Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


25 IV - 10 V 5004

Ten Drugi

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi



Usprawiedliwiając się z góry, dziatki, to nie jest moja opowieść. Nie byłem świadkiem tych wydarzeń, jedynie usłyszałem ją z ust świadka tychże. Niemniej, jest to opowieść Vincenta Vegi. I może nawet, w innym czasie i miejscu, ktoś ją odeń usłyszał. 
Tego jednak, kochani, wiedzieć nie mogę. Nie mogę być pewien, że została przezeń opowiedziana. A szkoda, żeby przepadła… Tedy, na wszelki wypadek, opowiem ją ja. Vincent Vega.
Ot, myślicie, uchlał się stary dziad, pierdoły gada. Nie krzywcie się, posłuchajcie. Gdziem skończył ostatnio? Końcem kwietnia, na Keth-Kordeth… Burej, martwej Keth.

A co powiecie, usłyszawszy, ze końcem kwietnia 5004 Keth-Kordeth była zielona i ludna?
Dlaczego? Albowiem w styczniu tegoż roku inwazja się nie udała?
Ale cofnijmy się jeszcze do wcześniej. Do września 5003 roku. Do Stygmatu.

Wyobraźcie sobie – tylko wyobraźcie – historię, w której Czarna Ines, owszem, wybrała się na pamiętną wycieczkę z komendantem i JosMarią. Skończyło się tak samo, porwaniem – tyle że komendant, stając w ich obronie, odniósł tak ciężkie rany, że symbionci machnęli nań wypustką i zostawili umierającego na pobojowisku. Bycie umierającym, dziatki, to jedno, a wściekłość i honor to drugie, tedy diuk nasz, odnaleziony i doraźnie połatany, pierwsze co kazał to wyciągnąć swą zbroję z kufrów. Niemal powtarzając akcję sprzed lat z Keth, wpadł z kompanią pancernych na ratunek i uwolnił Inezę z hiva, przy okazji równając go z ziemią. Nigdy nie został pojmany i nie uwolnił Cienia.

Walka nie obyła się jednak bez strat. Nie udało się uratować JosMarii, sam Alejandro zasię, czerpiąc Dziw potrzebny do walki, przekroczył nie jeden i nie dwa progi zdrowego rozsądku – i tylko dzięki systemom zbroi życie uniósł. Tym razem naprawdę umierający, z pootwieranymi ponownie ranami z pierwszej potyczki, przewieziony został na Keth, by tam się kurować. Wraz z nim poleciała sama Ineza…
Wyobraźcie sobie historię, w której nasz dzielny diuk nie zaprzątał sobie głowy uwolnionym na Stygmacie Cieniem… gdyż nigdy go nie uwolnił. Nie zamartwiał się też zniszczeniem Keth-Kordeth… gdyż bitwa, o której wiemy – o tak, miała miejsce – potoczyła się nieco inaczej. Hazackie megatransportowce nigdy nie dotarły do planety, rozmienione na drobne przez nasze okręty. Reszta zespołu inwazyjnego zawróciła, nie zawracając sobie nawet głowy bombardowaniem planety.
 
Cóż diuk Corrinho? Były pewne oczy, czarne a ogniste… Nie twierdzę, że miał łeb mniej zakuty od Alejandro, którego znamy. Po prostu mniej ciosów na niego spadło… dochodząc tedy do zdrowia na Keth pod troskliwą opieką Czarnej Ines, potrafił bez pomocy Vegi usłyszeć westchnienia ciche i pochwycić rzucane ukradkiem spojrzenia pięknej markizy… i odwzajemnić uczucie, którym go obdarzyła. Nie tak jak ten tu… ech, szkoda gadać…

Podobnie jak w historii, którą znacie, wyruszyli na B2. Podobnie budowali od podstaw hazacki korpus dyplomatyczny. Podobnie natknęli się na klony – pomnijcie, historia ich i ich stwórcy była znacznie starsze niż data przylotu na Stygmat. Podobnie zleciało się do nich mnóstwo Wróbli – jeno że ich tak nie nazywano, wszak to JosMaria ich tak ochrzcił. Nie było natomiast spotkania z Krwawą Izabelą… zamiast tego były huczne zaręczyny Ines i Alejandro. Nie wątpię że Vega tam był, wino pił…
Nie myślcie jednak, że czas schodził jeno na politykowaniu a amorach. Trwała wszak wojna, wróg uderzył – daleko, na Rawennie i na Aragonii. Dali głowy stary Luis Corrinho i dona Patricia, dał i Pedro Corrinho. Zamachowcy zastrzelili też obu synów Pedra, bliźniaków Ulissesa i Hectora. A to był tylko początek…
Oboje wyruszyli tedy na Rawennę – na wesele i pogrzeb… raz, by pożegnać obu młodzieńców jak obyczaj nakazywał. Dwa, rychło żałoba się skończy – by się pobrać. Sam Arcyksiążę za drużbę miał być… Skąd taki pośpiech, pytacie? Ano, markiza porzuciła pewne Sutheckie obyczaje… Ano, nie wypadało by pierworodny Corrinho, którego piękna Ineza nosiła już pod sercem, urodził się nieślubnym… 
No i polecieli, dziatki… o tak, byli oczekiwani… ostatnim, co zapamiętał don Alejandro, był atak rajdera w układzie B2. Następnym wrażeniem, jakie przyszło – było zimno…

Pierwsze, nieodparte wrażenie przy wychodzeniu z komory, czy to hibernacyjnej czy też leczniczej: jak długo w niej byłem? Gdy na dodatek jest ciemno, a wokół unosi się woń stęchlizny, zaczynasz myśleć o latach, jeśli nie stuleciach. A taki właśnie obrazek przywitał go po rozmrożeniu. Ciemno, ani żywej duszy… było, prawda, dwóch techników, ale już dobrze zaśmierdziałych i porosłych pleśnią.
Lubo martwi, okazali się wcale pomocni… karta dostępu, klucz do szafki z ubraniami… z dziewięciu komór trzy – poza jego – były na chodzie… choć pierwszą, nieodpartą myślą było szukać Ines, zajął się żywymi. Pasażerowie dwóch komór nadawali się do wybudzenia, ostatni był – według komputera – zbyt poważnie ranny. Pół godziny później poznał towarzyszy podróży – mężczyznę i kobietę. Gildyjnego pilota oraz – ciekawe uczucie, gdy znalazł w szafce azbestową sutannę i kompaktowy miotacz ognia – siostrę Avestii.  
Potem przejrzał logi, zapisy… liniowca pasażerskiego, na którym się znajdował. Dowiedział się, co nastąpiło wcześniej. Jak statek ów napotkał w układzie B2 dryfujący, zniszczony „Pas Oriona”. Jak przeniesiono na pokład Inezę, jego, tych z załogi którzy przeżyli – niewielu, wszyscy ranni… Jak w trakcie przenosin nastąpił wybuch na jachcie, który poranił kilkoro z pasażerów i załogi liniowca. W przyległym medlabie, pośród rozkładających się zwłok na łóżkach, rozpoznał kilku ze swoich ludzi. A potem znalazł Ines…
Najciemniej pod latarnią, dziatki… była tak blisko, że bliżej się nie dało. W sąsiedniej komorze… on jednak zrazu nie zwrócił uwagę na niesprawny agregat ze spleśniałym truchłem w środku. 

Trzeba było jednak na pewien czas zapomnieć… porozmawiać z ocalałymi towarzyszami podróży, zmusić wymarły statek do posłuszeństwa. Oraz zorientować się, gdzie są - i dlaczego. Stan trupów pozwalał domyśleć się co najmniej dwóch tygodni dryfowania. 
Szlachcic, kapłanka i gildyjny pilot… iście Trójnóg w miniaturze. Ale że była ich tylko trójka, dokonali czegoś niemożliwego dla tych trzech sił w większej skali – dogadali się. Nie minęło kilka godzin, a statek powoli brał kurs na gwiazdę układu, jedna z posiadanych sond ruszyła przodem zbierając dane, a nasi bohaterowie zajęli się kolejnym problemem – kilkoma setkami martwych, a jakże, ale nader aktywnych skorup, które odkryli (na szczęście przez kamery, nie osobiście) na pokładzie trzeciej klasy…
I to było interesujące, dziatki. W kajutach załogi, pierwszej i drugiej klasie znajdowali wyłącznie martwe, rozkładające się ciała. A dolny pokład, blisko ładowni, tętnił życiem… jeśli można tak to nazwać. Rzecz warta sprawdzenia, zwłaszcza jeśli planowali gdzieś wylądować.
Równie interesujący był czwarty żyjący pasażer… wciąż znajdujący się w komorze. Jak się okazało po przeszukaniu kajuty, Eskatonik. Jak się okazało po bezczelnym przejrzeniu jego notatek – współsprawca całego zamieszania…
Jak już wiecie, kapłan ów został ranny przy przenoszeniu rozbitków z „Pasa Oriona” i trafił do komory. Sęk w tym, dziatki, że wiózł on – a raczej przemycał – pewien artefakt. Samobójcą nie był, o nie, wiedząc że ładunek może zakłócić procedurę skoku, co dwa dni sumiennie schodził do ładowni i odprawiał rytuał mający wyciszyć aktywność… gdy zatem liniowiec skakał z B2 na Tetydę, zawarty w komorze Eskatonik był dwa rytuały w plecy. Artefakt zadziałał i spowodował skok w nieznane… przy okazji uśmiercając załogę i pasażerów bądź zamieniając ich w skorupy – z wyjątkiem czworga.

To wyjaśniło w sumie wszystko, łącznie z rozkładem martwych i żywych inaczej na statku. Tudzież wymusiło dalsze kroki. Gdyby nie ów artefakt bowiem, mogliby zwyczajnie zignorować skorupy i poczekać, aż te się porozpadają same. Niechcianego ładunku należało się jednak pozbyć – a droga do niego wiodła przez pełen skorup pokład. I było ich trochę za dużo by załatwić robotę ręcznie… szczęśliwie, gildyjny pilot zmuszał do działania coraz to nowe systemy. Udało sie uruchomić i posłać na dół golema w charakterze wabika. A potem, gdy prawie wszystkie popędziły za nim …

W kadłubie idącego powoli przez pustkę liniowca otworzył się prostokąt światła. Bryznęło z niego zamarzającym gwałtownie powietrzem, przemieszanym z figurkami… dziesiątkami, potem setkami… figurki wymachiwały bezsilnie kończynami, pewnie by krzyczały, gdyby mogły. Długo to jednak nie potrwało – statek leniwie zmienił pozycję, aż jego rufa wymierzyła dokładnie w chmurę zmrożonego powietrza i ciał. A potem dał ciąg…

Wszystkich jednak nie wywiało, o nie. Trzeba było, po ponownym zahermetyzowaniu pokładu, zejść na dół i dokończyć robotę ręcznie. Tu siostrzyczka Lacrima miotaczem, tam książę Alejandro żelastwem, ostatecznie rozwiązali kwestię skorup na pokładzie liniowca. A niedługo potem za burtę poleciała skrzynia z artefaktem…

Teraz dopiero mogli nieco odetchnąć. Pilot (a nazywał się Brown, teraz dopiero żem sobie przypomniał) położył statek na kursie w kierunku słońca. W połowie trajektorii dopiero miał zmienić bieg i zacząć hamować – a ta chwila była najlepsza do uszanowania zmarłych. Do wysłania kapsuł z ich ciałami w najpierwszy ogień Wszechstwórcy. Zanim jednak to nastąpiło, należało ich przygotować jak nakazywał obyczaj. A zwłaszcza jedną…

Ciało przeniósł do chłodni już dawno – najwcześniej jak się dało, tak, by zatrzymać zniszczenia które poczyniły śmierć i czas. Teraz zasię pracował. Kazał swemu ciału zignorować kłujące igiełki zimna, parę unoszącą się z ust. Wydobytą ze skrzyń suknię koloru byczej krwi rozciął na plecach po krzyże, po czym z największą delikatnością i uwagą jął odziewać Inezę. Delikatnie, by nie naruszyć rozluźnionych przez rozkład stawów, wsunął ramiona w rękawy, odsłonił dłonie. Z pieczołowitością, jakby przygotowywał oblubienicę do ślubu, wygładził i wyrównał materiał na biodrach, na barkach. Starzy bogowie byli dlań łaskawi, ciało nie dawało po sobie poznać, ze nosiło wewnątrz drugie… i pozwolili mu zachować zmysły. Przełknął wzbierającą w gardle gorycz.
Miał mnóstwo czasu. Powoli i starannie rozczesał pukle jej włosów, wciąż czarne i błyszczące. Wplótł w nie ozdoby, te same, w których tak lubiła się mu pokazywać. Powieki zasunął jeszcze dawno – zupełnie, jakby spała. Zawiesił ciężki złoty naszyjnik, wzuł na palce pierścienie. Skończywszy, ściągnął gumowe rękawiczki. Schylił się i podniósł z podłogi rapier. Obnażył piędź ostrza, po czym chwycił je lewą dłonią – i powoli wyciągnął broń z pochwy, znacząc klingę krwią. Delikatnie zaplótł obłażące z tkanki palce Ines wokół rękojeści. 
Podniósł prawą dłoń do ust, po czym przytknął jej palce do ust martwej markizy. Ledwie widząc przez załzawione oczy, zatrzasnął kapsułę.
Porucznik Brown zastanawiał się, co można robić w chłodni przez trzydzieści godzin. Uznał jednak, że lepiej nie pytać o to tego Hazata.  


Jako rzekłem, w połowie lotu wystrzelili kapsuły ze zmarłymi w gwiazdę układu. Potem zasię zajęli się swoją własną sytuacją. Wysłana sonda (jedna, albowiem posiadali całe trzy) zdążyła już policzyć planety w układzie oraz stwierdzić, że druga od słońca jest zamieszkała. Podróżnicy skierowali ją bliżej owego globu, by poczyniła dokładniejsze pomiary. Odkryła ruch w przestrzeni nad planetą – stocznię orbitalną, kilka okrętów wielkości małego krążownika… a potem – lubo nie wykryła nic lecącego w jej stronę – zniknęła. Druga, wysłana jej śladem, zauważyła że jeden z okrętów zszedł z orbity. Jakkolwiek poruszał się zupełnie innym kursem – znowu niewidzialne „coś” zdjęło sondę. Zanim naradzili się, czy wysłać trzecią, mieszkańcy układu skontaktowali się i uprzejmie przedstawili. W języku jak najbardziej zrozumiałym dla Lacrimy i dona Alejandro… tudzież z manierą nieobcą diukowi.

-Michał Kazimierz Radziwiłł, hetman przestrzeni i kapitan okrętu myśliwskiego „Biegnący Jeleń” – odezwała się postać na ekranie płynną łaciną.

Mieszkańcy Sarmatii byli nacją dość niezwykłą. Odcięci od stuleci od Znanych Światów, zamieszkujący żyzną planetę, mówiący jednym językiem i wyznający jedną religię – każdy inny naród zapewne wiódłby życie ciche i spokojne, korzystając z darów Wszechstwórcy. Oni jednak byli podobni Hazatom… (później tez twierdzili, że Hazaci są podobni im) – nie mając wrogów zewnętrznych, tłukli się regularnie między sobą…  

Wojna trwała lat trzydzieści osiem, a potem jeszcze dwanaście, bo pośród gruzów nie było widać, kto wygrał, i o to się jeszcze raz pobili
  S. Lem


Nie znaczy to jednak, dziatki, że planeta była regularnie rozrywana wojną domową, palona i grabiona, o nie… Naród był może i wojowniczy, ale wiedzieli dobrze że planeta jest tylko jedna i jak ją zepsują, to drugiej nie będzie… patrząc na to, co się u nas naówczas działo – chętnie bym sam poleciał na Sarmatię, wysadzając Wrota za sobą. Ech, gdyby kilka koronowanych łbów myślało podobnie, jak oni…
Tu wtrącę jeszcze, że rządził tam Arcyksiążę, tytułowany przez nich królem – jak to kiedyś i u nas bywało. W teorii… w praktyce, rządziła zawsze najpotężniejsza z rodzin. Takowych wielkich rodzin było kilka – ilekroć jedna z nich stawała się dość potężna (albo panująca dość osłabła), organizowało się rokosz, obalało władcę (jeśli się udało) i instalowało na tronie własnego. I tak co parę pokoleń w kółko… Głów przeważnie leciało niewiele, czasem tylko królewska, nie raz i nie dwa zdarzyło zupełnie bezkrwawo…
A wiara, pytacie? Ta sama, co i u nas, jeno u nich zwało się to Kościół Wiekuistego Płomienia. Z grubsza, rzec by można, połączenie Ortodoksji i Avestii… na pierwszy rzut oka brzmi strasznie, prawda? Z tym, że na planecie pozbawionej Symbiontów, heretyków, na której antynomista trafiał się od wielkiego dzwonu, ów Avestiański trend stracił na krwiożerczości, skupiał się bardziej na ascezie, nie zaś na paleniu.

Ale odbiegłem od tematu najciekawszego, dziatki. Jak Sarmaci toczyli wojny. Wszyscy bez wyjątku: ubożsi szlachcice – o pardą, rycerze – o miedzę, bogatsi o ziemie, miasta i złoża, najpotężniejsi – o koronę… Żaden z nich nigdy nie dał ognia na powierzchni planety… Jak więc walczyli? Ano, w przestrzeni. Umawiali się w danym miejscu i czasie, brali myśliwce swoje i swoich popleczników i toczyli bitwy z dala od planety.
No tak, stary Vega zmilczał, czym dysponowała planeta. Jako już rzekłem, posiadali tuzin małych krążowników, a właściwie lekkich lotniskowców. Czyli mniej więcej tyle, co flota systemowa niezbyt bogatej planety…

…oraz czterdzieści tysięcy myśliwców przestrzennych. To jest czterykroć tyle, co Cesarstwo, Zakon, Rody i Kalifat razem wzięte.

Tego już dowiedzieli się od wcale życzliwego i rozmownego hetmana na pokładzie „Biegnącego Jelenia”. Cóż usłyszał w zamian? Prawdę i tylko prawdę, dziatki… ale nie całą prawdę. Nasza dzielna trójka postanowiła bowiem nie ukrywać historii z przylotem z B2 i nieplanowanym skokiem. Opowiedzieli z grubsza o toczącej się wojnie, o stronnictwach. Nie wyprowadzali jednak z błędu Radziwiłła, myślącego że Cesarstwo składa się z jednego jedynego systemu B2. 
Rzecz jasna, zdecydowali się reprezentować Cesarza przed tutejszym władcą. To doskonale, rzecze hetman, gdyż Jego Wysokość Jan VII Zamojski życzy sobie widzieć dostojnych gości…

Po drodze pytali dalej – i obserwowali… skąd na planecie, może i bogatej, ale jednej – tak potężna armada? Zauważyli, że każdy z tytułujących się Rycerzami miał na karku port – doskonale widoczny, gdyż kanonem mody u mężczyzn było tu noszenie wysoko podgolonych fryzur. A raczej w drugą stronę, dziatki – by stać się Rycerzem, trzeba było posiadać myśliwiec – a port służył do sprzęgu. 
Niektóre z tych maszyn przechodziły z ojca na syna, niektóra miały i po dwieście-trzysta lat… ale były nieustannie modyfikowane. Cóż rzec, były bronią – a o takową się dba. 

Jako rzekłem, toczone w przestrzeni utarczki nie odbijały się na samej planecie. Stolica wyglądała dostatnio, powiem wam nawet że drugorepublikańskie budowle nie były rozszabrowane jak to na B2 a ciągle wykorzystywane. Podobnie było ze świątynią Wiekuistego Płomienia, zwieńczoną olbrzymia iglica z płonącym na jej szczycie ogniem. Podobnie było z pałacem królewskim, wielkim, monumentalnym i snadź również pamiętającym II Republikę. Tam właśnie wylądowali – na placu mogącym pomieścić pancernik. Wyglądał dość pustawo – parkowało tam jedynie dwadzieścia myśliwców Gwardii Królewskiej, a ich załogi – płci obojga – tworzyły szpaler dla gości. Brama do pałacu mogła pomieścić czołg – i, sądząc po śladach, jakiś czas temu ktoś wziął to za dobra monetę, a nikt nie kwapił się z naprawą. 
Tu z rąk gościnnego hetmana przejął ich jego brat, dowódca Gwardii, rotmistrz Piotr Radziwiłł - i powiódł korytarzami… w których absolutnie nikomu nie groziła klaustrofobia. Żeby bowiem nie owa brama, do środka można by wlecieć niedużą korwetą. Musieli przewędrować dobry kilometr, zanim weszli do sali tronowej. Wielkości głównego stadionu Realu Aragonia…
W tej przestrzeni podwyższenie, dwa trony i skupiona wokół nich grupka ludzi naprawdę nie robiły wrażenia. Rotmistrz prosił bliżej…
Na wyższym tronie siedział król… co przypomniało Alejandro spotkanie z synem sułtana Khayaam na Hirze – monarcha bowiem liczył sobie wiosen szesnaście. Nawet nie starał się ukryć podekscytowania, widać było że li tylko wpojona etykieta powstrzymuje go, i to ledwo, od zerwania się z tronu i wybiegnięcia do gości. 
Królowa natomiast, starsza od małżonka tak o połowę, uprzejmie starała się ukryć znudzenie – tudzież zniesmaczenie zachowaniem męża. Cóż, polityczne małżeństwo, i to z taką różnicą wieku…
Przyszło zatem, dziatki, do kolejnej już prezentacji. Nie znając tutejszego ceremoniału, należało improwizować – ukłon należny Arcyksięciu okazał się dobrym wyborem. Władca, wyraźnie zadowolony, wyraził życzenie spotkania się z gośćmi na uczcie – za godzin dwie. Ot, by mieli czas odpocząć i odświeżyć się po podróży. Miało być posiedzenie Rady, panie… Przełoży się! Dixi!

Jedno spotkanie, a powiedziało tak wiele o władcach Sarmatii. Król, królewiątko – łatwo sterowany przez członków Rady – może i to lepiej – chyba że się na coś uparł. Wciąż młody i niedoświadczony w arkanach rządzenia, zbyt wcześnie odumarty przez ojca – może i miał szansę wyrosnąć na zręcznego władcę, owszem, pytanie czy będzie miał na to czas. Królowa - małżonka polityczna… a także katapulta do władzy dla jej rodziny, dla Potockich. Kolejny przewrót wisiał w powietrzu…

Owa uczta potwierdziła przypuszczenia… ale powoli. 
Jak się pewnie domyślacie, sala jadalna nie miała wielkości stadionu Realu… Stadion, dziatki, by się w niej zmieścił – razem z okolicznymi sklepikami, parkingiem i lądowiskiem. Pośrodku ustawiono stół długości, drobiazg, dwustu stóp… Tak sobie myślę, sadzanie królewskiej pary na szczytach stołu raczej nie pomagało w przełamywaniu lodów… Teraz jednak stół wyglądał jak gigantyczna zapałka – nakryty purpurowym obrusem u jednego końca i poza tym goluteńki. U owego końca zebrali się biesiadnicy, w liczbie około czterdziestu. U szczytu, rzecz jasna, siedział król, mając po swojej prawej księcia Corrinho, po lewej zasię znanego nam już hetmana przestrzeni. Kolejnych gości usadzano wedle rangi, siostrę Lacrimę wcale blisko, natomiast porucznika Browna – niby ni kościelny, ni szlachcic, ale również posiadał port sprzęgający – między drobną szlachtą.
Na jedzeniu a opowiadaniu zeszło dobrych godzin trzy… Jan VII z niezmierną ciekawością, która wyjaśniła się później, jął wypytywać o szczegóły podróży i skoków międzysystemowych w ogóle. Tak, Sarmaci wiedzieli o wrotach w swoim systemie, lecz na początku nie umieli, a potem po prostu nie potrzebowali ich uruchomić. Król w pewnej chwili kazał zawezwać Mechanika - to taki tamtejszy odpowiednik Inżynierów – po czym polecił mu udzielić wszelakiej pomocy w kwestii naprawienia liniowca… tudzież wszelkiej informacji dotyczącej zapomnianej już techniki lotów. Już następnego dnia zabrali się za badanie Klucza… ale o tym jeszcze nie teraz.
A potem pojawiła się Królowa… spóźniona, owszem, lecz było to zrozumiałe – monarcha wyjaśnił, zupełnie niepotrzebnie bo widać było doskonale, że małżonka jest przy nadziei. Rzekł to tonem dziwnie ponurym jak na przyszłego ojca… a kolejny kawałek układanki wskoczył na miejsce, gdy przyszła połowica ze świtą, wiedzioną przez rotmistrza Radziwiłła… 
I gratulacje dla naszego diuka, może miód wyborny mu polotu dodał, ale w mig załapał – że ojciec następcy tronu bynajmniej nie siedzi obok niego… jeno że właśnie wszedł był z królową. 
Część biesiadników była już zbyt pijana, wspomniany miód lał się bowiem strumieniami, część jednak zauważyła że Jan VII (który od początku biesiady pił wciąż jeden i ten sam kielich) pobladł nieco – zapachniało konfrontacją… Kto wie, czy nie miał usłyszeć wyzwania tu i teraz, przy biesiadnym stole? I, co gorsza – przy gościach, którzy nie omieszkają opowiedzieć swemu Cesarzowi o wszystkim… Dość, że - co don Alejandro zauważył, choć trunku sobie nie żałował – król dyskretnie skorzystał z komunikatora… na co w ciągu minut kilku pojawiło się ośmiu kolejnych Rycerzy. Biesiadnicy ryknęli ochoczo, zrobili miejsce, nowo przybyli ulokowali się w bliskości władcy, któren uspokoił się nieco. Myślał nad czymś chwilę, wreszcie łupnął kielichem w stół i oświadczył że pragnie, tak szybko jak będzie to możliwe, odwiedzić swego drogiego królewskiego brata, Aleksiusa. Wywołał tym niejaką konsternację przy stole… i powód do długiej a gromkiej dyskusji. Nie czekał jej końca, wstał i odszedł ze swa obstawą. Kwadrans nie minął, a jej wysokość również poprosiła rotmistrza o odprowadzenie na pokoje – w dokładnie przeciwna stronę niż odszedł król.
Atmosfera przy stole rozluźniła się jeszcze bardziej, Radziwiłł przesiadł się do komendanta i zaczął rzecz wyjaśniać… że wypił sporo, w wyjaśnianiu nie hamował się ani trochę. Zamojscy, rzecze, zdobyli tron rokoszem lat temu sześćdziesiąt parę. Teraz zasię król był słaby (co widać było), Potoccy zgadali się z Radziwiłłami – czas na zmianę… póki co przewrót, abdykacja albo śmierć króla – osadzenie Piotra na tronie, a wtedy będzie mógł już zaślubić królową-wdowę (albo rozwódkę) i uznać dziecko – tak czy tak z jego krwi…
Potem rozluźniło się jeszcze bardziej, zrobiło się dużo głośniej, z łbów zadymiło… i don Alejandro zobaczył, jak Sarmaci rozwiązują sprawy po męsku. Nie, nikt nie wyciągał szabli – w robocie były pięści i puchary… a gdy padła jedna poważniejsza obraza, obaj zainteresowani panowie umówili się w pewnym opuszczonym sektorze przestrzeni za trzy dni – „tylko nie zapomnij waść myśliwca”. Jakby miał na beczce lecieć…  

Kilka dni następnych upłynęło na planach, piciu, zwiedzaniu planety, piciu, polowaniach, piciu, intrygach… Król wprawdzie zobaczył się już i porozmawiał z gośćmi zza Wrót, jednak druga strona też nie zasypywała gruszek w popiele. I, paradoksalnie, wstępny cel obu stronnictw był jednakowy – umożliwić Janowi VII wylot na B2. Dlaczego? 
Król był młodzikiem, owszem, niedoświadczonym, ale nie głupim. Orientował się dobrze, że część szlachty poprze go tylko ze względu na bycie pomazańcem – to im wystarczało. Inni nie kiwną palcem w bucie i poczekają na rezultat wojny. Rokoszanie, rzecz jasna , zechcą go obalić. Żeby jednak tego dokonać, trzeba – rzecz niby oczywista – mieć króla w łapach. Zaś król goszczący u Aleksiusa – to król nieosiągalny. Poza tym, może zdoła przekonać swego drogiego cesarskiego brata do pomocy – w zamian za późniejsze użyczenie części owej wielkiej armady…
Z drugiej jednak strony, gdyby gościna u Aleksiusa przeciągnęła się… najlepiej w nieskończoność – to coraz więcej i więcej uwierzyłoby, że gościna jest w istocie ucieczką… i Sarmatia byłaby widownią kolejnego bezkrwawego przejęcia władzy.
…a wtedy oferujemy pięć tysięcy myśliwców, usłyszał pewnego wieczoru don Alejandro od pana Mikołaja Potockiego, nestora rodu, przy antałku wybornego dwustuletniego miodu.

Tak tedy działania mające na celu powrót na B2 ruszyły pełna parą, przy pomocy obu stronnictw. W archiwach Mechaników znaleziono prastare mapy gwiezdne – co ciekawe, okazało się że skok z Sarmatii wiedzie na Tetydę, tedy artefakt musiał spowodować dwa skoki jeden po drugim… to oznaczało, że musiał istnieć kiedyś Klucz – lub kilka… Nie było takowego na planecie – ani w skarbcu królewskim, ani kościelnym, ani u Mechaników… Natomiast był poza planetą. 
Wystawcie sobie, dziatki, że w systemie posiadającym słownie jedną zamieszkałą planetę i słownie cztery kolonie górnicze istniało kilka baz piratów… a właściwie rycerzy-rabusiów. Wojowali oni albo między sobą nawzajem, albo czasem najeżdżali planetę, często też dostawali baty od pospolitego ruszenia, gdy zirytowana szlachta skrzykiwała się w pięciuset chłopa – o, pardą, pięćset myśliwców… nie powiem, był to świat jak z bajki, tylko takiej dla większych dzieci… dość, że można było z nimi porozmawiać dwojako – plomo o Plata… Pan Mikołaj Potocki obrał tę drugą drogę i najzwyczajniej w świecie kupił od jednego z pirackich atamanów Klucz Sarmatia-Tetyda, który od stuleci porastał kurzem w kufrze… 

Obietnice obietnicami, ale nasi dzielni podróżnicy chcieli tez zrobić coś dla swoich. Brown – wiadomo – zastanawiał się nad skumaniem tutejszych Mechaników z Gildią. Siostra Lacrima jęła wyszukiwać pośród nowicjatu potencjalnych teurgów i namawiać ich na szkolenie w Cesarstwie. A don Alejandro… cięgiem pił z Rycerzami i opowiadał o wojnach. Tych, które już się skończyły oraz tej, która trwała. Mówisz, że mógł ten czas lepiej spożytkować? To posłuchaj dalej… Wąsatym zabijakom, którzy od stuleci mieli do bicia jeno siebie wzajem, aż się oczy świeciły. Łupy… Komendant żałował szczerze, że poza obstawą króla na liniowiec da się zapakować jeno dwa tuziny myśliwców z załogami… albowiem Rycerzy chętnych zasiąść za sterami swych maszyn w wojnie po stronie Wolnych Hazatów zgłosił się ni mniej nie więcej tylko tysiąc… przypominam, że jest to równowartość skrzydeł szesnastu lotniskowców uderzeniowych…

Nie minął tedy tydzień, a naprawiony liniowiec, obwieszony myśliwcami, zszedł z orbity… a po kolejnym tygodniu skakał już przez wrota. 
Na Tetydzie przyjęto ich uprzejmie, acz z pewnym ukrywanym zdziwieniem… które don Alejandro kładł na karb ich zaginięcia – to już dwa miesiące? A tu nagle wracają - i to spoza Znanych Światów, z obcym królem na pokładzie.
Z Tetydy skoczyli w asyście niszczyciela na B2, po czym – najzupełniej zrozumiałe – liniowiec odholowano daleko od wrót, celem kwarantanny. Mus to mus… kolejne dwa tygodnie, podczas których dzielni Sarmaci wyżłopali cały zapas wina na pokładzie – praktycznie nie znali tego trunku, pijając głównie miód i piwo. A potem zapasy miodu też zaczęły się kurczyć… Zapasy cierpliwości Jana VII również.
Minęły owe dwa tygodnie – aż wreszcie otrzymali wiadomość, że kwarantanna zostaje zakończona. Że w drodze do nich jest przedstawiciel Cesarstwa tudzież ambasador Wolnych Hazatów.

I stało się tak, że w improwizowanej Sali tronowej zasiadł król Jan VII Zamojski ze świtą, mając po prawicy diuka Alejandro Corrinho.
Po czym weszli przedstawiciele Wolnych Hazatów – diuk Alejandro Corrinho i markiza Inez de Sierra Nevada…

Ta historia, dziatki, jest prawdziwa. Usłyszałem ją bowiem z ust Alejandro Corrinho Dulcinea, świadka tych zdarzeń.

Mieliśmy nad nim przewagę… po pierwsze, wiedzieliśmy od dwóch tygodni, on zasię był zaskoczony. Po drugie, mieliśmy przekazy z kamer – zestaw blizn w większości się zgadzał, łącznie z konotatką Simona Estancia. Po trzecie, przyszły wyniki badań gościa – i najbardziej fantastyczne, a najmniej prawdopodobne wyjaśnienie nagle stało się tym prawdziwym.

- On jest mną…

Ten drugi z początku nie zdołał zamaskować zaskoczenia… potem zasię patrzył i – czego mój diuk był pewien – zaczynał rozumieć. Patrzył też tak dziwnie na Inezę… i zadał z pozoru bezsensowne tudzież sprzeczne z etykietą pytanie…

 – Ty żyjesz? 

Wtedy jednak nic jeszcze nie wiedzieliśmy… Dopiero potem, po części oficjalnej, spotkali się. W sześcioro oczu.

¬- Witaj, Alejandro…

Mój komendant przemówił pierwszy. Wyjaśnił gościowi to, co już wam powiedziałem – i czego drugi Alejandro snadź sam się zaczął domyślać. Że – przez czasy i światy- byli jednym. A potem tamten zapytał… konkretnie, jak tam ciąża?
Ines rzecz jasna spłonęła pięknym rumieńcem, przybysz połapał się że strzelił gafę i zaczął wyjaśniać – jak już wam mówiłem, że w jego świecie byli po słowie a Ines nosiła już dziecko… na co liczko pięknej markizy nabrało koloru królewskiej purpury.
Ha, to ich zastrzelił, moiściewy… diuk mój miał tyle oleju w głowie, że nie tłumaczył się „bo my nie tego”, zresztą – było nie było, rozumieli się niemal bez słów.
Czarna Ines puściła w ruch wachlarz, aż się lampy bujać zaczęły, opanowała nieco pąs i stwierdziła, że panowie na pewno mają sobie wiele do poopowiadania. Wiedziała też, że jej widok może być dla gościa zbyt bolesny. Wyszła tedy, a gdym ją przypadkiem na korytarzu mijał, zasłoniła się wachlarzem – nie umknęło mi jednak, jak ściera łzę.
Co zrobiłem, pytasz? Nic… pamiętaj, żadna kobieta nie chce być oglądana w chwili słabości. A dla kogo owe łzy były – tego już nikt nie wie…

Obaj panowie Corrinho rozmawiali do późnej nocy… szybko im w gardle zaschło, a gość przyznał się że tęskni za winem, tedy mój komendant zakrzyknął o wino. Wierę, żałuję żem przy onej rozmowie nie był, lecz to by było jak włażenie w jego myśli. Zresztą, dziatki, nie minęło wiele a każdy z nich z osobna sporo mi opowiedział… Tak tedy wiecie, że ich czasy i światy rozeszły się na Stygmacie. 
A niezwykłym zaiste zbiegiem okoliczności była blizna zrobiona każdemu z nich przez Simona Estancia. Identyczna, w tym samym miejscu… nasz diuk, jak pamiętacie, otrzymał ja w pojedynku po wypadku z limuzyną… tamten – cóż, też Alejandro, było nie było – zarobił ją na własnych zaręczynach…
Tak opowiadali długo, jam od czasu do czasu wino im nosił, służby nie puszczaliśmy, świat nie był gotów na wypuszczenie plotki o drugim Alejandro Corrinho… tedym urywki rozmów słyszał…

¬- I tak, drogi bliźniaku, straciłem wszystko. Nawet – kiwnął głową w kierunku Vegi…
- Nawet tego krwiopijcę – dokończył pierwszy Alejandro.


Nawet się nie obraziłem – bo w tym szyderstwie było uznanie i wdzięczność…

Pozostaliśmy na stacji dni kilka – aż do przyjścia listu żelaznego dla Jana VII. Obaj Alejandro pili, rozmawiali, planowali… a także tłukli się w sali treningowej, dostarczając pięknego widowiska. Pewnego zasię wieczoru drugi don Alejandro zasiadł nad antałem wina – ze mną. Grałem, a on opowiadał swoja historię. Tę, którą opowiedziałem dzisiaj wam.

Potem trzeba było się rozstać… a świat, jakom rzekł, nie był gotowy na dwóch Corrinho. Chociaż byłby to sobowtór, któremu komendant mógłby zaufać bezgranicznie – jak samemu sobie. 
On jednak miał inne plany… którym się mój diuk nie dziwił – zapewne sam zadawał sobie pytanie, co by zrobił na jego miejscu.

- Zapewne wrócę na Sarmację, dokończyć com zaczął – i sprowadzić dla nas te myśliwce. A potem… Nie należę do tego świata, jest w nim miejsce tylko dla Ciebie, bracie… a że nie mam jak go opuścić…
Skrzyżowały się porozumiewawcze spojrzenia.
- Pamiętasz kapitana Ruiza z San Migiel… Może czas, żeby powrócił…


Tak to zaczęła się historia drugiego Alejandro vel Miguela Ruiza. Czym go jeszcze zobaczył? Kiedyś opowiem.

Wyruszyliśmy tedy w dalszą drogę, zamierzając lecieć na Pentateuch. I właśnie wtedy do komendanta dotarł list, który zmienił nasze plany. Wypadało, dziatki, pojawić się na Delfach…

Światynia Vladimira, Strefa Anschok, Delfy 
12 kwietnia 5004

Jego Wysokość
Alejandro Corrinho 
Dulcinea de Nueva Castilla
Diuk Gival, Obrońca Wiary  

Wasza Wysokość, Książę Alejandro!

 Korzystając z okazji, iż przebywam na Delfach, chcę zaprosić Pana, wraz ze świtą, na kolację do Rain`s Imperial Hall w Anschok, 10. maja br., 21:00 czasu miejscowego. Pragnę omówić z Panem kilka żywotnych spraw, ale przede wszystkim poznać osobiście słynnego marszałka. Mniemam, iż wyświadczy mi Pan tę przysługę 
i nie naruszy ona zbytnio Pańskich planów. Jeśli jednak – co nie daj Wszechstwórco! – byłby Pan zmuszony drastycznie zmienić rozkład swych zajęć, pragnę słowem honoru zapewnić iż spotkanie ze mną nie będzie czasem straconym… ani dla Pana, ani dla Wolnych Hazatów.

Łączę wyrazy głębokiego szacunku
Kpt. Hermann von Blutendorf baronet Hawkwood

PS. Gdyby zastanawiał się Pan dłużej nad podjęciem decyzji, podaję kilka słów kluczowych, które jak mniemam będą pomocne: Hira, Terra, Aida

PPS. Proszę (i ze swej strony zapewniam) o dyskrecję, natomiast jeżeli będzie Pan uważał za wskazane zastosować jakieś środki bezpieczeństwa – proszę się nie krępować. Jednak parol daję, nie będzie to potrzebne. 


Aida, dziatki. Aida…
 
   




Komentarze:
ownlog.com :: Wróć