Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


16-26 III 5004

Żeńcy dusz cz 4 - epilog, czyli wszystko i tak pozostaje w rodzinie

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Na czym to ja skończyłem? Ach, tak... Jak to Iblis zaczął gonić krążownik Jego Cesarskiej Mości Audacity, na którego pokładzie pośród kilkuset innych znajdowała się i moja skromna osoba. Jak, że planeta nas goniła? Ano, nieledwie. Równocześnie z naszym odlotem lodowa skorupa planety jęła pękać, rozpadać się na kawałki, żeby nie brak atmosfery łoskot byłby zapewne nieopisany. Jeszcze dało się widzieć na monitorach, jak spod rozpryskujących się brył lodu wyłania się macka niesłychanej długości, mierząca ponad tysiąc kilometrów. Wskutek rosnącej szybkości okrętu, obraz zmniejszył się już znacznie gdy pojawiły się kolejne. Kapitan kazał odpalić jedną z trzech pozostałych sond, by mieć lepszy obraz – i takowy pojawił się na jednym z ekranów. Ano, to co wyłoniło się ze szczątków planety, wyglądało podobnie jak demony, które widzieliśmy wcześniej podczas tej wyprawy – trzy macki, dwoje wyłupiastych oczu, podobny do kalmara. Tylko ci, co byli w jądrze planety widzieli, że w paszczę stwora zmieściłby się Cadiz. A sonda pokazała nam jego rozmiary. Gdzieś z lewej na ekranie majaczył nędznie snop światła wyrzucany przez silniki Audacity, mierzący osiemset kilometrów. Nędznie, gdyż kadłub i macki potwora mierzyły razem czterykroć tyle. A potem stwór ruszył za krążownikiem.
Wkrótce zniknął z zasięgu sondy, za to pojawił się na tylnych sensorach artyleryjskich. Prawda, przy takich rozmiarach trudno go było przegapić. Odsadziliśmy go na szesnaście tysięcy kilometrów, potem zaczął nas powoli doganiać. Tak, dziatki, sadził niemal czterdzieści osiem g. 
Wiedzcie, że nie wygląda to tak, jak na kiepskich holovidach - w których marynarz widzi przez lornetę ścigający okręt, a ogień prowadzi się na odległość rzutu kamieniem. Chociaż w istocie wpuszczono nas na pomost manewrowy okrętu, ten z oknami. Na bojowy już nie mieliśmy wstępu. Natomiast jedyne informacje znajdowały się na ekranach. Nawet kontakt na radarze artyleryjskim nie miał zarysowanych macek, był tylko jedną, acz wielką, kropą. Jedynie cyferki, pokazujące odległość, cokolwiek mówiły. Zmniejszały się.
Lekkie wstrząśnienia okrętu i oddalające się od burty, nagle zawracające w tył iskierki powiedziały nam, że Audacity zasypał potwora torpedami. Zasypał, dobre... po wystrzeleniu jednej w stację orbitalną a drugiej do spoczywającego na planecie liniowca, zostało ich raptem dziesięć. Ich eksplozje za rufą... jakby na sekundę zapłonęła tam jaśniejsza gwiazda pośród setek innych. Bydlę zwolniło. Na krótko...
Ale, prawda, na chwilę przestał się zbliżać. Z drugiej strony, niemal pięćset megaton mogło zrobić na potworzysku większe wrażenie. Został na czternastu tysiącach kilometrów, co i rusz zmniejszając albo zwiększając ten dystans o tysiąc – dwa... Jakby chciał, a nie mógł. Albo bawił się z nami.  
I tylko cyferki, wykresy... gdy podlatywał bliżej, krążownik otwierał ogień ze swej skromnej rufowej baterii. Nawet tego nie dało się poczuć, widzieliśmy jedynie krótkie błyski na rufowym monitorze gdy strzelało działo plazmowe. Żeby było śmieszniej, te łaskotki snadź wywierały większy efekt niż wystrzelone wcześniej torpedy, po salwach stwór zwalniał wyraźnie, a potem znowu podejmował pościg. 
Minuty przeciągały się w nerwowe godziny. Nie wiedzieliśmy, jaka atmosfera panuje na pomoście bojowym... u nas mało kto wychodził, chyba że za potrzebą; komendant i Ines stali w bezruchu niemal, obserwując ekrany, z rzadka tylko zwilżając wyschnięte usta łykiem wina. Jak nam później powiedziano, z drugiego pomostu zniesiono oficera torpedowego; serce nie wytrzymało. 
Siedemnaście godzin. Długich, nerwowych godzin, wypełnionych pytaniami z cyklu „jak długo”. Jak długo wytrzymają pracujące pełną parą pompy chłodzenia reaktorów? Cewki i kondensatory strzelających bez ustanku dział? Kompensator przyspieszeń? Jak długo mieszkańca Iblisa będzie spowalniał nasz ogień? Poza tym, dziatki, nie mogliśmy przyspieszać w nieskończoność. Koniec końców trzeba było zacząć hamować, jeśli nie chcieliśmy przestrzelić układu i wlecieć w Mrok z jego drugiej strony.  
Po siedemnastu godzinach nastąpiło coś z kategorii Deus ex machina. Obecny na pomoście Kosiarz nagle wyszczerzył się i oznajmił „są”, a sekundy później radarzysta wrzasnął KONTAKT! Od czoła pojawiły się dwa obiekty, które snadź dawno już weszły na kurs zbieżny z naszym, gdyż szły względem Audacity z niewielką stosunkowo prędkością – i zwalniały. Z przyspieszeniem niemal czterykroć większym od naszego – tak by zrównać się ze ścigającym nas potworem. Krótko mówiąc, były to dwa behemoty. Każdy z nich wielokrotnie większy od Montezumy czy Cadiza. Z drugiej strony, przy mierzącym tysiące kilometrów demonie były jak kruszyny. Ale, dziatki, nie w rozmiarze siła, jakem kiedyś po pijanemu ułożył fraszkę do małżonki Aleksego Iwanowicza:

Wiesz zatem, która leżysz pod Iwanowiczem
że bez techniki, wielkość jest niczem


Więc nie rozmiar miał tu znaczenie... na ekranach zrobiło się trochę kaszy, gdy wypuściły myśliwce. A potem zrównały się z potworzyskiem i otworzyły ogień. Widzę, część z was wie, co potrafi behemot. To już było widać na monitorach, nawet z tej odległości. Orały jego cielsko strugami energii, aż zaczął się skręcać, zapadać w sobie... niewiarygodne, ale robił się coraz mniejszy. I mniejszy... Już nie miał tysięcy kilometrów, jeno setki, dziesiątki... w końcu skurczył się – i zniknął. Dopiero po chwili, gdy z głośnika popłynął przekaz z obu Behemotów (cesarskich, nie Anubisowych, jakby się kto pytał), rozległo się zbiorowe westchnienie ulgi, a następnie wiwaty. 
Komendant wyszedł z pomostu. Patrząc na jego minę, wiedziałem gdzie poszedł. I zaiste – znalazłem go w bocznej galerii, pod wyciągiem wentylacji. Pierwszy raz od czasu Stygmatu patrzyłem, jak zadowolony kurzy cygaro.

Dobry nastrój potrwał aż do wieczora... tak, dziatki, co dobre, szybko się kończy. Wieczorem, gdy spożywaliśmy w mesie kolację (i był to już oficerski wikt, nie ryba z Madoc), Wolvertona nagle wezwano od stołu. Oj, dziwnie to przypomniało początek historii, która właśnie nas na Iblisa zawiodła. Zwłaszcza, że do mesy już nie wrócił. 
Jemu się jednak krzywda nie stała. Natomiast innym... Ines, przechodząc po kolacji obok medlabu usłyszała dość donośną dyskusję pomiędzy Wolvertonem właśnie a Pierwszym. W uszko wpadło jej niewiele, tyle, że stan rannych się ponoć pogarszał. Jakich rannych, spytacie? Ano, z Iblisa. Konkretnie, ze stacji orbitalnej – pamiętacie, w tunelach straciliśmy kilku zabitych, ale rannych nie było. Sęk w tym, że – jak to słyszeliśmy kilkukrotnie – ci ze stacji potrzebowali kilku dni na wylizanie się z ran, nie było to – ponoć – nic poważnego.
Następnego dnia rankiem komendant, idąc do sali treningowej, minął się z lekarzem pokładowym. Zmęczonym, niewyspanym, wyczerpanym – i wędrującym do medlabu. I tu zrobiło się podejrzanie, dziatki. Proste dodawanie, na poziomie szkółki przyświątynnej, wykazało iż medyk jest na nogach niemal dobę. A czas służby, zwłaszcza na okręcie wojennym, rzecz święta i nieprzekraczalna. Musiało się tedy stać coś naprawdę ważnego – wiecie, zmordowany łapiduch potrafi narobić czasem więcej szkód niż brak łapiducha.
Może to jednak, orzekli Ines z komendantem, iście wewnętrzna sprawa Marynarki. Nie chcą, prawda, pary puścić – ich sprawa, wszak jesteśmy tu jeno gośćmi. Ufajmy, że nie dotyczy to nas bezpośrednio... zwłaszcza że pani „nic mi nie jest”, czyli Jasmina, od wylotu z Iblisa też coś słabowała, nie opuszczała kajuty – acz twierdziła, że nic jej nie dolega, że wraca do sił.

Komendant jednak nie do końca się uspokoił; podczas kolejnej lekcji atlanckiego pociągnął za język Sylasa. Nie wiem, jakich argumentów użył, dość że dowiedział się – zmarło trzech z ośmiu „lekko rannych”, a lekarze i dowództwo podejrzewają obecność wampira psionicznego na pokładzie. Ano, wiecie, zdarzają się takie stworzenia... pewnie była takim i świętej pamięci świekra mego brata, pamiętam że jak przyjeżdżał od siebie to wymizerowany zawsze, a kilka dni wystarczało, by kolorki a siła wróciły doń – i nie bardzo miał ochotę wracać. Wybaczcie dygresję... w każdym razie, istnieją tacy – czasem świadomie, czasem nie, wysysają energię z ludzi. Czasem niewiele, że jeno zmęczenie czujesz, czasem dość by uśmiercić... dość, że na takie dictum don Alejandro wypowiedział jedno słowo.

Jasmina...

Jak mi później opowiadał – nawet nie tyle, że się wymsknęło. Nie podejrzewał jej. Ot, pierwsze skojarzenie. Kosiarz jednak spiął się, zamyślił... oczywiście że to jedynie skojarzenie, powiada, chciałby jednak rzucić okiem na Jasminę. Komendant wzruszył ramionami – żaden problem, rzecze, zajrzymy zapytać ją o zdrowie w drodze na trening. Jak pomyśleli, tak zrobili.
Nie myślcie, do żadnych dramatów więcej nie doszło. Zapukali grzecznie, weszli, Jasmina odparła iż ma się coraz lepiej. Sylas wrócił do swoich badań, diuk zasię w istocie poszedł na trening, gdzie miał się zmierzyć z kapitanem marines. 
Ci dwaj znaleźli wzajem w sobie godnych przeciwników, pierwszy górował ogólnie szybkością i technika robienia krzywdy bliźnim, drugi – doświadczeniem i niuansami walki pokładowej. W tradycyjnym 1g komendant zjadał kapitana na śniadanie, ale na przykład w zero-g albo dwa i pół bywało różnie... po co dwa i pół, pytasz? Cóż, jam w wielu abordażach nie brał udziału, ale raz czy dwa... w każdym razie, jeśli na pokładzie statku zjawi się uzbrojona wycieczka, w dobrym tonie jest utrudnić im życie i poruszanie się. Na większych okrętach, poza bronią, służą do tego pułapki grawitacyjne. Ot, korytarz w którym nagle zanika ciążenie. Albo robi się 4 g... Albo tylko 2, tyle że w bok, do ściany... Żołnierz przygotowany to żołnierz skuteczny, nieprzygotowany zasię – to rozpłaszczony. Tyle tytułem dygresji.  
 
Komendant dorwał Atlantę dopiero po południu owego dnia. Kosiarz nawet nie wykręcał się, stwierdził bez bicia iż nie wolno mu nic w tej sprawie powiedzieć. Tym się don Alejandro nie zadowolił, jął naciskać. Skoro Sylas zainteresował się Jasminą, tedy sprawa dotyczy już naszej gromadki. Tajemnica. Niech przynajmniej powie, rzecze książę, czy to Jasmina. Nie, to nie ona, skłamał Kosiarz bez mrugnięcia okiem.

I co nastąpiło? Nic, dziatki... znaczy, jeszcze nic. Raz, że sprawa się uspokoiła, z medlabu już nikogo nie wyniesiono w worku. Dwa, że niedługo kolejna rzecz zaciążyła na głowach i humorach naczalstwa. Kolejnego ranka (a do B2 było już blisko), Inezę i komendanta zaprosił do siebie kapitan. Bardzo oficjalnie, co oznaczało że sprawa jest poważna. Pospieszyli tedy do kajuty kapitańskiej i dowiedzieli się...
Nie należy zapominać, że na B2 zostało sporo niekoniecznie przyjaznych nam organizacji... z rodzinką Klonino na czele. Dotąd, jak zapewne pamiętacie, działali raczej z ukrycia i w rękawiczkach, bez ataków, nazwijmy to, frontalnych. A tu nagle zdecydowali się przypieprzyć z grubej rury... a konkretnie, rakietą Mathogo, którą wystrzelili w apartament dona Alejandro z sąsiadującego budynku. Eksplozja zabiła czworo naszych, kolejna czwórka, w tym zastępujący Inezę Velasquez, odniosła rany. Z tamtych udało się ubić jednego, dwóch zasię pojmać. Reszta dała nogę. Jednym ze złapanych był, o przepraszam, odpowiadał rysopisowi Pedro Corrinho Dulcinea...
Tak, ciekawe, czy znowu (podobnie jak z fałszywą Carmelitą) dał się złapać tylko po to, by coś nam przekazać... niewykluczone, zwłaszcza że akcja snadź nie wymagała udziału jego samego, mogło ją doskonale wykonać kilku obwiesiów.
Tenże raport przesłała nasza ambasada, a konkretnie – przybyły z Rawenny konsul. I to była druga wiadomość, tym razem dobra – transport, o którym mówiłem uprzednio, dotarł był szczęśliwie na planetę. Nasza rezydentura wzbogaciła się o niemal setkę głów, w tym kilku operów Ręki, ale także – co aktualnie było chyba ważniejsze – pracowników administracji. Na ich czele stał wspomniany konsul, Hernando Flavio Metternich baron Bursanda. Że słów kilka opowiem, był on do niedawna dyplomatą w ambasadzie hazackiej na Delfach. Historia owej placówki jest o tyle ciekawa, że gdy rozpoczęła się wojna, nikt stamtąd nie wyjechał... Hawkwoodzi odcięli ich i kropka. Po paru miesiącach kwarantanny cały personel był już duszą i ciałem za Juanem Hirańskim, ewentualni poplecznicy Aragońskiego przeważnie powymierali... na co? Na tak zwane bardzo ostre zapalenie płuc, przeważnie... dość, że była to chyba jedyna placówka dyplomatyczna, która dostała się Wolnym Hazatom, że się wyrażę, w całości. Wszyscy dostali kopa w górę i kilka szczebelków i sformowali podstawy naszych nowych służb dyplomatycznych.

Tyle o nim... spotkaliśmy się dopiero później. Nie, jakby się kto pytał, Audacity przyleciał na B2 również bez problemów, kapsuła z duszyczkami trafiła do Poszukujących, Wolverton cały i zdrowy... jeno nie lądowaliśmy od razu na planecie. Komendant wynegocjował bowiem wydanie i przewiezienie jeńców na jacht Inezy, by tam ich przesłuchać. 
Prawdę rzekłszy, zanim zjawiliśmy się na jachcie, obaj jeńcy byli już wstępnie przebadani... wyszło na przykład, że nie ma co się bawić w zbiornik deprywacji sensorycznej, gdyż obaj byli nań uodpornieni. Natomiast działały na nich wzmacniacze bólu, tudzież wszelkie tradycyjne środki. Upewniliśmy się też, czy zaiste jest to klon – poszło szybciej niż z Carmelitą, Sylas bowiem na odchodnym wyjaśnił nam metody sprawdzenia.  
Drugi z jeńców był klasycznym hodowlanym ochroniarzem, darowaliśmy sobie póki co rozmowę z nim. Natomiast „Pedra” chciał komendant potraktować z całą należną rewerencją. Ma się rozumieć, coby prawu stało się zadość, przesłuchanie było oficjalne, ze stenotypistką i takie tam... Jakim prawem, pytasz? Sprawa była na poły nasza i Rycerzy Poszukujacych. Natomiast że był to Hazat (mniejsza o to że z kadzi), podlegał on jurysdykcji dona Alejandro, jako diuka i tym samym najstarszego rangą przedstawiciela rodu na planecie. Ineza, owszem, pełniła obowiązki posła, ale komendant był ponad nią.

Dwóch rosłych matrosów posadziło skutego więźnia na krześle... ile to już lat nie widzieliśmy jego twarzy? Trzy? Rzekłbyś, podobieństwo idealne. Jednak brakowało blizn. Nawet tych najstarszych, łącznie z konotatką czteroletniego wówczas Alejandro, wykonaną saperką na skroni przyrodniego brata. Wszystko inne – gesty, mimika – te same...
Komendant przemówił. Rozpoczął uprzejmie, być może jeniec w istocie chciał coś powiedzieć bez tortur. A tamten – znać było, że ma zadanie do wykonania. Pozwolić się pojmać, przekazać co ma. A co potem – nieistotne. Pieprzony kolektyw pieprzonych klonów. Dowodzony, co już wiedzieliśmy, przez Pierwszego.
Z istotnych rzeczy, padło tylko jedno – Stwórca. Tak określał ów „Pedro” osobę stojącą za całym, za przeproszeniem, przedsięwzięciem. Więcej nic powiedzieć nie chciał. Tortury, dodał od się, nic nie dadzą, gdyż on nic więcej nie wie. Ale tortury i tak będą, odparł don Alejandro z rozbrajającą szczerością. Klon jął lżyć, czemu komendant przysłuchiwał się zrazy spokojnie, dopiero przy „skurwysynu” nie zdzierżył i poczęstował więźnia szybkim prostym. Oba matrosy, zawstydzeni że nie upilnowali i jeniec wraz z krzesłem wylądował na podłodze, postawili klona z powrotem do pionu. Diuk nasz zasię pomówił na stronie z Wolvertonem. 
Tortury torturami, warto by mu do łba zajrzeć. Ja tam się nie znałem, nie wiedziałem wtedy jeszcze że można delikatnie, skanem, można też zrobić tak zwany gwałt psioniczny. W drugim przypadku ponoć wyrywa się hurtem wszystkie myśli i wspomnienia. Nie jest to podobno ani przyjemne ani bezpieczne dla obu stron, ale nie mnie o to pytajcie, nigdy nie robiłem, bo i jak... dość, ze Wolverton zgodził się obejrzeć delikwenta. Po chwili stwierdził, że więzień ma blokadę. Owszem, da się zrobić skan, jeno w chwilę potem klon umrze. Jasmina włączyła się w dyskurs, podjęła się zrobić skan sama, niech jeno kawaler zdejmie blokadę i wspomoże nieco. Jedna rzecz jeszcze, biurokratyczna niejako, powiada Rycerz Poszukujący. Komendant musi podpisać wyrok śmierci na więźnia.
Don Alejandro okiem nie mrugnął, snadź bardziej stropiony tym, czy Jasmina szwanku nie poniesie (zwłaszcza że ostatnie jej czyny na rzecz księcia nie wychodziły jej na zdrowie), niż kwestią zgonu klona. Wrócił do salki gdzie przesłuchiwano, w obecności obojętnie przysłuchującego się więźnia podyktował wyrok, podpisał, pieczęć przystawił...  

Jasmina z Wolvertonem po prostu patrzyli na więźnia. Włosy kawalera z czarnych zrobiły się niemal białe, simulacra natomiast zdradzała niewiele – jeno zaciśnięte usta a dłonie zdradzały napięcie. Klon natomiast zaczął drżeć... tak silnie, że aż zęby dzwoniły. Potem szarpnął się, skręcił, aż kajdanki przecięły mu skórę. Zakrzyczał, krótko a donośnie, póki krzyku owego krew nie zdławiła. Bluznął posoką z nosa, ust, zwinął się wpół... i tak już pozostał. Powiadam wam dziatki, widok nie był miły. Jam wiele wcześniej widział, ale patrząc na krzywiąca się w męce twarz Pedro Corrinho... ciarki mnie przechodziły. Komendant natomiast ze spokojem oglądał, jak umiera człek o twarzy jego brata.
Jasmina wstała, słaniając się. Don Alejandro wsparł ją, powiódł do kajuty, rzuciwszy przez ramię by porządek zrobiono. Krzyknął jeszcze na stewarda, po czym wziął chwiejąca się simulacrę na ręce i poniósł. Poszliśmy za nimi; diuk złożył Jasminę na koi, nie nalegał, czekał aż przemówi...
Pentateuch. Tam się zaczęło. Stamtąd przyszli. Istota – to dziwne coś, sam mózg zawieszony w kadzi, jednak żywy, myślący, dający rozkazy... potem poprosiła, byśmy wyszli, jest bowiem coś przeznaczone wyłącznie dla uszu diuka. Uczyniliśmy zadość.
Komendant wyszedł niedługo, może po minutach pięciu. Zatoczył się jak człek pijany, wsparł ręką o gródź, głową potrząsnął... uchwyciłem uśmiech, dziwny, któremu szybko kazał zniknąć. Wszystko w porządku, odparł, zapytany przez Inezę... Co usłyszał? Oczywiście, nie dowiedziałem się od razu...

Adelaida jest Twoją córką...  

Po kilku godzinach, gdy Jasmina doszła do siebie, wylądowaliśmy w pałacu. Ineza formalnie powitała konsula, podjęła obiadem. Don Metternich z miejsca okazał się człekiem na właściwym miejscu, jeszcze dobrze zadka na fotelu nie odcisnął a już wyciągnął całe naręcze planów a projektów. Ale pierwej przekazał listy od Arcyksięcia, mające akredytować go jako konsula u Cesarza. Tudzież, co było ważniejsze, listy akredytujące Ines na ambasadora. W tym momencie, uznawszy je, Aleksius uznawał jednocześnie Wolnych Hazatów jako ród.
Z tym wiązała się druga rzecz. Reprezentantka rodu nie mogła mieszkać kątem u Cesarza, przydałaby się siedziba. Co z poprzednią ambasadą hazacką, zapytasz? Ano, przejęło ją po ucieczce ambasadora Cesatstwo i podarowało Lux Splendor. Żadną miara nie dało się na tym położyć z powrotem łapy, trzeba było zaczynać od zera. 
Tym zerem stał się wieżowiec w Cesarskim Mieście. Szczęśliwie, poza ludźmi konsul przywiózł również fundusze, skromne ale zawsze. Wynajęcie go na pierwszy rok pochłonęło jedną trzecią pieniędzy, drugie tyle wstępne urządzenie, wynajęcie pracowników, cateringu, ochrony (za radą komendanta opłacono również Triady). No, ale mieliśmy już ambasadę. Trzeba było jeszcze urządzić otwarcie, zanim... 
Tu przypomniała o sobie kwestia lotu na Keth – Kordeth... pamiętacie, na zaproszenie Nadakiry. Kalendarz gonił nieubłaganie, zostało niewiele czasu... lubo Ines zgodziła się użyczyć Pasa Oriona i lecieć z nami, należało wyruszyć w przeciągu kilku dni jeśli mieliśmy zdążyć. Wobec powyższego, oficjalny ingres konsula miał się odbyć już za dni cztery. Bezpośrednio po nim mieliśmy opuścić planetę.  

Obiad, rozpoczęty dość wcześnie, przeciągnął się do wieczora. Następnie każdy udał się do swej własnej sterty papierków. Na mnie również jedna czekała – i pochłonęła mnie na długo, do czasu aż chyba o dziewiątej wezwał mnie komendant.
Gdym wszedł na jego pokoje, bez słowa wskazał na list który otrzymał, w sposób dość nietypowy – przybity sztyletem do ściany. Zawierał trzy słowa – przyjdź do ogrodu – i miast podpisu miał przybitą pieczęć. Domino.
Oj, zdziwiliście się... ale i ja nie mniej. Prawda, że Domino był bardziej legendą – ale taką, która pojawiała się osobiście, od kilkuset co najmniej lat. Czasem służył radą, czasem ostrzem, czasem jeno ostrzeżenie przynosił. Czy była to próba wywabienia komendanta? Nie, gdyż (co też czyniło legendę), nikt nigdy nie podszył się pod Domino dla zdrady. Co nie znaczy, że nie próbowano – wszak każdy Hazat wierzył weń. Wiadomo o kilku, którzy próbowali – i nie tylko Hazatach. Zawsze, niezależnie od potęgi, znajdowano ich przeszytych rapierem.  
Coś mi zaświtało w głowie, nie pamiętam gdzie i od kogo zasłyszane... wyciągnąłem sztylet z ściany, odkręciłem głowicę. W środku była pieczęć, identyczna z tą przybitą na pergaminie. Don Alejandro bez zbędnych słów przypasał broń i poszedł do ogrodu. Ja jeno z przyzwyczajenia postawiłem securidados w stan podniesionej czujności. 
Nie tak niepotrzebnie, jak się okazało. Komendant wrócił po dziesięciu minutach – przekazano mu wiadomość. Jasmina jest w niebezpieczeństwie. Niewiele... dość, że postanowił wybrać się do niej sam, mnie zaś kazał postawić ochronę... w stan, w którym była od dziesięciu minut.
Jasmina przyjęła komendanta wcale uprzejmie, acz nie kryjąc sceptycyzmu względem wieści. Niemniej troskę diuka doceniła... potem zasię mieli rozmowę. Przebiegu rzecz jasna nie znam, nie było mnie, natomiast dowiedziałem się o jej skutku. Obietnicy, jaką złożył.

Obiecuję polecieć na Pentateuch. Obiecuję cię tam zabrać

Po rozmowie owej komendant został, zamierzając czuwać u Jasminy do rana. Jak się to zakończyło, opowiem wam innym razem.
 





Komentarze:
ownlog.com :: Wróć