Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


II 5004

Szkoła życia

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Któż został, zapytacie, przy Czarnej Ines? Starym, prawda, ale wyliczyć potrafię. Marines, siedemnastu. Załoga jachtu, sztuk dziewięćdziesiąt i dwie. No i Wróble. Trzydziestu z okładem. Po śmierci JosMarii, umyśliła wybrać właśnie jednego z nich na zastępcę i pełnomocnika.
Komendant, odzyskawszy panienkę Carmelitę, zdecydował dla bezpieczeństwa wysłać ją na Rawennę. Na dwór swej ciotki, Alejandriny. O owej Alejandrinie mam nadzieję wam jeszcze opowiedzieć. Co by apetyt wasz zaostrzyć, powiem że była to Hazatka w skórze Hawkwoodki, na domiar wychowywana przez ojczyma Decadosa… i więcej dziś nie wyjawię…
I przyznaję, gdy rzekłem wam ostatnio że całą i zdrową panienkę wypuścili, łeż to była…

Hieronim wtoczył się do medlabu i odchrząknął. Alejandro podniósł wzrok. Od wielu godzin nie opuszczał siostry, wciąż otumanionej narkotykami. Już go rozpoznawała. Czasami. Czasem myliła go z Vincentem. Spojrzenie Amalteanina kazało mu wstać i wyjść na korytarz..
- Komendancie...
- Mów.
- Jest wysterylizowana. Farmakologicznie.
- Na ile jest to odwracalne?

- …

Tegoż dnia zaprosiła Czarna Ines komendant na kolację. Na miejsce JosMarii, towarzyszył jej niejaki Cortez. Żadna rodzina z Guillermo, tym od gówna płynącego potokiem, jakby kto pytał. Był to kawaler pomniejszego rodu z Aragonii, były żołnierz, lat pięćdziesięciu z kawałkiem. Po kolacji komendant rozmówił się z nim. Rzekłbym, rzeczowy, małomówny, suchy wręcz. Dość że don Alejandro przychylnie go ocenił. Onże Cortez został nowym dowódcą straży Inezy.
Wrócilim do apartamentów komendanta. Następnego dnia w południe wylatywała na Rawennę, chciał tedy don Alejandro ostatnie chwile z siostrzyczką spędzić. Ma się rozumieć, nie wylatywała sama, posłał z nią ośmiu chłopa i jednego z nowicjuszy od Hieronima. Co zredukowało naszą rezydenturę do dwudziestu ludzi pod bronią i tyluż speców. Zanim jednak wylecieli, o czwartej nad ranem komendant dostał wiadomość od Inezy. Cortez, świeżo upieczony dowódca jej straży, nagle a niespodziewanie pojawił się na dywaniku Wszechstwórcy.
Świtem bladym a deszczowym, jak to na B2 bywa, przylecieliśmy do Pałacu Imperialnego. Komendant, obawiając się kolejnych zamachów, poza Hieronimem wziął jeno ekipę od mokrej roboty. Rzeczony Cortez, z wyrazem autentycznego zdziwienia na twarzy, leżał na posłaniu ze sztyletem w sercu. Sztylet wręcz ostentacyjnie, rzekłbym, ozdobiony był almalicką iskierką. Umrzyka zaraz nasz padre na warsztat wziął, komendant zasię kazał ściągnąć kilkunastu speców od elektroniki i przejrzeć nagrania. Równie liczna ekipa przyleciała z jachtu Ines. Co stwierdzili? Ktoś zmyślnie podpiął się pod kamery ochrony. Nie pytajcie starego o szczegóły, dość że był to wymyślniejszy numer niż powieszenie zdjęcia przed obiektywem. Wtedy zamachowiec spokojnie wszedł do sypialni i wraził Cortezowi żelazo w serce.
Tyle stwierdziliśmy do rana. Komendant odleciał, chcąc pożegnać się z panienka Carmelitą. Pożegnawszy, o czym zapomniałem wspomnieć, miał umówione spotkanie. Z kim, pytacie? Niejaki Aleksander Wolverton, późniejszy, jak dobrze wiecie, książę. Rozmawiali wtedy o szykującej się wyprawie na Marsa… Czego don Alejandro i ów Wolverton tam dokonali, co się działo, o tym innym razem. Czy wiedzieliśmy, kto zacz? Mnie przy tym nie było, ale wziął komendant dwóch ludzi obstawy. Capa obejrzał sobie aurę Wolvertona i, powiadał, świeciła ona przy komendantowej jako ta winiarnia w dniu wypłaty…
Ale dość o winiarniach. Po spotkaniu wrócił komendant do pałacyku Inezy i zastał ją gołą, bosą i zakopana w papierach. Że przesadzam? Niewiele, moiściewy. Ines wspaniałomyślnie dała Cortezowi wszystkie pełnomocnictwa JosMarii, łącznie z dostępem do kont. Jak się okazało, godzinę po jego zejściu ktoś owe konta wyczyścił do zera. Używając, rzecz jasna, jego odcisku palca i podpisu… Co się zaś tyczy papierów – wiecie, Ines nie wiedziała co oznacza prowadzenie dworu. Pamiętam jak patrzyła na zamówienie – pół funta nakrętek M10, funt smaru 4A70, szczypce sztuk jedna, lutownica – razem szpon jeden piór dwadzieścia trzy. I stos podobnych papierzysk na pół metra wysoki. Na jej szczęście, komendant był bardziej wprawiony…

- Jesteś szefem kuchni? Od teraz jesteś ochmistrzem. Sierżancie, jesteście zbrojmistrzem regimentu markizy? Przejmujecie kwatermistrzostwo. Od zaraz. Obaj przejrzycie dokumenty. Co należy do was, przejmiecie.
Pół godziny później Alejandro położył przed Ines stos papierów. Czterokrotnie cieńszy.


Tak to było, odkąd cesarscy zdobyli Keth, skończyły się dla komendanta wino, kobiety i śpiew, a zaczęły papiery. Co się później bardzo przydało Inezie. Ponadto dał jej naszego finansistę, Vargasa, do usług. Niedługo też przybyła wysłanniczka Gildii, co będę mówić, antypatyczna i niewarta kosmatej myśli, choć młoda, biurwa w każdym calu. Za to w robocie papierkowej wybitnie sprawna. Ines mogła się tedy zająć robotą bardziej szlachciance przystojącą – rozsądzaniem Wróbli, którzy bez ręki JosMarii nad sobą kapkę się rozpuścili.
Czego nie wspomniałem, wybaczcie staremu, pamięć miejscami szwankuje, że Cortez miał już swojego następcę. Był nim niejaki Frederigo, również kawaler, który trafił na B2 w ślad za swoją niespełnioną miłością – cóż, przybył prosto na jej ślub z jakimś Gildyjnym, heh… Miał on ponoć pewne znajomości na planecie i, zaopatrzony w sakieweczkę, podjął się wypytać o możliwych zabójców Corteza.
Co do Wróbli – czas wolny spędzali na kartach, kościach i pannach sprzedajnych. Tudzież na wykłócaniu się o długi. Nie przeczę, mieli dobre chęci, do miecza byli dobrzy, tylko niekarni straszliwie. Ledwie więc się Czarna Ines z papierami uporała, przyszło jej sądzić dwóch z owych Wróbli, którzy o pięć feniksów długu się kłócili. Proszę, niech rozsądzi Wszechstwórca, pojedynek o świcie, do pierwszej krwi. Kolejny, z donosem na innego że to szpieg Almalicki, bo w nocy po ichniemu mamrocze. Komendant zamienił z oskarżonym dwa słowa – jak się pewnie domyślacie, tamten był na Hirze. Potem jeszcze kilku awanturników godzili. I tak dzionek im zeszedł.
Rankiem dnia następnego odbył się pojedynek. Kawaler Joaquin imion pięciorga Dulcinea kontra kawaler Jose imion jeno trzech Bursandra. Że co, szydzę? Jam imion czworga, wolno mi. Wygrał ten pierwszy, ładnie, uczciwie, do pierwszej krwi, mniejsza z tym że komendant za sędziego był. Przegrany przyznał bez bicia, iż nie posiada owych pięciu feniksów, o które zaistniał spór. Ja zaś, popatrzywszy po obecnych na pojedynku służkach, wiedziałem od razu do kogo trafi wygrana, he, he… Czarna Ines podjęła się spłacić jego dług, w zamian za przysługę. Poszukiwanie Frederigo. Co, nie wspomniałem? Wszechstwórco, jakże człek pierniczeje na starość… A Twoi słudzy, książę, ociągają się, w gardle mi zaschło… ekhem… Frederigo, odkąd wyruszył zeszłego dnia z misją, zniknął jak sen jaki złoty… Udało się namierzyć komunikator, kawaler Jose odważnie chciał wyruszyć na poszukiwania. Komendant, rozmówiwszy się z Ines, przydzielił mu czterech ludzi. Dobrych a łebskich chłopaków, co to pozwolili narwańcowi wierzyć że dowodzi, a zarazem zadbali by nie ubył kolejny Wróbel. Że komunikator namierzono w slumsach, odziali się odpowiednio – niepozorne, lekko zniszczone wdzianka, pistolety na wierzchu, karabinki i granatniki schowane pod odzieniem a dobrze owinięte coby nie brzdękały… Znaleźli komunikator i szczątki Frederiga w studzience kanalizacyjnej. Żeby się do nich dostać, musieli potraktować granatem aligatora który go zżarł. Znaleźli prawie wszystko, poza sakiewką. Głowica rapiera, ze szponem była zmiażdżona. Ostentacyjne, prawda? Ze skóry aligatora natomiast zrobił sobie Capa dwie pary świetnych butów… wiem, przynudzam…
Na widok uzbrojonej ekipy miejscowi pochowali się głęboko, więc dopiero po paru godzinach wysłał komendant druga grupkę. Don Alejandro zawsze wyznawał wartość przypadkowych, tanich informatorów. Garść piór i dokładnie znaliśmy ostatnie chwile Frederigo. Konkretnie, jeden czarnoskóry, wyglądający na Almalika, i dwóch zakapiorów, dali mu w łeb i wrzucili do studzienki. Aligator zrobił resztę. Takąż wiadomość przekazaliśmy markizie. Wyglądało na to, że Almalicy chcą się z nami bawić… albo miało to tak wyglądać…

Chcą grać w kotka i myszkę? To ja, kurwa, nie będę myszką!

Na następny ranek zaplanowała Ines pogrzeb Corteza. Zrobiły się z tego dwa, gdyż przyszło chować jeszcze Frederiga. Ludzi przyszło niewiele – trochę od Inezy, paru naszych, córka Corteza… wypatrzyłem też niewiastę w woalce, stojącą w oddali – czyżby niespełniona miłość Frederiga? Nie dowiedzieliśmy się tego nigdy.
Wynajęty kapłan międlił słowa w pysku. Kto z was pamięta Hieronima, wie, jaki on był. Jam specjalnie nie był pobożny. Alem nie udawał, że jest inaczej. Na tych, co udawali, najbardziej był nasz padre cięty. Do dziś pamiętam, jak podszedł do grobu, kapłana najmimordę odsunął tak delikatnie, że ów mało między urnami nie wylądował… I dokończył mszy. Z pasją, werwą, najlepiej jak potrafił. Krzywdzę go tym słowem, wiem, on zawsze odprawiał najlepiej jak potrafił, nigdy nie uchybił…
Wieczorem tegoż dnia urządziła Czarna Ines przyjęcie… inaczej – stypę, za tych, co w jej służbie polegli. Nikt tego nie powiedział, ale wszyscy wiedzieli, że było to i za JosMarię. Pokój Jego duszy, wierzę że kiedyś z Empireów mnie grzesznika dojrzy… O ile nie będzie tam zajęty na ostre z donem Alejandro… W każdym razie, na zaproszenie zjawił się każdy z ambasadorów Wielkich Rodów. Tak, była Natasza, jak na siebie wyjątkowo skromna. Był i Chemiczny Faisal, przeklęty, krew milionów na rękach mający. Sędziwy Archibald, ambasador Hawkwoodów, któren stu i dziesięciu lat wówczas dobiegał. I Felipe Takeda, wciąż w żałobie po siostrze umiłowanej będący. Z jegoż siostrą był kiedyś don Alejandro w zażyłości i kondolencje szczere mu złożył.
A potem przyleciał jeszcze jeden gość. Ten, którego widywało na co dzień. Za każdym razem gdy patrzyło się na rewers jednofeniksowej monety. Tenże sam, Alexius I. Cesarz.

- Chciałbym rozmówić się z przedstawicielami wszystkich pięciu wielkich rodów…
- Stygmat jako planeta padł. Aktualnie organizujemy obronę przy wrotach. Nowy dowódca symbiontów najwyraźniej przejął kontrolę również nad ich flotą


Po latach don Alejandro opowiedział mi, co wtedy zaszło. Jak Cesarz spojrzał mu w oczy, winnemu utraty Stygmatu. I dlaczego komendant strzymał to spojrzenie? Bo, moiściewy, patrzył nań zdrajca.

Za dwa dni miał się odbyć kolejny na B2 bal dla towarzyskiej śmietanki. Ten który organizowała Natasza. Ten, na który zaprosiła między wieloma komendanta. I, niestety, moiściewy, był to bal na którym wypadało być. Wiecie, prawda, parę rzeczy musiało się stać, parę słów musiało paść…

- Inezo… wiem, że ta propozycja będzie bolesna, ale… Czy zaszczycisz mnie swoim towarzystwem na balu u arcyksiężnej Nataszy?
- don Alejandro… żadna Twoja propozycja nie boli…

Vincent opadł ciężko na poduszki limuzyny, spojrzał w oczy swego pana lennego. I druha od młodzieńczych lat. Rzadko korzystał z przywileju zwracania się po imieniu.
- Ślepy- żeś, Alejandro…





Komentarze:
25.01.2008, 14:07 :: 149.156.87.221

Beata

Gratulacje, strasznie fajnie mi sie czyta te raporty, wiem, ze taki "gawedziarski ton postaci drugoplanowej po latach" nie jest rzecza latwa, a tutaj wszystko potoczyscie i zgrabnie.
ownlog.com :: Wróć