Menu :


Link :: 07.03.2009 :: 21:02
20 IV 5004

Humiliatur et altera pars

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jakom ostatnio rzekł, przed skoczkiem stał Kazansky, oglądał prospekt i drapał się w zakłopotaniu po głowie. Dręczyły go bowiem dwa pytania natury metafizycznej. Po pierwsze, jakim cudem zdołał tu wylądować, nie rozpieprzając wszystkiego wokół? Po drugie, jak zdoła wystartować, również nie rozpieprzając wszystkiego wokół?
Przypominam, skoczek stał w błocku wąskiej uliczki, wciśnięty między skład a kamienicę jak nie powiem co, mając po dwie stopy luzu z każdej strony. Rozmyślania naszego Kajdaniarza przerwał jednak nadbiegający don Alejandro… 

Otrzymawszy klepnięcie w ramie i krótki acz stanowczy rozkaz, pilot splunął siarczyście w rynsztok, nacisnął pilotkę na uszy i wdrapał się do kokpitu. Przypomniawszy sobie wyraz twarzy pryncypała, zaklął krótko a brzydko pod nosem, uruchomił silniki i wystartował. Skoczek wzbił się w powietrze, tym razem zabierając ze sobą trzy okoliczne dachy… 

Cóż wywołało taki pośpiech u naszego diuka? Rzecz jasna – wiadomość, którą odebrał. A dzwonił nikt inny, jak hrabia Aleksiej Iwanowicz. Z informacją, że Czarna Ines, cała i zdrowa, znajduje się na pokładzie jego krążownika. Tudzież z wyjaśnieniem, iż bynajmniej to nie on ją porwał. Czy komendant w zapewnienie uwierzył? Cóż, póki co musiał. Poprosił więc uprzejmie o możliwość skontaktowania się z markizą, po czym kazał pilotowi lecieć na orbitę.

Ineza, jak się później dowiedziałem, obudziła się w pokładowym medlabie. Zdrętwiała, skostniała, jak to po rozmrożeniu bywa, ale cała. Gospodarz zjawił się by osobiście ją powitać, niemniej póki co nie był skłonny zdradzić okoliczności jej znalezienia się na pokładzie. Owszem, zgodził się powiadomić diuka Corrinho o jej obecności. Obiecawszy, podreptał bez pośpiechu na mostek, z którego wykonał owe połączenie o którym już wspominałem. Następnie, równie niespiesznie, powrócił do medlabu. W tym czasie (a nie spieszyło mu się ani trochę, pół godziny z hakiem zeszło) pielęgniarki doprowadziły już markizę do lepszego stanu, tudzież przebrały ją ze szpitalnej rozpierdawki w coś bardziej wyjściowego – jeno po decadosku, znaczy wdzianko rozcięte równie głęboko, tylko z przodu a nie z tyłu…
Tymczasem wrócił gościnny gospodarz; piękna Ineza, między podziękowaniami za opiekę i gościnę, dwornie dała do zrozumienia że rada by ową gościnę zakończyć. Czy tedy pan hrabia, powiada, zechciałby umożliwić jej bezpośrednią rozmowę z diukiem Corrinho? Bezzwłocznie, rzecze Aleksiej, oto komunikator. Zresztą, proszę go zatrzymać, to i tak szajs, raptem półtora feniksa za niego dałem, dodał uprzejmie i zostawił Ines samą. 
Wykonała połączenie i tu dwie miłe niespodzianki – raz, że komunikator jednak działał, dwa, że don Alejandro był już w drodze. Poprosiła tedy gospodarza, by ów odprowadził ją do śluzy.

Rzeczywiście, dziesięć może minut później skoczek zadokował już przy krążowniku. W sam czas, by Iwanowicz zdążył już odprowadzić Czarną Ines do śluzy, w eskorcie czterech Voroksów. Otwarto śluzę, wszedł komendant, sam, bo bez obstawy się wybrał, w stroju podróżnym… cóż, jak wiecie, przyleciał tak jak wybył z Canizar kilka godzin wcześniej.
Nie, nie padli sobie w ramiona… czekała ich jeszcze chwila prawdy, ale nie tutaj, nie na decadoskiej łajbie. Don Alejandro przywitał się tedy z gospodarzem, za ratunek a gościnę podziękował, już mieli na skoczek przejść a tu jak nie huknie… 
Jak przestało dzwonić w uszach, okazało się że, po pierwsze, cała trójka przeżyła. Czy cali, nie wiadomo, gdyż od stóp do głów ubabrani byli futrem i juchą owych czterech voroksów, które Aleksiej przyprowadził jako obstawę… Co to było, spytacie? Ano, mina kierunkowa. Ktoś pod nosem całej bezpieki i speców Iwanowicza podłożył ją w śluzie, wybuchła dokładnie w chwili gdy znalazł się w niej Aleksy… a może Alejandro? Na szczęście ta zabawka daje wprawdzie furę odłamków, ale niewielki podmuch – inaczej mimo żywych tarcz, jakimi niechcący stały się voroksy, i tak z wszystkich w śluzie zostałaby marmolada… 
Dwie minuty może i pojawili się technicy z ochroną. Wycieli zamek (drzwi oczywiście zablokowane), wyciągnęli cała trójkę. Iwanowicz, wstrząśnięty raczej na honorze niż na ciele (acz poznać po sobie nie dał), zaprosił Ines i komendanta do kajut gościnnych, by mogli zmyć z siebie juchę i przebrać się w czyste odzienie, sam zasię pognał na mostek gdzie czekali już nań jego spece z wstępnymi wynikami.
Don Alejandro, przyzwyczajony do takich sytuacji (zmywania krwi, nie zamachów), ochędożył się szybko, Ines zajęło to nieco dłużej. Dość, że po może półgodzinie czekali już oboje na matrosa, który by ich zaprowadził na mostek. Zamiast tego zjawiło się jednak trzech marines plus sierżant, z poleceniem, uwaga, aresztowania diuka Corrinho za – nie uwierzycie – zamach na hrabiego Iwanowicza. Tak, ten niedawny, w którym sam życia nie postradał.
Markiza z komendantem wymienili spojrzenia, na razie głośno nie pytając, czy gospodarz się może z własnym przyrodzeniem na łby pomieniał. Sierżant dostał jednak rozkaz odprowadzenia ich na mostek, gdzie i tak się wybierali, tedy wzruszyli ramionami i poszli.
Nie uszli nawet połowy, gdy sierżant ów otrzymał kolejny rozkaz. Zadzwonił komunikator i glos Aleksieja Iwanowicza, wymieniwszy wprzódy hasła kodowe, rozkazał by oboje więźniów, tak jak stoją, rozstrzelać…
Matrosi popatrzyli na sierżanta, sierżant na matrosów, don Alejandro przesunął Ineze za swoje plecy, sprawdził czy żelazo ma w zasięgu ręki… i też popatrzył na sierżanta. Ich było wprawdzie czterech, pod bronią, z drugiej strony miał ich na wyciągnięcie ostrza, a w korytarzu było ciasno. Patrzył tedy na onego sierżanta, jaki zamiar na jego obliczu dostrzeże… a ów ponownie połączył się z Aleksiejem i poprosił o potwierdzenie rozkazu egzekucji. Odpowiedź z drugiej strony była tak spokojna i stonowana, że biedakowi mało hełmu z głowy nie zerwało. W telegraficznym skrócie – tak, przyprowadzić, wróć, poprosić na mostek. I nie, nie rozwalać po drodze.  
Tak też się stało, sierżant już znacznie uprzejmiej zaprosił na mostek. Wchodząc tam, usłyszeli jedno dość istotne zdanie z ust gospodarza, rzucone w komunikator – „znajdźcie tego cholernego klona”.

Panie hrabio, rzecze Czarna Ines fukając gniewnie, jeśli była to krotochwila… to wyjątkowo niestosowna, dokończył komendant. Iwanowicz zmitygował się, uznał że wstyd wstydem, ale rzecz wartałoby wyjaśnić. Za zamach tudzież ów niefortunny rozkaz egzekucji, powiada, odpowiedzialny jest snadź jego sobowtór, najwyraźniej ukryty na pokładzie. Ledwie to wypowiedział, nadszedł meldunek kolejny. Komunikator, z którego nadaje ów sobowtór, cóż, nie istnieje… rozkazy idą, jakby to rzec, z centralnego komputera okrętu.
Tu trzeba wam wiedzieć, ze jeśli ów ciężki krążownik był oczkiem w głowie floty hrabiego, to źrenicą owego oczka był jego komputer centralny, hołubiący w swym wnętrzu SI. A tu nagle owa źrenica zaczęła bruździć…
Hrabia Aleksiej wysłał duchem ekipę techników, by dostali się do przedziału komputera i naprawili usterkę, a w najgorszym razie wyciągnęli wtyczkę. Łatwiej jednak powiedzieć, niźli zrobić, dziatki… jeśli ktoś się nie zna, wyjaśniam, że na każdym szanującym się okręcie wojennym są trzy najlepiej opancerzone i najtrudniej dostępne miejsca – Zwierciadło, pomost bojowy i właśnie przedział centralnego komputera. No, chyba że mówimy o owej fregacie aylońskiej, która przywiozła Fatimę, gdzie komputer był przytulony do Zwierciadła a wspólny przedział zamknięty na skobel. Ale dość dygresji. Popędzeni słowem pańskim technicy przebyli może połowę drogi, gdy nagle okazało się że grodzie wokół komputera są zatrzaśnięte, a przylegające przedziały zdehermetyzowane. Nie zrażeni tym zgoła, jęli plazma a wiertłem przedzierać się w głąb… gdy nagle przyszły sygnały wzywające ich na mostek, który niespodziewanie okazał się odciętym…

Jak mi później opowiadał komendant, siedli sobie z Ines wygodnie w fotelach (rozstawionych umyślnie pośrodku mostka tak, by prospekt był najlepszy) i, jako goście nie przeszkadzając, obserwowali. Nagle zatrzasnęły się obie grodzie, sądząc z reakcji obecnych, niespodziewanie. Iwanowicz kazał odemknąć ręcznie. Nie da się, panie hrabio, za nowoczesny to korab, odkrzyknięto. Co więcej, wysiadła łączność.
Konsternacja potrwała minut może dziesięć, po czym przez ekrany (te działały) zauważono, że hawkwoodzki „Aboukir”, ciężki krążownik, wraz z dwiema fregatami zmienia orbitę i idzie w ich stronę. Potem, przy akompaniamencie łącznościowców walących w swoje pulpity, wykonał zwrot i ustawił się na trawersie – w sam raz do salwy burtowej. 
Don Alejandro ruszył się z siedziska, zaproponował że jeśli tylko hrabia Aleksiej każe wyłączyć zagłuszanie (jakby się kto pytał, każdy okręt wojenny zagłusza komunikatory obcej sieci), on jest skłonny połączyć się ze swym skoczkiem, wciąż wiszącym na zewnątrz – i użyć owego jako przekaźnika. Decados namyślał się chwilę, popatrzył na rząd wymierzonych w jego okręt dział, na pałające smętną czernią własne pulpity kierowania ogniem – i wydusił prośbę. 
Komendant połączył się, pierwej kazał Kazanskiemu ustawić skoczek w martwym polu dział obu stron, żeby ani zbuntowany komputer nie odstrzelił ani Hawkwoodzi niechcący nie zahaczyli, a potem oddał komunikator Aleksemu. 
Ów wziął, odszedł na stronę, rozmawiał przez pewien czas – snadź wskórał niewiele, „Aboukir” nie zmieniał pozycji, a fregaty ustawiły się po bokach, najwyraźniej do abordażu. Jeśli chcesz, rzecze Alejandro, ja z nimi porozmawiam…
Połączył się z kolei i on, przy okazji dowiedział się, w czym rzecz, jaka jest przyczyna tych wrogich manewrów. Otóż, może pół godziny temu z kapitanem „Aboukira” skontaktował się nikt inny, jak sam hrabia Aleksy Iwanowicz, po czym w sposób mało wyszukany zelżył Nadakirę tak sromotnie i grubo, że ani powtórzyć się nie godzi. Z uwag na sojusz z Ukarami oraz to, iż Nadakira był równoważny rangą księciu, taka zniewaga nie mogła ujść płazem. 
Nawiasem mówiąc, dziatki, jako że wszystkie transmisje szły przez nasz skoczek, nagrania mieliśmy niejako z pierwszej ręki. Z perspektywy czasu - owszem, obelgi były straszne, ale mało wyszukane. Takie, które obraziłyby każdego Ukara.
Alejandro, lubo Iwanowicz kilkakroć mu wcześniej dopiekł, nie uchybił honorowi. Oświadczył i słowem szlacheckim zaręczył, zgodnie z prawdą, że hrabia Iwanowicz od pół godziny nie wykonywał żadnego połączenia z okrętem Hawkwoodów. I ze zarówno on, jak i pani ambasador, nie są więźniami, jeno gośćmi. Co więcej, na ile może się zorientować, winien jest tu komputer okrętu Aleksego. Toteż samo nam powiedział, usłyszał w odpowiedzi nasz diuk, dlatego dajemy mu trzy godziny by zjawił się z wyjaśnieniami, w przeciwnym razie rozpoczniemy akcję zbrojną. W czasie której pan hrabia będzie naturalnie odpowiedzialny za życie i zdrowie gości będących pod jego opieką. Rozumiem też, dodał retorycznie Hawkwood, iż jegomość książę Corrinho zechce zachować w sporze bezstronność, wszak obaj są szlachcicami…
Czyli, między wierszami dodawszy, książę nie będzie przeszkadzał drużynom abordażowym. Tudzież, skoro ujawnił że jest na mostku – krążownik nie zwróci swych baterii w tamtą stronę…

Czas uciekał. Mniej więcej wtedy, przekazana z „Aboukira”, wiadomość o zajściach dotarła na planetę, następnie zaś – przez Rycerzy Poszukujących – do Dydony. Ta, że zdążyła już wtedy powrócić do Canizar, przekazała ją mnie. Książę, powiada, może wymagać pomocy w tej sprawie. Tak… zważywszy jak pani Rolas niedawno, bawiąc się setnie grała rzeczonemu księciu na nerwach, owa troska była co najmniej dziwna. Zmilczałem jednak, darowałem sobie również komentarz że komendant poradzi sobie, a jeśli nie, to i tak nie wskóramy więcej niż hawkwoodzcy marines. Kazałem rychtować skoczek, polecieliśmy.

Czas uciekał również na pokładzie „Iwana Konstantego”, acz tam zdawał się płynąć o wiele szybciej. Na mostku spokój zachowywały tylko dwie osoby – Ineza i don Alejandro. Pozostałym, cóż, powoli puszczały nerwy. Nawet Aleksiejowi, który z wolna przestawał to ukrywać. W miarę jak uciekały minuty a technicy coraz bardziej grzęźli w zablokowanych grodziach ( i to z obu stron – ci idący na mostek i ci ryjący do komputera), oblicze jego stawało się coraz bardziej czerwone, humory wzbierały i z wolna jął wapory puszczać… zwłaszcza gdy kolejna detonacja oznajmiła, że ekipa przedzierająca się na mostek już się przedzierać nań nie będzie…
I tu musiał Iwanowicz wydusić po raz wtóry prośbę – czy diuk zechce pożyczyć swego mononoża, bo inaczej się z mostka nie wydostaną. Don Alejandro, jakby dopiero teraz przypomniał sobie że ową broń posiada, użyczył chętnie. W ciągu dziesięciu może minut udało się dotrzeć do rumowiska, gdzie komputer załatwił ekipę techników. I – tyle… Dalej były rozhermetyzowane przedziały, ręczne sterowanie odcięte, przedział ze skafandrami również… trzeba było wracać do punktu wyjścia, czyli na mostek.
Aleksy miał już jednak techników do dyspozycji. Nie kijem to pałą, orzekł i kazał owym dokładnie wytłumaczyć sobie, jak zamierzali wyłączyć komputer. Patrzył, słuchał z mądra miną, notował… zanim orzekł, że pamięta, do terminu ultimatum została mu godzina (tu komendant ruszył się z fotela i wziął zestawy ratunkowe dla siebie i Inezy). Następnie zażądał by mu nie przeszkadzano, usiadł w wolnym fotelu i odpłynął. Jakby się kto pytał, dziatki, czego nie mogli zrobić technicy ręcznie postanowił dokonać siłami umysłu. Czyli – wyłaczyć, a potem restartować komputer centralny. 
Jak mi mówił komendant, cała obsada mostka siedziała cicho jak trusie, żaden ani pisnął, i wpatrywali się w pryncypała. Po nim samym zrazu nic nie było widać, jeno zmarszczone czoło i pot kroplisty na nim zdradzały wysiłek. Po minutach dwudziestu obudził się na chwilę, spojrzał na zegar, zaklął, odpłynął znowu (tu komendant wstał znowu, dobył z szafki kamizelki przeciwodłamkowe i wraz z markizą jęli się w nie odziewać). Twarz Aleksieja jakby wychudziła się, ściągnęła, zaczął czerpać z siebie więcej niż to było rozsądne… i bezpieczne. Niemal dało się słyszeć – zdechnę, a Hawkwoodzi nie wejdą. Kolejne dwadzieścia minut, znowu bezowocnych, wybudził się znowu, słabym głosem kazał przygotować się do odparcia abordażu – i dawaj w trans. Tu reszta obsady mostka podchwyciła pomysł z kamizelkami, diuk nas zasię zdjął swój pas z tarczą i zapiął go Czarnej Ines. 
Zostało jeszcze pięć minut, gdy światła nagle przygasły, zapaliły się awaryjne. Aleksy jednak nie wychodził z transu, wyłączyć komputer wyłączył, teraz należało uruchomić go ponownie. Wtedy jednak Iwanowicz krzyknął wielkim głosem i obwisł na fotelu. A „Aboukir” z pięciuset zaledwie kilometrów odpalił salwę burtową…

…oczywiście nie byli tak głupi, by mierzyć w mostek czy reaktor, raz że szykowali się od abordażu, dwa że na mostku byli don Alejandro i Ines, trzy – że był tam Aleksy, którego chcieli żywcem. Pięćset kilometrów w kosmosie to wyciągnięcie ręki, tedy chirurgicznie odstrzelili pół rufy oraz rezerwowe centrum kierowania ogniem – i czekali, czy „Iwan Konstanty” waży się odpowiedzieć ogniem. Zaraz tez ruszyły fregaty, ostrożnie by przypadkiem nie wejść na linie ognia, w pięć minut przyczepiły się do kadłuba… a kolejne dziesięć zajęło marines dotarcie na mostek, praktycznie bez oporu. Kapitan, ujrzawszy z jednej strony lufy, a z drugiej leżącego bez ducha pryncypała, uczynił rzecz w tej sytuacji najrozsądniejszą – poddał okręt…  
Na tą właśnie scenę nadleciał z hukiem a świstem nasz skoczek, wiozący ekipę ratunkową sztuk pięć… niejako pro forma kazałem łączyć z komendantem, usłyszałem odeń dokładnie to, czego się spodziewałem – oboje są cali i zdrowi, nie musimy ich zabierać, wrócą sami. Wysadziwszy tedy panią paladyn Rolas, zgodnie z jej życzeniem, na pokład „Aboukira”, kazałem wracać.

Iwanowicza poniesiono tedy do medlabu, „Iwana Konstantego” obsadziła załoga pryzowa, don Alejandro zaś ponownie oświadczył Hawkwoodom że gotów jest zaręczyć za hrabiego, po czym wreszcie mogli wsiąść do skoczka i powrócić na planetę. I czułem w tonie jego głosu, gdy nie kazał na siebie czekać, że musi porozmawiać z Czarna Ines. Wytłumaczyć się ze swych działań, a raczej ich braku. Krótko rzekłszy, powiedzieć prawdę. I tak uczynił… 

Alejandro skończył mówić i bezwiednie wstrzymał oddech. Oczy pięknej markizy zwęziły się i wymierzyła mu policzek... 

Lot zajął tedy kapeńkę dłużej niż normalne zejście z orbity, wysiedli zaś oboje z minami tak pokerowymi, że anim pytać śmiał. Inezę zaraz też wziął do medlabu Hieronim, komendant zasię połączył się z orbitą, zapytać o rozwój wydarzeń. Wieczorem też powróciła Dydona, z informacją o zażegnaniu sporu między Nadakirą a Aleksiejem. Odbył się pojedynek, powiada, w którym obaj zostali ranni. Nie róbcie takich oczu, oczywiście że załatwiono rzecz rytualnie… zwłaszcza ze Decados w swym stanie ledwie mógłby nóż do ręki wziąć.

Zważywszy na wydarzenia, poza nami wymierzone również w Aleksieja i Nadakirę, komendant za radą Dydony zaprosił na dzień następny wszystkich zainteresowanych, w tym przedstawiciela Ukarów, na obiad i naradę. Następnie, po owym dniu pełnym wrażeń wychylił ze mną kielich wina i udał się na spoczynek. Nie wiedząc, że Fortuna po uratowaniu Ines nalewa mu już kolejny kielich dziegciu…  





Komentuj (1)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2019
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń