Menu :


Link :: 19.04.2008 :: 08:35
III 5004

Wszystko zostaje w rodzinie cz 1 i 2

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

- Godzina 11:37 czasu Cesarskiego Miasta, 2:14 czasu Świętej Terry, dnia 4 marca 5004 roku. Marianne Li-Shen, z łaski jego cesarskiej mości Aleksiusa I paladyn rycerzy Poszukujących, rozpoczyna wypytanie w sprawie morderstwa Rycerza Poszukującego, konsula Jamala ibn Rugha Al-Malika.
Przestępstwo to stanowi zbrodnię podlegającą karze publicznego rozerwania końmi na Placu Pięciu Tysiącleci. Oskarżonym w sprawie jest Alejandro Luis Corrinho Dulcinea diuk Gival, z łaski jego cesarskiej mości legat Dwudziestego Siódmego. Czy chce pan złożyć w tym punkcie oświadczenie?
- Nie.


Ładny stenogram, dziecko. Ciekawym, skąd-żeś go wytrzasła… Twoje życzenie to dla mnie rozkaz, słoneczko. Opowiem. Ale skrzywdziłbym was, nie robiąc wstępu. Nie mówiąc pierwej o wydarzeniach, które doprowadziły do owego przesłuchania.

Zaczęło się dwa dni po rozprawie z demonicą. Bo – rzecz wręcz nie do wiary – przez te dwa dni nikogo z naszych nie porwano, nie usieczono, nie otruto. Jedynym miejscem, w którym się cokolwiek działo, był medlab, w którym badano zewłok zamachowca. Wzrost średni, oko średnie, nos średni, hodowlany, znaków szczególnych tudzież śladów brak. Na dokładniejsze dane przyszło nam czekać.
Komendant po rozmowie z Sybillą siedział i rozmyślał w swojej kwaterze. Za wesołe to myśli nie były, nie pokazywał się, mało kogo wpuszczał. Wyciągnęły go dopiero polityka a obowiązek, wypadało bowiem się pokazać na premierze Nasion Zdrady. Dodajmy, pierwszej w historii którą udało się zorganizować w skali międzysystemowej, jednocześnie na wszystkich procesarskich światach.

Nasiona Zdrady, jak sadzę, większość z was oglądała. Tylko przez te wszystkie lata, co od premiery minęły, cóż… krótko mówiąc, co nowy patriarcha czy Arcyksiążę następował, to inaczej film rzezać kazał. Pominąwszy tych, którzy z góry wpisywali dzieło na czarna listę. Jam natomiast miał okazję obejrzeć oryginał. Okazję, nie przyjemność, gdyż tak czarnej propagandy dawno-m nie widział. Chociaż, przyznać muszę, zręcznie zrobiona, parę chwytliwych scenek, naprawdę świetni aktorzy. Fabuła też nie nazbyt nachalna, łopatologiczna w sam raz dla mas. I mało śmieszna dla tych Hazatów, którzy znali prawdę o traktacie.
Tak, oczywiście, zawsze historia krążyła wokół Traktatu Marsjańskiego… agenta Rooksów, który odkrył spisek… tylko tutaj, dzieci, kto inny traktat zawierał i rozbiór planet hazackich układał. Na ten przykład Manuela Trinidada wysłać miała nie Fativa, niech jej Qullipothy ciężkie będą, jeno zdradziec Flavius, mandżysta na dodatek. Cesarskich, rzecz jasna, nie było. Chociaż, co prawda, pokazali jak Trinidad antynomista obwołuje się patriarchą Konstatnynem XXXVII. Natomiast co do Al-Malików, minęli się z prawda najmniej. W istocie pojawił się ten owcojebca Al-Allaw, z tą jedynie różnicą że nie jako wysłannik, a zdrajca Chemicznego Faisala. Co? Nie, nie był Allaw kochasiem Trynidada w tym filmie, było nie było dzieci nań wpuszczano. Był natomiast jego pieskiem i podnóżkiem, trzymanym na antynomistycznej smyczy.
Coby ciekawość waszą zaspokoić, dlaczego się obaj w filmie znaleźli, dlaczego się Faisal na pieska swego wypiął – cóż, właśnie wtedy Allaw za bratanie się i sodomiją z heretykiem Trinidadem sam ekskomunikę zarobił. A Chemiczny bez większego snadź żalu postawił na nim kreskę. Wtedy to zaczął płacić za Tarsis. Pierwszą ratę…
Alem, widzę, od tematu odbiegł. Chociaż, wiele do dodania nie zostało. Sceny akcji mało kto wycinał, tak samo końcówkę… Nie powiem, końcową przemowę Lemina aż sobie zapisałem, taka była udana. Tak, wiem, nie musisz mówić – pięknie się prezentowały legiony Wolnych Hazatów… tylko że owe rok później dopiero powstały.

Późnym wieczorem przyszła do komendanta wiadomość. Anonimowa, więc coś w niej musiało być, ze chłopcy z sekretariatu przepuścili ją dalej zamiast wywalić. Nie zaskoczę was zapewne, jeśli powiem, że anonimowy przyjaciel chciał się z naszym diukiem spotkać w sprawie transportu tegoż - nigdzie indziej jak na Stygmat. Don Alejandro kazał uprzejmie odpowiedzieć, że z anonimami rozmawiał nie będzie. Zechce ów imię ujawnić – numer już zna.

Na następne popołudnie wypadła premiera Nasion Zdrady. Ustaliliśmy, że winna pojawić się na niej cała wierchuszka. Ineza, Jasmina, komendant, nawet ten pierdoła Vega, by miał wam potem o czym opowiadać. Zanim jednak polecieliśmy, ów anonim zdecydował się przedstawić. Był to (jak twierdził) prałat Światłości Objawionej, niejaki Iwan Stiepanowicz Decados. Don Alejandro uruchomił swoje wtyczki by sprawdzić, czy taka persona w ogóle istnieje. Zanim przyszła odpowiedź, musielim się zbierać.

Jakom więc rzekł, polecieliśmy wszyscy. I słusznie, gdyż z towarzysko-politycznej śmietanki brakowało tylko Cesarza. Był arcybiskup Palamon, a jakże, wszak Kościół współfinansował kręcenie filmu. Byli wszyscy obecni na planecie ambasadorzy – Archibald Hawkwood, Takeda, Natasza, poseł Caspari… co? Nie, Faisala nie było, wybył z B2 trzy dni wcześniej. Do tego sporo gildyjnej wierchuszki. Też się musieliśmy pokazać. Robiąc miny stosowne – don Alejandro całą projekcję, godzin bitych dwie i pół, przesiedział z kamienną twarzą, Ineza zasię na zmianę okazując zdziwienie lub oburzenie. Jam cofnął się w kąt loży, rad że to nie mnie fotografują, dywagując, czy bardziej chce mi się śmiać czy rzygać.
Można by tez dwa słowa rzec o bankiecie, który się zaraz po projekcji odbył, a na którym również pojawiła się pomieniona wierchuszka, tudzież kadra reżyserska i aktorzy z filmu. Główny gwiazdor szczerzył się do co urodziwszych szlachcianek, wyszczerzem równie doskonale opracowanym co zimnym. Przemykała na-arcyksiężna Natasza, przez wzgląd na reprezentację Kościoła zapięta aż po szyję. Przemykała, dodajmy, z nowym kochankiem… zapewne planowanym na czas niedługi. Był też Takeda. Podszedł, złożył naczalstwu wyrazy współczucia z powodu zdrady wyrządzonej Hazatom… ani mięsień mu nie drgnął. Komendantowi również, choć widziałem że ma na końcu języka, że część winnych planowania rozbioru już na dywaniku Wszechstwórcy stoi.

Powróciliśmy wczesnym wieczorem. Do tego czasu przyszła już interesująca nas wiadomość – faktycznie, w szeregach Manifested Light znajdował się prałat o takim nazwisku. Komendant polecił tedy wysłać odpowiedź. Pół godziny i mieliśmy odzew – ów prałat chciał się dyskretnie spotkać w jednym z magazynów na Harmony, tejże północy. No cóż, komendant się zgodził.
Nie myślcie, że aż tak ufny był. Zanim poleciał, wysłał, jak to miał w zwyczaju, czworo zwiadowców w teren. Dyskretnie zajęli pozycję i obserwowali. Ze mną zaś wrócił do swojego apartamentu. Tam zamówił taksówkę stosownie dyskretnej firmy i z jeszcze dwójką ochroniarzy polecieliśmy. Podczas lotu przyszła wiadomość i zdjęcia – rzeczywiście, nieoznakowanym skoczkiem przyleciało dwóch jegomościów. Obaj w długich szatach, wygoleni, jeden miał na czerepie coś, co wyglądało jak zamaskowany tatuaż. Drugi był ewidentnie ochroniarzem.
Wylądowaliśmy. Don Alejandro nakazał pilotowi czekać, ze mną zaś wszedł do hangaru. Ochroniarzy pozostawił przed wejściem. W środku czekała owa dwójka. Ten wyższy, prałat zaczął mówić.

- Don Vega, proszę mówić dalej…
- Mieli rzekomo propozycję dla komendanta, pani markizo. Piękną jak bajeczka. Przewiozą go na Stygmat, z grupą psioników i potężnym a świętym artefaktem wykonają desant na hiva, doprowadzą go do Cienia…W telegraficznym skrócie, wybacz kolokwializm, załatwią wszystko a komendant jeno przyłoży nogę…


Żeby nie było, historia w pewnym sensie trzymała się kupy, rozmówca nie lawirował, nie wykręcał się, wierzył w to, co mówi… tylko skąd ten altruizm wobec kogoś kto, mówiąc brzydko a wprost, przechędożył Stygmat? I nie grzmij na mnie z zaświatów, komendancie, to Twoje własne słowa. Tak więc, po może pięciu minutach rozmowy, zobaczyłem ze komendant zaraz do boku sięgnie… i wtedy ktoś zgasił światło.

Obudziło mnie bębnienie deszczu w dach – wiadomo, na B2 częsty odgłos. Było już jasno. Jakby się ktoś pytał, leżałem na podłodze w tym samym magazynie. Obok zbierał się, na oko cały i zdrowy, komendant. Szybkie wywoływanie – dwójce ochroniarzy oraz obserwatorom film urwał się praktycznie w tym samym momencie. Taksówka, jakby się kto pytał, zgodnie z rozkazem dona Alejandro stała przed magazynem.
Komendant kazał duchem ściągnąć skoczek, zawieźć wszystkich do Hieronima, pobrać krew na badania. Jako mi rzekł, środek którym go potraktowano był zaprojektowany specjalnie na psioników. Badanie wykazało, ze nikomu z nas nic nie usunięto ani nic nie wszczepiono… Czy kogoś wyprano okultystycznie, mieliśmy sprawdzić później. Potem, jakby nigdy nic, zjadłszy spóźnione śniadanie, wróciliśmy do pałacyku Inezy,
To „nigdy nic” nie trwało nawet dwóch godzin. Około jedenastej przyleciało skoczkiem w cesarskich barwach dwóch Rycerzy Poszukujących i dwóch komandosów Kohorty, z nakazem aresztowania dona Alejandro, w związku z oskarżeniem o morderstwo. Komendant, nie okazując zbytniego zdziwienia, zabrał mnie i czterech przybocznych… Dlaczego? Diukiem był, przypominam, miał prawo do stosownej eskorty. Dość, że po niedługim locie wylądowaliśmy w Pałacu Sprawiedliwości. Tam powitała go owa paladyn Li-Shen, ta sama, która się produkuje w tym nagraniu. Cóż mogę o niej rzec? Nie za ładna… Żarty żartami, profesjonalistka, pedantka wręcz, przy tym, co dało się widzieć, na wstępie nie uprzedzona do komendanta. Czego się później dowiedzieliśmy, bardzo dobra w swoim fachu, spokojnie a zdecydowanie pnąca się po szczebelkach kariery… Skazanie diuka Gival na pewno popchnęłoby ja o kolejne kilka szczebelków wyżej, niemniej zamierzała tego dokonać wyłącznie w majestacie prawa.
Po powitaniu zaraz przeszła do konkretów, wyjawiła między innymi nazwisko owego zamordowanego konsula. Dodała też, że ze względu na zasługi komendanta cesarz utajnił postępowanie. Tak między nami, raczej ze względu na sytuację polityczna, gdyż za ostatnie zasługi pewnie rad by go końmi bez sądu rozerwać kazał.

No i ruszyły kółeczka prawniczej machiny, moiściewy. A żeby moje stare gardło posmarować… o, właśnie, czytasz w moich myślach, dziecko. Byłby tu ten szelma Velasquez, wyłożyłby wam wszystko expedite. Ale stary Vega tez nie od macochy, nie raz i nie dwa żem się procesował. Więc słuchajcie, wykładzik mały będzie. Kto nie chce, może wyjść… na służbę krzyknąć by starszy trunek przynieśli, przy nim lepiej się opowiada.

Na początku tedy musiał komendant wyznaczyć sobie obrońcę. Tak, dobrze mówisz, mógł się bronić sam… lub wziąć przydziałowego Rycerza Poszukującego, albo-li wynająć adwokata. Dodajmy, adwokata z uprawnieniami cesarskimi. Don Alejandro, znając swą miałkość w wiedzy prawniczej, kazał mi duchem jechać po Velasqueza, by ten przygotował listę adwokatów. Sam Diego, lubo wygadany i w prawie, również cesarskim, biegły, nie miał wyrobionych uprawnień, bronić więc komendanta nie mógł. Poleciałem tedy.
Li-Shen, co już wiecie z nagrania, przeprowadziła wstępne wypytanie. Wypytanie właśnie, nie przesłuchanie, tedy obrońca nie musiał być obecny. Komendant przyznał bez bicia, iż nie pamięta, co robił między północą a ósmą rano dnia bieżącego, aczkolwiek zapewne leżał wonczas nieprzytomny w magazynie takim a takim. Wtedy prokurator pokazała mu nagranie.
Widziałem je później, jak już nasza adwokat dostała materiał dowodowy. Krótko mówiąc, był to zapis z mieszkania owego Jamala ibn Rugha. Nocą ciemną odwiedziło go dwóch jegomościów w czarnych wdziankach i kominiarkach. Zepsuli jedna kamerę, nie wiedząc (ta, jasne) że włączyło to drugą. Wyjęli noże, konsul obudził się, wyciągnął gnata spod poduszki, postrzelił jednego. Potem zaczął się szamotać z drugim, zupełnym przypadkiem zerwał mu maskę… co było ostatnią czynnością w jego życiu, gdyż sekundę potem dostał nożem po gardle. Zamachowiec dla pewności poprawił w serce, podszedł do postrzelonego, a właściwie zastrzelonego towarzysza i zdezintegrował ciało. Coście takie oczy zrobili? Prawda, trzeba się odpowiedniego specyfiku wcześniej napić, jest on sakramencko drogi, sam dezintegrator takoż, ale jest to do zrobienia. No a potem zabójca wyszedł… oczywiście, czystym przypadkiem obrócił się facjatą do kamery i proszę – don Alejandro, jak malowany!

Zanim wróciliśmy, komendant zdążył się już usadowić w wygodnym lokum, w bloku dla VIP-ów, oraz wykonać jedną rozmowę. Konkretnie, porozumiał się z Aleksandrem Wolvertonem – było nie było, Rycerzem Poszukującym, ponadto biegłym psionikiem. Dlaczego w bloku więziennym? Mogli, owszem, nawet proponowali puścić komendanta na słowo honoru, onże jednak odmówił. Nie chciał, powiada, dawać więcej okazji do robienia mu koło pióra. Po obejrzeniu nagrania nie wykluczał bowiem, że to jego własna osoba, acz niezbyt świadoma, była na nagraniu. A ów świętej pamięci Jamal gardłował ostatnio za przycięciem cesarskich dotacji dla Wolnych Hazatów z Rawenny. Byłby to więc dobry motyw zabójstwa, sęk w tym że don Alejandro o tym nie wiedział. Osoba drugiego zamachowca też pasowała do, nazwijmy, wątku hazackiego. Był to bowiem Ignazio Roberto Ortega, baronet i pułkownik hazacki w służbie cesarza, z którym komendant się osobiście znał i utrzymywał nieczęste, fakt, ale regularne kontakty.

Velasquez, który otrzymał był moje breve zaraz po wylocie, miał już wstępną listę adwokatów. Zanim zdążyłem go podebrać i wrócić, zdążyliśmy wyłonić kandydatur pięć. Sprawa była gardłowa, więc odrzucaliśmy niepewnych, przekupnych, trudno osiągalnych. Z ostatniej piątki Diego najbardziej optował za Lucrezią Dos Santos. Dlatego, że niewiasta, pytasz? Między innymi, synku. Że prokurator również płci kłótliwej była, odpadał problem, że tak to ujmę, asymetrycznych zagrywek. Poza tym miała świetny dorobek, doskonale znała przepisy, kruczki i precedensy. Nie powiem, kazała sobie słono płacić, ćwierć setki feniksów za godzinę… ale, było komendanta stać, to raz, a dwa, że nie raz korzystał z usług niewiast znacznie droższych, acz innego rodzaju były to usługi.
Dość, że don Alejandro zdecydował się wynająć panią Dos Santos. Wstępnie streścił Velasquezowi treść nagrania – resztę Diego wiedział ode mnie. Mimo wszystko, nie wyglądało to źle. Nawet gdyby zapadł wyrok skazujący, były dwa wyjścia. Z uwagi na podejrzenie kontroli okultystycznej, wystąpić o przejście pod jurysdykcje kościelną. Albo, druga opcja, wnieść apelację do Cesarza. Sęk w tym, że wtedy pociągnęłoby się to parę lat. Prawda, można by przyśpieszyć, oddać się pod bezpośredni osąd Cesarza, ale…

…zważywszy Twoje ostatnie czyny, komendancie, tudzież nastawienie Cesarza do nich, nie byłoby to za rozsądne rozwiązanie – wtrącił Vega.

Velasquez został tedy, oczekując z komendantem na przybycie Wolvertona, a następnie pani adwokat. Mnie zasię kazał wrócić do pałacu i, jak się wyraził, zastąpienie go. I powiem wam, dziwnie mi było się z nim żegnać, to było jak przed walką…
Jak kazał, uczyniłem. Na miejscu oczekiwały mnie już Ineza z Jasminą. Czegom nie powiedział, dostały już uprzednio kilka breve i wiedziały o oskarżeniu. Nie żebym złośliwy był i za słowa łapał, ale w pałacu snadź brakowało pewnej przaśnej żołnierskiej woni. Dość powiedzieć że zanim doleciałem, obie panie zdążyły już skontaktować się z inkwizytor Garreh (było nie było, ktoś podszywał się pod Manifested Light) tudzież z tymże samym Wolvertonem. Dalsze ich pytania – cóż, najwyraźniej nadawały na tych samych falach, co komendant. Tak, wszyscy obstawiający spotkanie przebyli badania. Tak, pobrano próbki. Nie, nikomu nic nie wycięto ani nie wszczepiono. Następnie Ineza postanowiła rozpocząć oficjalne śledztwo jako poselstwo hazackie. Zmontowaliśmy znowu ekipę śledczą, ciągle złożoną z tych samych amatorów, już ciut bardziej doświadczonych. Do tego warto by dołączyć ze dwóch Wróbli, powiada Ineza, niech czują że są potrzebni. Zapytała o ochotników. Wystąpiła, mniej lub bardziej ochoczo, połowa Wróbli. Ghord również, choć musiałem go trochę zachęcić. Nie do tego by wystąpić, bynajmniej, wręcz rwał się. Tylko najpierw musiał wytłumaczyć tatusiowemu cerberowi, kto tu rządzi. Ineza wybrała właśnie Ghorda oraz don Simona Estancia. Tegoż samego, chlejmistrza, któren kilka dni wstecz podpisał się na skórze komendanta.

W tak zwanym międzyczasie, u komendanta zjawił się kawaler Wolverton. Rzekłbym, interes było obopólny – don Alejandro chciał wyjaśnić sytuację, Rycerzy Poszukujących tez mogło zainteresować czy była to akcja wymierzona w ich konsula bezpośrednio, czy tylko mająca przyprawić smrodu Wolnym Hazatom. Ponadto, z racji znalezienia tak zwanych miażdżących dowodów śledztwo umorzono, tedy nasz diuk formalnie wystąpił do Wolvertona jako paladyna RP o jego wznowienie. Dał się też mu przebadać. Co ciekawe, kawaler nie wykrył śladów ingerencji okultystycznej u komendanta. Trochę też rozmawiali o ewentualnym odzyskaniu pamięci – otóż, przebywał na B2 kuzyn Wolvertona, niejaki Wolverton, który był w stanie się tym zająć.
Chwilę dosłownie później zjawiła się Lucrezia Dos Santos. Z miejsca kazała się wynieść strażnikowi i wyłączyć podsłuchy, popierając to wiązką stosownych odnośników tudzież paragrafów…

- Przejrzałam akta sprawy, don Gival. Da się pana wybronić…

Don Alejandro oświecił ją w tych niewielu kwestiach, o których nie wiedziała. Następnie jął wypytywać o doświadczenie. Z ciekawych rzeczy, sześciokrotnie starła się z paladyn Li-Shen na sali sądowej. Póki co był remis… Po wstępnym wypytaniu komendanta, stwierdziła toż samo co i Diego – zawsze dało się pójść w sąd kościelny. Raz że, jak słyszała, nasz diuk ma tam znajomości. I to znajomości uczciwe do bólu. Dwa, że w tym wypadku poleciłaby naszej uwadze swą znajomą adwokat, szczególnie biegłą w sprawach kościelnych. Dwa razy, powiada, owa wybroniła nawet antynomistę od stosu.

- I powiem ci w zaufaniu, Vincente – Velasquez zniżył głos do szeptu – furda honorarium, furda grzebanie w papierach. Mina komendanta – bezcenna…

Uzgodniwszy wersję, Lucrezia zabrała się do papierkowej roboty. Tymczasem nasza cała ekipa była już w drodze do hangaru, który wskazałem. Ineza po drodze wysłała breve do Wolvertona po raz wtóry – to było już po jego rozmowie z komendantem, więc oficjalnie przyobiecał się stawić na miejscu razem z własnymi śledczymi. Tak się też stało – niedługo po wylądowaniu przyleciał cesarski skoczek z dwoma Wolvertonami – tymże Aleksandrem tudzież kuzynem jego, Abrahamem. Temu drugiemu towarzyszyło dwóch wysokich a zakapturzonych delikwentów. Po wymianie uprzejmości obie ekipy wkroczyły do hangaru. Tam wysocy panowie ściągnęli kaptury… cóż, nie powiem, mieli powody je nosić. W przeciwnym razie szwendający się po ulicach Kosiarze mogliby budzić niezdrową sensację.
Obaj wzięli się raźno do pracy. Poproszony, uprzejmie wskazałem miejsca w których z komendantem zażyliśmy przymusowej drzemki. Jeden kosiarz, ten weselszy, Sylasem zwany, oglądał podłogę. Drugi, Kha’ron, z widocznym znudzenie lustrował ściany hangaru.

- Tu leżał człowiek…. On – Sylas skinął w kierunku Vegi… tam leżał drugi. Obaj około siedmiu godzin.
- Tu natomiast stał człowiek w kombinezonie maskującym – wtrącił smutniejszy Kosiarz.

Ta… zważywszy jaki mieli sprzęt, mogliśmy tylko im nie przeszkadzać. Co? Cóż słowo kosiarza, pytasz, mogło znaczyć? A wiele, kwiatuszku. Trzeba ci bowiem wiedzieć, że na mocy edyktu cesarskiego, szelma Velasquez pewnie by spamiętał którego, obaj mieli uprawnienia śledczych. Rychło ustalili, co następuje. W hangarze było pięć osób. Komendant i ja, dwóch naszych rozmówców tudzież jegomość w kombinezonie. Bardzo dobrym kombinezonie, jak zapewnił ten smutniejszy. Takim, co to jest praktycznie niewidzialny i niewykrywalny, czy to na wizji czy w podczerwieni. Oczywiście, zawsze podziała nań garnek śmietany… Moja skromna osoba, co ustalił ten weselszy pobrawszy mi próbkę krwi, spoczywała nieprzytomna na betonie godzin siedem minut czterdzieści. Co do komendanta, potrzebna była jego próbka. Tamte dwa klony natomiast… co? A tak, synku, klony. Tamci długo nie zabawili, może pół godziny.
Nasi się jednak na coś przydali, zdążyli przepytać okolicznych meneli oraz ciecia. W telegraficznym skrócie, przed naszym przylotem z taksówki weszły do hangaru dwie osoby. Później my, po czym wyszły trzy osoby i odleciały. Świtem bladym znowu przyleciało i weszło trzech, po czym wyszło i odleciało dwóch. Znaczy, w tak zwanym międzyczasie mieliby podwieźć komendanta na miejsce zbrodni i z powrotem. Tyle, że obecność delikwenta w kombinezonie oraz czas, jaki spędziliśmy najwyraźniej razem na podłodze podpowiadał co innego.

W związku z powyższym, wiele deszczu nie spadło a już wracaliśmy do Pałacu Sprawiedliwości. Akurat spotkaliśmy się z Lucrezią, wymiana nowości poszła więc szybko. Sylas pobrał jeszcze próbkę krwi komendanta, na co ów się skwapliwie zgodził, po czym orzekł że don Alejandro był nieprzytomny przez siedem godzin. Że miało to wagę dowodu, powiada Lucrezia, to już wystarczało spokojnie do uniewinnienia. Dla dobra śledztwa komendant przystał jednak na plan B – czyli glejt uniewinniający w kieszeń i udawanie aresztu domowego z Wolvertonem w roli cerbera.
Zadzwoniliśmy więc uprzejmie po paladyn Li-Shen. Przyszła, a jakże. Zapachniało ozonem, wymieniły z Lucrezią kilka uprzejmych szpileczek po czym przeszliśmy do rzeczy. Sylas z rozbrajającym uśmiechem przedstawił dowody i, moiściewy, widziałem jak podbródek Li-Shen po kolei podbija te sześć czy siedem szczebelków, o które właśnie się obsunęła w swej wspinaczce na ziggurat.

Pół godziny później lecieliśmy już na miejsce zbrodni, do mieszkania konsula. Wolverton zerwał pieczęć, komendant dwornie uchylił paniom taśmę QUESTING KNIGHTS DO NOT CROSS i weszliśmy do środka. Po czym, stanęliśmy pod ścianą by nie przeszkadzać obu kosiarzom w robocie. We miejscu gdzie zdezintegrowano ciało „Ortegi”, dalej czerniła się plama. Sylas zrobił się dość rozmowny, szukając jednocześnie zrobił nam szybki wykład o klonach. Te, które widzieliśmy dotąd na nagraniach, potrzebowały dwóch lat na wyhodowanie, plus parę miesięcy na wstawienie jako takiej osobowości. Oczywiście, powiada, dwa lata naszą ludzką, najlepszą technologią, Anubis potrzebowałby trzykroć mniej. Tutaj, mówił dalej, pobierzemy próbkę kopii komendanta. Zostawił tego sporo – włosy, naskórek, nawet maskę posiał. Ten klon, zaczął… i nie skończył, popatrzył snadź zdziwiony na ustrojstwo którym się posługiwał, potem na naszego diuka… Ten klon był bardziej zaawansowany, prawi. Doskonała kopia, z pełną osobowością. I, moiściewy, taki potrzebował znacznie więcej czasu na wyrośnięcie i wychowanie. Ile? Ano, dziesięć lat minimum.

Ano, pod koniec Wojny o Tron (choć wrzała jeszcze w najlepsze) ktoś, rzec by można, poważnie zainwestował w baroneta niewielkiego, acz starego rodu, przy tym majora wojsk hazackich, niejakiego Alejandro Corrinho Dulcinea.

Oj, sporo sie wydarzyło... Przyznac musicie, dziatki, że dzien zaczął sie małym trzęsieniem ziemi. A jak się zakończył, pytacie? Jeszcze ciekawiej...





Komentuj (5)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2019
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń