Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


27-29 III 5004

Kielich miodu, kielich dziegciu

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Co się tedy wydarzyło u Jasminy, pytacie? Groziło jej pono niebezpieczeństwo... i nie tylko pono, wszak Domino nie kłamie. Nigdy... a jednak, nie doszły stamtąd żadne hałasy, nie zabrzmiał alarm... rankiem zasię powrócił komendant. Ze wszelkich sił starał się przybrać pokerową minę, jednak za dobrze go znałem... i zbyt wściekły był. I tak dobrze, że jeno w gotowości czekać nam kazał, nie zrobił po ostrzeżeniu rabanu na cały pałac, wtedy dopiero by było. A tak, rzekł mi gdy ochłonął, wygłupił się tylko przed Jasminą. 
Ale tymczasem przyszło się zająć innymi sprawami. Wstał właśnie dzionek nowy, 27 marca, co oznaczało że mamy trzy dni do oficjalnego otwarcia ambasady Wolnych Hazatów i ingresu konsula – a cztery do odlotu na Keth – Kordeth. Podróż międzysystemowa, dziatki, ma swoje wymagania, należało wziąć kilka dni zapasu by nie spóźnić się na 15 kwietnia.

Ambasada zasię, którą mieliśmy wyszykować w te trzy dni – przypominam, że dopiero co zdążyliśmy ją wynająć... budynek ów był w stanie, cóż, niemal surowym. Nie był świeżo wybudowany, więc szczęśliwie ściany były otynkowane, był prąd i woda, windy działały... i tyle, moiściewy. Całe siły robocze trzeba było więc skupić na trzech najwyższych piętrach, czyli sali bankietowej z przyległościami. Pozostałe – cóż, polowe wyrka, gołe kable, papiery w kartonach, dało się z tym żyć i można było urządzić później. Ale Cesarza nie wypadało sadzać na składanym krzesełku.

A wcześniej czekały nas papierki, papierki, góry papierków. I nie tylko. Około południa zapowiedział się z wizytą hrabia Aleksiej Iwanowicz. Tak, ten sam z którym komendant wykopał onegdaj lewiatana na Kish. Kiedyś sojusznik. A teraz? Cóż, decadoski hrabia. We wszystkich tego słowa znaczeniach i podtekstach.
Przybywał oficjalnie, jako konsul rodu. Zjawił się o czasie, skoczkiem zgoła pożyczonym od na-arcyksiężnej Nataszy, jednak z przybitym naprędce herbem Iwanowiczów, dwugłową modliszką. Że, prawda, wizyta oficjalna była, nie wystarczyło jeno przedstawić sobie gościa i Ines, należało zrobić prezentację wszystkich, mniejsza z tym że diuk z hrabią doskonale wiedzieli, kto zacz. Mnie przyszło tedy gardło zdzierać i ogłaszać, że oto Jaśnie Oświecony Alejandro imion czworga tytułów tuzina Corrinho Dulcinea diuk Gival. Iwanowiczowi też przybyło, wszak ostatnio widzieliśmy go markizem. Komendant przedstawił następnie Ines na tym zakończyliśmy powitania. 
Gospodyni prosiła na obiad. Wiele ważnego się tam nie wydarzyło, ot, zwyczajowe pogadanki o pogodzie. Zdawać by się mogło, że panowie wspomną stare czasy, poopowiadają o swych przypadkach, ale nie. Iwanowicz siedział sztywno jakby razem z pieczystym połknął rożen, wysławiał się owszem dwornie, ale nie wychodził poza minimum nakazane etykietą. Dopiero później, gdy trochę wina spłynęło już w gardła biesiadników, wyjawił że jego również czeka wizyta na Keth-Kordeth. Czego nie powiedział, ale domyśleć się nie było trudno, leciał również na zaproszenie wysłannika Nadakiry. Cóż, Ines zaproponowała mu tedy – demony wiedzą, po cholerę – towarzyszenie nam na „Pasie Oriona”.
Po południu odbył się jeszcze pogrzeb. Pożegnaliśmy czworo naszych, zabitych przed kilku dniami w zamachu dokonanym przez rodzinkę Klonino. We mszy, celebrowanej pięknie i z pasją przez Hieronima, wziął udział również nasz gość. Wieczorem zasię (już bez Iwanowicza, któren wrócił wyspowiadać się Nataszy ze spotkania) odprawiliśmy skromną stypę. Skromną ale głośną, wszak pogrzeb już się odbył, teraz należało wypić za ich dusze. Powspominać wspólne przeżycia, dokonania, przygody... niejednego wyprawionego do Wszechstwórcy przeciwnika, niejedną wypitą beczułkę wina, niejedno skrzyżowanie ostrzy. Wspominaliśmy ich długo a donośnie, aby dosłyszano tam, gdzie trafią, gdy ich już Najwyższy osądzi – czy to w Quillipothach, czy Empireach. Żeby, zanim się opowiedzą, wiedziano już dobrze, któż to nadchodzi. 

Rankiem dnia następnego, po śniadaniu i porannym treningu, piękna Ineza wzięła pod ramię moją skromną osobę i jęła dyskretnie na ucho szeptać. Skutkiem onego, wielce mnie miłego wydarzenia wykonałem kilka połączeń do chłopaków zakładających zabezpieczenia w nowej ambasadzie... a godzina nie minęła, a schwyciłem komendanta i powiodłem do skoczka. Zabezpieczeniom, powiadam, należy się inspekcja, najlepiej przez osobę jego własną wykonana. Don Alejandro wzruszył ramionami, wygrzebał się ze stosu raportów i polecieliśmy. Nic nie zauważył, czymś zgoła zasępiony, najpewniej powrotem na nielubiane B2. I sprawdzaliśmy wraz z technikami one zabezpieczenia, kable, kamery, czujniki ruchu, skanery, tarcze, szyby kuloodporne... przez bitych godzin sześć, aż nas wszystkich brzuchy z pragnienia rozbolały...
Po co to wszystko? Ano, synku, rocznica była. Trzydziesta druga rocznica ślubu Margarity Corrinho z Gonzalo Moliną Justus...
A jak wróciliśmy, niedługo przed zmierzchem, ogród był już gotowy, przystrojony, kapela grała, stoły uginały się pod ciężarem jadła a napitków.
... a na owym weselu Margarity, będącą przy nadziei macochę panny młodej chwyciły bóle – i przyszedł na świat Alejandro. 
Nie pamiętał. Wysiadł ze skoczka, zobaczył wszystko, wiwatujących biesiadników, jam spojrzał w jego twarz – nie pamiętał! Zapomniał o własnych urodzinach. Po sekundach kilku oblicze komendanta rozjaśniło się, po czym zgromadzeni – Ines, Jasmina, Wróble, nasi, ekipa z Rawenny – ujrzeli, jak diuk Corrinho wali się dłonią w czoło.
- Zapomniałem...
Podeszła Ines, wzięła dona Alejandro pod ramię, powiodła do stołu. Co mu mówiła, nie słyszałem, gdyż inne zadanie mnie czekało. Odnalazłem w altance Hieronima, który miał już przygotowane pewne rekwizyty. Ledwie jubilata usadzono za stołem, wkroczyliśmy.
Stanąwszy przed jego miejscem, uniosłem – tak, by wszyscy zobaczyli – kielich. Niedużą, półtoralitrową może, bogato zdobną kulawkę. Opuściłem go na tyle, by nasz padre mógł nalać z hołubionego pod pachą antałka. A gdy już poziom wybornego aragońskiego wina niemal sięgnął brzegu, wręczyłem kielich ze zwyczajowym nakazem - „do dna!”
Diuk wstał, uśmiechnął się, przechylił. Ledwo umoczył usta, zamieniliśmy z Hieronimem słów kilka – tak, by usłyszał.
- Dodałeś ziół, padre?
- Oczywiście. Aż do świtu nie będzie zdolen użyć swych mocy do neutralizacji alkoholu...

Zdawać by się mogło, że mój pan lenny zakrztusił się lekko na te słowa. Ale nie, wszak nie okryłby się wstydem nie mogąc wychylić pierwszego kielicha na własnych urodzinach. Znać było w nim praktyka, pił bez zbytniego pośpiechu, niedużymi łykami, oddychając spokojnie, dopingowany przez zebranych. Przechylał kielich coraz bardziej, szpic kulawki wznosił się powoli, w końcu celował w górę... komendant uniósł próżne naczynie dnem do góry, wypuścił powietrze z płuc z donośnym westchnieniem, po czym obrócił kulawkę i wbił ją w stół, aż srebra podskoczyły. Wtedy mógł nareszcie usiąść i coś zjeść – zanim zacznie się skladanie życzeń i kolejne toasty. 
Tak to zaczęła się urodzinowa biesiada. Kto był, pytacie? Ano, wszyscy z naszych... Nie wypadało wysyłać zaproszeń do innych gości, jako że komendant był u Cesarza w niełasce. Otrzymanie takowego stawiało w niezręcznej sytuacji, przyjęcie – mogło mieć konsekwencje. Natomiast każdy gość byłby mile widziany, dla nikogo nie zabrakło miejsca przy stole. 
A kto mógł się pojawić? Ano, ktoś, komu pojawienie się tutaj zaszkodzić nie mogło. Ktoś, kto szanował komendanta. Nie, nie Wolnych Hazatów. Jeno samego diuka Corrinho. 
Nie, Al-malików nikt się nie spodziewał. 
Bardzo wcześnie tedy, jeszcze przed pierwszym tańcem, zjawiła się – tradycyjnie, skoczkiem kapiącym od złota, na-arcyksiężna Natasza wraz z hrabią Iwanowiczem. Drugim skoczkiem, towarowym, przyleciał jej prezent dla komendanta. Na pamiątkę przygód z piratami, oznajmiła... czyli, jak już nie raz mówiłem, nigdy nie zapomniała mu symbionckiego hiva na Keth-Kordeth. Podarek ów był ogromnie kosztowny, zdobiony bogato, wielce kunsztownie, we wzory a rzeźbienia nawiązujące do zielonych eks-władców Keth – cóż, chciała się pokazać, przed wszystkimi, a przed Ines w szczególności. Był też bardzo praktyczny, odpowiedni dla kogoś wprawionego w robieniu krzywdy bliźnim. Zbroja bojowa, dziatki... tylko taka ciężka, wzrostu metrów czterech. 
Podarek zaparkowano w hangarze, służba przyniosła duchem krzesła dla nowych gości. Poczęto grać białego walca, tedy panie ruszyły prosić panów w tany. Zastanawiałem się czy Natasza z Inezą nie zderzą się przy jubilacie, widać było że markiza nie darzy przybyłej miłością... wiecie, nigdy jej nie wybaczyła JosMarii. Tak, ledwo ów złoty skoczek dotknął ziemi, piękne liczko Czarnej Ines nieco się ściągnęło, zbyt dobrze jednak wychowana była by po sobie to pokazać... choć jam zauważył, a i Natasza również.
Dość że córka Hirama ustąpiła gospodyni, która też zaraz poprosiła na parkiet komendanta. Natasza zasię stwierdziła, że zatańczy z najgładszym kawalerem na przyjęciu... pewnie nie uwierzycie, patrząc na starego piernika, ale wybrała... cóż, mnie.
Ech, była ci niewiasta... daj wina, bo w gardle mi zaschło. Później muzyka się ożywiła bardziej, tańczący również... i przybywali kolejni goście. Dać wyraz przyjaźni będącemu w niełasce cesarskiej Alejandro.
Owej niechęci i niełaski nie podzielał snadź ambasador hawkwoodzki, wiekowy Archibald Hawkwood. Zjawił się niedługo po Decadosach, przepraszając za nieobecność małżonki. Prawnuczka jego, ta sama która onegdaj zamalowała w pysk Mazzarina, słabowała nieco, tedy ambasadorowa musiała przy niej pozostać. Gdy się witali, służący Archibalda wynieśli ze skoczka długą rzeźbioną skrzynię. Podarek, rzecze ambasador, który powinien się niedługo przydać. W odróżnieniu od ozdobnego wielce, wyściełanego czerwonym aksamitem futerału, zawartość była bez żadnych ozdób. Pełen zestaw, że tak rzeknę, utensyliów – od sztyletu po halabardę. Proste, surowe rękojeści a styliska z poczernianej stali i wybornego drewna – i ostrza czarnej barwy, nie odbijające światła, jak kawałki ciemności. Corrinium.
Ambasadora z wielką rewerencją usadzono przy stole, komendant sam mu wina z antałka utoczył... długo jednakże nie porozmawiali, ledwo nasz diuk spełnił z nim drugi toast, za zdrowie owej słabującej dzieweczki a przyziemił kolejny skoczek.
Wysiadł zeń Felipe Takeda – wciąż w żałobie, odziany na biało. Ze względu na to nie zabawił u nas długo, może pół godziny. Podarował komendantowi również broń, osobliwy wielce zestaw... katana, wakizashi – i rapier, lecz wykonany na modłę lihalańską. Znać było robotę doskonałego płatnerza, broń robioną na miarę, lekką, do kobiecej ręki. Tak, dobrze myślisz. Były to miecze nieżyjącej siostry ambasadora, Chi-Ruen... Don Alejandro, acz będąc u siebie nie musiał tego robić, uszanował obyczaj gościa, dwakroć odmówił daru, dopiero trzeci raz poproszony przyjął. Takeda odchodząc dopiero spełnił toast wodą, na modłę hazacką kielich strzaskał i odleciał. 
Nie był on ostatnim z niezapowiedzianych a mile widzianych gości. Niedługo przed północą przyleciał jeszcze skoczek kościelny. Inkwizytor Sybilla Garreh.
Tu nawet mnie szczęka opadła na chwilę. A komendant – widziałem – rad był niezmiernie. Podarek od niej był... osobliwy? Symboliczny? Praktyczny również, jakby się demon jakowyś napatoczył. Pięknie wydany tom klechd hazackich Malarosy, kunsztownie rzeźbiona baryłka miodu... i widły. Tak, słyszałem co ten zasraniec Iwanowicz pod nosem wymruczał, że się komendantowi do przerzucania gnoju przydadzą... oj, żeby nie musiały się wbić w gnój w twoich kiszkach... snadź nie słyszał tego nikt inny, obyło się bez pojedynku. A widły, skoro już o nich mowa, nie do pracy bynajmniej były – lekkie, mocne, świetnie wyważone... śmiejesz się? To staniesz jutro z Sanchezem, zobaczysz czy widły w walce są zabawne...

Zabawa trwała dalej. Jedyną chyba osobą, która nie bawiła się w najlepsze, była Jasmina. Siedziała przy stole, jedząc niewiele, nie pijąc zgoła nic. Coś się musiało wydarzyć, nie wiedzieć kiedy – nie była to już ta sama osoba, z którą wyruszyliśmy na Iblisa. Komendant czy Ines zagadywali ja czasem, ale nawet nie słysząc wiedziałem, co odpowiadała - „nic mi nie jest”. Jeszcze przed północą wróciła na pokoje.
A reszta bawiła się dalej. Komendant tańczył, pił z Wróblami, Natasza z Ines uprzejmie nie wchodziły sobie w drogę, kapela grała... nikogo nie otruto, trzech posiekło się w pojedynkach. O północy capnęliśmy diuka, by wręczyć mu z kolei podarek od nas. Herbowego kruka Corrinho, którego w sekrecie dłubaliśmy w drewnie od chyba czterech miesięcy. Wiecie, mówiłem, prawdziwych artystów na służbie mieliśmy. I, powiem nieskromnie, nasz komendant bardziej chyba był rad z naszego prezentu, niż ze zbroi od Nataszy.
A gdzież zgrzyt, pytacie? Byłżeby możliwy spokojny koniec tej zabawy? Ależ, oczywiście że nie. Komendant dostał i wypił swój kielich miodu, teraz przyszedł czas na dziegieć.
Trochę po północy, gdy nie było już Archibalda, może po pół godziny od odlotu Sybilli, znowu pojawiła się Jasmina. Strój trochę przypadkowy, włos nieco rozwiany, spojrzenie zdecydowanie błędne... za to aromat nie pozostawiający wątpliwości – jak to mawiał Hieronim, w stanie ciężkiego ścięcia białka. Podeszła, lawirując między nieistniejącymi przeszkodami, stanęła przed miejscem Nataszy, wsparła się o stół by ów jej nie uciekł...
- Wiesz, co? Nie lubię cię...
I zaczęła. Wyciągnęła Nataszy to i owo, w sumie nie bardzo pamiętam, części też nie dosłyszałem, zbyt bełkotała by mówić głośno, sam byłem pijany, a kapela rżnęła od ucha. Księżna siedziała z uśmieszkiem, snadź wiele się nie przejmując. Skończywszy, simulacra przestawiła się na Inezę...
 Ciebie też nie lubię...
Komendantowi zaczęła drgać niebezpiecznie lewa brewka. Powstrzymał się jednak, uspokojony przez Nataszę, kiwnął na Hieronima. Zanim padre przepchnął się przez tłum, Jasmina obrugała jeszcze naszego diuka. Tak, też że go nie lubi i w ogóle...
- ...a małej i tak nie dostaniesz !
Mnie też nie pominęła... to znaczy, nie zamierzała pominąć, ale ledwie zabrała się za tyradę przeznaczoną dla mnie, nadszedł Hieronim. Zawsze go unikała, teraz zasyczała, wytrzeźwiała w sekundzie, zabroniła do siebie podchodzić. Potem poszła do Wróbli, znowu chwiejąc się i zataczając. Najwyraźniej nie chcieli z nią pić dalej - zobaczyłem jak po chwili Ghord z kimś jeszcze odprowadzają ją do pałacu. Pomyślałem, położy się spać, wytrzeźwieje do rana. Głupi byłem.
Natasza wkrótce pożegnała się, z raczej udawanym niesmakiem. Ines zasię wyciągnęła komendanta na rozmowę...

- Dlaczego pani Mal Chiavel Decados zachowuje się w ten sposób?
 - Sądziłem, że ci powiedziała... To nie jest ona.


Też uznali, żeby nie przerywać zabawy, chociaż nastrój komendanta skisł wyraźnie. Dopiero dobrze po trzeciej poszli oboje do komnat Jasminy. Znaleźli obu grimsonów leżących na podłodze, nikogo więcej. Częściowo spakowane manele. Kołyskę pustą. Równie pustą karafkę po wódce. Pięć minut później, gdy już wszczęto alarm, Jasmina się znalazła. Przy tylnym wyjściu, półprzytomna, sama. Pilnujący wejścia wartownicy, jakby się kto pytał, też ledwie kontaktujący, nie pamiętający zgoła nic. Docucona simulacra przemówiła...
- Gdzie jest moje dziecko?
I tak w kółko, jako ta katarynka. Z kamienna twarzą, nieobecnym spojrzeniem, bez jednej łzy. Rzekłbyś – iście, jak golem. Komendant, klnąc swoją nieroztropność, kazał odprowadzić Jasminę na pokoje tudzież duchem przeszukać ogród. A gdzie tam... wszystkie ślady, o ile jakiekolwiek były, usunięto okultystycznie... zapisy z kamer takoż wymazane. A okultysta był dobry, nasi spece, wliczając tych sprytnych inaczej, nic nie znaleźli. 

Tak do rana zeszło. Przebieg wydarzeń wydawał się w miarę jasny. Jasmina pod czyimś zgoła wpływem najpierw upiła się i narobiła warchołu na zabawie. W wódce, dodam, poza czterdziestoma procentami nie znaleziono nic niezwykłego. Potem wyłączyła grimsonów, zabrała dziecko i poszła do wyjścia. Tam oddała niemowlę... i taką ją znaleźliśmy. 
O ile zaiste była pod wpływem, warknął komendant.
O ile nie zrobiła tego sama z siebie.

I tak to don Alejandro, ledwie dowiedziawszy się prawdy o Adelaidzie, utracił ją był. Bo to prawda była, moiściewy. Uprzedzając nieco fakty, bo sprawdzanie zajęło naszym miesiączek z hakiem. A sprawdzilim dokładnie. Naprawdę była z krwi Corrinho. Nie była też dzieckiem klona komendanta... jego własna. 

Nie był to ostatni cios, jaki wtedy na dona Alejandro spadł. Następnego dnia doszła wieść kolejna... przyleciała skoczkiem ze znakami Ministerstwa Stygmatu. Ciężko a krwawo płaciła planeta za fakt, iż Corrinho opuścił ją żyw. Jako rzekła mu Sybilla, każde utracone tam życie ciążyło na nim. A tegoż dnia dowiedział się, że do setek bezimiennych żołnierzy, którzy codziennie za jego sprawą stawali przed Wszechstwórcą, dołączył ktoś jeszcze. Imię, które padło... Iście, praw byłeś nazywając się wtedy przeklętym, Alejandro... gdy usłyszałeś, kto dołączył do ceny za życie Twoje i Ines.

Lucinda Dulcinea.  







Komentarze:
ownlog.com :: Wróć