Menu :


Link :: 22.04.2008 :: 23:07
III 5004

Wszystko zostaje w rodzinie cz3

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Na tym się, rzecz jasna, ani śledztwo, ani dzień ów nie zakończył. Prosto z mieszkania nieodżałowanego konsula polecielim do lokum Ortegi. Zgodził się lecieć z nami również Sylas, pod tym jeno warunkiem, byśmy mu do dwóch godzin transport do piramidy załatwili, inaczej na służbę się spóźni. A jego bóg-cesarz, powiada, nie ma poczucia humoru…
Daleko nie było, nawet na piechotę byśmy zdążyli. Kawaler Wolverton drzwi otworzył, po czym – znowu – stanęliśmy pod ścianami, by nie przeszkadzać. Po krótkim badaniu było już jasne, że klon zmienił prawowitego lokatora trzy dni temu. Na kamerach ochrony, rzecz jasna, nie było nic – tylko wchodzący i wychodzący Ortega. Znaczy, podmiany dokonano poza mieszkaniem.
Znaleźliśmy natomiast kalendarzyk. Lokator robił w nim zapiski – spotkania, terminy, miejsca… Co ciekawe, kartka sprzed trzech dni była wyrwana. Don Alejandro po krótkiej dyskusji z Wolvertonem, azaliż do odzyskania zawartości lepiej użyć przeklętego okultyzmu czy przeklętej technologii, przystał na to drugie.
Obejrzeliśmy jeszcze lądowisko, gdzie stał skoczek Ortegi. Ktoś nim latał ostatnio, fakt, ale nie wykasował koordynatów z komputera nawigacyjnego. Komendant kazał zgrać dane i przesłać do badania. Po czym wezwaliśmy taksówkę dla Sylasa, bo czas był nań wielki.

Skoczek nasz położył się tedy na kurs powrotny do pałacu. Po uniewinnieniu komendanta zrobio się nagle tak cicho i spokojnie. Siedzieliśmy tedy -Ineza z rączkami wciąż w mufce skrytymi, Jasmina kadząca coś na uszko wciąż ponuremu jak noc komendantowi (co czyniła przez cały czas lotu), zaaferowany Ghord i przez kontrast cichy a skwaszony, bo trzeźwy, Simon. Przed lądowaniem Jasmina zaprosiła jeszcze naczalstwo na kolację na godzinę dziewiętnastą.
Równie sielankowo było aż do wieczora. W zaciszu ogrodowych alejek Ghord dotrzymywał towarzystwa Jasminie, kadząc jej niemiłosiernie i zgoła nie dostrzegając rozbawienia na jej pięknym obliczu. Ale nie myślcie, nie o wdzięki jej czy serce mu wonczas chodziło. On, moiściewy, chciał być jak owi dawni bohaterowie. Tak samo jak, i nikt z was mi tu fałszu nie zarzuci, kiedyś każdy z nas chciał być. Później, gdy nadszedł komendant, Ghord wręcz teatralnie, acz nienagannie, przekazał simulacrę pod jego pieczę. Wzięła tedy dona Alejandro, jakby trochę mniej ponurego, pod rękę i poholowała na kolację. Tą samą, która byłem zmuszony im przerwać…

Vega wkroczył do jadalni. Coś na jego obliczu uciszyło rozmowy i śmiechy przy stole. Corrinho zrozumiał powagę sytuacji, gdy Vincente odezwał się – formą, której używał równie rzadko co „Alejandro”
- Książę, panie… mam ważne wieści.


Ineza, Jasmina, komendant tudzież Wolverton ucztowali zatem w najlepsze, gdy zadzwonił mój kompanion, Felipe Asturias Hawkwood. Co by szczegółów dodać, był on wonczas szefem ochrony u hawkwoodzkiego markiza, Jonathana Handersa. Dzwoni tedy i pyta - dlaczegoś, taki synu, nie przyjechał ze swoim pryncypałem aby ze mną, starym druhem, się napić? A skoro już o nim mowa - czy twój pan, z przeproszeniem obecnych tu niewiast, z przyrodzeniem się na łby pomieniał? Zanim się zdążyłem żachnąć, wyjaśnił dalej, ze don Alejandro pokłócił się z markizem Handersem na bankiecie wyprawionym przez tegoż i wyzwał go na ostre. Po czym zamilkł i długo trawił mój respons, że ja w takim razie zapytam mojego diuka, któren właśnie wieczerza, o oficjalne stanowisko.
Idąc do jadalni, wymieniałem dalsze informacje. Markiz Handers zaprosił również na bal maskowy, który wyprawiał, naszego diuka. Nie musze chyba dodawać, ze zaproszenie do nas nie doszło. Mimo to, zjawił się tam don Alejandro w towarzystwie pewnej hazackiej damy, naturalnie z ochroną. I o cześć tejże damy, rzekomo obrażoną, diuk Corrinho wyzwał gospodarza na udeptaną ziemię. Jakby się które z was pytało – książę wyzwał markiza, więc żaden szampierz niższej rangi nie wchodził w rachubę.
Takie wiadomości przekazałem komendantowi…

- Skoczek do startu…
- Przygotowany.
- Ekipę zbierz…
-Jest czworo, załadowani.


Gdy się szykowali, prowadziłem jeszcze rozmowę z Felipe. Póki co, zdecydowali nie powiadamiać markiza, coby klona (bo któż to inny mógł być) nie spłoszyć. A trzeba wam wiedzieć, że ów markiz posiadał na Rawennie dwa własne legiony, okrutnie bronią pancerną okryte. Szermierzem był ponoć całkiem dobrym, ale śmierć jego z ręki komendanta – cóż, w najlepszym razie nie mielibyśmy tych legionów, w najgorszym krew mogła się polać wcale szeroko. Czasu wiele nie było – mieli, prawda, grać na zwłokę, ale tak czy tak wychodziło że się nasz diuk kapkę na widowisko spóźni.
Wolverton również się na imprezę zaprosił, idąc w ślady Jasminy, która zakomunikowała że jeno nos przypudruje a czarczafem okryje i będzie gotowa. Jam zasię, za rozkazem dona Alejandro, został przy Inezie. I niech mnie usmażą jeśli rozkaz ów niemiłym mi był, tyle tylko żem wydarzeń na balu na własne oczy nie oglądał.
Żeby jednak nie było - co się działo, wiem z opowieści osób kilku, więc konfabulacyj nie będzie, chyba że moje. Ale, jak widziałem komendanta gdy ów do skoczka wsiadał – powiadam, na chwile wrócił stary Alejandro, ten sprzed Stygmatu i Keth.
W skoczku ciągle konferował z Felipe. Że bal był kostiumowy, Sancia wyszperała skądś kawał blachy i chłopcy kolbami wymłotkowali mu na poczekaniu maskę. Nie powiem, zgrabna, nie wiedziałem że takich artystów mamy na służbie… Po wylądowaniu zaraz przejęła ich bardzo liczna a zbrojna ekipa. Krótko mówiąc, należało się śpieszyć, przeciwnicy już byli na polu, już się wzajem ostrożnie próbowali. Gromadka nasza doszła do pola pojedynkowego, gospodarze pokazali im uprzejmie towarzyszącą klonowi niewiastę tudzież jej ochroniarzy. I tu naszym szczęki poopadały, gdyż między dwoma oprychami stał nikt inny, jak panienka Carmelita... Sancia i Miguel z dwoma tutejszymi securidad jęli przepychac się przez tłum, by stanąć strategicznie w pobliżu pomienionych oprychów. Komendant chwilę postał, patrząc jak klon próbuje przeciwnika. Jak później mi powiadał, znać było po nim nieco nauk Ramireza, ale poza tym szkoła wybitnie Veracruzańska przezeń przebijała. Długo nie pooglądał, prawda, gdyż właśnie wtedy adwersarze zaczęli wałczyć na poważnie. Trzeba było się wtrącić, co też uczynił. Sami wiecie, ktoś trzeci pakujący się na pole pojedynkowe to rzecz niesłychana… szum się wśród widzów zrobił, walczący jednak nie zwrócili – nie mogli zwrócić nań uwagi… Kto z was walczył, a po gębach widzę że większość, wie że odwrócić wzrok można jedynie raz. Cóż wtedy mógł zrobić? Zawołał do klona po imieniu. Tym z dzieciństwa.
Fałszywy Alejandro wzdrygnął się, opuścił gardę, wziął po żebrach. Markiz nie poszedł za ciosem, wycofał się i patrzy na intruza, podobnie jak stojący ze skrwawionym bokiem i rozdziawioną gębą klon. No i, prawda, padło sakramentalne kto zacz. Komendant, powodując jeszcze większy opad szczęk u obu adwersarzy, zdjął maskę i przedstawił się jak należało. Dobre wychowanie bowiem odebrał, zawsze uważał że fakt bycia znanym nie zwalnia od przedstawienia się.
Suspens trwał może sekund pięć, po czym się zaczęło...

- Odstrzeliłem mu łeb, Vincente... Tak jakoś wyszło. Nie, nie temu. Temu drugiemu…

Klon podniósł ostrze i pchnął markiza. Zanim kto zdążył zipnąć, Asturias wpakował mu kulę w łeb. Carmelita wsiąkła w tłumie, nasi rzucili się jej szukać. Czterech zakapiorów natomiast rzuciło się z rapierami na markiza i komendanta. I jak w tym kawale o Bursandra, zarobili solidną porcję ołowiu, jeden tylko przeżył. Zaraz go chwycili, taserem w żywot, wór na łeb i ponieśli. Nasi zasię wychwycili Carmelitę. Nie było to tak trudne jak by się zdawało, była jedna z niewielu osób które cisnęły się od pola pojedynkowego, nie zaś ku niemu. Że bardzo zdenerwowana była, a komendant kazał delikatnie się obejść, dostała igiełkę i poszła spać.
Markiz Handers, żeby zamieszanie zagasić, kazał dalej orkiestrze grać, goście znów zaczęli się bawić. Sam zasię zaprosił komendanta wraz z Jasmina i Wolvertonem na poufną rozmowę w altance. Tam komendant bez bicia wyjaśnił, że adwersarz był snadź jego klonem, że generalnie ktoś od dawna czyni koło pióra Wolnym Hazatom. Potem, prawda, przeszli do negocjacyj – kto może którego jeńca zatrzymać. Handers zrazu zaczął że ze względu na pokój między rodami łaskawie zwolni i przekaże panienkę Carmelitę. Komendant nadspodziewanie gładko obelgę przełknął, zmilczał. Gdy do jeńca przyszło i Handers opór stawił, wtrącił się Wolverton. Że, powiada, napastnik był Hazatem a napadnięty Hawkwoodem, tedy jest to sprawa między rodami. A że jest to sprawa między rodami, prawi, tedy sprawę ową z jeńcem włącznie przejmują Rycerze Poszukujący. Zechce-li któryś z wielmożnych panów sprzeciw wnieść, proszę wypełnić a złożyć formularzy stosowny, który zostanie rozpatrzony w czasie… właściwym. Tu już markiz nie oponował, zamiast tego powiedział że, owszem, wydadzą ciało ubitego klona, jeno jak sami je przebadają. Komendant volens nolens przystał na warunki i na tym negocjacje zakończyli.
Carmelitę odesłał komendant skoczkiem na orbitę, gdyż na czas badań postanowił ją trzymać na jachcie Inezy. Wolverton zasię wezwał skoczek cesarski, podrzucił jeńca Rycerzom Poszukującym i rychle zjawił się w pałacu Inezy. Don Alejandro z Jasminą zostali natomiast na balu, czekając na ów skoczek który miał z orbity wrócić. I, cóż mogę rzec, nie sądziłem wówczas że komukolwiek uda się wyrwać komendanta choćby na chwilę z melancholiji w którą był wpadł…
Wolverton wrócił nie całkiem późno. Podszedł był do ogrodu, gdziem wonczas z Inezą przebywał, po czym łaskawie raczył mnie odprawić. Pytasz, dlaczego w pysk nie wziął? Furda z tym, że komendantowi usługi znaczne oddał, co samo by dla spokoju mojego wystarczyło. Po pierwsze, pomnij i rozważ, szlachcica nie może obrazić szlachcic. Po drugie, widziałem jak dobrze bawi się zeń Ineza – dlaczegóż miałbym psuć?
Minęła może jeszcze godzinka, gdy wróciła Jasmina z komendantem. Odprowadził ją dwornie na pokoje, po czym wezwał mnie na swą kwaterę. Wtedy to usłyszałem z dona Alejandro ust samych, co się u markiza Handersa wydarzyło. Odebrawszy rozkazy i wychyliwszy z nim kielich wina za ten dzień, nad wyraz pomyślny, pożegnałem go. Trzeba było jeszcze do Wróbli iść, zagrać im a zaśpiewać coś świńskiego i wina się napić (bo już pod te zimne nóżki łże-Corrinho szpunt odbili). A wychodząc od komendanta, minąłem się w drzwiach z tym zjawiskiem, kryjącym błękit pod długimi rzęsami. Zniknęła w środku, jeno zapach jaśminu pozostawiając…

Bladym świtem dnia następnego Ineza odleciała skoczkiem z kawalerem Wolvertonem. O tym, że odlecieli, nie było wiadomo aż do powrotu, gdyż czystym przypadkiem służbę mieli tylko jej ludzie, którym milczeć nakazała. Gdy więc komendant na porannym treningu zobaczył startujący skoczek i dyżurnych indagował, usłyszał od nich coś w stylu „nie powiemy kto poleciał, bo pani mówić zakazała, ani nie powiemy gdzie pani jest, bo tego zakazała również”. Sama z Wolvertonem… niemal słyszałem wycie świętej pamięci JosMarii.
Wrócili około jedenastej, akurat gdy komendant z Jasminą kończyli spóźnione śniadanko. Kawaler wysiadł pierwszy, po chwili z drugiej strony otworzyła sobie drzwiczki Ineza. Tak, dziatki, dłonią białą własną. Potem wyszła i przeciągnęła się z wyraźnym zadowoleniem… swoim oraz wszystkich, co prospekt ów wdzięczny oglądali. Jednemu z musztrujących Wróbli aż z wrażenia gwer wypalił… na co sierżant Vigo głosem stentorowym, w krótkich żołnierskich słowach obwieścił okolicy, a pewnie i sąsiednim dwóm pałacykom, historię pewnego kurgańskiego najazdu na Vera Cruz sprzed lat dwudziestu kilku, którego jedynym efektem był snadź ów strzelec.
Zasiedliśmy tedy do zebrania wiadomości ze śledztwa, tudzież z biura prasowego. Wczorajsza awantura na balu nie przeszła bez echa – sporo dzienników wspomniało o sobowtórze diuka Gival, kilka wspomniało również o nowej kochance tegoż. Z ciekawszych i bliższych realności rzeczy – zakończono wstępne przesłuchanie jeńca u Rycerzy Poszukujących. Jak to u nich wygląda, pytasz? Wstęp jest klasyczny. Pokazują ci przytulny pokoik, śmierdzący krwią, o stalowych ścianach. Potem dokładnie opisują do czego służy każde z leżących na stole narzędzi. W tym momencie połowa pęka i zaczyna gadać. A potem przychodzi psychonik i bez ceregieli przetrzepuje ci umysł.
Powiedział całkiem sporo. Siatka klonów i hodowlanych (bo oprychy z ochrony były z niższej półki niż wierchuszka) miała u Inezy dwie wtyczki. Kogo? A, o, tych dwóch marines, co to ich właśnie w pęta biorą. Siatka dowodzi natomiast… cóż, Pedro Corrinho Dulcinea, przyrodni brat dona Alejandro. Również sklonowany. Capnięta przez nas Carmelita to też klon, a jakże.
Zrobiło się mniej wesoło gdy przyszły wyniki badań z jachtu. Don Corrinho, jest sprawa… bo te próbki doni Carmelity co śpi w celi i te próbki doni Carmelity co na Rawennę poleciała… są identyczne.
Tak to dobry humor komendanta szlag trafił. Opcja że Carmelitę przechwycono poza układem, załatwiając po cichu ośmioro securidados po czym przerzucono ją z powrotem na B2 raczej nie trzymała się kupy. Opcja że obie były klonami trzymała się bardziej. Komendant rad nierad postanowił poczekać do dnia następnego, gdy to Sylas kończył służbę i poprosić go o pomoc w owej sprawie.
Na deser przyszła zawartość komputera ze skoczka Ortegi tudzież odszyfrowane zapiski z brakującej kartki kalendarza. W dniu podmiany odwiedził on dwa miejsca. Drugim z nich był kanoniczny „jakiś magazyn na Harmony”. Pierwszym… cóż, i tak się wybieraliśmy do markiza Handersa po zewłok „Alejandro”, zatem niejako przy okazji postanowił komendant uprzejmie zapytać, co też u niego porabiał Ortega.


Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2019
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń