi – albo jest o tym przekonana. 
Wezwano mnie wreszcie. Poproszony, po raz wtóry powtórzyłem swoje, dodając że we wspomnianym przez nią czasie miałem wolne… i niestety (spałem, jakby się kto pytał, i to sam) nie mam na to świadków. Catherine znowuż swoje – i sam, spojrzawszy, widziałem że wierzy w to, co mówi.
Dobrze, powiada Iwanowicz, mogę uwierzyć że don Vega mówi prawdę, jeśli sprawdzi go mój psionik. Żaden decadoski najmita, wybuchnąłem znowu, nie będzie mi w głowie grzebał. Don Alejandro po raz wtóry usadził mnie gestem na rzyci…
Nie, powiada. Wolność szlachecka jest święta. Jeśli hrabia życzy sobie psionika, rzecze, to on sprowadzi ukarskiego. O ile, oczywiście, don Vega się zgodzi. Jeśli nie – wolna wola, tudzież (jako że sprawa miedzy rodami) sąd cesarski. I rozgłos na, jak to mawiano, sto czternaście fajerek. Co zostało niedopowiedziane, każda inna opcja oznaczała krew.
Decados przełknął pigułkę, orzekł że zgoda, ale że chce by mu Catherine na przesłuchanie wydano. Ineza, jako że do niej było to skierowane, zgodziła się – demony wiedzą dlaczego, wszak była gildyjna… cóż, o piękna Ines, zamiast dwóch czy trzech balów warto było pójść na ten czy ów proces… Nauki wiele a i uciechy jeszcze więcej…
W każdym razie, zanim jej przyzwolenie przebrzmiało, wtrącił się majordomus. Jako przedstawiciel Gildii nie zgadza się, powiada, by członkinię (na którą już decadoskie łapsy wyciągnęły komorę stazy) poddano przesłuchaniu na podstawie widzimisię szlachcica… i w jego mocy. 
Nastąpił pewien pat, i już się wydawało że bez sądu cesarskiego i całej otoczki ani rusz… szczęśliwie przebywał u komendanta ktoś, kto mógł nadać sprawie odpowiedniej wagi a jednocześnie pomóc uniknąć rozgłosu. Jeśli się pytacie – Dydona Rolas, której komendant dotąd, jako gościa, niepokoić nie chciał. Dlaczego, pytacie? Ano, jako paladyn Rycerzy Poszukujących (tudzież, niechcący niejako, najstarszy rangą Rycerz na planecie) mogła nadać postępowaniu moc sadu cesarskiego. A także pozwolić na rozwiązanie tegoż w kameralnym gronie.
Tak miedzy nami mówiąc, moiściewy, hrabia Aleksy, niech mu ziemia będzie ciężka, mizerne miałby szanse w procesie pełna gębą. Jedynym jego dowodem, co do którego nie było wątpliwości, było zeznanie Catherine. Pozostałe dwa, nadajnik i odbiornik… pardą, podrobieniem śladów na owych średnio rozgarnięty spec mógł zająć się przy śniadaniu, między kęsami. Zwłaszcza, że pan hrabia nie zająknął się dotąd przed nikim (poza Donem Alejandro) że owe dwa przedmioty znalazł. Więc – niechby udowodnił, że w istocie nie sprokurował ich sam… Przy okazji, niechcący przyznał się do czegoś jeszcze… o czym później.
Zresztą, dość gdybania. Poproszona, paladyn Rolas zgodziła się na mediację w sporze… tymczasem nasi nie zasypywali gruszek w popiele. Szukali i znaleźli… o nie, nie myślcie sobie… gdyby don Alejandro znalazł fałszywym jakikolwiek dowód świadczący za mną, sprawca onego zawisłby na suchej gałęzi… nawet gdybym miał nim być ja, wiem to. Ale coś znaleźli. Może i poszlakę, ale…

Wypadało poczekać do następnego dnia, aż zbiorą się wszyscy zainteresowani. Bocząc się bardziej dla zasady, spędziłem ten czas w nałożonym przez komendanta areszcie domowym. Sam don Alejandro w pałacu cały czas nie siedział, wybył na spotkanie z księżną Fatimą. Czysto kurtuazyjne, dodajmy, jako że żona Chemicznego Faisala wciąż przebywała w cesarskim medlabie. Grzeczność nakazywała dowiedzieć się o jej zdrowie osobiście, nie zaś za pomocą breve.  

Rankiem zebrał się sąd, w tym ściągnięty przez komendanta, a zaakceptowany przez Iwanowicza i Dydonę ukarski psionik. Temu, choć z oporami, dałem sobie w łeb zajrzeć…

-Ten człowiek nie był pod wpływem okultystycznym. Mówi prawdę.

Następna była Catherine

¬-Ta kobieta również nie była pod wpływem okultystycznym. Również mówi prawdę.

Klops, prawda? Kto mówi prawdę – skoro mówią ją oboje? I żadne nie zostało omamione? Musiałbym chyba być w dwóch osobach… Wtedy właśnie, jakby to odkrył minutę temu (a nie godzin sześć), wpadł na salę Seringo z dowodem. No dobra, poszlaką. Otóż, moją osobę uwieczniły owej znamiennej nocy kamery na perymetrze pałacu. Sęk w tym, że w tamtej chwili bynajmniej nie spałem – siedziałem w cekhauzie, mając na to może nie całkiem trzeźwych, ale jednak pięciu świadków. A na końcu „mojego” tropu, gdy „ja” oddaliłem się od pałacu, znaleziono ślad po lądowaniu grawicykla. Najwyraźniej wsiadłem nań i odleciałem w siną dal. Siedząc jednocześnie w cekhauzie.
Snadź Iwanowicz nie był na mnie osobiście zawzięty, a tylko w dowody uwierzył… dość, że wobec wiadomości o istnieniu klonów (o których wiedział również Aleksiej) i możliwości sklonowania także mojej osoby (że nie wspomnę o łatwiejszych metodach, jak psionik – mieniak), oskarżenie wobec messera Vincente Vega niniejszym upadło.
Co nie znaczy, dziatki, że na Keth Kordeth ucichło. O nie, następnego ranka dopiero się zaczęło… 
 
   


Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń