Menu :


Link :: 08.08.2008 :: 19:30
16-26 III 5004

Żeńcy dusz cz 3

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

... to jak, chcecie usłyszeć, jak rozwaliłem Iblisa? Oczywiście, nie rozwaliłem go w pojedynkę... prawdę rzekłszy, rozwalił się sam, myśmy jeno kapkę pomogli. Ale po kolei. Krzyknij, synku, na służbę, niech przyniesie coś na zwilżenie. Ja tymczasem zacznę.

Pierwsze dwie doby lotu upłynęły spokojnie, wręcz monotonnie. Ot tam, pobudka, trening, micha, trening, rozmowy, micha... a karmili nas podle bardzo, pożal się Wszechstwórco rybą z Madok, aż żal było do takiego gówna beczułkę naszą otwierać. Komendanta dniami całymi nie było, albo szlifował z Sylasem atlancki, albo trenował z marines. Jako więc rzekłem, spokój. Aż do poranka dnia trzeciego...

Siedzieliśmy w naszej kajucie kompanią całą, kończąc właśnie niewyszukany posiłek, gdy coś zdrowo okrętem całym zatrzęsło. Co ciekawe, alarm się nie rozwył, więc lekko tylko zaniepokojeni nie przerwaliśmy śniadania. Torres tylko wstał, połączył się z centralą, gdzie zbyli go krótkim „nic się takiego nie stało, ale nie blokujcie łącz”. Coś tu zaśmierdziało, dziatki. Na tyle, że komendant polecił paniom wbić się w skafandry, sam zasię przyodział się w pancerz i zaczął przypasywać broń. Nam nie trzeba było dwa razy powtarzać, jęliśmy ładować strzelby fleszetkami. Wtedy otworzyły się drzwi...
Zajrzał – bez pukania – jeden z majtków. Bez wstępów kazał wszystkim pasażerom nałożyć skafandry i udać się do kapsuł ratunkowych. Zaraz, jakich kapsuł, podobno nic poważnego... On tam nie wie, powiada, kazano mu tylko do czasu usunięcia zagrożenia umieścić pasażerów w kapsułach. Nikt nikogo nie będzie odpalał. Jakiego zagrożenia? Rozmawiajcie z kontrolą uszkodzeń... i po tych słowach ktoś odstrzelił mu pół głowy.
Don Alejandro nie czekał, wyturlał się na korytarz, zobaczyliśmy przez drzwi jak dwukrotnie strzela, jak sam obrywa i leci na tyłek. Wtedy już zdążyliśmy z Torresem załadować i wybiec. 
W korytarzu stał kolejny marynarz, mierzący w komendanta z pneumatyka. Co ciekawe, robił to pomimo dwóch krwawych dziur w piersi, jakie mu ów zrobił. Trzeba było poprawić... i poprawiliśmy, dwie porcje fleszetek urwały mu głowę. Wtedy padł.
Komendant podniósł się sam, strzałka którą dostał utkwiła w kamizelce. Ruszyliśmy dalej, do kajuty w której mieszkał Sylas i oboje Thana. W drzwiach znaleźliśmy leżącego Augusta. Oj, dziatki, nie wyglądał najlepiej. Postrzelony najwyraźniej nie był, ale dychający ledwo - ledwo. Gdy dowlekliśmy go do kajuty, zaczął powoli sam nabierać kolorków. I przemówił. 
Jak się pewnie domyślacie, Iblis dał znać o sobie. Tym razem dostało się nie psionikom, a nieobdarzonym. Krótko mówiąc, jak nam uprzejmie acz z wysiłkiem wyjaśnił Thana, przejęło ich coś. Nie wiadomo ilu na okręcie, nie wiadomo gdzie... zabezpieczone, powiada, są dwa miejsca – mostek i siłownia, do jednego z nich trzeba by się przedrzeć. A co zrobić z napotkanymi, że się wyrażę, opętanymi matrosami? Zabić ich można, rzecz oczywista, jeno trzeba w głowę mierzyć. A coś innego? Poświęcona broń... wystarczy lekko zranić, odparł rycerz, by uzdrowić delikwenta. 

Idziemy tedy do kapelana, zawyrokował komendant, grzebiąc w naszym tobole z bronią. Wreszcie wyprostował się, dzierżąc rapier... dość szczególny, dziatki – ten sam, który miał przed walką z demonicą, a który poświęciła Sybilla Garreh. Idziemy, powiada, na dziób. Torres i Augusto przodem, potem panie, na końcu my dwaj z tobołkiem do święcenia. 
Jasmina nagle stwierdziła, że nie idzie. Komendant westchnął, jął nalegać, nic, zaparła się. Poradzę sobie sama, powiada, o mnie się nie martwcie. Wiedziałem już że zostanie, inaczej musielibyśmy chyba przemocą prowadzić. Don Alejandro taki pewny nie był, poprosił raz jeszcze, po czym ruszyliśmy. Bez Jasminy, rzecz oczywista.
Było łatwiej, niż się spodziewaliśmy. Raz tylko trafiliśmy na opętanych, prawda że w wąskim przejściu – strzelali tylko Torres i Serena, reszta wisiała na drabince między poziomami. Ja starałem się powstrzymać odruch patrzenia w górę, gdyż nade mną była Ineza, tedy jedno zerknięcie z owej nietuzinkowej perspektywy mogłoby mnie srodze przed dalszą walką rozkojarzyć... w końcu jednak nasza straż przednia wystrzelała oponentów, mogliśmy postępować dalej.
Za kolejnym zakrętem trafiliśmy wreszcie na swoich. Zrazu nie przywitali nas z otwartymi ramionami, spojrzeliśmy w wymierzone lufy chyba sześciu strzelb. Zapytali kto zacz, a potem – nie zgadniecie – kazali wymienić apostołów. No i komendant wydukał, jak jaki pięcioletni szczyl w szkółce świątynnej... schowali gnaty, puścili nas do kapelana.
Sytuacja, jak się dowiedzieliśmy, zmieniła się niewiele. Rzeczywiście coś uderzyło w kadłub, dalej te same dwa miejsca były utrzymane, z trzech Kosiarzy dwóch było w maszynowni a Sylas na mostku... po reszcie okrętu krążyły oddziałki Marines, eliminujące resztę zagrożenia. Teraz było łatwiej, kapelan święcił broń wręcz taśmowo, a jak się dowiedzieliśmy, wystarczyło takową jeno tknąć opętanego a tracił przytomność. Zostawiliśmy więc nasz tobół, pobraliśmy wyświęcone strzelby i pałasze i dawaj do kabiny, gdzie zostawiliśmy Jasminę. Komendant wyrywał pierwszy, ani się oglądając. A na miejscu... 
Poradziła sobie... w pewnym sensie. Siedziała pod ścianą korytarza, cała zakrwawiona, przywalona marynarzem z odstrzeloną twarzą. Gdy podeszliśmy, zwaliła z siebie trupa, wstała, nic mi nie jest, powiada. To spróbujmy się rozeznać w aktualnej sytuacji, powiada don Alejandro i zaczął łączyć się z Sylasem. Okultystycznie, rzecz jasna. Po może dwóch minutach stwierdził, otarłszy krew z nozdrzy, że mu nie wyszło. A pani „nic mi nie jest” padła jak ścięta, nieprzytomna.
Komendant zaniósł ją do kajuty, gdzie szybko doszła do siebie. Ale do sił już nie wróciła, osłabła, widać było, że potrzebuje długiego odpoczynku. W związku z tym Ines z Torresem i Sereną zabarykadowali się w kajucie, ja z komendantem zasię dołączyliśmy do ekip sprzątających statek... niezłe określenie. Szło coraz łatwiej, w ciągu dwóch godzin znaleźliśmy i uśpili jedenastu majtków, dwunasty dostał bardziej nieszczęśliwie i skapiał. Na końcu dopiero, na pokładzie magazynowym, dotarliśmy do zamkniętych drzwi do składziku...
Terminal działał, komendant kazał najpierw sprawdzić czy w środku jest ciśnienie, potem otworzyliśmy. Pierwszym, co ujrzeliśmy, była wyrwana w kadłubie dziura. Taka na wylot, że gwiazdy przezierały. A mimo to, sposobem niepojętym, w przedziale była atmosfera, powietrze nie uciekało z hukiem. Przyczyna zaś leżała na podłodze...
W bryle topniejącego już, jak się dowiedzieliśmy metanowego, lodu, tkwiło coś... wyglądało podobnie jak aragoński cincalamar, jeno zamiast pięciu macek miało trzy i gały kapkę mniejsze. Na oko nie żyło, tylko... co w takim razie trzymało ciśnienie? Książę wezwał duchem ekipę do załatania kadłuba, kazał tez odłączyć prąd w sekcji... głupio byłoby zginąć w wybuchu metanu, jak w jakiej kopalni, prawda... 
Zjawili się wcale szybko, zatkali dziurę, po odpompowaniu metanu zaspawali, wynieśli owe dziwne ścierwo. Wszystko się uspokoiło, mogliśmy wrócić do kajut, zzuć wreszcie skafandry, wziąć prysznic. Dostaliśmy jeszcze wiadomość, że kapitan zaprasza na sekcję kosmicznego gościa za godzin trzy.
Komendant zajrzał do naszych sąsiadek. Jasmina spała snem głębokim, wręcz niezwyczajnym, widocznie zbierając siły. Nikt jej nie przeszkadzał, nie budził. Sami też poszliśmy jej śladem, pokrzepiając się krótką drzemką.

Sekcji dokonywał Sylas – jakby kto zapomniał, miał on wykształcenie medyczne... Kosiarz – łapiduch, brrr... Towarzyszył mu lekarz pokładowy i ów Calloway z Archiwów. Oraz, oczywista, rozciągnięty na stole sekcyjnym trójmacki kosmita. Cała widownia natomiast, w liczbie osób kilkunastu, siedziała wygodnie za grubą taflą szkła pancernego.
Wesołkowaty Kosiarz zrobił się poważny, do roboty podszedł metodycznie, wręcz z namaszczeniem. Krojąc, objaśniał głośno, nagrywał.
...dziewiąty Quillipoth według Kościoła Wszechświatowego, zerowy krąg Limbo w nomenklaturze Imperium Atlanckiego...
Jednym słowem, demon. 
...Brak układu pokarmowego... brak układu rozrodczego...
Drugim słowem, nie zje, nie wypije, nie pochędoży... tylko przejmować potrafi. Mógł to robić na dystans, aczkolwiek – jak widzieliśmy – na krótko, mógł też swymi trzema mackami zakotwiczyć się na głowie ofiary. Ot, demon. I oczywiście pochodził z Iblisa. To dla odmiany powiedziała nam jego wizytówka – bryła metanowego lodu, w której snadź przyleciał. Co takie oczy zrobiłeś? Iblis może i był lodową planetą, ale ten lód nie był z wody. Jeno właśnie z metanu.

Na tym właściwie się sekcja zakończyła. Pokrojone ścierwo trafiło do zamrażarki, my jeszcze rozmówiliśmy się z oficerami... przy okazji wyszło na jaw, że reszta pasażerów otrzymywała znacznie lepszy wikt od nas. Pierwszy się spietrał, widać było że ktoś mu wstydu narobił. Później tego dnia, gdym przypadkiem opodal kambuza przechodził, usłyszałem jak ochmistrz otrzymuje, ekhem, ustną notatkę służbową, od której ściany drżały. A kolację już dostaliśmy dobrą.

Noc upłynęła spokojnie... na czternastą dnia następnego dowództwo zwołało odprawę przed desantem na planetę. I nic by się nie wydarzyło do tego czasu, gdyby rano przy śniadaniu Inezie oraz księciu nie strzelił do głów sparring w zero-g...
Wiadomo, krążownik rzecz niemała, znajdowało się w nim kilka sal treningowych, w tym jedna z regulowaną grawitacją. Był to sześcian o boku stóp dwudziestu, z jedną ścianą przezroczystą dla widowni, w pozostałych zasię były różne występy a uchwyty, pomagajace w walce w nieważkości. Udałem się tam zająć dobre miejsce, wiedząc z doświadczenia że niech jeno wieść gruchnie a na widowni będzie pełno. 
Rzeczywiście, ledwie się pojawili, oboje w strojach treningowych... Alejandro, tyś zaiste ślepy był, ech... salka zaczęła się zapełniać. Wszedł zbrojmistrz, dał obojgu broń treningową – tępą, wielkości pałasza – po czym związał ich lewe nadgarstki linką. Po co była, pytasz? Ano, miała wiele zastosowań. Żeby przeciwnik nie uciekł. Żeby oderwać go od podłoża, gdy się samemu skoczyło. A jeśli to ten drugi skoczył, żeby go ściągnąć. Albo strzelić nim o grunt, jak się mocno zakotwiczyłeś. A jak ktoś był zdolny i wybrał dużo, to od biedy można było parować nią ciosy.
Zasady były proste: punktowane tylko uderzenia bronią, trzy punkty za cios w szyję i w mostek, dwa za cios w pierś, po jednym za inne części. Do sześciu punktów.
Wyłączono grawitację. Oboje zaczęli powoli, próbując przeciwnika i nowe warunki zarówno. Prawda, komendant był w mieczu znacznie lepszy, ale w walce zero-g równie zielony jak markiza. Poza tym, zbytnie wykorzystanie przezeń przewagi byłoby... cóż, nieeleganckie. Najpierw tedy próba walki na dystans, złapania jako – takiego oporu na ścianach... Ines zaatakowała pierwsza, komendant zrazu jeno parował, potem odbił się, pociągając markizę za sobą na lince. Skoczyła zanim zdążył szarpnąć, poleciała w jego kierunku, z bronią wystawioną jako ten czapli dziób... wylądował, cofnął się pół kroku, sparował od niechcenia, delikatnie a zręcznie przejechał ostrzem po szyi, w sposób raczej miły niźli bolesny... i trzy punkty. Człowieku, wolniej... 
Ines wylądowała, od razu zgrabną nóżką odbiła się i wpadła na księcia. Chyba jeszcze kontemplował swój, skądinąd zręczny, cios, gdyż stracił oparcie i wyleciał na środek sali, obrywając po drodze za punkt. Markiza zaparła się i ściągnęła go na dół. Już się pozbierał, miast wyrżnąć w ścianę jak alpinista pierdoła, wylądował całkiem miękko. W locie wybrał linkę i teraz to on szarpnął. Markiza poleciała, trafił ją znowu, tym razem za dwa punkty... spieszyło Ci się gdzieś, książę? Potem, przy gromkim aplauzie widowni, Czarna Ines wylądowała na komendancie, ściskając udami jego biodra i w ten sposób przyszpilając do ściany. Nastąpiło kilka sekund suspensu, po czym markiza uniosła broń, by przyszpilić dona Alejandro po raz wtóry, on zasię w miarę delikatnie wyrżnął ją kolanami w plecy, chcąc zrzucić z siebie. Co chciał, dziatki, to jedno, a co uzyskał, zmieniło aplauz widowni w wycie. Którego nie mógł słyszeć, dwa że szyba dźwiękoszczelna, a raz że uszy miał zatkane... cóż, nieziemskimi udami Czarnej Ines, którą przesunął sobie był na głowę.
Rzuciła okiem na szybę, za którą był wyjący tłum tudzież starający się zachować spokój niżej podpisany, spłoszyła się, skoczyła. Zapomniała o lince, która szarpnęła ją gdy diuk doszedł do się, znalazł zaczep i pociągnął. Role się odwróciły – teraz to ona poleciała, rozpłaszczając się na ścianie może o metr od okna, don Alejandro zasię skoczył. Rapier Inezy odbił dłonią, wyłuskwił go z rączki, złapał markizę za nadgarstki i przyparł sobą do ściany.
Tu suspens potrwał znacznie dłużej. Ineza, unieruchomiona, jęła się pod księciem wiercić, w sposób na który mało kto pozostałby obojętny... no, chyba że się nazywa Alejandro Corrinho. Widziałem, chwilę walczył ze sobą, a potem zobojętniał na jej starania. Do czasu, aż objęła go nóżką, wbijając obcas w książęcy zadek... Widownia umilkła, śledząc prospekt z rozdziawionymi gębami, szyba nieco zaparowała, a temperatura po jej obu stronach rosła... Markiza zaniechała prób wydobycia się spod diuka (wiercenia nie zaniechała, choć szkoda tak prostackiego określenia dla tych ruchów wdzięcznych), zaczęli coś szeptać, w oczy sobie spoglądać, a potem...
Daj wina, łyknę, za chwilę dokończę. Wierę, takie właśnie gały a języki wywalone, jak u was widzę, były wtedy na widowni. Uch, dobre... Kiedy więc oczy od oczu a usta od ust były już niebezpiecznie blisko... znacie ten kawał, jak szlachcianka w chwili namiętności mówi do Kajdaniarza „a teraz rób Pan, co potrafisz najlepiej...” Dokładnie tak samo, komendant odgiął się w tył i z całej siły przywalił Ines pięścią w twarz.

Wszystkich aż wmurowało. Markiza zareagowała odruchowo, chwyciła broń i dała diukowi w łeb. Potem poprawiła oburącz w uszy. A on, z twarzą kamienną, spokojną, bez cienia jakiejkolwiek emocji, zarzucił jej na szyję linkę łączącą nadgarstki i zaczął dusić. Zrobiła jedno, co jeszcze mogła – strzeliła kolankiem w klejnoty. Bez żadnego rezultatu.
Rwetes się wszczął, słyszałem jak wywołują drużynę ratunkową, medlab, byle zdążyli wpaść do sali zanim zadusi. A ja siedziałem jak wryty, patrząc na twarz i oczy mojego pana lennego. I to nie było jego spojrzenie.
Nagle odzyskał wzrok, w sekundę zorientował się, odwinął linkę z szyi siniejącej już Inezy. Później powiedział mi, co nastąpiło. W skrócie, musiał wytężyć całą siłę woli by obronić się przed urokiem pięknej markizy... tak, że demon z Iblisa wlazł w jego umysł jak do siebie i przejął ciało. A potem zaczął rozrabiać. Wejście jednak to nie wszystko, komendant już kilka razy prał się z demonami w joyride, nieproszony gość nie strzymał długo i w cztery złożenia trafił z powrotem do Quillipothów, z odciskiem książęcego buta na rzyci. 
Jako więc rzekłem, odzyskał przytomność, uwolnił Ines, której linka przecięła skórę do krwi, chciał ratować, ale właśnie wtedy przyszedł ból. Zwinął się, chwycił oburącz tam, gdzie bolało... do sali wpadli marines i lekarz, zjawiła się tez Jasmina – dopiero teraz zorientowałem się, że była wcześniej na widowni – porwali na wpół uduszoną Ines do medlabu, zapominając o lince... pociągnęli komendanta. A on... cóż, dziatki, człek kopnięty w jajca albo kwili cichutko, albo wrzeszczy wniebogłosy. Dodajmy do tego żołnierza. Dotąd siedział cichutko, skulony,ale jak teraz ryknął STAĆ KURWA!!! to zatrzymali się nawet ci wybiegający z widowni.
Odcięli linkę, ponieśli markizę. Jasmina pomogła wstać komendantowi, poprowadziła do wyjścia. Dołączyłem do nich, ale nie pomagałem, znając dona Alejandro – jak wstał, to i pójdzie. Chciał od razu iść zobaczyć Inezę, nie był to dobry pomysł...

- Ona nie chciałaby, byś oglądał ją ranną, słabą. Później, książę.

Jasmina za to wsparła go, nie zważając na spojrzenie. Powiodła do kajuty.

- Byłeś nieostrożny, książę. Potrzebujesz ochrony. I ja cię będę chronić. Za wszelką cenę, przed każdym zagrożeniem. Nie opuszczę Cię...

Dotarliśmy równocześnie z Torresem, któren oznajmił, że Ines ma się dobrze, żyć będzie. Tudzież że Kosiarz wyjaśnił, jaka była prawdziwa przyczyna książęcego ataku. Don Alejandro usiadł na koi, z sykiem bólu wyciągnął się, przymknął oczy. A Jasmina nie zważając na nic wpełzła, ułożyła się obok niego, położyła dłoń na czole. Chodź Torres, powiadam, nic tu po nas, idziem fechtować... 
Gdym wrócił po półtorej godzinie, Jasminy już nie było, komendant zasię siedział pod prysznicem, podśpiewując coś bardzo fałszywie. Zapytałem o zdrowie. Wiem, rzecze ów, że czekasz bym powiedział „nic między nami nie zaszło”. Otóż wiedz, że nie usłyszysz tego...
Zmilczałem, acz wiedziałem dobrze, że w istocie nie mogło zajść nic. Wiecie, zadbała o to Ineza. Swoim pięknym kolankiem...
Właśnie do Ines poszliśmy. Komendant, widać było, zasromany wielce, wszedł sam. Trochę czasu zeszło, gdy kajał się a przepraszał. Prawda, może i nie z jego woli, ale bezsprzecznie z jego ręki omal nie zginęła, jego ręce oszpeciły jej szyję szramą godną wisielca. Uprzedzając nieco fakty, temu zaradził później kosiarz – medyk, że i śladu nie zostało. 

Niedługo później rozpoczęła się odprawa. Tedy i ja wyjaśnień parę dam. Iblis nigdy nie był zamieszkały, natomiast krążyła wokół niego stacja orbitalna. Kiedyś była przydatna, gdy planeta była blisko wrót (co trwało może lat pięćdziesiąt), potem rozeszły się na swoich orbitach i utraciła na znaczeniu. Od tego czasu pełniła jeno funkcje badawcze oraz była miejscem karnych zsyłek. Aż koniec końców kontakt się urwał. Frachtowiec wysłany tam z kolejną zmianą zaginął bez wieści. A potem cesarstwo miało większe kłopoty na głowie, a znajdujący się daleko od szlaków żeglownych Iblis nie sprawiał ich wcale. Ot, raz zaginął nieduży liniowiec, ale nie było żadnych dowodów, że to akurat tam. Dopiero ostatnie „żniwa” przebrały miarkę. 
Wysłane sondy oraz Kosiarze odkryli coś jeszcze: aktywność na samej planecie. A ostatnie wiercenia robiono tam kilkaset lat temu. Teraz najwyraźniej znowu zaczęli, mieszkańcom udało się zmontować laser i zabrali się za drążenie tunelu do wnętrza planety. Niejako przy okazji odnalazł się ów dawno zaginiony liniowiec, zachomikowany po ciemnej stronie planety.
Reasumując, z trzech naszych plutonów marines jeden, z Sylasem w składzie, miał zająć się rozbiórką stacji orbitalnej od wewnątrz, a Audacity dokończyć dzieło. Pozostałe dwa, pod komendą naszego dzielnego diuka, z Ines w charakterze przewodnika, miały zrobić wjazd na powierzchnię i zagłębić się w tunele, gdzie ponoć trzymano duszyczki. 
To tyle, dziatki. Mieliśmy trzy godziny na krótką drzemkę i przygotowania do desantu. Komendant odbył jeszcze rozmowę z Jasminą...

Pójdę, by Cię chronić, książę. Musisz mnie zabrać, nie odstąpię. Jeśli każesz mnie tu zatrzymać, będę Cię strzec z odległości. Jeśli każesz uśpić, pokonam to i również będę cię chronić. Za wszelką cenę. Nawet własnego życia...  

W kajucie zażądał jeszcze wina, Jasmina oponowała, że nie powinien przed walką, z braku własnego dziecka jęła mamuśkowac księciu, on jednak oporny był. Nie wiedziała snadź, że jeśli tylko była możliwość, Alejandro nigdy nie stawał do bitwy bez łyku wina. Ot, zwyczaj miał. W każdym razie zasnął, simulacra siedziała cały czas u jego wezgłowia, po dwóch godzinach wybudziła, nadszedł bowiem czas się odziać w zbroje. Ktoś z was miał okazję? Wiecie, jak pewien mędrzec kiedyś napisał, w zbroi nie ma gdzie wyjść z potrzebą... służący przyniósł tedy cewniki, strzykawki, tubkę żelu... jeden po drugim znikaliśmy w kabince, gdzie trzeba było sobie, hmmm, założyć. Jasmina wymknęła się zaś, zapewne do medlabu, by tam ją obsłużono. Potem, ze zwisającymi z gaci zaklemowanymi wężykami, pomaszerowaliśmy do zbrojowni. Komendant, obeznany, wlazł w ciężki pancerz wspomagany... jam się na takim nie znał, nigdy nie używałem, wzułem zwykły skafander bojowy, lekko opancerzony. Teraz broń... już nie pneumatyki i strzelby fleszetkowe, projektowane by broń Wszechstwórco nie przebić kadłuba, jeno porządne sztuki, broń plazmowa, gaussy i ciężkie lasery. 
Pojawiła się też Jasmina, od tej pory już nie odstępująca dona Alejandro na krok. Ineza, wielce niezadowolona że kombinezon maskuje jej wdzięczne kształty. Dwóch Kosiarzy. Pozostałych siedemdziesięciu uzbrojonych po zęby Marines, w tym osiemnastu w ciężkich pancerzach. Ruszyliśmy do lądowników.

Lot i lądowanie... ha, tego, zamiast słuchać, lepiej spróbować. W lądowniku siedzisz w fotelu, który później będzie twoją kapsułą przy lądowaniu, vis a vis innego człeka z oddziału. Start, krótkotrwała nieważkość. Potem włazicie w atmosferę, zamyka cie i unieruchamia metalowa rama, łącznie z hełmem, tak że jedyne co widzisz to łeb tego z naprzeciwka i jego oczy w wizjerze. Chyba że, jeśli to nowy, puści pawia wcześnie, wtedy oczu nie widzisz, jeno śniadanie. Bo, dziatki, przy wejściu trzęsie jak cholera. Następnie w słuchawkach rozbrzmiewa ci odliczanie... tu przynajmniej nie było innych rozrywek, na przykład ognia pelot... nagle słyszysz ZERO i wszystkie flaki chcą wyleźć ci nosem, gdy kapsuła przez sekundę przyspiesza w dół. Już nie widzisz tego z naprzeciwka... chyba, że odpaliło was bez interwału, a wtedy niedobrze, gdyż się pewnikiem zderzycie. Widzisz kręcącą się wokół planetę i czerń nieba. Statku nie wypatruj, to po prostu jedna z wielu gwiazd. Potem zaczyna się hamowanie, jeśli jest atmosfera to z ramy nad tobą wyskakują wirujące skrzydełka, niemal tak samo skutecznie a wytrzymalsze od spadochronu. Ty wirujesz nieco wolniej w drugą stronę. Nie masz co patrzeć na wysokościomierz ani stoper, trzepie tak że nie dostrzeżesz wskazań. Lądując na dużej planecie możesz się orientować tylko po zmieniającym się kolorze nieba... gdyż konstrukcja kapsuły nie pozwala, na szczęście, spojrzeć w dół. Iblis atmosfery nie miał, więc mogliśmy polegać tylko na odpaleniach kolejnych rakiet hamujących. Najbardziej nurtuje jedna myśl - „czy nie powinien już odpalić...?” Wiecie, zrzut jest bojowy, więc by utrudnić przeciwnikowi działanie odbywa się on jak najszybciej – a to oznacza ostre a krótkie hamowanie najniżej, jak się da. Ostrzeżeniem jest powiększająca się krzywizna planety, oraz – w ostatniej sekundzie – kombinezon ściskający ci nogi, żebyś wytrzymał. Masz sekundę – dwie na zaciśnięcie pośladków, gdyż potem kopie cię dziewięć g przez sześć sekund. Teoretycznie powinno cię to wyhamować na poziomie gruntu. Czasem zero wypada dziesięć metrów nad ziemią, czasem – dwadzieścia pod... Jeśli przeżyłeś, nie łamiąc nóg ani nie puszczając w spodnie, nikt z kamratów nie spadł ci na łeb, krótko mówiąc, jeśli możesz wstać i odejść, to dobrze wylądowałeś. I możesz zacząć się martwic, gdzie są pozostali...

Nasze lądowanie odbyło się bez kłopotów i strat. Moje „zero” wypadło dwadzieścia metrów nad lodową równiną, na którą dzięki niskiej grawitacji opadłem powoli i dostojnie. Kompania zebrała się i tyralierą ruszyliśmy w kierunku odwiertu. A tam – pusto... nie, studnia była, pokaźna, osiem metrów na wskroś, z pięćdziesiąt w głąb, gdzie zakręcała. Wokół walało się trochę skrzyń, resztki metalowego rusztowania, ale ani żywej duszy. Komendant naradził się z dowódcami plutonów, zostawiliśmy pikietę u wylotu, zamontowali wyciągarki i dawaj w dół. Od dna studni odchodził tunel niewiele mniejszy, wiodący pod niedużym katem w dół, w trzewia planety. Sformowaliśmy szyk, osły i uczeni do środka, komora z ciałem Wolvertona takoż, zawołał diuk, pancerni wysunęli się na szpicę i naprzód!
Szliśmy długo... zasięg komunikatorów powoli zanikał, zostawialiśmy co kilkaset metrów przekaźniki. Po może dwóch kilometrach tunel rozdwajał się... Ineza po namyśle wskazała lewą odnogę, kolejna szóstka została przy rozwidleniu. Kolejne dwa kilometry, coraz niżej, wreszcie korytarz się rozszerzył. Kawerna była spora, dobre pięćdziesiąt metrów wszerz i wzwyż, długa na dwieście. Kręciło się tam kilkunastu opętanych, we wdziankach naukowców, bez żadnych hełmów czy masek, niewiele sobie robiąc z braku atmosfery. Zoczywszy, rzucili się na nas. Z tym rzucili kapkę przesadziłem, przyznaję... Leźli powolnym, rozlazłym krokiem, wyciągając co który miał pod ręką. Komendant rzucił krótkie fwego, nasze serie w ciągu sekund rozsmarowały ich po ścianach. Potem był czas rozejrzeć się. W lodowych ścianach dało się zauważyć kilka zatopionych, znanych nam już trójmackich potworków różnej wielkości. A jedna ściana, dziatki, nie była z lodu. Była... żywa? Nie, to zdecydowanie złe określenie. Pozwólcie mi zacytować jednego z naszych Kosiarzy – cóż, to była macka. Idąca nie wiedzieć skąd, nie wiadomo gdzie (ale zapewne do jądra planety), rozmiarów tak tytanicznych że na całej wysokości kawerny – a było to pół setki metrów – ledwo dało się zauważyć krzywiznę! Błyszcząca, szarosina, pulsowała leniwie w światłach lamp. Śpi, lepiej nie budzić, orzekło dowództwo. A jeszcze lepiej się pospieszyć i dopaść delikwentów z owym górniczym laserem zanim ci dokopią się, że tak powiem, do sedna.
Świadomość, co tamci zamierzają obudzić, dodała nam motywacji. Popędziliśmy w dół, niemal biegiem, rozstrzeliwując po drodze nieliczne grupki stawiających opór opętanych. Na rozwidleniach kierowała nami Ineza. Powoli przestałem liczyć kilometry... W jednej z kolejnych kawern napotkaliśmy nowe znalezisko. Wyryte w lodzie zagłębienie, a w nim tuziny świecących kul, rzekłbyś z lodu toczonych. Tu są dusze, orzekł Kosiarz. Zanim zdążyliśmy pomyśleć, co dalej z nimi czynić, z korytarza naprzeciwko ktoś wylazł. Samotna postać. Marines unieśli broń, komendant jednak strzelać zakazał. Tamten lazł ku nam, owym powolnym krokiem opętanego, mamrocząc coś. Na skroniach i tułowiu miał ślady jak po dwóch mackach, gdy się odwrócił, ujrzeliśmy trzeci na karku. Don Alejandro kazał podsunąć mikrofon na kiju... 

Uwolnijcie mnie

Proszę proszę, byłażby to duszyczka kawalera Wolvertona, tak brutalnie wyrwana z powłoki doczesnej w naszej łaźni? Przydałoby się zweryfikować, zanim pozwolimy jej wskoczyć w ciało. Komendant zapytał o ich pierwsze spotkanie. Odpowiedział dobrze. Ines włączyła się w konwersację, co usłyszałem to początek wiersza, który ów dokończył. Deklamować ni cholery nie umiał, ale nie o to chodziło. Otwarto komorę stazy, skorupa podreptała w pobliże, nagle zwaliła się bezwładnie, a leżący w skafandrze Wolverton otworzył oczy i wstał. Ledwie wylazł, jął błaznować, samemu chodzić jako ta skorupa, z rękami wyciągniętymi...

Aleksandrze, jeżeli teraz powiesz „mózgi”, poczuję się zaniepokojona...
 Mózgi...


Diuk uznał test za pomyślny, jął wypytywać. Wiele nowego się nie dowiedział, opętani z Iblisa próbowali odkopać i obudzić wielkiego demona. Ściągnięte w czasie Żniw dusze psioników były po prostu na karmę, by zwiększyć ich moce. A oddział górniczy wraz z laserem rył gdzieś niedaleko.
Co do kul z duszyczkami, to wyciągnięcie Wolvertona z komory załatwiło problem transportu. Nasypaliśmy ich na jego miejsce, akurat starczyło. Podobno to był komplet, tedy komendant odesłał komorę na powierzchnię. A reszta ekipy – naprzód i w dół...

Wystrzeliwanie kolejnych opętanych szło łatwo, wręcz za łatwo. Żołnierze zrobili się pewni siebie, nawet trochę za bardzo. Przy wyjściu z kolejnej kawerny trzech chwacko skoczyło za następny zakręt... po kilku sekundach pojawił się tylko jeden, w podziurawionym pancerzu, tylko po to by paść na naszych oczach. Komendant gestem zebrał pancernych, poszli. Ma się rozumieć, popędziłem za nimi, będąc może o kilka sekund z tyłu. Co ujrzałem...
Naprzeciw stało trzech opętanych, ci mieli zakotwiczone na łbach demony, wyglądające w tej pozycji jak osobliwe hełmy. Jeden z pancernych obrócił w rękach karabin plazmowy, przyłożył sobie pod brodę i strzelił. Komendant był drugi, widziałem jak mocuje się z ciężkim gaussem, jak po chwili upuszcza go i kosi całą trójkę skorup z pulsera zamocowanego w karwaszu. Wydawało się, że to koniec. A wtedy trzeci żołnierz wymierzył w księcia.
Don Alejandro uchylił się, ciosem pięści ukruszył lufę broni, wpadł bykiem i obalił strzelca. Pomógł drugi, potem trzeci, razem przewrócili wierzgającego delikwenta na brzuch. Wiedzieli że w pancerzu nie ma jak dziabnąć go święconą bronią, ale na plecach było główne ogniwo, wystarczyło je wyjąć i odczekać parę minut, aż zdechnie rezerwowe. A potem zanieść wojaka na statek i tam uleczyć. Zanim jednak to uczynili, tamten zwisł bezwładnie, gdy obrócili na plecy, ujrzałem krew na wizjerze od wewnątrz. 
Komendant wstał, popatrzył w moim kierunku. Nie na mnie... spojrzałem – obok stała Jasmina. Coś do niej mówił na zamkniętym kanale, więc słów nie słyszałem, ale starczyło widzieć jego oczy w wizjerze, zaciśnięte pięści zbroi – wściekły jak rzadko. Po chyba dwóch minutach odwrócił się, gestem zebrał pozostałych i ruszyliśmy. 
Za zakrętem był drugi cel naszej wyprawy. Jaskinia była olbrzymia, trzysta metrów wysokości, żebym tak zdechł. Na drugim końcu stał wielki jak stodoła laser, a na nim i wokół niego dobra setka opętanych, w tym ze dwudziestu w owych żywych hełmach. Za laserem z tyłu ziała przepaść.  
Może i było ich stu, ale nie to wyszkolenie, nie ten sprzęt. Wymiana śmiercionośnych argumentów potrwała może trzy minuty... trupy zaścieliły salę, laser też mimochodem oberwał kilkakroć z granatników i plazm... cóż z tego, gdy tamci uzyskali, co chcieli...
Tam, gdzie stał laser, kończyła się biel lodu. Dalej ściany miały znajomą, oślizgłą, szarosiną barwę. I nagle część jaskini zamknęła się , jakby zacisnął się pierścień tej samej barwy. Nie była to przepaść, dziatki... to była paszcza potwora. Demona siedzącego w głębinach Iblisa... a raczej tworzącego jądro tej planety. Bo jak nie nazwać potworem istoty, której paszcza mierzy tysiąc stóp średnicy, jak nie więcej? I jeszcze jedno: najwyraźniej się obudził.

Komendant obliczył, ile mamy do powierzchni, następnie kazał uzbroić dwie megatonowe walizki, jakie posiadaliśmy. Pół godziny opóźnienia. Jedna poleciała w paszczę, drugą postawiliśmy na brzegu... i w nogi. Co mu mogły zrobić, pytasz? Jak się okazało – tak jakbyś ziarnko pieprzu rozgryzł. 
Za to sprint na powierzchnie odbył się w tempie niesłychanym. Wolniej biegnących pancerni brali po jednym pod każdą pachę i nieśli, jedna czwarta grawitacji... tak że owe minut trzydzieści okazało się ze sporym zapasem wymierzone. Mogliśmy nawet pokontemplować przez chwilę piękny obłok rozżarzonej plazmy w miejscu, gdzie była stacja orbitalna. Potem z nieba spłynęły skoczki, a sierżanci w krótkich żołnierskich słowach kazali spieszyć się z wsiadaniem. Byliśmy już dobrze wysoko, gdy lód wokół studni pokruszył się nagle, a po chwili trysnął stamtąd słup ognia. Skoczki wznosiły się dalej, by po krótkim locie wylądować na pokładzie Audacity. Krążownik nie mieszkając dał pełny ciąg, by zwiać jak najdalej od tego przeklętego miejsca. 

Tak to wywieźliśmy kawalera Wolvertona tudzież dusze psioników z B2. Jednak, od ocalenia ich było jeszcze daleko. Jako rzekłem, okręt nasz ruszył, jak to dawniej mawiano, pełną parą. Lecz Iblis, jak każde szanujące się przeklęte miejsce, miał swoje własne plany. I zaczął nas gonić.  




Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2019
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń