Menu :


Link :: 18.05.2009 :: 12:21

10 V - 12 V 5004

Cierpki smak zemsty cz.2 – Para Bellum

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Na czym zakończyłem ostatnio? A, prawda… Jak don Alejandro zgodził się wspomóc Manuela Trinidad – a właściwie rodzinę Trinidad-Timbroke – w odparciu szykującego się snadź zajazdu.  
Żeby jednak wprowadzić swe słowa w czyn, musiał pierwej ochłonąć po innej rewelacji – wiadomości, że ów Trinidad wykupił był z niewoli kurgańskiej pięćdziesiąt tysięcy naszych – weteranów z Hiry.
Dlaczego to uczynił? Ha, nie sądzicie chyba, że powiem… tak szybko. Jakie zresztą owe powody nie były – owe pięćdziesiąt tysięcy zawdzięczało mu wolność.

Dość, że książę Manuel przyjął propozycję naszego diuka z wdzięcznością, po czym wykonał połączenie do swych kuzynów… wiecie, nawet z pomocą nie wypada zjawić się bez uprzedzenia, grzecznie jest też zapytać, azaliż jegomość James Trindad-Timbroke baron Hawkwood sobie owej pomocy życzy. 
Zadzwonił tedy i zapowiedział nas… słychać było, że rozmówca raczył się zdziwić co najmniej trzykrotnie – raz tym, że Trinidad w ogóle się na planecie znajduje, dwa – z kim zamierza się zjawić, po trzecie wreszcie – uwaga – osobą spodziewanego najeźdźcy. Ciekawe… niemniej – zaprosił nas w swe progi.
Doskonale, orzekli na to Ines z komendantem i kazali by dwa skoczki zwiozły ich garderobę… dlaczego dwa? Inaczej by się nie zmieściło. Jeden wiózł osiem kufrów z odzieniem markizy, kuferek diuka, ponadto jedną sporą skrzynię też należącą do dona Alejandro. Kolejna skrzynia komendanta ledwie wlazła do ładowni drugiego skoczka…
Garderoba Ines zawierała wszystko, czego mogła szlachcianka z dobrego domu potrzebować przez te kilka dni. A skrzynie komendanta? Poza kuferkiem z ubraniem – zwiózł garderobę nieco innego rodzaju. W mniejszej skrzyni spoczywał Okruch Światła… co? Nie mówiłem wam jeszcze? Jego zbroja wspomagana, którą swego czasu dostał w podarunku od Fativy, wcześniej należąca do jej ojca, a jeszcze wcześniej – do Cardanzo…
W większej skrzyni, jakby miało przyjść do naprawdę dużej awantury, znajdowała się druga zbroja – pamiętny prezent od Nataszy. Nie doczekała się jeszcze oficjalnego imienia, po cichu mechanicy zwali ją Zielonym bądź właśnie Nataszką.  

My zasię wsiedliśmy z powrotem do skoczka, który nas tu przywiózł – i w drogę. Póki co, jeszcze w trakcie lotu zbieraliśmy informacje o wiszącym w powietrzu konflikcie. Wiadomo, był to jedynie pretekst by dobrać się do skóry Trinidada… lecz kto? Zwłaszcza, że Mattworthowie byli bezpośrednio lennikami Korony.
Trinidad w końcu przyznał się… na jego życie dybała markiza Willover. Kto zacz, pytacie… Była to, jak to wówczas mawiano, wojenna wdowa. Straciła była podczas Wojen o Tron męża i dwóch najstarszych synów, przez co cieszyła się w okolicy wielkim mirem. Samotniczka, rzadko ruszała się poza rodową siedzibę…
A co ma piernik do Trinidada? Był jeszcze trzeci syn, najmłodszy. Ten przywdział księżą sukienkę – i zginął przez Manuela. To znaczy, jeśli idzie o ścisłość, zginął z rąk Hazatów na Terze. Jak to się niby miało do Trinidada? On już nie opowie…
Dość że to jego śmierć chciała pomścić owa markiza i ukoić żal, wieszając skórę naszego nowego znajomka nad kominkiem. Najwyraźniej stać ją było na wynajęcie Summervale’a (który, nawiasem mówiąc, czasem wykonywał zlecenia za darmo, jeśli śmierć danej ofiary mogła zwiększyć jego sławę), tudzież miała dość wpływów, by skłonić Mattworthów do inwazji, dość pieniędzy, by ich wesprzeć zbrojnie.
A co mogliśmy włożyć do wspólnego garnka my? Wiedzieliśmy o pięciuset Hazatach, zaprawionych w boju i gotowych położyć głowy za komendanta. Dodatkowo, na Pasie Oriona był skromny kontyngent Marines. A na planecie? Komendant wydał rozkazy dla naszej ambasady… zanim dolecieliśmy, okazało się że na Delfach znajduje się jedna z jednostek podległego mu Drugiego Korpusu. Konkretnie – legion ukarski…
Oczywiście, uruchomienie Cesarskich dla prywaty to nie w kij dmuchał, należało to zrobić zręcznie, by zadość uczynić wszelkim przepisom a obostrzeniom… w przeciwnym razie czekały rozmaite reperkusje, włącznie z Placem Pięciu Tysiącleci i czwórką koni z powrozami…
Póki co jednak lecieliśmy. Po może godzinie skoczek zatoczył koło nad sadem… raczej plantacją, sad to trochę za mało powiedziane gdy jabłonie ciągną się po horyzont. Leciał na tyle nisko a powoli, że dało się dojrzeć pojedyncze postacie. Wdrapujące się na drabiny, strząsające jabłka do trzymanych koszy na tyczkach… a pomiędzy nimi – dała się rozpoznać li tylko po szerokości słomkowego kapelusza, zdolnego przykryć nieduży czołg – pani tego domu.
Pilot nasz zatoczył przepisowe koło, przyziemił delikatnie. Z ciekawostek, wokół pałacu nie dało się zauważyć, nawet żołnierskim okiem, ani jednego stanowiska pelot… tu dygresję uczynię, dziatki, przyda się na przyszłość. Otóż, wyobraźcie sobie, na Delfach od pięciuset lat panował absolutny zakaz używania bojowych maszyn latających… wszystkiego – skoczków, myśliwców, nawet głupia awionetka z koszykiem granatów wziętym na kolana byłaby na indeksie. Transport wojska i sprzętu bojowego również – żeby zwieźć na dół komendantowi zbroję tudzież naszą ochronę, nasza administracja musiała wprzódy wystosować stosowne podanie…
 Było to reminiscencją wojen o sukcesję, toczących się właśnie pięć wieków temu. Wtedy ochoczo używano różnych maszyn latających, miotając z nich wszelakie przedmioty służące do robienia krzywdy innym (w tym broń atomową) w dużych ilościach. Nie musze chyba dodawać, że zaowocowało to zniszczeniem sporego obszaru planety – i wspomnianym zakazem. 
Tyle dygresji. Wprawdzie byliśmy już po kolacji, ale że włości rodziny Timbroke znajdowały się ćwierć planety dalej, wpadliśmy jak raz na podwieczorek. Powitano nas tedy i powiedziono do umajonej altany, gdzie czekał już posiłek. Co jadano wtedy na Delfach, pytacie? A nad czym przelatywaliśmy, o czym żem wspomniał minutę temu? Jabłka, dziatki, jabłka…
Podano tedy chleb z konfiturą jabłeczną, tudzież jabłecznik (ciasto) i jabłecznik (do picia). Do tego jabłka podpiekane z cynamonem, schab na zimno z jabłkami, żeby nikt nie mówił że mi pamięć szwankuje, sok jabłkowy dla tych którzy nie uznawali sfermentowanych napoi… i jabłka, świeże, prosto z drzew, na paterach. Wszystko podlane spora ilością, bynajmniej nie jabłecznej, herbaty.
Zjedliśmy, wypili, póki co nie poruszano – zgodnie z obyczajem – spraw drażliwych, na ten przykład przyczyn naszej tu wizyty. Pojawiła się natomiast pani domu, lady Mathilda, ta sama którąśmy ze skoczka oglądali… przyszła takoż synowa gospodarza, lady Clara, z uczepioną jej spódnicy najmłodszą latoroślą rodu, kawalerem Jacobem, liczącym sobie wówczas wiosen sześć. Przedstawiono nam jeszcze sir Victora, domownika Timbroke’ów, czego głośno nie powiedziano ale dla wprawionego oka było widoczne – zawołanego szermierza.
I tu nastąpił pierwszy zgrzyt. Wspomniany sir Jacob bowiem, ujrzawszy księcia Trinidad, zaniósł się donośnym płaczem a wrzaskiem „Demon! Demon!”. Mina dona Manuela zrzedła nieco, rzucił okiem na prawo i lewo… pani matka, jak na Hawkwoodkę z dobrego rodu przystało, ani jednego gestu nie uczyniła, chodź synaczek w geście obronnym niemal ściągnął z niej spódnicę… sir James wyjaśnił na stronie, że tutejszy proboszcz dużo a nieprzyjaźnie o obecnym mistrzu Kalinthi gardłował, tedy dzieciakowi w serce wlazło, zanim zdołał pojąć rozumem.
Sytuację częściowo uratował don Alejandro, wyciągając do berbecia prawicę z wcale szczerym „witam panie kawalerze”. Młody wyszczerzył się od ucha do ucha, potrząsnął z zapałem, snadź zapomniał o niemiłym doświadczeniu, choć raz po raz łypał na dona Manuela złym okiem. 
Wreszcie jednak udało się przejść do sprawy trapiącej wszystkich – planowanego zajazdu. Manuel Trinidad, nie owijając w bawełnę, przeszedł do konkretów – znaczy, pyta, jak tam się miewa pozew sprzed dwustu lat? Tudzież jak – pardą – stosunki z sir Kennethem Mattworth? 
Konflikt? A, o – tamten… prawda, lat temu dwieście Timbroke’owie mieli do Mattworthów pewne pretensje finansowe… i żeby, jak to się mawia, zabezpieczyć mienie, zajęli zbrojnie trzy wioski na miedzy. Pretensje zostały odrzucone przez sąd wielkoksiążęcy, ale wioski zostały u Timbroke’ów. Obecnie, nawiasem mówiąc, tylko jedna z nich, pozostałe dwie były opuszczone.  
I co, pyta dalej Manuel, nie chcą odzyskać spornych ziem? Jak w ogóle stoją relacje z baronem Mattworth? 
Nienaganne, zgoła przyjacielskie, rzecze sir James, wywołując tymże lekki opad szczęki u księcia Trinidad. Ot, dodał, pijałem z nim wcale często, ostatni raz, żebym nie skłamał, tydzień temu… często też, powiada, wybieralim się razem na kaczuszki do sąsiedniej wioski… tu się zakrztusił, spojrzawszy na połowicę (której ani mięsień nie drgnął) i poprawił, że oczywiście nad sąsiednie jezioro… niemniej, reasumując, nie widział powodu dla którego sir Kenneth mógłby chcieć zajechać jego włości.
Zrobiło się ciekawie, prawda? Z drugiej jednak strony, sir James nie uznał naszej opowieści za całkowitą bujdę. Kazał przynieść mapy, Trinidad i komendant zasię połączyli się z wiszącymi na orbicie swymi statkami (swymi jak swymi, intercyzy jeszcze nie było, Pas Oriona dalej należał do Czarnej Ines jakby co) i nakazali zrobić zdjęcia okolicy, w tym posiadłości Mattworthów…
I tu się dopiero pokazało. Owszem, wokół owego dworu stacjonowały trzy pułki, sądząc po moderunku – kajdaniarskie. Porządnie uzbrojone, szturmowe, nawet mieli do kupy ze dwa tuziny wozów bojowych, w tym cztery czołgi. Tylko jedna rzecz… to nie jest ustawienie jednostek wypadowych, orzekł komendant, pochyliwszy się nad zdjęciem. Jeno okupacyjnych.
Trinidadowi na tę rewelację nieco drgnęła lewa brew, porozmawiał krótko na stronie z sir Jamesem, gospodarz kazał przynieść komunikator (który podano mu na srebrnej tacy), łączyć z Mattworthem. 
O co chodzi, zapytał, czemu zawdzięcza tę koncentrację sił zbrojnych. Rozmówca wyrecytował, jakby z kartki, że domaga się zwrotu spornych ziem (tych sprzed dwustu lat) lub rekompensaty pieniężnej , a w przeciwnym razie będzie zmuszony wszcząć akcję militarną. Że komunikator był przełączony na głośnik, ów respons słyszeli wszyscy obecni, w tym Ineza, która skonstatowała co następuje – mówi jakoby ze sztychem na karku…
Don Manuel na to dictum zapytał, czy jest aby w pobliżu i może odebrać niejaki Denver Summervale. Po drugiej stronie nastąpiła chwila konsternacji, nieco zbyt długa, po czym padła odpowiedź, że nie ma owego. To niech odbierze, rzecze Trinidad.

- Mów, gównozjadzie…  

Tak, tu się światełko zapaliło, moiściewy. Zaiste, waśń między Metzengerensteinami a Berlifitzingami… o, pardą, nie ta opowieść… dość, że konflikt wspomniany był od dawna nieaktualny, iście zapomniany – niestety nieoficjalnie, bez odzwierciedlenia w stosownych papierach. Teraz zasię pojawił się jako ten demon z pudełka. Najwyraźniej za sprawą markizy Stronenberg, zdecydowanej tąż właśnie drogą dostać skórę Manuela Trinidad. 
Zresztą, jeśli odfiltrować obelgi, mniej więcej tyle wynikało ze słów Summervale’a. Tak… wiedzieliśmy już, na czym stoimy. Z trzech pułków kajdaniarskich, najwyraźniej, dwa miałyby ruszyć na ziemie Timbroke’ów… trzeci zasię – pilnować Mattwortha, który z agresora nagle stał się ofiarą.
To trochę zmieniło plany. Trinidad planował bowiem, niezależnie od walki obronnej, wysłać na wrogie ziemie kilka oddziałów, które miały palić, niszczyć i równać wszystko z ziemią… to znaczy, wszystko co dochodowe. A tu nagle okazało się, że – owszem – oddział uderzeniowy się przyda… jako ekipa ratunkowa dla trzymanych pod kluczem Mattworthów.
I tu rodzi się pytanie najważniejsze, dziatki… czym dysponujemy?
Timbroke’owie mogli powołać pod broń wybranieckich w sile dwóch pułków… do tego dochodziło, o czym jużem raz wspomniał, pięciuset Hazatów, wykupionych przez Manuela… i to już nie były chłopki-roztropki… To byli weterani, którzy przeżyli nie tylko Hirę, ale i kurgańską niewolę. Na jachcie Czarnej Ines było jeszcze może czterdziestu chłopa pod bronią. Do tego mielim rzeczony jacht tudzież lekki krążownik pod banderą Trinidada, jakby wypadło co zmacać z orbity. Przeciwko trzem pułkom Kajdaniarzy… nawet dwóm – cóż, bez rewelacji…
Książę Manuel stwierdził, że można by kapkę to przeważyć na nasza stronę, niejako odpłacając tą samą monetą. Kajdaniarze? A ja to co, obdartus? A mnie to co, nie stać, zaperzył się i kazał łączyć z przedstawicielem najemników. I tu go niespodzianka spotkała… wszystko w okolicy powynajmowane. A na planecie? A owszem, znalazło się… cały batalion. Rad nierad, Trinidad wynajął go i polecił wyruszyć na nasze ziemie. Czyli – dalej bez rewelacji… 
Do tegoż wniosku doszedł i komendant. Cały wieczór prześlęczeliśmy nad mapami, próbując ogarnąć sytuację i znaleźć słabe tudzież mocne punkty przyszłego obszaru walk, najpierw jednak wydał dwa polecenia. Po pierwsze, kazał przez naszą ambasadę zdobyć pozwolenie na przewóz wojsk drogą lotniczą. Jakby się kto pytał (i nie pamiętał, com mówił nie tak dawno), ambasady Hazatów na planetach hawkwoodzkich zostały odcięte od dróg ewakuacji – i dostały się Juanowi Hirańskiemu z większością doświadczonego personelu, tudzież nienaruszonymi przeważnie archiwami – i porobionymi przez lata wpływami. 
A skąd miał zamiar wziąć owe wojska, pytacie? Ha! Drugim poleceniem, dziatki, była zapowiedź inspekcji w podległym donowi Alejandro legionie ukarskim. Rankiem dnia następnego...

Rankiem dnia następnego wylądował zatem przed rezydencją Timbroke’ów transportowy skoczek. Gospodarz, poinformowany przez diuka, zaordynował był wczesne śniadanie… dość, by się posilić, ale też dostatecznie lekkie, by nie stało się problemem w podróży… Wiedzcie bowiem, że nad obszarem, w którym stacjonował legion ukarski, była dodatkowa strefa zakazu lotów, tedy mogliśmy się tam wybrać jedynie maszyną należącą doń. I taka właśnie przyleciała. Dla komendanta, księcia Trinidad tudzież niżej podpisanego nie była to żadna pierwszyzna, siedzieć na wąskich brezentowych ławeczkach w ładowni ozdobionej li tylko główkami nitów spajających całość… Ineza nadrabiała miną, wcale jednak udanie, jakby też jej się zdarzyło kiedyś lecieć desantowcem. 
Do tego dodajmy dwóch ukarskich pilotów, chcących… cóż, popisać się. Dla tej nacji nie było to niczym niezwykłym, każdy rad był pokazać, co potrafi, zwłaszcza przed obliczem własnego feldmarszałka. Ale to musiało poczekać, aż maszyna doleciała w ową strefę wydzieloną. Do tego czasu lecieliśmy spokojnie, prosto jakby kto sierpem rzucił, z prędkością sześciuset mil na godzinę na wysokości wierzchołków drzew… 
Godzinę z ogonkiem później pilot zameldował o przekroczeniu sektora i uprzejmie zapytał, zali wolno dać pokaz pilotażu. Zwłaszcza że, dodał, dzisiaj ma ćwiczenia eskadra myśliwców, mogliby potrenować, zawszeć to lepiej niż strzelanie do rękawa.
Komendant jedną ręką chwycił mocniej poręcz, jego zasię chwyciła pod ramię Czarna Ines, po czym wyraził zgodę… i wiedział, co robi, prosząc o lekkie śniadanie, dziatki… teren zrobił się górzysty, tedy dzielne orły miast wejść wyżej zabrali się za omijanie wzgórz. I dobrze zrobili, gdyż po może pięciu minutach przyczepiły się dwa myśliwce. Skoczek nasz zaczął manewrować coraz ostrzej, dopingowany przelatującymi to z lewej, to z prawej smugami pocisków… Zdziwieni? Ćwiczebne, oczywiście, ale bynajmniej nie ślepaki. Walili do nas gęsto i pudłowali haniebnie, dopiero pod sam koniec jeden ulokował serię w skrzydle… ćwiczebne, rzekłem, tedy krzywdy nikomu to nie uczyniło. Niedługo potem wylądowaliśmy.
Ukarzy starali się utrzymać tradycje rasy, tudzież zadbać o warunki, w których czuli się najlepiej – tedy zarówno lądowisko, jak i kwatery całego legionu mieściły się w wielkim kompleksie jaskiń. Jakiż widok nas zastał? Cóż, każdy szanujący się oficer hawkwoodzki orzekłby, iż jednostka jest straszliwie rozpuszczona, łańcuch dowodzenia leży w pojedynczych ogniwach a dyscyplina nie istnieje. Tak można było pomyśleć na pierwszy rzut oka… dowcip jednak polegał na tym, dziatki, że należało pierwej zrozumieć Ukarów. Nie oddawano honorów – ale każdy znał swą rangę i miejsce. Panował nieopisany bałagan – ale był to bałagan jak najbardziej zorganizowany. Legion, zdawałoby się w bezładzie, był w istocie sprawną jednostką. I, co by się mogło wydawać dziwne jakbyś spojrzał na Ukarów powierzchownie, niesamowicie karną. 
Komendant tedy nie szukał krzywo przyszytych guzików, źle wypastowanych butów (bo większość była boso) czy puszek z mielonką ustawionych na niewłaściwej półce. Minę miał z pozoru nieodgadnioną, ale już z początku widziałem, że jest zadowolony.
Powiedziono nas do dowódcy. Z ciekawostek, w owym legionie około jednej dziesiątej stanowili ludzie. Głównie w kadrze, oficerskiej czy podoficerskiej, ale nie tylko. Co więcej, zwykle nieufni wobec obcych ukarzy traktowali ich jak swoich… dlaczego – niezadługo się wyjaśniło…
Piętnaście minut marszu korytarzami i trafiliśmy do kwatery legata Thalasa. Tu don Alejandro też z trudem skrył aprobatę, gospodarz był bowiem wojownikiem z krwi i kości. Twardy jak otaczająca nas skała, naznaczony mnóstwem blizn, poza tym widać było (abstrahując od tego, co w papierach nań było), że łeb ma nie tylko od noszenia hełmu… Przywitał nas bez uniżenia, zasalutował, uścisnął prawice z komendantem… od razu było widać, że się wzajem mierzą, oceniają, jednak bez nijakiej wrogości. Wysączyliśmy po kubku wojskowej kawy, po czym prosił na inspekcję.
Kolejna godzina zeszła na wizytowaniu kwater, magazynów, hangarów, kuchni gdzie don Alejandro popróbował wojskowego żarcia (a nawiasem mówiąc zawsze tak robił i jak wyczuł co nieświeżego, to marny los kwatermistrza)… aż trasa naszej wycieczki zakończyła się tam, gdzie od początku zmierzała – w sali treningowej…
Prawda była taka dziatki, że aby zwiększyć swe poważanie u Ukara, miałeś dwie możliwości – albo dostatecznie długo z takowym nie zadrzeć (jak to don Alejandro czynił na Keth), albo onego sprać. Komendant miał, pamiętacie, interes do Thalasa… to znaczy, oczywiście, wystarczyło wydać rozkaz, jednak lepiej było się w owej sprawie porozumieć… a najsampierw – zmierzyć.
W każdym razie, wiele czasu nie minęło, a obaj stali już na macie, rozdziani do pasa i z kijami w garściach. Gospodarz był szybki, owszem, wcale dobry, ale nie ten poziom… don Alejandro, aczkolwiek też nie bez szkody, narobił mu masę siniaków tudzież wielką śliwę na łbie. Potem poczekał aż ten wstanie (pomóc wstać to byłby despekt dopiero) i poszli na stronę porozmawiać.
Walka oczywiście zgromadziła wcale sporą widownię, komendant dostał sążniste wiwaty, tudzież sporo wcale niedwuznacznych gwizdów od obecnych na sali Ukarek… mówiłem wszak, że nieco inaczej pojmowano tutaj dyscyplinę… Ines jęła miotać iskierki, na swoje szczęście komendant nie zaszczycił wojowniczek zbyt długą atencją…
Ale odbiegłem od tematu, dziatki, choć było na czym oko zawiesić, zwłaszcza że ich uniformy nie tak dużo pozostawiały wyobraźni… przy rozmowie wyszło bowiem, że legat Thalas także miał sprawę do komendanta… a przy okazji wyjaśniło się, czemu obecni w legionie ludzie czuli się jak swoi… albowiem, dziatki, byli równocześnie ukarskimi wojownikami…

- Wypełnią każde polecenie, feldmarszałku. Na rozkaz pójdą na śmierć. Ale nie będą pana szanować

A jak można było się takowym stać, zapytacie? Pójść do Ukarów i złożyć petycję? O, nie… Była stosowna ceremonia, jednak najpierw trzeba było być jej godnym… trzeba było wykazać się, by Ukar cieszący się stosownym mirem złożył propozycję… a potem – cóż, należało udowodnić że zapraszający się nie pomylił.
I jakoś tak się zdarzyło że don Alejandro, choć Ukarzy z Keth go szanowali, nigdy nie dostąpił tego zaszczytu. Aż do teraz. Na oczach niemal ćwierci legionu (więcej się nie zmieściło w grocie), Inezy, moich – miał poddać się próbie. Ciała i ducha.
Pozwolono mu na odpoczynek po sparringu z legatem. Następnie na środek sali wystąpił czempion, wojownik, z którym miał się zmierzyć. Którego musiał pokonać, nie zabijając. I w druga stronę tak samo, jakby się kto pytał. Obaj adwersarze musieli wyjść z walki żywi – co nie znaczy, że bez uszkodzeń…
Dwóch żołnierzy rozwinęło plandekę z chyba czterdziestoma kraxi. Komendant wybierał z uwagą, oglądał, ważył… to, dziatki, była nie tylko walka, to był także rytuał. Wreszcie dobył dwóch, wystąpił. I zaczęło się…
I żebym tak zdechł, moiściewy, chociażem wiele w życiu widział, to słów brakuje by to opisać. Wiecie, don Alejandro nigdy nie zapominał, o co walczy. To jest, po pierwsze – zawsze – walczył jak o własne życie. Tu jednak – wiedział, pamiętał to – walczył także o prestiż. Nie owijając w bawełnę, musiał – czego zawsze unikał – popisać się. 
Przeciwnik natomiast nie był z takich, których dało pokonać się łatwo. To był Ukar, który nie raz krwi smakował – i pewnie niejednemu rozwiał mrzonki o zostaniu wojownikiem. Szybki, biegły zarówno w psionice jak i w kraxi, jednym słowem twardy orzech do zgryzienia…
To było piękne i nieopisywalne… Obaj skoncentrowali się na chwilę, przywołując siły, potem zasię zaczęli swój taniec. I wiecie, żem nie pochlebca, ale jeśli to nie był talent naturalnego aktora, to nie wiem jak ów wygląda… Don Alejandro nie zakończył – a mógł – sprawy w pierwszym zwarciu. Wiedział, że musi to zrobić – choć to niezwykłe określenie dla pojedynku – ładnie. Popróbował przeciwnika, pozwolił na kilka zwarć… a potem udowodnił swój kunszt. Przy czym, nie poniżył go, nie czynił pozoru że się bawi… dał piękny pokaz walki, nie jednostronnej bynajmniej, sam też kilka razy oberwał… a potem zakończył z gracją matadora. Za trzy powierzchowne rany oddał tuzin podobnych, wreszcie wszedł w zwarcie, rozrąbał ścięgna nad kolanem, uniknął chlaśnięcia w żebra, upadającego adwersarza wyrżnął głowicą drugiego noża w skroń… i było po walce.
I nie byłem odosobniony w podziwie, dziatki, od wiwatów bowiem posypały się kamyczki ze sklepienia… co tu dużo gadać, podobało się. Rannego poniesiono do medlabu… drugim rannym zasię byłem ja, tak mnie Czarna Ines pazurkami za ramię bezwiednie ścisnęła w czasie walki, ale przecież-żem się nie skarżył… zwłaszcza, ze dopiero poniewczasie zauważyłem.  
Na tym jednak się ceremonia nie zakończyła. Nadszedł czas na próbę ducha. Do sali wniesiono masywny dębowy krzyżak z pętami, za nim zasię wszedł ukarski kapelan niosąc naczynie… jak mnie zapach onego specyfiku zaleciał, powiadam wam, aż mi włosy skręciło… bimber, rzecz jasna, z jakowymyś ukarskimi grzybkami… po to właśnie były pęta, żeby don Alejandro, wypiwszy, nikomu krzywdy nie zrobił. 
Komendant przyjął naczynie bez skrzywienia, wypił duszkiem, po czym pozwolił się przywiązać do krzyżaka. Nie minęły dwie litanie a oczy zaszły mu krwią, na usta wyszła piana, a ciało szarpnęło więzy. Z gardła wydobył się nieartykułowany charkot, potem jął się we więzach ciskać, aż trzeszczały. Nie były to jednak, co można by pomyśleć na pierwszy rzut oka, przypadkowe drgawki po narkotyku. Patrząc na drgnięcia mięśni, skręty tułowia, pojąłem – gdzieś tam, w zakamarkach swojej jaźni, komendant szedł i walczył…

Usiane zwałami trupów pole, rozświetlone krwawym zmierzchem… pocięte, rozerwane, postrzelane szczątki – ludzi i Symbiontów. Osmalony, rozpruty, zbryzgany zieloną posoką kadłub Nataszki – i po drugiej stronie rozwalony wybuchem symbioncki tank. Pozostało ich tylko dwóch… Alejandro w karmazynowej zbroi Cardanzo, dzierżący w jednej dłoni młot, w drugiej – jak strzęp ciemności – długie, matowo czarne ostrze. I ten drugi, o twarzy diuka Corrinho, zakuty w chitynowy pancerz, najeżony cierniami, zbrojny w dwa krzywe, zębate ostrza.
- Zatańczymy?


... i uśmiechał się spienionymi ustami…

Skruszony młotem naramiennik bryznął okruchami chityny, ramię opadło bezwładnie… czarne ostrze śmignęło szybko jak myśl, wgryzając się w napierśnik Cienia… rana otwarła się szeroko jak ociekające zielenią usta, poszerzyła się, bryznęło z niej światło… Rosła dalej, poza ciało, rozpruwając rzeczywistość… gdy zajęła całe pole widzenia, ujrzał dwie naznaczone tatuażami twarze – legata Thalasa i ukarskiego kapłana.
- NIE!!!


Iście, dziatki, rzekłbym że żałował przebudzenia się… dlaczego – nigdym nie śmiał zapytać. Kapłan odczekał jeszcze chwilę, zajrzał diukowi w oczy, po czym kiwnął głową z aprobatą. I szacunkiem.
Nie zdjęto mu więzów, o nie. Właściwy rytuał, owszem, zakończył się, ale czekała jeszcze część ostatnia… rzekłbyś – koncert życzeń…
A żeby życzenie się spełniło, należało wytoczyć krew świeżo upieczonego wojownika. Kapłan położył tedy przy krzyżaku z wciąż przywiązanym donem Alejandro kraxi. Zawsze u Ukarów zaczynała rodzina, potem od najniższych do najznaczniejszych obecnych. Któż był rodziną? Wszyscy, pamiętacie, zostali na Aragonii, wyjąwszy demony wiedzą gdzie więzioną Carmelitę i tlące się ledwo życie Hectora Corrinho… Thalas ujął handżar i wręczył go Inezie – miała ciąć pierwsza…

- Jakie masz marzenie?
- Och, dokonać tego, czego nie dokonał jeszcze żaden Corrinho… - uśmiechnął się - umrzeć ze starości, dyktując testament, otoczony wianuszkiem dzieci i wnuków…
Ines popatrzyła poważnie i uniosła kielich w niemym salucie…


Podeszła, cięła – nad sercem…

- Przyszłość…

Następny byłem ja... czegóż mogłem mu życzyć? Szczęścia w miłości…

¬- Keth-Kordeth, książę!

Potem Trinidad…

- Terra!

I kolejni, teraz Ukarzy, nóż spadał raz po raz, znacząc kolejne wzbierające krwią znaki. Dwoma ostatnimi byli jego niedawny przeciwnik, który dokuśtykał o kulach z medlabu, tudzież legat Thalas. Następnie podszedł kapłan z miseczką, w której cosik się wiło… z wprawą schwycił robaka, grubego a długiego na półtora palca, po czym przyłożył go do szyi diuka. Bydlę wgryzło się, takimże osobliwym rylcem kapłan nakreślił na skórze dona Alejandro ukarski glif… po czym podniósł porzucony kraxi i rozciął więzy…

- Witaj, oju Corrinho…

 …a potem wszystko po raz wtóry utonęło we wrzaskach i wiwatach, potęgowanych przez grotę w której się znajdowaliśmy. Nawet dla mnie, mało obeznano w ukarskich obyczajach, stało się jasne że wiele stracili w chwili, w której komendant urodził się człowiekiem… 
Póki co jednak nie cichły krzyki, tłum jął się cisnąć, ujrzałem jeszcze jak do naszego diuka podchodzi Ines, jak wymieniają słowa które tylko oni słyszeli, jak markiza postępuje bliżej jeszcze, bierze go w objęcia… a potem, cóż rzec, Ukarki mi ich zasłoniły…

W każdym razie, jeszcze trochę okrzyków sklepienie pieczary odbiło, aż uciszyło się i komendant mógł udać się do kwater Thalasa poruszyć kwestię zasadniczą. 
Krótko mówiąc… nie, nie zamierzał bynajmniej organizować uderzenia siłami legionu na ziemie Mattworthów. Więcej – z wstępnych planów zwierzył nam się po drodze – nie zamierzał przeprowadzać uderzenia w ogóle. Jeno kontruderzenie…
Rules of Engagement… bardzo zręczny skrót, zastępujący zwroty typu „kiedy można przywalić, a kiedy należy spieprzać” i podobne. Czyli – kiedy oddział cesarski może włączyć się w akcję zbrojną… Komendant jako legat musiał znać wszystkie kruczki na pamięć, ale zamierzał skorzystać z najbardziej oczywistego – z prawa odpowiedzenia ogniem na ogień. Zwłaszcza mając do dyspozycji Ukarów, którzy często chętnie nadstawiali się na cios, by potem oddać po trzykroć…
Krótko mówiąc, zamierzał – co wcześniej uzgodnił był z sir Jamesem – urządzić na ziemiach Timbroke’ów ćwiczenia. Ot, desantować jednostki ukarskie by trochę potrenowały w bagnistym terenie… Desantować, oczywiście, zamierzał tuż przed pochodem Kajdaniarzy markizy Willover, by ci – spodziewając się wojsk Timbroke’ów, a kogóż by innego – najpierw strzelali, a potem zadawali pytania. A ostrzelane cesarskie jednostki mogły po pierwsze odpowiedzieć, po drugie zasię – wezwać posiłki.
Legatowi koncept się spodobał, nie ma jak, powiada, w prawdziwej skórze zęby zatopić. Ile mogą przerzucić? Transportowców nie ma tak dużo, rzecze Thalas, ale w ciągu godziny jest w stanie przerzucić pułk. Brygadę w osiem. Jest też w legionie druga brygada, mniej lub więcej zmotoryzowana, która może dotrzeć za jakie trzydzieści-czterdzieści godzin od alarmu. Zawsze coś, rzecze don Alejandro, gdy legat wyciągnął niespodziankę… Ukarzy czasem tak mają, cieszą ich sprawiane innym miłe niespodzianki. Uśmiechnął się i oświadczył, ze arcyksiążęce 42 Skrzydło Transportowe jest im winne przysługę… w związku z czym lotna brygada może być na miejscu w godzinę-dwie. 
Na tym się zasadniczo „inspekcja” zakończyła, dziatki… Komendant, zapytany czy życzy sobie – przysługującej mu już jako ojowi – straży honorowej – wziął jeno sześciu, ot by Thalasa nie urazić. A trzeba było więcej… ale, nie uprzedzajmy faktów. Co prawda, po uzyskaniu statusu wojownika powinna się odbyć jeszcze popijawa, gdyż tradycja wymagała by świeżo upieczony oj nie trzeźwiał przez okrągłą dobę, jednak zgodzili się z legatem przełożyć to na później – po spodziewanej bitwie.

W znacznie lepszych już humorach wracaliśmy do posiadłości Timbroke’ów. Zanim jednak skoczek odbił swe podwozie w okolicznym czarnoziemie, don Alejandro otrzymał wiadomość. Ktoś dość pilnie życzył sobie spotkać się z nim… monit przyszedł z naszej ambasady, zawierał nazwisko tego jegomościa – Jason Cavendish, porucznik wojsk cesarskich tudzież paladyn Rycerzy Poszukujących – tudzież informację, że w dwie godziny dowiedzą się więcej, kto zacz.
I dobrze, dziatki, gdyż komendant mógł wprzódy rozmówić się z gospodarzem i uzgodnić, czy aby może zaprosić gościa pod nie swój dach. 
Najpierw jednak należało wrócić. Naczalstwo wywołali u pani domu tudzież jej fraucymeru lekki szok, wychodząc ze skoczka po wylądowaniu. Alejandro, przypominam, wciąż broczący z nie do końca zabliźnionych świeżych ran, tudzież Ineza, zajuszona krwią bynajmniej nie swoją, jeno od przytulania się do diuka… suspens potrwał minut może cztery, w czasie których nasi bohaterowie mogli zemknąć do kwater, dopiero poniewczasie żegnani krótkim a przewidywalnym komentarzem „Hazaci…”
Może godzinkę później pojawił się już ochędożony komendant, o minut parę dosłownie poprzedzając Czarną Ines. Czekał na nich spóźniony lunch tudzież raport naszych chłopaków na temat rodziny Cavendish. Była to, skoroście ciekawi, pomniejsza gałąź Hawkwoodów z Gwynneth, zhołdowana bezpośrednio Wielkiemu Księciu . Zamiast jednak siać, hodować czy łowić zajmowali się oni działalnością właściwą raczej Inżynierom – krótko rzekłszy, produkowali zbroje wspomagane. Ciekawe, prawda? Zastanawiać by się można, taka technologia w rękach malutkiego rodu… żeby jednak wilk był syty, owca cała i nikt się nie czepiał, po pierwsze – oczywiście – suweren otrzymywał swoją działkę, po drugie mieli zakaz szkolenia pilotów. Mechaników, zbrojmistrzów – jak najbardziej, ale pilotów – nigdy.  
   
Tyle o Cavendishach, dziatki. A co jeszcze uczynił przed przylotem owego Jasona don Alejandro? Wojna, wiecie, sprowadza się do dwóch rzeczy – czynisz drugiemu, co Tobie niemiłe, samemu zabezpieczywszy się. Kazał tedy diuk (jeszcze rankiem) naszym dyplomatom delikatnie wybadać, azaliż ktoś jeszcze nie wystąpił o zezwolenie na przewóz wojsk. Ano – poza naszym wpłynęły i przeszły jeszcze trzy podania. Czyje? – tego się nie udało ustalić. Ale strzeżonego, wiadomo… połączył się tedy komendant legatem Thalasem i kazał duchem przeprowadzić ćwiczenia w szybkim transporcie i rozwinięciu dla trzech flakvierlingów z załogami, w tym jednego samobieżnego. Jeden polecił wysadzić w odległym o może dwadzieścia kilometrów miasteczku, które było dla Timbroke’ów o tyle ważne, że mieściło fabrykę tudzież wstępną szkołę dla kadetów marynarki, drugi zasię oraz samobieżnika – w pałacu.  
Wykonanie tych rozkazów musiało jednak zająć kilka godzin, sprzęt był spodziewany o zmierzchu. Na razie jednak pojawił się skoczek wiozący za powiedzianego Jasona Cavendisha.
Ów musiał się niemal wpół nagiąć, by wyjść z pojazdu… w pierwszej chwili pomyślałem, że to grimson ochroniarz, chłopisko mierzyło bowiem siedem stóp z hakiem i nie ukrywało wszczepów, na ten przykład całe ramię miał metalowe… jednak odzienie i herb kazały się domyślać , iż jest to sam sir Jason.
Wątpliwości rozwiał jednak Trinidad. Ujrzawszy przybysza, wypadł z ganku jako ta bomba, mało się w kimono nie zaplątawszy… wiecie, dziatki, do noszenia takiego wdzianka trzeba mieć iście lihalański spokój, biegać w nim się nie da… Dopadłszy gościa – widać było, że się znają – nie bacząc na etykietę, z niezwyczajnym poruszeniem zasypał go pytaniami…

- Jason! Gdzie jest Varia? Askar? Ludwik? Żyją? I co Ty tu robisz?

Ines z komendantem wymienili spojrzenia… prawda, oficjalnie wiadomo było że Trinidad zadawał się z pieskiem chemicznego Faisala, jednak tu zobaczyliśmy, że znajomość owa jest wciąż aktualna, żeby nie rzec granicząca z afektem. Cavendish, najwyraźniej, znał al-Allawa również.  
Sir Jason uspokoił Manuela, odrzekł że wszyscy wzmiankowani żyją i maja się dobrze, tudzież wrócili do Znanych Światów… 
W każdym razie, przyszło do prezentacji, następnie czas było zasiąść przy herbatce i rozpocząć zwyczajowe pogaduszki o niczym, by później dopiero – jak obyczaj nakazywał – przejść do konkretów.
Konkrety owe w trakcie rozmowy nieco się zmieniły… początkowo bowiem Cavendish poszukiwał dona Alejandro czysto służbowo, by przekazać siłom korpusu hazackiego nieco produkowanych przez jego rodzinę śmiercionośnych zabawek. Konkretnie, trzysta egzemplarzy Agramów, wraz z uzbrojeniem, obsługą i kompletem części zamiennych. I bez pilotów – jakom wspomniał, ród ów miał zakaz ich szkolenia.
Ale nagle a niespodziewanie spotkał swego dobrego znajomego, Manuela Trinidad, ów znajomy miał kłopoty, na dobitek diuk nasz uznał owe kłopoty za własne… Sir Jason oświadczył tedy, iż na pokładzie okrętu który go przywiózł znajduje się, jak by to rzec… partia do prób odbiorczych. Jeśli tedy pan feldmarszałek życzy sobie owe próby przeprowadzić… nawet w walce – on sam jest do usług. Czterdzieści pancerzy takoż. Dodatkowo, rzecze, oferuje swój miecz tudzież swoje doświadczenie. 
Posiłek niedługo dobiegł końca, ze stołu zniknęła zastawa, pojawił się za to jabłecznik, fajki, cygara tudzież mapy i zdjęcia lotnicze terenu. Komendant z Cavendishem wzięli się raźno do planowania, z moją skromna pomocą, mapy z wolna jęły pokrywać się czarnymi a czerwonymi znaczkami, jak grzyby po deszczu wyrastały na nich kolorowe pinezki… 

- Tu, tu i tu są bagna. Tutaj – pola uprawne. Ten las to w rzeczywistości szkółka, nie stanowi żadnej przeszkody…
- Na ich miejscu przerzuciłbym wojska rzeką…
- Tu, tu i tu rozstawimy czujki…
- Cztery, może pięć szybkich łodzi motorowych…
- Jeśli pójdą tak, możemy zastosować manewr Cynemaahra…
- Wariant Saint-Morgana…
- Gambit simploński?
- Overkill…

 
Trinidad, lubo człek wojenny, ale w innej bo kosmicznej taktyce biegły, w pewnym momencie mruknął pod nosem „ja to tu najwyżej mogę drinki mieszać”, po czym wyszedł do sadu. Czarna Ines, obserwująca dotąd nasze poczynania z wcale nieudawanym zaciekawieniem, przeprosiła i wyszła niedługo potem – ręki nie dam sobie uciąć, ale najwyraźniej za Manuelem… A czego chciała, spytacie? Jakbym miał zgadywać – ostrożnie a dyplmatycznie wyciągnąć informacje o pewnej wspólnej znajomej jego i dona Alejandro…
Czy i ile się dowiedziała – nie sadzicie chyba, że śmiałem pytać… w każdym razie minęła jeszcze godzina a sam diuk zarządził przerwę, zwłaszcza że zbliżała się pora wieczornego posiłku, po czym z pokerową miną udał się do sadu jabłonnego. 
Tak, wrócił z Czarną Ines… nie, bez głowy Trinidada w wolnej ręce, nie bądź głupi. Niby za co? I uważaj, co odpowiesz, byś nie obraził pamięci Ines – lub mojego komendanta…

Po kolacji na stół powróciły mapy, Ineza opuściła nasze towarzystwo i udała się z pozostałymi urodzonymi mieszkankami dworzyszcza na wspólne, rytualne wręcz obieranie jabłek. I ploteczki, a jakże. My zasię wróciliśmy do planowania, słońce już zaszło, ukarskie pelotki zapewne były w drodze… i tu powinienem zakończyć…
Co? Gdzie suspens, pytacie? Że niby co, ktoś nam granat na stół wrzucił? Ech…
Niech będzie. Otóż, dziatki, poprzedzany brzękiem tłuczonego okna, dokładnie pośrodku stołu z mapami wylądował granat. Hawkwoodzki, zaczepny, wzoru 4822…  





Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń