Menu :


Link :: 05.08.2008 :: 12:47

V 4988

W jądrze ciemności cz. 2

Vega et consortes

by VINCENTE VEGA

Zagłębiliśmy się w zieleń. Dla mnie nie była to pierwszyzna, wychowałem się w okolicy gdzie dżungla wchodziła na stoki aragońskich gór... tutaj było podobnie, ściana zieleni wokół ciebie, nad głową listowie tak gęste, ze panuje niemal półmrok, widoczność niewiele lepsza niż we mgle... setki, tysiące odgłosów, gorąco, wilgoć... w ciągu kilku minut jesteś mokry od potu, jeśli nie jesteś ostrożny, nie znasz się – w tym wilgotnym piekle możesz umrzeć – uwaga - z pragnienia! Dodaj do tego głęboką na parę cali warstwę próchna pod stopami, pnącza upstrzone kolorowymi kwiatami, przegradzające drogę zwalone, spróchniałe pnie, czające się węże, stawonogi, inne gówna których nikt nigdy nie podjął się sklasyfikować... a ja trzymałem się jednej prostej zasady: kolorowe znaczy śmiercionośne.
Jakby się kto pytał, w dżungli nie ma ścieżek, trzeba je sobie wyciąć. Niejako z musu szliśmy wyciągniętą kolumną, na przedzie trzech ludzi, zmienianych co pół godziny, wycinało przejście maczetami. Pierwszym celem naszej wędrówki była faktoria w dżungli, rzekłbym wydobywcza – pozyskiwali tam żywice drzew, destylowali alkaloidy, wyrabiali włókna... Mieliśmy do niej około osiemnastu kilometrów... powiecie – niewiele... ale w tych warunkach mielibyśmy szczęście, docierając tam przed zmierzchem. Dalej, za faktorią już była tylko dżungla. Do miasta, gdzie miał ukrywać się zbuntowany kapitan, czekało nas jeszcze z dziesięć dni marszu.
Po sześciu godzinach przeprawy przez dżunglę i przejściu może dziesięciu kilometrów nakazałem popasać. Rozstawiliśmy pikiety (szumna nazwa gdy widoczność masz na dwadzieścia metrów), w odgłosy dżungli włączyło się łakome mlaskanie i łykanie, tudzież śpiew i pieprzne dowcipy. A potem Verdurgo, który wstał by więcej osób usłyszało kolejną jego facecję, dostał strzałą w plecy...
Dopiero, gdy się przewrócił, zobaczyliśmy sterczące drzewce z lotkami. Sekundę później żołnierze postawili ścianę ołowiu w kierunku, z którego nadleciał bełt. Gdy umilkła kanonada, można było ich opierdzielić i kazać snajperom wziąć się do dzieła. Nie minęła chwila a na granicy widzialności zaszeleściło w listowiu, huknął strzał, potem drugi, coś z nader ludzkim jękiem zwaliło się z drzewa na ziemię… Sześciu na ochotnika poszło przywlec delikwenta… 
Był to żołnierz hazacki jak się patrzy, niestety martwy… za dobrze go trafili. Odziany w resztki munduru, uzupełnione łachami z włókien roślinnych, jakoweś dziwne naszyjniki a bransolety z metalowych dupereli. Z uzbrojenia miał jeno nóż a kuszę, z bełtami zatrutymi brązowym mazidłem. Można było się domyślać, że to jeden z renegatów kapitana Calatravo… 
Co z naszym sierżantem? Uśpiony głęboko, zawyrokowała Mendoza, sparaliżowany że trzeba będzie nieść, ale powinien wyżyć. Aha, bełtu tutaj nie wyciągniemy, dodała, trzeba będzie go do faktorii zanieść i tam rozcinać. Obcięliśmy tylko drzewce, żeby po drodze nie zahaczało, skleciliśmy nosze… na odchodnym dla pewności Vasquez poćwiartowała umrzyka i ruszyliśmy dalej.
Zaiste, o mało co nie skończyło się noclegiem w lesie. Było już porządnie ciemno, gdy dżungla się przerzedziła, a na drzewach poczęliśmy znajdować naczynia do zbioru żywicy. Gdy ciemność zapadła zupełna, zobaczyliśmy światła w faktorii. 
Wychwycili nas szperaczem, okrzyknęli kto zacz. Kazałem uprzejmie odpowiedzieć, otworzyli bramę… spodziewali się nas. 
Faktoria – cóż, palisada z powiązanych łykiem pni, takiejże konstrukcji wieże – na jednej z nich mieli działko trzy czwarte, w środku baraki różnej wielkości z jakże oczywistego budulca… Było późno, więc ludzi snuło się niewielu, natomiast zauważyłem sporo milicjantów na stanowiskach… jakby ostatnio zrobiło się niespokojnie. Przyjęli nas względnie uprzejmie, choć bez ceregieli, żołnierzy rozkwaterowali w barakach, dla mnie i sierżantów przydzielili mniejszy, nieco bardziej wygodny. Pluton, ledwie zabrzmiało „rozejść się”, rzucił się na kuchnię, gdzie grzał się zapewne od dawna kocioł ze strawą. Nie, o Verdurgo nikt nie zapomniał, zapytałem o medlab i lekarza. Lazaret, powiadają, jest tam, używajcie go sobie do woli. Lekarz? A o, tam, przy barze pod strzechą, ten z lewej, co śpi uchlany z nosem w kuflu – to nasz lekarz. Więc jeśli macie własnego… Niezbyt chciałem obarczać Mendozę tą robotą po całodziennym marszu, ale… cóż, zameldowała się pięć minut potem i szczerze nie pamiętam, co tym razem palnęła, ale przydzieliłem jej nocną służbę przy rannym bez żadnych wyrzutów sumienia.  

Sam zasię zostałem podjęty kolacją przez szefa placówki, niejakiego Gomeza. Posiłek wielce smaczny, zwłaszcza po całym dniu wędrówki, podlany jeszcze wcale dobrym winem… gospodarz nie pił, zresztą już wcześniej wiedziałem że ma kłopoty z sercem. Pogawędziliśmy trochę, starając się nie wypytywać wzajem o sprawy konfidencjonalne. Powiedział jeno, że tubylcy zrobili się agresywni ostatnio. Nawet zaatakowali faktorię, co się od dawna nie wydarzyło. Przeważnie się z nimi handlowało, ot tam, narzędzia czy paciorki w zamian za płody dżungli… zwłaszcza te z okolic, w które nikt z naszych się nie zapuszczał. A teraz, cóż… Co ciekawe, byli to wyłącznie autochtoni, wśród napastników nie zaobserwowano nigdy hazackich renegatów…
Długo nie posiedziałem, prawda, zmęczenie dało znać o sobie, położyłem się spać w baraku sierżantów… zasnąłem jak dziecko, szybko, wszak byliśmy w strzeżonym obozie, mogła to być ostatnia spokojna noc…
Dureń.

Obudziłem się późno w nocy, może koło trzeciej, z łbem ciężkim jak po wypitce, czując, że mój pęcherz zaraz rozerwie się na strzępy… Może i baraczek bardziej komfortowy, klimatyzowany, ale wygódka na zewnątrz. Naciskam klamkę – zamknięte… co jest? Próbuję mocniej –nic. Myślę, jakiś zasraniec kawał zrobił, niech no ja go dorwę, ale nic, wyjdę oknem. A gdzie tam, okienko malutkie, zakratowane jeszcze… natomiast co przez kraty ujrzałem żołnierzy z mojego plutonu… ułożonych rządkiem na ziemi pod palisadą, pilnowanych przez uzbrojonych mieszkańców faktorii. W tej chwili jedna z dziewuch się zbudziła, poruszyła, wstała… trzech podbiegło, przytrzymali, błysnął nóż… 
Podsumujmy… siedzę sam w zaryglowanym baraczku, przy sobie mając jeno karabinek i szablę, na zewnątrz kilkunastu chłopa wyrzyna moich uśpionych żołnierzy… zacząłem budzić moich sierżantów, nic… kląć, tarmosić, dalej spali jak zabici, może wiadro wody by pomogło…
Jak ich obudziłem? Przysięga zabroniła mi mówić również o tym, i dobrze, gdyż czynu onego sromam się i teraz, ponad pół wieku później. A z tamtych już żadne nie żyje, niech im Wszechstwórca łaskaw będzie. Pomnicie, obudził mnie pełen pęcherz…
Obudzeni, uzbroili się szybko, zabraliśmy się do drzwi. Zakarbujcie sobie, dziatki, w każdej armii jeden na trzech sierżantów kiedyś w życiu parał się złodziejstwem. Przyciśnięty, przyznał się Cervera i w ciągu minuty wyklepanym z drutu wytrychem otworzył zamek. A wtedy rozwył się alarm.
Cóż, zaskoczenie właśnie się skończyło. Zaczęliśmy prać krótkimi seriami, radzi że nasi leżą a tamci przeważnie stoją. Było ich ośmiu, tych załatwiliśmy ich wcale szybko, tylko zaczęli nadbiegać następni. Usłyszałem jak wołają by podpalić drugi barak z naszymi, tudzież skierować działko na leżących pod palisadą. Podpalić? Dobry pomysł. Odpiąłem granat, rzuciłem w kierunku magazynu, gdzie na pewno było sporo drewna, włókien, żywicy i innych palności. A to cholerstwo nie wybuchło… 
Kazałem by Cervera i Vasquez uwolnili naszych w baraku, a ja z Marcolem postanowiliśmy zająć się wieżą. Zanim to nastąpiło, omal nie odstrzeliłem głowy Mendozie, która niespodziewanie wyłoniła się za nami… nie zauważona przez nikogo, wydostała się z lazaretu, przeszła przez pół obozu i znalazła nas. 
Strzelcy na wieży póki co przywalili z działka w dach baraku z żołnierzami. Poleciłem Vasquez zabrać tam Mendozę – mogła być bardzo potrzebna. A ja, z drugim sierżantem, mieliśmy zdjąć wieżyczkę.  
Marcol zdążył zdjąć jednego strzelca, tylko po to by drugi trafił go prosto w głowę. Nagle znalazłem się sam na pustym placu, na wprost działka. Że co, moja tarcza? Trzy czwarte cala, synku… Co mogłem zrobić? Odpiąłem i rzuciłem cały bandolier z granatami. I, nie chwaląc się, nigdy przedtem i jeszcze długo potem takiego rzutu żem nie powtórzył. Wiązka upadła dokładnie między podpory, platforma z działkiem uniosła się w górę na fali wybuchu, po czym zjechała pionowo w dół przez rozstępująca się pod nią konstrukcję. Niejako przy okazji wybuch położył trupem chyba czterech strzelających spod wieży milicjantów.
 Jeszcze zostało wyczyścić barak i wyciągnąć stamtąd resztę naszych śpiących królewien… oraz, co równie ważne było, dobrać się do naszej zbrojowni, właśnie tam urządzonej. Gdy dobiegłem, właśnie wyłamali drzwi. A w środku – ciemno choć oko wykol i gwizdające z ciemności kule. Pamiętaj, synku, błysk wystrzału pomaga na sto czy dwieście metrów… w zamkniętym pomieszczeniu oślepia patrzącego i strzelca zarówno… Vasquez rzuciła się pierwsza, w drzwiach dostała, padła… przeskoczyłem nad nią, schylony ruszyłem na strzelca z szablą, przeskakując nad śpiącymi. Z tyłu usłyszałem jak moja sierżant klnie, bluzga i biadoli nad, cytuję, cyckiem wybitym na plecy… znaczy, jej kamizelka spełniła swoje zadanie.
Tamten strzelił jeszcze raz, tarcza wytrzymała, ujrzałem że ukrył się za kilkoma, zebranymi w stos śpiącymi. Skoczyłem, ciąłem nisko, szabla drasnęła go, usłyszałem jak repetuje, w mroku poprawiłem, ostrze weszło i uwięzło w jego ciele… mając go na sztychu, trzy razy strzeliłem z lewej, z biodra. Wystarczyło… 
Spróbowali jeszcze ostatniego ataku, ale nasza sierżant dobrała już się do zbrojowni . Usłyszałem trzask zakładanej taśmy, donośne „chodźcie, lachociągi!!” (nigdy nie mówiła „skurwysyny”), a potem już tylko spotęgowany w ciasnym baraku łomot erkaemu. Reszta powoli się budziła, poganiana po żołniersku, zbroiła… tamci mieli głownie sztucery i dubeltówki, długo to nie potrwało.
Wychodziło na to, że faktoria została zdobyta. Było jeszcze ciemno, acz na wschodzie niebo powoli różowiało. Niby wszystko genialnie, nie licząc zabitych i rannych, tylko dlaczego u demona nas chcieli pojmać?
Pikiety rozeszły się po obozie, wykurzać ostatnich miejscowych, natomiast do medlabu zniesiono rannych. Kilku z poderżniętymi gardłami, inni postrzelani, posieczeni. Miało się z tym zmierzyć siedemnastoletnie dziewczę, które trzy dni temu wojnę znało jeno z holovidów. Dwóch chłopa do trzymania, jeden do podawania narzędzi – i Lucia Mendoza do zapasów z Kostuchą.
Wiecie, sądziłem że się złamie. Że przerazi ją krew, posiekane ciała, różowa piana wychodząca z ust, smród gówna wypływającego z poszarpanych wnętrzności. Zmrozi i odbierze siłę wycie rannych przy wyciąganiu kul na żywca. Sparaliżuje błaganie, by nie ucinała nogi. Że po pierwszym, który kaszlnął jej w twarz krwawą pianą i umarł na rękach, wybiegnie ze szlochem z baraku. Myliłem się.  
Trzech nie udało jej się uratować. Dwóch leżących pod palisadą, którym poderżnięto gardła gdy zabrzmiał alarm, utracili za dużo krwi. Trzecia, dziewczyna, młodziutka, świeżo z poboru, była postrzelona w płuco. Ta umierała długo.Za długo. 
Dniało, gdy załatała ostatnią ranę i wydłubała ostatni odłamek. Zwinęła się w kłębek na pryczy i zasnęła jak kamień.  
Licząc tych troje, noc kosztowała nas jedenaścioro zabitych. Szóstka rannych – dość poważnie, ale mogli chodzić i strzelać. No i Verdurgo, pomimo usunięcia strzały śpiący snem kamiennym. Tamtych naliczyliśmy dwadzieścia siedem trupów, sześciu udało się wziąć żywcem. Trochę zwiało, nie wiadomo ilu, brakowało na przykład owego Gomeza, szefa placówki.
Okrzyk jednego z żołnierzy, stojącego nad zabitym tubylcem, kazał mi spojrzeć w tamta stronę. Truposz dostał maczetą w kark, ciosem który przerąbał kręgi i niemal oddzielił głowę. W ranie coś się ruszało… jeden z Decadosów wziął dwa patyczki, chwycił i nawinął … szary robak, bez widocznej głowy czy odnóży, dziewięć cali długi. Ciekawe… tknięty, podszedłem i rozciąłem nożem kark innego umrzyka. Weźmiemy dwa patyczki… takie samo, szare gówno. Pasożyt? We łbie zakiełkowała robocza spiskowa teoria… wszyscy mieszkańcy faktorii mieli w karkach robaczki, pasożyty, sterujące nimi. Może więcej się dowiemy, biorąc jeńców na pytki… mieliśmy sześciu do dyspozycji, jakby nawet jeden czy dwóch skapiało – żadna strata.
Części ludzi kazałem odpocząć, innym stanąć na warcie… tu się pochwalę jeszcze raz, gdyż wieżę rozpieprzyłem tak zręcznie, że działko przetrwało bez szwanku. Wciągnęli je na drugą wieżę i obsadzili. Reszcie kazałem przeszukać obóz, wszystkim umrzykom rozciąć karki i wydłubać robaki, po czym wsadzić je do jakiegoś słoika. Już wtedy byłem świadom iż dalej w dżunglę nie pójdziemy, trzeba będzie skontaktować się z bazą i wracać.
Kolejny żołnierz krzyknął; znalazł coś. Podszedłem. O, tutaj, poruczniku, powiada, wyjście ukryte, pewnie tędy ów Gomez czmychnął. Minę kierunkową zostawił, więc nie wchodziliśmy. Patrzę, faktycznie otwór w ziemi, schody. Nachyliłem się, by zajrzeć głębiej. Dureń.
- Dureń – powiedział żołnierz i strzelił do mnie z przyłożenia. Szczęśliwie, w grzbiet a nie w łeb celował, inaczej bym wam tego nie opowiadał. Tarcza zwolniła pocisk, który utkwił w kamizelce i powalił mnie na ziemię. Szczęśliwie nie byliśmy sami, stojący obok Decados po sekundzie zaskoczenia wypalił strzelcowi w głowę. Potem ukląkł, bez mojego polecenia dobył noża, rozciął kark… zgadnijcie, co tam znalazł…
Zaraz, zaraz… to nie był jeden z nich, tylko nasz żołnierz… znaczy, czyżby robale potrafiły atakować i przejmować, że się wyrażę, z powietrza? Poszperałem w pamięci, to był jeden z tych wywleczonych, których kładli pod palisadą. Czyli, prawda, każdy z nich jest podejrzany. Chwile potem zrobił się niejaki rwetes i kurwowanie, gdy pogadałem z sierżantami na uboczu, gdy pozostałej dziesiątce, tej spod palisady, przystawiono lufy do karków, odebrano pukawki i spętano, tłumacząc się prewencją. 
Do pilnowania ich wyznaczyłem wspomnianą wcześniej Vasquez. Że wam wyjaśnię, była to sierżant lat dwudziestu ośmiu, ostra jak lihalański sierp i twarda jak młot. Nie myślcie, nie był to kwadratowy babochłop wywijający erkaemem, tylko... cóż, wysoka, umięśniona, niemniej kobieca, o kształtach wcale wdzięcznych, wywijająca erkaemem. A z ważniejszych rzeczy, pokój jej duszy, dobry i solidny żołnierz, sumienna, ale nie zatwardziała służbistka. I nie dawała sobie podskoczyć.
Co teraz? Myśl, myśl… jak robale wchodzą w ofiarę, jak je wykryć, jak usunąć bez zabicia ofiary… zwołałem naradę podoficerów, co zauważyli… już nie wiem kto podniósł temat, że nikt w faktorii nie pił wyskoku. Prawda, Gomez tłumaczył się sercem… a lekarz, zapytacie? Wszyscy widzieli jak siedział schlany… ale nikt nie widział jak trąbi, prawda?
Koniec gadania, czas na eksperyment, orzekłem. W medlabie znalazł się nieduży baniaczek spirytusu, rozcieńczyłem wodą, Vasquez dała się napić jednemu z tutejszych… czyli, rzecz nazwawszy po imieniu, wlała przemocą, zatkała nos i gębę, przywaliła w brzuch, żeby połknął. Litania nie minęła a wybałuszył oczy, skręciło go, krwią rzygnął, zwisł martwy. A robaczek sam zaczął wyłazić mu z karku…
Czego nie powiedziałem, jeńcy nie przejawiali dotąd żadnej ochoty do rozmowy, próby tortur nie przynosiły żadnych większych efektów… zobaczymy, powiadam, jak zareagują na tortury robaczka. Położyłem jednego na desce, żeby widzieli dobrze, wyjąłem bagnet, żaden nie zareagował… przeciąłem robala na pół. Nic. A robal… wyparował. Nie, nie zdechł, nie rozpłynął się w śmierdzącą maź, nie wyrosły dwa z przekrojonych połówek, po prostu wyparował. Zniknął.
Jedną pewność już mieliśmy – alkohol. Cóż… najpierw rozkazałem, by wydano posiadany akwawit… zapamiętajcie sobie, dziatki, żołnierze zawsze mają bimber przy sobie… Zatem gdy na hasło „oddać wódkę” nie pojawiło się nic, wycedziłem przez zęby „wiem, że macie” i popatrzyłem każdemu po kolei w oczy… o ziemię stuknęła manierka, po niej druga, flaszka jakaś… nakazałem sążnisty toast za Arcyksięcia, co dla odmiany spotkało się z głośną aprobatą, zwłaszcza pośród Decadosów. W pierwszym rzędzie daliśmy się napić dziesięciu podejrzanym… jeden się wzbraniał, kazałem gwałtem lać, modo Vasquez… cóż, nie przeżył, biedaczysko, a robaczka zatłukliśmy. Trzeba było…
Na kolejnym jeńcu wypróbowaliśmy wyciąganie robaczka na żywca. Pozostali przyglądali się spojrzeniem godnym żujących krów. Trejo rozciął mu skórę na karku, w istocie znalazł pasożyta, wyciągnął… i tym samym uśmiercił więźnia. Ale efekt był, inny z jeńców przemówił. Wszyscy przyłączycie się do nas, powiada. Wszyscy będziecie należeć do niego…
 To zaczynało trzymać się kupy, dziatki. Ktoś – lub coś – mnożyło robaczki, które opanowywały ludzi, odbierając im wolę, a korzystając z wiedzy i umiejętności. Snadź nie przenosiły się przez powietrze, ofiara wymagała pewnych – jakich, nie wiedzieliśmy – przygotowań. Czy miało to jakiekolwiek powiązanie z renegatem Calatravo, może z nieżyjącym od stuleci hrabią antynomistą – któż wiedział…

Wszystkie powyższe zdarzenia potrwały kilka godzin. Wstał nowy dzień, w brzuchach zaburczało, nastał pewien spokój. Dziesięcioro na straży, dwóch pilnowało jeńców, kolejną dwójkę zagoniłem do kuchni, do przyrządzania strawy. Sam, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, zasnąłem. Niedługo później obudziła się Mendoza i dawaj szperać po obozie. Ciekawa rzecz, wiecie, że nikt inny wcześniej tego nie odkrył. W jednym z magazynów, za baryłkami z żywicą, w skrzyni, wcale nie tak dużej… słój. Ze dwadzieścia cali wysoki, na rzeźbionej kunsztownie podstawie, z równie ozdobnym deklem… jak zawołała i inni przybiegli, kto zobaczył, pospiesznie jął znak Wrót czynić a na ziemię spluwać. W owym słoju, w przezroczystej cieczy wiły się robaki. TE robaki. Były ich chyba setki… 
Pierwszą myślą było zapoznanie robaczków z solidną porcją bimbru. To by załatwiło sprawę, teoretycznie… w praktyce, ktokolwiek je produkował, hodował, przyzywał czy rozmnażał, miał zapewne niejeden taki słój. 
To przesądza sprawę, zawyrokowałem. Przerywamy misję, robactwo starannie pakujemy i wracamy do Dalaron. Nie prościej byłoby skontaktować się przez radio, pytasz? Ano, prościej, gdybyśmy takowe posiadali. Kiedy spaliśmy wszyscy jako te susły, tubylcy rozwalili naszą radiostację. Gdy zaczęli przegrywać, zniszczyli też swoją. W sposób wykluczający sklecenie dwóch z jednej. 
Najlepiej byłoby, uznałem, wyruszyć jutro bladym świtem. Z powodu rannych oraz – zapewne – ataków, jakie nastąpią, nie sądziłem byśmy dotarli przed zmierzchem do granicy lasu, ale – być może – wejdziemy w zasięg komunikatorów naszych posterunków.

Nawet teraz, za dnia, nie było spokojnie. Kilka – kilkanaście razy na godzinę coś poruszało się w lesie, na granicy widzialności, alarmując wartowników. Ten czy ów nie wytrzymywał, posyłał w gąszcz kilka kul, bez rezultatu. A w nocy, czego byłem pewien, nie dadzą nam spać ani odpocząć... 
Tak się też stało. Ledwie zapadła noc, zaczęli... nie, bynajmniej nie próbowali frontalnego ataku, po prostu nas męczyli. Co chwila padały strzały z lasu, przeważnie nie szkodząc ludziom za palisadą. Przeważnie. Gorsze były miotane z proc granaty zapalające – równie zabójcze co proste, wydrążone skorupy orzechów lub kawałki bambusa, wypełnione żywicą i podpalone... scenariusz zawsze taki sam – w ciemności nagle migotało światełko, czasem trzy, czasem więcej... zataczały szybko kilka kółek i, zanim zdążyłeś się złożyć do strzału, światełka leciały już łukiem w stronę faktorii. A potem rozpryskiwały się w ogniste kałuże – pół biedy jeśli na ziemi, ale czasem trafiały w baraki. Niektórym dawaliśmy spłonąć, ale mieszkalne czy magazyny pełne różnych palności trzeba było gasić. Jedyny pożytek był z tych, które nie dolatywały do palisady – paliły się długo, dobrze rozświetlając przedpole.
Miałem czterech tylko snajperów, a ci nie mogli czuwać całą noc. Czuwało po dwóch, ale – wiecie, może trzy sekundy na wycelowanie i strzał do miotacza. Reszta bardziej marnowała amunicję, waląc niemal na ślepo tam, skąd rzucano. Do tego ciemność... nawet jeśli któryś trafił, nic nie było widać. Tylko dwukrotnie widzieliśmy, gdy po strzale rozpędzany w procy granat załamywał lot, ogień rozlewał się w dżungli, pozwalając dostrzec leżące ciało. 
Wieża z działkiem była natomiast pod ostrzałem ze sztucerów, co praktycznie wyłączyło ją z akcji. Na początku próbowali się odgryzać, piorąc po lesie, ale straciwszy zabitego i dwoje rannych, kazałem im siedzieć cicho i czekać.  
O trzeciej w nocy spróbowali jedyny raz sforsować bramę. Za pomocą płonącej krowy... oj, byłbyś tam, synku, to byś się nie śmiał. Bydlę, ryczące wniebogłosy, oblane żywicą i objuczone jakowymiś pakunkami, wyłoniło się z dżungli jak jaki upiór. Widok był taki, że nawet rozległy się wrzaski „demon, demon!”. Paru wychyliło łby nad palisadę – od razu w lesie huknęły strzały, jeden trafił... Raczej chcieli wywabić naszych zza osłony niż zrobić wyłom – krówsko dostało z granatnika w połowie drogi, ładunki w jukach pieprznęły, kawałki płonącego ścierwa doleciały aż za palisadę, jeden z Decadosów dostał gnatem w łeb, ale wielkiego szwanku nie poniósł. Nasze działko pociągnęło serią po lesie, krótko, bo znowu zagwizdały wokół wieży kule niewidocznych strzelców, musieli przerwać ogień.

Ranek wstał mglisty, wilgotny i senny. Krótko przed świtem zebrałem ziewających i niewyspanych żołnierzy w kolumnę; dwóch niosło pieczołowicie opakowany słój z robalami, dwóch innych nosze z Verdurgo. Na odchodnym kazałem wymontować iglicę z działka i ruszyliśmy. Było jasne, że na szlaku wyciętym przez nas dwa dni wcześniej będą pułapki – musieliśmy iść nowym. Nie wiedzieliśmy zbyt wielu rzeczy – ilu ich jest, jak bardzo doświadczeni, na ile zmęczeni minioną nocą.
Uderzyli szybko, nie minęło nawet pół godziny. Z chaszczy wybiegło nieduże zwierzątko – wielkości małego prosiaka – i zanim ktokolwiek zdążył zakląć, wybuchło. Czterech dostało odłamkami. Trzech lekko, czwarty... młody, szesnastoletni dzieciak siedział na ziemi i oburącz trzymał wypływające flaki. Wystarczyło jednego spojrzenia – stracony.
Ale Mendoza musiała wiedzieć lepiej. Trzeba go zanieść z powrotem do faktorii, powiada, operować, wtedy ma szansę. Znaczy, wrócić, niewykluczone że zdobyć osadę, która mogła być dawno zajęta, zmarnować ze trzy godziny na operację, której szczeniak może i tak nie przeżyć – i z powrotem od początku? Głupia była. Ja wiedziałem, co zrobić. Strzała z morfiny, zanim dojdzie doń ból, pistolet w garść i zostawić, niech osłoni odwrót. Cóż rzec, też głupi byłem...
Tak też nakazałem – dać mu morfinę. Co usłyszałem w odpowiedzi? „Nie”. Wiecie, w takiej chwili człek najpierw zastanawia się, czy aby uszy go nie mylą. Zapominając o całej sytuacji zapytałem powoli a dobitnie, czy kapral Mendoza odmawia kurwa wykonania rozkazu. Dodajmy, w walce. Tak, odmawiam, powiada. Taka dawka morfiny go zabije, a operacja daje mu szansę. Wiecie, po tych słowach mogłem wsadzić jej kulę w durny łeb. Zamiast tego podszedłem do rannego, który całej scenie przysłuchiwał się z rosnącym przerażeniem, wsadziłem mu porządną szprycę, wcisnąłem w garść gnata. I wtedy Mendoza wyciągnęła pistolet i wypaliła mu w głowę. To powinieneś zrobić, powiada, jako dowódca. A potem ta idiotka strzeliła do mnie.
Nawet nie wiem, czy i w co celowała, pocisk zostawił jeno szramę na ramieniu... stojący przy niej zareagowali prawidłowo – jeszcze huk nie przebrzmiał, a już leżała, wtłoczona kolanami i kolbami w humus. Kazałem podnieść, otrzepywać już nie, zapytałem uprzejmie co to dla odmiany miało być... Kara boska, odparła. Ach, więc teraz biczem Pankreatora się kreujemy? Cóż, dobór ostatniego słowa rządzi się dziwnymi prawami. Bo teraz już rozkaz miałem na ustach, jeden jedyny w takiej sytuacji... gdy jednak zacząłem go wypowiadać, z gęstwiny huknął strzał, jeden z trzech ocalałych Sanchezów dostał w łeb. Padło „kryć się”, wszyscy przykucnęli, poszło kilka serii tam, skąd strzelano. Przez te kilkanaście sekund nieco ochłonąłem, przemyślałem... Zabić można tylko raz – oczywista rzecz, dopiero długo później przekonałem się że nie do końca... dość, że kazałbym rozwalić jedyną sanitariuszkę w oddziale. A wiedziałem że bardzo, oj, bardzo się tego dnia przyda.
Opatrzywszy rannych i pozostawiając na szlaku dwa trupy, ruszyliśmy dalej. Mendoza, oczywiście, bez broni i pod okiem. 
Kąsali nas, powoli i metodycznie, uderzając i znikając jak duchy. To strzał z zarośli, to ciśnięty granat, raz czy dwa kłoda spadająca na głowy... jakby przeczuwali, którędy pójdziemy. Po czterech godzinach przeprawy było nas już tylko trzydzieści sztuk, z czego połowa rannych. Koniec, stwierdziłem po naradzie z sierżantami, trzeba zatrzymać się na odpoczynek, a przy okazji urządzić zasadzkę. Jak raz nadarzyła się w dżungli przecinka, na jej skraju skałki, doskonałe miejsce... wręcz zapraszające, by tam spocząć. Dlatego też kazałem je ominąć, a jak już mieliśmy pod ostrzałem, to wysłałem tam saperów... zaminowane jak cholera, ani opłacało się rozbrajać. Wybraliśmy więc inne miejsce, na skraju polanki, nieźle osłonięte – i, z wyjątkiem wyznaczonych na wartę, wszyscy padli jak muchy. Snajperzy i erkaemiści natomiast czekali... tamci musieli się w końcu pojawić, żeby spokojnie powycinać śpiących... Tak czekaliśmy godzinę, dwie... nic. Po dwóch godzinach uznałem, że trzeba się zbierać, snadź tamci wyczuli pismo nosem. I znowu w drogę. 
Może dziesięć minut później odezwało się radio... pluton C, podajcie pozycję. Czego wam nie powiedziałem, mimo skromnego zasięgu co jakiś czas wywoływałem posterunki przez radio. Bez rezultatu. A teraz – znaleźli nas...
Ha, zbyt piękne, by było prawdziwe. Zamiast zes... skakać ze szczęścia, podałem hasło kodowe. Ktokolwiek był po drugiej stronie, zamiast odpowiedzieć prawidłowo, dalej wypytywał o pozycję. Rozłączyłem.
I tak dalej... co kilkanaście minut strzał, pułapka... pluton padający na ziemię, czasem jeden już się nie podnosił... My też strzelaliśmy, na ślepo, nawet gdy zabrzmiało coś mogące być łoskotem padającego ciała, nikt nie szedł w gąszcz sprawdzić. 
Po kolejnym ataku podeszła do mnie Vasquez. Sanchez y Martinez, powiada, chyba rozmawia z kimś przez radio. Tak, ten sam, którego na inaugurację dowództwa kazałem wychłostać. Idąc, popatrzyłem ukradkiem... faktycznie, w pewnym momencie zszedł na bok, ukradkiem wyjął komunikator, zanim zdążyłem zapytać czy podejść, rozłączył się. Zdrajca? Czy może miał robaczka? Wszyscy przecież pili... z drugiej strony, jakby ukradkiem wylał, mogliśmy się nie spostrzec... na następnym, krótkim odpoczynku, wymuszonym przez opatrywanie kolejnego rannego, wysupłałem jedną z ostatnich dawek bimbru i dałem mu pić... nie, dziatki, nie nakazałem, zaproponowałem uprzejmie. Przyjął, wypił, podziękował... nic się mu nie stało. To mnie nie uspokoiło, postanowiłem obserwować go dalej. Niecałe pół godziny później znowu zaczął nadawać, tym razem przydybaliśmy go z Vasquez. 

Z początku zaprzeczył. Jak go przycisnęliśmy... krzyknął „teraz” i rzucił się w dżunglę. Znowu zagwizdały kule, poleciał granat, zanim padłem zdążyłem wyszarpnąć rewolwer i strzelić zdrajcy w plecy. Padł, a my musieliśmy odpierać kolejny atak. 
Wtedy straciliśmy Vasquez. Miała mniej szczęścia niż wtedy w baraku, tym razem dostała tuż nad kamizelką... prosto w szyję. Nogi się pod nią ugięły, siadła ciężko pod drzewem, po kilku sekundach już nie żyła 
Gdy się skończyło, kazałem przywlec to ścierwo... nie, żył jeszcze, trafiłem go w krzyże. Usadziliśmy go pod drzewem, zapierając bezwładne nogi tak, by nie zjechał. A potem wzięliśmy na pytki. Zrazu grał zucha, po co mam mówić, powiada, skoro i tak ubijecie. Co ja na to, dziatki? Ubijemy, odparłem szczerze, jeno od twojej rozmowności zależy, jak wolno i jak boleśnie...
To go zmiękczyło, zaczął gadać. Tak, zdradził nas. Tak, wszystko to byli renegaci owego Calatravo. Tak, w nagrodę miał przyjąć, za przeproszeniem, komunię z własnych rąk kapitana. Podawał im nasz kierunek, skutki ataków, ostrzegał o szykowanych przez nas zasadzkach. Zeznał, że ścigającym nas oddziałem dowodził sierżant Arvanez. Nie była to dobra wiadomość, był on starym wygą, tropicielem, który na partyzantce w dżungli zęby zjadł, z mlecznymi włącznie. Bardzo dobry ongiś żołnierz. Przy tym wybitnie drażliwy na punkcie swego, mówiąc delikatnie, niepewnego pochodzenia. I niechlubnego zawodu swej matki.
Sanchez y Martinez opowiedział wszystko, co chcieliśmy. Pod koniec dodał od siebie, że nie mamy najmniejszych szans. Na odchodnym dostał nożem w brzuch, nie za głęboko, by jeszcze trochę pocierpiał, zanim go w Quillipothach w obroty wezmą.
Co, że obiecałem mu szybką śmierć? Nie słuchaliście. Obiecałem jedynie szybszą. Mogłem wolniej, to też mu rzekłem na pożegnanie.  
Po chwili odezwało się jego radio. Zatem zabiliście Sancheza, odezwał się głos. Niewiele wam to pomoże... O, byłżeby to sierżant o czterdziestu ojcach, zapytałem uprzejmie... potem poniosło mnie kapkę, dodałem trochę o jego mamusi, czego powtórzyć się nie godzi... wyraźnie wściekły, obiecał solennie zostawić mnie na koniec, dla późniejszej rozrywki, po czym rozłączył się. 
Przyniosło to pewien skutek. Kolejny atak był znacznie silniejszy, ale i mniej rozsądny, udało nam się zdjąć co najmniej czterech. Potem znowu zapadła cisza.
Zaczęło się powoli zmierzchać. Została nas połowa. Dwadzieścia pięć osób. Chcąc nie chcąc, przyszło nocować w dżungli. Z kręcącymi się wokół zabijakami Arvaneza. A do posterunków było jeszcze z osiem kilometrów.
Znaleźliśmy miejsce do obrony, nawet nieźle osłonięte, mogące pomieścić nasze ćwierć setki. Noc zapadła, jak to w dżungli – choć oko wykol. Siedzieliśmy cicho jak trusie. I tak nas znaleźli, co chwilę rozlegały się strzały, gwizdały kule, coś latało – póki nie upadło, nie odgadłeś – kamień, czy granat.
A ja co robiłem? Wstyd przyznać,nic... leżałem w wykrocie, schylając głowę przy każdym strzale. Czy próbowałem przemówić do żołnierzy, podnieść na duchu, uświadomić, że po drugiej stronie są tylko ludzie? Skąd... ja, dziatki, tylko wydawałem rozkazy. I kazałem wszystkim siedzieć cicho. I wtedy właśnie Lucia Mendoza, sanitariuszka będąca w wojsku od tygodnia, uświadomiła mi moje błędy. To, czego nie nauczyła mnie Akademia ani dwie kampanie. 
-Przecież oni doskonale wiedzą, gdzie jesteśmy. Przemów do ludzi. To tamci mają się bać, nie my.
Potem powstała. I zaczęła śpiewać w ciemności. Pieprzną, wojskową piosenkę... snadź jedyną jaką znała, gdyż potem zaczęła po prostu lżyć wroga. Wyrzucała z siebie długie, ociekające jadem wiązanki, których ani byś się spodziewał po nowicjuszce Amaltean. Odpowiadał jej narastający wizg kul.
Mawiają, że nie słyszysz kuli, która ma cię zabić. Inne tak. Ja tedy usłyszałem tępe plaśnięcie, gdy dostała. Czy ona też – nie dowiedziałem się nigdy. Zakaszlała, plunęła krwią. Zachwiała się, ustała, jęła znowu kląć a wygrażać. Wtedy trafili ją drugi raz. Zwaliła się prosto na mnie. Coś jeszcze próbowała mówić, czego w kanonadzie nie uchwyciłem, jedno co usłyszałem to „rozgrzeszenie”.
To powinienem być ja. Wrzeszczący, zagrzewający swoich do walki. Nawet, jeśli miałbym paść – jak ona. 
Zacząłem śpiewać. Miałem większy repertuar, głos tez nawykły do długich występów... a darłem się na całe gardło, donośnie, wybierając co bardziej obraźliwe kawałki. Znowu wzmógł się ogień – ale usłyszałem drugi, potem trzeci głos, dołączający do mojego. Podpełzłem do naszych snajperów, kazałem wypatrywać celów, wierzyłem, że przecież nie są gorsi, dojrzą w mroku atakujących... a potem zaintonowałem nową piosenkę, znaną skądinąd balladę przerobioną na „Czterdziestu ojców sierżanta”. Darłem się dalej, improwizując, żołnierze wyli refren... a tamci zaatakowali. W mroku zamajaczył cień, odrobinę czarniejszy niż noc, rozległ się trzask sztucera, cień zwinął się i padł... potem drugi. Śpiewaliśmy dalej. Kilku z naszych też dostało, nie mieliśmy już Mendozy która nawet po ciemku potrafiła opatrzeć, znowu straciliśmy dwóch... Gdy jednak atak się skończył, widziałem jak obaj moi snajperzy szczerzą się w ciemności. Jedenaście pewniaków, poruczniku, zameldowali.
Tylko na tyle was stać, kurwie syny?
W dżungli rozległ się głos... poznałem – ten, z którym rozmawiałem krótko przez radio. Arvanez. Też groził donośnie, obiecując wszystkim i każdemu z osobna długie a okropne męki, jak tylko nas dostaną. Lubo z daleka, słychać było, że jest wściekły. Ma czterech na jednego, mówił. Twoich czterech nawet by z twoją starą rady nie dało, odwrzasnął któryś z naszych. A potem popłynęła kolejna sprośna piosenka... i huknęły strzały.
Po chwili uspokoiło się... jednak, mimo wszystko, nie było za ciekawie. Niemal każdy z nas był ranny, z czego sześciu na tyle poważnie, że trzeba by ich nieść... albo wlec na noszach - a do tego potrzebnych było minimum sześciu zdrowych. Do tego siódemka ranna nieco lżej, ale nie mogąca szybko iść. Amunicja też się powoli kończyła. Tak, nie była to łatwa decyzja, ale trzeba było takową podjąć. Nie samemu.

- Wszyscy nie zdołamy się przedrzeć. Mamy dwie możliwości... Lżej ranni mogą spróbować przejść sami. Jeśli nie, to wszyscy tu zostaniemy, do końca. Słucham waszych opinii...

Nie wiedziałem, co odpowiedzą. Z jednej strony -mieli pozwolić się zostawić? Na pewną śmierć? Z drugiej – tylko w ten sposób część miała szansę dotrze do bazy, z owym przeklętym słojem, opowiedzieć wszystko, umożliwić odwet. Może uratować kilka kolejnych patroli... Prawda, byli żołnierzami, znali swój obowiązek. Mimo to, nie zapomnę tego uczucia, gdy usłyszałem „osłonimy wasz odwrót”. Jedno, co mogłem wykrztusić w odpowiedzi, to Honor y Gloria.
Ośmiu łącznie ze mną miało zabrać pakunek i wynieść się po cichu. Pozostawialiśmy za sobą, w wykrocie, trzynastu rannych towarzyszy. Zostawiliśmy im całą ciężką broń, większość granatów, zabraliśmy jeno karabinki i niewiele amunicji do nich... teraz mieliśmy się przekradać, nie przebijać.
Znowu rozległ się śpiew, ruszyliśmy. Cicho, zgięci wpół, szybkim krokiem oddalaliśmy się od kryjówki, na którą po chwili ruszył kolejny atak. Przez strzały przebijał się donośny głos ostatniego Sancheza w plutonie, któremu jeszcze w faktorii Mendoza musiała amputować nogę...

Nie mam nogi, zeżarli ją moi współtowarzysze
Jeszcze ich mlaskanie słyszę...

Huk strzałów, lubo tłumiony przez dżunglę, narastał. Ale nie potrafił całkiem zagłuszyć żegnającego nas, przebijającego w chwilach ciszy śpiewu...

These cocks are made for fucking, and that's just what they'll do...

Na chwilę kanonada przycichła zupełnie... zastanawiałem się, czy to już... ale nie, jeszcze nie...

Tak krótko, tak szybko...
Ty dziwko, ty dziwkoooooooo...

Szliśmy szybko, czujni, ale jeszcze nie niepokojeni. Nie tylko honor i chwała, ale i pamięć im się należała... to był kolejny powód, dla którego musiało nam się udac. Musiał dotrzeć choć jeden z nas. Bo, na demony, taki czyn nie mógł pójść na marne. A moi żołnierze bronili się twardo. Z każdym strzałem, z każda minutą ci, którzy mieliby ruszyć za nami, stawali się mniej liczni i bardziej wyczerpani. Jeszcze po dwóch godzinach od wyjścia, wytężywszy słuch, słyszałem strzały i wybuchy... 

Oczywiście, musieli w końcu wytłuc i wystrzelać wszystkich w wykrocie, policzyć ciała, stwierdzić brak pakunku i wysłać pościg... Dniało już, gdy dogoniła nas pierwsza grupa. Tylko że dżungla była już rzadka, widoczność lepsza, a ich tylko ośmiu... Już nie próbowali podchodzić, zastawiać pułapek, po prostu nas gonili. Czterech wystrzelaliśmy z dystansu, a pozostałych – tu już poszło z bliska, na szable i maczety. Zasiekliśmy ich, porąbali, sami tracąc kolejnego, jednego tylko żołnierza. Trzeba było ciągnąc dalej. 
Ataki straciły na finezji, nie było też nigdzie słychać Arvaneza... albo zabawiał się z jeńcami w wykrocie, o ile którykolwiek dał się wziąć, albo-li dostał skurwysyn kulkę i leżał gdzieś w dżungli... Jeszcze tylko dwa razy uderzyli, ostatnią grupę, czterech zaledwie, prowadził Verdurgo. I z tych z nas, których zostawiliśmy, poza nim nie ujrzałem nikogo. Ale wiedziałem już, co robactwo czyni z ludzi, nie patyczkowałem się – miał tylko nóż, zanim go użył dostał trzy kule, poprawiłem szablą...
Pięciu z nas przeżyło tę szaloną eskapadę. Pięciu dotarło do posterunków, wciąż z zapakowanym pieczołowicie słojem. Potem dwie godziny spędziliśmy w blokhauzie z drewnianych bali, komunikując się z dowództwem… wiecie, tak by przekazać przez radio jak najmniej, a uświadomić, jakie to ważne. Na szczęście ktoś pomyślał i w regulaminie były stosowne hasła kodowe na podobną okoliczność. Gdy otrzymałem potwierdzenie… nie, nie zasnęliśmy, czekaliśmy dygocząc z bronią w ręku, czy z dżungli nie wyjdzie nowy atak. Dopiero gdy wylądował po nas skoczek, na jego pokładzie mogłem przymknąć oczy.
Nie na długo, to prawda… dwadzieścia minut później składałem już dokładny raport przed obliczem pułkownika Fereiry… zameldowałem o utracie praktycznie całego plutonu, opowiedziałem o znalezisku… godzina nie minęła, a w towarzystwie pułkownika oraz jego sztabu wywiadowczego leciałem już do sztabu legionu, gdzie po raz kolejny przyszło się wyspowiadać – tym razem przed legatem Marcosem. Dopiero wtedy umieścili mnie w przytulnym, doskonale odizolowanym szpitalu. I wreszcie dali pospać…
A potem odwiedziło mnie dwóch kościelnych, snadź wysokiej rangi. Sam fakt, że ich do mnie dopuszczono, wiele znaczył... Chcieli, nakazywali, bym jeszcze raz wszystko opowiedział. Klauzula tajności, odparłem. Pokazali mi rozkazy. Pod nimi dla odmiany podpisał się dowódca TDW. No i opowiedziałem….
Jako wam rzekłem, zaprzysiągłem wtedy milczenie, cała operacja, łącznie z tym, co nastąpiło, otrzymała klauzule tajności na lat pięćdziesiąt. 
A co nastąpiło? Powiedzieli mi… skutkiem wyprawy i zagłady mojego plutonu było dwutygodniowe zawieszenie broni między Hazatami a Hawkwoodami… na całym kontynencie. Następnie na zadanie, które miał wykonać niejaki Vega mając pod sobą pięćdziesięciu chłopa, skierowano dwa ciężkie pułki , w tym batalion komandosów i kompanię Derwiszy… tudzież pułk kościelny. Ci dotarli do miasta, wycięli w pień wszystkich, którzy stawili opór, a w mieście odnaleźli to coś, co tworzyło robale. Odnaleźli i odesłali z powrotem w Quillipothy. Demona. 
A dżungla? Nic, rosła w najlepsze dalej.

Tak zakończyła się ta historia. Jedna z takich, których nigdy nie zapomnę. A zwłaszcza małej Lucii Mendozy, którą zamierzałem po wyprawie postawić przed sądem, a dopiero po długim czasie zrozumiałem, jak wiele mnie nauczyła. 
Natomiast historia z Isaurą i jej mężem dopiero się zaczynała. Ale o tym opowiem innym razem, późno już… 
  


Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2019
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń