Menu :


Link :: 26.05.2009 :: 19:59

12,13 V 5004

Cierpki smak zemsty cz.3 –  Pierwsza krew

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jakom wspomniał ostatnio, dziatki, nasze wspólne planowanie przerwał brzęk tłuczonej szyby tudzież granat, któren wylądował na środku stołu. Jeden rzut oka pozwolił go rozpoznać, drugi – stwierdzić brak zawleczki… pamięć mignęła jeszcze wspomnieniem zajęć z Akademii, przypomniała o stu sześciu metrach grubego, ponacinanego stalowego drutu, owiniętego wokół trzech uncji RDX… trzeciego rzutu oka już nie było, komendant huknął „pod stół!”, obecni nie dali się prosić, cała szóstka dała nura, pieprznęło, wywalając resztę okien… Gdy wreszcie przestało dzwonić w uszach, prawie wszyscy mieli już w garści broń… prawie, gdyż gospodarz schylał się odrobinę za wolno i oberwał w ramię paroma odłamkami. Kamerdyner zasię, który niósł nam karafkę brandy, nie schylił się wcale…
Cavendish pomógł wyjść, a raczej wypełznąć Timbroke’owi, wszyscy ruszyliśmy do wyjścia, czując że zaraz mogą polecieć kolejne granaty. Komendantowi dało to czas na skorzystanie z komunikatora… którego sygnał był zakłócany na wszystkich pasmach. Tachion natomiast działał, jedyne co dało się zrobić to połączyć z „Pasem Oriona” – kazał tedy nasz diuk desantować na dół Marines, tudzież obserwować pole bitwy… właśnie – jakiej bitwy? Nie mieliśmy bladego pojęcia, co się działo na zewnątrz – czy Kajdaniarzom udało się podejść tak blisko większymi siłami, czy był to tylko wjazd specgrupy.
Na razie jednak – do kuchni… Jakom wspomniał, było nas sześciu, Timbroke, Trinidad, Cavendish, nas dwóch tudzież ukar ze straży honorowej diuka. A przeciwnik… nie pokazywał się.
To znaczy, nie pokazał się żaden człowiek. Tu nadleciały z ciemności przez wybite okno dwa bełty z kusz, tam o mało nie wleźliśmy w minę kierunkową… ale trzeba było do kuchni. Jakby się kto głupio pytał, ostatnio znajdowały się tan żona i synowa sir Jamesa tudzież Czarna Ines…
…a ilość pułapek postawiona na drodze do kuchni zdradzała, że nieproszeni goście mogą tam być przed nami. 
I to nie tylko pułapek. Zza kolejnego zaułka wyskoczył na nas golem… wiecie, pajączek, wielkości sporego psa, z wieżyczką przyczepioną na grzbiecie, prymitywny ale zabójczo skuteczny. Z miejsca otworzył ogień do stojących najbliżej dona Alejandro i Jasona, ci przykleili się od ścian, odpowiedzieli ogniem, jam tez strzelił gdy odsłonili mi pole… a potem Manuel, do którego nie strzelał zgoła nikt, zapalił się…
Jeden Cavendish nie zwrócił na to uwagi, skoczył, lądując całą swoją masą na golemie, wprasował go w podłogę… i sam mało nie został wbity w sufit, bowiem uruchomił samolikwidator maszyny. Reszta zasię zwróciła oczy ku Trinidadowi, który płonął… dziatki, gorzał jak dobrze podlany ka, równie głośno wył, komendant w pierwszym odruchu chwycił z pobliskiej komódki wazon, który cudem jakowymś przetrwał strzelaninę, chlusnął… 
Nie uniosła się ani odrobinka pary, woda uczyniła mokrą plamę na podłodze, kropelki osiadły też na Kalinthi, który płonął dalej, widać było jak czernieje i pęka mu skóra, jak zwęglają się palce… don Alejandro popatrzył nań osobliwie, z ucha spłynęła mu strużka krwi… płomień przybladł, przygasł, nietknięty Trinidad podniósł się z podłogi…
Nie był to zwykły ogień, dziatki, jakby się kto pytał. Jam sam był nieraz świadkiem, jak komendantowi to czy owo z mocami nadprzyrodzonymi nie wyszło, czasem dobrze że Hieronim był pod ręką… jednak u niego odbywało się to, rzec by można , wewnętrznie. Trinidad zajął się bardziej spektakularnie, szczęśliwie don Alejandro zorientował się i snadź pospieszył z okultystycznym już kubłem wody. 
Ruszyliśmy dalej, zwłaszcza że spojrzenie mego pana lennego nabierało cech owej ponurej determinacji, która miała brzydki zwyczaj przeszkadzać w myśleniu…
Po drodze do kuchni niespodzianek było już niewiele, jeśli nie liczyć trzech przylepionych do ścian min kierunkowych. Były to jednak słabe ładunki, Cavendish zdjął je z pistoletu, tak zręcznie że gdyby nie sytuacja to brawo bić… i byliśmy na miejscu. Nikt nawet nie zauważył, że zgubiliśmy po drodze Manuela…
Pierwszym widokiem były ciała… jedna służąca z przestrzeloną głową, druga oraz ochmistrzyni na pierwszy rzut oka całe, ale leżące bez ruchu. Cavendish przyklęknął przy jednej, a don Alejandro nie popatrzywszy nawet pod nogi wybiegł kuchennymi drzwiami z dworu. Za progiem była kolejna mina kierunkowa…
Jużem zmartwiał, gdy z hukiem poleciał w powietrze, przeleciał chyba dwadzieścia stóp i spadł na ziemię. W półmroku zdawał się jednak, iż wciąż posiada ręce, nogi i głowę, fizycznie w każdym razie… wtedy właśnie podniósł się, przy czym zauważyłem że nie wypuścił z rąk ostrza ani rewolweru – i popędził dalej. Żeby nie tarcza, dziatki, i to nie byle jaka, już by było po diuku…
Skoro przetarł już drogę, razem z owym Ukarem poszliśmy w jego ślady, zostawiając Cavendisha przy kobietach. I wtedy właśnie pieprznęło coś w kuchni…
Sir Jason wybiegł jednak na własnych nogach… jeśli można tak to ująć, zajuszony od stóp do głów, osmolony… nie było jednak czasu na pytania, ujrzeliśmy bowiem nowe niezwykłe zjawisko. Znalazł się Manuel…
Wisiał sobie na może dziesięciu metrach dzięki wielkim, ptasim skrzydłom, które wyrastały mu z pleców. A widoczny był w mroku doskonale dzięki wielkiej kuli płomieni, w środku której się znajdował. Pod nim na ziemi leżał płonący trup ze szczątkami miotacza ognia na plecach, dalej z przodu zasię biegło sześć postaci. Nawet z dystansu było widać, że trzy z nich to niewiasty i są popędzane przez pozostałą trójkę… 
Don Alejandro schylił się i popędził w tamtą stronę, licząc że półmrok tudzież rzucający się w oczy Trinidad pozwolą mu się podkraść na odległość ostrza. Pobiegłem za nim, z natury wolniej, starając się również nie czynić za dużo hałasu, za mną zasię ruszył Ukar.
Prawie się udało, zwłaszcza że w połowie włosy jednego z tamtych nagle zajęły się ogniem… prawie… już, zdawało się, jeden skok komendanta i jego miecz sięgnie celu, gdy ostatni z Kajdaniarzy – tak, teraz było widać emblematy – odwrócił się i przystawił Ines pistolet do głowy, zasłoniwszy się nią wprzódy… to samo zrobił ten, który wiódł lady Mathildę. Trzeci za bardzo był zajęty gaszeniem płonącego łba.
Nastąpił suspens bardzo nerwowy, w czasie którego podbiegliśmy nieco bliżej… przerwała go Clara, która niespodziewanie podniosła gnata upuszczonego przez palącego się najemnika – i odstrzeliła łeb temu, który trzymał jej teściową. A ten, który trzymał Ines, nacisnął spust… 
Nawet kajdaniarska broń potrafi się zaciąć w nieodpowiednim momencie. Rzuć broń, powiada komendant. Wy rzućcie, odrzecze ten nędznik, inaczej zginą wszystkie trzy… i nawet w kiepskim świetle było widać – skurwysyn nie łgał bynajmniej…
Ineza pomacała się po plecach, potem odwróciła, pokazując coś przymocowane nieco wyżej krzyża. Komendant aż syknął, ja tudzież – cóż, dziatki, niewielka mina kierunkowa. Zapewne przystosowana do kilku metod zdalnego odpalenia. Takie same tkwiły na plecach obu dam Timbroke. 
Sytuacja zrobiła się, mówiąc delikatnie, patowa. Kajdaniarz powtórzył raz jeszcze – albo odjadą wolno, albo zginą wszystkie trzy. Z zarośli wyszło jeszcze czterech czy pięciu, z wymierzoną bronią, rozstawili się w bezpiecznej odległości…
Ines odzyskała nieco rezon, najpierw popatrzyła na komendanta… jakby chcąc upewnić się, że ów niczego głupiego nie uczyni, powiedziała cicho coś, czegom nie usłyszał, następnie zwróciła się do porywaczy i poprosiła o połączenie z Denverem Summervale.
Pogodziła się snadź z tym, co nam jeszcze nie chciało do łbów dojść – że wygrali to starcie. Przeszli przez ochronę jak za przeproszeniem gówno przez gęś, mieli dobry plan i wykonali go, zrobili nas jak chcieli, a teraz mogli dyktować warunki.
Nie zamierzała tedy negocjować uwolnienia. Połączywszy się, zapytała czy – jako że jest w ręku szlachcica – może, ona i towarzyszki, liczyć na względy należne jej stanowi. Oczywiście, odrzecze Denver z komunikatora (tak, chciała by wszyscy usłyszeli), będą traktowane jak damy wysokiego rodu. On, Denver Summervale, daje na to szlacheckie słowo honoru.
I ledwie te słowa przebrzmiały, ładunek na plecach Czarnej Ines eksplodował…
Padła bezwładnie, jako ta szmaciana laleczka. Jeszcze ciało jej nie dotknęło ziemi, a komendant miał miecz w garści, wszyscy zasię sięgnęli po broń. Ci dwaj najbliżej skierowali broń w diuka, zdążyli nawet wystrzelić, zanim ich obu wręcz poćwiartował… W tej samej chwili wybuchły pozostałe dwie miny. 
I tamci wiedzieli, że żadnego pardonu być nie może. Nikt nie myślał żeby choć jednego żywcem wziąć. Każdy z tych pod zaroślami dostał po kilka kul, a gdy już leżeli ale ruszali się jeszcze – dla pewności jeszcze po kilkanaście. Samochód którym mieli odjechać dostał granatem, rannego kierowcę który zdołał się wyczołgać z płonącego wraka wrzucono doń z powrotem… a potem, niestety, nie było już kogo zabić.
Don Alejandro, zabiwszy dwóch tych dwóch najbliżej, rzucił broń precz i przypadł do leżącej Inezy, wołając o nosze i sanitariusza. W pierwszym odruchu myślałem że ją porwie na ręce i poniesie, ale mimo poruszenia rozumiał snadź że w ten sposób dokończyłby, co Summervale zaczął.  
Cavendish kazał sobie podciągnąć mundur i otworzyć skrytkę, jaką miał w plecach… Wszechstwórco, iście więcej było w nim golema niźli ciała… dość że taił tam strzykawki z eliksirem, które normalnie były połączone z własnymi jego wszczepami… teraz zasię każda z rannych dostała po dwie szpryce. Następnie sir Jason wyjął komunikator (kajdaniarski zagłuszacz spłonął razem z samochodem, jakby się kto pytał) i, dokonawszy szybkiej kalkulacji, połączył się ze szpitalem w stolicy, kazał przysłać skoczek. Co miało nastąpić za czterdzieści minut. Aż czterdzieści.
Znacznie szybciej pojawili się sanitariusze, z wielką ostrożnością zawinęli wszystkie trzy damy w kajdaniarskie żelazne prześcieradła… tak, wiem że to ekwipunek do porwań zasadniczo, ale do przeniesienia kogoś ze strzaskanym kręgosłupem jak znalazł – i ponieśli. 
Manuel wylądował, schował skrzydła, podszedł do komendanta, który nie odstępował zawiniętej Inezy na krok i jeszcze nie schował zbroczonego ostrza. Zanim jednak przemówił, Cavendish podniósł komunikator zaszlachtowanego Kajdaniarza i wybrał ostatnie połączenie. Tak, zgłosił się Summervale. I tu sir Jason, lubo dotąd z głową postępował, dał się ponieść i głupotę uczynił. Pamiętasz Kazav, zasrańcu? - zapytał. Pamiętasz Kazav, wyskrobku, śmierdzielu? – dodał, jakby raz było za mało. To sobie lepiej przypomnij, podsumował i rozłączył.
Ale mu dogadał, co, moiściewy? Pojechał jak Decados po dachu stodoły… tłumacząc na język wojskowy, oto, co przekazał – „panie Summervale, zamierzam zaatakować pańskie pułki kajdaniarskie za pomocą oddziału pancerzy wspomaganych typu Agram”. Czyli – proszę spokojnie i bez pośpiechu wykopać wilcze doły, rozciągnąć potykacze, rozstawić drużyny przeciwpancerne. Cavendish, wiecie, kochał i wierzył w swoje zabawki… a jutro, jak będzie chwila czasu, pokażę wam na dziedzińcu jak we czterech można przewrócić Agrama dyszlem od wozu…

Trinidad natomiast podszedł od dona Alejandro, że mówił cicho to żem nie dosłyszał… w każdym razie komendant zrazu słuchał z pustym wzrokiem, potem uczynił gest – i zamiast do medlabu, sanitariusze ponieśli Inezę do świetlicy. Do środka wszedł jeszcze tylko on sam z Trinidadem, noszowych precz wygnał, mnie samemu powiedział tylko – nikt nie może wejść. I zatrzasnął drzwi.
Gdy tedy po chwili zjawił się medyk i zapytał o markizę, powtórzyłem słowa diuka – nikt nie może wejść. I, pamiętając jego spojrzenie, dodałem – jeśli wam życie miłe…

Bezwładną Ines złożono na dębowym stole. U wezgłowia stanął Manuel, recytując bezgłośnie modlitwę. Ponownie z jego pleców wyłoniły się śnieżnobiałe skrzydła, układając się w osobliwą kopułę nad nieruchomym ciałem Hazatki. Trinidad rozłożył ramiona, spod przymkniętych powiek spłynęły krwawe łzy.
Siedzący po drugiej stronie Alejandro spoglądał na scenę niewidzącym wzrokiem. Obie dłonie zaplótł na rękojeści trzymanego między kolanami miecza. Mięśnie ramion drgały, jakby w każdej chwili miał uderzyć…


Jak mi tedy kazano, stanąłem przy drzwiach, nikogo nie puszczając. Równocześnie docierały do mnie meldunki… na przykład taki, że lądownik wiozący naszych marines został zawrócony – cóż, nie wystąpiliśmy o stosowne pozwolenie. Kazałem się też powiadamiać o stanie żony i synowej sir Jamesa. Z jednej strony eliksir swoje zrobił, z drugiej – rany u obu były poważne. I wtedy otworzyły się drzwi świetlicy…
Wyszedł z nich książę Trinidad, blady, bezkrwisty. Kazał się z miejsca wieść do dwóch pozostałych niewiast. Wtedy dopiero pozwoliłem sobie zajrzeć… 
Czarna Ines leżała pośrodku stołu, tak jak ją niedawno tam złożono. Don Alejandro siedział na stołku u wezgłowia. Jedną dłoń miał wciąż zaciśniętą na mieczu, głęboko wbitym w podłogę. Kamienną, dodajmy. Drugą gładził jej czarne loki. Komora stazy leżała tak jak ją na początku rozwinął, pusta. Natomiast sama markiza…
Odzienie na jej krzyżu było wciąż poszarpane wybuchem. Natomiast, dziatki, w miejscu, w którym dwie litanie temu ziała krwawa rana, widniała jeno gładka, nienaruszona skóra. A plecy unosiły się w miarowym oddechu.
Stałem jak głupi, jak kiedyś dawno, wiele lat wcześniej i na innej planecie, patrząc na inną drogą mi niewiastę – rad że żyje, a jednocześnie nie ośmielając się postąpić kroku. Po chwili pojawił się Trinidad, przeprosił i zapytał diuka, azaliż może skorzystać z jego komory stazy. Komendant wbrew pozorom kontaktował, zgodził się bez niczego…
Widzicie, dziatki, czasem lżej rannego trzeba otoczyć większą opieką niż tego w gorszym stanie. Czegom wtedy jeszcze nie wiedział, lady Mathilda cięższe obrażenia odniosła niźli lady Clara… tedy, co zrazu może zabrzmieć paradoksalnie, właśnie tą drugą ulokowano w komorze stazy. Żeby nie było, nad obiema Manuel modlił się długo, zanosił błagania pod stopy Wszechstwórcy, że było więcej świadków wiem że wszelakich starań dołożył – aliści gdy skoczek Aptekarzy przyleciał, to młodszej większe szanse dawano.
Na wspomniany skoczek załadowano tedy Inezę, tudzież lady Clarę i Mathildę. Poleciał też sir James… takoż, wydawszy wprzódy rozkazy, wsiadł na pokład książę Corrinho. Mnie kazał zostać na posterunku, widać było że się łamie, między powinnością a uczuciem, że jeszcze chwila a to mnie wyśle by samemu zostać – ale poleciał.
Dwór zasię zaczynał przypominać oblężoną twierdzę… tylko czemu dopiero teraz? Pojawiło się dwustu kwarcianych z najbliższej jednostki Timbroke’ów, za kilka godzin mieli też być wynajęci przez Trinidada Kajdaniarze. Skoczek przywiózł też wreszcie śmiercionośną zabawkę Ukarów – samobieżne działo przeciwlotnicze, zdolne w sekundę wyekspediować trzydzieści funtów odłamkowych pocisków.
Nocny atak kosztował nas, poza zamordowaną ochmistrzynią i trojgiem służących, siedmiu ludzi sir Jamesa tudzież dwóch komendantowych Ukarów. Co nie obejmowało, oczywiście, wiezionych właśnie do szpitala niewiast. 
Don Alejandro nie pozbawił się jednak łączności z nami… to znaczy, niemal się pozbawił, jeno jego przyboczny był bardziej przewidujący i zabrał do skoczka spory wyświetlacz taktyczny, dający się podłączyć do komunikatora. Dzięki temu diuk mógł na bieżąco śledzić wydarzenia we dworze.
Niemniej, nie wydarzyło się nic. Jakom wspomniał, tamci spróbowali wejścia specgrupą – i udało im się. Teraz zasię czekali na nasz ruch. Najlepiej nieprzemyślany. Raczej nie planowali powtórki – wiecie, dobrze wiedzieli że nie da się, za przeproszeniem dam, nasz… ekhem, wejść do tej samej rzeki.

A cóż w szpitalu, zapytacie? Jam, oczywiście, nie śmiał komendanta ciągłymi połączeniami nękać… czyniłem to z Ravhem, jego przybocznym. Niby widziałem, co uczynił Trinidad, że rany się zasklepiły – ale to nie wystarczało, to raz, dwa, że więcej niepokoju budził stan obu dam Timbroke. W każdym razie, po szóstym może szturchnięciu odebrał sam diuk i potwierdził, iż z Inezą ponoć wszystko w porządku, zaraz go do niej puszczą, natomiast lady Clara i Mathilda wciąż są operowane. 
Wiadomość owa, co zrozumiałe, lubo pomyślna, nie rozwiała jeszcze ciężkiej atmosfery wiszącej nad dworem. Czekaliśmy na następne – komendant zapowiedział, że zostanie czas pewien, przynajmniej do końca obu operacji. 
Dowiedziałem się później, że rozmówił się z Inezą i – zapewne nie bez oporu – zadecydował, że póki co winna wrócić na jacht. Siedział u niej jeszcze, gdy przyszła wiadomość o pomyślnym zakończeniu operacji lady Clary. 
Potem pożegnał się z Ines i wrócił do sir Jamesa. Był tam, gdy przyszli Aptekarze powiadomić barona o śmierci żony.

Jak nam potem opowiadał przyciśnięty Ravh, atmosfera w skoczku wracającym do rezydencji była ciężka jak chmury nad B2. Obaj panowie przesiedzieli lot cały w ponurym milczeniu, don Alejandro wiedzący, że nie ma słów mogących dać pociechę, Timbroke zaś żujący coś, rozważający rzecz zgoła niedobrą… komendant wiercił go wzrokiem raz po raz, ale odgadnąć myśli nie potrafił…
W końcu dolecieli, a dobrze rano już było, skoczek wylądował, wysiedli… Jam jeszcze na nogach się trzymał, Cavendish takoż, jeno Trinidad zmordowany nocą wczorajszą jeszcze spał. 
Timbroke, ledwie nogę na twardym gruncie postawił, kazał wołać do siebie dowódcę swych zbrojnych. I wtedy mojemu diukowi – widziałem to – klapka się otworzyła, poszedł za gospodarzem krokiem pozornie spokojnym, ułapił w drzwiach, coś klarować zaczął… rozmawiali minut może dziesięć, a o czym? Dowiedziałem się później, a i to przypadkiem – wiecie, komendant nie lubił się chwalić… że odwiódł barona od zamiaru wydania Manuela w łapy Summervale’a.
Zamiaru, dodajmy, mało realnego do wykonania, na miejscu byli już Kajdaniarze Trinidada, niemniej niechby jedna kula w tym konflikcie poleciała, jeden trup padł – za nim poszłoby wiele następnych. To by dopiero mieli ubaw po pachy, Summervale z markizą Stronenberg.
W każdym razie baron kazał obudzić dona Manuela. Ów pojawił się poniewczasie, nieświadom sytuacji - i zaprezentował się fatalnie. Zszedł bowiem z pięterka przeciągając się i ziewając szkaradnie. Oczywiście, nikt nie zaprzeczy że po walce tudzież zapasach ze śmiercią, której wyrwał z kościstych paluchów dwie dusze, miał prawo do snu. Niestety, takiego właśnie ujrzał Timbroke. Uśmiechniętego – wszak o niczym nie wiedział. Oj, już pomyślałem że krew się poleje, baron jednakże zacisnął zęby…

- Książę, wypowiadam ci gościnę. Masz dwanaście godzin na opuszczenie mych ziem.

Wyrzekłszy te słowa, wszedł do dworu i zamknął się w gabinecie. Trinidad zrazu stał jak obuchem uderzony, potem pospieszył do komendanta i sir Jasona, pytać o przyczyny. Komendant opowiadał, niezbyt długo, a w trakcie słuchania oblicze dona Manuela powoli przechodziło w odcień wiśniowy. Obu jego rozmówcom nie uszła ta przemiana, jęli go hamować, zrazu się wysapał, kazał wołać kapitana swoich Kajdaniarzy by odebrać oficjalnie służbę i wydać rozkazy. Zajęło to może pół godziny, po czym pojawił się rękodajny barona i oświadczył, że żołnierze księcia Trinidada mają niezwłocznie opuścić ziemie Timbroke… Tego już Manuel nie wytrzymał i szybkim krokiem, zaciskając pięści, wszedł do dworu szukając barona.

Jak się zapewne domyślacie, nie była to przyjazna rozmowa. Zaczęła się od oświadczenia Trinidada, że jeśli nie zostanie wpuszczony do gabinetu, to wejdzie z drzwiami. Dał się słyszeć odgłos przekręcanego klucza, trzaśnięcie zamykanych ponownie drzwi, a potem głównie krzyki…  
Co, że podsłuchiwałem? Trudno było nie słyszeć, tak się na siebie nieobyczajnie darli, a okno nie było domknięte. Oczywiście, wszystko do człeka i tak nie docierało, tylko to najgłośniejsze – a więc z początku „wynoś się!” w wykonaniu barona tudzież „co ty wiesz o teurgii” Manuela… w pewnej chwili rozległ się brzęk bitego szkła – chyba na wpół opróżnionej butelki whisky, acz w tym harmidrze nie byłem pewien, potem coś jak plask policzka, Timbroke zakrzyknął o straż, pchnęli się też w tamtą stronę ochroniarze Trinidada, zakotłowało się chwilę przy drzwiach, w gabinecie dla odmiany ucichło… to znaczy, kłótni nie zaprzestali, jeno już nie tak głośno. Na zewnątrz, że wołanie o straż się nie powtórzyło, też zrobiło się spokojniej. Jeszcze kilkanaście minut i z gabinetu wyszedł Manuel, z twarzą tak zaciętą a purpurową, że nikt mu nie śmiał w drogę wejść. 
Niedługo później pojawił się i gospodarz. Woniało od niego okrutnie alkoholem, ale trzymał się prosto, a wzrok miał niepokojąco trzeźwy. Poszukał wzrokiem i odnalazł dona Alejandro. Głosem już spokojnym…

- Książę, cofam pozwolenie na ćwiczenia legionu cesarskiego na moich ziemiach.
- Rzekłeś, panie baronie.
- Równocześnie, jako że przybyłeś panie w towarzystwie persona non grata, jestem zmuszony prosić także waszą mość o opuszczenie moich włości.

… i nie uchybiając tym razem obyczajom, wyprosił nas, tudzież Cavendisha. Komendantowi ani mięsień nie drgnął, kiwnął głową jeno.
Bo, prawda, co nas tu trzymało? Ani on nam był brat, ani swat, wyrzucił Manuela wobec którego diuk miał dług, Inezie ani strupek po ranie nie pozostał – co nas tu trzymało? 
Oczywiście, że to sarkazm, dziecko. Zostawić niedokończoną robotę, niewyrównane rachunki – i to mając ku temu stosowne środki? Że nie wspomnę o fakcie, że sprawa była honorowa…
Tak tedy komendant oświadczył, że uczyni zadość życzeniu sir Jamesa Timbroke, prosi jednak pierwej o rozmowę w cztery oczy. Ten machnął ręką na granicy dobrego wychowania, zaprosił diuka do gabinetu…
Pamiętacie, jakem mówił raz że z mego pana lennego za przeproszeniem dupa była, nie negocjator? Sam, nie ukrywam, skrycie wyrzucałem mu że Ineza, która mogłaby sprawę zażegnać, była na orbicie… ale, dziatki, przyszło mi się w piersi bić…
Rozmowa przebiegała o wiele ciszej niż poprzednia, aliści od czasu do czasu dał się słyszeć głos podniesiony. Raz nawet baron krzyknął wcale donośnie „Nie jesteśmy Trinidadami!”, ale to było jedyne co przez okno przeniknęło. Minęło jeszcze z dziesięć minut, po raz kolejny w tym dniu rozległ się odgłos bitego szkła, jednak – tym razem byłem pewien – szklanek. Z gabinetu wyszedł następnie don Alejandro, z miną tradycyjnie pokerową, przez którą jednak przebijało zadowolenie.
Skierował się w miejsce, gdzie siedział Cavendish tudzież częściowo uspokojony już Trinidad. Wyjaśnił, że baron odwołał swoją decyzję i ponownie wyraził zgodę na ćwiczenia Cesarskich – jednak pod warunkiem. Manuel ma opuścić jego ziemie. Ta kondycja zdaje się nieodwołalna, powiada, ufa jednak że jego książęca mość przychyli się – dla dobra rodziny Trinidad. 
To, nie powiem, było ładnie powiedziane. Don Manuel zrozumiał rację i przystał. Zwłaszcza że jego udział w dalszych zmaganiach wcale nie wymagał działań z ziem Timbroke’ów. Jednakże należało się spieszyć z decyzjami – kłótnia z panem tego domu kosztowała Trinidada skrócenie ultimatum do godzin trzech.

Co wstępnie postanowiono – Manuel weźmie kilkunastu Kajdaniarzy tudzież swoją ochronę i poleci do stolicy. Reszta batalionu, która nie miała dość czasu na opuszczenie włości w terminie, uczyni to pod kordonem. A potem będziemy radzić, co dalej.
Żeby zapewnić dodatkową ochronę Trinidadowi, don Alejandro wykonał kolejne połączenie do znanego nam już legata Thalasa. O, bynajmniej nie zamierzał przydzielać Cesarskich do zadań nie przewidzianych regulaminem… jeno polecił wybrać kilkudziesięciu i udzielić im kilkudniowych przepustek. Ot, żeby w razie kłopotów byli w pobliżu. 
Tak się też stało. Ledwie skoczek Manuela zniknął za widnokręgiem, komendant udał się na zasłużony odpoczynek, mnie samemu polecając uczynić to samo – przypominam, obaj byliśmy na nogach od zeszłego dnia…
Sześć godzin snu plus siódma dla urody – tedy ja spałem siedem, on jedną mniej. Pytasz, dlaczego położyliśmy się tak beztrosko? Ludzie Summervale’a mieli, przypominam, mnóstwo czasu. markiza Stronenberg mogła ich opłacić na miesiąc, jeśli nie dwa. Mogli sobie pozwolić na czekanie na nasz ruch. A my – na sen.
Gdym się obudził, a zbliżał się powoli wieczór, przyleciała zmiana straży przybocznej Alejandro. Tym razem, ze względu na wydarzenia przeszłe, w sile trzydziestu chłopa i pod dowództwem kapitana. Wspominam o tym, gdyż ów kapitan dorzucił do tej wojenki wcale sporą siłę. Otóż, rozmówiwszy się z ojem Corrinho przy butelce ichniego bimbru wyjawił, że jest na planecie sporo ukarów dla których zabrakło miejsca w formowanych legionach – i bardzo z tego powodu nieszczęśliwych. Do tych, powiada, on podjąłby się dotrzeć w ciągu doby-dwóch… naturalnie, żeby nie było że feldmarszałek cesarski w tym palce macza, oficjalnie wynająłby ich baron Timbroke. Komendant miałby jeno – co przyrzekł – po wszystkim wcielić owych Ukarów oficjalnie do swego wojska. I tak też, uprzedzając fakty, uczynił. W wojnie liczył się każdy miecz, a jedynym problemem byłaby kadra dla nowego pułku – i to teoretycznym, wszak Hazaci kethkordyjscy wiedzieli jak z ukarami postępować i byli zdolni wpoić im stosowna karność.

Ale dość dygresyj. Z uwagi na pewną fazę stagnacji w konflikcie oraz fakt, że przejście wojsk Kajdaniarzy od Mattworthów do nas zajęłoby kilkanaście godzin, zaś lot na orbitę – pół, don Alejandro pozwolił sobie… cóż, dziatki, ulec swojej ukochanej słabości. Czyli poleciał na „Pas Oriona”.
Poza tym, wszak nie zostawiał wszystkiego samopas, zostałem bowiem ja, Cavendish, który zaczął powoli ściągać i montować swoje Agramy, wreszcie przecież wojska Timbroke’ów. 
Na odchodnym wybrał wśród swej nowej straży Ukara, któren umiał się obchodzić z pancerzem wspomaganym – i kazał mu przyodziać Okruch Światła, a w razie walki – również Nataszkę. Zadowolonemu jak dzieciak na Hombora wojakowi rzekł tylko – zepsujesz, a potrącę z żołdu. Po jego odlocie zaś Kor, szef mechaników, dorzucił – zepsujesz Nataszkę, a potrąci ci matka chrzestna… 
Wieczór i większość nocy upłynęła tedy na niezbyt nerwowych przygotowaniach, mechanicy Cavendisha montowali kolejne Agramy, on sam wraz ze mną rozważył jeszcze kilka planów, bardziej jednak taktycznych. Don Manuel raz po raz kontaktował się z nami, informując co wypatrzyły sensory jego krążownika u Mattworthów i na – zasługiwał powoli na tę nazwę - froncie, jednak przekazywał niezmiennie że na zachodzie bez zmian. Komendant natomiast, czemu się w sumie nie dziwiłem, nie odzywał się – w razie ważnego wydarzenia, łączność z jego komunikatorem miałem ja.
Dopiero bladym świtem, gdy już zmęczenie zaczynało dawać się we znaki, odezwał się po raz kolejny Trinidad. Próbował, powiada, połączyć się z diukiem Corrinho na orbicie, komunikator jednakże milczy, a sprawa jest istotna. Dla nas też, tedy puści rozmowę na trzy komunikatory. Czy tedy don Vega… cóż, ufałem że Trinidad nie koloryzował, westchnąwszy głęboko połączyłem się z diukiem – wiecie, nawet gdy przełączał w tryb prywatny, musiało być awaryjne dojście doń…
I tak odebrał dopiero za trzecim razem. Patrzyliśmy wraz z Cavendishem w mój komunikator, ekran był podzielony, na jednej części widniało oblicze Trinindada, na drugiej zasię nie było obrazu. Niewidoczny don Alejandro zapytał uprzejmie, czemu zawdzięcza rozmowę. Książę, rzecze Trinidad, mam dla pana propozycję. Chciałbym coś pokazać – jednak pod warunkiem, że nie będziesz, don Corrinho, zadawał żadnych pytań, tudzież dochowasz tajemnicy. Komendant zgodził się, po czym na miejscu twarzy Trinidada ukazała się inna, nieruchoma. Też dobrze znana, należała bowiem do Syneculli. Którego odcięta głowa pływała w słoju z okowitą.
I cóż powiesz, książę? – pyta Trinidad. Wszak obiecałem nie pytać, rzecze komendant… Komentarz może jakiś? Cóż mogę rzec, powiada don Alejandro, to już dwoje…
Dwoje maczających łapy w Traktacie Marsjańskim, oczywiście. Trinidad trawił respons trochę długo, nastąpiła chwila ciszy, w której dał się słyszeć szelest delikatny - rozpoznałem nieomylnie pościel jedwabną – i głos Inezy:
 
-Za to ja zapytam… będziesz książę skłonny ujawnić szczegóły?

 -Chętnie, pani, ale pozwól utrzymać jeszcze rzecz w sekrecie... Zresztą, tajemnica to moje drugie imię, chciałbym aby brali to Państwo pod uwagę... mam swoje powody i wiem kiedy o czymś opowiedzieć, a kiedy dać zaledwie przedsmak. Niestety, nie wszystkim to odpowiada…

… zakończył Trinidad z pewnym smutkiem. Włączył się natomiast Cavendish i poprosił, by diuk zechciał niedługo zjawić się z powrotem na planecie, bowiem pojawiły się nowe aspekty… w tle rozległo się nie za dobrze stłumione, poirytowane westchnienie niewieście, po chwili ciszy zasię diuk oznajmił, ze będzie za godzin dwie. 
 
Jak przyobiecał, tak uczynił, zjawił się po owych dwóch godzinach. W sam czas, gdyż Cavendish właśnie ukuł nowy plan, o wiele bardziej trzymający się kupy niźli ten z szarżą Agramów na dwór Mattworth… co, nie wspomniałem? Bo i nie było o czym… po pięciu minutach argumentacji komendanta Cavendish mapę podarł z taką miną, że zastanawiałem się czy i nie zje… 
Teraz zamierzał jednak wykorzystać inne możliwości a prerogatywy… pamiętajcie, że Mattworth był jedynie zakładnikiem, pionkiem… o czym wiedzieliśmy tylko my. A plan był niezły, aż dziw że nie wpadliśmy nań wcześniej. Gdyby tak, na przykład, znaleźli się krewni sir Kennetha, zaniepokojeni o jego los? I poprosili o wszczęcie śledztwa Rycerzy Poszukujących?
W ten sposób sam Cavendish mógłby z całym cesarskim immunitetem wleźć do dworu Mattworth jak do siebie. Oczywiście ostrożnie, by nie naruszyć żadnego z kruczków, niemniej mógł wszcząć tam śledztwo. Raz, mogłoby to postawić Summervale’a w wielce niezręcznej sytuacji. Dwa, gdyby ktokolwiek nietykalność paladyna naruszył – cóż, don Alejandro i legat Thalas czekali jeno odpowiedniego pretekstu… 
Plan w założeniach był niezły, dziatki. A jakby miał zawieść – w ciągu kilkunastu najbliższych godzin mieli się zjawić na ziemiach Timbroke zapowiedziani Ukarzy. I to nawet więcej niż się początkowo spodziewano – pięć tysięcy. Przewaga w tej wojnie, przynajmniej liczebna, przechylała się tym razem na naszą stronę…
   



Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń