Menu :


Link :: 05.08.2008 :: 12:33
V 4988

W jądrze ciemności cz. 1

Vega et consortes

by  VINCENTE VEGA

Tetyda 4988

Historię chcecie, dziatki? Z czasów, zanim poznałem Dona Alejandro? Nie da rady, widziałem go dwa dni po jego narodzinach. I miałem wtedy niecałe cztery lata. Ale dobrze, opowiem wam coś z czasów dawnych, gdy walczyłem na Tetydzie. Pięć lat przed koronacją Aleksiusa, w 4988. Co więcej, kiedyś zaprzysięgłem milczenie w tej sprawie… ale na lat pięćdziesiąt, nie dożywotnio, a okres ów niedawno upłynął. Tedym rozgrzeszony. Będą w tej historii kobiety, wojna, krew i wino… a i morał, a jakże. 

Zaczęło się… cóż, cała historia zaczęła się półtora miesiąca wcześniej. Przypadki rządzą światem – i, pardą, jak patrzę co się dzieje, wolę wierzyć że to przypadki a nie przeznaczenie. Na początku tedy, po kolejnym szturmie na hawkwoodzkie okopy, znalazłem się ranny w szpitalu. Przyczynił się do tego delikwent w zbroi wspomaganej, który nafaszerował mnie odłamkami, oraz – jak mi powiedziano – obsługa pepanca, która nie dała mu dokończyć dzieła. 
W dalszym szturmie na Coddington nie wziąłem już udziału… może i lepiej, ostro tam Kostucha potańczyła, wielu szlachciców prosząc. Zamiast tego spędziłem cztery tygodnie w szpitalu… a piąty na zasłużonym urlopie. 
Był to niezwykle miły tydzień zapomnienia w miasteczku zwanym wprawdzie Glentorran, jednak na wskroś Lihalańskim. Przeszło w nasze ręce dość dawno i szybko, bez walk, a teraz oferowało urlopowanym oficerom wygodne pawilony, wdzięczne towarzystwo gejsz, wino, muzykę… i, jakom rzekł, chwile zapomnienia. Znalazłem tam wyborna kompanię do śpiewu a wypitki… a po dniach dwóch poznałem Isaurę. Niewiele starszą ode mnie kapitan zaopatrzenia, która zwróciła łaskawe oko na moją gładkość, uszko zasię na nieodłączną mandolinę… a potem było nam dane poznać wzajem inne przymioty, jakie Wszechstwórca dał mężowi dla przyjemności niewiasty i na odwrót, a zawistni kapłani herezją popełniają, powiadając je grzesznymi… 
Dlaczego o tym wspominam? Nie tylko by uświadomić wam że ten stary pryk był kiedyś młody a gładki… i obyście mojego wieku dożyli, miast kończyć młodo z kulą czy ostrzem w piersi. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Dość że po pięciu dniach przyszło się rozstać. Po pożegnaniu, które uczyniło owe rozstanie jeszcze cięższym, znalazłem się na pokładzie skoczka zmierzającego do Dalaron, gdzie znajdował się mój nowy przydział. Jakby się kto pytał, pluton C kompanii Carlos 42 pułku legionu Stalowego Pazura, jednego z sześciu naówczas tej nazwy. 

Miasteczko, w którym ów legion stacjonował, nie było bazą jakiej możnaby się spodziewać. Wiecie, drut kolczasty, wieżyczki, baraki z blachy falistej – nie, tutaj bazą było całe miasteczko. Co ciekawiej, od wieków należało ono do rodziny hazackiej, a aktualny baron, pan tych ziem, otrzymał – żeby sprawy nie komplikować – tytuł gubernatora prowincji i nieźle się dogadywał z ówczesnym naszym legatem.
Samo Dalaron powitało mnie ostrym słońcem i wilgotnym gorącem, znacznie większym niż należało się spodziewać w tym rejonie. Tutaj dygresja się należy. Jak ktoś popatrzy na globus Tetydy – czterdziesty pierwszy równoleżnik, klimat umiarkowany, a tu ni z gruszki, ni z pietruszki, buch: dżungla. Całkiem spora, dodajmy, trzysta mil na wskroś. Wiedzcie, że niecałe pięć wieków wcześniej wcale jej nie było. Znajdowały się tam natomiast włości pewnego hrabiego lihalańskiego. A hrabia, jak to w tym rodzie czasem bywa, lubił ponoć eksperymentować, istoty różnorakie przyzwać, sługi nie z tego świata werbować… aż, powiadają, coś mu nie wyszło. Nie wiadomo, do którego Quillipothu zajrzał i co stamtąd wylazło, a on sam nie opowie… dość że w przeciągu, żebym nie skłamał, czterech – pięciu miesięcy wokół jego stolicy wyrosła dżungla jak się patrzy, klimat się zmienił… O hrabim nikt więcej nie słyszał, dżungla zasię stała się… cóż, elementem lokalnego folkloru, schronieniem różnej maści wyrzutków, tudzież źródłem wielu surowców.  
A co zrobiłem ja, po wylądowaniu? Szczawiem już nie byłem, nie popełniłem błędu dekując się w pierwszym lepszym hotelu, zamiast tego udałem się do komendantury… legionu? A skąd! Zakarbujcie sobie dobrze, przyszli oficerowie, może i chwalisz się legionem, do którego należysz, ale co do papierków najważniejszy jest szczebel pułku. Po zaledwie dwóch godzinach jeżdżenia taksówkami i użerania się z biurwami z administracji (a nie ma nic gorszego od biurwy wyższej stopniem) stanąłem tedy przed ojcowskim obliczem pułkownika Jago Fereiry.
Tak, widzę, słyszeliście o nim. Niechby który spróbował nie wiedzieć… Zresztą, uprzedzając fakty, w dwa lata został legatem. W każdym razie, stanąłem przed nim spietrany jak szczaw, a nie bądź co bądź weteran dwóch kampanii. Owszem, robił wrażenie. To nie był majestat, jaki widywało się u legatów a generałów wysokiego rodu, to było wrażenie prostej, żołnierskiej siły i surowości. Natomiast przyjął mnie wcale uprzejmie, oficjalnie przekazał pluton we władanie, obiecał zrobić inspekcję za dwa dni. Wychyliwszy z nim kielich brandy i wypaliwszy cygaro, pożegnany przyjacielskim łupnięciem w plecy, odebrałem z sekretariatu papiery i odmeldowałem się.

Pół godziny i stałem przed sporą willą, gdzie stacjonował mój oddział. Czytając po drodze papiery dowiedziałem się, iż pluton ów od ponad dwóch tygodni nie miał dowódcy, odkąd mojego poprzednika odstrzelono na patrolu, mogłem się tedy spodziewać pewnego rozprzężenia. Brakowało też jednego z sierżantów, który miał przybyć wraz ze mną.
Tak, brak wartownika przy bramie i przekrzywiona tablica głosząca PLUTON C III KĄPANII 42 PÓŁKU stanowiły dla mnie ostrzeżenie… W przedsionku spotkałem pierwszych żołnierzy… dwóch sierżantów i kaprala – wartownika. Jeden z sierżantów był, o dziwo, trzeźwy i regulaminowo ubrany. Moje nadzieje co do plutonu rozwiał jednak jego zapakowany plecak – on też przybył snadź niedawno, ledwo zdążył opieprzyć wartownika i rozbić mu na łbie dzban z winem.
Tak to poznałem Verdurgo oraz Sanchez y Martineza, dwóch z moich sierżantów. Od tego drugiego tez woniało, lecz był całkiem na chodzie. Po obejrzeniu rozkazów obaj spokornieli i wreszcie przyjęli postawę zasadniczą. Tak, miałem ochotę wsadzić obu pijaków do karceru, ale nie od razu. Najpierw chciałem obejrzeć oddział.
Gdybym chciał być konsekwentny, należało zapakować do ancla cały pluton. Po otwieraniu kolejnych drzwi do kwater scenariusz był wszędzie identyczny – uderzenie skisłego powietrza, przesyconego potem, przetrawionym winem, pawiem i demony wiedzą czym jeszcze, jęki i mamrotanie tudzież klątwy zwlekających się z posłań żołnierzy płci obojga, potem donośne „baczność kurwa mać” sierżanta, pozostające przeważnie bez odzewu. Nie muszę chyba dodawać, że między pryczami walała się broń, puste butelki, części ubrania i oporządzenia… w tym momencie kapeńkę zawrzałem, alem się powstrzymał. Obejrzałem jeszcze najwyższe piętro willi, gdzie znajdowały się pokoje sierżantów oraz dowódcy (w tym ostatnim, cudem chyba, snadź nikt nie pił, nie rzygał ani nie chędożył), po czym kazałem Verdurgo, czyli temu trzeźwemu, zamknąć wartownika w karcerze. Zszedłem na dół… i tu się miarka przebrała, karcer bowiem zajmowała rozłożysta kadź zacierna i destylator…

Co zrobiłem, pytacie? Co mogłem zrobić? Teoretycznie – wrócić do Fereiry, zdać raport i zażądać nowego przydziału. Tak, w myśl regulaminu mogłem to zrobić. Jeno jasnym było, że pułkownik doskonale o kondycji plutonu wiedział… i chciał zobaczyć, jak poradzi sobie nowy porucznik.
Pamiętajcie dziatki, to tak samo jak proces… cokolwiek zrobisz, rób zgodnie z regulaminem i myśl przy tym. I wykorzystuj sytuację i okoliczności. Na początek tedy anulowałem wszystkie przepustki. A potem…
Nie musiałem się nad nimi wyżywać, wystarczył kac jaki mieli. Ja tylko kazałem sierżantom zarządzić zbiórkę plutonu, w pełnym oporządzeniu. Trwało to dobre pół godziny, zanim pozwlekali się z wyrek, odziali, obuli i pobrali sprzęt. Czekałem spokojnie przy stoliku w cieniu drzewa, wertując papiery osobowe i słuchając jednym uchem, jak Verdurgo rozstawia ich z rodzinami pospołu. W plutonie, co mnie specjalnie nie zdziwiło, były niejako trzy grupy, mniej więcej po równo: weterani, którzy służyli w nim od dawna, żołnierze przydzieleni z innych, rozparcelowanych jednostek tudzież świeżaki z poboru. Ci drudzy najbardziej odpowiadali za ogólne rozprzężenie plutonu, przy przyklasku gówniarzy. 
Pytacie o tego sierżanta? Cóż, kawaler Estancia, świeżo nobilitowany, lat ponad czterdziestu, ćwierć wieku służby. Twardziel, służbista, żołnierz dobry. I, co przy wszystkim bardzo dziwiło i raziło, wazeliniarz pierwszej wody.
Wystąpiłem przed front plutonu, przedstawiłem się, choć sierżant uczynił to już za mnie ze dwa razy. Oświadczyłem, że puszczam w niepamięć dotychczasowe uchybienia, aż do chwili niniejszej. Popatrzyłem na podkrążone oczy, zamglone kacem spojrzenia. Na palące wesoło z bezchmurnego nieba słoneczko. A potem zarządziłem wymarsz.
Niedługi, dwanaście mil w obie strony. Prowadziłem szyk wraz z Sanchez y Martinezem (to tak gwoli wyróżnienia, Sanchezów w plutonie było czworo i żadna rodzina), z tyłu Verdurgo poganiał spóźnione owieczki. 
Pamiętajcie, dziatki, nawet jak się zdenerwujecie to macie to robić podle regulaminu. Jak ja wówczas. Nie ubiegliśmy pół mili, a usłyszałem pierwszy rzyg. Po dwóch milach ubyło pięciu żołnierzy, którzy po prostu padli na poboczu, jęcząc i skręcając się. Dwie kolejne i została nas połowa. Śmiało, naprzód, jedna trzecia drogi za nami! Do półmetka dobiegło łącznie ze mną siedmioro – z czterdziestu. Potem jęliśmy wracać w tempie bardziej spacerowym, zgarniając po drodze padłych żołnierzy.  
Długo, oj, bardzo długo trwał powrót i ponowne ustawienie plutonu w jako – takim dwuszeregu. Poinformowałem towarzystwo o spodziewanej inspekcji…

- Nie chciałbym się przez was najeść wstydu przed panem pułkownikiem Fereirą. Powiem więcej, to wy nie chcielibyście, bym się najadł wstydu…  

A skoro słowo się rzekło, jednostkę należało przygotować, tedy zarządziłem sprzątanie kwater. Ignorując jęki i kurwowanie (i tu sukces – kurwowanie bezosobowe, nikt nie ważył się zaadresować do mnie) popatrzyłem przez chwilę, następnie wyciągnąłem jednego z mniej skacowanych i bardziej rozgarniętych świeżaków – potrzebowałem wszak ordynansa. Gdy pucował pokój na poddaszu willi, kazałem sobie przywieźć obiad z miasta i zajrzałem jeszcze do zbrojowni. Tu było chyba najlepiej – prawda, większość przestrzeni zajmowały butelki bimbru, ale może właśnie dzięki aparaturze za ścianą nie przehandlowali uzbrojenia na wódkę. Wprawdzie zamiast dwóch erkaemów i tyluż granatników mieliśmy po jednym, ale takie braki były częste w tyłowych jednostkach. Jednak braki brakami, ale inspekcja inspekcją - jutro czekała mnie rozmowa z zaopatrzeniowcami.
Sierżant Verdurgo zdążył się już zaopiekować źródełkiem żywej wody, zawarł w karcerze całą aparaturę i zatrzymał klucz. Co? Czy kazałem wylać? Tyś chyba z rozumu obrany, synku… Kija już żołnierze posmakowali, byłbym głupcem pozbawiając się wysokoprocentowej marchewki.


Sprzątali aż do zmroku, potem zjedliśmy kolację. Na szczęście przywieziono ją z kwatermistrzostwa, kucharz plutonu w aktualnym stanie przypaliłby nawet wodę na herbatę. Patrząc z jakim wysiłkiem jedzą trzęsącymi się rękami, czułem że tej nocy będzie spokój. Że nawet nie obecność dowódcy i sierżanta służbisty, ale zwykłe zmęczenie pchnie ich w wyrka i każe spać snem kamiennym. Myliłem się…
Wszystko przez moje zamiłowanie do muzyki a śpiewu… Gdy dobrze po zmierzchu usadowiłem się na tarasie z mandoliną, by z wprawy nie wyjść, pół godziny nie minęło a ujrzałem kilka cieni przemykających od wartowni do budynku, usłyszałem stłumione ponaglania, śmiech niewieści… Westchnąłem głęboko a plugawie, przypasałem pistolet, zszedłem na dół, dosłownie o minutę wyprzedzając sierżanta Verdurgo. A na dole, w tak zwanej jadalni… Sierżant Sanchez y Martinez, który najwyraźniej był prowodyrem, dwóch kaprali, którzy co prędzej czmychnęli, cztery panny sprzedajne, butelki z bimbrem… tak, zatem co sierżant ma na swoje usprawiedliwienie? Ano, dziewki już zapłacone, żal dać pieniądzom przepaść… coś jeszcze? Nie, nic… poruczniku, bądź pan człowiekiem… jak mówiłem, dziewczyny zapłacone, jedna będzie dla porucznika.
Wiecie, dziatki, pluton to nie człowiek, to tłum. Pobłażając jednemu, pokażesz reszcie swoją słabość. Gdy darowałem im dotychczasowe przewiny, wiedziałem że więcej nie mogę ustąpić. A dziewki, których wdziękami przekupić chciał? Żebyście je widzieli… synku, stracić ptaszka w walce to wstyd, ale od trypra – jeszcze większy. A przede wszystkim, łamał regulamin, po pierwsze chlejąc na służbie, po drugie wpuszczając cywili na teren jednostki. 
- Sierżancie, zarządźcie zbiórkę plutonu na podworcu.
Kara musiała być, to oczywiste. Co mogłem mu zrobić? W tym momencie – wiele. Nawet strzelić mu w łeb na miejscu – cała planeta była wszak uznana za TDW. Mogłem wypieprzyć z plutonu i podać pod sąd wojenny. Wlepić dwa tygodnie szorowania kibli. Albo coś innego…

Karę, dziatki, trzeba odpowiednio celebrować. Sierżant Vasquez otrzymała polecenie pilnowania skutego Sancheza, Verdurgo zasię z pomocą dwóch żołnierzy przygotował to, co mu kazałem. Przywlekli z zagajnika w ogrodzie na główny plac bezgłową kamienną nimfę, zamocowali wokół utrąconej szyi łańcuchy. Cały pluton, z nagła wybudzony i postawiony w szeregu, przyglądał się czynnościom. Głupi nie byli, dobrze poznali że kazałem przygotować kozioł do chłosty. Nie wiedzieli jednak dla kogo jest on przeznaczony. Pozwoliłem im na chwile niepewności i strachu, potem przyprowadzili Sancheza. Zobaczył i – widziałem to – w sekundzie rezon i zuchwalstwo spłynęły mu z oblicza. 

- Regulamin wojskowy stanowi powinność, której wszyscy się poddajemy. Nie jest to rzecz, która zmienia się na co dzień. Ten żołnierz ów regulamin złamał. Gdyby regulamin był pisany przez sierżanta Sancheza, zapewne pijaństwo na służbie i dopuszczenie do wtargnięcia cywili na teren jednostki byłyby zasługą. Jednak, to nie kapral Sanchez, a pokolenia dowódców ustanowiły regulamin. W związku z tym, za wymienione wykroczenia, jako dowódca plutonu skazuję kaprala Sanchez y Martineza na trzy tuziny uderzeń batem.

Zapytałem ponownie, czy ma coś do dodania. Zacisnął zęby, pokręcił głową. Przywiązali go do statuy, w ciemności zaśpiewał bicz. Kata też trzeba wybrać z rozmysłem, chociaż tu uchybiłem… wybrałem kaprala Calvo, któren najwyraźniej się z owym sierżantem nie lubił. Jednak, jak się okazało, władał batem dobrze, jakby chciał, w trzy tuziny uderzeń mógłby go obedrzeć do gołych żeber. A tak za trzecim dopiero uderzeniem wytoczył krew, skazaniec wył i rzucał się, więzy trzymały, w połowie egzekucji usłyszałem trzask pękających, zaciśniętych zębów, dureń odmówił skórzanego gryzaka… Przy trzydziestym omdlał, jednak kazałem dokończyć. Odwiązali go, powlekli do kwater, opatrzyli… cóż, jak umieli, kolejnym z braków w jednostce był felczer polowy.  

O szóstej nad ranem pluton, niemal w komplecie i w pełnym oporządzeniu, zjawił się na zbiórce. Różnica w porównaniu z dniem poprzednim była kolosalna… Trening, wspólne śniadanie, przywiezione przez kwatermistrzostwo i wcale sprawnie przyrządzone przez trzeźwych dyżurnych. Całe przedpołudnie ćwiczeń, w szczegóły wchodził nie będę, znacie je dobrze… po obiedzie wrócili do porządkowania willi i przyległego ogrodu, Verdurgo zagonił naszego pisarza do poprawienia tablicy, ja zasię chwyciłem za telefon. Łączyć z kwatermistrzostwem… Tak, szykowałem się na długa a męczącą batalię, a może i na wyjazd, gdyby wypadło wykłócać się osobiście… pamiętacie, brakowało erkaemu i granatnika. A wydębić jakikolwiek sprzęt dla BPLP… nie wiesz, co to oznacza? To doczytaj… jako rzekłem, łatwiej było wyrwać żarcie głodnemu psu. Westchnąłem tedy głęboko, kazałem łączyć. Z kwatermistrzostwem. Potem z działem sprzętu. Potem ze zbrojownią. W końcu usłyszałem, że pani kapitan odbierze. Pięknie. Już wyobraziłem sobie wielką, tłustą, wąsatą biurwę, mszczącą się na całym świecie za swój wygląd i kompleksy. Policzyłem do dziesięciu, westchnąłem po raz kolejny, przedstawiłem się. Po drugiej stronie usłyszałem…

-Vincente, to ty?

…słodki, aksamitny, wdzięczny głos Isaury! Musiała zapytać ponownie, gdyż zaniemówiłem na chwilę… po długich powitaniach, wymianie przeżyć z ostatnich dni kilku, zapytała czego mi potrzeba… nie, durniu, „erkaemu i granatnika” wymieniłem dopiero na końcu. Co odpowiedziałem zrazu – domyśl się sam, niech ci nie będzie za łatwo.
Rozsądek wojskowy nakazywał zaproponować spotkanie dopiero na dzień następny, po inspekcji… Ale człek był młody, pewny siebie, a pięknym kobietom zgoła nieoporny. Wiedziałem tedy, że muszę dokonać dwóch rzeczy: wyszykować pluton na przyjęcie pułkownika Fereiry, tudzież wynaleźć odpowiednie miejsce na kolację tegoż wieczora. I tak, zaprosiwszy Isaurę na kolację, dopiero po ponownym zapytaniu z jej strony przypomniałem sobie i wyjawiłem, iż pierwotnym celem tej rozmowy było pozyskanie brakującej broni. Dla ciebie wszystko, powiedziała, prześlij tylko zapotrzebowanie. 

Sprzęt zjawił się zaiste po kilku godzinach… niespodziewanie otrzymałem prezencik – spodziewałem się może Saloranta albo innego kawału żelastwa, a przywieźli nam laserowego Ergmana, przeznaczonego zapewne dla komandosów. Nie pytaj, głupia nie była, oczywiście że dostaliśmy też ogniwa i dynamo do nich. Granatnik tez dotarł, a jakże. Tudzież przemycony liścik do mnie. 
Nie myślcie sobie, pomimo dobrego humoru nie popuściłem żołnierzom, o nie… za wcześnie. Do wieczora zwijali się tedy w pocie czoła aż budynek, oporządzenie i broń błyszczały pospołu jak przysłowiowemu psu jajca. Podworzec zamieciony, napis na bramie poprawiony, na wartowni dwóch trzeźwych żołnierzy… z pewną dozą zaufania wybrałem się tedy do „Valetty” na kolację z Isaurą. Spodziewając się pułkownika bardzo wcześnie, nakazałem zbiórkę przed szóstą.
Czy nie obawiałem się, że pozostawiony pluton przygotują niespodziankę pod moja nieobecność – tak, bym się przed pułkownikiem sromał? Nie… Pomnijcie, to jednak byli żołnierze, acz nieco rozpuszczeni. Po drugie, musiałoby się to odbyć po trupie Verdurgo, który im tej nocy matkował. 

Wracając z moją lubą nieco przed północą, przekonałem się że dyscyplina powróciła. Wartownicy w bramie sprawdzili kto zacz, zanim puścili… że co, zły przykład dawałem? Czym… mój drogi, nie wprowadzałem cywila na teren jednostki. Isaura była, przypominam, oficerem. Druga zmiana, grająca w karty o suchym pysku…
- Baczność!
- Dajcie spocznij…
… też się zachowała jak należy. Rankiem miałem więc tylko jedna niewdzięczną rzecz do zrobienia – bladym świtem obudzić i odwieźć, żeby nie rzec wyrzucić z łoża, zjawiskową niewiastę… co pozostawiło mnie na resztę dnia w pieskim humorze.  
Pięć minut przed szóstą, gdy kompania w komplecie zebrała się na placu apelowym, zjawił się pułkownik. Jak poszło, pytacie? Przeżyłem, by opowiadać, jak widzicie… żarty na bok, Najwyższy snadź docenił szybkie doprowadzenie plutonu do używalności, pogratulował dobrych, hm, stosunków z kwatermistrzostwem ujrzawszy nasz laser, pokręcił tylko nosem widząc bimbrownię w karcerze… Kolejny morał – gdy nie wiesz co powiedzieć, najlepiej mów prawdę. 
- Uznałem, panie pułkowniku, że przyda się element motywacji...
Przyjął moje wyjaśnienie o nagrodach i karach, widać było, że zadowolony był. Śniadania z nami odmówił, tłumacząc się innymi inspekcjami, po czym pożegnał mnie – tym razem formalnie, nie łupnięciem w plecy. Odjechał, a za plecami usłyszałem zbiorowe westchnienie ulgi. Zadowolony, zarządziłem przesunięcie ćwiczeń o dwie godziny i poszedłem się zdrzemnąć. Właśnie wtedy w plutonie pojawiła się ostatnia brakująca osoba, nasz felczer polowy – Lucia Mendoza. 

Obudził mnie głos Verdurgo, który gromko opieprzał kogoś przed budynkiem. Pomiędzy typowo żołnierskimi figurami retorycznymi często pojawiało się słowo „regulamin”. Wyjrzałem przez taras – przed sierżantem stało młode, rumiane, uśmiechnięte od warkocza do warkocza, pulchniutkie cielątko… dziewczątko, chciałem rzec, ale to było pierwsze skojarzenie gdym ów prospekt ujrzał. Jakby jej na czole napisać, że to nowicjuszka Amaltean świeżutko z poboru, nie zrobiłoby różnicy. Zszedłem na dół. Patrzyła ufnym wzrokiem w spienionego sierżanta. Nie nosiła czapki, blond włosy zaplotła w dwie króciutkie kitki, w jednej z nich miała kwiatek… czyli, wojskowo rzecz ująwszy, bimbacie sobie, Mendoza, na regulamin mundurowy, miejsce czapki jest na łbie a nie w kieszeni i w ogóle co to kurwa za kutasiki koło uszu wam dyndają? Gdy podszedłem, odwróciła się i przedstawiła, dygnąwszy. Z imienia... 
- Sierżancie, czy to ma kłopoty z meldowaniem się? Czy podoficerów z poboru regulamin nie obowiązuje? 
Wziąłem jej papiery i poszedłem na górę, dając mu trochę czasu na wbicie jej formułek do głowy (z werwą, Mendoza, z werwą!). Pół godziny później (papierki zajmują czas) miała drugie podejście…
- To się meldujcie, Mendoza…
- Melduję się, panie poruczniku, z werwą!  
Machnąłem ręką… Wiecie, każdy świeżak sobie na wejściu nasrywa w życiorys, jedni więcej, inni mniej. Dobrze wiedziałem, że teraz cały pluton dostanie ekstra trening, przy czym zostanie podkreślone z czyjej to zasługi… Wiedziałem, że dziewczęciu ktoś co najmniej napluje do żarcia, może i gorzej… kocówa też jej nie minie. Tak długo, jak nie zrobią jej poważniejszej krzywdy (albo nie przyjdzie do mnie na skargę), nie zamierzałem się wtrącać. Tak długo jak tradycja jest tradycją a nie znęcaniem, dziatki, należy ją uszanować. 

Verdurgo zgodnie z moimi przewidywaniami dorzucił ekstra godzinę ćwiczeń, gromko a dobitnie podkreślając, czyja to zasługa, następnie przez dwie godziny marnowaliśmy tygodniowy przydział amunicji na strzelnicy. Mówię „marnowaliśmy”, gdyż celność była… cóż, jak w lekkiej piechocie. Pięcioro strzelało jak się patrzy, trzydziestka patrzyła jak się strzela. Po powrocie Mendoza urządziła sobie lazaret – świeżak czy nie, z pewna niechęcią trzeba było jej posłuchać i przyznać, że zna się na rzeczy. Wieczorem natomiast połowie plutonu dałem przepustki na miasto – zasłużyli… druga połowa chlała w willi, z sierżantem Verdurgo wydzielającym bimber z aptekarską skrupulatnością. Później dowiedziałem się, że Mendoza próbowała coś wypędzić korzystając ze swej wiedzy, nie wyszło jej… i od kocówy nie uratowało. Ale, trzeba przyznać, rankiem nie pisnęła ni słowa skargi.
Ja jak poprzednio cieszyłem się wielce miłym towarzystwem Isaury… i jak poprzednio z wielkim żalem pożegnałem ja bladym świtem, tym razem wychodząc od niej. W jednostce czekało na mnie wezwanie do dowództwa…

Prawda, wszak nie przybyłem tutaj jedynie sprowadzać żołnierzy na drogę porządku tudzież romansować z piękną a namiętną panią kapitan… a szkoda. Fereira przyjął mnie uprzejmie, przedstawił z jednym majorem wywiadu, nazwiska ni cholery nie pamiętam, po czym tamten wprowadził mnie w zadanie.
Żeby nie rozwlekać, pamiętacie jak-em wam o dżungli opowiadał? Tej, co w demoniczny sposób wyrosła? Chadzały po niej patrole, a jakże, strzelało się do tubylców, jeśli byli agresywni, chroniło placówki pozyskujące w tej dżungli różności, tropiło maruderów… do dawnej stolicy hrabiego zapuszczano się rzadko, była daleko, co było wartościowe dawno rozszabrowano, a tamtejsze plemiona były wyjątkowo zajadłe – jednym słowem, nie warto. A jednak, parę tygodni wstecz pewien kapitan, nazwiskiem Calatravo, wsiąkł w okolicy owego zrujnowanego miasta. Potem wypłynął – i to z hukiem. Ogłosił się bowiem królem w tym mieście, poza jego żołnierzami przyłączyło się też nieco tubylców... Z dżungli się co prawda nie wypuszczał ale poszarpał kilka patroli… parę tez zaginęło bez wieści. Zresztą, sam fakt dezercji wystarczał, by wysłać po niego ekspedycję karną. Usłyszałem tedy, że jeden pluton, wzmocniony dodatkowo drużyną decadoskich jegrów, uda się do miasta celem sprowadzenia kapitana żywego lub martwego. Mój pluton, jakby się kto pytał. Wyruszyć mieliśmy rankiem za dwa dni.  

Odebrałem papiery, wychodząc splunąłem na szczęście i wróciłem do jednostki. Wiadomość o wymarszu sprawiła, że towarzystwo nieco spoważniało, acz Az początku powiedziałem im jeno z grubsza o zadaniu, wyjawienie szczegółów zostawiając na później. Jeszcze tego brakowało, by który wygadał się w burdelu po pijanemu… a tak – ot, patrol w dżungli, jeden z wielu. Żeby nie spoważnieli za bardzo, urządziłem kolejny marszobieg, a potem strzelanie…
Szczerze rzekłszy, wiele później się nie wydarzyło. Żołnierze byli już karni, nawet na przepustce za bardzo nie rozrabiali, nikogo żandarmeria nie zwinęła, nawet Mendoza wywinęła się jedną kocówą, później urządzała lazaret, kompletowała środki medyczne, dali jej spokój, choć ciągle miała braki w znajomości regulaminu… Kolejnego dnia przybyli Decadosi pod niejakim sierżantem Wisarionowiczem, zaaklimatyzowali się wcale szybko i bez awantur. Ostatniej nocy dałem wszystkim wolne, tylko niechby który nie zjawił się na rano… Cóż ja, pytasz? Ano, przyszło raz kolejny pożegnać się czule z Isaurą. Przy tym nastąpił wstęp do historii innej, o której opowiem kiedyś... gdy w chwili uniesienia namiętnego padło imię Leoncio w miejscu, gdzie powinna wyrzec Vincente. Zapamiętajcie sobie, synki, jeśli zależy wam na niewieście – w takiej chwili nie pytając, kto zacz, popełniasz grzech najcięższy, grzech obojętności. Zapytałem tedy. 
- Mój małżonek…
Przyjąłem wyjaśnienie bez krzty urazy, zresztą nie pozwoliła mi dywagować długo. Dopiero dnia następnego, pomiędzy przygotowaniami do wymarszu, sprawdziłem kto zacz… komu przyprawiłem rogi. Dobra wiadomość – był na Aragonii. Zła – był legatem… Ech… Miało to swoje zakończenie, ale nie tak od razu… powiem jeno tyle, że póki co Vincente usłyszał imię Leoncio. Pytanie brzmiało, kiedy Leoncio usłyszy imię Vincente.  

Na razie jednak wyruszyliśmy. Wzmocniony pluton w komplecie wpakowano na dwie ciężarówki, które podwiozły nas te kilkanaście mil do granicy dżungli, do linii ostatnich posterunków. Stamtąd ruszyliśmy pieszo. Po niedługiej chwili zatrzymałem oddział, by urządzić ostatnią odprawę – oświecić towarzystwo na temat rzeczywistego celu misji. Nie zrobiło to na nich specjalnego wrażenia... może i lepiej. 

Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2019
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń