Menu :


Link :: 03.12.2005 :: 18:20
19-29 martius 5002

Madoc 8, 9 i 10

Sesja wewnątrztygodniowa

BY ASKAR

(Fragment autobiografii admirała Askara ibn Selim księcia Al Allaw Malik "U stóp Czwartego Szczytu", Wydawnictwo Pałac Cesarzowej, Byzantium Secundus AD 5034)


W imię Wszechstwórcy miłosiernego, litościwego!

Zdarzyło się w miesiącu Azar dziewiątego roku panowania Jego Cesarskiej Wysokości Alexiusa I Wielkiego.

Przetrwawszy pomyślnie próbę siły i próbę intelektu, moi towarzysze i ja znaleźliśmy się na pokładzie oro'ymskiej łodzi podwodnej zmierzającej w stronę jednego z miast tego ludu. Pomimo pewnych niedogodności związanych z różnicami fizjologicznymi pomiędzy oro'ymami i ludźmi, podróż przebiegła bez większych zakłóceń. Mieliśmy czas na wstępne zapoznanie się z tą fascynującą kulturą, co dane było niewielu obywatelom Znanych Światów. Zapoznaliśmy się także ze strukturą społeczną oro'ymów, którzy dzielą się na warstwę rządzącą, ławice (tak zwani "czerwoni" oroy'mowie) oraz poddanych, lud ("zieloni"). Członkowie ławic noszą miana zgodne z ich pozycją w hierarchii. Przywódca ławicy jest zwany Pierwszym, a władca wszystkich oro'ymów — Pierwszym z Pierwszych.

Po 40 godzinach ujrzeliśmy miasto, siedzibę ławicy Blayne. Choć dane mi było wrócić kilkakrotnie w to miejsce, nigdy nie zapomnę pierwszego spojrzenia na nie. Zupełnie obce, tak różne od naszych ludzkich osiedli... a jednak piękne w swojej obcości. Szesnastoramienna gwiazda trzy tysiące metrów pod powierzchnią oceanu, rozświetlona blaskiem ogromnych sfer stanowiących główne centra życia miasta. Piękne... A w pobliżu największej sfery, leżący spokojnie w czymś na kształt doku, lewiatan... Widok ten napełnił nasze serca radością i nadzieją. Potwierdziły się plotki, które nas tu sprowadziły. Po chwili dostrzegliśmy jeszcze jeden element miasta. Struktury obronne o wyraźnie ludzkim, współczesnym pochodzeniu. Oznaczało to, że honga rządząca Madoc i oro'ymowie zaiste są w doskonałej komitywie.

Gdy statek zadokował, zostaliśmy wyposażeni w odpowiedniej jakości i budowy kombinezony nurkowe, a następnie zaprowadzeni do kompleksu, który miał stać się naszym domem na czas pobytu w mieście. Była to struktura zbudowana przez hongę jako miejsce odpoczynku dla jej wysokich dygnitarzy odwiedzających swoich sojuszników. Kompleksem opiekowali się ludzcy niewolnicy, co napełniło mnie smutkiem. Powszechnie wiadomo, iż zawsze sprzeciwiałem się niewolnictwu i całkowicie popieram edykt z 5012 całkowicie znoszący je w Cesarstwie.

Kompleks hongi okazał się być wyposażony wygodnie, niemalże luksusowo. Powiedziano nam, że audiencja u Pierwszego nastąpi za dwa dni, a do tego czasu możemy swobodnie poruszać się po mieście, oczywiście z oro'ymskim przewodnikiem. Po krótkim odpoczynku przystąpiliśmy do zbierania informacji na temat oro'ymów, gdyż posiadaliśmy ich rozpaczliwie mało. W międzyczasie w kompleksie zaczęły się dziać rzeczy, które nie powinny mieć w miejsca w dobrej rezydencji dla gości. Do jednego z apartamentów dotarła urwana wiadomość z ostrzeżeniem dla mnie. Baronowa Juandaasta, przy użyciu mocy psychonicznych, z właściwym sobie wdziękiem i elegancją dotarła do nadawcy tej wiadomości, którym okazał się być agent Lux Splendor*. Przekazał on informację, iż jedna z niewolnic pracujących w kompleksie jest nieświadomym agentem Zakonu Czarnej Gwiazdy, niech miano to będzie przeklęte siedmiokroć. Fakt ten udało się potwierdzić później innymi metodami i niebezpieczeństwo wynikające z jej obecności zostało zneutralizowane.

Następnego dnia udaliśmy się na wycieczkę po mieście. Oro'ymski przewodnik oprowadził nas po interesujących miejscach tego siedliska. Moja fascynacja trwała dalej, lecz ze smutkiem stwierdziłem, że społeczeństwo oro'ymskie znajduje się w stanie stagnacji. Umierał handel, który zawsze jest okazją do wymiany nowych poglądów. Oro'ymowie stali się zadowoleni z siebie, ze swej wspaniałej przeszłości, a jednocześnie obawiali się wyjścia poza twardo ustawione ramy, obawiali się wszelkich zmian. Nasza wycieczka została przerwana przez nagłe zasłabnięcie pani diakon Li Halan, tak więc powróciliśmy do naszej rezydencji.

Wieczorem baronowa Juandaasta dokonała zadziwiającego odkrycia. Nawiązała kontakt... Nie, nawet teraz nie wolno mi o tym pisać. Nazwijmy ten kontakt Źródłem Beta. Źródło Beta przekazało nam ogromną ilość danych na temat samych oro'ymów, ich psychiki oraz osobowości Pierwszego. Wartość tych informacji podczas późniejszych negocjacji okazała się nieoceniona.

Następnego dnia nadeszło zaproszenie od Pierwszego, na które niezwłocznie odpowiedzieliśmy. Zaczęły się negocjacje. Warto zapisać dla potomności nazwiska osób uczestniczących w tym wielkim wydarzeniu. Ze strony Oro'ymów — Pierwszy z ławicy Blayne; Trzeci z ławicy Blayne - dowódca floty oraz Piąty z ławicy Blayne - odpowiedzialny za kontakty z ludźmi. Ze strony Cesarstwa — moja siostra, Leila baronowa Al Allaw Malik; diakon Świątyni Wieczności, Laura baronowa Li Halan; adiunkt Najwyższego Zakonu Inżynierów, Vasil markiz Kropotkin; agent Archiwum Cesarskiego, Nor-Yian z klanu Miharshun; a także piszący te słowa. Niestety droga memu sercu Varia Silva baronowa Juandaasta musiała pozostać w kompleksie, gdyż złożył ją kolejny atak choroby, która trawiła ją w tym czasie.

Negocjacje zaczęły się od mojej przemowy, w której starałem się wyliczyć bez zbytniego upiększania zalety ewentualnego sojuszu oro'ymów z Cesarstwem oraz przedstawić naszych przeciwników w nadchodzącej wojnie w jak najgorszym świetle. Pierwszy zadał kilka bardzo celnych i podchwytliwych pytań, na które jednakże udało mi się odpowiedzieć, nie tracąc rezonu. Pierwszy przedstawił także warunki sojuszu ze strony oro'ymów. Uznałem je za rozsądne i absolutnie akceptowalne. Jedna tylko kwestia mąciła me myśli — oro'ymowie przeciwstawili się wszelkim próbom kontaktu z Vau. Przyjąłem jednakże i ten warunek. Pierwszy oznajmił, iż decyzja zostanie podjęta za trzy dni, po konsultacji z innymi Pierwszymi i Pierwszym z Pierwszych.

Były to trudne trzy dni, wypełnione nerwami i niespokojnym oczekiwaniem. Na dodatek przez cały ten czas baronowa Juandaasta nie obudziła się... W końcu nadszedł ten dzień. Decyzja oro'ymów była... pozytywna! Trudno było mi zachować odpowiednią powagę, gdy moje serce zaznało chwili czystej i niezmąconej radości. Oro'ymowie w chwili wybuchu wojny obiecali udostępnić nam jedną piątą swoich sił, czyli 10 lewiatanów i 2 behemoty. Ta potężna siła zadecydowała później o naszym zwycięstwie... Otrzymałem prezent dla Jego Cesarskiej Wysokości, natomiast ja osobiście zostałem uhonorowany tytułem Przyjaciela Oro'ymów, który z zaszczytem noszę do dzisiaj.

Tamten wieczór był wspaniały. Był jedną z tych niewielu chwil czystego szczęścia, którego tak niewiele jest nam dane. Widok na twarzy Varii, kiedy obudziła się i usłyszała wieści... Nie zapomnę. Nigdy.

Następnego dnia opuściliśmy z żalem miasto ławicy Blayne. Po 40 godzinach znaleźliśmy się na powierzchni i promienie słońca ogrzały nasze twarze po raz pierwszy od dwóch tygodni.

* Oblicze organizacji tej, której mam zaszczyt być członkiem, zostało ujawnione światu dopiero po zwycięskiej Wojnie Pajęczycy, w której odegrała kluczową rolę.


Komentuj (12)


Link :: 03.12.2005 :: 18:55
30,31 martius 5002

Madoc 11

Sesja wewnątrztygodniowa

BY LEILA

Snop słonecznego światła. Zapach morza – soli i wiatru. Nareszcie powierzchnia. Były takie momenty podczas naszej podróży, kiedy sądziłam, że to się nie uda i skończymy na dnie oceanu.
Wychodzimy. Przestrzeń... ciągnąca się po horyzont ciemnoniebieska płaszczyzna morza. W oddali statek hongi. My sami stoimy jak się domyślam na czubku oro’ymskiego. Przyglądam się czarno-żółtym nieregularnym wzorom o rozmytych krawędziach, kojarzącym mi się z brzuszkiem kumaka czy salamandrą. Tuż obok na falach kołysze się ponton. Czas wsiadać. Askar z Moebiusem wnoszą śpiącą Varię. Niedobrze – ostatnio jej napady stały się nie tyle częstsze, co dłuższe. A teraz ja. A zatem uroczo i wdzięcznie niczym sarna wskoczę sobie do... Auuu... Glup... Wody? Wrrr... Jeden z towarzyszących nam oro’ymów wyciąga do mnie rękę i pomaga wgramolić się na pokład. Ściskając zieloną, błoniastą dłoń obcego przestaję żałować swojego niefortunnego wpadnięcia. Niech takie będzie moje ostatnie wyraziste wspomnienie związane z oro’ymami. Zresztą, zielonych nawet polubiłam. Zwłaszcza małego.

Mini koncert komunikatorów. Zaległe wiadomości...elektroniczna prenumerata. Nowy numer „Astrofizyki” – świetnie. Czy wspominałam, że będąc na Madoc zaczęłam czytać czasopismo poświęcone morskim ekostystemom (trzyma poziom, choć sądzę, że tytuł „Polip” brzmi niezbyt fortunnie... żeby chociaż „Ukwiał”... chyba grzecznie zasugeruję to redakcji w liście... tak...”Ukwiał” to lepsza nazwa, zdecydowanie...). Co jeszcze? O – od barona Al-Calvero Malika Dziękuje za pomoc i pyta, czy jestem zainteresowana współpracą. Natychmiast odpowiadam twierdząco. Askar dostaje informacje, iż książę Eryk zaprasza go na bal w przeddzień Pucharu i na sam Puchar. Może zdążymy... Tymczasem dopływamy na statek i wchodzimy na pokład. Niemal w tym samym czasie ładują nasze rzeczy. Wita nas kapitan – postawny, brodaty mężczyzna. Przydzielają nam kajuty. Przebrać się w suche ciuchy a potem poszukam magicznego pomieszczenia ozdobionego ideogramem w kształcie figury geometrycznej, którego tak bardzo brakowało nam na oro’ymskim statku.

Do Portu Moresby przypłyniemy pod wieczór. Puchar pojutrze. Zostajemy? Dochodzimy do wniosku, że jeden dzień więcej nas nie zbawi. Wspaniale... Ha – kwartalnik AMANu, który dostałam razem z innymi czasopismami podsuwa mi pomysł. Zaczynam pisać artykuł o powierzchniowych oro’ymach z wioski – o ich zwyczajach, kulturze, stosunkach społecznych. Nie jest tego dużo, ale zawsze coś nowego. Szkoda, że nie zdołaliśmy dowiedzieć się więcej o ich wierzeniach i legendach... Przy okazji opiszę też oro’ymów z miasteczka, porównam i spróbuję zastanowić się, jak bardzo ludzkie wpływy zmieniły ich zachowanie. Po chwili dochodzę do wniosku, że dość już nasiedziałam się w zamkniętych pomieszczeniach i przenoszę się z laptopem na pokład, gdzie spotykam Moebiusa. Niedługo później pojawia się też cokolwiek zdezorientowana Varia. Płyniemy. Moebius chce zmienić fryzurę na warkoczyki – prosi mnie o zaplecenie. Czemu nie, chętnie. Całkiem ładne ma włosy... że też nigdy nie udało mi się zapuścić takich długich... Najnowsze wiadomości – zabójstwa i niepokoje w mieście spowodowane przedpucharowymi rozgrywkami.

Świta. Przyjęcie wieczorem... co robić... w co ja się ubiorę? Przyjeżdżając tutaj nie uwzględniłam tego, że zostanę zaproszona na bal urządzany przez Hawkwoodzkiego księcia.
(zanotować – następnym razem wozić ze sobą choć jeden elegancki strój) No tak, trzeba będzie kupić. Tylko że tutaj i w dodatku teraz ceny będą zawrotne. Nie ma mowy. Szybko sprawdzam w sieci oferty, czy przypadkiem nie opłaca się bardziej polecieć do jakiegoś małego miasta po drugiej stronie planety. Opłaca się. Ale... jest lepszy pomysł – hotel oferuje także krawcowe. Tylko czy zdążą w jeden dzień? Cóż, jak się okazuje za odpowiednią opłatą... Szczęśliwie krawcowa okazuje się profesjonalistką. Szybko rysuję jej projekt, określam dokładnie o jaki materiał mi chodzi i o jakie wykończenie. A teraz miara i mogę zająć się toaletą. Kąpiel i fryzjer. Ufff. Wygląda na to, że nawet zdążę ze wszystkim i jeszcze trochę czasu zostanie. Askar proponuje Varii nową suknię, ta jednak nie wydaje się być zachwycona pomysłem. W końcu zgadza się... jednak sądząc po okrzykach, jakie dochodzą z jej pokoi...

Wieczór. Moja suknia jest gotowa. Ha – muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z rezultatu. Ciemnoniebieska, długa, ze skośnym dekoltem, dołem pocięta na pionowe pasy połączone drabinkami srebrnych sznurków. Zresztą należy dodać, że rozcięcia sięgają trochę ponad połowę uda i podobnie jak dół sukni obszyte są cienkim paskiem srebrnego materiału. Wygląda dokładnie tak, jak zaplanowałam. Oszczędność formy, asymetria i odrobina prowokacji. Jeszcze tylko buty pod kolor i srebrna bransoleta w kształcie węża na ramię. Nie lubię nadmiaru biżuterii. I wachlarz... No, gotowa. Jak niegdyś wspominałam, czasami lubię poczuć się damą. Askar tradycyjnie na biało, krój mundurowy. Vasilij w grafitowym garniturze – przypominają mi się imieniny Aidy... I tak się składa, że znowu idziemy na przyjęcie razem. Moebius też elegancki, wplecione w warkoczyki ozdoby w kształcie rombów połyskują metalicznie. Ewa w sukience. Varia... tak, wydawało mi się, że przecież na początku zostawiła krawcowej wolną rękę... potem jak widać zmieniła zdanie, bo najwyraźniej postanowiła poprzerabiać wedle własnego gustu. Idziemy.

Hmmm – muszę powiedzieć, że Don Alejandro miał rację określając Hawkwoodzkie przyjęcia jako drętwe... w porównaniu z Hazatami na Święcie Wina... chociaż tutaj przynajmniej nikt nie ucierpi. Klasyczna muzyka przygrywa spokojnie, większość zaproszonych to Hawkwoodzi i gildyjni w mundurach i garniturach, trochę AlMalików. Spośród tego tłumu zdecydowanie wyróżnia się na-arcyksiężna Natasza w ekhmmm... skromnej szmaragdowozielonej sukni oraz towarzyszący jej Rycerz Modliszki w zbroi wspomaganej i dwie kurtyzany (zresztą trzymane przez rycerza na łańcuchach) Podchodzimy do podwyższenia na końcu sali i witamy księcia Eryka. Obok niego Wielka Księżna Fativa, nieco spięta, jakby nie czuła się zbyt dobrze w tym otoczeniu. Zapewne nie jest jej łatwo w nowym towarzystwie. A przecież niedługo, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem zostanie żoną Eryka. Ha – muszę powiedzieć, że pomysł Wielkiej Księżnej na ubranie drewnianych sandałów robi na mnie wrażenie. Krótka grzeczna rozmowa. Potem tańce. Varię nie bardzo przekonują dobre rady Moebiusa... W pewnym momencie prosi mnie sam Eryk... Szczęśliwie tańczy dość sztywno dzięki czemu nie wychodzą moje niedostatki... rozpaczliwie próbuję sobie przypomnieć lekcje udzielane mi przez Bertrama w drodze z Keth. Pozostałą część przyjęcia spędzam gawędząc z Vasilijem.

Poranek Pierwszą wiadomością jest atak bombowy na hotel, w którym nocowałaby ekipa Hazatów z Aragonii, gdyby nie śmierć ich pilota, która zmusiła ich do wycofania się z wyścigu. Zginęło około 300 turystów. Do zamachu przyznał się Front Wyzwolenia Obcych. Jasne. Wyglądam przez okno. Z daleka widać jeszcze dymiące zgliszcza budynku. Wydaje mi się, że nawet rozważaliśmy zatrzymanie się w tamtym hotelu. Wtedy to my bylibyśmy dzisiaj martwi. Tak niewiele brakowało... (I proszę – nawet teraz myślisz tylko o sobie) W dole kolorowe świętujące miasto, jak gdyby nic się nie stało. A przecież... dla tych 300 ludzi świt nie nadszedł. Odkładam czerwoną sukienkę z powrotem do szafy. Nie dzisiaj.

Lot nad miastem. Tłumy na ulicach. W jednym miejscu dostrzegam powieszonego ukara... dalej zielonego oro’yma. Wiadomości nadają informacje o skrytobójstwach i bójkach kibiców. I po co to wszystko? W dole pod nami pomalowane na fioletowo voroksy rozprawiają się z decadoskimi kibicami. Dolatujemy na trybunę honorową Eryka – latającą platformę księcia Eryka i Fativy ozdobioną błękitem Hawkwoodów i LiHalańskim fioletem. Wysiadamy i wchodzimy na trybunę. Ewa koniecznie chce klaskającą rękami czapkę. Kolejną pakuje na głowę Moebiusowi, który chcąc nie chcąc się na to godzi. Książę Eryk już na miejscu, wyraźnie podekscytowany. Obok niego Fativa, wyraźnie nie wiedząca, co ze sobą zrobić i ogólnie zdziwiona całą sytuacją. W prawej dłoni arcyksiężnej chorągiewka z napisem "Yeah!". Varia chwilkę przygląda się Fativie – potem macha. LiHalanka dziwi się jeszcze bardziej. Siadamy. Do wyścigu coraz bliżej. Prawie wszyscy podekscytowani. Wciąż przyjmowane są zakłady. W powietrzu zawieszone ogromne holoekrany. Częstują nas Old Gwynneth – właściwie, czemu nie. O, LiHalańskie ciasteczka z wróżbą... A pewnie, że wezmę... "Wierzba na zboczu". W sumie czego się spodziewałam po LiHalańskich ciasteczkach... Teraz Moebius – "Ryba nie oddycha pod wodą" (wrrr – kto też wypisywał te wróżby – oczywiście, że oddycha...) Askar – "Szumią wierzby na gór szczycie". "Rodzeństwo najwyraźniej ma jakieś szczęście od wierzb" stwierdza Varia. I wszystko jasne! Już rozumiem... Dla Askara wierzby – podkreślam liczbę mnogą - na szczycie a dla mnie jedna i to na zboczu... Zawsze druga, zawsze mniej... ech, że też nawet ciasteczka z wróżbą to "wiedzą". Varia jest wyraźnie zdziwiona tym, co znalazła... Na zboczu, cholera... Vasilij stwierdza, że też się w to bawi – "Kobieta jest jak stare koło" – czyta zdziwiony... Stare koło... Zużyte, a nadal [się] kręci?

Start tuż tuż. Książę Eryk wygląda jak typowy mężczyzna-zajmujący-się-swoim-hobby. Fativa mechanicznie macha chorągiewką. "Czas zaczyna" "Książę, czy na pewno to zrobić... a jeśli..." "Ależ John...a jak myślisz dlaczego kazałem zamontować na tej trybunie tarczę z niszczyciela..."
Teraz efekty specjalne. Hawkwoodzki samolot wygląda imponująco... ale z drugiej strony nadlatuje Hazacki... i zostaje efektownie zestrzelony. Hawkwoodzcy kibice szaleją, z miejsc Hazatów dobiegają okrzyki dezaprobaty i groźne pomruki. Eryk zaciera ręce. Teraz prezentacja zawodników i zajęcie miejsc. Emocje rosną. Nad zatoką zawisa ogromny zegar-hologram. Wszyscy wstrzymują oddech. Ciszę przerywa tylko tykanie, w takt którego rytmicznie powiewa chorągiewka arcyksiężnej. I wreszcie...Ruszyli...

Samolot drużyny Hawkwoodzkiej momentalnie wysuwa się na prowadzenie, tuż za nim łeb w łeb gildyjna ekipa ... i LiHalańska "Diamentowa modliszka". Rozentuzjazmowany głos sprawozdawcy. Za nimi pozostali zawodnicy. To dopiero początek, jeszcze wszystko może się zdarzyć... AlMalicka ekipa z Criticorum daleko w tyle. O dziwo Hazaci radzą sobie nie najlepiej...w każdym razie zostają za pierwszą trójką. Za to nagle, z tyłu wysuwają się "Ligheimskie Diabły". Lecą coraz szybciej. Dystans pomiędzy nimi a prowadzącą trójką zmniejsza się z każdą sekundą. Tak sądziłam, że jeszcze któraś z pomniejszych drużyn, nie będąca faworytami może się wykazać. "Cóż za wola walki." Poza nimi z "drugiej grupy" wybijają się Decadosi... ich też nie podejrzewano o wysokie miejsce. No proszę, radzą sobie coraz lepiej... niestety, nie dość dobrze. Pierwsza – jut tym razem czwórka, bo "Diabły" dopędziły LiHalanów, Hawkwoodów i Barfingera daleko na przedzie. Tłumy szaleją. Eryk uderza dłonią w poręcz krzesła. Diabły wyrywają naprzód wyprzedzając Hawkwoodów i LiHlaanów. "Górą Gildyjni" – skanduje Vasilij. Askar, który postawił masę pieniędzy na Hawkwoodów wyraźnie się denerwuje. Ja w duchu kibicuję Ligheimczykom. Lubię, kiedy się powodzi tym, których inni nie doceniają. Ale cóż to – samolot Barfingera ma awarię. Ciekawe, czy to wypadek czy sabotaż... Tak czy owak zostają w tyle. Mały błąd gildyjnego pilota i Hawkwoodzi wysuwają się na prowadzenie. Tuż za nimi LiHalanowie i Diabły. Wymiana spojrzeń pomiędzy Fativą a Erykiem. Ostatni odcinek. Co się dzieje... samolot Eryka spada. Krzyki wśród widowni. Książę blednie. Ale wyścig trwa nadal. I – zwalnia się trzecie miejsce. Ostatni odcinek... I nagle z tyłu... Proszę państwa... tego się nie spodziewaliśmy... Toż to drużyna AlMalików z Shaprut... Czy widzicie shantora wymalowanego na boku samolotu? Nie widzicie! A właśnie – tak szybko lecą!" Nasi, nasi! Lecą łeb w łeb z nadrabiającymi straty Barfingerami… Jednak ta załoga coś nie ma dzisiaj szczęścia i zostaje z tyłu. Finisz. LiHalan walczy, jakby przed wyścigiem przysiągł popełnić seppuku, w przypadku nie zajęcia pierwszego miejsca. Dolatuje na metę pierwszy. Tuż za nim Barfinger a na trzecim Shaprutczycy.

Askar żegna się z pieniędzmi. Vasilij cieszy z wygranej – obstawił na tyle korzystnie, że zarobił. Szczęśliwie pilot Hawkwoodów przeżył – choć został ciężko poparzony. Teraz odbędzie się ceremonia wręczania Pucharu. My jednak wracamy do hotelu się spakować. Varia chce jeszcze coś załatwić przed odlotem. Wieczorem idzie z Askarem do miasta. Wracają po niedługim czasie i startujemy. Ha – mieliśmy w planie zrobić sobie wieczorek filmowy z Vasilijem i Moebiusem. Taaak. Najlepiej teraz bo potem... nie będę miała okazji w najbliższym czasie... Oglądamy. Pakuję się Vasilijowi na kolana. Nie wiem co sobie o tym wszystkim pomyśli... (w zasadzie uważa moje zachowania typu "na luzie" za sztuczne - choć zgadza się też z tym, że skoro ja tak nie uważam, nie muszę liczyć się z cudzymi opiniami)... ale trochę boję się tego, co zamierzam uczynić. Do tej pory próbowałam szperać sobie w głowie w poszukiwaniu informacji pozostawionych tam przez obce istoty, ale nie szukałam tak głęboko. I nic nie znajdowałam. Zresztą - może nic więcej już nie ma... ale wolę się upewnić... zwłaszcza teraz, kiedy potrafię więcej... Zaniedbałam sprawę Sanuremai’a – niby dlatego, że nie potrafiłam niczego się doszperać... ale przecież to tanie tłumaczenie... przecież nie drążyłam tej sprawy, ze strachu właśnie i licząc, że „samo się załatwi”... no i się załatwiło... Askar, Vasilij, Moebius, przecież wiem, że zginęliście przeze mnie...

Koniec filmu. Moebius wychodzi. Jeszcze krótka rozmowa z Vasilijem. Jest parę spraw, które dawno powinnam mu powiedzieć. I instrukcja obchodzenia się z Roślinką. A teraz wyspać się trochę i z samego rana do medlabu.

Komentuj (12)


Link :: 10.12.2005 :: 15:48
12 - 22 februarius 5002

Wyprawa na Skey, cz. 10, 11 (Raven - przestrzeń)

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

Uff, w końcu skoczyliśmy na Raven... A już myślałem, że będziemy tak krążyć w kółko po systemie do momentu zgaśnięcia ostatniego słońca...
Ruszamy zwyczajowym kursem na planetę po drodze zawijając trasę dookoła księżyca z vuldrocką stacją przeładunkową. Kolejne dni mijają spokojnie, spędzamy je na ćwiczeniach i, aeyy... *ćwiczeniach*! Trzy Pazury również twardo ćwiczy (ćwiczy, nie *ćwiczy*) mimo niesprawnej nogi. Jego udział w brataniu się z resztą ekipy nieco zmalał odkąd szefostwo przeniosło go do naszej starej komórki na miotły. Nie żebym żałował... Teraz mam z Herdis jakby nieco więcej miejsca... Na *ćwiczenia* oczywiście!
Dwa dni minęły nam jak z bicza strzelił... Minęliśmy księżyc ze stacją, wykorzystując jego grawitację do szybkiego skrętu na Raven i pomknęliśmy w stronę planety.
W tym momencie bogowie (Zukinayan? Marina?) najwidoczniej uznali, że mieliśmy dość spokoju na raz... Nasze sensory wykryły fregatę na kursie pościgowym... Do tego mająca wystarczającą przewagę szybkości żeby uniemożliwić nam ucieczkę. Wiedziałem, że to hamowanie w drugiej połowie lotu to zły pomysł... Gdyby tylko dało się inaczej...
Fregata przedstawiła się jako "Czarny Szczur" pod dowództwem Gieroja (albo jakoś tak) z Hargardu. Też bym był gierojem jak bym miał taką przewagę w uzbrojeniu. Każą nam hamować... Cholera, różnica jest taka, że jak nie posłuchamy to nas dogonią jakieś pół dnia później... A to by oznaczało, że ich apetyty będą ostrzone przez dodatkowe pół dnia. Szef zadecydował, że nie ma sensu wyostrzać ich apetytu. A gdyby jakimś cudem okazało się, że nie są wrogo nastawieni to tylko poświęcimy im czas Cóż, od cudów to tutaj są bogowie nie mały skromny ja.
Kilka godzin intensywnego hamowania później wysyłają dwa wahadłowce. Pełne vuldrockich łupieżców oczywiście. Oki chłopcy! Wbijać się w kombinezony! Przywitamy ich w śluzie. Grunsh, pożycz chłopaków z ciężką bronią. Szef też idzie... Mignięcie niewielkiego detonatora. To chyba na wypadek gdyby szczurze działa wyłączyły nas z gry. Przynajmniej nie nacieszą się łupami. Pierwszy wahadłowiec podpina się do śluzy... Drugi.. Ku***! Dopiero, co składaliśmy ten okręt do kupy! Nikt was nie nauczył otwierać drzwi? Idioci nieskrobani!
Krótka rozmowa szefa z wrażym negocjatorem podbiła napięcie... Gdyby nie cholerne ciężkie działo Szczura w śluzie byłą by jatka, ale jaki jest sens masakrować tych tu, jeżeli z nas zaraz potem zostanie tylko gówno i kapcie? Do tego oprócz stadka vuldroków jest tu jeden z czymś, co go kompletnie ukrywa przed wzrokiem umysłu... Płaszcz Psi? Al-Malik tutaj? Do tego brat Jamala? Kiedyś będę musiał się szefa zapytać jak on to robi przyciągając do siebie te wszystkie problemy. Źle, nic nie osiągniemy dając się zabić, a, że rozwaga była zawsze lepszą częścią odwagi... Panowie, składać broń (pieprz*** fregata, gdyby nie to ciężkie działo...). Wszyscy, którzy są poza zasięgiem wzroku chować broń do skrytek.
W międzyczasie szef znalazł sobie spokojny kącik i wyszedł z siebie... Jasne, jeżeli tylko udałoby się unieszkodliwić uzbrojenie fregaty to jesteśmy w domu. Vuldroków nie jest tylu, żeby Voroksy (z naszą skromną pomocą, rzecz jasna) nie dały sobie z nimi rady na pokładzie. Tylko, że fregata zaparkowała daleko, szef będzie potrzebować czasu. Źle. No to my grzecznie do ładowni. Dvar, schowaj to... Jak nie znaleźli to ich sprawa. Jeszcze nie Dvir, dopiero jak szef się obudzi i powie żeby lać, bez tego to zostanie z nas chmurka gwiezdnego pyłu. O, Grunsh. Was też tutaj? *Klik*? Aaaaaaa! Klatka Ishkinów się otworzyła! Aaaa... Nie sama. To jest jakiś plan... Może nikt ich nie zauważy... Tylko czy ryzyko puszczenia samopas stada niewidzialnych wesołków jest warte ewentualnych korzyści? Do tego musimy jakoś ich wypuścić z ładowni, śluza została zaryglowana. Proszę bardzo, hrabina życzy sobie zobaczyć Bash? Oczywiście, oczywiście! Czyżbyśmy składali swoje życie w cztery pary futrzatych łapek? Bez obrazy Grunsh, jak by chodziło o Voroksów to nie powiedziałbym łapek... Nawet kończyny Młodego nie kwalifikują się pod ten termin...
Dobra, skoro nie ma nic do roboty może jakaś partyjka?

(Kilka godzin później)
Uff, wygląda na to, że "Czarny Szczur" został wynajęty przez rodzinkę tego nieżyjącego, Jamala, która akurat pałęta się po okolicy, żeby dostarczyć szefa i hrabinę. Reprezentantem tej nieciekawej szajki na okręcie był Missa al-Malik, młodszy brat Jamala i jego siostry będącej chyba lokalnym bonzem ZCG. Po zajęciu okrętu Vuldrocy przeładowali na swoją łajbę Bertrama i Mizue, w charakterze zakładników. W między czasie ktoś odciął szefowi ucho (już przyfastrygowane, Soma i Bertram to zabójcza, er, uzdrowicielska mieszanka) a potem al-Malik po kłótni z hrabiną ściągnął szefa z powrotem. Oczywiście zanim szef w ogóle zbliżył się do fregaty...
Następnym krokiem owcojeb... Wrażego al-Malika! Było podarował szefowi, hrabinie i Trzem Pazurom gustowne obróżki z wbudowanymi kryształami blokującymi używanie mocy. To był, zdaniem Bash, interesujący widok, hrabina zapinająca szefowi obrożę na szyi... Wyłącz się! Wyłącz się!. Tia, Trzy Pazury umie się bronić całkiem nieźle i bez tego, ale szef bez mocy jest jak... Eee... Wykastrowany? Zły przykład, przy jego zdolnościach odrosłoby mu dość szybko (czy wspominałem już, że muszę się podciągnąć z Somy? Herdis ma bardzo silne szczęki... Never mind). No, w innych warunkach nie było by źle, ale tutaj? Jego talenty bojowe nie przekraczają dolnej (albo bardziej dolnej) średniej vuldrockiej. Tyle wiemy od Bash, którą niedługo potem odesłano do ładowni.
No, ale kolejny raz problem został rozwiązany po al-Malicku. Zdaje się, że w jakiś sposób hrabina unieszkodliwiła jego obróżkę. Do takiego wniosku doszedł Dvar po tym jak dwóch vuldroków wyciągnęło go z ładowni... Niewiele brakowało, wybierali go na chybił-trafił, ja stałem dwa metry dalej... W każdym razie okazało się, że Missa chce udzielić szefowi lekcji poglądowej. Niestety niezbędnym do tej lekcji przyborem miały być jelita Dvara. Na szczęście (Dvara w pierwszej kolejności, ale biorąc pod uwagę skłonność szefa albo hrabiny do współpracy jak ich naciskać, prawdopodobnie dla wszystkich nas czekających w ładowniach) vuldrokowie wykazali się stosownym poziomem chciwości i rozsądku. W momencie, kiedy Dvar przygotowywał się do oglądnięcia swoich wnętrzności z bliska szef zaoferował vuldrokom swoją nową korwetę - znaczy się tą, która zdobyliśmy na Magthawach na Wolf's Lament - w zamian za wypuszczenie nas i głowę Missy. Jeden, z vuldroków poszedł omówić sprawę ze swoim kapitanem i oddalił się, do komunikatora. Missa chyba lekko spańkował, bo próbował przekupić dwóch pozostałych vuldroków jakimiś rubinami... Pokazywanie rubinów bez wsparcia okazało się jego ostatnim błędem (nie licząc niedoceniania prywatnej inicjatywy vuldrockich łupieżców i daru przekonywania szefa). Chwilę później Missa leżał z rozpłatanym gardłem a jego dobytek uległ przepadkowi na rzecz szybszego z vuldroków. Do tego pierwszy vuldrok wrócił z wieściami od swojego starego. Propozycja została uznana za interesującą... No, cóż, w Cesarstwie pewnie by się okazało, że Szybki vuldrok musiałby załatwić u szefa zgodę na egzekucję Missy z wsteczną datą. Tutaj, w światach vuldrockich na szczęście nikt nie traci czasu na biurokrację.

Szef i hrabina polecieli na Czarnego Szczura omówić z kapitanem Gierojem (albo jakoś tak) z Hargardu kwestie okupu. Przydatna okazała się opinia tego jarla, co go nam Ryżobrody Siggi przydzielił... Okazało się, że Gieroj (albo jakoś tak) jest jednym z jego jarlów i tym samym nie leży w jego interesie uniemożliwienie nam kontynuacji naszej dzielnej wyprawy tam i z powrotem. Co oczywiście nie znaczy, że nie obedrze nas z kosztowności, pieniędzy i co fajniejszych zabawek. Na pierwszy ogień poszła całą broń plazmowa i sprzęt ciężki. Ostała się tylko wyrzutnia rakiet Młodego. I dobrze, bo mogłoby się skończyć jednovorksową szarżą na Czarnego Szczura... Ciekawe, jaką szybkość mógłby Młody osiągnąć na dystansie 6.000 Km?
Zaraz po powrocie z fregaty szef zdążył odnaleźć Szybkiego vuldroka i dokupić zdobyczny (na Missie) płaszcz psi, który na dodatek okazał się produktem made on Skarbiec z wbudowaną tarczą. W zamian szef przehandlował tarcze turniejową, strzelbę plazmową (skoro i tak ją mieli zabrać, to niech lepiej coś za nią będzie) i... Eee... 20 Litrów spirytusu... Z NASZEGO TAJNEGO ZAPASU! W sumie... Spirytus szybko się uzupełni, a nowa zabawka dla szefa może skłoni go do jakiś premii po powrocie. Zakładając oczywiście, że w ogóle wrócimy, ale to akurat szczegół techniczny.
Gieroj (albo jakoś tak) chciał też zabrać sobie pancerz szefa... Ale jak sam podkreślił ta kwestia podlegała negocjacji. W końcu szef poświęcił swoją główną tarczę (Bojówka! Ja chcę taką!) w zamian. W sumie - tarcza kosztuje 5.000 ptaków a na pancerz poszło już chyba z 15.000...
W międzyczasie Ishkiny dostały się do spiżarni (aj!) oraz wykradły parę rzeczy odłożonych przez vuldroków do zabrania.. Włączając w to Maskę Mariny. Jednak się na coś przydali.
Jeszcze tylko Mharr razem z listami od szefa przesiada się na Czarnego Szczura, żeby dopilnować wydania im korwety na Wolf's Lament, przeładunek łupów i lecimy dalej na Raven. Przynajmniej nie musimy wracać się osobiście na Wolf's Lament. Co nie zmienia faktu, że wszyscy życzą załodze Czarnego Szczura, żeby po tym jak się pożegnają z Mharrem dopadła ich jakaś zaraza albo dwie, najlepiej brzydka, nieuleczalna i bolesna. Jak będzie dostatecznie spełniała te warunki to nawet nie musi być śmiertelna.
W końcu docieramy w pobliże Raven. Po wysłaniu wiadomości do ambasady Skey przysłane są dwa myśliwce do naszej eskorty... TERAZ?! Teraz to sobie możecie... Ech, nie lubię być zamykany w ładowni... Choć z drugiej strony... Obyło się bez ofiar... Missy oczywiście nie liczymy, sam się prosił.
Na planecie czeka nas królewskie powitanie... Choć może boskie było by lepszym określeniem. Wita nas niezła laska - i nie mówię tutaj o tej psychoaktywnej lasce będącej symbolem Strażniczki Kluczy. Aeeayy, faktycznie Herdis, te rytualne szaty są naprawdę interesujące jak już się im uważniej przyglądnąć...
Królewskie apartamenta... Czy staroszkolni Skey nie są przypadkiem spokrewnieni z al-Malikami? Chyba znam nawet ten styl. Zresztą, co tam styl! Służba, doskonałe jedzenie, dużo wody do kąpieli i masaże. Ahh, da się jeszcze jakoś załapać do waszego panteonu? Może powiem, że jestem kuzynem Zukinayana?
Na kolacji odbywa się proces wstępnego uświadamiania Strażniczki Kluczy, lokalnego Węża oraz dowódcy straży w zagrożeniu, jakie stanowi (ponura muzyka) Zakon Czarnej Gwiazdy (koniec ponurej muzyki). Proces jest kontynuowany następnego dnia już przez samą Aidę. Po pierwszym ostrzeżeniu wszyscy wkopują się w dane wywiadu ambasady. Liczą się dwie informacje:
a) rodzina Jamala siedzi w ambasadzie Kurga przy poselstwie Fingisvold a przewodzi jej kobieta przypominająca z fizjonomii samego Jamala.
b) jakiś tydzień temu do wyżej wzmiankowanej instytucji przybyły dwie osoby. Dwie znane nam z widzenia osoby. Dokładniej mówiąc Dekados i przypuszczalny klon Vasyla Kropotkina stojący za porwaniem najwyższej kapłanki Matek. I podróżowali kurierem Magthawów.
Super, wiec wiemy, żeby kopnąć Skeyów o baczniejszą obserwację i szukanie bardziej szczegółowych informacji.



Komentuj (7)


Link :: 13.12.2005 :: 01:01
20 februarius - 17 aprilis 5002

"Zamknięty rozdział"

Sesja niedzielna (Alejandro)

BY ALEJANDRO

Pięć tygodni spędzonych na B2 upłynęło na walce z cesarską biurokracją. Czas ten nie był jednak stracony – przygotowania do mojej misji, wysłanie emisariuszy na Stygmat i Aragonię, zasięganie języka u przebywających w stolicy Hazatów. Markiz Enrique Luis Calvado Castenda, znany ze swej słabości do mocnych trunków i panien sprzedajnych... noc spędzona w jego towarzystwie na zaliczaniu kolejnych knajp i burdeli (czytaj rozwiązywaniu mu języka) przyniosła ciekawe wyznanie... i tylko mocnemu postanowieniu zawdzięczam fakt, iż go nie zarąbałem usłyszawszy... „Vera Cruz i Sutek uderzą na Hirę... jak Dulcinea się przerzedzą”.

20 lutego wyruszyłem z B2, zaopatrzony w glejt cesarskiego posła. Towarzyszyło mi dwoje szlachty – Missah i Kegren Al-Malik. Mieszkali przez wiele lat na terenie Kalifatu, więc ich wiedza była bezcenna dla mnie. Osiem dni na pokładzie spędziłem na nauce kurgańskiego folkloru i podstaw języka. Jeszcze przed dotarciem do celu otrzymałem potwierdzenia od Pedro i Lucindy Dulcinei. Mieliśmy już za co wykupić naszych ludzi – pod warunkiem że Kurga przystaną na takie rozwiązanie.

28 lutego liniowiec dotarł do wrót na Vera Cruz. Tam przesiedliśmy się na fregatę pod dowództwem komandora Luisa Frederico de Estancia. Wyprawę osłaniała /ocenzurowano/ pod dowództwem kapitan Anniki /ocenzurowano/. Skoczyliśmy. Kurgańska pikieta przy tamtej stronie wrót przydzieliła nam fregatę w ramach eskorty, po czym skierowaliśmy się w kierunku planety.

5 marca znaleźliśmy się na orbicie. Nad Fortem Omala wisiał kurgański pancernik, dwa monitory i lewiatan. Cała czwórka bez przerwy bombardowała umocnienia. Kurga przywitali nas uprzejmie po czym zaprosili mnie na kolację z admirałem floty na dzień następny. W międzyczasie, w ramach demonstracji siły, podwoili ogień.

6 marca o 2 nad ranem (19 czasu Khayaam) stanąłem przed głównodowodzącym Floty Dżihadu, pierwszym synem Kwiecia Akantu. sułtana Khayaam - admirałem Mehmetem Gerejem, lat czternaście. Towarzyszył mu kapitan flagowy (faktyczny dowódca floty), Piar i „opiekun duchowy” – ślepy starzec od którego aż wionęło śmiercią... Dagashi.

Po wymianie darów, uprzejmości i długiej dyskusji o niczym (oraz o tym czy na B2 ciągle pada) - dzięki Missah i Kegrenowi byłem na to przygotowany - przeszliśmy do negocjacji. Po przedstawieniu obustronnych poglądów na przyczyny konfliktu hirańskiego (aż dziwię się jak łatwo historia o osadnikach sprzed pięciuset lat przeszła mi przez gardło) usłyszałem pierwsze warunki. W zamian za życie – wszyscy w niewolę kurgańską, z której ewentualnie ich Cesarstwo wykupi. Potem spodziewana dyskusja na temat „kto komu ilu zabije” – i ku mojemu zdziwieniu argument o bezsensowności dalszego zabijania najwyraźniej dotarł. Obie strony zdawały sobie sprawę że warunki są nie do przyjęcia dla Hazatów, jednak były one pretekstem do wciągnięcia moich kuzynów jako trzeciej strony negocjacji. Uzyskałem tym samym zgodę na lądowanie – i zarazem obietnicę przerwania bombardowania. Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się mniej. Missah i Kegren zdążyli zapoznać się z kurgańską prasą i doszli do wniosku, że Kurga prawdopodobnie szykują się na własne kłopoty. Tym należało chyba tłumaczyć zadziwiająco korzystny obrót wstępnych negocjacji.

Dwie godziny później okręty rzeczywiście przerwały ogień. Wysłaliśmy na planetę wiadomość, zabrałem uzbrojoną drużynę i lecimy. Plecaki wypchaliśmy medykamentami, ile się zmieściło. Krótki impuls z ziemi wskazał nam miejsce lądowania, nie chciałem jednak dawać Kurga znaku i kazałem posadzić skoczek w ruinach fortu, kilka kilometrów dalej.
Zeszklona, zryta przez długotrwałe bombardowanie powierzchnia. Resztki pałacu księcia, obrócone w perzynę. Leje, wraki, sterty gruzu... A potem musieliśmy zabijać swoich... a raczej – ukoić ich. Skorupy... Najgorsze jest wrażenie, że gdzieś w głębi tlą się w nich resztki świadomości. Ciało chłopaka z łączności, który trafił na skorupy... Bronił się, widać... tylko zapomniał zachować ostatni nabój dla siebie. Ciężarówki, które kiedyś wiozły cywili... trupy siedmiu moich ludzi... zbieram ich nieśmiertelniki... Cywilów było chyba dwustu... To nie był ogień z orbity, tylko bomby kasetowe z samolotu. Ciała dwóch powieszonych, rozkładających się już kobiet... nie musze podchodzić by domyśleć się tekstu „Kurgańskie dziwki” wypisanego na ich koszulach...

Wreszcie las. Hazacka czujka oczekuje nas, prowadzą do zamaskowanej windy. Stara, znajoma woń przepełnionego bunkra z nawalającą wentylacją. Dużo rannych. Widzę też kilku moich ludzi. Niedowierzanie w ich oczach. Rozmawiamy chwilę. Straciłem tysiąc dzielnych żołnierzy. Przepełnia mnie niezwykłe uczucie dumy, gdy słyszę „komendancie.. nie opuścimy naszego Księcia”..

Prowadzą mnie do Księcia. Stoimy naprzeciw siebie, nie mogę znaleźć słów. W końcu przemawiam. Opowiadam o zdradzie Castenda, mówię o negocjacjach. Książę... tak, podda planetę. Nie chce kazać tysiącom płacić życiem za swoją dumę. Ale czy powinno mnie to dziwić? Wszak to on sam powiedział mi kiedyś – „Nie jest hańbą wpaść w błoto; hańbą jest nie chcieć z niego powstać”. Opowiada mi tez o oblężeniu. Stracił ponad pół miliona żołnierzy i dwa miliony cywilów... praktycznie same bombardowania z orbity i z powietrza – jedynie klasztor Bractwa stał się celem ataku naziemnego. Chcieli mieć pewność że nikt nie ujdzie zeń z życiem...

Po godzinie rozmowy wracam z negocjatorem Księcia – hrabią Pedro Antonio Dulcinea. Pożegnanie z Księciem i startujemy. Kurga zgadzają się wstrzymać bombardowanie orbitalne na czas negocjacji. Korzystając z tego wybebeszamy lazarety fregaty i /drugi magazyn – dopisek cenzora/ i zwozimy do fortu medykamenty. Drogą powrotną wracają po kryjomu najciężej ranni – medlab fregaty i /ten drugi medlab fregaty – dopisek cenzora/ pracują pełną parą. My natomiast przygotowujemy się do negocjacji.

7 marca rankiem rozpoczynamy negocjacje. Ze strony Kurgan prowadzi je Piar – brak admirała jest zrozumiały, w jego wieku jest bardzo podatny na sugestie, mógłby uprzeć się przy warunku bardzo dla Kalifatu niekorzystnym. Początek jest ze strony Kurga dość agresywny, po raz kolejny poruszana jest kwestia kto zaczął... Potem jednak zaskoczenie – zmienione warunki są łaskawsze. Książę zrzecze się w imieniu rodu Hazat praw do planety, a sułtan Khayaam odkupi odeń lenno – i ten warunek nie podlega dyskusji. Żołnierze otrzymają status jeńców wojennych, tak samo oficerowie – ci ostatni zachowają broń boczną. Wszyscy zaprzysięgną że nigdy nie wrócą na Hirę. Proszę ambasadora by ten ostatni warunek ominął Księcia. Mój argument – szacunek dla pokonanego wroga – może jest staroświecki... niemniej skuteczny. Cywile zostaną napiętnowani jako niewolnicy, z prawem pierwokupu przez Cesarstwo tych, którzy zechcą wrócić. Trzy tysiące otrzyma Książę w darze... komplement i potwarz w jednym. Hrabia żąda pięćdziesięciu tysięcy... a Kurga przystają na dziesięć procent – czyli jeszcze więcej. Nie do wiary.. udało się nam...

Czekający przy wrotach kurier skacze na B2... ja ląduję na planecie. Chcę pobyć z moimi ludźmi, może przekonać kilku z tych którzy chcą zostać... a zostanie wielu. Z samego mojego korpusu dwa tysiące. Chciałbym ich zatrzymać, ale – na Wszechstwórcę – rozumiem ich. Tak samo czyni wielu żołnierzy Księcia – tu jest ich ziemia, ich dom. Chcą tu umrzeć. Razem dwieście tysięcy... i pół miliona cywilów... Hira jeszcze długo będzie spływać krwią... Żegnam się z moimi chłopcami i zwalniam ich z przysięgi. /nieczytelne/

10 marca traktat zostaje podpisany. Teraz mogę już kupić od Kurga medykamenty. Mówi się że śmierć jednostki jest tragedią, a tysięcy – faktem statystycznym. To działa i w drugą stronę – bardziej pamięta się pojedyncze uratowane życie. Staramy się więc ratować każde.
Tydzień później przylatuje kurier z B2. Cesarz wyraził zgodę, ewakuacja rozpocznie się za kilka dni. Ja pobędę tu jeszcze z miesiąc. Tytuł feldmarszałka Hiry, którym zaszczycił mnie Książę, zobowiązuje mnie do obecności na procesach zbrodniarzy wojennych. O tak, z obu stron. Niespodziewane, prawda?

Poza tym, pożegnam się z Hirą... Piętnaście niemal lat temu byłem pośród otwierających ten rozdział... Potem, po koronacji Aleksiusa, spędziłem na niej pięć długich, barwnych lat. Teraz zaś uczestniczę w zakończeniu tej historii....



Komentuj (2)


Link :: 16.12.2005 :: 14:03
1 - 13 aprilis 5002

Dolina cz 1 i 2

Sesja wewnątrztygodniowa

BY LAURA


Pochyliła się nad śpiącym chłopcem i delikatnie przykryła go dodatkowym kocem. Dziecko nawet się nie poruszyło. Spało z na wpół otwartymi ustami, oddychając równo, spokojnie. Ciężko się było dziwić - po dniu tak pełnym wrażeń... Myśl, jak słabo Jonatan zdaje sobie sprawę ze zmian mających nastąpić w jego życiu wywołała na jej twarzy uśmiech.
Podniosła się z klęczek i wróciła do swojego łóżka. Kolejną godzinę spędziła leżąc z rękami pod głową i przypominając sobie krok po kroku wydarzenia poprzednich dwóch dni. Od lat dręczyła ją bezsenność, ale tej nocy wyjątkowo nie było to nieprzyjemne. Nie musiała uciekać w książki, nie usiadła do komputera by pisać teksty, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Tej nocy po prostu przywoływała przed oczy obrazy - chwilę, gdy wchodząc do udostępnionego jej przez Askara pokoju, zobaczyła Tomashiego, chwilę gdy dotarł do niej sens przekazanego jej testamentu wuja... Stłumiła śmiech gdy przypomniało jej się jak bardzo zmieszana i przerażona wtedy była, jak bardzo nie chciała tych pieprzonych ziem, tego całego związanego z nimi zamieszania... A teraz...
Jutro wynajęta grupa architektów obejrzy szczątki budynku drugorepublikańskiego muzeum, w najbliższych dniach sprowadzi tam ekipę do zbadania zawartość piwnic-magazynów... Co prawda mogą w środku niczego nie znaleźć - tylko beton i szczury (choć na te drugie jakoś nie liczyła) ale jednak.. .ten dreszczyk emocji... Z przerażeniem doszła też do wniosku, że cieszy ją sam fakt posiadania ziemi - co prawda jest to tylko niewielka dolinka w środku slumsów ale zawsze... To jest jej, ci ludzie są od niej zależni, może dla nich zrobić coś dobrego, albo może umyć ręce i zostawić ich samym sobie... Władza... Teraz prawie głośno śmiała się w poduszkę... I odpowiedzialność. Odpowiedzialność przede wszystkim. Nie, nie umyje rąk, nie przejdzie koło nich obojętnie. Coś wymyśli - nie będą już zdani na księdza głoszącego, że Al Malikowie to demony, nie będą się wszystkiego bać, może uda się ich wyciągnąć z nędzy.
Przypomniała sobie rzędy małych poletek i skleconych z byle czego domków, które ujrzeli po kilkugodzinnym locie nad miastem. Wybrali się wszyscy obejrzeć zapisane jej "posiadłości"... Wszyscy z wyjątkiem Varii. Wszyscy oznaczało odtąd również Tomashiego - człowieka który miał ją chronić i towarzyszyć jej na każdym kroku (skrzywiła się lekko - ten fakt wciąż budził lekką irytację). Zobaczyli zamknięty na cztery spusty kościół, zobaczyli zajeżdżający przed Dom Wszechstwórcy samochód z księdzem w środku i ministrantów – opryszków wyznaczonych do pilnowania wozu.
...Próby rozeznania sytuacji, nabożeństwo które współprowadziła, kilka zdań do zgromadzonych wiernych, ludzi rozstępujących się przed nią kiedy włożyła amalteańskie szaty... Czy Jonatan stał tam wtedy w tłumie z innymi dzieciakami?... Na chwilę zamarła... Cichy szelest pościeli gdy chłopiec obracał się na drugi bok... Coś wymruczał pod nosem... Ciekawe o czym śni...Po chwili wróciła myślami do Pozyskiwaczy uzurpujących sobie prawo ściągania daniny od tych ludzi i ostrą z nimi rozmowę... Dziękuję Wszechstwórco, że obyło się bez walki... Jak łatwo człowiek ulega wpływom otoczenia - gdyby nie Moebius i Tomashi nigdy nie pomyślałaby, że można kogoś zabić tylko za to, że wypowiedział obraźliwe słowa... Wszechstwórco daj mi siłę żebym z nimi wytrzymała... Wspomnienia stały się chaotyczne, oczy zaczęły jej się kleić...
W natłoku tych wszystkich wrażeń spotkanie z Mazzarinem następnego dnia było jakieś nierealne, jak sen, coś z zupełnie innego świata... Tylko Askar zdający relację z wyprawy do Oro’ymów stał jej nadal przed oczami. Askar wręczający cesarzowi wstęgę – znak przymierza między Cesarstwem i obcą rasą. Aha...i jeszcze złośliwy komentarz Mazzarina a’propo Moebiusa... tak, świetnie pamiętała tą złość, miała ochotę rzucić Mazzarinowi choć jedno krytyczne spojrzenie – chyba nie ceni się zbyt wysoko skoro tak traktuje swoich pracowników. Powstrzymała się resztką siły woli. Można nie czuć żadnego respektu przed czyjąś władzą, można nie uznawać autorytetów i nikogo nad sobą ale po co wywoływać zbędne napięcia. Wszechstwórca wszystkich osądzi, w oczach Wszechstwórcy wszyscy jesteśmy równi...
Ciężko powiedzieć czy to był już sen czy jeszcze jawa... Zdawało jej się przez moment, że znów, tak jak minionego wieczora, stoi w półmroku na trawniku w cieniu szkieletu wieżowca, że przed nią z łopatą pochyla się chudy, zaniedbany chłopiec i wybiera ziemię z płytkiego dołka. Niemalże czuła za plecami obecność Tomashiego. Było chłodno, lekko mżył deszcz. Gdyby się odwróciła Li Halan stałby tak – ciemna sylwetka, prawie niewidoczna z racji zmierzchu twarz. Bez wyrazu – tego była pewna... A potem biel betonu prześwitującego spod warstwy ziemi, przerażenie dziecka myślącego, że dokopało się do dachu piekła... I jej radość, że potwierdziły się przypuszczenia... Wydarzenia nabrały tempa. Wzięła chłopca za ramię, pożegnali się z jego rodziną, obejrzeli grawitaksówkę zaparkowaną za wzgórzem, wsiedli do niej i tak sunęli nad zasypiającym miastem ku przerażeniu i fascynacji małego pasażera... Czas jakby znowu zwolnił... wspomnienia przeszły w sen... Dziecko siedziało koło niej z twarzyczką przyklejoną do okna... Wierciło się na miękkim fotelu... W pewnym momencie niemalże krzyknęło rozpoznając dobrze znaną sobie okolicę. "Tam jest dom tatki, taki mały, ucieka w dół!". Ślad palca odcisnął się na szybie, Jonatan odwrócił się gwałtownie w jej stronę...
Jęknęła. Sen odszedł bezpowrotnie. Wbiła oczy w sufit. Wiedziała, że długo ich nie zamknie. Twarz dziecka które do niej mówiło nie była twarzą Jonatana. Wspomnienia ostatnich dni rozwiały się. Była już tylko pustka i cienie z czasów wojny.

Komentuj (4)


Link :: 27.12.2005 :: 23:51
10 martius - 18 aprilis 4993

W Cieniu Gasnacych Słońc - The Gathering

Sesja specjalna


RAPORT I - REKA ASKARA SPISAN

Przełykam ślinę, patrząc w lustro. Patrzy na mnie twarz człowieka niepewnego i przestraszonego. Nie dość, że spadła na mnie śmierć dziadka, związany z tym tytuł i dziedzictwo Pazura Proroka, to jeszcze jestem na Byzantium Secundus jako członek Gwardii Honorowej arcyksięcia Hakima. Za dwa dni odbędzie się elekcja, nasz ród stoi twardo za arcyksięciem Aleksiusem z rodu Hawkwood. Nie znam tego człowieka, widziałem go raz... w sumie wzbudza zaufanie. Cóż, zobaczymy, nie na moją głowę takie rozważania. Jak narazie, muszę się przejść, odetchnąć świeżym powietrzem. No, względnie świeżym... atmosfera BII, z tego co wiem, nigdy nie należała do najczystszych, a teraz, po zniszczeniach wojennych, ech...
Przyoblekam się w jakieś zwyczajne ciuchy, przypinam Pazur i wychodzę. Cóż za niespodzianka — pada deszcz. Przynajmniej odświeżający. Spaceruję wśród ruin niedawno jeszcze dumnych budowli, powstrzymuję się od ciekawskiego rozgrzebywania gruzu kawałkiem patyka. W pewnym momencie do moich uszu dociera odgłos strzału. Przypominając sobie szkolenie, zaczynam skradać się w tamtym kierunku. Jednocześnie otwieram umysł, rozszerzając swoje zmysły, jak tylko umiem. Ze strzępów słów, które do mnie docierają, wnioskuję, że przebrani hazaccy maruderzy pojmali jakiegoś dyplomatę. Pewnie ma posłużyć im za gwarancję bezpiecznego odlotu z planety. Błyskawicznie wysyłam prośbę o wsparcie i skradam się dalej, chwytając rękojeść monomiecza.
Wyglądam zza załomu, widzę pięciu żołnierzy, młodego Li Halana i leżącego na ziemi sługę. Li Halan wyraźnie odmawia pójścia z Hazatami, dobywa katany, żołnierze unoszą karabiny... nie ma czasu do stracenia. Wydaję z siebie stary okrzyk bojowy pustynnych wojowników, zawijam mieczem młynek nad głową i ruszam biegiem w ich stronę. Strzelają, lecz pociski odbijają się od tarczy. Po kilku sekundach, które jednakże wydają się wiecznością, dopadam ich. Przetaczam się, unikając pocisków wystrzelonych z bliskiej odległości i tnę. Jeden z Hazatów pada. Od innego obrywam kolbą, robię piruet i rozcinam go na pół. I już jest po wszystkim...
Muszę przyznać, że żółtek... hej, to jednak nie żółtek... jasne, przecież nie wszyscy Li Halanie są skośnoocy... w każdym razie nieźle się sprawił tą kataną. Pozostali Hazaci również nie żyją. Podnosimy się obaj, kłaniamy sobie (ba, w końcu dyplomaci z nas pełną gębą), przedstawiamy się. Manuel baron Trinidad Li Halan. Kojarzę nazwisko... Chłopaczek niewiele starszy ode mnie, wydaje się sympatyczny. Nie ma jednak czasu na pogawędki, tuż obok nas ląduje skoczek z insygniami Regentury. Wysypują się żołnierze, nas biorą na spytki. Gadu-gadu, trochę czekania, po czym odstawiają mnie do tymczasowej ambasady. Składam krótki raport, po czym idę odpocząć. Pierwszy raz dzisiaj walczyłem Pazurem na poważnie. Muszę przyznać, że czuję, jakbym urodził się z nim w dłoni. Dzięki, dziadku... Zasypiam.
Budzi mnie pukanie do drzwi. Arcyksiążę wzywa. Błyskawicznie doprowadzam się do porządku i udaję się przed oblicze Hakima. No proszę... domyślił się, że się nudzę. I w związku z tym postanowił wysłać mnie na misję. Mam przewodzić almalickiej delegacji witającej Lorda Arcybiskupa Skarbu na BII (jego okręt właśnie zbliża się do planety). Tylko, że... sharmoota. Na pokładzie okrętu znajduje się dwóch decadoskich mentonimów. Przypuszczalnie na orbicie będą chcieli przeprowadzić zamach na Jego Ekscelencję. Rozkaz — zneutralizować, nie kłapać ozorem. Tak jest, Wasza Wysokość, się robi.
Zbieram moją obstawę, orientuję się, kto co umie... mam dwóch psioników, nie jest źle. Mentonima da się wykryć badaniem aury, więc i ja mogę próbować. Dobra. W lądowniku spotykam... niespodzianka, Manuela Trinidad. Szefuje delegacji lihalańskiej. Postanawiam wprowadzić go w sprawę. Na początku trochę nie kapuje (ech, Li Halanie... mniej bić czołem o ziemię, więcej myśleć), ale po chwili udaje nam się uzgodnić plan działania.
Na pokładzie okrętu Lorda Arcybiskupa wita nas... fiu fiu... niezła blondynka (to dobrze) w szatach przebitera (to źle). Anna Romanow, asystentka L.A.S. To może mi też trochę... poasystujesz, mała? Dobra, biorę się w garść. Witaj Wasza Ekscelencjo, bla bla bla. Po oficjalnym powitaniu dyskretnie oddalam się z Manuelem (zdążyliśmy przejść na „ty”... postępowy, jak na Li Halana) w kąt sali, po czym nieco zasłonięty wachlarzem odpalam czytanie aury. I momentalnie słaniam się, a oczy zachodzą mi czerwienią. Przeładowanie mocy, cholera... dobrze, że nikt nie zauważył. Z tego, co zdążyłem zobaczyć, podejrzanych aur brak, za to laska ma na sobie płaszcz psi chyba... pewnie jakaś Kalinthi czy coś. Trzeba ostrożnie z nią.
Kręci mi się w głowie. Przenosimy się chwilowo do jednej z mes, gdzie towarzyszy nam pani prezbiter. Gadka-szmatka. Intensywnie myślę, czy należy ją wprowadzić w sytuację. Jeśli jest z Kalinthi, to jasne... ale jeśli to już podstawiony mentonim? Ech, neek rasi. Na razie decyduję się na milczenie. Po jakimś czasie wracamy do głównej sali i zaczynamy obserwację środkami konwencjonalnymi. Taa, jeden z pomniejszych kościelnych zachowuje się zdecydowanie dziwnie. Zbyt często sprawdza wzrokiem odległość między sobą a Lordem Arcybiskupem. Biorę Manuela pod ramię, zmierzamy w tamtą stronę. Pani prezbiter również zauważyła to dziwne zachowanie i rusza w naszym kierunku. Kościelny dyskretnie zmienia pozycję. Asystentka marszczy brwi i wychodzi. Rzucam Manuelowi krótkie „zostań” i ruszam za nią. Dość krycia się.
Doganiam panią prezbiter w korytarzu. Wykładam jej wszystko. Jej źrenice (co za oczy...) nieco rozszerzają się ze zdziwienia, po czym kiwa głową. Spróbuje wywabić gościa z sali, a my go sprzątniemy. Razem z Manuelem ustawiamy się za załomem korytarza. Gdy pojawia się kościelny, Manuel tnie z góry, ja z dołu. Głowa toczy się po stalowej podłodze. Rysy twarzy zamazują się... czyszczą... a więc tak wygląda martwy mentonim.
Został drugi... gdzieś. Oferuję pomoc moich ludzi w poszukiwaniach, pani prezbiter wyraża zgodę. My wracamy na salę. Po godzinie docieramy na orbitę, przylatują kolejne szychy i zaczyna się impreza powitalna. Rozstawiamy się z Manuelem w rogach, obserwujemy. Jest, yebnen kelp! Jeden ze służących, zbliżający się do Lorda Arcybiskupa z tacą, chowa coś w rękawie. Skaczę, ale Manuel jest szybszy. Cios tanto otwiera gardło sługi, jego rysy zamazują się... ufff. Dobra robota, panie baronie.
Lord Arcybiskup wzywa nas do siebie. Dziękuje, wróży wspaniałą karierę, zapewnia, że będzie nas obserwować. Ciarki przechodzą mi po plecach od jego spojrzenia. Coś czuję, że wcale nie mam ochoty na taką obserwację. Wreszcie możemy się ewakuować. Raport dla arcyksięcia i spać...
***
2 dni później. Pole elekcyjne pełne szlachty i... innych. Po kolei wielmoże przykładają berła do maszynki testującej i unoszą je w górę. 23 berła z 40... jest większość. Aleksius I Hawkwood, niech żyje nam...
Tego wieczoru Manuel pojawia się u mnie z flaszką. Następny miesiąc... zakładam, że był, ale niewiele pamiętam.
***
18 kwietnia. Katedra... koronacja... Bla bla bla, w imieniu Wszechstwórcy, bla bla bla. Widownia wstrzymuje oddech, gdy Aleksius nakłada koronę na głowę. Heh, Hawkwood zdecydowanie ma więcej szczęścia, niż Vladimir Alecto (subhana wa toala). Mowa inauguracyjna niezła, ten człowiek ma w sobie siłę... może nie będzie taki zły.
Wychodzę z katedry, patrzę w niebo. W pobliżu podwójnego słońca BII widzę jakiś błysk...


RAPORT II - REKA MANUELA SPISAN

Wojna… jakże straszliwe zjawisko. Fakt, to wyświechtany frazes, ale dla tych, którzy nigdy okropieństw wojny nie doświadczyli. Jakie szczęście, mimo wszystko, że pochłonęła stosunkowo mało ofiar. „Mało ofiar”, karcę w myślach sam siebie… Feniks, Pisklę, trzej patriarchowie, kilku Wielkich Książąt… do tego kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Można by pomyśleć że w porównaniu z Wojnami o Tron to zaledwie nic nie znaczący epizod. A jednak…

Postanowiłem wyruszyć na Istakhr. Jeszcze wolno – nie wiadomo jednak co będzie za miesiąc czy dwa. W moim stanie powinienem unikać podróży i silnych emocji. Jednak przed niechybną śmiercią chciałbym po raz ostatni spotkać się z mym przyjacielem. Lecę zatem.

Przepychu al-Malików nie zdołała ukrócić ani wojna, ani nowe edykty. Poruszam się wśród kolumnad, wież i piramid, w których spoczywają doczesne szczątki arystokratów. Mogę iść z zamkniętymi oczami, a i tak znajdę drogę do tego jednego, jedynego grobowca z jasnego, niemalże białego piaskowca. Mogę, a raczej mógłbym, gdyby nie brak obydwu nóg. Poruszam się więc w lektyce.
Siedzący obok mnie al-malicki książę z zadumą obserwuje swą rodową nekropolię. W skupieniu i zamyśleniu podziwia kurhany swych ojców i dziadów. Bez słowa pokazuję mu statuy i pomniki, głoszące chwałę dawno zmarłych żołnierzy i dyplomatów. Mój towarzysz komplementuje je skinieniem głowy.
Słudzy ustawiają lektykę tuż przy grobie. Książę grymasem twarzy daje znać, iż jest znudzony – podaję mu kilka suszonych owoców, co zostaje przyjęte z aprobatą. Sam podciągam się do grobowca. Na płycie zręczny rzemieślnik wykuł dwa nazwiska. Po raz setny odczytuję litery…

Askar Al-Allaw…

Askarze… dlaczego? Dlaczego tak musiało być?

Zamykam oczy. Słudzy zostawiają mnie samego. Oddaję się przez dłuższą chwilę modlitwie… i wspomnieniom…

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Było to dokładnie miesiąc przed koronacją cesarza Alexiusa. Przybyłem na B2 wraz ze świtą arcyksięcia Flaviusa. Zakwaterowano nas w pałacu regenckim, jednak pozostawanie w czterech ścianach bez żadnej rozrywki nie było (i chyba nadal nie jest) ulubioną rozrywką młodzików, toteż wraz ze sługą wybrałem się na spacer.
Jak się okazało, pomysł był kiepski – wędrówka wieczorem po mieście, w czasie gdy jeszcze trwają walki, skończyć się musiała tym, czym się skończyła, czyli spotkaniem z hazackimi żołnierzami. Ich dowódca chciał mnie porwać i wymienić za możliwość odlotu z planety. Zamiast jednak dać mi w łeb i związać, zaczął prowadzić rozmowę. Odpowiedziałem że nie chadzam byle gdzie z byle kim. Jako że zbliżało się rozwiązanie siłowe, nie czekałem na ich atak i sam dobyłem ostrza. Maruderzy odpowiedzieli ogniem. Ruszyłem do walki, ścinając od razu dowódcę.
W tym samym momencie za plecami żołdaków pojawił się osobnik, którego w pierwszym momencie wziąłem za kurgańskiego demona. Z wrzaskiem rzucił się na Hazatów, tnąc ich swym mieczem plazmowym. Przygodny sojusznik podziałał na mnie niewątpliwie motywująco i wespół wyrżnęliśmy wrogów.
Po walce... przedstawił się. Askar ibn Selim al-Allaw Malik... tak... nasza przyjaźń od walki się zaczęła i na walce się skończyła...
Dzień później zostałem wybrany aby reprezentować Ród na powitaniu przedstawiciela Kościoła, który w imieniu Patriarchy przywiózł berła elektorskie. Wyruszyłem. Jak się okazało – w imieniu al-Malików wystąpił Askar. Wsiedliśmy na transportowiec i ruszyliśmy w przestrzeń.

Myślałem – ot, sielankowa wyprawa, uśmiech do arcybiskupa i wracamy... niestety. Zaraz po wylocie Askar poinformował mnie o planowanym zamachu na Jego Ekscelencję... przestało być sympatycznie. Weszliśmy na okręt Kościoła z duszą na ramieniu, można powiedzieć. Z jednej strony arcybiskupi majestat, z drugiej – czujność i strach przed zamachowcami, którymi jakoby mieli być Zmiennokształtni…

Wlecieliśmy w przestrzeń B2. Koło nas pojawiła się eskorta, w imieniu której arcybiskupa przywitał komandor Antonio Dulcinea, przyszły Wielki Admirał. Jednak nijak nie zmniejszyło to naszego niepokoju. Poinformowaliśmy ochronę... i rozpoczęto dyskretne sondowanie załogi.
Po chwili wykryto pierwszego... zlikwidowaliśmy go w dyskretnym miejscu. Jakiś czas później zauważyłem, że jeden ze stewardów zbliża się do JE, trzymając coś pod tacką... miotacz trucizny, jak się po chwili okazało... Podszedł na odległość kilku kroków...

Nauka szermierki nie poszła na marne. Zamachowiec osunął się na ziemię z rozerżniętym gardłem. Arcybiskup podziękował mi lekkim skinieniem głowy… Wszechstwórco... niezbadane są ścieżki którymi nas prowadzisz... uratowałem Lorda Arcybiskupa Emmericha... późniejszego Jego Świątobliwość Patriarchę Severiusza V...

Pamiętam dzień elekcji. Urnę elekcyjną, elektorów... księżnę Fativę, wówczas dziewięcioletnie dziecko z pluszowym voroxem na rękach... przemawiającego arcyksięcia Hakima... a także Regenta, który stał się Cesarzem... uderzanie bereł o urnę... wiwaty gawiedzi... Wracaliśmy z elekcji upojeni szczęściem. Naprawdę czuliśmy się jak zwycięzcy – mieliśmy bowiem nasz mały i osobisty wkład w ten tryumf…

Tego, co działo się później, przez najbliższy miesiąc, ręka ludzka nie jest w stanie opisać. Dość powiedzieć, że były to bardzo młodzieńcze rozrywki… całonocne pijatyki z Askarem, rajdy ścigaczami w dzielnicach mieszkalnych, pojedynki z przygodnie napotkanymi szlachcicami, dwudziestoczterogodzinne karcery… ech, młodość….

Aż wreszcie nastał dzień koronacji. Czas absolutnego, niemal szaleńczego szczęścia i radości, jaka ogarnęła całe Znane Światy. Oto zakończone zostały niemal wszystkie walki! Mamy Cesarza! Pamiętam mszę koronacyjną, kazanie Palamona, drżące dłonie patriarchy dzierżącego koronę… Nowe Słońce… piękne chwile…


Z zamyślenia wyrywa mnie płacz księcia. Uspokajam go, nucąc melodię Antyfony do św. Mayi. Cicho, cicho… nie przystoi to Waszej Wysokości, szepcę.
Ze skrzyneczki wyjmuję to, co zostało z Pazura Proroka. Książę ze zdziwieniem ogląda pękniętą rękojeść miecza i podejrzliwie przygląda się, jak bezskutecznie usiłuję go włączyć. Tak, Wasza Wysokość… nie dla mnie to broń… nie jestem z waszego rodu, i nie nazywam się…

Faris Alex ibn Askar Al-Allaw Malik.
Biorę dziecko na ręce. Wielkie, błękitne oczy wpatrują się ze strachem w to, co zostało z mojej twarzy. Ja zaś spoglądam na pucułowate policzki niemowlęcia. Przyjdzie kiedyś dzień, Farisie, kiedy zapytasz o ojca. O swoje pochodzenie. Oraz dziedzictwo. Wtedy ja… opowiem ci historię twego rodu. A do tego czasu postaram się wychować cię na człowieka wiernego, uczciwego i dzielnego.

Obiecuję ci, Askarze. Będziesz z niego dumny.

Obiecuję.

Odchodzę… nie chcę patrzeć na drugie imię wykute w piaskowcu. Nie znowu… zbyt wiele bólu mnie to kosztuje..

Żegnajcie, przyjaciele.


Komentuj (3)


Link :: 30.12.2005 :: 01:03
18 - 21 aprilis 5002

Dziewięc lat...

Druzyna specjalna, Fatima, Leila, Varia, Askar, Genjuro i Manuel

BY FATIMA

1 – 20 nisan 5002, Bysantium Secundus, Cesarskie Miasto

Aylon… Świat ukochany przez Proroka, dumny i zarazem piękny. I skąpany we krwi…
W działaniach wojennych zapanował impas. Siły Avestian (na planecie jest ich ok.500 tys) wycofały się do Żelaznej Korony. Wejścia do twierdzy zostały zalane wodą przez obrońców i nie można się tam dostać – oblegające ją siły Rashidów nie mogą robić nic innego jak tylko czekać…
Oddziały Hashimidów są w odwrocie – a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Mimo to ich przeciwnicy nie mogą wykorzystać okazji, gdyż zaczyna brakować im wojsk, nawet pomimo sojuszu z Parahami. Hrabina Aleema robi co tylko w jej mocy by zapanować nad sytuacją, ród al-Rashid poszukuje sprzymierzeńców…
Są jeszcze ci „neutralni”, czekający na rozwój wydarzeń – a jak uczy historia, nikt tak naprawdę nie może pozostawać bezstronny. I dlatego to właśnie od nich może zależeć wiele…



Na B2 przybyłam obarczona pewnym zadaniem, kilkoma ogólnymi wytycznymi od Brata i Gustawem. Swoją droga, to ciekawe, jak mój „ochroniarz” ze stoickim spokojem znosi wszystko, co się wokół niego dzieje. Pewnego dnia ta kamienna maska pęknie – i nie wiem, czy chciałabym być wtedy w pobliżu…
Przez kilka dni miałam okazję, by zapoznać się bliżej z moim gospodarzem – książę Fajsal we właściwym sobie stylu, który zapamiętałam z naszych nielicznych wcześniejszych spotkań przyjął mnie w Pałacu Wodospadów. Sądzę, że na ten (jakże pełen wrażeń) tydzień można opuścić zasłonę milczenia... Są sprawy ważkie, które odarte z kontekstu wydają się niczym i są błahostki, które niewłaściwie odczytane zdają się urastać do gigantycznych rozmiarów…
Spotkałam się również z moją drogą Kuzynką. Leila, której nowa fryzura (paradoksalnie) bardzo pasuje, mieszka w niewielkim apartamencie w dzielnicy gildyjnej. Cóż można sobie powiedzieć po niemal rocznej przerwie? Jak się okazało – bardzo wiele… Chwilami było mi żal Gustawa (ale tylko nieco i chwilami…), który po jakimś czasie już nie próbował udawać, że jest zainteresowany naszą radosną damską paplaniną i zajął się biblioteczką Leili. Dwumetrowy ochroniarz w skupieniu czytający poważną naukową literaturę – to widok wart zapamiętania. Z radością dowiedziałam się również, że oprócz Leili, także Askar i Varia będą obecni na balu z okazji rocznicy panowania Cesarza. Dzięki Ci, Wszechstwórco za kolejne przyjazne twarze…
Co do samego Cesarskiego Miasta – nad pałacem już od kilku dni unosił się utkany ze światła ogromny feniks… Na ulicach podekscytowany tłum oczekiwał na coraz to kolejne atrakcje i nie zawiódł się… Zresztą, ci, którzy byli tego dnia na miejscu, doskonale pamiętają, jak wyglądała feta. Nieobecni prędzej czy późnej dowiedzą się o wszystkim, więc nie ma powodu, by na próżno używać niezręcznych słów. Niezręcznych, gdyż trzeba by talentu największych poetów lub mówców naszych czasów, aby w pełni oddać atmosferę tych chwil. Zabawy na ulicach, parada wojskowa… No właśnie. Parada. Przemarsz kolejnych reprezentacyjnych oddziałów, hołdy, przemowa Cesarza i błazen specyficznie komentujący sytuację… Mimo tego wszystkiego jednak, pomimo całej radosnej otoczki dawało się wyczuć coś jeszcze. Podskórne napięcie, starannie ukrywane przez większość obecnych (sądząc po tym, co dzień wcześniej mówił Fajsal, całkowicie uzasadnione). I sam Feniks… Z mojego miejsca wyraźnie dał się widzieć Jego stan – blada twarz o podkrążonych oczach, drżenie dłoni, wychudłe ciało – oczywiście wszystko to starannie ukrywane… Pomimo tego Jego Wysokość trzymał się jak zawsze godnie przez cały czas trwania „publicznej” części obchodów na Placu Pięciu Tysiącleci.
A wieczorem odbył się bal…Dla wielu z nas niezwykle pamiętny…
Zanim jeszcze zaczęła się część oficjalna nastąpiły dwa wydarzenia, które zapewne przyprawiły szlachetnego mistrza ceremonii o palpitacje. Pierwszego nie dane było mi ujrzeć (stałam zbyt daleko), ale część obecnych miało okazję być świadkami interesującej sceny – LiHalan i al-Malik żywiołowo witający się „po decadosku” – jak się okazało mój Kuzyn Askar po latach spotkał starego przyjaciela. Natomiast drugie faux pas… w pewnym momencie usłyszałam własne imię wykrzyczane radosnym tonem – z przeciwległego krańca sali machała do mnie ręką ognistowłosa młoda dama w zieleni – Varia Silva Jundaasta…
Jakkolwiek heretycko by to nie zabrzmiało, są w życiu szlachcica momenty, w których nie powinien przejmować się etykietą. Z takim też podejściem ruszyłam w jej stronę. Varia widocznie była tego samego zdania, gdyż spotkałyśmy się w połowie drogi. Tuż za nią pojawił się Askar – cały w bieli, dużo poważniejszy niż go zapamiętałam… Przywitaliśmy się jak przystoi rodzinie (Leila wydawała się nieco przygaszona) i zdążyliśmy zamienić zaledwie parę słów, gdyż rozpoczęła się część oficjalna.
Wtedy też Varia mogła odetchnąć z ulgą. Okazało się, że niewysoki człowiek od którego od początku wyczuwała coś, co ją zaniepokoiło, to wielebny Genjuro LiHalan. On właśnie w imieniu swego zakonu wręczył naszemu władcy podarunek – miecz, którego wykucie zajęło całe dziewięć lat. W rzeczy samej, prezent godzien obdarowanego…
Sam Feniks, rozdając odznaczenia i tytuły oraz przyjmując hołdy, wyglądał znacznie lepiej niż na paradzie… Być może była to tylko chwilowa niedyspozycja, myśleliśmy. Być może zajmują go sprawy cesarstwa (zwłaszcza Hira...), może jest przemęczony, jak ostatnio jest z wieloma ludźmi na wysokich stanowiskach. Może (co gorsza) trawi go jakaś choroba. Myliliśmy się wszyscy…
Ale zanim dane nam było się o tym dowiedzieć, rozpoczęła się część nieco mniej oficjalna. Dały się słyszeć rozmowy, spojrzenia znów skierowały się na przyjaciół i wrogów, wspaniałe szlacheckie targowisko próżności ruszyło na nowo… Rozbrzmiała muzyka – a ja, zanim zdążyłam się zorientować, znalazłam się na parkiecie pewnie prowadzona w tańcu przez księcia Fajsala… A jest w tym naprawdę dobry. Nie o tym jednak miałam opowiadać…
Udało mi się jeszcze porozmawiać z Askarem w cztery oczy (o Aylonie i nie tylko), poznać nieco bliżej szlachetnego Manuela Trynidad (a była to rozmowa pełna niespodzianek…) i ucieszyć się z faktu, że Leila jednak zaangażowała się w przyjęcie (przynajmniej częściowo). Chwilę później zostałam dyskretnie wywołana przez mistrza ceremonii we własnej osobie. W sprawie jakoby nie cierpiącej zwłoki i wymagającej pełnej dyskrecji… Na miejscu okazało się że są tam również Varia, rodzeństwo al-Allaw, Manuel LiHalan i wielebny Genjuro. Zostaliśmy wprowadzeni w sytuację…

Są sprawy zbyt wielkie by dało się je ogarnąć. Są emocje zbyt silne, by je odczuwać…

Oczom naszym ukazał się Feniks – prawdziwy, nie sobowtór, który wiele poziomów nad nami wciąż odgrywał swą rolę. Podłączone do podtrzymującej życie aparatury bezwładne ciało najważniejszej osobistości Znanych Światów… Zaskoczenie, gdy udało się odkryć, co Mu dolega… Manuel - nie, Oktawian wykonujący rytuał wypędzenia istoty pasożytującej na energii Cesarza… Twarz Varii w momencie, gdy aparatura wskazała zaprzestanie funkcji życiowych… Lot po „nowe serce”… Słowa Przyprowadźcie go, desperackie próby zrozumienia, usprawiedliwienia… Wpatrujący się w nas młody, ciemnowłosy mężczyzna o szczerych oczach, jego pytanie, czy zobaczy plażę… Wyraz twarzy Askara, gdy przekonywał go, ze tak, zobaczy, jeszcze tylko kilka badań… Wysiłki, by zapewnić mu życie – wszystko to wielokrotnie miało do nas wracać…
Milczeliśmy patrząc na rozgrywającą się na naszych oczach scenę operacji. Bo i cóż można w takiej chwili powiedzieć…
Wszystko przebiegło pomyślnie – przynajmniej dla Feniksa… Askar znów musiał ingerować, by uratować „tego drugiego”, gdy okazało się, że jego organizm odrzucił sztuczne serce. Wreszcie się udało – i choć wiem, że to prawdopodobnie tylko pobożne życzenie, to mam nadzieję, że dojdzie do siebie i dane mu będzie ujrzeć plażę…

Po godzinach spędzonych na oczekiwaniu na poprawę stanu obu pacjentów (w nagłym przypływie czarnego humoru ujrzałam oczyma duszy sprawozdanie Gustawa: „Pani Fatima wraz kilkoma jeszcze osobami wymknęła się na przyjęcie zamknięte znikając mi tym samym z oczu” i jego późniejsze domysły…) zabraliśmy się z śledztwo. Badając czas spotkań i audiencji, przeglądając nagrania i po prostu drogą eliminacji udało nam się ustalić, kto zdołał przenieść „larwę” na Cesarza. Kawaler Farad al-Malik - jeden z członków poselstwa przebywający w Pałacu Wodospadów…
Przesłuchanie go niewiele jednak dało, podobnie wgląd w akta.
Nigdy nie lubiłam korzystać z mojego...hm…talentu… Zawsze czuje się potem, jakbym podeptała czyjąś prywatność. Jednak tym razem z ponurą determinacją zagłębiłam się w jego umysł, poszukując wiedzy, którą nie chciał się z nami podzielić w bardziej tradycyjny sposób. I znalazłam – ślad wiodący do gildyjnego nazwiskiem Jonatan Pierre (jak się dowiedzieliśmy, zginął kilka dni wcześniej – cóż za niefortunny przypadek…). W jego myślach pojawiła się również „Pani”, czyli kobieta w czarnej sukni. Anna Decados…
Więc dotarli już tak blisko Feniksa.
Niech Wszechstwórca miłosierny czuwa nad nami i nad Cesarstwem…

Kilka dni.
Dni, które przyniosły tak wiele pytań.
Czym jest dusza?
Czy klony ją posiadają?
Jak daleko może posunąć się władca?
Czy przelewanie krwi może stanowić powód do dumy i chwały?
Ile można zrobić w imię wyższych celów?
Czym tak właściwie są te „wyższe cele”?
Ile czasu minie, nim wróg wykona kolejny ruch?
Wiele pytań, żadnych odpowiedzi. Kiedyś może je odnajdziemy…

Co innego zobaczysz,
Gdy minie to, co jest teraz.
Jeśli tylko przetrwać zdołasz,
Zobaczysz, co śpiącemu sen odbiera.
A gdy coś się wydarzy, zobaczysz,
Dlatego tak się dzieje.

- Abu al-Atahijja


List Manuela
Wspomnienia Leili

Komentuj (1)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń