Menu :


Link :: 03.11.2007 :: 23:24
VIII 5003

Stygmat cz 1 i 2

Drużyna Hazacka

By JOSMARIA & INEZ


Inez okręciła się przed wysokim lustrem. Poprawiła wlokący się po podłodze tren purpurowej sukni i kokieteryjnie spojrzała znad wachlarza.
- No i jak? Robi wrażenie, nieprawdaż?
- Nie podoba mi się.
Z sykiem wciągnęła powietrze, zła jak kotka. Jeszcze chwila i rzuci się z pazurkami do oczu.
Zdjął ze stołu nogi w wysokich butach, obcasy stuknęły o posadzkę.
- Nie podoba mi się sposób, w jaki się nudzisz.
Roześmiała się. To niebywałe… od ośmiu lat jestem jej cieniem, jej aniołem, jej sługą, jej przydatnym nikim… a ona wciąż jeszcze mnie kokietuje. Kiedy sobie odpuścisz, Inezo?
- Co to będzie tym razem? Czego sobie życzysz? Oko? Nos? Nie, to było ostatnio. Uszy? Szrama na policzku? – Podniósł z patery jabłko, przyjrzał mu się krytycznie i wytarł o rękaw. – Tego przynajmniej będzie stać na operację plastyczną. Więc możesz się nie krępować. – ugryzł owoc, sok spłynął na gładki podbródek. Spojrzał na nią spod rzęs, bezczelność powodowana poufałością.
- Ale bądź tak dobra i nie utrudniaj mi życia. Mogłaś krzyknąć – dodał z wyrzutem – mogłaś chociaż krzyknąć, kiedy zobaczyłaś tego gaszka wspinającego się po sznurze. Nie musiałbym ciąć tak… wulgarnie.
- Przecież krzyknęłam… - odwzajemniła mu spojrzenie odbiciem w lustrze.
- Krzyknęłaś..?
- Oczywiście… Kiedy spadł – roześmiała się znowu. Piękna. Okrutna.
Korzystaj… Piękna Inezo. Korzystaj, Czarna Inez, korzystaj z życia. Znam twoje apetyty, rzucasz się na biesiadę życia wygłodniała, żarłoczna, bo wiesz, że to ostatni moment, że później będzie mąż, ród i polityka. A ja jestem tym, który jest szybą pomiędzy tobą, a wystawą słodyczy. Żelazna dziewica. Jesteś dziewicą, bo ja jestem żelazem.
- Gotów do wieczerzy?
Wzruszył ramionami, częściowo po to, żeby poprawić ułożenie tuniki pasującej barwą do jej sukni.
- Miejmy to za sobą. W końcu co dobrego może być na Stygmacie.

***
Najdroższy Ojcze!
Co dobrego może być na Stygmacie, zastanawiałam się podczas lotu od Wrót na planetę. Znasz mnie na tyle, że wiesz, iż dla mnie czasem wystarczającym powodem wywołującym zainteresowanie jest fakt, że jeszcze gdzieś nie byłam. Poza tym, cóż… Jest dość… siermiężnie, wojskowo, prosto. Interesująca odmiana biorąc pod uwagę kręgi, w jakich obracałam się ostatnio. Żywiłam jedynie nadzieję, że mimo całej „wojskowości” nie będę zmuszona do obcowania z gburami, dla których „etykieta” oznacza przede wszystkim naklejkę na butelce alkoholu.
Szczęśliwie spotkała mnie miła niespodzianka, chociaż JosMaria znów zaczął przypominać napiętą strunę, która w każdej chwili grozi pęknięciem. Otóż, nie dane mi było po przylocie zetknąć się z gospodarzami, miast nich rolę mojego dueno pełnić miał Don Alejandro Corrinho Dulcinea. Zapewne wiesz o nim, Ojcze, więcej niż ja ze źródeł oficjalnych, mnie jednak przyszło poznać osobiście tego zadziwiająco spokojnego jak na żołnierza, małomównego i wiernego swoim zasadom człowieka.

***
Zogniskował spojrzenie w sam czas, żeby zobaczyć dłoń Alejandro ześlizgującą się z pleców Inez. Leżeli na miękkiej, uginającej się i niepokojąco ciepłej podłodze. Nabytym w ciągu ośmiu lat odruchem sięgnął po broń. Trafił na materiał.
Trzy osoby w samej bieliźnie w pomieszczeniu bez okien. Ciasno rozmieszczone kraty w wejściu od korytarza, kraty na suficie – stamtąd luminescencyjne światło. Pomieszczenie jednorodne, podłoga płynnie przechodząca w ściany, ściany w sufit, kraty… Bardziej kości niż kraty. Żadnej broni, żadnych ruchomych elementów. Mal karma.
W kilku rozbłyskach wracały wydarzania ostatnich godzin – chyba godzin – kolacja, dziwnie przyglądający się służący na korytarzu pałacowym, zaproponowana przez Alejandro wycieczka za „miasto”, wybuch… nagła eksplozja ziemi za konwojem, żywy „tank”, atakująca grupa symbiontów, strzały, strzały, strzały… i w końcu ta miękka ciemność, która przywitała teraz jego powracającą świadomość.
Inez skromnie odsunęła się od Corrinho. Skromnie. Ale zbyt wolno. JosMaria westchnął w duchu. Następny. Pocieszające, że w obecnych okolicznościach, mimo niedostatków stroju, raczej nie musi się o to martwić. Don Alejandro wyglądał na bardziej zmartwionego niż podekscytowanego. Cholera. Mam nadzieję, że nie wlezie tym Inez na ambicję…

- Inez! – skoczył dobywając broni, jednym spojrzeniem ogarniając idiotyczną sytuację. Młody markiz z ogłupiałą miną chował za sobą prawą rękę, Inez przyciskała do piersi rozerwany materiał gorseciku. Krzyk, który sprowadził go tutaj przeszedł teraz w coś, co można by było uznać za jęk przerażenia… gdyby się jej nie znało. Inez z trudem hamowała śmiech.
Cofnęła się za niego, ruchem niewinnej, przerażonej dziewczynki.
- JosMaria… ten… człowiek… Broń mnie…- czuł na ramieniu jej przyspieszony oddech. Zacisnął zęby.
- Panie, nastając na cześć markizy Inez obraziłeś honor rodu Santa Ana.
- Ale… - chłopak był zbyt zdumiony, żeby nad sobą tak łatwo zapanować, ale trzeba mu przyznać pozbierał się szybko. Oczywiście, że cię sprowokowała, dzieciaku. Musisz nauczyć się myśleć o polityce nawet w łóżku… Jesteś szlachcicem. Wszystko ma swoją cenę. Czasem w złocie, czasem we krwi. Płać.
- Mam nadzieję, markizie, że znajdzie się ktoś, kto choćby z litości przyjmie stanowisko twojego sekundanta. Znasz powinności szlacheckie. Oczekuję, że warunki ustalimy już dziś. Zniewagi zmywa się krwią.
Młodzieniec zmrużył oczy i nie powiedział nic. Możliwe, że szybko się uczył. Lekko skinął głową i nie patrząc na Inez opuścił ogrodową altanę. JosMaria odwrócił się do Inezy spinającej rozerwaną suknię przygotowaną na taką okazję broszą. Uśmiechnęła się.
- Nie patrz tak na mnie… Nie zrobiłam nic złego.
Drzewa w ogrodzie szumiały sennie. Młody markiz z podniesioną głową oddalał się alejką. Pojedynek miał odbyć się nazajutrz, ale chłopiec już był ranny. Ucz się… Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Postaram się oszczędzić ci…
- Nos – powiedziała. – Za bardzo go zadzierał.


Kraty rozsunęły się, do pomieszczenia wesoło wkroczyły tace z parującymi miskami. JosMaria odgarnął Inez pod ścianę zasłaniając ją sobą i nieufnie przyjrzał się radośnie zataczającemu się na krótkich nóżkach dzbankowi z przezroczystą cieczą. Tace ustawiły się pośrodku pomieszczenia i niebezpiecznie przechyliły w bok – zsuwając się z płaskich grzbietów krabopodobnych stworzeń, które pospiesznie wyszły, pozwalając kratom zsunąć się na nowo. Alejandro obwąchał parującą miskę z niezdecydowaną w kolorze breją, po czym spróbował cieczy.
- Woda.
JosMaria nie był przekonany, czy dobrowolne wprowadzanie czegokolwiek do organizmu w symbionckim hivie jest dobrym pomysłem. Podejrzliwie spojrzał na miskę, potem na chitynową tacę… Twardą, owalną tacę. Zgiął ją – poddała się łatwo i natychmiast wróciła do poprzedniego kształtu. Spojrzał na Inez siedzącą plecami, zwróconą twarzą do Alejandro, który tłumaczył coś niezrozumiale. Na jej karku w półmroku majaczyła ciemniejsza plama. Podszedł bliżej i musnął palcami jasną szyję, dotykając wypukłego chitynowego pancerzyka.
- Co… - Inez uniosła rękę do karku i zamarła. JosMaria i Alejandro Równocześnie sięgnęli do własnych karków.
Cisza jaka po tym nastała ciążyła całej trójce. Alejandro usiłował odzyskać siły, ułożył się na podłodze i zasnął, Josmaria krążył niespokojnie po pomieszczeniu szukając jakiejkolwiek możliwości ucieczki. Inez, osowiała, siedziała oparta o ścianę.
Kilka nużących godzin później kraty rozsunęły się przepuszczając człowieka o ewidentnych śladach zsymbioncenia. Alejandro syknął i rzucił kilka ostrych słów. Spotkanie po latach nie zawsze owocuje padnięciem sobie w ramiona. Przybyły warknął szorstką komendę, na którą ich ciała zareagowały niezależnie od woli. Być może miał z tym coś wspólnego wgryziony w ich karki robaczek.
Poprowadzono ich korytarzami do małej salki, w której znajomo brzęczał generator wzmacniacza do komunikatora tachionowego. Obraz był wyłączony, ale oko kamery prześlizgnęło się po więźniach.
- Jak widać jesteśmy gotowi wykonać swoją część umowy. Juan Hirański zginie z ręki swojego najwierniejszego marszałka. Zgodne z życzeniem jeńcy żyją.
- Widzę. Doskonale – odpowiedział zmodyfikowany elektronicznie głos. – Mroczne Łono może liczyć na zapłatę. I wdzięczność.
- Wyjść – warknął ten, który ich przyprowadził i ich ciała znów wykonały komendę, niezgrabnie odwracając się i powłócząc nogami. Wrócili do celi, mijając po drodze kilka pokrewnych pomieszczeń. W niektórych z nich migały znajome twarze żołnierzy konwoju. Na niektórych z nich rosły zielonkawe narośla…
W celi czekała na nich świeża porcja papki. Alejandro obwąchał ją jeszcze raz, skosztował trochę, po czym bez ociągania zjadł całą miskę. JosMaria odczekał trochę, po czym powtórzył jego wyczyn. Inez była głodna. Ale musiała poczekać. Po kwadransie, podczas którego nic się nie stało, a który wyznaczył JosMaria – chyba bardziej dla poczucia, że robi cokolwiek – Inez także zabrała się do jedzenia. Alejandro znów się położył, a JosMaria z zainteresowaniem przyjrzał się tacy…
Mieli czuwać na zmianę we dwóch. JosMaria objął pierwszą wartę, pozwalając Inez i markizowi Corrinho na wypoczynek. Praca nad tacą zaczynała przynosić efekty.
Minęły dwie z trzech godzin pierwszej zmiany, kiedy Inez obudziła się z cichym krzykiem.
- Jestem w pałacu – powiedziała. – Jestem w pałacu i ty jesteś w pałacu i hrabia… - popatrzyła w kierunku śpiącego żołnierza.
- Co ty mówisz..?
- Nie wiem, ale uwierz mi, jesteśmy tam, jadłam z nim kolację, rozmawialiśmy… Ja… i nie ja.

Stół, kolacja, świece, stoję (nie ja) za krzesłem Inezy, która śmieje się zalotnie do Alejandro, który trzyma ją za rękę. Uśmiecham się, odsuwając jej krzesło, kłaniam
- Panie hrabio… (co jest, do czarta, co się dzieje? Nie chcę, nie życzę sobie! Nie będę)

Budzi go furia i ukłucie w kark, odruchowo sięgnął do szyi i podrapał się po chitynowym pancerzyku przyssanego owada.

- Inez..? Spróbuj zasąć… Spróbuj…

Alejandro wiedział, że żaden z braciszków nie wykryje takiego połączenia jakie zafundowano im z sobowtórami. Żaden oprócz towarzyszki Lucindy Dulcynei. Matylda.

Matylda – szepce przez sen Alejandro zmuszając swój odpowiednik w pałacu do wyksztuszenia tego słowa przy kolacji. Jego ludzie patrzą ze zdziwieniem. Odpowiednik obraca to w żart.

Taca zwinięta w rurkę stanowi prymitywną broń, ale JosMaria poczuł się pewniej. Nie na długo. Ten sam zzieleniały osobnik rozsunął kraty i popatrzył na niego z rozbawieniem.
- Oddaj – powiedział po prostu i szermierz czując nieprzyjemne mrowienie w karku skonstatował, że jego ręka uniosła się i posłusznie wręczyła prowizoryczną broń strażnikowi. Strażnik wyciągnął komunikator.
- Jestem przy nich. Doprawdy nie wygląda, żeby mogli sprawiać kłopoty.
- Jednak coś się działo, uważajcie – ten sam mechaniczny głos.
- Będziemy – strażnik wyłączył komunikator, obrzucił ich krótkim spojrzeniem, wzruszył ramionami i zaczął odwracać się ku wyjściu.
JosMaria skoczył. Prawa ręka szarpnęła za komunikator, lewa pięść rąbnęła w zaskoczoną, pozieleniałą twarz. Odsunął się i gwałtownie zaczął wybierać numer dowódcy marines. Zza drzwi przysunęli się eskortujący strażnika żołnierze. Alejandro zaatakował.
Inez pod ścianą, strzały ogłuszaczy, Alejandro wypadający za kraty, chrupot łamanego karku, żołnierz, to jeden z żołnierzy, jeszcze chwila – unik – wysłać wiadomość - Matylda – nie ma zasięgu…Unik, za późno, ogłuszacz trafił, drgawki, piana z ust, mgła przesłaniająca obraz Inez przyskakującej do strzelającego i wyrywającej mu broń. Cholera. Cholera. Cholera. Nic się nie układa. Inez z jękiem wypuściła pistolet chwytając się za zranioną dłoń. Zza ściany dobiegały kolejne strzały – Alejandro walczył. Strażnik ruszył w stroną Inez, która uklękła ssąc zranioną rękę i patrzyła na niego – chyba pierwszy raz w życiu prawdziwie przerażona. Cholera – pomyślał JosMaria próbując zapanować nad drgawkami i podczołgać się do zagrażającego jego pani strażnika. Cholera. Chwycił oplecione skórzastymi skrzydłami kolana, zacisnął ramiona i zwymiotował z wysiłku. Strażnik przynajmniej przestał zbliżać się do Inez, ale co z tego, skoro podniósł broń. No tak – pomyślał filozoficznie JosMaria – to by było na tyle, jeśli chodzi o genialnego szermierza. Tak naprawdę przecież papcio nie sprawił ci szermierza, co? To tylko bonus, sprytna sztuczka, którą umiem… bo papcio po prostu sprawił ci psa… Czas się pokazać – i wbił zęby w lekko chrupiącą zchitynowaconą skórę pod kolanem.
Następne minuty wypełnione zalewającą usta lepką cieczą, krzykami i instynktownym zaciskaniem wstrząsanych drgawkami ramion i szczęk. Kiedy uniósł głowę zobaczył za drzwiami ciało jednego z symbionckich żołnierzy i nadbiegające straże. Pod ścianą Inez przykucnęła napięta, sprężona, gotowa do skoku. Buen, czas się zdecydować. Chyba jednak wolę być żywym tchórzem niż martwym głupcem.
- Inez. Nie – wyksztusił. Ineza rozluźniła mięśnie. JosMaria puścił nogi strażnika, niemal w tej samej chwili drgawki zelżały.
Alejandro nie wrócił już do celi. Zapewne dokądś go zabrano. Może jeszcze żył. Za zasuniętymi na powrót kratami kusząco leżał porzucony ogłuszacz. Oczywiście zbyt daleko, żeby sięgnąć ręką. Ale gdyby użyć sznurka z obciążnikiem…
- Odwróć się… - Inez sięgnęła ku plecom, JosMaria skinął z aprobatą głową i odwrócił oczy, szukając na podłodze czegoś, co mogło stanowić obciążnik. Znalazł. Wyglądało jak mały kamyk, ale przecież… Do diabła, pomyślał z niechętnym uznaniem JosMaria. Ten kretyn Corrinho zdołał zerwać z karku robaczka. Jego własna próba podważenia chitynowego pancerzyka skończyła się spektakularnym napadem padaczki.
Inez podała mu długą sznurówkę z gorsetu. Dzięki Wszechstwórcy za tradycjonalistów. Następne pół godziny spędzili przyciągając do siebie broń. Obydwoje zdawali sobie sprawę, że jeden ogłuszasz nie czyni żadnej różnicy. Nie wyjdą stąd z jego pomocą, ale przynajmniej zajmowało czas. W końcu siedli od ścianą. Inez położyła głowę na kolanach swojego anioła stróża.
- Spróbuj zasnąć, Inez. Spróbuj, cholera, może to głupie, ale spróbuj zmusić tamtą siebie do powiedzenia „Matylda”. Może ktoś… Nieważne. Po prostu śpij.
JosMaria zaczął powoli, rytmicznie gładzić czarne, splątane teraz loki. Niech śpi. Sen przyniesie jej spokój…
- Alejandro… - wyszeptała przez sen. JosMaria westchnął.

- Dlaczego to robisz?
Odwróciła się do niego uważając, żeby nie zranić się o leżącą między nimi szablę.
- Myślę… - zawahała się. – Oni wszyscy… są młodzi, przystojni, interesujący, inteligentni, a ja… jestem Inez Conchita Santa Ana Eduardo de Sierra Nevada. To mówi wszystko, prawda? Mnie nie wolno pokochać żadnego z nich. I czasem… chyba… chcę ich za to ukarać.


Przymknął oczy. Tylko na chwilę. Kiedy je otworzył przed nim pulsował monitor maszyny myślącej, a jego własna (nie moja!) dłoń wystukiwała poszczególne komendy. Standardowe cowieczorne sprawdzanie zabezpieczeń. Wstał, obszedł straże i podążył do kwatery Alejandro.
- Jak zdrowie pana hrabiego? – zapytał przy wejściu.
- Już dobrze. Dzięki Amaltei. To było tylko zasłabnięcie.
- To dobrze – wszedł do środka. Na łóżku półleżał nieco blady Alejandro. Na jego widok uniósł się na łokciu i odesłał ludzi.
- Jak sobie radzisz? – zapytał JosMaria (nie ja!), kiedy drzwi się zamknęły.
- Na razie dobrze. Jest trudniej, kiedy nie ma połączenia, brakuje mi danych. Ale Juan Hirański będzie tu za dwa dni. Tyle powinienem wytrzymać.
- Jeśli coś poszłoby nie tak – sojusznicy rozmieścili ładunki. To mniej eleganckie wyjście, ale skuteczne.
Leżący skinął głową. JosMaria wyszedł. Wracał do swojej kwatery.
Siedzący na podłodze hiva szermierz zacisnąl pięści, gałki oczne przesuwały się pod zamkniętymi powiekami.
JosMaria po raz ostatni sprawdzał stan bezpieczeństwa. Sięgnął po komunikator.
- Marines – raport.
- Wszystko w porządku, sir.
- Wszyscy na stanowiskach? – coś go nurtowało.
- Tak, sir - siedzący na podłodze hiva szermierz wbił w dłoń paznokcie.
- Czy sprowadzono już Matkę Matyldę?
- Matkę Matyldę, sir? – w głosie żołnierza zabrzmiało zdziwienie – Ale nie było rozkazu…
- Wykonać!
Nie zorientował się, nie zorientował! Tylko jedno cholerne zdanie, a może zmienić wszystko! Nie zoriento…
Z szyi szermierza odpadł chitynowy pancerzyk, JosMaria krzyknął i upadł na podłogę w drgawkach.
To nie fair – zdążył jeszcze pomyśleć – trzeci raz tego samego dnia. Diabli… Zdaje się, że zachowanie godnego wyglądu przysługuje tylko od markiza wzwyż…


Komentuj (0)


Link :: 14.11.2007 :: 23:38
VIII 5003

Stygmat cz. 3

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

… i tak to się skończyła przejażdżka z Czarną Ines. Ech, była to niewiasta… oczka jak tareczki, pysio jak malowane, ząbki jak perełki, cy… a, kto nie widział, zanim się postarzała i roztyła, niech żałuje, he, he… Że co? Żem sam stary? Ano, prawyś. Tylko że mężczyźni jak wino – kwaśnieją później.
Kiedy więc komendanta posieczonego wywlekli, ten bałwan Mendietes umyślił go wyleczyć i przekabacić. Żeby don Corrinho, niech mu Quillipothy łaskawe będą, w twarzowej zielonej żywej jesionce przewodził symbiontom od Mrocznego Łona. Po co? A, żeby Mroczne Łono zajęło wszystkie światy. A po co mu te wszystkie światy, pyta komendant. Ano, żeby je zniszczyć. Żeby nie było już niczego. Don Corrinho nie chwalił się, co mu odparł. Więc jak go znałem, rzekł pewnie że jedyne Mroczne Łono które go interesuje to zamtuz o tej nazwie w Estremadurze, a od zielonej jesionki woli sosnową. Ej, dobry to był dom rozpusty…
Odszedł więc skurwysyn Mendietes jak niepyszny, a komendanta kusić zaczął skurwysyn jeszcze gorszy… Wiem że to krew z jego krwi i kość z kości, ale, niech mi będzie przebaczone, było to i zło z jego zła. Cień jego, Rashid. I musiał się don Alejandro wahać długo, wiedział snadź, jakie plugastwo na świat wypuści. Niezadługo potem rzekł mi po pijanemu, że źle wybrał. Ale że go cień przyobiecał całego i zdrowego wypuścić wraz z Czarną Ines i tym jej obwiesiem najemnym, przystał. Przywołał i uwolnił Cienia.

Z piersi zakotwiczonego w żywej ścianie Alejandro wystrzeliły dwie ręce. Wsparły się na barkach więźnia, naprężyły. Pomiędzy nimi wyłoniła się głowa. Niemal idealna kopia twarzy Alejandro, pozbawiona jednak blizn i szram. I te oczy – dwa okruchy ciemności między powiekami. Popchnął, wydobywając korpus. Bose stopy klasnęły o żywą podłogę. Cień spojrzał w oczy uwięzionego. Uśmiechnął się. Wcześniej bardzo niewielu oglądało taki uśmiech u pana na Villacorvo – i nikt nie przeżył by o tym opowiadać.
- Hrabina Aida, powiadasz…
Chwycił więźnia za włosy nad karkiem, szarpnięciem wyrwał z żyjących okowów. Odwrócił się i wraził rękę w ścianę.
- Przyjmę propozycję Mrocznego Łona. Przejmę ten Ul.
Alejandro zobaczył, jak twarz cienia – jego twarz – porasta zielenią i chitynowymi płytkami. Popełniłem straszliwy błąd, pomyślał.


Jak się można było spodziewać, Czarna Ines nie padła komendantowi w ramiona gdy ten pojawił się ze swoją zsymbionconą kopią. Oraz głową Mendietesa w worku. Owszem, cień dwornie zapytał czy jaśnie panienka nie chce pozostać w hivie. Oczywiście odmówiła i Rashid gołych i bosych uprzejmie pożegnał i za odrzwia wykopał. Jedno, że miecze zabrać pozwolił. Oj, boczył się ten dupek, na komendanta powarkiwał, ale wprost oskarżyć nie śmiał. Nie, nie Rashid. Ten mniejszy dupek, JosMaria. Gładyszek bez jednej blizny, albo-li gładyszka… w sumie nie wiadomo czy więcej on był Jose czy Maria. A Hazat bez blizny, cóż – sami wiecie…
Poszli więc w kierunku naszych terytoriów, nie wiedząc jeszcze że na trzy tysiące kilometrów ich wywieźli. Nie minęło wiele czasu a panienkę nieść było trzeba. JosMaria tknąć komendantowi nie dał, sam niósł, ledwo zipiąc. A wtedy jeszcze szczupła była…
Trzeba było trafu i szczęścia, Wszechstwórca widać sprzyjał, znaleźli wrak skoczka. Stary, ale przekaźnik do komunikatora miał. I trzeba mu oddać, JosMaria zwędził komunikator symbiontom i wezwali pomoc. Opatrzyli też nóżki panienki, bo komendant apteczkę znalazł…

JosMaria buszował w skoczku. Alejandro obejrzał zranioną stopę Ines. Zaczęło się od niewielkiej ranki od kamienia. Po próbach opatrzenia w wykonaniu właścicielki stópki, a później Josmarii, wyglądało to jakby Ines nastąpiła na bronę. Starą i zardzewiałą. Kilka razy. Corrinho westchnął z politowaniem i wyciągnął środek przeciwbólowy

Oj, dużo szczęścia mieli, dużo… Parę godzin i znalazł ich oddział Zwiadu. Jaki jest Zwiad, każdy wie. Szumowiny z najgłębszego lochu, wisielcy oderżnięci od powroza… Beneficjenci przymusowej amnestii. Po co mi mózg, jestem ze zwiadu! W telegraficznym skrócie, jedna myśląca eks-siostra Bractwa Wojennego, zwyrodniały szlachcic – bękart, śliniący się debil plus obstawa i ładunek atomowy. Bez większych ceregieli oraz większej pokory zapakowali naszą trójkę do skoczka i przewieźli do bazy. Tamm od razu kazał komendant połączyć się z adiutantem Lucindy. Sam nie wiem jak zdzierżył gdy mu ten bubek JosMaria nad ramieniem klarował że Corrinho jest zdrajca, zaprzaniec i w ogóle podejrzany o symbioncyją. Dość że przyleciała skoczkiem sama przyboczna Lucindy, błogosławiona Matylda i komendanta uznała. Wtedy też dane nam było wreszcie porozmawiać, dowiedział się komendant że jego sobowtór unicestwiony był, a zdrajca przeor Światłości Objawionej pod kluczem już siedzi i małodobrego oczekuje.
Ledwo co wystartowali, okazało się ze jakiś skurwysyn sabotażysta bombę im na skoczku podłożył. Pierdol… znaczy się, wybuchła zaraz jak zaczęli wchodzić w atmosferę. Kanał się zrobił, znaczy, dwadzieścia minut i z pięknej Ines zostałaby jeno wypalona frytka. Całą resztę, nawiasem mówiąc, też by na jednej szufelce na stos pogrzebowy nieśli. Komendant wywołał tedy naszego Euzebia i kazał mu spadającego skoczka przechwycić. Tyle, że musiał przed wejściem w atmosferę maskujące blachy odstrzelić i pokazać światu, że to uryjski lewiatan, a nie byle krążownik pomocniczy JCMości „Conquistador”. Moim skromnym zdaniem, warta była skórka wyprawki, cóż byłaby warta tajemnica okrętu hrabiego Corrinho z samym hrabią Corrinho wysmażonym na frytkę, he he he…
Wybaczcie Wszechstwórco i Ty, don Alejandro, wino zbyt nikczemne by nazwać zacnym, zbyt dobre by je przekląć, język mój starczy rozpuściło... Cześć Twej pamięci…

I wtedy nastąpiła ta uroczystość… Po wszystkim, gdy opowiedziałeś Lucindzie, nie kryjąc niczego, tłamsząc dumę i wstyd, kim jest nowy wódz Mrocznego Łona. Że jest Tobą.
Gdy Arcyksiążę kazał ci uklęknąć, hrabio, by kazać ci powstać księciem.
Gdy twój głos zawołał na pierwszy wiwat „Honor y gloria!”

Pamiętam wtedy, jakby to było wczoraj. Komendant, gdyśmy chcieli obór jego świętować, zamknął się w kwaterze, nikogo nie puszczając. Fiołka nawet precz odesłał. Powiedział mi tylko jedną rzecz.
Drugi raz odbieram mu planetę.
Drugi raz mnie za to wynagradza.
Nie zasłużyłem.


Komentuj (1)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń