Menu :


Link :: 04.10.2005 :: 00:14
CZAS NA REKLAME !!!

Witamy na pokładzie międzygwiezdnego statku wycieczkowego Imladris IX. Najnowsze cacko najznakomitszych międzygalaktycznych inżynierów zabierze nas tam gdzie jeszcze żaden fan nie dotarł. Przekroczymy ostateczną granice wyobraźni.
Podróż zaczyna się 14 października na stacji orbitalnej Kraków.
Imladris IX to nie tylko zlokalizowane na kilku pokładach kabiny sypialne ale przede wszystkim transglaktyczne centrum rozrywki.
Gośćmi specjalnymi kosmicznego rejsu będą między innymi: tegoroczni zajdliści Jacek Dukaj i Anna Brzezińska, specjalnie na pierwszy rejs teleportuje się do nas niesamowicie szybki Staszek Mąderek. Gwarantujemy Wam również emocjonujące spotkania z plejadą wielu innych polskich pisarzy.
Dla tych, którzy pragną dreszczyku emocji mamy przygotowane godziny sesji u zaproszonych Mistrzów Gry (specjalnie dla Was niezapomnianą sesję poprowadzi Mistrz Mistrzów Wojtek Rzadek). Na pokładzie planszówkowo-karcianym każdy będzie mógł poprowadzić swoje piony do zwycięstwa. Zaś dla zwycięzców konkursów mamy już ładownie pełne nagród.
W tym miejscu musimy jednocześnie nadmienić, iż Imladris IX posiada napęd typu prohibition. Pozwala on osiągnąć niesamowite szybkości, jest jednak bardzo czuły na znajdujący się w pobliżu alkohol. Dlatego też na wszystkich pokładach statku obowiązuje akcja 100% BEZ ALKOHOLU.

Dokładny opis czekających atrakcji znajdziecie państwo w naszych przenośnych terminalach informatycznych dostępnych przy śluzie wejściowej.

Życzymy udanego lotu.
Załoga Imladris IX

>>>>

CZAS: IX KRAKOWSKI WEEKEND Z FANTASTYKĄ IMLADRIS
odbędzie się w dniach 14 - 16 października 2005 w Krakowie

MIEJSCE: Tegoroczny Imladris, podobnie jak w poprzednich latach, odbywa się w Zespole Szkół Specjalnych nr 10 im. św. Mikołaja przy ul. Lubomirskiego 21. Jest to zaledwie 250 metrów od Dworca Głównego PKP w Krakowie - naprzeciwko Akademii Ekonomicznej.


AKREDYTACJA: Cena pełnej akredytacji wynosi 36 zł.
Wejściówki jednodniowe na piątek i niedzielę kosztują 16 zł,
na sobotę 22 zł.
Nie przyjmujemy przedpłat.
ZNIŻKI: 6 zł zniżki dla MG (co najmniej 6h sesji).

STROJE W KONWENCJI MILE WIDZIANE!

NOCLEGI:
W ramach akredytacji istnieje możliwość noclegu w zbiorowej sali (pamiętajcie o śpiworze i karimacie!).


UWAGA!
Na konwencie obowiązuje zasada 100% bez alkoholu.

PROGRAM :
- spotkania ciekawymi gośćmi;
- sala kinowa z filmami nawiązującymi do konwencji – prawdziwa uczta dla kinomana;
- pangalaktyczne konkursy z nagrodami;
- świetne LARPy (m.in. LARP Crystalicum, którego wynik będzie miał wpływ na losy świata);
- hit Imladrisów: LARP nieustający i scenki rodzajowe w klimacie sf;
- sesje rpg u zaproszonych sprawdzonych MG;
… i wiele, wiele innych


Zaproszeni goście: Jacek Dukaj, Anna Kańtoch, Marek S. Huberath, Andrzej Pilipiuk, Krzysztof Piskorski, Staszek Mąderek, Witold Jabłoński, Wit Szostak, Romuald Pawlak, Anna Brzezińska.




NA IMLADRISIE MOŻNA SPOKTAĆ NASZA WESOLA EKIPE
Komentuj (0)


Link :: 07.10.2005 :: 22:59
15 martius 5002

Madoc 4

Sesja wewnątrztygodniowa

BY LEILA

Zdecydowanie przesadziłam wczoraj z wodorostówką. Ale aż żal było odmówić, taka sympatyczna atmosfera się zrobiła. Nie spodziewałam się takiej gościnności ze strony oro’ymek... kto by pomyślał, że pomimo różnic ras i kultur możemy sobie tak razem siedzieć i gadać... Cóż – jak mawiała moja niania „baba z babą wszędzie się dogada” – za wyjątkiem przypadku, kiedy jedna jest zazdrosna o drugą. Lub też – jak zwykł podśpiewywać kumpel ze studiów – dość niegramatycznie za to do rymu – „kawa się nadawa, lecz gorzała szybciej działa”. Może i działa... ale skutki uboczne... Nic to, wstać trzeba. Raz, dwa.... proszę, proszę, jakaś troskliwa dusza nawet miednicę postawiła przy łóżku...czyżby aż tak źle ze mną było? Gramoląc się napotykam zaspane spojrzenie Laury. Reszta jak widzę już wstała. No to szybciutko – proszki od bólu głowy i poranna toaleta. I śniadanko.
Hmmm – Askar, Moebius i Varia jakby troszeczkę zaniepokojeni. Varia rozgląda się dookoła, jakby czegoś szukała. Ale to chyba nic bardzo poważnego – przecież by nam powiedzieli. Za to Vasilij chce nam opowiedzieć swój sen. Zobaczył w nim miasto z białego kamienia z piramidami i obeliskiem pokrytym jakimś pismem. Stał na wielkim okrągłym placu. Pamięta jeszcze zapach, jakby morski. Kiedyś prosiłam Vlada, by pokazał mi uryjskie miasta, jakich obrazy zachowały się w pamięci lewiatana... Poza tym pamiętam jeszcze białą stolicę kościanogłowych. Sądząc z opisu Vasilija śnił o mieście Atlantów... skądinąd możemy przypuszczać, że co najmniej jedno takie miasto było tu – na Madoc. Temat snu przypomina o wczorajszym rytuale i wizjach. Askar opowiada swoją – po raz kolejny bitwa u Pierwszysch Wrót... tyle, że tym razem stał na mostku skrzydłostatku a we flocie sprzymierzonych przeciwko Zakonowi znajdowali się Symbionci. I jeszcze informacja – Paul przeprasza, że nie może uczestniczyć w pogrzebie Vlada. Vasilij kiwa głową. „To by się zgadzało”. W wizji Inżyniera on sam stał w jakimś pomieszczeniu pełnym zapracowanych ludzi. Coś montowali – widział plany, co chwila zresztą ktoś podbiegał i pytał o radę zwracając się od niego per „Mistrzu”. Pamięta jeszcze terminarz z dwoma wpisami na ten dzień „rozmowa z Paulem” i „pogrzeb Vlada”. Laura pyta o poprzednie wizje Askara – jak często, co je powodowało. Zwraca uwagę na ich kolejne modyfikacje - jakby dostosowywały się do naszych działań. Przypominamy sobie inne – pogrzeb Vlada... prawda – sam Vlad przecież mówił, że widział Jenny, Vasilija i kogoś podobnego do siebie nad grobem. Więc tym kimś podobnym miałby być Paul a grób... Och – mam nadzieję, że to się nie sprawdzi. Zresztą – to tylko możliwa przyszłość... Opowiadamy. Laura spogląda na nas coraz bardziej zdumiona. Przypomina mi się jej reakcja na Ligheim, kiedy tłumaczyliśmy jej, że dostrzegamy „dziwne rzeczy w schowku na szczotki”. W pewnym momencie pyta, czy uważamy się za ludzi normalnych. I co mam jej odpowiedzieć? Nie sądzę, bym była bardziej szalona niż inni. Ktoś sugeruje, że może jako psionicy jesteśmy podatniejsi. Zgrabne wytłumaczenie. Czy mnie to nie dziwi? Uśmiecham się do Laury – „A jak wytłumaczysz to, że znajdowaliśmy się kilkadziesiąt metrów od centrum wybuchu czterech megatonowych bomb jądrowych?” W porównaniu z tym nawet najbardziej szalone wizje są niczym. „A jednak żyjemy...a jeśli ci powiem, że widziałam Świętą Amalteę?” Jak sobie to tłumaczymy? Jak z tym żyjemy? „Takie rozmowy to tylko przy flaszce” – odzywa się Askar, ale Varia spogląda na niego krzywo i Braciszek szybko się reflektuje. Zatem – kawa, czy herbata. Taaak – jeszcze jedną filiżankę poproszę, Kapeluszniku. W gruncie rzeczy – nadmiernie się nad tym nie zastanawiam. Właściwie – spycham to na krawędź świadomości, ja, która przecież zwykłam powtarzać, że nie cofam się przed prawdą. Czyżbym się bała?
Ludzkie zdolności adaptacji są niesamowite. Jakoś przywykliśmy od życia z tym, zaczęliśmy traktować jak coś normalnego. Ot, kolejna wizja, opowiesz?... Przyznaję, że był czas kiedy to przerażało - ja nauczona myśleć racjonalnie, i w gruncie rzeczy materialistka, wierząca, że zmysły pokazują mi prawdziwy obraz świata nagle dowiedziałam się o rzeczach, wykraczających poza znane mi prawa przyrody. Obce byty opętujące mnie i manipulujące, jakbym była nie więcej niż maszyną, którą można tak łatwo przeprogramować, wszechświaty równoległe, podróże w czasie, obrazy, rozmaite wersje przyszłości, mój własny trup na stole w medlabie, Xerris wołający mnie imieniem własnej żony, Lee’lah którą stałam się na jedną noc kilka tysięcy lat temu, wystrzelające z mojego ciała pędy, Lucas Kambei zapraszający nas na kolację, Urka, która omal mnie nie zabiła, ale którą i tak podziwiam... i wreszcie ściana ognia, która ściga mnie w snach.
Najbardziej szalone jest chyba to, że pomimo tego wszystkiego nie popadliśmy w obłęd.
Według mojej roboczej teorii część z tego to kolejne manifestacje anomalii, potężnego okultystycznego zaburzenia wywołanego przez pakt Atlantów z demonami. To je właśnie obwiniam za to, co dzieje się w Mroku Pomiędzy Gwiazdami. Cóż – będzie kiedyś więcej czasu to spróbuję to jakoś ogarnąć, uporządkować. Opisać. A teraz – po prostu nauczyłam się, że te wizje są przydatne. Może nie stuprocentowo pewne, ale traktuję je jako dodatkowe źródło informacji i tyle. (Choć raz to się na tym przejechałam i to jak bardzo...cóż, niepoprawna interpretacja) A to, że żyję... Nie, nad tym naprawdę wolę się zbytnio nie zastanawiać. Wnioski, od których dochodzę przerażają mnie.
„Wizje to jeszcze nic, spotkaliśmy Anunnakiego” – mówi Vasilij. „On przynajmniej był prawdziwy” „I to właśnie jest najbardziej niesamowite”. I to nie byle jakiego Anunakiego – dopowiadam sobie w myślach. Kogoś, kogo sami Urowie uważali za swojego boga. A potem... potem za bardzo się bałam...za mało umiałam, by dociekać, co też pozostawił w mojej głowie. A teraz...teraz chyba jest za późno...a ja jestem winna.
Uffff, rozmowy schodzą na bardziej bieżące tematy. Teraz w zasadzie możemy tylko czekać na odpowiedź z głębin. Czy będziemy coś robić? Może popłyniemy na rafę? Zwłaszcza, że komputer przeanalizował już dane i okazało się, iż koralowce porastają ruiny jakiejś budowli. Chwilowo jednak nie chcemy rozdrażniać naszych gospodarzy, wściubiając wszędzie nos. Rafę odkładamy na potem. Mnie spokoju nie daje informacja o obunach, którzy podobno szukali czegoś w pobliskim miasteczku. Podpytuję naszego przewodnika – trzy lata temu. Chcę to sprawdzić. Proponuję wycieczkę, zwłaszcza, że możemy załatwić to w jeden dzień. Może dowiemy się czegoś ciekawego. Askar i Varia nie chcą płynąć. Ewa się zastanawia, ale w końcu woli zostać z Varią troszeczkę obrażona, że nikt nie chce sprezentować jej – tym razem noża. No to płyniemy.


Miasteczko składa się z pięciu obwieszonych opalizującymi bańkami i połączonych przezroczystymi korytarzami kominów. Cztery z nich ustawione są w kwadrat, na przecięciu przekątnych którego stoi piąty – najwyższy zwieńczony dużą bańką - najprawdopodobniej chatą wodza. Nad morskim dnem pomiędzy słupami rozciągnięto kopułę zapewniającą dużą „bezwodną przestrzeń” Z kopuły system korytarzy prowadzi do miejsca przystosowanego dla łodzi. Od razu widać, że miasteczko przystosowano dla turystów.
Dostrzegają nas już z daleka. Grupka oro’ymów odzianych w „tradycyjne stroje” wypływa nam na spotkanie i towarzyszy przez ostatnie kilkaset metrów. Przybijamy i wysiadamy, z miejsca napotykając komitet powitalny. Sądząc po posturze witającego nas łamanym urtyjskim oro’yma powodzi im się tu lepiej niż tym z wioski. „Witamy, witamy, szlachetną panią i jej świtę”. Tym razem zrobiłam wyjątek i założyłam sukienkę zdobioną motywem iskierek, choć zazwyczaj nie noszę symboli rodów – jak już mamy udawać dzianych i znudzonych turystów to udajemy. „Zapraszamy, zapraszamy... – kontunuuje oro’ym a w tak zwanym międzyczasie jego „tradycyjnie odziani” pobratymcy obwieszają nas girlandami z wodorostów. Wow! Teraz ja powiem – podoba mi się tu. Za plecami grupki, która nas obstąpiła panuje energiczna krzątanina. Pod świecącą kopułą uruchomiony zostaje właśnie mały targ. Kątem oka obserwuję przepychanki wśród kramów oraz zmianę ekspozycji na pro-Al-Malicką. „Służymy szlachetnej Pani, czy życzy Pani sobie przewodnika? Selim...” Grymas na mojej twarzy niepokoi oro’yma. „Coś się stało?” „Nie lubię tego imienia”. Mój rozmówca uspokaja się, macha ręką. „Ahmed!”. „Selim” momentalnie znika zastąpiony przez innego.. Ciekawi mnie ile imion na użytek turystów mają przewodnicy i czy czasem im się nie mylą. Oczywiście, że życzę sobie przewodnika, kategorycznie odmawiam jednak na propozycję poruszania się po miasteczku w lektyce. Bez przesady. Spacerujemy. Oglądam wystawione towary, jednak wydają mi się strasznie tandetne. Ciekawe, czy bliższe oględziny nie wykazałyby np. obecności metki z napisem „made in Bastion”. Kupuję Askarowi możliwie najładniej wyglądającą iskierkę z muszelek. Idziemy dalej. Gdy opuszczamy targ podbiega do nas dzieciak i wyciąga do mnie rękę, w której kurzowo coś ściska. „Prawdziwe kolczyki ostatniej cesarzowej oro’ymów”. Zapewnia mnie otwierając piąstkę. Uśmiecham się. Ciekawe, czy sam to zrobił, czy też ktoś z domowników. W każdym razie jest to o wiele ładniejsze niż tamta tandeta z kramików... I w sumie wcale niedrogo – jak dla mnie oczywiście. Podoba mi się też przedsiębiorczość małego. Zdecydowanie muszę ją wesprzeć. Targuję się nieco, by podtrzymać rodową tradycję i w końcu wciskam w łapkę chłopaka kilka szponów. Próbuję o coś wypytać, ale niewiele wie. Poza tym nie potrafię go przekonać, że naprawdę nie musi nam mówić dokładnie tego, co jemu się wydaje, że pragniemy usłyszeć. Oro’ymska cesarzowa Fatima... Tjaaaa... Trochę mnie to bawi, trochę ich rozumiem – interes to interes. Dysonans pomiędzy tymi tutaj oro’ymami z ich wymyśloną „proludzką” tradycją na sprzedaż a oro’ymami z wioski ich zwyczajami, kulturą, zachowaniem... – no właśnie – a co, jeśli też wymyślonym i sterowanym – tyle, że przez „kuzynów z głębi”. Równie dobrze tamto też może być sztuczne... Iluzja wyższego stopnia wprawdzie, ale i tak tylko mydlenie oczu na użytek ludzi.
Na widok sukcesu, jaki odniósł ich kolega otacza mnie banda dzieciaków, oferujących ozdoby z muszli i korali, oraz różne inne drobiazgi. A co mi tam – jestem na wakacjach, nie? Z wakacji zwykle przywozi się pamiątki. Wybieram co ładniejsze przedmioty i kupuję. Moebius również przygląda się proponowanym przedmiotom. Zwraca uwagę na przezroczysty, ładnie oszlifowany kryształ. Kupuje go i pyta, czy nie ma takich więcej. Mały oro’ym zaprzecza. Wciągamy go w rozmowę, z której dowiadujemy się kilku ważnych rzeczy, a mianowicie, że ojciec oro’yma znalazł takich więcej na rafie. Niemal wszystkie kupili „tacy dziwni brązowoskórzy ludzie”. Wrócili potem – tym razem sami i wynajęli ojca małego. Miał być ich przewodnikiem. Popłynęli na rafę i nie wrócili. Oro’ym twierdzi, że pożarły ich widocznie żyjące tam wielkie ryby. Niewiele więcej wie, poza tym wujek zabronił mu zadawać się z nieznajomymi. Dajemy do zrozumienia, że za dodatkowe informacje jesteśmy skłonni zapłacić. Podejrzewam, że Askar złapałby się za głowę widząc jak „dyskretnie” przebiega nasz „wywiad”. Z drugiej jednak strony jesteśmy w takim miejscu, że właściwie niemożliwe jest załatwienie czegokolwiek pokątnie. A tak – może po prostu przyjmą nasze wypytywanie jako kaprys ciekawskich turystów. Ostatecznie - ludzie muszą wydawać im się dziwni. Jest duże prawdopodobieństwo, że uznają to za jedno z takich dziwactw.
Hmm – zrobiło się południe. Obiadek? Proszę proszę...maja tu restaurację nawet. Wchodzimy do dużego ładnie urządzonego bąbla. Z miejsca otaczają nas kelnerzy w krawatach z wodorostów i proponują „tradycyjne oro’ymskie potrawy”. Ha- jeśli one są tak samo „tradycyjne oro’ymskie” jak cała reszta tutaj to mam nadzieję, że wreszcie zjemy coś LUDZKIEGO i smacznego. „Może mają tu wieprzowinę...” – zastanawia się Vasilij. Proszę o menu. Ceny całkiem przystępne. Słuchajcie – ja stawiam! (ja naprawdę siebie nie poznaję ostatnio, ale nic to, tak mi tu dobrze, świetnie się bawię) Dla mnie owoce morza. Laura zamawia homara. Za jedynego feniksa możemy obejrzeć sobie „oro’ymskie” tańce. Dobra.
Po posiłku Moebius wyciąga kamień i ogląda go uważnie. Proponuje mi obejrzeć aurę przedmiotu. Laura też chce się przyjrzeć...potem ja. Kiedy LiHalanka podaje mi kamień i nasze dłonie się stykają przez tę chwilę słyszę jej myśli. Niezwykłe... Ej, moje wspomnienia chciałabyś poznać... Niech no pomyślę, może coś ciekawego Ci wybiorę... koniec...hmmmm – faktycznie – przedmiot ma własną aurę, dziwne...połączenie umysłów... ciekawe...okazja!... Vasilij, chcesz obejrzeć ten kryształ...buuu..za krótko... zresztą i tak pewnie bym się nie dowiedziała, co sobie o mnie myśli... Nic to, przejdźmy się jeszcze po miasteczku.

Taaak – i stałam się posiadaczką naturalnej wielkości owcy z korala, taki jeszcze jeden prezencik dla Askara... ale na szczęście są tragarze, którym polecamy odnieść owieczkę, oraz wszelki kupiony przeze mnie drobiazg na statek. I pozwiedzamy sobie jeszcze, a co...

Oro’ym stojący w rozwidleniu korytarzy wyraźnie próbuje zwrócić naszą uwagę. Zza jego pleców wychyla się mały zielony łepek. Nasz znajomy dzieciak. To pewnie ten jego wujek. Chce pogadać. Wracamy do restauracji. Zamawiam deser, także dla naszych rozmówców. Pytamy o kryształy i rafę. Starszy oro’ym opowiada. Tak, jego brat popłynął na rafę i przyniósł stamtąd niedużą metalową figurkę i przypominający jeżowca korpus, w który wprawione były kryształy. Kryształy wymontował. Jakiś czas potem z wycieczką przypłynęli obuni, którzy natychmiast kupili figurkę, kryształy i to, w czym były osadzone. Potem wrócili – tym razem sami i wynajęli jego brata. Popłynęli i zaginęli. Nikt ich nie szukał, nikt nie wypytywał... A przecież ostrzegał brata. Na rafach czają się wielkie ryby, tam jest niebezpiecznie... Nikt tam nie pływa. Czy nie znalazł jeszcze jakiś przedmiotów? Nie, to wszystko. Czemu więc został ten kryształ? Okazuje się, że mały świsnął ojcu trzy. Dwa sprzedał kobiecie z wytatuowanym na twarzy szponem. Była bardzo ciekawa, zainteresowała się rafą. Obiecała, że tu wróci i chętnie kupi, jeśli będą mieli tego więcej. No, ale on tam nie popłynie, pamięta przecież jaki los spotkał jego brata. Tak – udzielił mu wskazówek, zanim popłynął po raz drugi. Moebius prosi, by spróbował sobie przypomnieć. Oro’ym zamyśla się, Moebius koncentruje. Tak, to chyba wszystko. Daję wujkowi trzy feniksy, dziękujemy za pomoc i żegnamy się. Nagle do bąbla wbiega zaaferowany oro’ym „Dzięki Wielkiemu Wę... eee... Dzięki Wszechstwórcy... cóż za wspaniały dzień...jeszcze jedna łódź... „Za to my musimy już wracać do Portu Moresby...” Oświadcza Moebius. Spoglądamy na niego zdziwieni. Otwieram usta, by coś powiedzieć. Moebius gromi nas wzrokiem. Jasne! Ech, za bardzo chyba wczuwam się w tę wakacyjną atmosferę. „Ale ja, ja chcę płynąć dalej!” – trzeba jakoś wybrnąć z tej sytuacji. „Mieliśmy przecież...” „Pani, zrobimy to następnym razem” – upomina mnie Laura surowym tonem”. Krzywię się i niechętnie kiwam głową. Wychodzimy.

Duży, elegancki jacht. Gdy docieramy do „portu” wysiadają z niego ochroniarze, a potem Hazatka z wytatuowanym na twarzy szponem. Dość wysoka, ubrana w czarny bardzo obcisły kostium do nurkowania. U boku przypięty do złotego, wysadzanego klejnotami pasa kunsztownie zdobiony rapier. Laura krzywi się. „Cóż za ostentacja”. W uszach Hazatki kolczyki z ... kryształów z rafy. Tuż za nią starszy mężczyzna w szatach prezbitera Avestii. Omiata nas wzrokiem i dam głowę, że aktywuje przy tym jakiś rytuał. Wsiadamy na „nasz:” statek i odpływamy polecając kapitanowi wziąć kurs na Port Moresby, a dopiero potem odbić w stronę wioski.



Komentuj (2)


Link :: 25.10.2005 :: 18:49
16-18 martius 5002

Madoc 5 i 6

Sesja wewnątrztygodniowa

BY LEILA

Wracamy do wioski i opowiadamy o wszystkim, czego udało nam się dowiedzieć. Wprawdzie nie jest tego dużo, ale powraca wątek rafy. Moebius pokazuje Varii kupiony przez siebie kryształ. Po kilku próbach okazuje się, iż raczej nie posiada on żadnych dodatkowych mocy. Varia sądzi, że był to rodzaj interface’u do mentalnego łączenia się z urządzeniem. Mam coraz większą ochotę się tam wybrać, chociaż muszę się zgodzić z tym, że mamy teraz ważniejsze sprawy niż poszukiwanie skarbów (ech... też bym chciała mieć jakiś niezwykły i przydatny przedmiot). Nic to. W każdym razie dobrze, że wybraliśmy się do miasteczka. Zawsze czegoś się dowiedzieliśmy, coś zobaczyliśmy. Przynajmniej wyjaśniliśmy kwestię obunów, która dość mnie frapowała. Poza tym – cieszę się, bo mam wrażenie, że zrobiłam coś dobrego. Mieszkańcy miasteczka sobie zarobili i to chyba dość sporo sądząc po ich zadowolonych minach. Taki np. przewodnik. Albo wujek małego. Strasznie się ucieszyli z niespodziewanego zarobku. Czy scenka w restauracji...zafundowanie posiłku sprawiło im taką przyjemność. Może w jakiś sposób ta niezbyt duża dla mnie a dla nich znaczna kwota polepszy ich życie. Heh, niedługo być może popłyniemy w głębiny... na rozmowy...albo prosto w pułapkę. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że stamtąd nie wrócimy. A miasteczko będzie stało...niech przynajmniej dobrze nas wspominają...

Krzyk Moebiusa zrywa mnie w środku nocy. Zapalamy światło. Moebius siedzi na koi roztrzęsiony. Po jego twarzy spływa krew. Rozciął sobie skórę uderzając o coś sterczącego z sufitu. Laura zrywa się i opatruje go. Pytamy, co się stało. „Znów ją widziałem”. „Kogo?” „Potem” Laura zakłada szew, na prośbę Moebiusa bez znieczulenia. Niedługo później do kajuty wpada Askar domagając się wyjaśnień. Moebius opowiada o duchu ukarki, który pojawił mu się poprzedniej nocy i teraz. Najwyraźniej go wzywała, wskazując w stronę rafy. Prosiła o pomoc? Moebius nie chce zostawić tak tej sprawy i przyznaję, rozumiem go. Cóż – pomyślimy o tym rano. Teraz – spać. Reszta nocy upływa spokojnie.

Poranek. Zatem – kolejny argument za płynięciem na rafę. Mina Askara, kiedy zapytawszy „kto chce płynąć?” widzi uniesione w górę ręce. Cóż – chyba jednak się tam wybierzemy... Tylko czy oro’ymowie nie będą mieli nic przeciwko. Askar udaje się od szamana. Po drodze widzi ukara ściganego przez morskiego węża. Próbuje zabić zwierzę, ale wąż dopada ofiarę – Askar przez moment widzi twarz Moebiusa, rzuca się do gardła i... wszystko znika. Na dnie poniżej markiz znajduje ukarską czaszkę i kraxi... Szaman nie ma nic przeciwko wyprawie na rafę, ostrzega jednak przed „wielkim złym”. Kogoś musimy jednak zostawić w wiosce jako kontakt, na wypadek odpowiedzi ze strony głębinowych. Laura nie najlepiej się czuje i decyduje się zostać. Płyniemy. Po drodze Vasilij sprawdza obliczenia... wygląda na to, że rafa istotnie wyrosła na ruinach miasta. Varia czyta Ewie stare książki z danych Persefony. (no tej akurat nie czytałam...ale muszę się przyznać, że i mnie zdarzyło się zajrzeć do literatury dziecięcej, kiedyś w ramach przerwy w nauce...).

Rafa. Varia używa swoich mocy – w wizji widzi miasto na wybrzeżu – białe piramidy i obeliski na lądzie oraz wrastające z wody wieżyce niezwykłych budynków, wyglądających, jakby same były zbudowane z żywych organizmów. Miasto tętni życiem – widać tłumy Atlantów i oro’ymów na ulicach oraz sporą liczbę lądujących i startujących statków.... Oho, chyba źle zrobiliśmy, że nie przypłynęliśmy tutaj od razu. Hazacki jacht zacumowany przed porośniętą koralami piramidą dokładnie tam, gdzie wg informacji Moebiusa ojciec małego oro’yma znalazł figurkę i kryształy. Nawiązujemy łączność. Odpowiada nam kapitan jachtu i kategorycznie nakazuje stąd odpłynąć. Wywiązuje się krótka i bezowocna rozmowa. Właścicielka „Białej damy” najwyraźniej uważa rafę za swoją... zaś dwie wyrzutnie torped na dziobie jachtu są argumentami, których zlekceważyć nie sposób. Chwilę później ktoś „zagląda” do nas ale udaje na się rozproszyć jego moc. Co zrobić? Nie mamy środków, by walczyć z uzbrojonym hazackim jachtem, poza tym jego zniszczenie nie przejdzie bez echa, zwłaszcza, że hazatka ma ponoć wpływowego męża. Wdawanie się w podmorskie bitwy mogłoby bardzo zaszkodzić – zarówno naszej obecnej misji, jak i później (o ile oczywiście przeżyjemy). Trudno. Odpływamy, ale niezbyt daleko. Będziemy obserwować. Varia próbuje dowiedzieć się czegoś o hazatce korzystając ze ścieżki omenu - mówi nam, że poszukiwanie uryjskich przedmiotów jest jej zawodem. Oprócz tego Varia wyczuwa potężną obecność wewnątrz piramidy. Dwie istoty. Słabszą najprawdopodobniej jest ukarka. Która - tym razem jako anima pojawia się znowu. Moebius z Varia decydują się mentalnie wybrać pod piramidę i spróbować nawiązać łączność z tym, co jest wewnątrz budowli. My z Vasilijem mamy zrobić rozpoznanie terenu. Tylko jak zrobimy to we dwójkę? Ha, przewidywałam takie zastosowanie kryształu Moebiusa. No to wybieramy się na podmorski spacerek. Najpierw oglądamy sobie miny, które hazaci zostawili. Niestety ich zdalne rozbrojenie jest dość problematyczne. A teraz zobaczmy cóż to z takim mozołem montują nasi nowie „znajomi” przed wejściem do piramidy. Hmmm – całkiem pokaźną ilość okruchów duszy w to wmontowali. Co by tu jeszcze? Szczątki jachtu. Chyba znaleźliśmy to, co pozostało po obunach. Vasilij chce przyjrzeć się krawędziom. Dochodzi do wniosku, że cos po prostu rozerwało łódź od wewnątrz. Cokolwiek siedzi w tej piramidzie...

Krzyki. Powracam wzrokiem na pokład naszego jachtu. Moebius wije się na podłodze. Askar z Varia przypadają do niego. Drgawki nasilają się. Varia koncentruje się, wręcz czuję wibrującą w powietrzu energię... Moebius przestaje się szarpać, jednocześnie Juandastaa zgina się wpół, wymiotuje wodą i traci przytomność.


Askar momentalnie się nią zajmuje. Trzeba pozbierać Moebiusa. Szybko. Wygląda, jakby fizycznie nic mu się nie stało. Po dłuższej chwili odzyskuje przytomność. Co teraz? Czy spróbujemy ostrzec hazatkę? Askar uważa, że powinniśmy to zrobić. Vasilij zauważa, że nam grozili. Poza tym – ta kobieta zajmuje się tym zawodowo, chyba wie co robi. Podobno ta dziwna machina to „łapacz demonów”. W każdym razie cokolwiek tam zrobią – jeden problem zostanie rozwiązany – albo unieszkodliwią to, co siedzi w środku, albo ich szlag trafi. Nie będziemy się mieszać. Ale...cholera – my tu dywagujemy a oni zamierzają wysadzić wejście do piramidy. Wypuszczą to coś! Coraz mniej mi się to podoba. Nadajemy komunikat – „nie wysadzajcie”...Wątpię, by nas posłuchali. Askar sugeruje, bym spróbowała „zajrzeć” do piramidy – Vasilij mógłby wtedy rozbroić ładunki. Odmawiam. Wybranie się pod piramidę nie skończyło się dla Moebiusa najlepiej. Cokolwiek tam siedzi jest potężne, niebezpieczne i z pewnością wściekłe. Uwięziony jest bardzo groźny. A co, jeśli nie zdążymy albo jeśli się nie uda... Będziemy pierwszym co uwolniona bestia znajdzie na swojej drodze. Nie ma mowy. Moebius jest zdecydowanie odważniejszy ode mnie - próbuje przejąć jednego z kręcących się w pobliżu „łapacza” ludzi. Za późno. Z rozwalonego wejścia do piramidy bucha strumień bąbli. Zaraz potem... rafa zaczyna umierać... Koralowce do tej pory emitujące delikatne, rozproszone światło gasną – metr po metrze tętniące życiem dno morza zamienia się w pustkowie pokryte czarnozielona mazią. Kryształy na „łapaczu” zapalają się kolejno. Czuję strach, który rozpełza się chłodem po moim ciele. Uciekajmy stąd! Niewielki humanoidalny kształt wypływa z budowli i kieruje się w stronę urządzenia...zaraz po nim – ogromne ciemnoczerwone ręce o palcach połączonych błoną chwytają za krawędzie wyrwy. Chwile potem wyłania się ogromny łeb. Jeden gest potwora i okruchy duszy eksplodują. Hazaci próbują odpłynąć. Kolejny gest i jacht rozpryskuje się na wszystkie strony. Spomiędzy odłamków wypływają świetliste kule...płyną w stronę istoty, która je wchłania. Istota rozgląda się, jakby węszyła i... kieruje się w stronę, z której przypłynęliśmy – w stronę wioski, zostawiając za sobą pas martwego dna. Czujemy zimno. Varia siedzi, jej lewa dłoń rozjarza się błękitnym światłem. Pozostałość kamienia. Budzi się. Moebius wygląda bardzo źle. Zaczyna się pocić...choć to chyba nie jest najlepsze określenie. Po prostu cieknie z niego woda. Działa na niego jakaś moc. Askar, Varia i Vasilij próbują ją rozproszyć, ale potrafią tylko osłabić. Dopływamy – kiedy odległość pomiędzy istotą a nami się zwiększa, moc słabnie. Varia mówi, że potwór to splugawiony powstały z połączenia oro’yma z demonem. Silny. Nawet Kalinthi mieliby z nim problem. Musimy ostrzec oro’ymów z wioski. Kontaktujemy się z Laurą, a poprzez nią – z szamanem. Szczęśliwie demon porusza się wolno. Powinni zdążyć się ewakuować. Co teraz? Vasilij zastanawia się, czy nie dałoby się przekształcić atlanckiej „laski” na coś o większej sile rażenia i zasilić mocą z Yriańskich kryształów. To chyba jedyny sensowny pomysł jaki mamy. Inżynier zabiera się do pracy. Czasu jest mało...nie mamy też środków. Vasilij rozmontowuje co się da – nawet swój własny komputer. Oferuję swoja niewielką pomoc – „przynieś, podaj” itd. Wciąż jeszcze jesteśmy niedaleko rafy. Można spróbować na nią wrócić. Może w piramidzie znajdziemy coś przydatnego. Tylko, czy zrobić to zaraz, czy wcześniej jechać po Laurę? Słuszna uwaga – teraz oszczędzimy więcej czasu. Varia szuka Ewy i w chwilę potem przynosi ją na pokład. Dziewczynka jest skupiona, nie zwraca uwagi na nic, co wokół niej. Słyszę w głowie jej myśl: „Mama prosiła mnie, bym wam pokazała. To część tego, co przekazał mi ojciec."

„Przepraszam, że dopiero teraz wam pokazuję, ale to wspomnienie było zablokowane. Dopiero aura demona je uwolniła. Sądzę, że Ojciec zostawił je na wypadek takiej sytuacji.” Tak, tylko niestety w dalszym ciągu nie mamy pojęcia jak z tym walczyć. Sięgam do własnej pamięci. Tyle razy już próbowałam, ale może tym razem się uda.

Z powrotem na rafie. Pytanie, czy „strefa śmierci” zabija wszystko tylko wokół demona, czy jej mordercze działanie utrzymuje się po jego podejściu. Tak, zdecydowanie potrzebne jest tu podejście empiryczne. Ufff – na szczęście możemy wpłynąć.
Ukarka czeka na nas przed piramidą. Próbuje pozbawić statek energii. Rozpraszamy ją. Na szczęście walka nie jest długa. Psionicznie i „konwencjonalnie” niszczymy jej ciało... jednak jej dusza jest wciąż uwięziona. Moebius chce je zabrać do kogoś, kto będzie potrafił ją uwolnić. No a teraz możemy spokojnie...Cóż znowu. Cholera – siadły generatory. Nie dość, że i tak nie mamy czasu... Trudno.

W piramidzie znajdujemy rozbite i puste skrzynie oraz jedną – zabezpieczoną. Zabieramy ją. Wchodzimy głębiej i natrafiamy na pomieszczenie wyłożone leviatanum. Ściany pokrywają starooro’ymskie znaki. Najprawdopodobniej to one powstrzymywały potwora. O – i jest zejście od podziemi, z komory wcześniejszej. To chyba połączenie ze starszym układem kanałów. Niestety – nic tam ciekawego nie znajdujemy poza kilkudziesięcioma trupami morskich węży. Dobra – nic tu po mnie. Poszukam na zewnątrz- może znajdę coś, co przyda się Vasilijowi. .. Niestety – elektronika ma to do siebie, że niezbyt się lubi z wodą. Udaje mi się znaleźć jedynie zrobiony z pigmallium rdzeń komputera... oraz ucho hazatki. Kamyczka już chyba potrzebować nie będzie... Cholera – z „łapacza demonów” nic się nie ostało. To chyba wszystko.

Na szczęście Vasilijowi udaje się naprawić generatory. Varia próbuje poznać historię piramidy. Była pułapką – oro’ymowie spędzili tu „przynętę” dla demona, a gdy wszedł domknęli konstrukcję. Płyniemy. Po drodze otwieramy skrzynię i znajdujemy w niej trzy czerwone podłużne kamienie. Varia próbuje je przebadać – najprawdopodobniej ukrywają przed zmysłami demona, niwelują działanie „strefy śmierci”, potrafią także ukryć moce psioniczne ich posiadacza. Ładna rzecz.

Docieramy do wioski. Co do... Sielanka totalna, stado morskich krów pasie się na wodorostowej „łące” jak gdyby nigdy nic... wszyscy zajmują się zwykłymi czynnościami. Czy oni poszaleli? Laura wypływa nam na spotkanie. „Demon?” „Na początku wam uwierzyłam, ale potem poszliśmy z szamanem do wodza, wypiliśmy sobie kielicha i wtedy nagle zrozumiałam jakie to irracjonalne”. Askar rozmawia z wodzem, który jest całkowicie nieświadom grożącego wszystkim zagrożenia. Szaman nie przyjmuje. O co w tym wszystkim chodzi? Czemu nikogo nie ostrzegł? Na co czeka? I wreszcie – co zrobić, żeby nie doszło do tragedii?

Komentuj (11)


Link :: 29.10.2005 :: 20:16
27-30 ianuarius 5002

Wyprawa na Skey, część VI, VII, VIII (Wolf's Lament)

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

Wróciliśmy na orbitę Wolf's Lament przygotowując się na powtórne spotkanie z radą Skeyów. Na szczęście posłańcy od Opiekuna Cotze wynieśli się z miejsca odlatując przywołanym dla nich skoczkiem. Niedługo potem sami zbieramy się na dół, spotkać się z starszymi... Tylko czy podeschli na tyle, żeby nie wysuwać jakiś kosmicznych żądań za klucze na Skey...
Rada oczekiwała nas za murem czujnych strażników. Niedobrze, coś musiało się w między czasie stać... Może Suul znowu uderzyli? To by tłumaczyło dodatkowych delikwentów skanujących przybyszów na obecność kryształu w środku...
Pośpieszne przejście do sali spotkań, spojrzenie po wszystkich - brakuje kapłanki Matek w radzie. Przywódca rozpoczyna rozmowę od wyrażenia kondolencji hrabinie. W trakcie naszej nieobecności jeden z planetarnych watażków, jarl zamieszkujący północny kontynent nasłał swoich siepaczy na klasztor Matek. Vuldrokowie zgodnie ze swoim zwyczajem rabowali, palili i gwałcili, choć w tym akurat wypadku skupili się głównie na paleniu. Dzięki szybkiej odsiecz wysłanej przez okolicznych Skeyów klasztor został tylko częściowo spalony, liczba ofiar ciągle pozostaje nieznana. W tym momencie wiadome już było, że od rady polecimy do klasztoru. Jednakże przybyliśmy tutaj w innym celu - wysłuchać decyzji rady, co do dostępu do kluczy na Skey. Chyba ten niespodziewany atak zaskoczył radę. Uznali konieczność uzyskania informacji na temat aktywności i stanu Suul - zgodzili się dać nam listy polecające do Strażniczki Kluczy na Raven. O zostawianiu lewiatanów nie padło słowo, najwidoczniej zgodzili się, że nie można wcześniej dzielić skóry na lewiatanie dopóki go się nie upoluje... I nie zorientuje ile tej skóry trzeba będzie odłożyć na Suul.
Od rady czeka nas pośpieszny przelot do klasztoru. Z daleka widać dymu unoszący się z jednego wycinka masywnej budowli. Prawie ćwierć kompleksu została przeżarta przez ogień i zamieniona w wypaloną kryptę. Dookoła stacjonują wojska Skey, porozkładano tez szpitale polowe. Lądujemy i szukamy kogoś kierującego akcją. Jest, jeden z pobliskich jarlów którzy ruszyli na odsiecz klasztorowi. Na klasztor uderzyła duża grupa vuldroków z północy mając zrabować dobra klasztoru i zniszczyć go. Z perspektywy czasu widać, że grupa ta od początku byłą mięsem armatnim. Byli dostatecznie liczni i na tyle dobrze uzbrojeni żeby przebić się przez ochronę klasztoru i mogliby wyjść z tego bez większego szwanku gdyby pośpiesznie zaminowali kompleks i wycofali się. Nie mieli większych szans w momencie kiedy odsiecz przyłapała ich w trakcie zajmowania się typowymi vuldrockimi rozrywkami. Niestety odsiecz potrzebowała czasu żeby dotrzeć do klasztoru... Większość rannych w szpitalach to kapłanki, najwięcej jest poparzonych, trochę rannych... Dużo zgwałconych... Po przeciwnej stronie klasztoru znalazł się prowizoryczny obóz jeniecki. A obok warsztat ciesielski szykujący pełną parą paliki.
Cały czas z obozu wyruszają grupy z butlami tlenowymi, w żaroodpornych kombinezonach. Przeszukują zgliszcza i wypalone, na wpół zawalone korytarze. Kawałek dalej kilku saperów wierci pionowy kanał do piwnic klasztornych. Wejście zostało zasypane odcinając bliżej nieokreśloną liczbę kapłanek tam szukających schronienia w trakcie ataku. Tam też skierowała się hrabina i szef. Wiercenie idzie powoli, po każdym wyrytym metrze trzeba się zatrzymać żeby zabezpieczyć ściany wykopu przed zawaleniem. Do tego dochodzi czas jaki będzie potrzebny do odnalezienia tych którzy pozostają w podziemiach. Po chwili wahania szef znajduje miejsce gdzie może usiąść i próbuje wyjść z siebie. Po chwili przerywa medytacje i dopytuje jedną z obecnych kapłanek o barierę otaczającą klasztor - bariera osłania klasztor tylko z zewnątrz niczym bańka. Hrabia przemieszcza się kilkadziesiąt metrów i ponownie pogrąża w medytacji. Po kilkunastu minutach wraca opisując ratownikom miejsca w których znajdują się grupki żywych kapłanek. Dzięki temu od razu będzie wiadomo w którą stronę wysyłać ekipy. Opisuje też trójkę kapłanek odciętych ogniem. Płonący marmur albo inna skała. Utrzymują się przy życiu tylko dzięki modlitwie jednej z kapłanek osłaniającej je przed ogniem i, być może utrata tlenu. Do tego jedna z kapłanek jest nieprzytomna. Ciężka sprawa. Wymiana spojrzeń pomiędzy obojgiem hrabiów owocuje układaniem planu przeprowadzenia kapłanek przez ogień do bezpieczniejszego miejsca. Hmmm, plan na miarę rajdu ninja-chusteczki po pałacu w Ramakrisznowie. Tylko tym razem Aida będzie nosić a szef dokona rozstąpienia płomieni... Niektórzy chyba za bardzo wczuwają się w role bogów... W takich momentach jak ten zaczynam żałować braku talentu do Dalekowidzenia. To musiał być interesujący widok - dwie kapłanki z nabożnymi minami kroczą po płomieniach okrytych płachtą pola siłowego podążając za malowniczo unoszącym się w powietrzu bezwładnym ciałem trzeciej... Po kilku minutach szef budzi się z transu. Jest wyraźnie wyczerpany. Hrabina ciągle ma jeszcze siły i decyduje się dołączyć do grup przeszukujących ruiny. Dobra, szef każe, my idziemy. Chodź Dvar, przebieramy się w żaroodporne kombinezony i łazimy pilnować Aidy i Grunsha. Kolejna godzina upływa nam na chodzeniu po wypalonych korytarzach. Hrabina wyszukuje miejsc o dobrej akustyce i... Nasłuchuje modlitw uwięzionych pod gruzami ofiar. My wyszukujemy miejsca i zaznaczamy je dla ekip ratunkowych. Kolejne miejsce, kolejny korytarza. Cholera! Obluzowana belka z sufitu! Skok, odruchowy zwód, przetoczyć się, osłonić twarz... Dvar, sieroto, mogłeś nogę stracić... Grunsh? Co z wami? Masz szczęście Dvar, że belka upadła tak, że Grunsh był w stanie ją podnieść. Źle hrabino, Dvar sam nie przejdzie przez te zgliszcza, nie z tą nogą... I może mam jeszcze hrabiemu powiedzieć, że zostajecie tu dalej? Ech, czemu tutaj nikt nie słucha głosu rozsądku? Wracam pomagając iść Dvarowi. Ups... Szef się ocknął. Eee, zostali w środku, nic im nie było, kazali mi wracać z Dvarem... Niech ktoś się zajmie Dvarem... Szefie? Jesteś pewien, że masz siłę tam iść... Tylko pytałem!
I znowu łazimy po ruinach... Nagle sygnał od Grunsha, potrzebują koca termicznego. Nie, nie hrabina, znaleźli ranną osobę. Szybko docieramy do Grunsha i Aidy. Kapłanka, nieprzytomna. Wkładamy ją na nosze. Wracamy już? Mamy sami odnieść kapłankę? Grunsh zostaniesz sam do pilnowania obojga...
Kilkanaście, może kilkadziesiąt minut po nas wychodzą, Szef obok Grunsha niosącego na plecach nieprzytomną hrabinę. Na szczęście to tylko wyczerpanie...
Kiedy Aida się ocknęła okazało się, że widziała jak napastnicy porywają najwyższą kapłankę oraz maskę Mariny. No tak, to nie mógł być zwykły łupieżczy atak. Do tego Grunsh wspomina, że spotkali jedną skorupę Suul. Więc jednak Suul za tym stoją. Później szef idzie posłuchać przesłuchań jeńców. Okazuje się, że napastnicy dostali rozkaz "nie brać jeńców". Oprócz normalnej zbieraniny wojowników wrażego jarla w wyprawie uczestniczyła nikomu nieznana grupka z własnym skoczkiem. Skoczkiem którego nie było przy klasztorze kiedy dotarła odsiecz. Napastnicy porwali najwyższą kapłankę i maskę bardzo sprawnie i szybko. Albo znali plany klasztoru, albo dysponowali sposobem na szybkie zlokalizowanie swoich celów. Mogli też uzyskać informacje na miejscu, przesłuchawszy którąś z lokalnych kapłanek. Jeżeli tak to dokonali tego wyjątkowo szybko... Po godzinie od początku ataku nie było już po nich śladu w okolicy klasztoru.
Aida, po odzyskaniu przytomności nalega na jak najszybsze odnalezienie zaginionych. Maska jest artefaktem z czasów wojen w niebiosach używanym przez kolejne pokolenia kapłanek do przekazywania wiedzy. Jakie sekrety mogą być w niej zawarte?
Po konsultacji z Wężami ruszamy do ich Góry. Z stamtąd hrabina spróbuje odnaleźć zguby. Węże udostępnią artefakt zapewniający zapas energii psychicznej. Na miejscu zostajemy zaprowadzeni do sali z bardzo wygodnymi fotelami - pozwalającymi regenerować siły dużo szybciej. Po chwili przyniesiony zostaje duży kryształ. Aida spogląda pierwsza. Opisuje kapłankę zamkniętą w celi, podłączoną do kroplówki, oszołomiona jakimś narkotykiem. Oświetlenie, sposób w jaki jest przykuta wskazują na próbę złamania jej przez brak snu. Porywacze wydają się nie mieć dużego pojęcia o mocach umysłu albo nie dysponują środkami które pozwalałyby im na stosowne przeciwdziałania. Wiemy, że kapłanka żyje, jest też (ocena hrabiny po ilości energii zużytej przez Dalekowidzenie) gdzieś na planecie, choć spory kawałek dalej. Teraz będzie testowana metoda na żabkę - przeniesienie punktu obserwowanego Dalekowidzeniem w wybranym kierunku o określoną odległość. Sto metrów w górę - pokój, może coś na kształt biura (według norm vuldrockich oczywiście). Kolejne pięćdziesiąt. Dach jakiegoś kompleksu, gdzieś w lesie. Aida skacze teraz do maski. Pomieszczenie, chyba w podziemiach. Przeskok za drzwi. Króciutki obraz Magthawów pilnujących pomieszczenia. Trzy Pazury nagle osuwa się nieprzytomny na ziemie... Co się stało? Młodzieniec podrywa się z nieśmiertelnym "Nic mi nie jest!". Proponuje wspólne spoglądanie przy poszukiwaniu maski - jeden ze znanych mu obrzędów Skey pozwala połączyć umysły działające we wspólnym celu. Po chwili wahania zarówno hrabina jak i szef zgadzają się. Kolejny skok do pomieszczenia z maską. Tym razem to szef spogląda za drzwi. Korytarz, winda, ludzie w kombinezonach Magthaw uzbrojeni w broń krótka i pałki z porażaczami. Żabka w górę - jakieś magazyny. Kolejny skok i widok z powietrza. Na horyzoncie góry, nieco bliżej rzeki przecinające otaczający bazę las. Na lądowisku kilka skoczków. Hrabia zaczyna szkicować okolicę, do porównania z mapami planety. Ostatni skok na wysokość pięciu kilometrów. Stąd widać, że maska i kapłanka ukryte są na niedużym kontynencie niemającym nic wspólnego z jarlem który napadł na klasztor. Oczywiście. Suul posłużyli się jarlem a potem spuścili go z wodą.
Chwila odpoczynku. Przychodzi Wąż ubrany odmiennie od tych których do tej pory spotykaliśmy. Zwraca się do hrabiny z prośbą o udanie się do sali gdzie będzie można pokazać siedzibę porywaczy dowódcom mającym brać udział w wyprawie ratunkowej.
Zostajemy zaprowadzeni do trzypoziomowej sali z kryształami na ścianach oraz suficie. Czterech kolejnych Węży ubranych jak prowadzący nas dotyka kryształów. Aida zostaje poproszona o zrobienie tego samego. Prawie momentalnie na środku sali formuje się widok pomieszczenia w którym przetrzymywana jest kapłanka. Zgromadzeni na najniższym poziomie Skeyowie, zarówno żołnierze jak i Węże zaczynają bacznie obserwować obraz, niektórzy notują. Kolejne minuty upływają na zapoznawaniu się z rozkładem budynku. Maszyna-artefakt którym jest pomieszczenie pozwala chyba na projekcje obrazów postrzeganych przez czterech obsługujących ją Węży. W bazie wroga dostrzegamy dwie rzucające się w oczy osoby. Decadosa, czarnoskórego, za to zdecydowanie z niebieskookimi modliszkami przy kołnierzu, oraz kierującego Magthawami... Vasyla Kropotkina? Chociaż... Wygląda na mniej "zużytego"? Młodszy? Gestykulacja tez jest inna. Hrabia wskazuje tych dwóch ludzi Skeyom jako cele do złapania. Koniec wizji. Czas na opracowanie planów uderzenia. Po drodze do sali narad szef konsultuje się z Grunshem co do możliwości ataku. Tia, w zasadzie jak by poszedł Grunsh ze swoimi i ja z spora grupa chłopaków to Vuldorocy są nam średnio potrzebni do szczęścia. Chociaż nie, mogą się przydać. Skeyowie atakują z jednej strony ściągając na siebie uwagę obrońców a my w tym czasie robimy szybki rajd do środka i wyciągamy kapłankę i maskę.
Przedstawienie naszego planu Skeyom było trudniejsze. Czy oni za każdym razem jak ktoś chce coś zrobić muszą marudzić? Ten problem szef rozwiązał iście po al-Malicku. Nie bierzemy udziału w łupach... To my to doliczymy do rachunku...
Wiadomość na "Dar Ikony" do chłopców. Będą ze sprzętem za kilka godzin. My na dole wykorzystujemy okazję żeby odpocząć po trudach biegania tam i z powrotem.
Po przylocie chłopaków i przygotowaniu sprzętu wsiadamy w skoczek z podkręconym maskowaniem i lecimy pół planety dalej. Siadamy w lesie i następną godzinę spędzamy maszerując. Chwila odpoczynku zdecydowanie się przydała. Swoją drogą nie przypuszczałem, że do lasu Grunsh wyprowadza hrabinę na smyczy...
Jest kompleks. Od naszej strony jeden flak, Skeyowie przeciw sobie będą mieć dwa. No, ale Młody ma wyrzutnie rakiet...
Zbliża się godzina zero... Skeyowie atakują. Szybka reakcja ochrony - włączone reflektory, obsługa flaków zaczyna się pilnie rozglądać. Grunsh z Voroxami szarżuje na flaki, my mamy zlikwidować reflektory i obstawić drzwi. Łupnęła rakieta Młodego dekoncentrując obsługę flaka, kula z działa szybuje gdzieś w las... Szaleńcza wymiana ognia z drugiej strony budynku... Szybko ściągamy reflektory... Wypadają wrogowie z pistoletami maszynowymi... Hrabia rusza przodem ściągając na siebie ogień... Kule z peemów odbijają się niegroźnie od ceramstalowgo pancerza... Bieg od flanki, strzał, skok w bok, kolejny strzał! Strażnicy padają jak muchy. Młody wybija dziurę w ścianie rakietą... Z drugiej strony toczy się regularna bitwa... Kolejna rakieta unieszkodliwia drugie działko - Młody wystrzela się dziś za wszystkie czasy! Ty, ty i ty! Sprawdzić skoczki i unieruchomić. Brakuje jednego skoczka... Czy już wywieziono maskę?
Wchodzimy do środka. Magazyn pełen skrzyń. Grunsh otwiera i znajduje karabin szturmowy. Karabin wyprodukowany na skarbcu... Jak daleko sięgają macki zakonu?
Później będziemy nad tym myśleć. Teraz trzeba odnaleźć kapłankę i maskę. Zejście na dół... Windy? Nie! Schody. Na schodach wpadamy na dobrze zamaskowany laser który pozbawi nóg biegnącą osobę oraz automatyczne działko. Vorox-inżynier dostał. Nic mu nie będzie ale musi tu zostać. Reszta dalej na dół. Kolejny magazyn. Jedna rampa prowadząca w dół... Zamknięte drzwi... Ruch na dole... Dwóch strażników rozmawia... Trzask metalu! Brzęk szkła! Gaz? Broń biologiczna? Czworo mutantów! Dwóch zniekształconych Grimsonów z ręcznymi działkami i dwa ośmionogie potwory plujące kwasem. Seria strzałów, parę monogranatów i Grunsh z glankeshami. Cisza. Straciliśmy Saretha...
Na żałobę przyjdzie czas później... Drzwi prowadzące do rampy na dół. Azim nas zatrzymuje... Miny... Zwykłe przeciwpiechotne... Mimo hełmu można domyślić się krzywego uśmiechu. Wszyscy szybko chowają się przed odłamkami. Otwarciu drzwi towarzyszy eksplozja. Grad odłamków odbija się od pancerza. Aida spogląda jeszcze do celi kapłanki. Kapłanka jest bezpieczna... Wygląda na to, że duchy które mieli wysłać Skeyowie dobrze się sprawiły... Strażnicy leżą zmasakrowani...
Schodzimy.


Komentuj (2)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń