Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


9-20 styczeń 5004

Czerwony Pył

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi



Jeszcze nigdy w historii wojen nie zabito tak wielu i nie zniszczono tak wiele, by wkurwić jednego.

Że przesadzam? Prawda, nie sam Corrinho utracił był wszystko. Także i na ziemiach cesarskich, i u hrabiego Azima jeden na stu głowę uniósł. Ale dla nas, Wolnych Hazatów… Wiecie, kto mieszkał na Keth. Ci, co przeżyli Sutek, Hirę. Ci, co ocaleli. A raczej tak im się zdawało…
Prawda, wkurwionych było znacznie więcej.
Ale zacznę od początku. Pierwszego dnia…

Pierwszego dnia, a właściwie poprzedzającej go nocy, przylecieli nieproszeni goście. Pieski łańcuchowe tej arcykur.. khem… grupa uderzeniowa z Sutek. Rozmienili obstawę wrót na drobne, szczęśliwie wydali resztę – jednej fregacie udało się zwiać i wysłać ostrzeżenie. Z tym, co było w pierwszej fali, można było się od biedy zmierzyć - dwa ciężkie i dwa lekkie krążowniki. Pytanie, co przyleci w drugiej.
Pierwszy dzień spędziliśmy na szybkiej mobilizacji. Wyprowadzenie wojsk z baz, przygotowania… zresztą, wiecie dobrze, nie będę mówił ojcu jak się dzieci robi… Drugiego dnia...

Rankiem drugiego dnia nie było już Villacorvo…

Z dwóch szefów kontrwywiadu, jeden miał wypadek. Drugiego komendant dorwał długo później i kazał zdrajcę na pal nawlec. Dość, że na Rawennę polecieli głównie wierni Arcyksięciu ludzie, a na Keth zostali zdrajcy. Nie sami oczywiście, nawet połowy sił na planecie nie stanowili. Pięknie ich zresztą Juana za wierność nagrodziła, hej…
Mówiłem mu. Mówili mu inni. Zbyt ufny był, zbyt nieostrożny. Chociaż, kto wie, co by to pomogło… Nie mogliśmy pozwolić sobie na zamykanie wszystkich niepewnych…
W nocy na Villacorvo uderzyły dwa pułki Trzeciego Planetarnego pod tym skurwysynem Monterą. Nie powiem, nieźle się przygotowali, cóż, mieli też ludzi w środku. Wywalili zbrojownię, obie centrale. No i przede wszystkim było ich dużo…
Czarna Ines, co to u komendanta gościła, zrobiła mądrze biorąc swoje kształtne cztery w troki. Nie powiem, równie szalone co zgrabnie wykonane, przebić się przez pole bitwy i nawiać skoczkiem. Komendant zaś zgarnął ze dwudziestu chłopa i pognał ratować rodzinę, co w lewym skrzydle mieszkała. Zdrajców narżnęli po drodze jak świń…

Ostatni zakręt, ostatnich dwóch przeciwników przeszytych kulami. Cisza. Cisza paskudnie kontrastująca z kanonadą na zewnątrz. Alejandro krzyknął. W języku walki.
- Że co? –odpowiedział zdenerwowany kobiecy głos. Aintzane. Nie znała języka walki.
- To stryj- odparł drugi, bardzo młody.
Wpadli, rozsypali się po pokoju. Głosem bratowej Alejandro mówiła wielka hałda kamizelek kuloodpornych, z której wystawała dymiąca lufa erkaemu. Bliźniacy, osmoleni ale cali, przeładowywali granatniki.


Tak więc, całych i zdrowych odesłał do bunkra. Panienki Carmelity za to nie znalazł już. Kurwi syn, Montera znaczy, uprowadził ją.
Komendant zaś przejął dowodzenie nad obroną. I, nie powiem, prawie sobie te knury nieskrobane zęby połamały. Mając dwa pułki i ciężki sprzęt, powinni nas wdeptać w ziemię. A tak, bladym świtem dopiero zepchnęli naszych do bunkra. I ledwo zdążyli nas stalopianą zalać i zwiać, nie wszyscy zresztą, bo w dwie godziny na miejscu była szpica Pierwszego Legionu i dorwała ich ariergardę. Wyciągnęli nas z bunkra. Z pałacu jedna ściana cała nie została.
To tylko kamień i drzewo, powiedziałeś, Alejandro.
A potem zobaczyłeś Ramireza.

Jorge Armando Maria, baron, ostatni z Ramirezów. Wierny towarzysz i przyjaciel domu Corrinho.
Ktoś, kogo miałeś za drugiego ojca. Który kochał cię jak syna. Twój mistrz miecza.
A nawet jak się postarzał, nie mógł się opędzić od dziewuch…

Ma wielki potencjał, pomyślał Jorge. Będzie z niego doskonały szermierz. Najgorsze, że szczeniak o tym wie. I zaczyna się robić pewny siebie. Zbyt pewny.
Cóż, westchnął ,wyprowadzając i odbijając kolejne ciosy. Czas nakarbować młodego pana Corrinho…
Rapier śmignął jak atakująca kobra. Dwunastolatek odskoczył z sykiem bólu, uniósł lewą dłoń, rozmazał płynąca po policzku krew. W oczach zabłysła furia. A potem nagle zgasła.
Jorge Armando Ramirez kiwnął głową z uznaniem. I zaczął walczyć na poważnie.


Ukrzyżowali go. I odrąbali przedramiona. Takiego go zobaczyłeś.
Widziałem wtedy jego twarz. Ni słowa skargi nie powiedział. Stał i patrzył w oczy Ramireza, gdy go ściągali. Ów żył jeszcze. Ale zdusił wszystko komendant, dowodzenie ponownie objął. Tylko gdy Leguizana, legat Pierwszego, zobaczył pobojowisko, co jeńców wziął, wszystkich potopić kazał. I pierwszy raz widziałem, by komendant nie zabronił.
Z naszych przeżyła jedna trzecia. Koło południa chłopcy z Pierwszego wyciągnęli spod gruzów Hieronima. Twardą skórę nasz padre miał, miesiączek jeszcze dobrze nie wzeszedł a już sam się przy rannych krzątał. Ale Casillas, Dara, Benitez jeden z drugim (a żadna rodzina, jakby się kto pytał), Mendoza i wielu innych już przez Wszechstwórcą stali. A Manuela Coro pewnie już w Quillipothy wlekli. Niech mi będzie przebaczone, że o zmarłym tak mówię, ale straszny kawał skurwiela był.
Następne kilka dni zajęła wojenka. Zdrajcy rozproszyli się po lasach, nasze trzy wierne legiony tudzież posiłki cesarskich i od hrabiego Azima zaczęły ich po kawałku wycinać.

Rankiem trzeciego dnia pożegnaliśmy Ramireza…

Czwartego dnia nadlatująca flota wpadła z nie bardzo kurtuazyjną wizytą na pas asteroidów hrabiego Iwanowicza. Długo tam nie zabawili. Ale jak skończyli, wiele tam nie zostało. Wtedy też dowiedzieliśmy się, ilu ich jest. Tak, dwa krążowniki. Jeno liniowe. Plus cztery ciężkie i tyleż lekkich. I dwa mega transportowce. Nasza flota zeszła z orbity i poleciała na spotkanie. Żeby chociaż jeden rozwalić – wtedy stracą połowę desantu. Tak wtedy myśleliśmy…
Tegoż dnia snajper Ręki zakończył karierę dowódcy Drugiego legionu, zdrajcy Alvareza, odstrzeliwszy mu z półcalówki łeb przy samej dupie. W odpowiedzi komendant dostał film z panienka Carmelitą. Nie, nie myślcie sobie, krzywdy jej nijakiej na filmie nie robiono. To było ostrzeżenie.

Piątego dnia resztki zdrajców zapadły w lasy. No dobra, nie resztki, załatwiliśmy mniej niż połowę. A nasza flota zaatakowała zespół przeciwnika. ChyliĆ czoła przed nimi, poszli na śmierć na trzykrotnie silniejszego przeciwnika. I rozwalił nasz Euzebio jeden transportowiec. Krążownikom udało się zniszczyć jeszcze jeden okręt. A potem ich zmasakrowali. Euzebio, z ciężkich mezonów postrzelany, ledwo co umknął i ledwo co przeżył. Ale lat było trzeba, by się podleczył. Z załóg tamtych trzech ani żywa noga nie uszła…

Szóstego dnia poranek był piękny, słoneczny.
Flota doleciała na orbitę. Krążowniki zmacały z dział kilkanaście celów, w tym New Richmond, stolicę hrabiego Azima, klasztor Eskatoników. Ten ostatni, nawiasem mówiąc, krótko, niecelnie i na odpieprz. Wysadzili też mały desant, który podebrał kogoś z planety. Z jakiegoś zadupia pośrodku lasów…
A frachtowiec rozstawił kontenery na orbicie. Dopiero wtedy wyszło, że nie mają atmosfery…
Komendant pobladł. Kogo się dało, zapakowaliśmy najgłębiej pod ziemię. Miasto Kościanogłowych, kopalnie, odwierty, schrony… Kilkadziesiąt tysięcy. Tak straszliwie mało…
Gdy uderzyli, u nas była już noc.

Siódmego dnia poranek był mglisty.
Widzieliśmy to przez kamery bunkra. Potem spadł deszcz.
Na całej planecie…

Ósmego dnia była wielka cisza.
Martwa cisza.
Nie uświadczyłeś szelestu liści, śpiewu ptaków, odgłosów…
Żadnych odgłosów życia.

Dziewiątego dnia zobaczyliśmy czerwony świt.
Najeźdźcy odlecieli.
Środek, którego użyli, ciągle był rozpracowywany. Kilku ochotników wyszło w skafandrach na rekonesans. Brodzili w czerwonym pyle.
Ci, którzy pamiętali widok zielonych wzgórz Keth, ze wszystkich sił starali się zapamiętać ten widok. Bo mieli go już nigdy nie ujrzeć.
Zwiadowcy brodzili po kostki w pyle z zeschłej trawy i liści, mijali poczerniałe łany zbóż i wyschnięte, bezlistne winnice.
Nad martwą, czerwoną Keth Kordeth wstawał dzień…

Dziesiątego dnia słońce wzeszło krwawo.
A umarli powstali.

Defolianty, zarodniki nekrozy, wirusy… Nie ocalał nikt. Żaden człowiek, zwierzę, roślina. Nawet trzy legiony swoich popleczników posłali w niebyt. Tu akurat Juana utrafiła w myśli Komendanta, pięknie ich nagrodziła za zdradę…
Skażona gleba nie mogła przyjąć żadnego zasiewu. Trzeba było zryć ją na metr-dwa by myśleĆ o tym. Na szczęście maszyn zaraza się nie imała, kazał komendant ściągnąć co było ciężkiego sprzętu i plantować ziemię. Ale…
Rozumiał, że Keth jest martwa.
Coś też umarło w tobie, komendancie.

Operacja „Febus” stanowiła sztandarowy przykład akcji psycho-terrorystycznej. Zaangażowano olbrzymie środki w atak na cel o znikomym znaczeniu strategicznym. Sam koszt dwóch milionów ton defoliantu pozwoliłby na wybudowanie trzech pancerników. Co więcej, zaniechano utrzymania wrót i ewentualnego utworzenia punktu wypadowego na Leminkainen i Shaprut .Śmierć około pół miliona wojskowych(głownie drugiej linii) i ponad trzydziestu milionów cywilów stanowiła jedyny namacalny efekt operacji.

A.D. Del Rey „Oblężenia planetarne w historii wojen” s.394. Bibliotheca Imperialis, A.P. 5121


Mówią, że śmierć milionów jest faktem statystycznym. Dobrze mówią…
Pod warunkiem, że nikogo z nich nie znałeś…

Utracił planetę, którą nazwał domem. Swojego mistrza. Siostrę. Wiernych sobie ludzi. Rzekłbyś wszystko. Wszystko, dla czego i kogo warto było żyć…

I ruszył dzielny wojownik, wstecz się nie oglądając. Jeno miecz, zbroja i życie – oto, co mu pozostało…
A gówno prawda, moiściewy.
Jak mi rzekł niezadługo potem, pozostał mu cel . Ktoś, dla kogo warto było żyć. Pomimo wszystkich ciosów, jakie go dotknęły. Nie, nie myślę o hrabinie…
Postanowił żyć dla Juany de Hazat.
No i poza mieczem i zbroją (i całym arsenałem) pozostało mu dwanaście legionów. Nie mogących doczekać chwili, w której zatopią zęby w czyjejś skórze.
Niestety, pobratymczej.









Komentarze:
07.01.2008, 17:48 :: 193.25.3.210

Aleksiej Iwanowicz

Keth-Kordeth... Pokój tym, którzy tam zginęli.
07.01.2008, 17:43 :: 193.25.3.210

Yavi

Świetnie napisany raport, po prostu klimat. Brawo!
ownlog.com :: Wróć