Menu :


Link :: 01.11.2005 :: 23:24
30 ianuarius - 10 februarius 5002

Wyprawa na Skey, cz. 9 (Wolf's Lament)

Sesja niedzielna

BY TRZY PAZURY

Cholerny ból głowy obudził mnie w tym miejscu, które nazywają med.-lab. Ból głowy i starej rany. Obok siedział jeden z pilotów z Coatze i wytłumaczył mi że zemdlałem, że leżałem i teraz siedzę tutaj aż się nie pojawi lekarz by mnie zbadać. Ale przecież nic mi nie było! Jako że Vallhar to Skey a nie jakiś znanoświatowiec zrozumiał mnie od razu i pozwolił mi odejść. Wcześniej wcisnął mi kartkę z „dietą żywieniową”. Tak, już zamierzam się dostosować, ktoś chyba zranił się strugając pal. Nic to. Na szczęście było we wspólnym to i nic nie zrozumiałem. Swoją drogą co to za wspólny jeżeli ja w nim nie mówię? Jak to po długiej drzemce udałem się coś zjeść. Cholerni Iishkini. Po co, powtarzam, po co starsza statku wzięła ich na pokład. By bawili się drzwiami? Ale spokojnie, jestem spokojny, bardzo Leminkainiańsko spokojny. Moja broń jest w pokoju, pięściami przecie nie będę ich bił. Więc ishkini powiedzieli że starsza statku pozwoliła i w ogóle oni mogą wszędzie chodzić. Po zapytaniu czy mogą do kabiny starszej stwory szybko się ulotniły, nareszcie! Szybko do mesy. Pusto na tym statku. Jak w świątyni w czasie postu. Ale nic to, mesa, jedzenie, ishkini… Wróć! Tylko cztery te niewychowane stwory na pokładzie i ja po przebudzeniu, z bolącą głową, musiałem natrafić na wszystkie. Patrzący, obyś mi to jakoś wynagrodził. Jedzenie. Nie, nie z kartki. Chyba żartujecie sobie ze mnie. Jam zdrowy wojownik i żadne jedzenie nie jest mi tak obce by zaszkodziło. Ino z alkoholem mam czasem problemy. Wracając znów uderzyła mnie pustka na statku. Co jak co, ale post w świątyni Ultasht nigdy nie trwał tak długo. Ruszyłem więc do Coatze by się dowiedzieć co jest grane. Tak, rozumiem, starszyzna wzięła wojsko i uderzyła na bazę wroga gdzie mają maskę i kapłankę. Tak, właśnie walczą. A wsadźcie se rozgrzany pręt w odbyt, akurat na rozrywkę musiałem się rozchorować. Czas wrócił do siebie. O, mała kobieta okłada ishkinów bokenem. Dzięki patrzący! Przepraszam, pani tak do mnie z tymi przekleństwami? A wie pani co ojciec mawiał jak mu jeniec za szybko zszedł? Nie? To powtórzę. I tak po wymianie uprzejmości ruszyłem do swego pokoju by dowiedzieć się z kartki na drzwiach iż mam coś zrobić. Byłoby łatwiej gdybym znał wspólny! Czy mówiłem już że wspólny którego nie znam to żaden wspólny? Tak więc znów wycieczka do Vallhara. Mam posprzątać pokój. Dziękuje za informację.

Alarm bojowy. Łapać Ishkinów, tłumaczą mi, Trzy Pazury wysprząta mesę. Dowódcą zostaje mała kobitka z bokenem. Czy mam się komuś zaśmiać w twarz? Daje śmieci do pudła i wynoszę do mesy. Oj, czy to już nie godzina na medytację? Proszę nie przeszkadzać. Dziękuję!

Alarm bojowy. To nie są ćwiczenia! O Vallhar, co jest? Za tobą, jasne. Rozumiem, niepełna załoga. Na dole mają problemy, mamy zejść tym statkiem i wspierać ich z powietrza. Rozumiem. Mam iść do wieżyczki. Rozumiem. Nie, czekaj! I poszedł. Czy ktoś mi powie co ja mam robić tutaj. O, jest manual. Krzaczki i obrazki. Zapiąć pasy, wyciągnąć HUDa. Dużo numerków. Myślałem że się bez tego obejdę ale widać nie. Czas poprosić przodka o pomoc. Sarena? Nie wpadłabyś na chwilę. O dzięki. Tak też mam ochotę na papierosa. Poproszę paczkę! Zaciągnąć się, o jak przyjemnie. Gdybym jeszcze tak nie kaszlał. Nic to, przynajmniej nie rozglądam się za facetami jak to było ostatnio gdy brat musiał mnie walnąć deską w głowę by ze mnie wyszła. A tak, hełm. Co bym był nieśmiertelny….

Atmosfera. Nadlatują. Skoczek… Nie ma skoczka. Następny. Nie moja burta. Dostaliśmy po płytach. Czekamy, czekamy. Papieros, to już pół paczki poszło. No niezła maszynka. Większa od naszej. Strzela. Patrzący, to działko trzeba w pierwszej kolejności. Seleno wspieraj. Poszło i…. kto jest mistrzem? Kto widzi przez ściany i ma celność jak vuldrok wieczorem idący na popijawę? Jeszcze wymiana ognia. Cholera, trzęsie! Oj, statek przeciwnikom się zepsuł. O, jaka szkoda. Jeszcze jeden skoczek, troszku żołnierzy na ziemi. O! Już! Dzielna wyprawa wojenna wraca na górę. Kapłanka i maska zabezpieczone. Żegnaj Seleno ale manual a kieszeni, ładne rysunki. Ale tu śmierdzi dymem! Następna misja. Zdobyć zestrzelony statek. Co ja nie chcę iść? Topór, tasak i na ziemię. Nie, starsza statku, to nie ja paliłem, naprawdę. Szuru, buru i pozamiatane. Nuda. Jeden tylko w miarę dobrze walczył ale jak mu odciąłem stopę toporem to się załamał i prosił o śmierć. Niech patrzący przyjmie cię do pustki. I ciebie też. Statek zabezpieczony, można go nawet podnieść. Mały rabunek. Bimbrownia… Zabezpieczona. Czy wszyscy żołnierze niezależnie od pochodzenia i rasy piją? No nic, pozbieramy peemki i wracamy do domu. Znaczy się do portu naprawczego bo i Dar Ikony nieźle oberwał. Także w mesę. Ale z działka całkiem fajnie się szczelało!

Po powrocie na statek starsza zapytała czy chciałbym coś wytłumaczyć ishkinom. Nie mam siły na te stwory. Przepraszam.

Czas przetłumaczyć manual. Co? Po lihalańsku. I tylko ta mała kobitka może mi pomóc. Tao mówi posprzątaj mesę a potem ci pomogę. Ale mesy nie ma! I co z tego jak Tao mówi. Nerwy w moim wieku, niedługo zacznie mi coś być. Spokój. Do pokoju. Cześć Dwar. Pijecie? A macie jeden więcej kubek? Dziękuję. Co? Manual jest w maszynie myślącej i niepotrzebnie się denerwowałem? Jeszcze jeden kubek. Jasne. Czemu nie!

Rano to nie jest dobry czas. Szczególnie z kacem i bolącym czołem i bokiem. Coś mnie ostatnio strasznie on boli. Prysznic soniczny. Mesa. Dzień dobry. Miłego odbudowywania, przepraszam, że przeszkadzam. O, ukar. Tylko dlaczego się śmieję? Lustro. No tak, nowy tatuaż. Cholera, jak boli. Ale tylko na czole! Czapka. O cześć, co tu pisać? Dziękuje. Świetnie, już w dwóch językach zostałem opisany. Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Brak kontroli i wylądowanie w medlabie. I kto może być obok. Starsza statku i Vallhala. Nic mi nie jest!

Więcej nie będę pił ale Dwar mówi że by dokończyć rytuał dołączenia do oddziału muszą postawić bimbem. W porządku.

Dziesięć dni przerwy. Hotel. Informacja do starszych. Polowanie. Dziczyzna na świeżym powietrzu. Strzelnica. Moja nowa snajperka i…. O patrzący. Black star koncertują tu dzisiaj dzisiaj potem walą na Raven. Koncert jak koncert. Jak zwykle byli rewelacyjni. Tylko grupa czterech facetów postanowiła udowodnić że jest silniejsza odemnie. Nie byli. Na szczęście skończyło się tylko na połamanych kończynach. Po wszystkim zakupiłem bilety na koncert na Raven za dwa tygodnie i z dziczyzna oraz bimbrem wyruszyłem na pokład statku by wyruszyć w dalszą drogę.

Czy wspominałem już że mam własny pokój?

Komentuj (0)


Link :: 03.11.2005 :: 01:44
15-26 ianuarius 5002

Demater cz. 1, 2 i 3

Sesja Drejkowa

BY MANUEL

Nareszcie wyruszamy. Ja, Antonio, Anna i Jonathan. Moją świtę, poza Malachiaszem, stanowi ojciec Michiko Li Halan, oraz dwa Voroxy – Bunsch oraz Onoronga Swordbreakerowie. Niestety, nie ma z nami Alexandra – w ostatniej chwili był zmuszony odwołać swój udział w wyprawie.

Skok przez Wrota. Od razu czuję, że coś jest nie tak. Przed nami dryfują dwa wypalone Lewiatany. Przypominam sobie ostatnią rozmowę z Alexandrem. Świetnie, cholera, świetnie – a więc wojna rozpoczęta. Rzut oka na zegar pokładowy – pięknie. Mamy rok 5008… oszalałem czy co? Pozostali jednak czują się równie niepewnie. Uff… zawirowanie czasowe. Chwytam prędko za kark przechodzącego midszypmena. I co się okazuje? Owszem, jest wojna. Owszem, trwa już jakiś czas, konkretnie od 4 lat. Podoficer z otwartymi szeroko ze zdziwienia oczami relacjonuje mi wydarzenia ostatnich lat. Czym rozpoczęła się wojna, pytam. Śmiercią Cesarza. Jak umarł…? – W tym momencie przeskakujemy znowu. Powrót do naszego czasu… Hmmmm… czy bufory Sathry działają w porządku?

Przed nami zaginiony układ… cztery planety, pas asteroidów. Stoimy na mostku kapitańskim i przyznać trzeba – atmosfera udziela się wszystkim. Oto bowiem stajemy przed szansą eksploracji nowego świata. Odmawiam modlitwę do Paulusa – wszak to on czuwa nad naszą wyprawą. Oficerowie nerwowo dyskutują o możliwych korzyściach, moi towarzysze z trudem ukrywają podniecenie. Półgłosem padają komentarze na temat podziału łupów… Emocje sięgają zenitu, kiedy naszym oczom ukazuje się olbrzymia baza orbitalna. Antonio nerwowo zaciera dłonie – pewnie marzą mu się fregaty, które w niej spoczywają…

Niestety! Po chwili w naszą stronę z bazy wylatuje korweta. A więc nie jesteśmy tu sami. Po chwili nawiązujemy kontakt z… kotem. Humanoidalny, gadający kot. Paulusie, nieznane są drogi, na które nas kierujesz!

Czas jednak porozmawiać z pierwszym napotkanym mieszkańcem. Cóż się okazuje? Układ Demeter zawiera cztery planety. Są to:

Atena – Władają nią cztery „państwa”. Militarystyczna Dwunasta Flota, Druga Republika (proszę proszę!), Trzecia Republika (jeszcze lepiej), i… Cesarstwo Feniksa, z cesarzem Leopoldem III Gesarem na czele! Aleśmy trafili, nie ma co.
Demeter – Tu również rządzi II Republika
Afrodyta – trafiona przez kometę, nie bardzo wiadomo co na niej się znajduje.
Ares – planeta opanowana przez gangi. Na jej czele stoi niejaki Lord Niszczyciel.

Ponadto w układzie znajduje się niezamieszkała planetoida – Cerber, pas asteroidów zamieszkały przez Koty, oraz stacja orbitalna w okolicach Demeter, kontrolowana przez Mechanistów (coś w rodzaju naszej Ligi).

Po jakimś czasie nawiązujemy kontakt z przedstawicielami czterech sił Ateny. Najbardziej intryguje nas owo „cesarstwo”, więc tam też kierujemy się najpierw.

To, co zastajemy, przekracza nasze wyobrażenia o przepychu. Olbrzymie pałace, monumentalne drzwi i okna, potężne pomniki, bezkresne parki i ogrody… stroje służby aż kapiące od złota – o arystokracji nawet nie wspominam. Prowadzą nas do pokojów. Łóżko na 20 osób, łazienka po której można jeździć na pherizie, wanna w której można pływać kajakiem i umywalka, w której można się wykąpać… wszystko wyłożone marmurem i złotem. Jonathan sugeruje żartem zbombardować całość i oznaczyć jako teren złotonośny.
Po pewnym czasie wyruszamy na audiencję. Sala tronowa ma wielkość połowy Placu Pięciu Tysiącleci, toteż gdy dochodzimy do platformy z tronem ojciec Michiko jest już zmęczony.

Spotkanie z „cesarzem” Leopoldem nie należy do najprzyjemniejszych. Wyraźnie nie w smak mu fakt, że reprezentujemy Feniksa. Wywodzi swoje prawa do tronu, po czym następuje między nami dość ostra wymiana zdań. Wściekły Gesar wstaje i bez słowa wychodzi. Audiencja skończona.
Wieczorem spacerujemy po pałacowych ogrodach. Przypadkowo spotykamy cesarską siostrę. Naprawdę piękna kobieta. Na nasz widok oddala się jednak szybko.

Następnego dnia udajemy się na spotkanie z metropolitą. Zaraz po audiencji otrzymaliśmy zaproszenie, toteż do wieczora zapoznawałem się z obowiązująca tu doktryną. Ha! Widzę większy liberalizm dotyczący zakazanych u nas technologii, ale… dozwolona jest ona tylko dla szlachty. Innych różnic nie zauważam.

Metropolita wydaje się być człowiekiem naprawdę zaangażowanym w przewodzenie swej trzódce. Nie jest też tak rozfanatyzowany jak Leopold. Wypytujemy go o istniejącą w układzie sytuację. Dodając moją wizytę w archiwum kościelnym oraz dostęp do archiwów cesarskich (gdzie Qulippothy nie mogą…) można powiedzieć, że wiemy (lub wiedzieć możemy) o Demeter niemal wszystko.

Po powrocie do pałacu wyruszamy na spotkanie z kuzynem Leopolda. Arcyksiążę wydaje się być osobą godną zaufania, a także skłonną do ustępstw. Po przedstawieniu naszych racji i wzajemnym wysondowaniu obopólnych potrzeb nasz rozmówca zobowiązuje się namówić Leopolda do zmiany swego stanowiska. Chcemy bowiem nakłonić go do złożenia tytułu cesarskiego. Mam cichą nadzieję, iż nam się to uda. Rewelacje Alexandra były cokolwiek niepokojące – Feniks ma na głowie większe problemy niż negocjacje z samozwańcem.

Odlatujemy na spotkanie z przedstawicielami Trzeciej Republiki. Przed nami kolejne negocjacje. Negocjacje? Ale właściwie co ja tu robię? Jestem egzorcystą! Wcześniej – avestiańskim mnichem. A wcześniej… Hmm… w sumie? Wychowywano mnie na dyplomatę. Może to więc znak od Wszechstwórcy?

Fiat voluntas Tua
Fiat voluntas Tua
Fiat voluntas Tua
Sicut in caelo et in terra


Komentuj (2)


Link :: 07.11.2005 :: 07:30
10 - 12 februarius 5002

Wyprawa na Skey, cz. 9 (Wolf's Lament - przestrzeń)

Sesja niedzielna

BY TRZY PAZURY

Dar Ikony oderwał się od powierzchni planety. Wreszcie lecimy na Raven! Mój nowy pokoik niczego sobie. Niewielki, ale jest łóżko oraz szafka. Wsadzić baniak, mięsko, plakat na ścianę. No, wreszcie czuje sie dobrze! Zimno, czy ktoś wyłączył ogrzewanie na statku? Zimno rozchodzi się po całym moim ciele od... od starej rany! Na wyrwane fragmenty! Demon do mnie przemawia, demon którego już kiedyś pokonałem... A nie, spokojnie. To sługa patrzącego. Mówi... On mówi że teraz on mnie przejmuję. Patrzący! Patrzący? Że mam teraz z robą rozmawiać? Chyba za długo siedziałeś w puszce. Rana, moja rana się otwiera. Strupy odpadają, cieknie śluz. Czas udać się znowu do medlabu. Zwłaszcza że, na oddech smoka, coś mi jest. Witaj doktorze, ma pan coś na tą ranę? Dziękuje. Nie wie pan kto zna się na statku na teorii demonologii? Starszy? Ktoś jeszcze? Nie? W takim razie dziękuje za pomoc. Demon znowu się odzywa. Mówi że czas na udowodnienie swojej wartości. A od kiedy patrzący wymaga dowodów? Czyżby zasady wiary się zmieniły w czasie wyprawy? Nic to, miałem świętować przydzielenie do klanu. A więc pijemy przyjaciele ukarowie, na zdrowie!

Wiadomość do starszego z prośbą o spotkanie. Tak, wystarczy wieczorem. A teraz medytacje. Uf! Demon nie rośnie. Ale i tak trzeba coś zrobić zwłaszcza że wrota są jego celem. Starszy, mam problem. Siedzi we mnie demon i chce się dostać do wrót. Tak, chciałbym zawrócić. Ktoś mnie obserwuje. Drzwi, wyskok, wycelowanie. Starsza i bestia. Przepraszam za problem. Tak, coś mi jest. I to, na oddech smoka, coś bardzo mi jest. Pięć lat temu zabiłem demona, czy też raczej odesłałem. Tak, to był piekielny ogar starszy statku. Nie, nie był wielkości człowieka. Był wielkości czołgu. Mam ją zabić? Ale czemu? Czemu akurat ją? Że jest mądra i całkiem przystojna? Bez przesady! Starszy mówi do białych smoków. Idziemy! Tup, tup, tup, mamy taką a nie inną sytuację. Operacja dopiero na planecie, wracamy. I wszystko prze zemnie. Może lepiej bym wyciął sobie tego demona moim tasakiem? Nic to, przynajmniej wrzucę sobie muzykę do pokoju. Dzięki przyjaciele. Doceniam waszą pomoc. W dół głośniej mówisz? Dziękuje.

Volrath? Volrath? Jesteś! Czy ten fragment pustki to sługa patrzącego? Nie? Tak myślałem. Już idziesz? Nie możesz zostać dłużej? Anardzie? Anardzie?! Nie potrafię, nie mogę się połączyć. Czego chcesz sługo patrzącego. Życia starszej, życia Mizue lub życia starszego. Jeden sposób, poznać. Trzeba to zrobić. Pustko zrobię to czego ode mnie wymagasz. Jak to zrobić? Zniszczyć kamienie? Dobrze. Starsza zabrała fragment pustki. Zdradziła mnie i to w co wierze. Jej czas nadejdzie niedługo. Ale czym zawinili inni? Muszę, muszę udowodnić że jestem godzien bycia sługą patrzącego. Jego Hargardzkim okiem. Wszyscy są przeciwko mnie, szpiegują mnie. Widzę to bardzo dobrze. Mizue jest w ukryciu, Voroxy mają na mnie oko. To już czas, to już czas. Kontrolować się, nie mówić na głos. Tylko w myślach, sługa patrzącego mnie wysłucha. On ma plan, wielowarstwowy plan, on jest zaufanym patrzącego ja tylko pyłem. Wreszcie musimy to zrobić. Zniszczę ten cholerny statek. Dwar. Leży. Ukucie. Bieg, byle szybciej, byle się udało zrobić co jest konieczne by patrzący spojrzał na mnie łaskawie. Kolejne uczucie, organizm utyka. Świadomość, gdzie moja świadomość? Fragmencie pustki, pozwól ukryć wspomnienia z współpracy, tak by zaufali mi znowu. Bym dostał drugą szansę...

Komentuj (0)


Link :: 09.11.2005 :: 19:57
18,19 martius 5002

Madoc 7

Sesja wewnątrztygodniowa

BY ASKAR

W życiu każdego człowieka występują momenty, które tworzą osobę, wyznaczają kurs czyjegoś istnienia. Czasami są to chwile niewielkie i subtelne. Czasami... nie. Pokażę wam, co mam na myśli.

***


Otwieram oczy, leżę w medlabie. Gdzieś na granicy świadomości słyszę jeszcze echo głosu...
"Krwi z mojej krwi, dotarłeś do momentu przełomu. Postąp właściwie, a sprawy ułożą się po twojej myśli i wszystko będzie dobrze..."
Słowa bł. Allawa wypalają się w moim umyśle. A więc to już. Moment, na który czekałem z niecierpliwością i strachem od tylu lat. Próba krwi... test, czy okażę się godny... czy sprostam rodzinnej legendzie. Odpycham od siebie te myśli. Przecież, na dziewięć piekieł, jeśli nie teraz, to kiedy?
Wstaję, uśmiecham się do zaniepokojonych towarzyszy, macham ręką. Nie, nic mi nie jest... ot, chwila słabości. Widzę leżącą na sąsiednim łóżku nieprzytomną Varię. Kładę dłoń na jej głowie. Odpoczywaj, Habeeba. My do pracy, załogo.
Vasil klnie pod nosem, mamrocze i pracuje. Iskry lecą mu spod palców. Tak, od niego zależy najwięcej. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić skomplikowania prac, którymi się zajmuje. Modyfikuje swoją uryjską laskę, aby mogła przekazać większą ilość energii w jednym strzale. Jako źródła energii wykorzystamy kryształy otrzymane od strażnika Yrian.
Wyciągamy chwilowo Vasila z jego warsztatu, zbieramy się w mesie i myślimy. Jak zwykle krzyczymy i klniemy na siebie, śmiejemy się i żartujemy. Po pewnym czasie budzi się i dołącza do nas Varia. Dziwne wrażenie musimy sprawiać z boku. Nijak nie przypomina to poważnej narady przed bitwą, od której zależy wiele istnień. Zastanawiam się nad tym przez chwilę, po czym wzruszam ramionami. Jeśli tak, to co z tego? Jesteśmy skuteczni. To się liczy.
Jeszcze w trakcie narady statek rusza w kierunku demona. Decydujemy się na walkę w sporej odległości od wioski. Dzięki temu, jeśli coś nie wyjdzie, będzie jeszcze czas na plan B (jakikolwiek by nie był...), czy też ewakuację wioski.
Po kilku godzinach plan jest gotowy. Moebius rysuje poręczną mapkę. Zarys planu... Znajdujemy na dnie wąwóz, który stoi na drodze demona. Powinien spowolnić jego ruchy i dać nam czas na atak. Po pierwsze demon napotka wiązkę monogranatów na wysokości swoich kolan. Jeśli nawet nie zatrzyma to go w miejscu, to przynajmniej zwolni i rozproszy uwagę. Następnie Vasil strzeli do niego ze swojej laski, w demona uderzy jakieś tysiąc jednostek Dziwu. No, to jest siła, która poważnie zagroziłaby lewiatanowi. A potem... ha, potem skoczę demonowi na kark z Pazurem w dłoni i niech się dzieje wola Wszechstwórcy. W razie czego Vasil będzie mnie wspomagał seriami z Magnusa wyciągniętego z mojej zbroi. Plan nie jest może elegancki i subtelny... jednakże powinien być skuteczny i nie mamy więcej czasu na kombinacje. Jest tylko jedno ale. Jeśli kryształy, które znaleźliśmy w piramidzie, nie ochronią nas przed "polem śmierci" demona, to ujrzymy jasne oblicze Pankreatora nieco wcześniej, niż planowaliśmy.
Docieramy do wąwozu, znajdujemy odpowiednie miejsce i rozkładamy sprzęt. Potem wracamy jeszcze na jacht. Laura płonie odnalezioną ponownie wiarą, zaprasza nas na mszę. Tak, to chyba dobry pomysł. Po kazaniu proszę wszystkich o chwilę uwagi i przywołuję słowa antycznej al-malickiej modlitwy. Czuję się silniejszy. Czuję się gotowy. Jeszcze pożegnania... Nie, nie przesadzajmy, przecież zaraz wrócimy... to tylko spacerek...
Vasil i ja zakładamy kombinezony, sprawdzamy trzykrotnie zapas powietrza i pozostałe wyposażenie. Powoli wchodzimy do śluzy i opuszczamy statek. Jacht oddala się... tak było zaplanowane, niech reszta przebywa w bezpieczniejszym miejscu. Ściskamy sobie dłonie i zajmujemy stanowiska. Vasil ustawia laskę i Magnusa w załomie skalnym na dnie wąwozu. Ja znajduję sobie półkę skalną u szczytu jaru. Pozostaje czekać. Modlę się.
W pewnym momencie kryształ na mojej piersi zaczyna się rozgrzewać. Jesteśmy w "polu śmierci" i ciągle żyjemy, dzięki Wszechstwórcy za małe łaski... Po chwili słyszymy zbliżające się, dudniące kroki demona. Instynktownie kulę się, a jednocześnie zbieram się w sobie. No chodź, pomiocie Qullipothów... Jest! Nie zauważa nas! Dobrze... dobrze... schodzi na dno wąwozu, zaczyna wspinać się na przeciwległą ścianę... Vasil odpala granaty. Przez chwilę widzę jedynie chmurę mułu podniesionego z dna przez wybuch. Sharmoota, jak mam na niego skakać, skoro go nie widzę??? Na szczęście po krótkiej chwili muł opada i oddycham z ulgą. Splugawiony zatrzymał się, jedna noga wyraźnie odmawia mu posłuszeństwa. Dalej, Vasilku! Inżynier strzela. Oślepiający promień białego światła uderza w demona, słyszę jego ryk... Nie wierzę własnym oczom. Vasil... ja wiem, że jesteś geniuszem, ale to... W klatce piersiowej splugawionego widnieje ogromna dziura. Mimo to istota jeszcze stoi, rozgląda się wściekle w poszukiwaniu źródła bólu. Czas na mnie. Allawie, pomagaj... Skaczę, zapalając Pazur. Czuję jego siłę. Jego chęć do walki. Ten moment... czuję, że to do niego dążyłem przez całe życie. Żadnych wątpliwości. Żadnego strachu. Jestem małym, spokojnym centrum Wszechświata.
Ląduję na karku demona. Błyskawicznie chwytam równowagę i tnę. Płasko, przez kręgosłup. Potwór ryczy ponownie, sięga do tyłu, jedna jego łapa chwyta mnie... Nieważne, ja jestem nieważny, nie wyrywam się, tnę ponownie, tym razem pionowo. Zachwiał się, ale ścisnął mnie mocniej. Trzeba inaczej. Zbieram siły do jednego ruchu, wyrywam się, wypływam ponad niego. Czuję, jak w szponach demona zostaje mój aparat tlenowy. A, kanith... wstrzymuję oddech, wypływam nad jego głowę, robię przewrót, odpalam prawy silniczek kombinezonu wprowadzając się w ruch wirowy, wystawiam Pazur przed siebie, chwytając go obie dłonie i z góry... wwiercam się... w czaszkę demona.
Niewiele pamiętam z późniejszych wydarzeń. Zatrzymałem się gdzieś w środku jego plugawego mózgu, wyciąłem sobie drogę, Vasil przyłożył jeszcze serią z Magnusa... I demon padł. Woda wypełniła mi płuca.
"Wybrałeś. Postąpiłeś właściwie. Jestem z ciebie dumny, krwi z mojej krwi. Jeśli tylko zechcesz, będę od teraz przy tobie, służąc Ci moją radą."
Otwieram oczy, leżę w medlabie. Gdzieś na granicy świadomości słyszę jeszcze echo głosu...

***


Tak naprawdę nikt nie prosi o zmiany w swoim życiu. Ale zmiany te przychodzą. Czy jesteśmy więc bezsilni? Czy jesteśmy marionetkami? Nie. Wielkie momenty pojawiają się. Nic na to nie poradzisz. Liczy się to, co zrobisz później. Wtedy właśnie dowiadujesz się, kim jesteś naprawdę.


Komentuj (4)


Link :: 15.11.2005 :: 15:35
12 - 16 februarius 5002

Wyprawa na Skey, cz. 10 (Wolf's Lament - przestrzeń)

Sesja niedzielna

BY TRZY PAZURY

Odbiorca: Ehrich
Nadawca: Volrath

Przyjacielu, pewnie dziwisz się, że tak Cię nazywam, lecz obaj służymy temu, któremu przyszło być strażnikiem tego, co fizyczne, a tego, co jest pustką. Nie znamy się, nigdy się nie widzieliśmy, a i słyszeć mogłem o mnie tylko od tego, którego oko znajduje się na twojej dłoni, tak jak ja od niego o Tobie słyszałem.
Piszę gdyż pragnę Ci opowiedzieć o mojej wędrówce drogą Patrzącego, a raczej jednym z fragmentów tej drogi. Pierwsze kroki postawiłem pięć lat temu, gdy fragment pustki, którego opisywać tu nie będę, zostawił we mnie znamię swej obecności tworząc przy tym bramę do świata, który nie istnieje. Nie wiedziałem o tym i dowiedziałem się dopiero niedawno, gdy inny z fragmentów starał się przedrzeć przez ranę, która nie do końca się zrosła. Próbował zdobyć czas by poznać tego nowego przeciwnika udając, że mu służę. Niestety, moi towarzysze podróży postanowili zamknąć mnie w maszynie, którą nazwali komorą stazy, by zdobyć czas na swój sposób. To zatrzymało mnie od działań, nie zatrzymało tego, który przechodził, co zresztą dziwić Cię nie powinno.
Obudziłem się więc z pełnym złości i siły fragmentem. Fragmentem, który pokazał mi jak łatwo zniszczyć mnie może. Fragmentem, który ofiarował mi sposób na oswobodzenie bramy od narzutów mego ciała i naszej wiary. Ponieważ fragment dysponował całą moją mocą i całą swoją wiedzą o naturze rzeczy, ostrzegłem towarzyszy, którzy na statku kosmicznym toczyli, zapewne, swój własny bój. Tyle tylko mogłem zrobić.
Ale, przyjacielu, zastanawiasz się pewnie czemu piszę. Czy zawarłem pakt z fragmentem by przeżyć. Czy, wreszcie, zamierzam odrzucić patrzącego z Twego życia. Nie! Otóż patrzący był wtedy tym, który pomysł mi podsunął. I chociaż czasu minęło nie mało zanim zrozumiałem jego intencje, nadal żyje pilnuje porządku. Tak więc, dysponując wiedzą tego który służył mu wcześniej, wyszedłem ze swej powłoki i, z poznaniem w oczach, dostrzegłem to co skryte być miało. Siła tkała sieć fizycznych powiązań między tym, co nią było a statkiem, który to miała zapewne, w swym gniewie, zniszczyć. Tak więc ciąć zacząłem ciemne linie, lecz sił dużo nie mając spróbowałem w serce problemu uderzyć. I wtedy, dzięki łasce Patrzącego, zrozumiałem iż teraz przodkowie moi ciała pilnują i to nie ono ma być areną walki z tym. Tak więc, by sprawdzić co z towarzyszami mymi się dzieję, przez ścianę statku przejść chciałem lecz w sieć wcześniej utkaną, niczym owad, złapany zostałem. Jedynym i ostatecznym wyjściem było uderzenie w serce mego połączenie i tak właśnie zrobiłem.
Spotkałem siebie i nie spodobało mi się to, co zobaczyłem.
Próbowałem uzyskać w sobie strach i wyrzuty sumienia, lecz ten, kto kroczy jego ścieżką nie obraca się za siebie.
Próbowałem pokazać swoją moc, lecz moc każdego niczym jest wobec mocy tego, który w pustkę spogląda.
Próbowałem zdezorientować się strachem przed śmiercią przynoszoną przez półnagą starszą statku, lecz czym jest czyn, jeśli nie ma ryzyka.
Próbowałem pokazać dowódcę, w osobie starszego statku, którym być powinienem, lecz jedynym dowódcą jest Patrzący, my zaś jego wojownikami.
Uderzyłem nie zważając na obrazu, które sobie przedstawiałem. Fragment zniszczył bramę we mnie, ja bramę w fragmencie.

Teraz już wiem to, co Patrzący chciał mi ukazać. Lub nie wiem zupełnie nic. Wniosków swych w liście tym ukazywać nie będę byś mądrzejszy stał się własnym rozumem nie moim. Byśmy razem wiedzieli więcej i niech Patrzący zdecyduje kto z nas ma rację.

Komentuj (0)


Link :: 20.11.2005 :: 12:22
?? martius 5002

Madoc - wizja

Sesja wewnątrztygodniowa

BY VARIA

W jednej chwili patrzę na roześmiane gębusie współtowarzyszy świętujących zwycięstwo nad demonem – w następnej zapada ciemność. Co jest, kur..... Vasil znowu spieprzył generatory? (Tak, tak, kurczaczku, wiem – to nie Ty...) Otwieram oczy w jaskini. Zaje... Ewa jest niedaleko, tyle dobrze. Mam na sobie śmierdzące futra i najwyraźniej ktoś usiłował podciąć mi włosy. Zrezygnował na szczęście. Ale nie tylko mnie. Laura, Moebius, Vasil, Leila i Askar pysznią się gustowną szczecinką. I takimi samymi zaśmierdłymi futrami jak moje. Chwila konsternacji, próbujemy sobie przypomnieć – co i jak i skąd niby my tutaj. Czasu na orientację nie dano nam wiele, prawie natychmiast wchodzi jakiś gburowaty sukinsyn i drze mordę każąc nam wstawać i ruszać do roboty. Zważywszy, że gestykulację wspiera bronią nikt na razie nie protestuje, ruszamy. Ewa jeszcze się nie obudziła, więc biorę ją na ręce. O cholera... O jasna, pieprzona... Ewa płonie od gorączki, jej oddech jest krótki i urywany... Jak..? Nigdy... nie chorowała... Na święte ręce Amaltei... Lauro... pomóż mi... Gówno mnie obchodzi twoje niedowiarstwo, twoje filozoficzne wątpliwości, pomóż! Laura pomaga... jej cicho szeptane słowa, jej błogosławione ręce niosą ulgę mojej maleńkiej. Oddech się pogłębia, zasypia spokojniej.
Pędzą nas jak bydło do wspólnej sali jadalnej, gdzie pięćdziesiątka apatycznych więźniów pod niedbałą strażą uzbrojonych w paralizatory strażników wcina nieapetyczną breję. Tłuszcz. Zimno... Gdzie do cholery jesteśmy?! Przez salę przeparadowuje jakiś kopfkomando z... pieprzonym niebieściutkim Decadosem... Automatycznie nadstawiamy uszu.
- Jak postępują prace?
- Zgodnie z planem. Wkrótce powinniśmy się przebić.
- Dotrzemy do niego bez problemów?
- Nic się nie bój... wsiądziesz do swojego cennego lewiatana na czas...
Mantiusie...
Poganiani strażniczym wrzaskiem wychodzimy do roboty – na zewnątrz. Zimno jak skurwysyn, nigdzie nic nie widać, Ewa się budzi, zaczyna drżeć w przenikliwym chłodzie. Pracujemy – kilof, łopata, sztolnie jakieś... Drążymy górę, ciągle jeszcze zdezorientowani, oszołomieni po poprzednim sukcesie – nie możemy się pozbierać... ledwo żeśmy ciut głowę podnieśli, od razu nam ktoś przyfanzolił. Dwa księżyce na niebie... układ gwiazd... to... chyba Aylon... Zaczyna narastać idiotyczne poczucie, że to wszystko... demon, oroymowie, Madoc... to wszystko tylko się przyśniło, tak naprawdę nigdy nie wyzwoliliśmy się z Aylonu, tak naprawdę to czeka na nas wojna rodzin i biskup Żelaznej Korony. I... Giorgij....
Pod wieczór wracamy do jadalni. Ta sama gorąca breja, smród spoconych, niemytych ciał, Ewa ma dreszcze, gorączka wróciła. Lauro...
- Nie tutaj – szepcze Laura – pomogę... Wszystkim nam, ale nie tutaj...
Ma rację, mogą zauważyć, ukarać, tak, wiem, co to znaczy... Wracamy do jaskini. Czarny piecyk na środku emanuje ciepłem, Laura klęka, unosi ręce, jej twarz... zmienia się... Kogoś mi przypomina... Kogo..? Melodyjny głos LiHalanki wznosi się w modlitwie, przymykam oczy, zapach... zapach mięsa..? Owoce..? No proszę... Teurgowie do garów! Wyżerka jak ta lala... A teraz... Lauro... Laura kładzie dłoń na czole Ewy. Gorączka spada.
Siadamy do kolacji, wygłodniali, zziębnięci, brudnymi palcami rwąc mięso zaczynamy analizować sytuację. Wszystkim nam coś tu śmierdzi... głównie sytuacja. Nic nie pasuje... Wedle wszelkich znaków przebywamy tu już cztery miesiące, z których nie pamiętamy dokumentnie nic. Pozostawiono nam możliwość używania mocy i – właściwie – broń. Porwanie i przewiezienie nas na Aylon celem pracy w kopalni jest absurdalne. Większość z nas zaczyna zakładać, że to znów wizja. Może jakiś okultystyczny rezonans po demonie, może znów Vasil rozszerzył swoje możliwości prowokując okultystyczne czknięcie rzeczywistości, Askar – ewidentnie wkurzony – stawia na głębinowych Oroymów. Jeśli to wizja – to dla mnie nieprzenikalna. Jeśli to nie wizja... to za dwa dni stan Ewy zacznie być niemal beznadziejny. A Zakon dostanie kolejnego lewiatana. Niczego nie zakładam, nic nie wiem, wiem, że trzeba... Moebius wstaje od kolacji. Zdejmuje okrywające go futro i opatula nim Ewę. Tak, mała potrzebuje ciepła, ale... Moebius..?
Moebius klęka pod ścianą, twarzą do zimnej powierzchni, jego ramiona drżą, Laura podchodzi z cichym pytaniem – które zamiera jej w gardle, ręka Moebiusa niezauważalnym, błyskawicznym ruchem wystrzeliła do góry, chwyciła amalteankę za krtań. Zrywamy się wszyscy, Moebius cofa rękę, jego mięśnie są napięte jak struna, w jego aurze... Pięknie... Naprawdę... Tylko tego nam brakowało. Podchodzę na bezpieczny dystans.
- Co to jest? – pytam. Moebius wypranym z emocji głosem zaczyna wymieniać. Kilka nazw nic mi nie mówi, za to kilka... często padało – na przykład na decadoskich przyjęciach. Moebius przechodzi spontaniczny odwyk. Syndrom odstawienia znakomicie uszczupla jego możliwości panowania nad sobą. Jakoś nagle wszystkim nam przypomina się jak perfekcyjną maszynką do zabijania może być nasz wyblakły wróbelek. Laura znowu szepcze, mięśnie Moebiusa odrobinę się rozluźniają, drżenie ustaje. Wszyscy wiemy, że nie na długo... W kącie, tam, gdzie obudził się Moebius leżą skórzane rzemienie... Najwidoczniej to nie pierwszy dzień radosnej detoksykacji. Pokryta tatuażami twarz nie wyraża nic. Czerwone oczy patrzą obojętnie spod półprzymkniętych powiek. Pozwala się przywiązać.
Jego stan jest dla nas dodatkową motywacją do działania, on musi mieć warunki – jeśli ma bezpiecznie przetrwać czas oczyszczania się organizmu. I jeśli my mamy przetrwać bezpiecznie ten czas – w jego towarzystwie. Czymkolwiek jest to w czego środku tkwimy – nie możemy sobie pozwolić na bezczynność. Jednak wiemy zdecydowanie za mało, żeby móc podjąć jakiekolwiek działanie. Jutro – kiedy wyprowadzą nas do prac – spróbujemy zdobyć trochę informacji. Pogadać z innymi więźniami, rozejrzeć się po terenie. A potem trzeba się stąd wyrwać – tak czy inaczej. Korzystając z nauk Ojca przygotowuję dla Moebiusa uspokajacz na rano. Mała dawka dragu, który złagodzi objawy. Musimy mieć choć cień swobody działania. W końcu rozmowa cichnie, zmęczenie wymusza na nas sen.

***



Twarz mam wtuloną w ziemię, nade mną brzmią krzyki, przekleństwa i groźby. Ewa! Czołgam się w kierunku Leili kurczowo przygarniającej moją córeczkę. Wkurwieni strażnicy wrzeszczą, podłoga jadalni wysłana jest przerażonymi więźniami.
- Na ziemię! Nie ruszać się!
Większość dozorców trzyma broń wycelowaną w Moebiusa, reszta chaotycznie celuje do pozostałych więźniów. Niezbyt jeszcze przytomna po ataku – nie wiem, co się dzieje, nie wiem, co robić... Jeden ze strażników wyciąga paralizator, ciałem Moebiusa targają konwulsje, pada. Strażnicy wywlekają go z sali jadalnej.
Wyganiają nas na mróz, do kilofów i łopat, ktoś szybko relacjonuje mi sytuację. Musiałam zjechać po swojemu, ale... czemu łaziłam..? W każdym razie Moebius nie wytrzymał. Jeden ze strażników zdzielił go pejczem przez grzbiet i wróbliczka poniosło. Gdzie go zabrali – nie wiemy. Żyje. Tyle...
Leila skupia się i ogląda okolicę z góry. Biało. Otacza nas lodowa pustynia. Żadnego lądowiska, żadnej drogi, nic. Pieprzona pułapka, nie ma czym i dokąd uciekać, gdzieś pod nami drzemie pogrzebany lewiatan, Ewa znów zaczyna dzwonić zębami, jestem głodna, nie jadłam... Monotonna praca, obojętne spacerki strażników, bezsilność...
Ale... A bo to pierwszy raz..? Czy to, że nie ma żadnych możliwości kiedykolwiek mogło powstrzymać działanie..? Trzeba unieszkodliwić strażników i ich paralizatory... Nie mamy narzędzi... Ale mamy Vasila. Wracamy do jadalni, Laura podchodzi do chłopaka z nienaturalnie wykręconą nogą... Opatruje go... Czas zbierać informacje - pogadamy z kilkoma... znajomymi..? Co do jasnej kurwy robi tu architekt Leili..? Moja drużka z LS..? Jakiś znajomek Askara... Wszyscy na Aylonie... Leila rozmawia z architektem...
- Diego... Poznajesz mnie..?
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
- Tak... pani – jesteś więźniarką...
- Diego, to ja... nie poznajesz..?
- Jestem zaszczycony, że tak urocza dama zechciała nawiązać ze mną rozmowę, ale chyba nie byliśmy sobie przedstawieni...
Zaciskam zęby, biorę Ewę na ręce, podchodzę do Towarzyszki.
- Potrzebuję leków...
- Nic nie mam...
- Jestem z Lux Splendor, pamiętasz mnie?
- Jesteś więźniarką...
- Co robisz na Aylonie?
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
- Przywieziono mnie tu do pracy... Prosto z klasztoru na Byzantium...
Odwracam się plecami, podchodzę do architekciny.
- Co robiłeś przed Aylonem?
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... Pięć cholernych sekund zajmuje zanim wygenerują odpowiedź.
- Nie pamiętam...
Bzdura! Dosyć! Dosyć. Durniejesz, Juandaasta. Durniejesz przez to dziecko i przez... Ile czasu zabrało ci złapanie prostego tricku. Dobra, panowie, wizja efektowna, z efektywnością gorzej. Podnoszę głowę do góry.
- Ktoś się tu nami bawi... ale dobrze, chcecie przedstawienia...
Podchodzę do strażników.
- Potrzebuję leków.
- Co mnie to obchodzi, wracaj na miejsce.
Klękam.
- Proszę.
Jeden patrzy na drugiego.
- Chyba nie ma sensu ciągnąć tego eksperymentu.

***



Ciemność.


Komentuj (1)


Link :: 24.11.2005 :: 00:16
26-29 ianuarius 5002

Demeter cz. 4 i 5

Sesja Drejkowa

BY MANUEL


Wyprawa i negocjacje w toku. Po opuszczeniu Gesarów odwiedziliśmy pozostałe siły na planecie. Wyniki rozmów? Niezłe. W kronikach opiszą to pewnie tak: "gdziekolwiek się pojawiali, tam narody całe padały na twarz przed Feniksem".

Z systemowych Wrót wyleciał okręt. Żywej duszy na pokładzie. Nasi eksploratorzy którzy tam weszli – nie żyją. Nieźle. Czekamy aż wrak doleci do nas.

III Republika – urokliwe miejsce. Togi, termy, niewolnicy. Pasztety z papuzich języków, wino, uczty na leżąco… Niespecjalnie mieliśmy czas i chęci żeby nurzać się w luksusach. Przedstawiliśmy władzom istniejącą sytuację, dzień później na nadzwyczajnym zebraniu Senatu rozwiązano Republikę, królewski ród Kamehameha przywrócił sobie tytuł arcyksiążęcy… i Feniks już oficjalnie zapanował na Demeter.

Ojciec Michiko zaczął chorować. Niestety, w natłoku obowiązków zlekceważyłem pierwsze objawy. Wyruszyliśmy prędko do Floty.

Nasz pośpiech spowodowany był potrzebą jak najszybszego poznania istniejącej w układzie sytuacji, i wykorzystania jej w jak najlepszy sposób. Toteż prawie nie śpiąc prowadziliśmy rozmowy z kim się dało.

Admirał Floty okazała się być osobą konkretną i rzeczową. Po zapoznaniu się z faktami zdecydowała się na wcielenie swej armii do wojsk Alexiusa. Pół planety nasze!

Radość z sukcesu przyćmiła niestety choroba mojego sekretarza. Co więcej, zachorowało kilkunastu marines. Po powrocie na okręty zarządzono kwarantannę i badania. Ojciec Michiko wymagał natychmiastowej hospitalizacji. Było z nim źle... bardzo źle... jednak dla Wszechstwórcy nie ma nic niemożliwego...
Co się okazało? Jakiś rodzaj wirusa zaatakował nasze bakterie, co wywołało w krótkim czasie epidemię. Na tutejszych nie działał – choć jak sprawdziliśmy w kronikach, mieli tu kilkaset lat temu zarazę o podobnych objawach. "Sama znikła".

No i mamy problem. Jesteśmy chorzy. Musimy natychmiast lecieć do II Republiki. Nie możemy rozmawiać, bo ich zarazimy. Nie możemy robić telekonferencji, bo wyda się to podejrzane…

Zaordynowałem antybiotyki. Bakterie nie rozniosą wirusów, rozwalimy sobie to i owo, ale nie rozniesiemy choroby. Moi amalteańscy preceptorzy nie byliby zachwyceni.

II Republika. Jesteśmy już znużeni i zniechęceni ogólną sytuacją, więc przedstawiamy ichniemu sekretarzowi nasze stanowisko, które przy odrobinie złej woli nazwać by można jako "ultimatum". Wracamy do eskadry i czekamy na odpowiedź. Przed nami – tajemniczy okręt i powrót do Gesarów. Mam nadzieję, iż arcyksiążę przekonał Leopolda…


Komentuj (9)


Link :: 26.11.2005 :: 09:06
29-30 ianuarius 5002

Demeter cz. 6

Sesja Drejkowa

BY MANUEL

Na ręce Klausa Daupree, wiceprefekta drugiego archiwum Zakonu Kalinthi

Przyjacielu!

Chciałem dokończyć opowieść z poprzedniego listu. Po opuszczeniu ziem Dwunastej Floty udaliśmy się z powrotem do Drugiej Republiki. Zostaliśmy jednak podczas negocjacji aresztowani – cóż za barbarzyństwo! – i wtrąceni do więzienia. Jednak Wszechstwórca czuwał nad nami, i nasz ciemiężyciel: prezydent rozstał się był z tym światem.
Oczywiście rozpoczęto śledztwo, mnie, skromnego robotnika Winnicy Pańskiej wzięto za psychonika, w końcu jednak nas wypuszczono. Ciężko bowiem stawiać warunki, gdy otaczają Cię niszczyciele i korwety, a samemu dysponuje się ułamkiem siły przeciwnika, czyż nie?

Rozmowy z sekretarzem obrony przeszły nadzwyczaj sprawnie. Nie będę cię zanudzać szczegółami – dość powiedzieć, iż 2. Republika uległa rozwiązaniu.
Otrzymałem od byłej Republiki niezwykle interesujące i zastanawiające przedmioty, których opis i szkice załączam. Wydaje mi się, że chłopcy z Laboratorium będą mieć trochę roboty.

Swoją drogą, moi towarzysze przypominają wygłodniałe sępy, które tylko czekają, żeby się na coś rzucić. Tylko Anna Maria zachowuje się jak na szlachciankę przystało. Natomiast pozostali... szkoda że nie widziałeś tych wygłodniałych oczu, nerwowych ruchów palcami i wrzasków „Zajmuję to w imieniu Cesarza!”, „Chcę być przy badaniu!”, „Możesz mieć do tego dostęp, ale pozostanie to na moim okręcie!”... makabra. Na szczęście św. Maia przemówiła do rozumu co poniektórym i mogłem w spokoju zająć się artefaktami.

Pamiętasz, wspominałem Ci o vuldrockim niszczycielu, który leciał w naszą stronę? Zarządziliśmy eksplorację. Masakra... Dryfujące ciała, pocięte, rozstrzelane, miażdżone... udaliśmy się na mostek kapitański. Ta sama sytuacja. Zamordowany w przykry sposób kapitan... Nie było jednak czasu na pochopne działanie. Uruchomiliśmy grawitację, Jonatan zaopiekował się kluczami, a potem udaliśmy się do ładowni.

Ładownia śniła mi się już od dłuższego czasu. Był w niej ktoś... uwięziony. Poza tym wypełniona była skarbami. Więźnia i kosztowności pilnował vuldrocki czarownik. Powiem Ci tyle – walki z demonami to nic nie znaczące błahostki w porównaniu z tym magiem. Ale – dziej się wola Wszechstwórcy! Stanęliśmy do walki. Nie było łatwo. Przeciwnik dysponował naprawdę potężnymi mocami. Z apostolską pomocą udało mi się jednak go pokonać. W jaki sposób, pytasz? Hmmm... wbiłem mu kciuki w mózg... tak, przez oczy.
Walka wyczerpała mnie jednak. Przez pewien czas miałem dziwne wrażenie, jakbym wykorzystał bardzo wiele z łaski Opatrzności.

To na razie wszystko. Planuję jak najszybciej stąd wylecieć. Dziwny świat, jestem chory, dowodzi nami ubogi duchem... a Pięcioksiąg czeka... Jeszcze tylko wizyta u Gesarów, rozmowa z Mechanistami i Kotami i możemy zamknąć ten rozdział.

Nie mogę jednak narzekać. Wiele się nauczyłem, moje prace postępują, przypomniałem sobie jak to jest być dyplomatą... ech, niezbadane są wyroki Omnikreatora...

Niech Paulus stawia Twe stopy na ścieżce zbawienia
Oktawian
Komentuj (3)


Link :: 30.11.2005 :: 15:45
1 - 3 februarius 5002

Demeter cz. 7

Sesja Drejkowa

BY MANUEL

Z kronik oo. manuelinów

Onego czasu podróżował był czcigodny oyciec Manuel wraz z kompanionami swemi, to iest księżną Anną Bursandą, i ligmaystrem Connardem. Przewodził niemi komodor Antonio, ale równie dobrze osieł mógłby za niego stanąć. Taki to uparty a zawzięty oficyjer był, jako Hazat.

Czcigodny oyciec Manuel pokonawszy Vuldroka - sprosnika, okrutnie umęczon był od niego, więc do medlabu poniesion został. Tam też go leczono. Gdy męki przeokrutne cierpiał, komodor wraz z księżną kłócić się a inkomodowac poczęli, a o to, iż z Mechanistami dowódca sam gadać począł, niomalże woyny nie wywołuiąc. Obraził też komodor Bursandę zachowaniem swem, więc księżna w gębe mu dała i w sodomii obmówiła.

Wtedy też Leopold Gesar, kajzerem się samozwańczo tytułujący, w pysze swey Feniksa nie uznając, przez Wszechstwórcę pokaran został i na proch rozbit. Zapłakali więc wszyscy, gdyż do zgody z nim w negocyacyach doyść chcieli.

Faworyt yego zaś, Leopolda znaczy, okręt okrutnie wielgi, a „Vlad” się zwący, porwał i z planety uciekać począł. Pomodlił się więc oyciec Manuel do świętych Paulusa a Oktawiana, którzy nad niem czuwali, i „Vlada” co we wrota wpadać miał, w Mrok wrzucili. Żałował oyciec Manuel a kompani yego, ale lepiej, żeby demony okręt pochłonęły, niźli żeby miał-ci on dyzgusty w Znanych Światach czynić. A to takoż pamiętali, że Wszechstwórca odbiera, ale i daje – toteż w Nim ufność pokładayąc, do następnych czynów przeszli.

Kiedy doszło do łupów podziału, to iest niszczyciela vuldrockiego a skarbca, które czcigodnemu oycu Manuelowi z prawa się należały, iako temu który okręt zdobył, ukazało się oblicze komodora prawdziwe. Ochłapem jakim chciał rodom a Lidze podziękować, wypierając się tego, co wprzódy o Manuelu mówił. Szczęściem imć Connard słowa mu własne nagrane do odsłuchania przekazał. Komodor, resztki honoru tracąc, słów Connarda nie uznał, i za fałszywe miał. Zaśmiał się więc ieno ligmayster i poradził mu, żeby się oddalił.

Czcigodny Manuel zaś, co widząc, najrozumniejszą radę dał, by niszczyciel prawem wojennym Flota przejęła, ładunek zaś między obserwatory rozdzielić. Takoż i uczyniono, co Dulcinea, w sromocie niemałej, potwierdzić musiał.

I nikt już komodora za honorowego i prawego nie miał. Zajedno – rody, midszypmeni, oficyjerowie czy zwykłe ciury pokładowe. Tak i w niedługi czas po tem pomarł, ze zgryzoty jako powiadają.

Z czego ojcu Manuelowi chwała, Wszechstwórcy gloria na wieki, a nam nauka i przestroga, amen!



Komentuj (33)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń