Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


II 5004

Arete

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Chcecie wiedzieć, co dalej, hę? Czekajcie, niech no sobie wygodnie usiądę, przysuń no bliżej, synku, karafkę… co tam mruczysz? Siedź cicho, synku, to jest, Wasza Książęca Mość, kiedy opowiadam. Wycierałem twój obesrany tyłek gdy byłeś, o, taki, i mam prawo tak mówić.
Chcecie wiedzieć, co było dalej? Ze panienka Carmelita przeżyła – cóż, gdyby było inaczej, nie byłoby innej słynnej historii… o której opowiem kiedy indziej…
Wszechstwórco, ile to już lat minęło… Ale co i jak – nie wiecie, widzę. Ciekawiście pewno… Skoro wam się chce tu siedzieć i słuchać starego…
Pytacie, co z Czarną Ines i owym JosMarią? Czy skrzyżowali ostrza z donem Alejandro i kto kogo popłatał? Prawda, wszyscy widzieli że gdyby saganek wody między nimi dwoma postawić, jednej litanii nie zmówisz a się zagotuje… Obaj też do miecza najpierwsi… I dziwowano się, cztery miesiące minęły a żaden drugiemu okazji nie dał.
Dlaczego? Długo by mówić. Komendant, było, panienki bałamucić nie chciał, afektu nie czuł, ku innej wtedy serce obrócone mając… jak sami dobrze wiecie. Onże JosMaria powodu więc jawnego nie miał, a i, przyznać trzeba, prowokować zwady nie chciał. Niech mi przebaczone będzie, nie lubiłem go wtedy, ale nigdy nie powiem że się komendanta bał. A sama Ines – wiecie, jednego jego na świecie miała… I, powiem to, jak brata kochała. Pewnie i ona sama komendanta wyzwać mu broniła, ale tego już nie wie i nie opowie nikt… Że nie jego jednego, mówisz? Gdzie tam, o tej zgrai, Młynem zwanej, co się przy nich wieszała trudno było dobre słowo rzec.
Tak więc, nie dowiedział się nikt, który z nich w mieczu lepszy. Może i by do czego doszło, bawił wtedy don Alejandro u Ines często, ale co innego było pisane…

Piąty dzień już bawiliśmy na B2. Komendant po tym, co na niego spadło, owszem, bywał u Czarnej Ines, sam nie wiedząc po co. Jako ten wiecheć pakuł wiatrem gnany, rzekł mi kiedyś. Widać było, że póki prochu nie powącha a żelaza w garści nie poczuje, do skóry zdrajcom się nie dobierze, nic i nikt życia zeń nie wykrzesze.
Co? Tak, prawyś, nikt z obecnych by nie wykrzesał…
Ha, pamiętam jak dziś jak ten list wtedy znalazł. Ten, co we wrześniu przyszedł a bałwan Carnavera przez pomyłkę na B2 zostawił zamiast na Keth posłać. Oj, chodziliśmy trzy dni na paluszkach, na oczy mu się nie pokazując…

Ale do rzeczy. Przyszła do nas paczka z kryształem pamięci, na komendanta zaadresowana. Cognoscemus, videmus… Co? Że nie rozumiesz? Dajcie mu który w łeb! Bo mam za daleko… Kryształ sprawdziliśmy i odczytali. Tak, panienka Carmelita tam była, z aktualną miejscową gazetą w rękach. Wiadomość jasna – żyje i jest na B2. To było parę dni po wpadce z listem od hrabiny, więc Luca ledwie wykrztusił w komunikator co i jak. Komendant był wtedy w Pałacu, ale zaraz rozkazy wydał, a sam do godziny przybył. Kryształ na dziesiątą stronę sprawdziliśmy, ale ktokolwiek to robił, znał się na rzeczy. Firma kurierska nie puściła pary, a nie było jak się do nich dobrać… ani prawem, ani lewem. Chodził don Alejandro jak lew po klatce, wysłał też Seringo żeby poszukał jednego znajomka z Triad… coś tak oczy wywalił? Zdziwiony? Prawda, był to znajomek dość kosztowny gdy był potrzebny, ale - tak, był i specjalnie się komendant nie wypierał. Seringo wybrał się do Tiggy Twilight samoszóst i, poza tym że mało od Ukarów w ich dzielnicy nie oberwali (a Seringo mówił że dwudziestu ich zaczepiło, więc znając go ja myślę że góra dziesięciu), z niczym wrócili.
Dość, że w dwie godziny się uspokoił i kazał czekać na następne wiadomości. Sam zaś wrócił w gościnę markizy, nic nie zdradziwszy. JosMaria tą samą monetą odpłacił, gdyż dostał podobne nagranie, jeno ze swymi żołnierzami co przepadli na Keth - i również zataił. Bardziej co prawda przed panienką, którą, trzeba mu przyznać, chronił.
Noc nie minęła a kolejna przesyłka przyszła. Fotografia ówczesnej poseł tych owco… Almalików, znaczy. Zapomniałem, jak jej było, nieważne. Dość, że fotka była oddarta na poziomie szyi. I tylko tyle, rzekłbyś. Czego nie wiedzieliśmy, ludzie Czarnej Ines dostali to samo. Co ma do tego almalicka poseł, spytacie. Wtedy jeszcze nic… nic nie wiedzieliśmy, znaczy. Była ona jednak wtedy blisko z Nataszą… Tak, tąż samą, na-arcyksiężną wówczas. Nie musisz się szczerzyć, wiemy wszyscy że to rozrywkowa niewiasta była. Tak, byłem na tym balu co znany wszystkim arcybiskup się upił i wyszło na jaw, że z przezorności w pasie cnoty tam poszedł… Nie wasze to czasy, ale przyjęcia jakie wyprawiała… tak, bywałem na nich - w świcie komendanta, nie raz i nie dwa.
Czemu się rozwodzę? Bo właśnie Natasza znała komendanta i, na ile można to o kobiecie i Decadosce powiedzieć, estymą pewną darzyła. Skąd wiem? Nigdy nie próbowała zrobić z niego zabaweczki, a to już uznanie, he he… Prawda, on to ją na rękach z symbionckiego hiva na Keth-Kordeth wyniósł, czego mu nigdy nie zapomniała. Tak, wiem, dwudziestu coś ich tę eskapadę przeżyło, ale, że nasz komendant mniej wtedy oleju w głowie miał… poszedł w środek hiva jako jedyny w lekkiej zbroi i bez hełmu, bałwan jeden…więc twarz zapamiętała.
Tak, tak, już wracam do rzeczy. Umyślił komendant że zakonni, tfu, chcą ową ambasador uśmiercić. List tedy do Nataszy napisał, kazał nam wraz ze zdjęciem wysłać i czekał.

Oj, tak wiele się wówczas wydarzyło, że ogarnąć trudno, a poukładać w ordynku jeszcze trudniej. Wspomóż mnie więc w tym, synku, i podsuń butelczynę. Nie, nie tą, tamtą z tyłu. Kethkordyjska grappa z 5003… Jeszcze długo potem nie było lepszej…

Tak, na czy to ja…? Ledwie słonko wzeszło, przyszedł liścik od Czarnej Ines, proszący o spotkanie. JosMaria zdecydował się wyjawić co w przesyłkach dostali, sama markiza zaś – o wizji, co jej goście pokazali. Bo trzeba wam wiedzieć, że Ines gościła u siebie dwójkę wielce osobliwą, niewiastę z dziecięciem (i dwoma grimsonami obstawy) których jeszcze na Keth napotkała i przygarnęła. Dość, że pokazali Ines wizję w której pewien Almalik ścinał panienkę Carmelitę. Przyszedł też kolejny list – wyjaśniający bez owijania w bawełnę, że w zamian za życie panienki i gemajnów, to komendant i Ines muszą uśmiercić almalicką ambasador.
Don Alejandro spotkał też gości markizy. Oj, niespodziewane to było spotkanie.

- Musze już iść. Adelaida jest głodna…

Opadł ciężko na fotel. Popatrzył na siedzących wokół stołu mężczyzn. Ci, którzy byli na Pentatechu. Ci, którym mógł ufać. Ufać, pomimo wszystkich niedawnych wydarzeń. Tak straszliwie niewielu. Hieronim. Vincent Vega. Zapatero. Młody, pyskaty Velasquez. Zaczął bez wstępów.
- Panowie, simulacrum jest u niej. Razem z dzieckiem. Na oko trzymiesięcznym, więc najwyraźniej jest dwójka…

Komendant rychło wrócił do rezydencji Ines. Raz, że sam się do niej wybierał, by zaprosić na bal który owa ambasador ( demony, ni cholery nie pamiętam, jak jej było) wyprawiała. Dwa, że zapowiedział się u niej niejaki Sahid ibn Samir, baron almalicki. Nazwisko markizie mówiło niewiele, ale don Alejandro i owszem. Komendant rozstrzelał był kiedyś jego brata na wojnie. Niewinnie, jak się potem okazało… cóż, nie zrobisz omletu , nie tłukąc jajek, jak mawiała moja nieboszczka ciotka. Żeby było weselej, sam Sahid od dwóch lat ponoć nie żył.
No i przyleciał ten owcomił. Gdy go Czarna Ines ujrzała – ten sam, którego widziała w wizji, ścinającego Carmelitę. W ceregiele się niespodziewany gość nie bawił, bez wstępów oznajmił i wyjaśnił (jakby to mało jasno wyklarowane było) po co były poprzednie przesyłki, że jeśli ambasador da gardło, uwolnią panienkę i owych dwóch gemajnów. Jeżeli zaś spróbują zatrzymać i na ten przykład na pytki wziąć posłańca – cóż, jego skoczek pierdyknie i z całej rezydencji jeno dziura w ziemi zostanie.
Przekazał tedy ów Sahid, co miał, i odleciał. Jasna rzecz, poleciały za nim skoczki cesarskich. Stu kilometrów nie zrobili a tamten skoczek w istocie wybuchł – tak, że nie było czego zbierać. Jedyne, co łapsy stwierdziły – tam nie było nikogo żywego. Golem, znaczy. Bardzo wymyślny i drogi golem. Do tego z uryjską zabaweczką, która imitowała jego aurę. Sprytna rzecz, rzekłbym.

- Co planujesz, don Alejandro?
- Jeśli tego dokonamy… A oni dotrzymają słowa…
Twarz-maska, niemal doskonale stłumiona rozpacz w głosie.
-… to Almalicy zabiją Carmelitę w odwecie, nieprawdaż?- dokończył, nie oczekując odpowiedzi..
JosMaria odchrząknął.
- Don Corrinho… zamachu nie może dokonać żadne z was dwojga. Zatem, muszę to być ja.


Któż cię odgadnie, JosMaria Eduardo? Dla kogo to zrobiłeś, dziwny człecze? Nawet jeśli komendant poleciał do Nataszy i rzecz jej wyłuszczył, nawet jeśli śmierć miała być sfingowana – nikt nie zagwarantował, że przeżyje zamachowiec…
Dla kogo, dla jakiej idei zaryzykowałeś pozostawienie Ines samej? Dla żołnierzy? Dla siostry komendanta, któremu wszak byłeś niechętny? Czy wreszcie – dla honoru i chwały? Bo tego ostatniego, przyznaję, chociażem cię nie lubił, nigdy ci nie odmówię.

- Jej ceną jest JosMaria. Na jedną noc.

- Don Corrinho… jeśli mi się uda – niech pan tego nie spieprzy.
Wyzwanie – czy zuchwalstwo skazanego?


Tak, wybralim się na ten bal. To właśnie moją skromną osobę zabrał komendant. Rychło zjawiła się Natasza, w trzecim tańcu już przekazała mu że wszystko uzgodnione. Trzeba było jeszcze godziny, by JosMaria, było nie było jeno baronet, dopchał się do tańca z ambasador. I, jak to umówione było, wraził jej żelazo pod żebra. Ma się rozumieć, rwetes się zaczął, łapsy szybko spętały zamachowca, wygarnęły komendanta i Ines z tłumu, mnie też pałką po żebrach zmacali. Markiza uznała za stosowne zemdleć, zdążył ją tylko don Alejandro złapać… Ich dwoje też chcieli skuć, jeden nawet nóż wyciągnął, tylko jak mu komendant w oczy zajrzał to ów zaraz ogon podwinął. Stoi tedy nasz dzielny diuk z omdlałą Ines na rekach, a tu z tyłu ktoś mówi „ja będę osądzał”. Odwraca się komendant i kogóż widzi – jego arcy-pieska wielkoksiążęca mość, morderca, jednym słowem skurwysyn, Chemiczny Faisal we własnej osobie! Tak, ten sam na którym Tarsis ciążyło i który później… sami wiecie, złych niby demony nie biorą, ale własną śmiercią też nie umierają. I niech mu Quillipothy ciężkie będą…
Kazał tedy Faisal naszą czwórkę zamknąć. Resztę gości zaś uprzejmie z balu wyprosił. Tak uprzejmie i dwornie, że „wypierdalać” by ładniej zabrzmiało. Mnie po paru godzinach wypuścili, komendanta i Czarną Ines trochę później. Sam księciunio z Nataszą przyszli ich zwolnić. Cóż, nie krył Faisal zbytnio, że młodej żonce rogi przyprawia…

Tylko JosMaria nie wrócił.
Ines wiedziała. Przeczuwała. Wtedy to dowiedział się od niej komendant, kto stoi za Tarsis. Znaczy, jak sami dobrze wiecie, Chemiczny Faisal i piesek jego Al-Allaw. Okiem nie mrugnął, nie miał ani dowodów, ani mocy. Jeszcze. Ale zapamiętał. A później przyszła wiadomość…

Pół godziny. Pół godziny od wiadomości na komunikator, od chwili gdy markiza skuliła się przy stole i wyszeptała „chcę być sama”. Teraz stała w drzwiach jego pokoju. Twarz nieruchoma jak maska z porcelany, puste z żalu oczy. Widział już takie spojrzenie, dawno, na Istakhr – u człowieka, który przybył po śmierć. Krok, drugi, trzeci… Zakrzywione palce rąk, chwytające za klapy koszuli. I głowa, miękko złożona na piersi. Wtedy maska rozprysła się na kawałeczki, ciałem Ines wstrząsnął szloch.

I tak to skończył się ten rozdział. Odszedł JosMaria, odebrał sobie życie. Mawiano, że od nocki z Nataszą kulę wolał. Jeno nikt nie odważył się tego przy komendancie powiedzieć. I jeśli od któregoś z was to usłyszę, jakem Vega, każę mu gołą dupę kijem oćwiczyć. Bo chociaż ów JosMaria często wyżej fajdał niźli rzyć miał, panienka Carmelita winna mu życie i za to mu cześć i chwała. Bo dzień jeszcze nie minął, dotrzymali słowa, porwaną trójkę całą, zdrową i nawaloną narkotykiem jak stodoła Decadosa, wypuścili.

Opiekę zaś nad Czarną Ines powierzył JosMaria komendantowi, nie wiedząc, że tym jeszcze więcej bólu jej zada. Nie, nie myślcie, niczemu don Alejandro nie uchybił. Pomnijcie, Ramirez nie tylko do miecza, ale i na salony go wychował. Dworny był, uprzejmy, za życie siostrzyczki umiłowanej do nóg Inezie padał...

Tylko, moiściewy, ślepy był…





Komentarze:
15.01.2008, 11:43 :: 149.156.87.221

Leila

Chemiczny Fajsal. Tja. Dobre.
09.01.2008, 15:47 :: 89.171.130.74

4647

Grrrr
07.01.2008, 17:54 :: 193.25.3.210

Aleksiej Iwanowicz

Na-Arcyksiężna Natasza Decados... Modliszka.
ownlog.com :: Wróć