Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


II 5004

Dziedziczka 5 - epilog

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Dnia następnego najwcześniej wstały, poza nocną zmianą, dwie osoby. Ines oraz jej kapelan, padre Anastasio. Oboje , dodajmy, nieprzywykli do zwlekania się z wyrek o czwartej nad ranem. Ale o czwartej właśnie zjawiła się Sybilla. Jak uprzednio, nieoznakowanym skoczkiem, bez widocznej obstawy.
Nie, stary Vega nie zwlókł się z wyra o czwartej. Miałem wtedy nocną zmianę, mili moi, stąd wiem co i jak się działo. Nie za wiele, żeby was nie ekscytować. Inkwizytor zrazu zaprowadziła pomienioną dwójkę do kaplicy. Dała im do poczytania żywoty świętych męczenników i wyszła. Że Ineza wciąż miała rączki na temblakach, musiał jej padre stronice przewracać. Przyznaję, czytałem raz, ciężka lektura, oj, ciężka…

… i tedy yęli członki yego obcęgamy rozżarzonymy targać…

Komendant, jak to miał w zwyczaju, zerwał się o szóstej z hakiem. Sybille, która do tego czasu zaszyła się w bibliotece, podjął śniadaniem. Potem Inkwizytor wybrała się obejrzeć trening Wróbli. Tak, warto było to zobaczyć , jak po jej wejściu tak jednej trzeciej rapiery z rączek powypadały… Co? Nie przeczę, tez niejakiego pietra miałem, chociażem bardzo winny nie był… ot tam, hazard, rozpusta, , paru się też usiekło… tych co na wojnie-m odstrzelił, nie liczę, w słusznej sprawie to było. Ale dość o moich grzechach…
Wiele czasu nie minęło, a otrzymaliśmy wiadomość że stacja kontroli pogody w Cesarskim Mieście ma awarię. Cóż, pomyślelim, z cukru nie jesteśmy, na całym B2 pada to niech popada i tutaj. A potem przyszła kolejna wiadomość. Wyszło na to, że natura postanowiła wyrównać rachunki za lata nieprzerwanej kontroli pogody nad Pałacem. Krótko mówiąc, szła na nas taka wichura z ulewą, że silniejszą to może stary Archibald Hawkwood pamiętał.
Dwie minuty później jedynym spokojnym miejscem w pałacyku była kaplica w której medytowała Ineza. Wszędzie indziej trwało zabijanie okien, kontrola, mocowanie wszystkich ruchomości na zewnątrz budynków. No a Wróble w tradycyjny sposób dodawali sobie animuszu przed zmierzeniem się z żywiołem.
Z wiszącego na orbicie jachtu Inezy mieliśmy obraz tego, co na nas szło. Z dołu też było na co popatrzeć. Najpierw, jak tylko stacja powiedziała pas, zrobiło się szaro i zaczął siąpić deszczyk. Potem z chwili na chwilę robiło się coraz ciemniej. Powiał wiatr. A potem to zobaczyliśmy…

Przez okno wyglądało to jak czarna, kotłująca się masa… w miejscach, gdzie co raz rozcinały ją nitki błyskawic, na sekundę robiła się trupio szara. Pierwsze, wielkie krople deszczu zabębniły o szyby. Nagle sąsiadujące pałacyki zaczęły jeden po drugim znikać w szarej masie. A potem zobaczyli idącą na nich ścianę wody

Radio zaczęło szwankować jeszcze wcześniej, a teraz w ogóle wysiadło. Co , tachion? Mieliśmy parę komunikatorów, a jakże… Jak zaczęło walić piorunami, też odmówiły posłuszeństwa. Chłopcy w radiowej zaczęli z nudów rżnąć w karty, ja zaś wybrałem się na obchód. I wtedy właśnie piorun strzelił w podstację energetyczną.
Zapasowy generator? Był, a jakże. Włączał się za każdym razem jak szlag trafiał podstację… ostatni raz miało to miejsce siedem lat wcześniej… ostatni przegląd również… krótko mówiąc, zostaliśmy bez prądu. Zaraz się zaczęła kolejna latanina, tym razem z kandelabrami. Komendant, którego spotkałem gdy ów niósł światło Sybilli do biblioteki, kazał mi zajrzeć do Inezy.

Dyskretnie uchylił drzwi. Pomieszczenie tonęło w półmroku, jedynym źródłem światła był Święty Płomień. Ojciec Anastasio, ledwo powstrzymując ziewnięcie, przewrócił kolejną stronę księgi. Postać klęczącej, zgarbionej Ines rzucała długi cień. Po raz pierwszy od spotkania na Stygmacie, po raz pierwszy od pół roku, Vega usłyszał jak markiza naprawdę się modli.

Powiadam wam, jeszcze długo potem nie widziałem silniejszej wichury. Pamiętam jak Vargas wyciągnął zegarek i zaczął liczyć błyskawice – w ciągu minuty naliczył trzydzieści osiem. Wicher wył jak demony z całego Quillipothu na raz, aż dziw że dach nie odfrunął… albowiem, z pewnym despektem dla Cesarza, tak się stało w dwóch innych pałacykach gościnnych. I tak przez chyba półtorej godziny. To znaczy, do chwili w której usłyszeliśmy krzyk.
Co było, dowiedziałem się później dopiero… Jasmina wyczuła, że dzieje się coś niedobrego w pałacu… wyszła z pokoi (czego dzień cały unikała, nie chcąc Inkwizytor w oczy leźć), oczywiście nie sama, z ochroniarzem. Dwie litanie nie minęło, a znalazła otwarte okno, a przy nim trupa. Był to jeden z służących – snadź ktoś wpadł nań w ciemnościach i przywalił w łeb stojącym na pobliskim stoliku bibelotem. Jasmina, acz pewna siły swego ochroniarza, bynajmniej nie szukała zabójcy, poszła cicho do pokoju ochrony. Nie szukała, ale znalazła, moiściewy... Jasminowemu grimsonowi nieproszony gość wpakował dwie strzałki usypiające, poprawił taserem i było po zabawie. Wtedy simulacra uznała za stosowne zacząć krzyczeć.
Pobiegłem w tamtą stronę, toż samo uczynił komendant, któren właśnie z Sybillą pogawędkę ucinał, tudzież paru będących w zasięgu pisku marines Inezy. Zamachowiec wolał zwiać, znaleźliśmy tylko Jasminę próbującą ukryć leżącego ochroniarza. Jej samej nic się nie stało. Surowo zabroniła Hieronimowi grimsona tknąć, ów zresztą szybko pozbierał się i wstał. Twarda sztuka, widziałem później broń z której oberwał, powiadam, dużego voroksa na parę godzin by położyło.
Tak, trzeba było alarm wszcząć, służbę po pokojach pozamykać, puścić patrole po rezydencji. Dwóch marines, uzbrojonych jak na wojnę, poszło pilnować wejścia do kaplicy.
Pół godziny potem, a może i mniej, usłyszeliśmy drugi tej nocy wrzask niewieści. Rzecz jasna, zbrojna czereda ruszyła w tamtą stronę, po to by znaleźć jak najbardziej żywą służącą oraz zdecydowanie martwego jegomościa w czarnym kombinezonie i kominiarce. Na niego tez ktoś wpadł w ciemnościach i, z braku ciężkiego bibelotu pod ręką, pchnął rapierem w serce.
Pamiętni doświadczenia z hangarem nie ruszaliśmy niczego… po kilku minutach zjawiła się zresztą, zwabiona hałasem, Sybilla. Potwierdziła opinię że nie tylko egzorcyzmować potrafi, że na śledztwie również zna się nielicho. Przy okazji zobaczyła Jasminę i jej grimsona, którzy nie za prędko się wycofali w ciemny korytarz. Ale na razie z miejsca orzekła jak i kiedy zginął zamachowiec. Z ciekawostek miał przy sobie zabawki którymi położył ochroniarza, ładunek wybuchowy… poza tym znaną nam już almalicką iskierkę. A tu nagle jak nie pieprznie…

Huknęło coś od strony kuchni, potem zaczęło się tam palić na całego. A sekundę później wszystkich obecnych przemoczyło. Nie, dach nie odfrunął, włączyły się tylko zraszacze. Że wszystko chodziło na awaryjnym zasilaniu, odpaliły w całym budynku, z wyjątkiem jedynie biblioteki. Potem znowu coś pieprznęło… cóż, koło kuchni była spiżarnia. Co mogło wybuchnąć w spiżarni, pytasz? Homborze o kulach, kto cię żołnierki uczył? Olej, cukier, rozpylona mąka…
Komendant kazał radiowcom wezwać pałacowych pożarników (światłowody działały, jakby się kto pytał), ściągnąć Wróbli do gaszenia, jednym słowem, wziął się do roboty jak jakiś…

Jestem, kurwa, legatem cesarskim, nie jakimś szefem ochotniczej straży pożarnej!

Rychło się okazało że własne hydranty i gaśnice to wszystko, na co możemy liczyć. Straż pałacowa była, a jakże, jeno ze korzystała wyłącznie ze skoczków. A w takiej pogodzie, moiściewy, nawet wariat by skoczkiem nie poleciał. Jedynie dobrze, że wybuch wywalił też dach, więc deszcz częściowo tłumił płomienie. Jak udało się zakręcić gaz, ogień już nie posunął się dalej, powoli ekipy zaczęły go spychać.
Żeby nie było, nie wszyscy gasili, dalej trzymaliśmy patrole. Może i zamachowca ktoś ubił, ale to nie znaczyło że był sam. Należało też zajrzeć do kaplicy. Tam również odpaliły zraszacze…

Vincent wśliznął się bezszelestnie do kaplicy. Przemoczona, z trudem powstrzymująca szczękanie zębami markiza nie zauważyła go aż do chwili, gdy otulił ją ciężkim, ciepłym pledem. Obrzucił obojętnym spojrzeniem równie mokrego kapłana i odwrócił się do wyjścia.

Może dwie godziny później udało się zgasić ogień. Ocenę szkód zostawiliśmy póki co na dzień następny. Służbę, która potraciła kwatery, umieściło się w budynku Wróbli. Owszem, ci ostatni sarkali, zrzędzili, ale nie mieli wyjścia. To jest, mieli – drzwi są tam…
Komendant zasię, ochędożywszy się i zmywszy spaleniznę, kontynuował rozmowę z Sybillą. Oj, komendancie, sam tego chciałeś… Wiele, oj, wiele czasu minęło, gdy powiedział mi, o czym wtedy rozmawiali.
Prawda, nie powiedziała ci niczego, czego byś sam nie był świadom, czego byś się zapierał…Ale, przyznaje, ja bym nie zdzierżył, gdyby mnie wszystkie przewiny prosto w oczy wyliczano.

- Wszystkie przewiny twego Cienia obciążają ciebie. Krew tych, których zabił, jest na twoich rękach, książę. Ze strachu, z własnego tchórzostwa, uwolniłeś demona. I to nie pierwszego. Widzę, że kiedyś już dobrowolnie przyjąłeś istotę z Quillipothów.
Nigdy nie odkupisz tych, których zgubiłeś. Niemniej, każde życie, które uratujesz, zostanie ci policzone.
Cóż masz czynić? W każdej bajce jest ziarno prawdy. Porzuć wszystko. Zgól głowę, książę, wyrusz w drogę o kiju i misce żebraczej, a być może – być może – na końcu owej drogi odnajdziesz to, czego poszukujesz.
..

Niedługo potem Sybilla wybrała się do pokojów Jasminy. Czy i o czym rozprawiały, nigdy się nie dowiedziałem. W każdym razie , po może półgodzinie zmieniła padre Anastasio i zajęła miejsce przy Inezie. Nie powiem, Hieronimowi do pięt nie dorastał, ale nawet mnie żal było klechy, z kaplicy prowadzić go było trzeba. Wtedy to, wieczorem, wreszcie porozmawiała z Inezą.

Interesujących masz gości, córko. Kobieta, która zakrywa twarz, na sam widok inkwizytora ucieka. I ten drugi… antynomista… człowiek, którego sama aura wystarczyłaby, by go spalić…

Noc upłynęła spokojnie. Cesarscy naprawili kontrolery pogody, przestało łać. Ranek był mokry i śmierdzący spalenizną. Ineza, zakończywszy medytacje, bladym świtem położyła się spać. Cała zabawa zaczęła się w południe dopiero.
Zebrali się w bibliotece. Ineza, komendant, Sybilla ze swa strażniczką. Modły a inkantacje nie potrwały długo. Niebo było piękne, błękitne, czyściutkie. I z tego jasnego nieba zaczęły walić pioruny. A potem pojawiła się demonica.
Chodź do mnie…
Don Alejandro, jak na krewkiego i średnio rozsądnego Hazata przystało, chwycił nasmarowane miodem widły w garść i ruszył na spotkanie. Plugastwo wisiało nad ziemią w pewnym oddaleniu od budynku… Ani jej we łbie było się zbliżyć, zwłaszcza że w bibliotece była Sybilla. Komendant też nie był na tyle głupi, by zaszarżować na demona z widłami. Krążył, czekał okazji. Demonica zrazu rzucała weń szpikulcami, które sobie z palców hodowała, lecz zawsze się uchylił. Raz jej nawet coś nie wyszło, mało co a by sobie szpikulca w demoniczną rzyć wbiła. Jednak pomiarkował się komendant że próbował capnąć kęs nie na swoje zęby. Na odległość go za gardło po kilku próbach schwyciła, aż krwią plunął… Sybilla snadź doszła do wniosku że tu więcej trzeba niż dobrych chęci i hazackiego zapału, wyszła z budynku.

- Dam ci wybór… albo odejdziesz sama, albo cię do tego zmuszę…
Co jej demonica odrzekła, nie powiem. Raz, że całego wywodu nie pamiętam, a długi był, dwa, że niewiasty mnie słuchają, a po takiej wiązance może jeden Guillermo Cortez by się nie zaczerwienił…

- Zawsze tak jest… Zawsze sądzicie, że możecie uniknąć płomienia Wszechstwórcy…

Powiadam wam, gdy tak stały naprzeciw, Izabela wydawała się już mniej piękna i mniej przerażająca. Sybilla… cóż, moiściewy, jeśli to nie był majestat to nie wiem jak ów wygląda. Nie marszcz się, książę, wiesz żem nie pochlebca, wiele mógłbyś się od niej nauczyć. I nie przerywaj mi… Odpięła pieczęć i ruszyła na demonicę. Ta spróbowała paru sztuczek – szpikulce, chwyt za gardło, takie tam pierdółki… którymi by pewnie pół legionu załatwiła, ale nie tym razem. Inkwizytor Garreh zasię wyciągnęła rękę z pieczęcią…

In nomine Pauli Viatori…exorciso te… In nomine Lexiti Equi… exorciso te… In nomine Amaltheae Mederoe… exorciso te… In nomine Mantii Militi… exorciso te… in nomine Mayae Dedignorae… exorciso te… In nomine Horatii Philologi… exorciso te… In nomine Hombori Mendici…exorciso te…

Przymknąłem oczy, gdyż biały blask ognia, którym spłonęła demonica, oślepiał.

Ego gladius et manus Pancreatori sum...

Przeniknął nawet przez zaciśnięte powieki. A gdym je wreszcie rozwarł, nie było już demonicy. Ujrzałem tylko czyste, słonecznie niebo. Oraz to, jak strażniczka ledwo zdołała złapać na ręce osuwającą się Sybille.
Don Alejandro zaś cisnął precz niepotrzebne już widły i, powłócząc nogą w hazackim bucie, powlókł się do kwatery…

Widzę, ciekawiście, co uczynił potem? Czy usłuchał wielebnej Garreh? Każdy z was, wierę, pamięta tę bajkę z dzieciństwa. Obie wersje. Tę o bohaterze, który usłuchał wróżki, porzucił wszystko, ruszył o kosturze i misce żebraczej w świat. I dobrze zrobił, albowiem gdy zdarł żelazne podeszwy, starł kostur, odszukał to, czego pragnął. Ale był też ten drugi, który nie usłuchał, nie wziął kostura, nie wziął miski żebraczej, jeno miecz dobrze wyostrzony. I dobrze zrobił, bo to była zła wróżka.
Cóż Alejandro? O tym jeszcze nie teraz. Powiem wam jeno, że nie było jak w bajce…





Komentarze:
ownlog.com :: Wróć