Menu :


Link :: 10.05.2009 :: 19:41
10 V - 12 V 5004

Cierpki Smak Zemsty cz.1 - Kochajmy sie!

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

 Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jakom wam ostatnio rzekł, dziatki, pewien list, a konkretnie zawarte w nim pewne imię niewieście na A, spowodowało zmianę naszych planów… Pentateuch może poczekać, twórca klonów takoż, furda wszystko, lecimy na Delfy! 
Taka właśnie była decyzja… nie, dziatki, nie dona Alejandro bynajmniej… rozkaz ów wydała, sypiąc iskry ślicznymi oczęty, Czarna Ines.
A dlaczego? Dlatego, żem o jednym ważnym wydarzeniu zmilczał. Trzeba się wrócić kapkę… nie tak daleko – na Keth-Kordeth.

Albo inaczej, dziatki. Zastanawiacie się zapewne, jak Ines i don Alejandro odebrali rewelacje o swoich zrękowinach w innej rzeczywistości… wiem, co sobie imaginujesz, dziecko – że zareagowali zgodnym oburzeniem „kto, my? nigdy!” – i ani planeta wokół słońca swego raz nie obiegła, a już szykowano weselisko… nie, to nie holovid, kwiatuszku. Było inaczej. Ale i tak wesoło…

Demony wiedzą, co Ines widziała w naszym dzielnym diuku… ani on gładki był, ani mowny, na dodatek ponury jak B2 o zmierzchu… Co zasię Alejandro mógł widzieć w Inezie – o, to doskonale wiedziały setki złamanych przez nią serc. Sęk w tym że, jak dobrze wiecie, nie widział… 
Pokój Twej duszy, Alejandro, wiem że srodze Cię los doświadczył, że nie amory były Ci w głowie, aleś – na Wszechstwórcę – głupi był a ślepy, aż szkoda gadać. 

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, lubo Ines oddała serce diukowi Corrinho, to nie oddzieliła grubą kreską swej przeszłości… i po staremu łowiła na lep każdego szlachcica, wdzięczyła się do wszystkich i nikogo zarazem… wyprułaby mi flaki za takie porównanie, ale to prawda – iście jak Natasza, jeno na mniej zalotnikom pozwalała…
Pamiętam też, jak – zdawałoby się – próbowała popchnąć księcia w ramiona pięknej simulacry… och, chciała jeno zobaczyć jak ów zareaguje…
Ej, gdyby jej się udało – strach pomyśleć…  
Przy czym, dziatki, nie straciła głowy, duma a honor nie dały jej ukazać uczyć zbyt otwarcie, zbyt jawnie, by dojrzeli je inni, nie dały narazić się na śmieszność – wiecie, afekt nieodwzajemniony nierzadko się zdarza, ale odrzucona miłość Ines de Sierra Nevada, złamane serce Żelaznej Dziewicy, tej, co wprzódy męskich serc nałamała setki - to by ci była sprawiedliwość dziejowa a uciecha gawiedzi!… Uciecha, dodajmy, która skończyłaby się krwawo.

W każdym razie, trzeba było starego praktyka żeby pochwycić gorące spojrzenia rzucane ukradkiem na diuka, dostrzec sposób w jaki piękna markiza smakuje jego imię gdy je wymawia, usłyszeć delikatne jak powiew westchnienie gdy on zwracał się do niej… ów stary praktyk, dodajmy, nie zwykł uszczęśliwiać ludzi na siłę… powiedziałem mu tedy tylko raz. Wszak w amorach nie był nowicjuszem, miał i oczy, i pomyślunek. A że nie trafiło – cóż…

I jak to się mogło skończyć, dziatki? Gdyby nasz diuk dalej wykazywał się spostrzegawczością godną muła pancernego… bo ten łeb zakuty, wybacz mi komendancie, po prostu nie widział! Gdyby zrozumiał, a nie chciał się wiązać - miał dość cojones by powiedzieć „kocham inną” lub coś może niezbyt mądrego, ale wyjaśniającego sytuację. Ineza z drugiej strony – zbyt dumna, by przemówić pierwsza… a może obawiająca się, co mogłaby usłyszeć. Ech, szkoda gadać… 
W końcu coś się musiało stać. Na przykład, Ines poszłaby po rozum do głowy, wyrzekła „Alejandro” z długim, głębokim tudzież ostatnim takim westchnieniem – i dla poprawy humoru złamała kolejne parę serc… Gorzej, gdyby ktoś wreszcie zauważył – wzgardzona miłość Ines tajemnicą poliszynela, brr… od miłości do nienawiści jeden krok, plus honorowy diuk Corrinho chroniący cześć markizy, pamiętajmy że pra-ileśtam-wnuczki Krwawej Isabel, plus wściekłość odrzuconej kobiety, na mój gust pokierowałaby tak – a potrafiła – by Alejandro zaczął za ową cześć zabijać.

Na szczęście, dziatki, nie pierwszy i nie ostatni raz nie doceniłem mego pana lennego…

I, wstyd przyznać, już tak nań ręką machnąłem, żem zrazu nic nie spostrzegł – dopiero po dniach paru. I musiałem wstecz kalkulować, co, kiedy i jak – ot, żeby z wprawy nie wyjść.
Uszło mojej uwadze zrozumiałe, ale jednak niezwyczajnie wielkie poruszenie komendanta gdy porwano Inezę. Dopiero po dniach kilku przypomniałem sobie, jak wysiadali ze skoczka wracającego z „Iwana Konstantego” – wiedziałem, że miał jej sporo do powiedzenia, że w trakcie lotu zapewne się tłumaczył ze swoich decyzji. Na karb tegoż złożyłem ich miny, dziwnie rozpłonione liczko Ines, nazbyt pokerową twarz dona Alejandro… 

Alejandro skończył mówić i bezwiednie wstrzymał oddech. Oczy pięknej markizy zwęziły się i wymierzyła mu policzek...  
Jej dłonie, jedna i druga, zamiast wylądować z plaśnięciem, miękko spoczęły na policzkach diuka. Zamknęła oczy i poszukała jego ust...


Oczywiście, dopiero musiał niemal stracić Inezę, by w zakutym łbie otworzyła się stosowna klapka… 
A, demony, nie ma tego złego, jak widzicie… jedyne, co ucierpiało, to moja wiara we własny dowcip. Gdyż jak kiedyś mojemu diukowi, teraz mnie umykały ich wzajemne spojrzenia, tudzież wdzięczne minki Inezy, przywodzące na myśl najedzoną kotkę. I tak, staremu praktykowi (a raczej prykowi) nie od razu kawałki układanki powskakiwały…

… Vega wyciągnął wycior z lufy i krytycznie zerknął do jej przewodu. Wziął ze stołu zamek, upewnił się że jest równomiernie pokryty cieniutką warstwą smaru i trzema pewnymi ruchami umieścił go na miejscu. Wtedy zamarł – przez chwilę zastanawiając się, czy go uszy nie mylą. Nie myliły…
- Alejandro… czy wiesz, że nie nuciłeś „Love, Sex and Sunshine” tak gdzieś – przygryzł słowo „Stygmat” na języku - od września?
Diuk Corrinho podniósł wzrok znad pistoletu, który rozkładał i uśmiechnął się szeroko
- Oj, ślepy-żeś, Vincente…


Tak tedy, powodem zmiany marszruty i lotu na Delfy była czysta i nieskalana zazdrość, a co! Wyobraźcie sobie bowiem, że dwa tygodnie może minęły od czasu, gdy między Alejandro a Ines padły ważkie bardzo słowa, gdy otworzyli przed sobą wzajem serca a dusze, a tu nagle pojawia się list – od jakowegoś barona, na dobitek wspominający o Aidzie – wielkiej, niespełnionej i demony wiedzą czy aby na pewno byłej miłości komendanta… 
Don Alejandro listem się zgoła nie przejął, wszak jego znajomość z Aidą Katlą nie była żadną wielką tajemnicą, ten czy ów brukowiec nawet powiadał ich kochankami, nawiązać do tego mogło wielu… diuk potraktował tedy epistołę wzruszeniem ramion, kazał jednak chłopakom z wywiadu sprawdzić dossier owego von Blutendorfa. 
Ines zasię… widok wart każdych pieniędzy, nie ominął mnie, gdyż don Alejandro otrzymał i przeczytał list przy obiedzie, w mojej przytomności, po czym na pytanie Inezy, co zawiera, po prostu jej go podał.
Oczywiście, nie było w tym nic, co by pozwoliło jej się na komendanta boczyć… niemniej, tonem słodkim jako unurzane w miodzie widły, dziurawiąc mimochodem obrus paznokietkami, orzekła że jak raz zdążą polecieć na Delfy. Zwłaszcza, dodała śląc z ócz błyskawice, że czekają tam na diuka ważne dokumenty i nominacje… po które wystarczyło posłać pełnomocnika z glejtem, ale nic to…  

Wyruszyliśmy tedy na Delfy. Pięknej Inezie nie dawało jednak spokoju pewne widmo z przeszłości Alejandro, o oczach jako toń górskiego jeziora… widać było, iż się z tym gryzła, a komendanta, lubo ów pewnie powiedziałby prawdę, pytać jej nie wypadało… bo jakże to by wyglądało? „Kocham Cię , Inezo”… „Ja tez Cię kocham, Alejandro, ale gadaj jak to było z Aidą…”
Potrzebny był, prawda, ktoś kto nie dość że komendanta znał, nie dość że rad opowiedział, ale jeszcze zachował treść rozmowy dla siebie. I znalazła takowego…

- Vincente… opowiedz mi coś, proszę.
- Tak, pani Ines?
- Aida Katla del …


Najpierw pozwoliłem sobie na odrobinę złośliwości, nie przeczę, jest to moja przywara…

- Ach, Aida… wielka i niespełniona miłość komendanta…

A potem opowiedziałem jej bajkę. Piękne kobiety uwielbiają bowiem bajki… Szpetne też, ale im mało kto opowiada.

Były pewne oczy, błękitne jak toń górskiego jeziora. I był pewien szlachcic, który chciał w tych oczach utonąć…
Mawiają, że są w górach na Aragonii dwa bliźniacze jeziora… o barwie tak pięknej, że każdy mężczyzna, który je zobaczył – tracił zmysły, rzucał się w głębinę i tonął. Bohater nasz jednak był inny. Zobaczył je pewnego razu – oba – i zamarł… i stał tak długo, nie wiedząc, w które się rzucić, gdyż oba były jednako piękne.
Wystarczyło, by go zauważyła, mrugnęła doń jednym, dla niego właśnie przymknęła – a rzuciłby się w drugie, zginął bez pamięci. Ale nie… stał i patrzył, jako ten posąg, nieświadom upływającego czasu.
Zdarzyło się, że szła tamtędy pewna dziewczyna. Ujrzała naszego bohatera, wpatrzonego w dal – gdyż nie dostrzegała owego piękna jezior, jeno zdradliwą toń… ujrzała – i, sam nie wiem dlaczego, pokochała od pierwszego wejrzenia.
On zasię nie zauważył jej… choć piękna była jako obrazek, włos miała jak skrzydło kruka, oczy czarne a lśniące… on stał i patrzył w dal.
Zawołała go tedy po raz pierwszy… nie odpowiedział nic, nie usłyszawszy jej… 
I zawołała po raz drugi… wyciągnął dłoń, ale poza tym nic nie uczynił, mając dalej wzrok przykuty do błękitu.
Dlaczego nie odeszła? Może wiedziała, że ten upór, wytrwałość, oddanie może być jej – jeśli tylko ją dostrzeże… i zawołała go po raz trzeci.
I wtedy usłyszał, odwrócił się… i ich spojrzenia się spotkały. 
A czy żyli długo i szczęśliwie? O tym opowie inna bajka…  

 
A wracając jeszcze do pamiętnego postoju na B2, chcecie wiedzieć zapewne - jaki był efekt rozmowy z drugim Alejandro… jak już wiesz, dziecko, nie było jak w holovidzie, gdyż – cóż, nasz dzielny diuk przejrzał wcześniej na oczy, i to zanim piękna Ineza zdążyła pójść po rozum do głowy. Fakt, że don Alejandro jednak potrafił odwzajemnić afekt markizy, nie był tedy żadną rewelacją. 
Bez echa jednak owe spotkanie nie przeszło, o nie. Przyspieszyło bowiem pewne istotne i brzemienne w skutki wydarzenie. Gdyby nie to – cóż, może czekalibyśmy nieco dłużej. Najwyżej.
Byliśmy bowiem już w układzie Delf, w drodze do planety, gdy don Alejandro podjął pewną decyzję i wypowiedział pewne słowa. Skutkiem tych słów, wszystkie Wróble płci męskiej na okręcie (tudzież połowa załogi) nagle skonstatowały, że tequila już nie smakuje, hazard nagle stał się nudny a mordobicie już nie daje satysfakcji…
Gdy wiadomość doszła na B2, do podobnych wniosków doszło dalszych kilkuset (co najmniej) szlachciców.
Gdyż don Alejandro padł przed piękną Inezą na kolana (nie, nie widziałem tego, ale nie wyobrażam sobie by było inaczej) i poprosił ją o rękę.
Ines przyjęła oświadczyny, wywołując wyżej wspomnianą falę masowej depresji. 
W dwa dni później byliśmy już na Delfach. 

W istocie, podróż na Delfy miała swe uzasadnienie polityczne; mógł tam don Alejandro odebrać swe nowe tytuły, przywileje, zaszczyty tudzież księżą sukienkę. Zdziwieni? Ha! 
Otóż, wystawcie sobie, powołał był patriarcha Lemin Fuego kolejny zakon. Justykaryjuszy. Nie, kurwa, nie Iskariotów! Słuchaj uważnie! Ech… zakon ów był do bólu tymczasowy, miał za zadanie nadać wykopaniu Zakonu z planet hazackich splendoru krucjaty. Gdyby się udało – miały po nim pozostać jeno tytuły honorowe… gdyby nie – zapewne parę palików a szubienic, postawionych przez stronę drugą… dość, że Wielkim Mistrzem był książę Alvarex, mistrzem zasię – Juan Hirański, któremu przy okazji skapnął kapelusz kardynalski. Don Alejandro, ze swej strony, dochrapał się tytułu komtura owego zakonu.
Bardziej jednak niż powyższe, obchodziło go nowe dowództwo. Otóż, wtedy to został powołany Drugi Korpus, a komendę nad nim objął właśnie diuk – o, pardą, feldmarszałek Corrinho. O, widzę, słyszeliście… 
To już nie w kij dmuchał, dziatki. Składały się na toto dwadzieścia i dwa legiony. Pytasz, czy pamiętam, dziecko? Dwanaście jego własnych, Kethkordyjskich… przy czym, że wspomnę, w Siódmym byłem pułkownikiem… do tego sześć legionów Juanowych, Wolnych Hazatów. Tudzież jeden legion ukarski (wart tak ze czterech, ale o tym jeszcze opowiem) i trzy cesarskie. W tym, żeby nie było że nie pamiętam, Dwudziesty Siódmy. Czyli – ten sam, któremu don Alejandro był od dwóch lat legatem.  

Ale, oczywiście, wszelkie powyższe nominacje odebrał pełnomocnik. 
Gdy bowiem „Pas Oriona” znalazł się na orbicie Delf i, jak mawiają, rzucił przysłowiową kotwicę, zarówno komendanta jak i Inezę zaprzątała głównie zapowiedziana kolacja w Rain’s. Żeby nie było, chłopcy sprawdzili owego von Blutendorfa, kto zacz. Istotnie, istniał taki oficer hawkwoodzki. Co więcej, miał pełne prawo znajdować się wówczas na Delfach. Tak, ostro śmierdziało w tym drugie dno, ale – trzeba było je wysondować samemu.

Wybralim się tedy do Rains. Don Alejandro z Czarną Ines pod ramię, za nimi zasię wkroczyłem ja z Sancią. Nie pod ramię, bynajmniej, mając ręce wolne by w razie czego sięgnąć po… komunikatory. Nie, nie pistolety, po co… w razie czego, komendant miał wytrzymać sekund dziesięć, a potem wlazłaby z drzwiami nasza ekipa, która czekała w mordowni za rogiem… a po fakcie dopiero by się człek dogadywał z dyrekcją restauracji.
Owa restauracja zajmowała obszar dobrego hawkwoodzkiego akra. Pełno zieleni, drzewka, fontanny, żywopłoty… wszystko ustawione tak, by z zewnątrz nie dało się dostrzec absolutnie niczego. W każdym razie, zajęliśmy stolik niedaleko od naczalstwa. Zanim jednak ci do niego dotarli, ktoś się odezwał do dona Alejandro… i bynajmniej nie ten, co ów list pisał… 
Spotkał bowiem don Alejandro w owej restauracji Octavio Cerverę, którego-śmy obaj z czasów jeszcze Wojen o Tron znali… czystem przypadkiem siedział akurat przy jednym ze stolików, w towarzystwie dwóch hawkwoodzkich szlachcianek… i to zaiste przypadkiem, nie miał on bowiem z wydarzeniami dni następnych wiele wspólnego… ale, przez wzgląd na to, co na Terze się potem wydarzyło, już teraz o nim wspominam. Dlaczego? Okazało się bowiem, że Octavio dostał stanowisko legata Czwartego Rawenneńskiego… i później ostro na Marsie pohałasował…
Ale, jakom rzekł, spotkanie z nim było jedynie przypadkiem. Don Alejandro z markizą, wymieniwszy uprzejmości, zasiedli przy stoliku który wskazał im kelner.
Usiadłszy, komendant zamówił wino i przystawki, jako że byli kapkę za wcześnie, po czym z pozoru nie nerwowo jęli czekać.
Parę minut po czasie w restauracji pojawiły się trzy osoby, zmierzające pewnym krokiem do stolika zajmowanego przez diuka Corrinho. Po lewej stronie szła kobieta w cywilnym odzieniu, po prawej zasię oficer w mundurze Hawkwoodzkiej floty. Odpowiadający rysopisem, dodajmy, owemu von Blutendorfowi, którego akta przez ostatni tydzień przetrząsaliśmy.
Między nimi zasię kroczył człek, co do którego nie trzeba było przetrząsać akt… wystarczyło pamiętać listy gończe, rozwieszane po miastach wszystkich planet prze ubiegły rok. Manuel Trinidad li Halan. Zdrajca, heretyk, antynomista, mandżysta, antypatriarcha, drugi pan pieska Chemicznego Faisala al-Allawa… 
Tak było dwa miesiące wcześniej, idąc o ścisłość.
Obecnie tytułowało się go księciem, względnie mistrzem Kalinthi. Odkąd? A, od czasu procesu, jaki się odbył, przed obliczem najświetniejszego Trybunału, (wliczając weń kardynała Juana Montgomerego) który to trybunał uznał go niewinnym tych wszystkich inwektyw, którem wymienił (chociaż, co do al-Allawa, prawda zawsze była niedopowiedziana…). Tudzież od równie niedawnej bitwy u wrót Graala, gdzie flota pod jego dowództwem (liczy się to, jak się kończy – od połowy dowodził) spuściła łomot pieskom Juany.
Ale dość dygresyj. Jasnym się stało, że to właśnie Trinidad, nie zaś Blutenberg chciał się z komendantem spotkać. Dlaczego nie podpisał się osobiście pod zaproszeniem? Cóż, nie mógł wiedzieć jakie jest nastawienie naszego diuka do jego osoby, zważywszy niedawne odium. Że nie wspomnieć o traktacie marsjańskim, na którym był wysłannikiem Fativy, niech jej ziemia będzie ciężka. Tudzież miał kiedyś na pieńku z Aidą, ale to szczegół…
Żeby było śmieszniej, don Alejandro prędzej by się zgodził na spotkanie widząc podpis samego Trinidada. A tak – mało, a ominęlibyśmy Delfy szerokim łukiem. Gdyby nie Ines, ów ambitny plan spaliłby na panewce…
Nie rozmawiali na tyle głośno, bym ich przy własnym stoliku słyszał, ale i tak komendant wszystko później streścił. Widać było, prawda, że Trinidad chowa coś w zanadrzu, ale – aktorem był dobrym – zamierza najpierw uczynić wstęp. I uczynił – taki, że ktoś mniej trzeźwo patrzący prawdzie w oczy zaraz by po żelazo sięgnął…
Dlaczego, pyta, Wolni Hazaci dają sobą pomiatać? Dlaczego mają być jeno mięsem armatnim Hawkwoodów, a ich Juan Hirański chodzi na pasku Victorii Hawkwood? 
A dlaczego, pytacie, don Alejandro nie przybił go do oparcia krzesła za te słowa? Dlatego, dziatki, że Trinidad mówił prawdę. Gorzką, fakt, ale prawdę.
Tedy odpowiedzieli – bo w chwili obecnej nie stać nas na więcej. Mięso armatnie, owszem – ale Hawkwoodzi je odżywią, uzbroją, przewiozą… podczas gdy flota Wolnych Hazatów dorównywała siłą może Aylońskiej. Bo w chwili obecnej rydwanem historii powożą Hawkwoodzi, a my jesteśmy jeszcze za słabi by pociągnąć za lejce.
Miał Trinidad mówić dalej, lecz właśnie wtedy mu przerwano. Zza żywopłotu ktoś głosem gromkim i wyraźnie przepitym jął urągać… ruszył w tamtą stronę personel Rains, by rozrabiakę uciszyć bądź za drzwi wywalić, padł strzał, jeden dostał kulę, ,reszta zasię odstąpiła… ober podszedł do Manuela, przeprosił, „wybacz, panie, ale za mało nam płacą”. 
Głos, dziatki, brzmiał jak pijanego. Jego właściciel jednak był trzeźwiutki jak niemowlę – i miał określony cel, do którego dążył. Mianowicie, sprowokować księcia Manuela do walki… 
Dokładnie tak, dziecko. Zabójca pojedynkowy. I to nie byle jaki – cieszący się ponurą sławą Denver Summervale. 
Cóż mogę o nim rzec? Było wielu szlachciców, kochających nade wszystko pieniądze i wystawne życie… niewielu jednak decydowało się zarabiać na to mieczem. Ci, którzy próbowali – większość w końcu łapała kąsek nie na swoje zęby, trafiali albo na kogoś lepszego w mieczu, albo na tyle znacznego, ze ten zamiast przyjąć wyzwanie nakazywał delikwenta pognać batogami z włości.
Było jednak kilku takich, którzy uprawiali swój proceder niezbyt szlachetny – a wciąż żyli. Zbyt dobrzy w mieczu, równie dobrze obeznani w prawie… jednym z nich, a w tamtych czasach najbardziej głośnym, był właśnie ów Denver Summervale. 
Faktycznie, próba wyrzucenia go z lokalu mogła się skończyć dla obsługi smutno.
Trinidad zrazu zignorował intruza, próbował wrócić do rozmowy… a Summervale, zgoła nie zrażony, lżył dalej, szukając czułego punktu – i znalazł…

- Pamiętam, miałem pod mieczem twojego syna, gównozjadzie. I co, czy zachował się jak mężczyzna? O, nie… Ze strachu wyparł się nazwiska, wyparł się rodu, został – Hawkwoodem…

Na takie dictum książę Manuel Trinidad, purpurowy bardziej niż wino kolebiące się leniwie w kielichach, grzecznie przeprosił współbiesiadników i wstał. Z pozornym spokojem zdjął kurtkę mundurową, poodpinał odznaczenia, wyciągnął gnata i powoli poszedł za żywopłot. Po chwili dobiegł stamtąd odgłos wystrzału…
…a za nim ciąg dalszy inwektyw, których obaj panowie sobie nie żałowali. Żeby nie powtarzać wszystkiego, bo ani się godzi, wnet padło sakramentalne „obraziłeś mnie, Trinidad” i riposta „zali jest to możliwe?”
Oczywiście, Summervale domagał się pojedynku… tylko widzicie – kto od kogo? Kawalerzyna o wątpliwej, mówiąc delikatnie, reputacji - od księcia? Trinidad postawił tedy warunek – pewnikiem nieświadomie, bo wściekły był co niemiara. Jam wygrał, powiada, bitwę na Graalu… a ty? Wygraj bitwę, prawi, to się z tobą zmierzę.
Bitwę - rzecze Denver – nie ma sprawy.
-Rodzina Mattworthów ma, z tego co wiem, nierozstrzygnięty od lat dwustu spór o miedzę z rodziną Timbroke, twoich kuzynów… i skorzystam z tego. Wygram bitwę. Będę czekał na ciebie na zgliszczach ich pałacu, pośród trupów twoich powinowatych…

A potem rozległ się zza żywopłotu nieludzki ryk… dawno takiegom nie słyszał, nawet przy wbijaniu na pal… Trinidad powrócił do stolika z miną wyraźnie wypogodzoną, choć ręce mu się jeszcze trzęsły. Ryk przeszedł w charkot, gulgotanie… książę Manuel odział się z powrotem, zawiesił ordery, nalał sobie wina, wrócił do rozmowy. Ani zaszczycił spojrzeniem Summervale’a, który po minutach może pięciu wytoczył się chwiejnym krokiem zza zieleni i popędził w sromie wielkim ku wyjściu.
Ech, trzeba było go rozwalić już wtedy… ale nie uprzedzajmy faktów.
Oczywiście, sam Denver nie miał władzy ani możliwości sprowokować kogoś do najazdu na sąsiada… ale też nigdy nie działał sam dla siebie. Jego obecność oznaczała jasno, że ktoś bardzo życzy sobie zakończenia doczesnej egzystencji Manuela Trinidad.
Nikt jednak – póki co – nie wrócił do tego tematu. Zjedli obiad, powymieniali uprzejmości, porozmawiali nieco o polityce… wreszcie Trinidad powstał i zaprosił komendanta wraz z Ines na krótką przejażdżkę skoczkiem. Czyli - ujawnić wreszcie, jaki był właściwy cel jego spotkania z donem Alejandro.
Komendant zgodził się, po czym dał znak i nam – dołączyliśmy. Skoczek czekał nieopodal… i w istocie po może dziesięciu minutach lotu przyziemił za miastem, przy niedużym stadionie. Na lądowisku czekała już straż honorowa – dziesięciu chłopa w zbrojach z krukiem Corrinho na piersi…
Komendant po sekundzie dopiero ukrył zdziwienie; Trinidad jednak nie pozwolił czekać, powiódł nas do wnętrza areny, na trybunę. 
A na piasku areny stało w szyku tak równym, że aż miło było popatrzeć, kolejne pięć setek żołnierzy płci obojga, w mundurach Wolnych Hazatów. Tu już komendant nie wytrzymał, zwrócił się do Trinidada… zagłuszyły go wiwaty, gdy postać jego stała się widoczną. Tu już doświadczenie przemówiło, uciszył ich jednym gestem – i ponownie zadał pytanie… może mało oryginalne, ale na miejscu – „co to ma znaczyć?”
To weterani Hiry, których udało mi się wykupić, rzecze Manuel skromnie. Don Alejandro skinął tylko głową… odpowiedź na to mogła być tylko jedna – tego wymagał honor.

-Jestem pańskim dłużnikiem, książę. Jeśli pan pozwolisz, rad bym nieco go zwrócić – u Timbroke’ów.

Ładnie mu odpowiedział, co? I co mógł ów Trinidad odrzec? Coś, po czym wszyscy obecni zapomnieli języka w gębie…

-Mam jeszcze do powiedzenia dwie rzeczy, Alejandro. Po pierwsze, w drodze jest jeszcze pięćdziesiąt tysięcy… Po drugie, wszyscy myślą że to Ty ich wykupiłeś….

… i mogli tylko ukłonić się z uznaniem. 

A co potem, dziatki? Ano, czas był szykować się do odparcia zajazdu Mattworthów.
 



Komentuj (1)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2019
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń