Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


VIII 5003

Stygmat cz. 3

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

… i tak to się skończyła przejażdżka z Czarną Ines. Ech, była to niewiasta… oczka jak tareczki, pysio jak malowane, ząbki jak perełki, cy… a, kto nie widział, zanim się postarzała i roztyła, niech żałuje, he, he… Że co? Żem sam stary? Ano, prawyś. Tylko że mężczyźni jak wino – kwaśnieją później.
Kiedy więc komendanta posieczonego wywlekli, ten bałwan Mendietes umyślił go wyleczyć i przekabacić. Żeby don Corrinho, niech mu Quillipothy łaskawe będą, w twarzowej zielonej żywej jesionce przewodził symbiontom od Mrocznego Łona. Po co? A, żeby Mroczne Łono zajęło wszystkie światy. A po co mu te wszystkie światy, pyta komendant. Ano, żeby je zniszczyć. Żeby nie było już niczego. Don Corrinho nie chwalił się, co mu odparł. Więc jak go znałem, rzekł pewnie że jedyne Mroczne Łono które go interesuje to zamtuz o tej nazwie w Estremadurze, a od zielonej jesionki woli sosnową. Ej, dobry to był dom rozpusty…
Odszedł więc skurwysyn Mendietes jak niepyszny, a komendanta kusić zaczął skurwysyn jeszcze gorszy… Wiem że to krew z jego krwi i kość z kości, ale, niech mi będzie przebaczone, było to i zło z jego zła. Cień jego, Rashid. I musiał się don Alejandro wahać długo, wiedział snadź, jakie plugastwo na świat wypuści. Niezadługo potem rzekł mi po pijanemu, że źle wybrał. Ale że go cień przyobiecał całego i zdrowego wypuścić wraz z Czarną Ines i tym jej obwiesiem najemnym, przystał. Przywołał i uwolnił Cienia.

Z piersi zakotwiczonego w żywej ścianie Alejandro wystrzeliły dwie ręce. Wsparły się na barkach więźnia, naprężyły. Pomiędzy nimi wyłoniła się głowa. Niemal idealna kopia twarzy Alejandro, pozbawiona jednak blizn i szram. I te oczy – dwa okruchy ciemności między powiekami. Popchnął, wydobywając korpus. Bose stopy klasnęły o żywą podłogę. Cień spojrzał w oczy uwięzionego. Uśmiechnął się. Wcześniej bardzo niewielu oglądało taki uśmiech u pana na Villacorvo – i nikt nie przeżył by o tym opowiadać.
- Hrabina Aida, powiadasz…
Chwycił więźnia za włosy nad karkiem, szarpnięciem wyrwał z żyjących okowów. Odwrócił się i wraził rękę w ścianę.
- Przyjmę propozycję Mrocznego Łona. Przejmę ten Ul.
Alejandro zobaczył, jak twarz cienia – jego twarz – porasta zielenią i chitynowymi płytkami. Popełniłem straszliwy błąd, pomyślał.


Jak się można było spodziewać, Czarna Ines nie padła komendantowi w ramiona gdy ten pojawił się ze swoją zsymbionconą kopią. Oraz głową Mendietesa w worku. Owszem, cień dwornie zapytał czy jaśnie panienka nie chce pozostać w hivie. Oczywiście odmówiła i Rashid gołych i bosych uprzejmie pożegnał i za odrzwia wykopał. Jedno, że miecze zabrać pozwolił. Oj, boczył się ten dupek, na komendanta powarkiwał, ale wprost oskarżyć nie śmiał. Nie, nie Rashid. Ten mniejszy dupek, JosMaria. Gładyszek bez jednej blizny, albo-li gładyszka… w sumie nie wiadomo czy więcej on był Jose czy Maria. A Hazat bez blizny, cóż – sami wiecie…
Poszli więc w kierunku naszych terytoriów, nie wiedząc jeszcze że na trzy tysiące kilometrów ich wywieźli. Nie minęło wiele czasu a panienkę nieść było trzeba. JosMaria tknąć komendantowi nie dał, sam niósł, ledwo zipiąc. A wtedy jeszcze szczupła była…
Trzeba było trafu i szczęścia, Wszechstwórca widać sprzyjał, znaleźli wrak skoczka. Stary, ale przekaźnik do komunikatora miał. I trzeba mu oddać, JosMaria zwędził komunikator symbiontom i wezwali pomoc. Opatrzyli też nóżki panienki, bo komendant apteczkę znalazł…

JosMaria buszował w skoczku. Alejandro obejrzał zranioną stopę Ines. Zaczęło się od niewielkiej ranki od kamienia. Po próbach opatrzenia w wykonaniu właścicielki stópki, a później Josmarii, wyglądało to jakby Ines nastąpiła na bronę. Starą i zardzewiałą. Kilka razy. Corrinho westchnął z politowaniem i wyciągnął środek przeciwbólowy

Oj, dużo szczęścia mieli, dużo… Parę godzin i znalazł ich oddział Zwiadu. Jaki jest Zwiad, każdy wie. Szumowiny z najgłębszego lochu, wisielcy oderżnięci od powroza… Beneficjenci przymusowej amnestii. Po co mi mózg, jestem ze zwiadu! W telegraficznym skrócie, jedna myśląca eks-siostra Bractwa Wojennego, zwyrodniały szlachcic – bękart, śliniący się debil plus obstawa i ładunek atomowy. Bez większych ceregieli oraz większej pokory zapakowali naszą trójkę do skoczka i przewieźli do bazy. Tamm od razu kazał komendant połączyć się z adiutantem Lucindy. Sam nie wiem jak zdzierżył gdy mu ten bubek JosMaria nad ramieniem klarował że Corrinho jest zdrajca, zaprzaniec i w ogóle podejrzany o symbioncyją. Dość że przyleciała skoczkiem sama przyboczna Lucindy, błogosławiona Matylda i komendanta uznała. Wtedy też dane nam było wreszcie porozmawiać, dowiedział się komendant że jego sobowtór unicestwiony był, a zdrajca przeor Światłości Objawionej pod kluczem już siedzi i małodobrego oczekuje.
Ledwo co wystartowali, okazało się ze jakiś skurwysyn sabotażysta bombę im na skoczku podłożył. Pierdol… znaczy się, wybuchła zaraz jak zaczęli wchodzić w atmosferę. Kanał się zrobił, znaczy, dwadzieścia minut i z pięknej Ines zostałaby jeno wypalona frytka. Całą resztę, nawiasem mówiąc, też by na jednej szufelce na stos pogrzebowy nieśli. Komendant wywołał tedy naszego Euzebia i kazał mu spadającego skoczka przechwycić. Tyle, że musiał przed wejściem w atmosferę maskujące blachy odstrzelić i pokazać światu, że to uryjski lewiatan, a nie byle krążownik pomocniczy JCMości „Conquistador”. Moim skromnym zdaniem, warta była skórka wyprawki, cóż byłaby warta tajemnica okrętu hrabiego Corrinho z samym hrabią Corrinho wysmażonym na frytkę, he he he…
Wybaczcie Wszechstwórco i Ty, don Alejandro, wino zbyt nikczemne by nazwać zacnym, zbyt dobre by je przekląć, język mój starczy rozpuściło... Cześć Twej pamięci…

I wtedy nastąpiła ta uroczystość… Po wszystkim, gdy opowiedziałeś Lucindzie, nie kryjąc niczego, tłamsząc dumę i wstyd, kim jest nowy wódz Mrocznego Łona. Że jest Tobą.
Gdy Arcyksiążę kazał ci uklęknąć, hrabio, by kazać ci powstać księciem.
Gdy twój głos zawołał na pierwszy wiwat „Honor y gloria!”

Pamiętam wtedy, jakby to było wczoraj. Komendant, gdyśmy chcieli obór jego świętować, zamknął się w kwaterze, nikogo nie puszczając. Fiołka nawet precz odesłał. Powiedział mi tylko jedną rzecz.
Drugi raz odbieram mu planetę.
Drugi raz mnie za to wynagradza.
Nie zasłużyłem.




Komentarze:
17.11.2007, 15:11 :: 212.203.138.12

Beata

Baardzo mi się raport podobał!
Stylizacja zacna, rzekłabym, a i ciekawy wielce! Gratulacje :)
ownlog.com :: Wróć