Menu :


Link :: 02.07.2009 :: 08:57

Zamarznięte piekło

Druzyna specjalna

by ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

O, dziękuję pięknie. Fotel wygodny, kominek porządnie rozpalony, wino stare a mocne, coś jesteście podejrzani, mili moi… Wierę, opowieści chcecie… Ale, za serce żeście mnie ujęli, starego… tedy pytajcie, jak mnie nie życzeniem waszym nie zdrzaźnicie to opowiem…
Bitwa o Katmai? Skąd wam przyszło…? Ano, prawda, winienem się spodziewać że poszperacie śladem moich odznaczeń. Jak to dawno było… 4988 rok… brrr… dobrze, że ciepło a w kominku napalone. Na samo wspomnienie bowiem zimno mnie ogarnia. Albowiem, dziatki…
Albowiem był to lodowy czyściec, niewart nawet splunięcia.

Krwawy czyściec, dodajmy. 

Tu przedstawię wam sytuację ogólną, tudzież dramatis personae. Dolina Katmai, ochrzczona tak od płynącej jej dnem rzeki, a może jeziora o tej samej nazwie, do którego ona rzeka wpadała - to teren na północy Delf, składający się głównie z gór, żlebów, strumieni tudzież bagnistych dolin. Że był to dopiero środek wiosny, owe bagna w nocy zamarzały, w dzień zmieniając się w zabójcze pułapki – błotniste głębie, pokryte zdradziecko cienka warstewką lodu.  

W takich warunkach zaczął się nasz desant. Zajęcie doliny Katmai umożliwiało, jak możecie wyczytać z mądrych podręczników, objęcie kontroli nad sporą częścią arktycznego regionu Tarkwinii. „Zajęcie doliny” oznaczało położenie łapy na największej w okolicy hawkwoodzkiej bazie zaopatrzeniowej, która znajdowała się… cóż, kapkę na północny zachód od wspomnianego jeziora Katmai. Tam też, na jeziorze zwanym Naknek, była baza wodnosamolotów – co pozwalało mieć oko na żeglugę na całej Zatoce Baskajskiej. A to już nie w kij dmuchał.  
A któż miał się tego podjąć? Ano, my. To jest, 5 Pułk Strzelców Górskich im. Księżnej Gaudemundy, którego organizację ufundowała ona z własnej kiesy. W czasach, o których mówimy, dowodził nim pułkownik Armando Euzebio Buenavista…
Ha, widzę że coś wam świta. Wyjaśnię… był on prawnukiem słynnego feldmarszałka Jorge Marii Buenavista. Wódz ów nie tylko na polu walki olbrzymie zasługi odniósł, ale także w łożnicy dokazywał cudów waleczności. Z czterema żonami miał dziewięciu legalnych synów, że o pięciu córkach nie wspomnę, do tego uznał legalnymi i dał prawo do nazwiska coś ze czterdziestu swym bękartom. Ci z kolei mieli własnych synów, wnuki… a nad każdym z nich wisiał cień sławnego przodka, spod którego ze wszech sił starali się wyleźć. Pokazać, że mogą być równie dobrymi dowódcami. Tylko, jak dotąd, przejawiało się to głównie pod postacią straceńczych akcji, nieoddawania pola niezależnie od sytuacji i generalnie sprawiania krwawej łaźni zarówno wrogom, jak i swoim. Do legata nie doszedł żaden z potomków dona Jorge, większość dostała bohaterską kulkę, nierzadko w plecy od swoich – ale skrzywdziłbym sławne nazwisko twierdząc, że mieli tak wszyscy. Generalnie, dziatki, im Buenavista wyższy stopniem, tym rozsądniejszy. Pułkownik Armando zasię miał duże widoki na dalszy awans…
Jednak płynąc barką desantową przez jezioro Katmai pod hawkwoodzkim ogniem, nie mogłem się powstrzymać od myślenia stereotypami…

Zajęcie wspomnianej bazy nie dałoby jednak wiele, gdybyśmy pozostawili sobie na tyłach hawkwoodzkie posterunki, mniejsze obozy tudzież luźne oddziały. Zamiast klasycznego uderzenia tedy, mieliśmy przeprowadzić bardziej wymiatanie, a wymiótłszy wszystko co miało lwa na pagonach – zdobyć wspomnianą bazę. 
Z tegoż powodu I Batalion wraz z kompanią sztabową okrążył jezioro od zachodu i ruszył przez masyw Kejulik, III batalion przeprawił się przez wschodnią część jeziora i poszedł doliną rzeki Savonoski, natomiast II Batalion, którym dowodził kapitan Migueros a zastępował go niżej podpisany, na samym początku wpadł w nieliche gówno…
Nasza flota desantowa składała się z kryp, łodzi, kutrów i motorówek zagarniętych na południowym brzegu jeziora. Ani to projektowane do walki nie było, ani żeglarzy w batalionie nie mieliśmy, a na dobitek nad ranem, gdy rozpoczął się szturm, nad jeziorem ścieliła się gęsta mgła.
Owszem, może i ukrywała naszą flotyllę, ale raz ze nasze łajby pogubiły się w niej z kretesem, dwa że obrońców ostrzegł spotęgowany przez nią dźwięk silników.
No i się zaczęło, dziatki. Najpierw na ślepo zagrały moździerze, w nadziei wymacania którejś z naszych łodzi. Oczywiście, szanse trafienia były nikłe, zbliżaliśmy się dalej do brzegu. A potem, kurwa, powiał wiatr…
I odkrył nas jakby kto zerwał kołdrę z gacha. Zaczęli do nas prać z wszystkiego, co posiadali. Mieli – co się okazało po fakcie – trzy cekaemy oraz czterocalowy moździerz. A ja się rozejrzałem – z naszego batalionu dała się widzieć może jedna trzecia. Reszta rozproszyła się i lądowała na przestrzeni chyba kilku mil.
Jedyne szczęście, że barka z wybranieckimi wpakowała się na brzeg dobre trzy mile na zachód od nas – prosto na słabo bronioną baterię znacznie większych, bo pięciocalowych moździerzy. Inaczej mogło być znacznie gorzej… 
A i tak mało brakowało, aby nas zepchnęli. Trzeba było, wiecie, dobić do brzegu, przebiec w lodowatej wodzie te kilkanaście metrów do bardziej twardego spłachcia gruntu, potem pod górę, do okopanych stanowisk – a wszystko pod ogniem… Owszem, gdyby się nie udało, pewnie bym tu nie siedział i nie opowiadał – ale rzeź, dziatki, była straszliwa. I nie byli to wybranieccy, bynajmniej, ale dobrzy, wolni żołnierze. 
Tak, w końcu ich zgnietliśmy, każde z okopanych stanowisk dostało co najmniej kilkoma granatami, z braniem jeńców nikt się nie kwapił… gdy ucichło, okazało się że ocalało nas około setki. Tudzież, że zostałem dowódcą batalionu, cokolwiek z niego zostało. 
Ciężkie straty zawdzięczaliśmy nie tylko dobremu rozstawieniu hawkwoodzkich sił… po prostu, uśmiechnęło się do nich wojenne szczęście i na samym początku zatopili łódź z drużyną wsparcia. Poszli na dno zanim zdążyli wystrzelić, w tej lodowatej wodzie nie mieli żadnych szans na ocalenie… wraz z nimi utonęły oba nasze granatniki, cekaem i lekki moździerz. 
A trupa kapitana Miguerosa fale wyrzuciły na brzeg dwie godziny od ostatniego wystrzału.  

Nie był to jednak czas na opłakiwanie zabitych czy rozbijanie obozu… resztki Drugiego Batalionu gdzieś wylądowały, zapewne parły na północ, o ile nie wycięto ich w pień – trzeba było iść dalej.
Iść, dobre sobie… ponad setka ocalała, tum nie zełgał – jeno gdym kazał załadować na ocalałe łajby ciężej rannych, przydzielił im rozsądną liczbę lżej rannych do opieki i żeglugi w ogóle – łącznie ze mną zostało nas czterdziestu trzech. Trochę więcej niż pluton.
A co to za żołnierze byli, pytacie? 5 Pułk był górskim nie tylko z nazwy… moderunek miał po prawdzie bardziej wybranieckim niż szturmowcom właściwy, lecz byli to co do jednego wolni i nieco drobnej szlachty… ludzie, którzy na górskich szlakach zjedli i wys… ekhem… mleczne zęby, którzy od dziecka byli z bronią a srogim klimatem obyci. Że wspomnę jednego, Juana zwanego Kukułą, którego znałem bo był mego stryja dzierżawcą – a który z ośmiuset stóp trafiał kozicę w oko… a w ostatniej bitwie to samo zrobił z hawkwoodzkim ogniomistrzem moździerza.
A ja? Ja też nie od macochy, skoroś ciekaw. Ot, rzuć okiem na globus Aragonii – tutaj, na północ od Siguenzy, zwanej Casa de Corrinho, mieściło się moje rodowe siedliszcze. W miejscu, gdzie aragońska dżungla od tysiącleci próbowała wspiąć się na stoki gór – tedy klimat nie był mi obcy, a ręka pana dziadka, która mnie wychowała, nie dała mi zgnuśnieć zanim dorosłem.
 
Wysławszy rannych, kazałem naszemu telegrafiście nadać otwartym tekstem wiadomość o zagładzie batalionu i wycofaniu niedobitków – po czym ów dodał znak kodowy oznaczający mniej więcej „gówno prawda”. Następnie, pomimo szczupłości sił, postanowiłem je rozdzielić. 
Równym mi rangą, acz trzecim w kolejności zastępstwa, był porucznik Julio Ensenada. Kazałem mu wziąć połowę ludzi i obejść od zachodu wzgórze, którego nazwy ni cholery nie pamiętam… za to pomniałem nazwę góry na zachód od owego, Mageik – jedna z wyższych w okolicy, tedy kazałem mu wysłać na nią kilku chłopa żeby rozejrzeli się po okolicy. Ja zasię z drugą połową miałem dalej iść doliną rzeki Katmai, przeprawić się przez nią brodem pod wodospadem Fultana i ponownie połączyć batalion – tak zwany – za około dobę.

Obie grupy, żegnając się pieprznymi wojskowymi okrzykami, rychło straciły się z pola widzenia. W swojej kazałem – co zawsze było dobrym patentem – wysyłać frontem trzy dwuosobowe czujki, zmieniane co dwie godziny. Czujki, oczywiście, w schemacie łowca-zabójca, wiecie, jeden obserwuje, drugiemu daje namiary do strzału. Albo daje sygnał do odwrotu…
Trzech godzin nie uszliśmy a ekipa na wschodzie zamachała chorągiewkami… bo przez cholerne zachmurzenie nie mogliśmy użyć lusterek. Kontakt – sojuszniczy oddział – bezpiecznie…

W dolince między głazami, wystawiwszy jednego tylko strażnika i wcinając beztrosko konserwy, rozwaliło się przy ognisku dziewięciu wybranieckich pod dowództwem porucznika. Na widok naszych – zbliżających się mimo wszystko czujnie, z bronią gotowa do strzału – nie zareagowali bardziej niż na przelatującą muchę. Jakbym chciał, dwóch moich chłopaków wyrżnęłoby ich jak owce.
Skąd tu wybranieccy? Ano, była ich cała kompania, włączona zasadniczo do naszego II batalionu, a dowodził nią zrazu kapitan Guiterrez Estancia. Teraz, jeśli dobrze słyszałem, miałem przed nią jej resztki, pod komendą podporucznika Axayacatl. Resztę ponoć szlag trafił podczas desantu i zdobywania wspomnianej baterii moździerzy.
Komenda należała do mnie, tedy wspomniana gromadka pozornie leniwie, acz wcale sprawnie zwinęła obóz i ruszyła wraz z nami. Jąłem wypytywać porucznika o losy reszty jego oddziału, wszak powinno być ich około czterdziestu – tu się zrazu zacukał, jął coś kręcić… Był wprawdzie, na oko, moim rówieśnikiem, ale gdyby mu na czole wypisać że pierwszy przydział, nie zrobiłoby różnicy. Gdym tedy podniósł głos nieco, najpierw wystraszył się jeszcze bardziej, potem wydusił że nie wie, gdzie są. Skoro nie wie, rzecze mi sierżant Malasca na stronie, to czemu mówił że wszyscy zginęli? Ano właśnie… takież pytanie mu zadałem. 
Wszyscy zginęli w szturmie, nie wiem, gdzie są ciała, powiada. Dałem znak by oddział się zatrzymał…
Dwóch moich stanęło mu za plecami, zmuszając go do nerwowego oglądania się, czterech na wszelki wypadek miało oko na jego owieczki. A ja, dziatki, zapytałem o jedną z najświętszych powinności dowódcy. Gdzie nieśmiertelniki poległych?  
A co z moimi, pytasz, synku? Miałem wszystkie - tych, którzy padli na brzegu i tych, których fale wyrzuciły, w mieszku przy pasie. Tymże mieszkiem zadzwoniłem, powtarzając pytanie. Nie wiem, gdzie są, wyjąkał…
Tu się zeźliłem, przyznaję – i wykorzystałem pewne złudzenie optyczne. Konkretnie to, że z odległości dwóch cali lufa wymierzonego w ciebie pistoletu wydaje się wielka jak tunel kolejowy. Podporucznik Axayacatl nie zdecydował się czekać, aż wyjedzie stamtąd ekspres…

- Uciekli! Powiedzieli, że mają dość tej wojaczki!

…i wydusił prawdę, aż szyszki z pobliskiej jodły pospadały. Tak… to dopiero wpadł w gówno, za przeproszeniem. Podwładni zdezerterowali, a on nie zrobił nic by ich zatrzymać. Sądy wojenne w takich sprawach nie zwykły deliberować długo i ogłaszały wiadome wyroki.
Co? Nie, nie przejęzyczyłem się. Zatrzymać, nie powstrzymać.
Prawda taka, dziatki, że gdybym w tamtym momencie pociągnął za spust, sąd podziękowałby mi jeno za oszczędzenie im roboty papierkowej. A dlaczego tego nie uczyniłem? Szczerze, słoneczka moje, sam nie wiem… może przypomniałem sobie pewnego żółtodzioba z Kish pięć lat wcześniej który, gdyby sierżant nie myślał czasem za niego, też skończyłby smutno i młodo…

- Co pan teraz zamierza, poruczniku Vega? Co mam zrobić?
- Widzę dwa wyjścia…

… ale ów żółtodziób wypijał sam, co nawarzył, sierżant jeno śliniaczek mu trzymał. Co tedy mu rzekłem, pytacie? Prawdę! Może, powiadam, pójść z nami – jeśli się wykaże w walce, sąd powinien być łaskawszy… Może też wrócić się po to, czego zapomniał – zebrać nieśmiertelniki swoich ludzi. Wszystkie. Nieistotne, czy będą na ich szyjach, czy w jego kieszeni. 
Poprosił o czas do namysłu, akurat skorzystałem, moim zabijakom przydał się odpoczynek po marszu. Axayacatl zasię chodził nerwowo w kółko, kopiąc bezwiednie kamyki, mnąc w dłoniach własny nieśmiertelnik tudzież krzyżyk Wrót, jaki na szyi nosił. Po półgodzinie wreszcie podszedł do mnie i oznajmił – wraca po swoich. 
Wtedy po raz wtóry przypomniałem sobie sierżanta, który za mnie kiedyś myślał. Jeśli miało mu się udać – a szczerze mu tego życzyłem, nie odsyłałem go tylko po to by odstrzelił go ktoś inny – przydałby mu się przewodnik. Miałem w grupie trzech lekko rannych, którzy nieco opóźniali tempo marszu. Naszego marszu, oczywiście, w porównaniu do wybranieckich skakali jak kozice… tych właśnie zapytałem o ochotnika – i zgłosił się kapral Gomez, wolny, lat ponad czterdziestu – nie musze chyba dodawać że góral, wszak ktoś musiał odnaleźć dezerterów, sami nie wytropiliby spaśnej almalickiej matrony w kopnym śniegu… tedy jedenastu chłopa ruszyło na wschód. My zasię – dalej, na północ.

Minęło kolejnych godzin trzy. Szliśmy brzegiem Katmai, a właściwie jej bagnistego rozlewiska, pokrytego cienkim lodem. Wyżej grunt był jednak kamienisty, pewny, względnie równy, tedy szło się dobrze, nawet nastroje po porannej rzeźni się poprawiły. Południe minęło, w brzuchach żołnierskich jęło burczeć, już miałem kazać zatrzymać oddział na popas… gdy zza wzgórz doszły nas odgłosy walki.
Zrazu był to huk jedynie odrobinę głośniejszy od szum rzeki, gdy ruszyliśmy nasilał się jednak szybko. W tych górach byli jeno nasi i Hawkwoodzi, tedy musieliśmy iść z odsieczą. Oczywiście nie oznaczało to sprintu po kamieniach, na których połowa połamałaby nogi, a druga wylazła pod ogień. Oddział podzielił się na pary, świeże czujki ruszyły przodem, pokonaliśmy jedno wzgórze, wleźliśmy już prawie na drugie gdy zwiadowca z jego szczytu zasygnalizował – kontakt, przeciwnik.
Co nie było dziwne, gdyż huk i palbę słychać było już doskonale. Dałem tedy znaki, ostrożnie przepełzliśmy przez grań i szkłom mojej lornetki ukazał się następujący widok:
Naprzeciwko wzgórza, na którym siedzieliśmy, wznosiło się drugie, większe. W kotlince między nimi, zarośniętej gęsto kosodrzewiną, siedzieli okopani Hawkwoodzi. Daj zresztą, synku, te dwa półmiski, pokażę… Tu, po mojej lewej, byli nasi. Dobrze zasłonięci głazami, tudzież mający pewną przewagę – byli to grenadierzy, tedy niemal nie musząc się wychylać miotali granaty nasadkowe łukiem nad skałami. Sęk w tym, że było ich niewielu, znacznie mniej niż przeciwników, których oceniałem na jakie pół setki. Drugim problemem było wzniesienie naprzeciwko – nie dało się dojrzeć jego szczytu, kotlinka zasię zakręcała za jego wschodni stok, demony wiedzą co było dalej…
Posłałem tam czujkę, dwóch chłopa, reszcie kazałem rozłożyć się wygodnie na grani – i dać ognia, powoli, wybierając dokładnie cele. Sam zasię wziąłem dwóch zwiadowców i, przeklinając chmury które skazywały nas na chorągiewki, nawiązałem kontakt z tamtą grupą… Póki co, zamiast wdawać się w uprzejmości, podawałem im namiary na ostrzał. W kotlince niemal się zagotowało, po korektach wybuchowe argumenta naszych grenadierów padały coraz celniej, takoż nasz atak z flanki okazał się zupełnym dla nich zaskoczeniem. Po minutach może pięciu kazałem przerwać ogień. Zrazu zrobiło się cicho… a potem gdzieś ze wschodu załomotał cekaem.
Raczej nie nasz… chwila przekazywania wiadomości – wsiąkła czujka którą wysłałem żeby zajrzeli ostrożnie za wschodni stok owego większego wzgórza. Wysłałem jej śladem dwie kolejne… w kotlince, jakby się kto pytał, nie dało się dostrzec najmniejszego ruchu. Zostawiłem na grani ośmiu chłopa, żeby mieli na wspomnianą kotlinkę oko, sam zasię, biorąc radiowca i felczera, zszedłem spotkać się z grenadierami.
Z całego plutonu zostało ich kilkunastu, w tym połowa rannych. Niektórzy ciężko. Ocalał dowódca, porucznik Armando Alba Estancia. Ledwie wymieniliśmy honory, kazałem felczerowi wziąć się do roboty. A co z ich własnym łapiduchem? Był. Leżał dobrze ukryty za głazem, opatulony peleryną i kocami, a na wysokości brzucha materiał był sztywny od zamarzniętej krwi…

- Zimno mi… zimno… przykryjcie mnie… dajcie mi jeszcze jeden koc… proszę… zimno…

… medyk nasz spojrzał jeno na porucznika i jego zastępcę, pokręcił głową. Alba zrozumiał, dziatki. Och, widzę, nie rozumiecie… nie spotkało was… szczęśliwiście – póki co.
Ten, który tam leżał zapewne niejednego wyciągnął z łap Kostuchy, niejedną kulę z bebechów wytargał. Teraz należało coś zrobić dla niego. Ale co? Wiecie, czasem trzeba zrozumieć że kogoś nie można uratować – a ewentualne próby jedno co przyniosą, to dalsze cierpienie. 
I są rzeczy, których nie uczą w Akademii. Natomiast uczy ich życie… Alba przyklęknął przy rannym, nachylił się, mówił prosto w ucho niosące ukojenie kłamstwa. Lewą ręką zasię wydobył z przybornika szpikulec, używany do sondowania min w ziemi czy przybijania namiotów… I gdy prawicą ściskał prawicę umierającego, lewą przymierzył do ucha, pchnął… 

Felczer zajął się tymi, którym dało się pomóc. Natomiast nie był to jeszcze koniec, dziatki… nikt nie wiedział, co kryje się na drugim końcu kotlinki, tudzież na szczycie wzgórza. Trzeba było je obejść… Tak też uczyniłem, wysyłając wprzódy czterech moich i dwóch grenadierów na jego szczyt. Bardziej pełzliśmy niż szli, cicho i czujnie… ostrożność nigdy nie zawadzi, choć tu i teraz okazała się zbędna. Grupka wysłana na wspinaczkę dotarła na szczyt bez kontaktu z wrogiem, nam takoż udało się okrążyć wzgórze, aż zauważyliśmy nasze pozycje. Przy okazji mieliśmy Hawkwoodów w kotlince otoczonych ze wszystkich stron.

Wezwałem do poddania… nic, ani jednego ruchu. Z drugiej strony pamiętałem dobrze że gdy zaczął się nasz ostrzał z flanki, przypadli do ziemi… Mało prawdopodobne, że położyliśmy wszystkich trupem. A zejść do nich – zbyt ryzykowne. Pewnie, że mieliśmy ich na ostrzu, ale po co wszczynać walkę i tracić ludzi – jeśli można nie?
To co robimy, dziatki? Wezwałem do poddania po raz wtóry. A tam – cisza... Dałem znak, poleciał w powietrze granat, padł między kamienie w kotlince, wyrzucając w powietrze ciało. Będąc niemal pewnym, ze niewiele to zmieni – i nie zmieniło, nadal udawali że ich tam nie ma - przyzwałem radiotelegrafistę. I uciekliśmy się do fortelu…
Dlaczego tamci czekali? Wszak mieliśmy ich jak na patelni, żaden nie miał prawa się wymknąć. Z drugiej jednak strony, głazy i krzaki kosodrzewiny chroniły ich wcale dobrze, musielibyśmy uderzać na ślepo, marnować amunicję której nie było za wiele. Albo wdać się w walkę wręcz. Nie wiedzieliśmy też, czy w okolicy nie kręci się ich więcej, czy nie nadejdzie odsiecz. A za może dwie godziny miało już zmierzchać… 
Pytacie, jaki fortel wykoncypowałem? Wiecie, dziatki, są bronie których boisz się mniej – albo bardziej. Tedy radiowcowi naszemu, któren targał na plecach pokaźną skrzynię aparatu, wsadziłem do lufy karabinu gałązkę kosodrzewiny – i podpaliłem ją. Następnie, pilnie chroniony przez naszych strzelców, ów ruszył w kierunku kotlinki. Krył się, owszem, lecz nie na tyle by nie być dostrzeżonym przez Hawkwoodów. Wtedy krzyknąłem tak, by usłyszeli. Pakunek na plecach tudzież płonąca świeczka u wylotu broni wyglądały iście jak…

- Koniec zabawy! Dawać ten miotacz ognia!¬  
   
Granaty i kule, jak wiecie, zabijają równie skutecznie, jednak ogień… jest w nim to coś, co budzi atawizm… czego boi się niemal każdy. Nie trzeba być Azbestem, by o tym wiedzieć. Tedy nasz fałszywy miotacz nie przebył nawet połowy drogi, gdy spośród krzaków w kotlince podniósł się człek z rękami wzniesionymi do góry. Po nim następny… 
Wtedy już można było zejść do nich, odebrać pukawki, obejrzeć trupy czy czasem który nie udawał. Nie omyliły mnie oczy, było ich ponad pół setki… na początku. Teraz dziesięciu mogło ustać na nogach, sześciu czy siedmiu dało się jeszcze wyrwać Kostusze. 
Pośród najlżej rannych był ich kapitan, sir Edmund Winchester Hawkwood. Tu po raz kolejny byłem wdzięczny memu panu dziadkowi, któren żelazną ręką uczył i wymagał… także wiedzy o rodach. Winchesterowie byli honorowi. Za rzeczy, na które mój pan dziadek zwykł przymykać oko i grozić jeno palcem, ich senior kazał młodych ćwiczyć na kobiercu. Jedno, czego potrzebowałem, to usłyszeć odeń verbum nobile. 
Dlaczego? Ano, dziatki, robił się problem… kilkunastu jeńców, których należało odprowadzić na miejsce niedawnego desantu, gdzie czekały łodzie. A mój oddział szczuplał coraz bardziej, grenadierów do dalszego marszu nadawało się raptem sześciu, z mojego oddziału natomiast straciłem dwóch z czujki która wylazła pod cekaem i dwóch w walce z Hawkwoodami. Ale…
Naprzód, oczywiście, zażądałem jego szabli… po czym wypadło się poprawić, albowiem szabli nie nosił, jeno miecz. Ot, taka fanaberia rodowa… Gdy oddał, może poniżej pasa był to cios ale zapytałem czy daje słowo honoru że nie spróbuje ucieczki… tudzież czy słowo to rozciąga się na jego podkomendnych. Albowiem, mogę przydzielić jeno dwóch strażników…
Była w tym zawoalowana groźba, a jakże… choć nie wiem czy bym takową spełnił, żołnierze jego byli bowiem wolnymi, z poddanymi nie byłoby dylematu, nożem po gardle i załatwione… dość że doszedł do wniosku – jeśli przysięgnie, pójdzie w plen ze swymi ludźmi, odprowadzony przez dwóch moich żołnierzy. Jeśli nie – odprowadzą go ciż sami dwaj żołnierze, jeno samego…
Dał słowo, po czym odpiął rewolwer i chciał mi go wręczyć. Odmówiłem – odpowiadał za swych ludzi, mógł się mu przydać. Tudzież gdyby trafili na dezerterów… raczył się złośliwie zdziwić, że są takowi w naszej armii. Ale cóż, my byliśmy nowi w tej okolicy. Ich żołnierze wiedzieli, że w śnieżnym pustkowiu nie da się wyżyć.
Niedługo zatem wyruszyli na południe, do zatoki. Poza kapitanem i dwoma strażnikami, których wybrałem z lżej rannych, dziesięciu chłopa wlokło tyleż noszy – z siedmioma Hawkwoodami i trójką naszych grenadierów. Nie uprzedzając faktów, dziatki, dawałem im większe szanse niż podporucznikowi Axayacatl. Chyba wierzyłem w honor Winchesterów…

A mój oddział podążył dalej na północ. Wciąż było nas, włącznie ze mną, dwudziestu jeden – czterech poległych i dwóch odesłanych z jeńcami zastąpiło sześciu grenadierów. Przed wymarszem, poznosiliśmy trupy na stos, nacięli kosodrzewiny, wrzucili gałęzi… blask ognia był widoczny jeszcze długo. Spaliliśmy ich razem, Hazatów i Hawkwoodów, dobrych żołnierzy, którzy walczyli za to, co uważali za słuszne. Mniejsza o to, jak było naprawdę… zasłużyli, by dusze ich wysłać w płomieniach do Wszechstwórcy, a nie pozwolić im gnić w skorupach.  
Oczywiście, pierwej zabraliśmy wszystko co mogło się przydać.
Zmierzchało już dobrze, lecz nakazałem pociągnąć jeszcze godzinę – by oddalić się od pobojowiska, tudzież znaleźć dobre miejsce na nocleg. 
Spędziliśmy noc na lesistym wzgórzu w pobliżu wodospadów Fultana. Z plandek, naszych i zabranych Hawkwoodom, dało się zrobić ogrodzenie – raz, że chroniło od wiatru, dwa że mogliśmy rozpalić ogień. Oddział był dobrze zmordowany, tedy pierwszej warcie wyznaczyłem raptem dwie godziny dyżuru, dopiero następnym, którzy mogli się kapkę przespać – po cztery. Sam też, żeby przykładem świecić, objąłem pierwszą. 
Noc minęła spokojnie, pomimo popołudniowej potyczki pies z kulawą nogą nie przewinął się po okolicy. Zresztą chmury rozeszły się i świecił Księżyc, z wzgórza mieliśmy doskonałą widoczność, na śniegu nie dało się podejść niezauważonym.
Rankiem tedy obudziliśmy się wypoczęci, wyspani i w komplecie. I co, dziatki? Dalej na północ. Przeprawiliśmy się brodem przez Katmai, która w tym miejscu skręcała na wschód – i podążyliśmy na miejsce spotkania z oddziałem Ensenady.
Ci, jak się okazało, nie napotkali absolutnie żadnego oporu… na miejscu byli już od wczorajszego wieczora, zdążyli też – jak kazałem – wysłać ekipę na górę Mageik. Wspomniani wyruszyli wcześnie rano i, gdyśmy około drugiej po południu z powrotem połączyli nasz szumnie zwany batalion, właśnie wracali z rezultatami. Czegóż się dowiedzieli? O, mapę przyniosłeś, chwali się, chwali… Rozłóż, synku… O, widzicie te trzy góry? Padająca, Złamana i Piekarska… demony wiedzą, kto i dlaczego tak je nazwał, wyglądały niemal identycznie. Dość, że na szczycie Padającej wypatrzyli wrogi posterunek. Dlaczego na szczycie, pytasz? Ano, było tam stanowisko przeciwlotnicze. W warunkach, gdy podstawa chmur znajdowała się poniżej szczytów – a przeważnie tak bywało w tej okolicy – piloci próbujący rozpoznać okolicę musieli zejść naprawdę nisko i kluczyć między górami, mając niewielkie pole manewru. Niewykluczone że właśnie ta zenitówka odpowiadała za kilka z naszych maszyn, które nie powróciły znad doliny Katmai.  
Postanowiłem tedy wspiąć się na Padającą i zajść od tyłu hawkwoodzki posterunek. 
Na mapie wyglądają wcale srogo, nie przymierzając jak Ometepetl sztuk trzy, które Wszechstwórca zechciał w jednym miejscu obok siebie postawić, natomiast podejście na owe nie jest trudniejsze niż na Apanteucli wschodnim szlakiem. Zajęło nam to tedy raptem trzy godziny… zaskoczenie tez było niemal całkowite, wszak przyodzialiśmy się na te okazję w zdarte z zabitych wczoraj żołnierzy hawkwoodzkich peleryny, tudzież kilku z naszych potrafiło mówić bez akcentu… wreszcie, mogli się spodziewać wracającego własnego oddziału.
Dość, że statystyk nazwałby ową walkę jednostronną a zwycięstwo decydującym… tylko snadź nie zapytałby o zdanie strzelców Malinqueza i Puyola, których opuściło tam wojenne szczęście a Kostucha wzięła w objęcia…
Dość że stanowisko było nasze, oddział zdobył dach nad głową – nawet jeśli były to dwie drewniane szopy, w tym jedna dzielona na pół z dziewięcioma jeńcami. Co najważniejsze, w nasze łapy dostał się nietknięty czterolufowy Vosper-Bancroft z mnóstwem amunicji tudzież doskonałą optyką.
Wspomniana optyka, acz przymocowana na stałe do stanowiska pozwoliła, na coś jeszcze – obserwację Doliny Dziesięciu Tysięcy Dymów, o, tej tutaj, którą zamierzaliśmy wstępnie podążać. W tej chwili, gdyby jakikolwiek oddział się tam pojawił – byłby widoczny jak na dłoni. 
A co mogliśmy z nim zrobić, pytasz? Pogłaskać przez lunetę? Oj, tak… Za pomocą naszej nowej zabawki… Zdziwionyś? Oj, synku… Tak, wiedziałem dawno przed twoimi narodzinami, że półtoracalówka VB dosięga celów powietrznych na mil dwie… A wiedziałeś, że naziemnych na cztery? Cokolwiek by się pojawiło w polu widzenia, jej pociski mogły donieść do połowy doliny.
Na razie jednak zdobyczny flakvierling pozostawał okryty troskliwie płachtami, żołnierzy poza wartą rozmieściłem w dobrze ogrzanych szopach, radiocie zasię kazałem połączyć się z dowództwem. Tu niespodziewanie przydał się wiatr – złote rączki z mojego oddziału zbiły bowiem wielki skrzynkowy latawiec, który po kilku próbach wzbił się w powietrze, unosząc improwizowaną antenę. Nadałem tedy meldunek o zdobyciu stanowiska i kazałem zostawić radio na nasłuchu. A potem – że już zmierzchało – spać…

Dzień następny przeznaczyłem zrazu na popas i regenerację sił, zwłaszcza że spodziewałem się dalszych instrukcji od dowództwa. Radio milczało jednak jak zaklęte, chociaż pogoda nie była najgorsza… wysłaliby chociaż jeden skoczek z posiłkami psiekrwie…
Przed południem za to nasze szklane oko wypatrzyło ruch w dolinie… równo tuzin Hawkwoodów, z tego dziesięciu ciurów z wielkimi tobołami na plecach tudzież dwóch żołnierzy. Najwyraźniej targali do nas zaopatrzenie – grzech byłoby odmówić podarunku… tedy nie minęła godzina a na ich drodze znalazły się trzy zespoły, obaj zbrojni wzięli po kulce w łeb zanim zdążyli zakrzyknąć „bloody hell!”, tak samo trzech z tragarzy którzy próbowali zuchów strugać… 
A potem liczba jeńców pod kluczem wzrosła do szesnastu, zaś nasza czterdziestka rzuciła się na zapasy, zwłaszcza na znalezione w jednym z pakunków żarcie przeznaczone dla świętej pamięci kapitana Wilshyre Hawkwooda, usieczonego ubiegłego wieczoru. Oczywiście, siedząc w dworku czy w chacie żaden by takiego za przeproszeniem szajsu do ust nie wziął, ale teraz, po tygodniach na rybie z Madok i mielonce od święta – wiecie, głód jest najlepszym kucharzem.
Dość że nastroje poprawiły się znacznie, zrobiło się wręcz wesoło, nagle nie wiedzieć skąd pojawiła się manierka z bimbrem, którą puszczono wkoło… sam nie wiem, kto i o ile później zwrócił uwagę na dwa odgłosy… jednym było popiskiwanie radiostacji. Drugim – niosące się echem pośród gór odgłosy bitwy. I to nie był trzask karabinów, moiściewy – ktoś walił z naprawdę dużego kalibru.
Radiowiec rzucił się do aparatu jakby go kto kopnął, dwóch zasiadło do pelotki i dawaj obracać ją w kierunku, z którego ów hałas dochodził… niestety, akurat zasłaniał szczyt góry na której siedzieliśmy. Natomiast piąty, któren w trzy litanie wlazł owe sto stóp wyżej, zakrzyknął że błyska się od wschodniej strony. Gdzieś w okolicy jeziora Trydent.
A potem wtrącił swoje pięć piór radiowiec. Złapał, powiada, kontakt z działonem moździerzy naszej samodzielnej kompanii artylerii, która teoretycznie lazła z III batalionem. Snadź zawędrowali za daleko na południe i starli się z wrogiem – a teraz domagali się wsparcia. 
Gdzie III batalion a Trydent, spytacie? Sam żem się zastanawiał… ale mogłem robić to po drodze. Krew nie woda, dziatki, a poza tym moździerz mógł się przydać… tedy zarządziłem szybki wymarsz, siłami niemal całego za przeproszeniem batalionu… czyli, zostawiłem sześciu chłopa pod Ensenadą do pilnowania pelotki i kolejnych czterech, którym poleciłem założyć posterunek na Złamanej – zapewniając sobie widok na całą dolinę.
A my ruszyliśmy naprzód, dość stromym podejściem, w miarę szybko lecz nie zaniedbując ostrożności – a kierując się na odgłosy walki. Gdy ruszaliśmy, do zmierzchu pozostało może godzin trzy.
Do jeziora Trydent, mieszczącego się w kraterze wygasłego wulkanu u stóp najwyższej w rejonie góry, czyli Katmai - było mil dziewięć, jeno pod górę… Gdy tedy zrobiło się ciemno, pozostała nam co najmniej godzina forsownego marszu. Dobrze że niebo chwilowo przejaśniało, wyszedł księżyc, tedy na śniegu widoczność była dobra. A z każdą minutą huk dział stawał się głośniejszy.
W pewnej chwili, gdy już niemal wspięliśmy się na grań, pod śniegiem zamiast żużla, po którym kroczyliśmy, dało się wyczuć coś równego… chodnik betonowy. A potem okrzyknięto nas – werdo? W ciemności zamajaczyło kilka postaci z wymierzona bronią.
-Don’t shoot!
Odezwałem się po hawkwoodzku, dwóch czy trzech się zawahało, opuścili gwery…
- Fuego!

… a wtedy zagrały nasze. Dwóch padło od razu, resztę skosiła druga salwa, jednocześnie ktoś dwa kroki ode mnie zakrztusił się krwią i runął w śnieg… skoczyliśmy do przodu, przeszliśmy grań, cały czas czując pod stopami lany beton. A potem oczom moim ukazał się niezwyczajny widok…
Po drugiej stronie góry, na jej wschodnim zboczu, wznosiły się zbudowane ręką człowieka tarasy. Na nich zasię stały cztery wielkie, przysadziste, ośmiocalowe haubice oblężnicze hawkwoodzkiego wzoru 4640. Każda z nich co pół minuty dawała ognia, w błysku wystrzału ukazując uwijających się jak w ukropie puszkarzy. Co było niezwykłe, waliły na wprost, z lufami opuszczonymi tak nisko, jak tylko pozwalała konstrukcja łóż, najwyraźniej minimalnymi ładunkami. Pociski ich orały po drugiej stronie jeziora zachodni stok Katmai, w połowie jego wysokości. A poniżej linii wybuchów widać było, że ktoś odpowiada ogniem – będąc za blisko, by ośmiocalowe potwory mogły go sięgnąć.
To wszystko ogarnąłem w kilka uderzeń serca… po drugiej stronie byli nasi, a przed nami – forteca, o której istnieniu snadź nikt z naszych nie wiedział. A mój oddział, niespodziewanie dla wszystkich, wszedł od kuchni…
Najbliższa haubica przerwała ogień, ujrzałem jeszcze jak człek z szlifierka kątową dobiera się do łoża, piłując ogranicznik, by jeszcze bardziej obniżyć lufę. Ogarnąłem jeszcze raz sytuację, czy aby za naszymi plecami nie zieje żadna strzelnica, a potem rzuciliśmy się na nich z bagnetami i szablami.
A kolejnych kilku minut, kochani moi, po prostu nie pamiętam. Tyle tylko, że biegliśmy od jednaj haubicy do drugiej, tnąc a strzelając, mordując bez pardonu każdego kto miał lwa na pagonach. Nawet nie oglądałem się na boki, czy aby nie zostałem sam. Nawet po zdobyciu czwartej, ostatniej, wskazałem szablą dalej – a tam był tylko parapet, stromy piarg i biała, zasypana śniegiem tafla zamarzniętego jeziora Trydent.
Bitewny rausz mijał powoli, poczułem zrazu igiełki lodu w gardle i płucach, następnie ból stawów – i ramienia, snadź zostałem cięty. Wokół mnie, dysząc ciężko, stało czternastu z trzydziestu, którzy wyruszyli na eskapadę. Wszyscy spoglądali na mnie, czekając dalszych rozkazów. I w tym momencie po przeciwnej stronie jeziora, w ciemności cos błysnęło… po kilkunastu sekundach zasię rozległ się wizg spadającego pocisku.
„Padnij!” – oto, co rozkazałem. Szczęśliwie, granat rozerwał się na tarasie wyżej, żadnemu z nas nie czyniąc szkody. Za nim jednak pewnie polecą następne… i, co gorsza, był to zapewne nasz własny działon, z naszego własnego pułku.
Zawołałem o radiowca – padł przy trzecim dziale, brzmiała odpowiedź. I tu, wstyd przyznać, pomyślałem – furda żołnierz, byle aparat był cały. I mimo nikczemności prośby, spełniła się ona. Radio działało, sam operator zasię był płytko cięty w łeb, żyw ale nieprzytomny. 
Tu już nie było czasu na bawienie się w hasła kodowe, nadałem otwartym tekstem, modląc się by tamci tez mieli radio… jeśli nie, to co – białą flagę wywiesić? Którą dojrzą nad ranem, za kilka godzin?
Audaces fortuna iuvat, dziatki… nawet tym, którzy nie wiedzieli w co się pakują. Tedy wkrótce aparat zaskrzeczał, odezwał się porucznik artylerzysta… nie było wiele czasu, powiadomiłem go o zdobyciu fortu, tudzież – oczywiście – poprosiłem ładnie, by przerwali ogień. Idziemy ku wam, odparli.
A my, mimo zmęczenia i ran, musieliśmy zabezpieczyć teren. To, dziatki, nie było stanowisko wykopane łopatami, to była forteca. Ośmiocalowych pocisków do haubic nie trzymano w namiotach, tu musiały być podziemia, zaplecze… i, może, więcej załogi.
Zostawiłem tedy dwóch wojaków by oczekiwali przybycia naszych artylerzystów, resztę zasię podzieliłem na trzy grupy – tak, dobrze liczycie, aż po czterech w każdej… w każdym razie, w ciągu godzin odkryli dwa, zgoła nie bronione wejścia. 
Powiadam wam, dziatki, gdybym wiedział jak wygląda forteca i czym dysponuje, za skarby Rodów i wszystkie hurysy haremu sułtana Khayaam bym się tam nie wybrał. Na miejscu zwierzchnika tutejszego dowódcy, natomiast, kazałbym tegoż na tępy palik nawlec i jeszcze deseczkę pod rzyć narychtować, żeby dłużej się pomęczył… dość że kto żyw rzucił się w momencie ataku do dział, poza jednym posterunkiem, który nam na samym początku opór stawił.
Dość, że w środku wzięliśmy w plen dobre pół setki żołnierzy, w tym – co nas zaciekawiło – ponad dwa tuziny rannych Lihalańców. Niemal siedemdziesiąt trupów naliczylim później na zewnątrz. Zdrowych jeńców zawarliśmy w magazynie, ranni pozostali w lazarecie razem z dwoma Amalteanami, którzy tam byli. 
A czym fort dysponował, jeno nikt nie siedział na stanowiskach gdyśmy od tyłu wpadli? Ot, drobiazg, dwa cekaemy w pancernych strzelnicach, automatyczny granatnik tudzież działko przeciwlotnicze. Nie muszę wam mówić, że gdyby jeno jeden człek przy cekaemie był, a wasz dziadek byłby was nigdy nie spłodził…
Opanowanie fortecy, czytaj wygarnięcie wszystkich żywych i wsadzenie ich pod klucz, zajęło może godzinę i odbyło się bez jednego wystrzału. Tak to, jak przeczytaliście zapewne w mądrych książkach, porucznik Vega w trzydziestu chłopa zdobył fort zbrojny w wielkie działa i broniony przez czterykroć liczniejsza załogę…
Kolejną godzinę czekaliśmy na naszych dzielnych artylerzystów. Do tego czasu nasi ranni wylądowali w lazarecie pospołu z jeńcami, przetrząsnęliśmy wszystkie dostępne pomieszczenia żeby się żaden nie zataił, kazałem też ściągnąć z masztu szmatę z srającym na tylnych łapach lwem. A po owej godzinie, dziatki, nadciągnęli nasi.
Zrazu z ciemności wychynął jeden człek, zakutany po uszy, po czym bez słowa, machnąwszy jeno ręką do czoła, przywiązał stalową linkę do łoża jednej haubic. Następnie, jak się pojawił, zszedł w dół. Dopiero poniewczasie rozległo się skrzypienie korb, przaśne żołnierskie słowa otuchy i zza grani wyłoniła się zrazu lufa moździerza, następnie całe jego łoże na dwukółce tudzież dwa wyładowane granatami jaszcze. Po kolejnych minutach pięciu, gdy moi ludzie skoczyli na pomoc, zameldował się I działon naszej kompanii artylerii, a raczej to, co z niego zostało – wspomniany pięciocalowy moździerz tudzież pięciu puszkarzy pod dowództwem porucznika de Floridablanca. 
Carlottę, tak bowiem ochrzcili swoje oczko w głowie, kazałem ustawić za bezpiecznym załomem – a samych przybyszy wygnałem spać. 
A potem co? Zadbać, by nie urządzono mnie tak, jak jam urządził gospodarzy. Jeno że siły miałem skromne – cóż, trzeba było dwóch do strzelnicy z cekaemem, dwóch do pilnowania jeńców. Reszcie nakazałem odpoczynek, pierwej jednak załadowali każdą z haubic dwoma pociskami i ładunkiem – gdyby Hawkwoodzi upomnieli się o swoją długa rękę, zamierzałem ją odrąbać.  
Sam, jak to miałem w zwyczaju, pozostałem z pierwszą wartą. Obchodziłem całą zdobycz, oglądałem teren przez lornetkę, co było gestem nieco czczym – wprawdzie miało niedługo świtać, ale za to zaczął sypać gęsty śnieg… sprawdzałem haubice, doglądałem moich wartowników czy nie podsypiają… aż w końcu, jak mi później powiedziano, sam zapadłem w półsen, dowlokłem się do jednej z haubic, której laweta nieco przed wiatrem osłaniała, owinąłem się w poncho – i zasnąłem tam…

Szczęśliwie, dziatki, wydarzyło się to na oczach kolejnej zmiany warty – i przez nich przepadł mi pośmiertny awans na kapitana… dość że zanieśli mnie do wnętrza bunkra.
Śmierci z wychłodzenia mało nie zamieniłem na zgon z przegrzania… otulili mnie bowiem ciepło, generator działał a grzejniki były odkręcone na cały regulator… tedy obudziłem się chyba po godzinie, rozkutałem i położyłem znowu… mieli mnie obudzić niby po godzinach czterech, sam kazałem, ale nikt tego rozkazu nie podjął się wykonać – i spałem smacznie do południa.
Prawda, że w takiej zadymce, jaka się rozpętała na zewnątrz, i tak wiele się zrobić nie dało…

Wstawszy, mogłem wreszcie obejrzeć fort od wewnątrz. Pierwej – co było najważniejsze – gabinet dowódcy (którego nigdzie nie było, żywego ani martwego, jakby się kto pytał), w którym zostawił był sporo map okolicy, dokładniejszych niż te w naszym posiadaniu, tudzież maszynę myślącą. Zaszyfrowana, oczywiście, a ja nie miałem nikogo kto potrafiłby się za to wziąć i nie popsuć. 
Następnie – jeńcy… jakom już rzekł, była ich niemal kopa, z czego ponad połowa rannych. Wśród nich znalazł się też dowódca Lihalańców – porucznik lat może szesnastu. Chwilowo nie dało się z nim porozmawiać – leżał nieprzytomny, trawiony gorączką. Jak się dowiedziałem od mojego felczera tudzież zakonników – postrzelony w brzuch kilka dni temu, przywieziony – jak? Tu braciszkowie nabrali wody w usta… dość że rana nie była prezentem od 5 Pułku. Wreszcie, co najważniejsze, oznajmili że powinien z tego wyjść.  

Cały dzień przesiedzieliśmy w zasadzie bezczynnie… nie było się jak skontaktować ze światem – ani z Ensenadą, którego pozostawiłem na Padającej, ani z dowództwem. Dopiero wieczorem zadymka zelżała trochę, przejaśniało… a radiowiec złapał kontakt. 
To już nie była głupia pelotka i dwie szopy, dziatki… Ośmiocalowe argumenta, które stały na betonowych tarasach, mogły wyrzucić stukilowe pociski na dwadzieścia mil, kwatery zasię mogły pomieścić ośmiuset chłopa. Dwa moździerze więcej, lepsze uzbrojenie przeciwlotnicze niż obecna pojedyncza dwudziestka Orviss i byłby kąsek nie do ugryzienia… tedy w rozmowie z dowództwem byłem kapkę zuchwalszy niż należało, żądając rychłego przerzucenia wsparcia drogą powietrzną…
Co, więcej, wysłuchano mnie i wspomniane posiłki miały nadlecieć dnia następnego, zwłaszcza że meteo zapowiadało poprawę pogody w rejonie. My mieliśmy jeno oznaczyć miejsce do lądowania, by w zasypanym śniegiem terenie wiedzieli gdzie usiąść.
  
Wiele czasu nie minęło, a poproszono mnie po raz kolejny. Przyszedł bowiem nasz łapiduch i oznajmił, iż pojmany kapitan odzyskał przytomność. Ów chciałby, powiada, dowiedzieć się w czyim jest ręku.
Nawet na wojnie o powinnościach należnych stanowi szlacheckiemu należy pamiętać, dziatki. Zszedłem, przedstawiłem się jak należało. Na pryczy leżał wycieńczony raną i gorączką, ale przytomny młodzik, którego rysy pozwalały się domyśleć sporej domieszki hazackiej krwi. Zwał się Carlos Trinidad Li Halan… tak, dziecko, z tych Trinidadów, druga czy trzecia woda po kisielu od don Manuela.  
Po wymianie uprzejmości, streściłem mu, krótko i nie wchodząc w poufne szczegóły rzecz jasna, w jaki sposób stał się moim jeńcem. Widać było, dziatki, że jest ciężko przerażony… cóż, zapewne pierwszy przydział, rana, niewola, pewnikiem jeszcze nasłuchał się historii o Hazatach nawlekających jeńców na paliki… tedy nie męczyłem go pytaniami. Chciałem jeno wiedzieć, jak się tu znalazł, wszak w dotychczasowych potyczkach nie natrafiliśmy na ani jednego lihalańca. Odmówił odpowiedzi, zamiast tego poprosił o swoją szpadę…
…której mu bynajmniej nie odebrałem, dziatki. Zapewne spoczywała bezpiecznie w jego kuferku – tedy wysłałem po nią żołnierza. 
Tak, wiem, co powiesz… był jeńcem – tedy tak czy tak winienem ją odebrać. Ale, sam nie wiem czemu zwróciłem. Może żal mi się zrobiło dzieciaka…  

Zostawiłem go wkrótce, gdyż nawet ta krótka rozmowa była dlań wyczerpująca. Sam zasię miałem co nieco do zrobienia… na przykład znalezienie lądowiska tudzież przygotowanie znaków. To pierwsze rozwiązało się szybko – nie wiem jakim cudem dopiero teraz, ale za załomem skalnym, na kolejnym tarasie, sierżant Cota znalazł właśnie lądowisko, potem przyległy do niego, wykuty w skale hangar, w nim zasię – śmigłowiec. Sporą, transportową maszynę, co wyjaśniło jaką drogą przybył tu Trinidad. Na samym końcu dopiero odkrył tunel, który łączył hangar z fortecą, a do którego wejście… cóż, przeoczylim. Oj, sprzyjało dziadkowi Vincente wojenne szczęście, wystarczyło by pięciu chłopa się tam utaiło, a wyrżnęli by nas jak owce…
A znaki? Ciągle sypało, acz mniej, tedy rycie czegokolwiek w śniegu mijało się z celem, w magazynie jak na złość ani jednej puszki farby – poza białą, węgla też nie było, generator chodził na ropę… Jedno, czego nie brakowało, to ośmiocalowych pocisków do haubic.
A poniżej fortu, pod taflą lodu, ukryte było jezioro. Z braku laku, jak to mawiają, znakiem musiała być wyrwa w lodzie. 
Tedy pół nocy niemal zajęło nam turlanie pocisków po piargu… dobrze, że haubice posiadały podajniki… po czym, gdy leżało ich tam ze dwadzieścia, porucznik Floridablanca osobiście zszedł po linie na dół, wkręcił zapalniki, wrócił, narychtował moździerz – i we właściwym czasie, wystarczyło zeń wypalić. Na odchodnym jedną z haubic nabito jeszcze pociskiem oświetlającym - i czekaliśmy… 

Nadlecieli o dziesiątej, dnia następnego. Wyszło widowiskowo – najpierw pukawka wypaliła oświetlającym, potem Floridablanca gruchnął z moździerza, z ogłuszającym hukiem detonowały złożone na lodzie pociski (tego już nie widziałem, zapędziwszy wszystkich w bezpieczne miejsce), obruszając przy okazji w okolicy parę lawin, w lodzie zasię powstała ogromna wyrwa, przez którą widać było czarną toń jeziora. 
Znak był nie do przegapienia, tedy po paru minutach z chmur wypadły dwa duże transportowce… przyleciało nimi osiemdziesięciu chłopa, pod dowództwem kapitana Estebana Chafarina Rolas.
Ku mojemu pewnemu zdziwieniu, był to co do jednego oddział forteczny, artylerzyści a mechanicy… jasne, w porządku, a co z posiłkami dla mnie? Miałem iść dalej w czternastu chłopa?
Przyznaję, taka była moja pierwsza myśl gdym ich zobaczył… nie, nikt w dowództwie tak głupi nie był, ale nie uprzedzajmy faktów. Zdałem, jak należy, fortecę pod dowodzenie – i tu, rzeknę nieskromnie, puszyłem się jako ten paw pokazując podziemia, magazyny, zdobyte działa, zapasy amunicji do nich, wreszcie – wziętych jeńców.
Kapitan, gdy tylko oswoił się i przestał gapić na swe nowe gospodarstwo, przekazał mi dalsze rozkazy. Forteca, rzecze, stanie się tymczasową bazą – jego radiowcy zasię będą wywoływać oddziały rozproszone po okolicy, zapewne głownie z II Batalionu, ale może i z III ktoś się zawieruszył, tak jak puszkarze wiodący Carlottę. Tych miałem zebrać pod komendę, co mogło zająć i kilka dni – i wtedy wyruszyć. 
Wszystko brzmiało pięknie jeśli chodzi o mnie, dziatki, natomiast nie zapominałem o posterunkach z Padającej i Złamanej. Uprosiłem tedy kapitana by skoczek zabrał i w drodze powrotnej wysadził drużynę mającą ich zmienić, tudzież podrzucił zaopatrzenie. Tak się stało, przy okazji zabrano też część jeńców – tych w najlepszej formie. 
A ciężej ranni? Cóż, dziatki – mówiąc nieskromnie, lazaret fortecy był wyposażony jak na szczeblu pułku, zabierając owych mogliśmy tylko zaszkodzić.
   
Kolejne dwa dni spędziłem niemal całkowicie na słodkim lenistwie. Tak słodkim, ze aż szlag mnie powoli zaczynał trafiać. Miało się to jednak zmienić, aż się cieszyłem, choć zmiana oznaczała powrót w mroźne i niegościnne góry – radiowcy wywołali bowiem kilka oddziałów, liczących może setkę chłopa - i teraz ciągnęły one w kierunku fortu. 
A wieczorem drugiego dnia kapitan Trinidad poczuł się lepiej, tedy kapitan Chafarina zaproponował byśmy we trzech zjedli kolację. A przy okazji – a nuż da się coś od jeńca wyciągnąć. 
Co pytasz? Czy nie lepiej było go przypalić po prostu? Tyś chyba z rozumu obran, synku… szlachcica? Nie, nie wolno. Trzeba było sposobem…
Jakim, zapytasz? Ot, zaproponowałem grę w kanastę – na tajemnice… Kto uzyska najwięcej punktów – zadaje pytanie temu, kto miał najmniej. A ten, pod słowem szlacheckim, musi powiedzieć prawdę.
Tu, dziatki, dwóch na jednego nie dawało aż takiej przewagi – wiecie, żeby coś wyciągnąć, obaj musieliśmy przebić Trinidada. Inaczej – czasem wypytywaliśmy siebie…


- Panie kapitanie, za pozwoleniem… w jakim wieku pierwszy raz urżnął się pan do nieprzytomności?
- Jedenaście lat, poruczniku… na weselu mojej siostry.


… tedy jeszcze musiałem się pilnować, by kapitana Chafarina pytaniem nie urazić. Owszem, kilka rzeczy powiedział, na ten przykład że został ranny dobre dwieście mil stąd i dowieziony był do fortu śmigłowcem… jak również to, że dowódca fortu przepadł bez wieści – zapewne w trakcie szturmu, ale tego pewien nie był. I praktycznie tyle, dziatki… albowiem karta nam nie szła. Wypytaliśmy się zatem z kapitanem Chafarina o żony, dzieci, bękarty, wujów, ciotki et caetera… a potem się zdenerwowałem – i gdy znowu kapitan przegrał i miał coś wyjawić mnie…


- Panie kapitanie… co z nim zrobimy?
- To, co robimy z wszystkimi urodzonymi Li-Halanami wziętymi do niewoli…


… wszedł w koncept i zawiesił na kilka sekund, podczas których oblicze Carlosa przyjęło barwę zsiadłego mleka, po czym zakończył – bierzemy okup. Tak, nie oszczędziliśmy biedaka gdy wygrał po raz kolejny i zadał pytanie mnie – ile wynosi średnio okup za kapitana…
- Zależy od rodu – nie ma sensu wszak stawiać ceny zaporowej. Może być to dwieście feniksów, może więcej - raz mój pan dziadek właśnie za kapitana wziął sześćdziesiąt tysięcy okupu…
Nie skłamałem tu, acz nie dodałem też że ów kapitan był jedynym, umiłowanym wnukiem księcia Ippolita Edmundo Bursandra, a obaj negocjatorzy nie chcieli sławnego rodu spostponować dyktując zbyt niską cenę – i stąd kwota tak niebagatelna wynikła.  
Odbiegłem od tematu, prawda… a i na tym się kolacja zakończyła, Trinidad bowiem stwierdził że dość gry i podziękował. Niedługo po nim poszedłem spać i ja, nieświadom że oto zbliża się początek końca mojego udziału w bitwie o Katmai…

W ciągu następnej doby nadciągnęli do fortu żołnierze, iście w liczbie około stu, z czego największa grupa, około czterdziestu, pod komendą porucznika Reginaldo Justusa. Nad tymi wszystkimi objąłem komendę, pozwoliłem na nocleg w fortecy, następnego ranka zasię – wyruszyliśmy.
Stu dwudziestu z ogonkiem, niemal połowa kompanii… w ciągu kilku godzin byliśmy z powrotem u dobrze znanego podnóża Padającej, Złamanej i Piekarskiej. Nakazałem popas, sam natomiast wlazłem z jedną drużyną do naszego posterunku odebrać raport i zabrać Julio Ensenadę tudzież moich strzelców górskich, zostawiając na miejscu przeciwlotników Chafariny.
I trzeba trafu, dziatki, akurat gdy było nas tam więcej, od zbocza podkradał się snajper Hawkwoodów. Co ciekawe, zamiast jednego jak to u nas, miał dwóch obserwatorów. Owszem, zdążył zdjąć jednego strzelca który akurat znad parapetu łeb wychylił, ale potem moi chłopcy osaczyli ich jak wilki w jamie… sam snajper nie przeżył wybuchu granatu, pozostałą dwóch natomiast, lekko rannych, wciągnęliśmy na górę. Podejrzane – nie mieli wiele zapasów, jakby wyszli z bazy tego samego dnia – tylko skąd?
To niby byli wolni, alem patyczkował się mniej. Sam nie wiem, dziatki, czy kazałbym przypiekać, ale na sam widok rozgrzewanego w ognisku żelaza pękli i wyśpiewali. Oj, mieliśmy dużo szczęścia, inaczej pewnie poszedłbym Doliną Dziesięciu Tysięcy Dymów jakby kto sierpem rzucił – a tam, jak się dowiedzieliśmy, raptem pięć mil od nas były dwa hawkwoodzkie bunkry…
A kolejnych siedem mil dalej, u stóp wzgórza zwanego mało oryginalnie Trzema Widelcami, była kolejna baza – tym razem zaopatrzeniowa. Az się prosiła o zostanie kolejnym trofeum porucznika Vincente Vega…
Postanowiłem tedy bunkry obejść. Osiemdziesięciu chłopa, pod komendą Ensenady, poszło tędy, o oddzieleni od Doliny i bunkrów wysoką granią. Jakby się kto pytał, bunkry były tu i tu – jeden u stóp owej grani, której nazwy ni cholery nie spamiętałem, drugi po przeciwnej stronie doliny. Samym szczytem grani postanowiłem natomiast pójść ja z resztą żołnierzy, raz by nie tracić bunkrów z oczu, dwa – by w razie potrzeby ściągnąć na nie ośmiocalowe argumenta z fortecy i korygować ogień.
Oj tak, plan był niezły… do czasu. Przeszliśmy niemal połowę grani, owszem, kryjąc się, niestety mieli czujki także z drugiej strony bunkra – oraz, co gorsza, strzelnicę cekaemu. 
Tedy położyli po nas gęsty a celny ogień, trzeba było z nosem przy ziemi wycofywać się z powrotem za grzbiet, co pięciu moim się już nie udało, następnie zaś – wezwać przez radio wsparcie artylerii.
A ta, dziatki, nie uderza w sekundę. Trzeba sprawdzić koordynaty, wiatr, tabele, działo załadować, narychtować, wypalić – a na taki dystans pocisk leci pół minuty. A pierwszy niemal nigdy nie trafia.
Tak jak i ten – padł w dolinie dobre dwieście metrów od bunkra. Radiowiec wykrzyknął korekty, ja zasię połączyłem się z Piekarską (tam bowiem przeniesiono stanowisko obserwacyjne, o czym nie wspomniałem) i kazałem im odtąd ogniem dyrygować. Drugi pocisk przestrzelił cel… trzeci – zobaczyłem jak nadlatuje…
Mogło być, dziatki, wiele gorzej. Hawkwoodzi, z oczywistych przyczyn, nie spodziewali się że ktoś wybuduje im pod nosem bunkry ani sprowadzi w góry ciężkie czołgi, tedy magazyny wypełniały co do jednego pociski odłamkowe. Nasi puszkarze, chcąc czymś takim zaszkodzić bunkrom, nastawiali zapalniki na maksymalne opóźnienie. Dlatego trzeci pocisk, miast rozerwać się w powietrzu, zdążył zaryć w śnieg i kamienie…
…ale widziałem, jak nadlatuje. I jak pada niemal u stóp porucznika Julio Ensenady.

Zostawiłem tylko sześciu w charakterze czujki. Na czele pozostałych rzuciłem się – na ratunek… Zbiegając po stromym zboczu, słyszałem jeszcze wiązanki jakimi nasz radiota częstuje obserwatorów z Piekarskiej. A na dole… cóż, dobrze że wybuchł w ziemi – a i tak razem z Juliem straciliśmy siedemnastu ludzi, wliczając tych którym trzeba było skrócić… sami wiecie. Kolejna dziesiątkę należało szybko odnieść – co najmniej na Padającą, a najlepiej do fortu. A na domiar złego, od północy, zza zakrętu dolinki wyłonili się Hawkwoodzi. Co najmniej osiemdziesięciu.
Podeszliby jeszcze bliżej, gdyby nie czujka która zostawiłem na grani. Ich wystrzały kazały nam odwrócić się…
Chyba widzieli rozgardiasz wśród nas, gdyż zamiast przypaść za głazami i wypunktować nas z dystansu – rzucili się do ataku. Prawda że blisko było, trzysta metrów może… zanim wykrzyknąłem komendy i ustawiłem oddział w szyku, dwieście… A potem…


- Nie marnować amunicji! I czekać mego wystrzału…


… zmierzyłem starannie w prowadzącego ich porucznika. Ten biegł, nawet nie z karabinem a wyciągniętą szablą w dłoni. A potem dostał w środek piersi, okręcił się i zwalił w śnieg. Na mój wystrzał wypaliła cała kompania – a tamte biedne durnie nawet nie próbowały się kryć, aż padła chyba połowa. A potem – cóż, kamienie dawały im względna ochronę, cztery karabiny z grani położyły niezbyt gęsty acz celny ogień z flanki, przydusili ich na tyle ze można było podejść – i załatwić sprawę bagnetami a kolbami.
Porucznik Reginaldo Justus otrzymał polecenia zajęcia się rannymi, przygotowania transportu do fortecy, ja zasię zabrałem jeszcze drużynę i wróciliśmy na grań – minęła może godzina, snadź Piekarska wyjaśniła nieporozumienia z fortem, dość że ledwiem się wspiął haubice znowu poczęły dawać ognia.
Trzeci już pocisk gruchnął w strop bunkra, radiowiec wykrzyknął „w celu!”, tedy już nie czekali na meldunki ani korekty, w sześć minut oddali tyleż salw. Dwa tuziny ciężkich pocisków wyrzuciły w powietrze odłamy skał, żelbetu… odczekaliśmy nieco, czy nie wpadnie im do głowy się poddać, żaden ruch jednak nie dał się zauważyć, poszło kolejne sześć salw. Następnie bateria przeniosła ogień na bunkier po drugiej stronie. Wstrzeliwanie, sześć salw, znowu sześć…  
Oba bunkry były – jak się zdawało – zdemolowane… w każdym razie, na zewnątrz chyba nic nie ocalało. Wziąłem tedy sześciu chłopa, resztę na grani zostawiwszy – i w dół. Po co, pytasz? Ot, wyjścia awaryjne odkopać, jeńców wziąć. Jakom wspomniał, nasze pociski zapewne nie zniszczyły umocnień do fundamentów, ale mogły je unieszkodliwić, tudzież uwięzić w środku załogę – i zapasy. 
Dureń.
Cóż, dziatki, może i sto metrów do bunkra zostało gdy zza głazów wyłonili się Hawkwoodzi… sam już nie pamiętam ilu. Pamiętam tyle, że dostałem kulę.
O, tutaj… miałby zasraniec lufę o milimetr w prawo, a bym tu nie siedział i nie gderał. Jak to jest, pytasz? Przez pierwszą chwilę ból nawet nie jest wielki… ot jak, jakbyś palec drzwiami przytrzasnął. Tylko czujesz jakby coś ci ściskało trzewia wielką łapą, gniotło je do rozmiarów jabłka, a serce wali jak oszalałe… nogi zasię robią się miękkie jak z waty. Usiadłem… zanim wzrok się wyostrzył, ujrzałem że tamtych zostało jeszcze dwóch. Podniosłem gwer, wypaliłem spod pachy, cudem jakimś trafiłem, jeden padł – a potem zapomniałem o drugim, wyjąć opatrunek, przyłożyć, pomacałem plecy – na wylot przeszło… a nawet w takiej chwili pamiętałem padre Collinę, niech we Wszechstwórcy spoczywa, tudzież jego nauki – „postrzał w płuco – nieważne czym, zalepić dziurę szczelnie!”. Tedy ranę wlotową, niedużą, zatkałem nabojem z rewolweru… nie śmiejcie się, dziatki, a słuchajcie, może to komuś życie uratuje. To, co wyrwało z tyłu, zapchałem pecyną śniegu. 
A potem poczułem, że ktoś mnie podnosi pod pachę. Pojrzałem – był to kapral Morientes, jeden z tych co na dół zeszli. Dwa kroki dalej zasię leżał zadźgany bagnetem żołnierz hawkwoodzki.
Morientes, lubo w udo chlaśnięty, podniósł mnie i obaj pokuśtykaliśmy pod górę. Wzrok już figle płatał, kaszlałem, krwią plwałem, zobaczyłem jeszcze jak z góry zbiegają nasi na pomoc, sam nie wiem jak znalazłem się na górze, zobaczyłem Reginaldo Justusa, przekazałem mu dowództwo… i pozwoliłem sobie zemdleć. 

Jak mi potem powiedziano, blisko było, oj, blisko… więcej niż trzy ćwierci od śmierci. Jak jednak widzicie, przeżyłem. Konował nasz opatrzył mnie z grubsza, na noszach dowleczono mnie do fortecy… nie powiem, opłaciło się ja zdobyć… A gdy obudziłem się trzy dni później, było już po wszystkim…
Co znaczy po wszystkim, pytacie? Ano, po całej operacji Katmai. 
Mniejsza z tym, choć i to był sukces, że wtedy Reginaldo Justus zdobył już bazę u stóp Trzech Widelców. Okazało się, że krwawy wysiłek Drugiego i Trzeciego batalionu nie poszedł na marne… Wiedzcie bowiem, że większość sił hawkwoodzkich w okolicy poszła w naszą stronę. Trzeci, nawiasem mówiąc, dostał jeszcze gorsze baty niż my, w dolinie Savonoski wleźli bowiem pod ostrzał moździerzy – i krwawo za to zapłacili. Ale, chcąc nie chcąc, odciągnęliśmy większość sił na wschodnią część okolicy – gdy tymczasem Pierwszy Batalion, nieledwie nie wystrzeliwszy jednego naboju (mniejsza z tym, że według Hawkwoodów masyw Kejulik był nie do przebycia o tej porze roku) wyskoczył jak demon z pudełka na południowym brzegu Naknek – i zastał Hawkwoodów w bazie, za przeproszeniem, z portkami na kostkach. Podobno trzech godzin nie zajęło, a szmatę ze srającym lwem zastąpił sztandar ze Szponem…

Tu winienem zakończyć, dziatki… jednak nie powiedziałem, co się stało później… już nie z samą dolina Katmai, o tym doczytacie z podręczników. I nie z jeńcami – albowiem, wedle regulaminu, okup za Carlosa Trinidad tudzież Winchestera Hawkwood (który dotrzymał verbum nobile i dotarł do naszego posterunku nad jeziorem) należał się mnie… ja jednak oddałem sprawę w bardziej doświadczone ręce – i skreśliłem list do pana dziadka. Ten, skoroście ciekawi, za pierwszego wytargował tysiąc feniksów okupu, za drugiego zasię – półtora…
Ale nie o nich chciałem powiedzieć. Był ktoś jeszcze, kogo – szczerze – nie spodziewałem się ujrzeć, acz życzyłem mu dobrze. Tym bardziej byłem zaskoczony, gdyśmy spotkali się w jednym szpitalu…


- Dogoniłem ich. Skoczyłem skurwysynom do gardła… Jeden granatem rzucił… A potem zdałem w dowództwie nieśmiertelniki – wszystkie…  


… z podporucznikiem Santo-Domingo Axayacatl. Ten stracił w walkach lewą dłoń z kawałkiem przedramienia, tudzież odniósł kilka mniej poważnych ran. Ale, co największą dlań estymę u mnie wywołało, zechciał ocalić honor – i uczynił to. Nie powiem, choć to nieskromne, bez mojej małej pomocy mógłby tego nie dokonać, ale cóż…
A dlaczego o nim wspominam? Późno już, tedy czas kończyć. Ale kiedyś opowiem wam kolejną historię, w której ów się pojawia. Historię, której długo nikomu nie opowiedziałem… 

Kiedyś… opowiem wam o Penelopie Lafayette…  



Komentuj (2)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń