Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


12,13 V 5004

Cierpki smak zemsty cz.4 – …i tylko niesmak pozostał 

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Ciekawiście, wierę, jak się owa historia skończyła? Czy stary Timbroke pomścił śmierć żony, czy Summervale poczuł palik w rzyci? Czy tez może Kajdaniarze przejechali po naszych jak żelazny walec, zmuszając do sromotnej ucieczki? 
Patrząc na to, jak się zakończyła owa historia – powtarzam się, wiem, ale wolę wierzyć że nasz los nie jest z góry zapisany… Ale dość dygresyj. Posłuchajcie…

Co było najciekawsze, tudzież najmniej wytłumaczalne, Kajdaniarze wciąż czekali. Prawda, mieli – jak jużem wspominał – mnóstwo czasu. Nawet i miesiąc mogli siedzieć u Mattworthów. Nam jednak wciąż przybywały posiłki, o których nie wiedzieć nie mogli. Zwłaszcza przez ostatnią dobę od powrotu komendanta z orbity ściągali zapowiedziani Ukarzy, których zebrało się cztery tysiące. 
Tym bardziej niewytłumaczalne było, dlaczego Kajdaniarze ruszyli właśnie teraz. 
Demony wiedzą, może Summervale dostał szturchańca z góry, może sam się czekaniem znużył… a może doniesiono mu, że poszukujemy dalszej rodziny Mattworthów – dość że w pewnej chwili, a kończyliśmy właśnie lunch, przyszła wiadomość z wiszącego na orbicie Manuelowego krążownika. Najwyraźniej z trzech pułków stojących u Mattworthów jeden pakował się na ciężarówki i wyruszał… bynajmniej nie na wprost na nas, jeno w kierunku rzecznej przystani.
Ech, żeby to nie były Delfy… jeden nalot, cztery szturmowce, dwa tuziny bomb kasetowych, jakieś dwa-trzy tysiące podpocisków… i z pułku zostałby batalion. A tu trzeba było czekać.
Nie wiedzieliśmy też, czy (a raczej ilu) szpiegów jest w dworze Timbroke. Tedy komendant zwlekał z uruchomieniem Cesarskich – a nuż to była jeno dywersja?
Patrzyliśmy tedy na ekran taktyczny – a tamci w dwie godziny dotarli do przystani, gdzie rychło zawrzało jak w ulu. Jęli montować spore pontony desantowe, takie które mogły przewieźć i czołgi. Następnie na owych pontonach pojawiły się spore skrzynie. Mógłby się w każdej zmieścić mały samochód terenowy. I – najwyraźniej – nie załadowano na pontony ani jednego żołnierza. No, chyba żeby siedzieli w owych skrzyniach – jeno po co?

W tym czasie udało się zlokalizować dwie spokrewnione z Mattworthami osoby. Jednym był kuzyn w pierwszej linii, a dzieliło nas odeń trzy tysiące kilometrów. Co prawda nie nosił on nawet ich nazwiska, ale z braku kogoś lepszego… Drugim był zasię bratanek sir Kennetha. Ten był iście na wyciągnięcie ręki – na orbicie, o, na tamtym krążowniku. Gdy jednak Ines Żelazna połączyła się z nimi, usłyszała że ów pełni wachtę. A wachta to rzecz święta… przed jej końcem skontaktować mógłby się może Wielki Książę – a i tak za pośrednictwem kapitana okrętu. 
Cavendish kazał rychtować skoczek, gotów lecieć do owego kuzyna. Od razu jednak nie wyleciał, czekając na rozwój wypadków.

Może godzina i pięć jednostek ruszyło w dół rzeki. Komendant nachylił się nad ekranem, widać było że usiłuje odgadnąć ich przeznaczenie, a następnie cel… wreszcie zmarszczył brwi i rzucił dwa słowa – Caldwell Bay…
A było to na B2, na początku naszej tam ofensywy. Na pomieniony port uderzyły dwa pułki Kajdaniarzy na naszym żołdzie… wyglądało to na próbę ustanowienia przyczółka, zwłaszcza że za pierwszą falą barek desantowych i kutrów wsparcia płynęły trzy duże okręty desantowe… 
Świta? Nie? To doczytajcie. Powiem wam jeno, że dwa z tych okrętów nawet nie próbowały dobić do brzegu. Wyładowane były –tak, ale rakietami, którymi z trzech mil obróciły pół miasta w perzynę.
A trzeci podpłynął do stoczni, gdzie mieściły się dwa z największych suchych doków na tej ćwiartce planety… i wybuchł, zmieniając oba w dymiące rumowisko. 
Cały „desant” zasię był jeno dywersją.
Tutaj łajby były grubo mniejsze, pewnie zasięg i możliwości nie takie, niemniej – należało aproksymować ich cele. Jednym mogła być wioska zwana Fairfax, położona raptem kilometr od brzegu. Drugim – most na rzece, stanowiący ważną i dochodową wielce dla sir Jamesa przeprawę.
Czyli – mamy zapewne terror tudzież uderzenie po kieszeni. Z drugiej strony, jak później policzyłem, czterdzieści lat myta z mostu nie pokryłoby kosztów wystawienia owego desantu.
Póki co don Alejandro nakazał ewakuować wioskę tudzież przywitać odpowiednio nieproszonych gości. Łatwiej powiedzieć niż zrobić… siedlisko owe nie było takie małe, liczyło tysiąc dusz, a czasu było może dwie godziny. Co do pontonów, były uzbrojone, na największym zbliżeniu z orbity dało się widzieć wieżyczki, pytanie z czym – a my mieliśmy kilka czujek na brzegach, słabo uzbrojonych w moździerze a granatniki, tudzież trzy doraźnie wyposażone łodzie powiedzmy szturmowe. Te, na rozkaz komendanta, wypłynęły z naszej przystani.

W końcu padły pierwsze strzały. Nurt był szeroki, tamci płynęli w sporych odstępach, tedy nie można było liczyć że jedna z barek po trafieniu zablokuje tor wodny, lub pieprznie tak że uszkodzi sąsiada. Poleciały pierwsze granaty, tudzież kule z karabinów – te ostatnie raczej z pobożnym życzeniem, ze trafią w coś ważnego. Kajdaniarskie łajby zasię postawiły ogień raczej zaporowy, siekąc po brzegu niemal na oślep, snadź mieli automatyczne wieżyczki…
A potem przez radio rozległy się radosne wrzaski, wiwaty, na przekazie z krążownika pojawił się krążek czarnego dymu pośrodku nurtu. Pierwsza barka, trafiona chyba z granatnika, po prostu przestała istnieć. 
Komendant uśmiechnął się wstrzemięźliwie, pozwolił na chwilę radości, po czym pochylił się nad mikrofonem i oznajmił że, do kurwy nędzy, zostały jeszcze cztery. 
Znowu – choć mnie tam nie było, niemal mogłem to widzieć a słyszeć. Cielska barek, sunące powoli i błyskające ogniem działek, siekące po nadbrzeżnych zaroślach skąd też gwizdały kule… a także wykwitały obłoczki dymu, gdy wypalono z granatnika lub moździerza – i pociski tychże, których lot można było niemal gołym okiem śledzić, padające w rzekę i wznoszące słupy wody… albo wyrzucające w górę kawałki metalu, gdy któryś trafiał.
Wiele więcej jednak nie zyskaliśmy, poza jedną barką która jęła z wolna nabierać wody, ale wciąż trzymała pozycję i słuchała steru. Tedy za zasięg naszych czujek, które były jeno na granicy ziem Timbroke i Mattworth, wypłynęły aż cztery. Niestety, więcej żołnierzy na brzegach nie mieliśmy, rzekłbyś droga była dla tamtych niemal wolna. Nadszedł zatem czas, by swoje pięć minut miały nasze trzy ścigacze.
Niestety, tylko pięć… każdy z nich był wprawdzie uzbrojony po zęby, ale trzy dni temu były to jeno rekreacyjne motorówki. Nie powiem, równie odważnie co straceńczo podeszły na odległość strzału, potem zaczęły prać z wszystkiego co miały – i takąż samą monetą im odpowiedziano.  
Wykończyli jeszcze jedną barkę, tą która była uszkodzona w pierwszym starciu. Zatonęła powoli, bez fajerwerków jak poprzednia, pozostawiając na wodzie jeno puste skrzynie. Razem z nią poszła na dno jedna z naszych motorówek. Pozostałe dwie, srodze postrzelane, wycofały się.

Teraz już naprawdę mogliśmy tylko czekać… i z niepokojem wysłuchiwać meldunków z ewakuacji Fairfax. Czasu było bowiem coraz mnie, a tłum uciekinierów wciąż wpływał spomiędzy zabudowań. Tak, widziałem nie raz i nie dwa razy takie obrazki… ponaglania sobie, a chcieli zabrać jak najwięcej, najlepiej cały dobytek… gdy komendant zażądał na chwilę przekazu stamtąd – widać było jak pędzą bydło, ładują na wozy świnie i klatki, zapewne z kurami… aż do chwili, w której barki Kajdaniarzy dopłynęły na odległość strzału. 
Dobrze się komendant domyślał – na nieszczęście chyba dwustu dusz, które z pakowaniem dobytku nie zdążyły – i stanęły przed Wszechstwórcą obładowane, świniami, kaczkami, owcami i obrazkami święconymi. 
Na dwóch barkach było chyba ze sto dwadzieścia rur z krótkimi, sześciocalowymi rakietami. Broń do bombardowania narzutowego, przedkładająca siłę nad zasięg i precyzję. Zwłaszcza zdalnie kontrolowana, a tak najwyraźniej było. Dość że z pięciu kilometrów w wioskę trafiło może dwie trzecie pocisków. Ale i tak wystarczyło, by zrównać ją z ziemią…
Dwie z barek – jedna rakietowa i jedna która snadź była wabikiem – zdryfowały następnie dalej i weszły na mieliznę na zakręcie rzeki. Trzecia natomiast chwacko skręciła i przybiła do brzegu jakie pół kilometra powyżej płonącej wioski. A potem wokół niej z wody wyłoniły się postacie w zbrojach wspomaganych…

Sprytne… wyglądało na to, że jednak zechcą utworzyć przyczółek. Trzydziestu pancernych, mieli też plazmowe działka wartownicze, tudzież generatory zasłony dymnej – którą rychło postawili. 
„Wyglądało” zmieniło się na „pewne” gdy po może dziesięciu minutach w górze rzeki na barki jął się ładować cały batalion, od rezydencji Mattworthów zasię ruszyły w kierunku przystani dwa czołgi.
Trzeba się do nich wybrać, stwierdził komendant, i to z przytupem… Panie Cavendish, rzecze następnie, to jak z tymi próbami odbiorczymi? Ano, odparł sir Jason, dwadzieścia trzy Agramy są zmontowane, uzbrojone, jeno wkładka mięsna wsiądzie…
Oczywiście, samymi pancerzami atakować się nie dało, potrzebne było wsparcie lekkiej piechoty. W stosownym czasie, gdyż pancerni potrzebowali godziny na przejazd ciężarówkami i rozwinięcie, na miejscu było sześciuset kwarcianych Timbroke’a tudzież kompania naszych weteranów.
Jednocześnie – nie uwierzylibyście, jak wiele rzeczy potrafi wydarzyć się na raz – kilka z naszych czujek na bagnach zameldowało kontakt i wymianę ognia ze zwiadowcami wroga.
Czas na ćwiczenia, orzekł don Alejandro i kazał łączyć z Thalasem…

Minęła jeszcze godzina… w trakcie której Cavendish stwierdził że komendant poradzi sobie bez niego, wsiadł do skoczka i odleciał do owego kuzyna Mattworthowego. A potem można było się dobrać do kajdaniarskiej skóry…
Którą, oczywiście, jeśli mieli sprzedać to drogo. Okopani byli nieźle, w pancerzach, dodatkowo skryci za zasłoną dymną. Ta była problemem numer jeden – chyba że mieliśmy walić na ślepo…
Użycie lotnictwa do walki było oczywiście zakazane… Książęce myśliwce pilnowały obszaru, na niebie widać było kręgi jakie kreśliły – a piloci zapewne nie mogli się doczekać, aż ktoś ośmieli się rzucić jedną tyciunią bombkę z czegokolwiek latającego... Latać bez broni natomiast było wolno, ile dusza zapragnie – nawet na pełnym gazie na wysokości dziesięciu metrów, sporym skoczkiem który zerwał zasłonę dymną jak turban z Kurgańca.
Kajdaniarze, rzecz jasna, otwarli doń ogień, jeno za późno i niecelnie… owszem, ich broń mogła walić do celów powietrznych, uszkodzić albo nawet strącić skoczek – ale to były Delfy. Co komendant podejrzewał i co się później potwierdziło – nie mieli, bo i po co, oprogramowania do ognia pelot.
Dość że zasłona na chwilę się rozwiała. Na to tylko czekał don Alejandro, rzucając do ataku pancernych, flankowanych przez lekką piechotę. 
Tamci mieli, a jakże, broń przeciwpancerną. Jak tylko pojawili się nasi żołnierze, w kierunku Agramów poleciał tuzin rakiet – i było po czterech pancernych. I taki z tego morał, dziatki, żeby nie gadać za wiele gdy wróg słucha… ponoć na jednej z wyrzutni był napis „dziękujemy za ostrzeżenie, sir Cavendish”… 
Zdawało się zrazu, że atak się załamał. Działka kosiły naszych piechocińców, szlag trafił jeszcze trzy Agramy, z których tylko jeden dało się potem poskładać, na lewym skrzydle kwarciani zaczęli nawet się cofać… był to pozór jeno, w ten sposób don Alejandro poznawał przeciwnika.
Pierwsze uderzenie było tedy rozmyślnie za słabe, rzekłbyś jak fala która rozbija się o zaporę i cofa… a największe baty wzięli pancerni. Jednak – stracił pięciu zabitych i dwóch rannych pilotów tam, gdzie Kostucha zatańczyłaby z setką piechociarzy, albo i gorzej. Potem pozwolił na pięć może minut impasu, bo suspensem tej kotłowaniny nijak nazwać się nie dało – i uderzył potężnie z lewego skrzydła. I tym uderzeniem złamał ich szyk, zepchnął na brzeg, tam już poszła walka wręcz, gdzie pancerni walili do siebie z przyłożenia a nasi piechociarze obalali kajdaniarskie zbroje i palili z karabinów w pachy, wizjery hełmów – aż wszyscy taplali się w krwawym błocie. 
I nie, żadnego żywcem wziąć się nie dało. Zwłaszcza że straciliśmy więcej niż trzech na jednego – tedy nikt ich żywić nie zamierzał. Czterech czy pięciu żyło jeszcze, gdy ich pancerze odmówiły posłuszeństwa – tych zaniesiono do rzeki, czekając cierpliwie aż z przestrzelin ich zbroi przestaną lecieć bąbelki...  
Że nad pobojowiskiem wciąż unosił się dym, nie pozwalający dojrzeć szczegółów z orbity ani z powietrza, komendant spróbował jeszcze jednego fortelu – jednak z niewielką nadzieją na jego realizację. Otóż, ktokolwiek oglądałby prospekt ów z góry, ujrzałby nagle jak z dymu wysypują się piechociarze i zmykają w widocznym popłochu… a byli to głownie lżej ranni, podczas gdy reszta naszych zdążyła się okopać – i przygotować gorące przyjęcie dla desantu. 

Oczywiście, było to z założeniem że żaden z obecnie martwych Kajdaniarzy nie przesłał wiadomości o tym, że właśnie ich wycinają w pień. Tedy don Alejandro specjalnie się nie zdziwił, gdy barki wiozące batalion (a kolejny właśnie się ładował w przystani) zmieniły kurs – i wysadziły żołnierzy na zakręcie rzeki, może parę mil od granicy włości…
Komendant z twarzą pokerową, acz zadowolenie przez nią znać było – gdyż wylądowali niemal pod nosem „szkolącego się” batalionu legionu ukarskiego, tudzież batalionu wagabundów – kazał rychtować zbroję, a następnie włączył przekaz i przemówił do żołnierzy.
Wiedział dobrze, dziatki, czym do Ukarów trafić… i co przemówi do nich bardziej niż jego świeże ojostwo… Co każe wystawić się na ogień, zaryzykować dla oja Corrinho życiem. Mówił tedy o powinności, honorze, niesłownym przeciwniku którego własny klan wyklął, a który w niegodny sposób na rodzinę jego rękę podniósł, bezpieczeństwo obiecując… Rodzina i klan, dziatki… Rodzina i klan…
Kajdaniarze wylądowali tedy bez przeszkód i podjęli niespieszny marsz w kierunku pałacu Timbroke. Nie przeszli nawet kilometra, a nadziali się na ukarską drużynę, która wyskoczyła jak demon z pudełka. Wiedzieli, prawda, że Timbroke wynajął Ukarów. Tedy gdy w pościgu za uciekającymi trafili na więcej synów Kordeth, w sile plutonu… 

Wymiana ognia ciągnęła się już od kilku minut. W płaskim, acz porośniętym licznymi krzewami terenie przeciwnika nie widziało się dobrze – a kto by tam słuchał, co wrzeszczeli…
Kajdaniarski sierżant podszedł do podziurawionego kulami ciała Ukara, kopniakiem przewrócił trupa na wznak. Przez następne sekundy stał i wpatrywał się z niedowierzaniem w zbryzganego krwią Feniksa na piersi…
- O żesz kurwa… - wykrztusił…
Jak nakazywała tradycja, nie usłyszał świstu kuli…

 Żeby nie było, Cesarscy nie chcieli kryć kim są, niemniej po pierwszych strzałach nie zamierzali się też wystawiać na ogień nie odpowiedziawszy. Razem więc z lecącym z głośników „Wojska Cesarskie! Przerwać ogień!” w kierunku kajdaniarzy leciały kule. I to sporo kul. Minęło jednak trochę czasu zanim wiadomości dotarły do kajdaniarskiego kapitana, zanim zastanowił się czemu wyciągnięci ze slumsów Ukarzy ostrzeliwują się ze snajperskich półcalówek, dwudziestomilimetrowych działek wsparcia i automatycznych granatników… A potem jeszcze trochę, zanim Cesarscy wykonali rozkaz komendanta i uspokoili swych pobratymców z ukarskiego pułku Corrinho (który w tejże chwili się zawiązał) – ci także byli w okolicy i włączyli się do walki. Przez te kilkanaście minut mogli wziąć odwet, potem należało usłuchać rozkazów – i przyjąć kapitulację. 

Natomiast owe kilkanaście minut temu, gdy padły pierwsze strzały…
- Kod alfa-tango-cztery-cztery-lima-sześć-zulu-zero…
- Potwierdzam.
- Plan Overkill – wykonać!
- Rozkaz!

… w powietrze wzbiły się legionowe skoczki, tudzież te z zaprzyjaźnionego wielkoksiążęcego skrzydła transportowego, wioząc na pokładzie całą brygadę szybkiego wpier… reagowania chciałem rzec. Tedy gdy strzelanina ustała, zostało im jeno piętnaście minut lotu do rezydencji Mattworthów. 
Tak, komendant miał tu wolną rękę. Miał możliwość – i chęć, nie wątpię w to – wywołać regularną bitwę, którą zapewne by wygrał. Mógł wyciąć Kajdaniarzy w pień, a jeńców dać Ukarom na kamień ofiarny, alboli Timbrokowi do wywieszania i potopienia. I nikt, nawet w dowództwie, krzywo by nań nie spojrzał – w prawie byłby. Ukarzy zasię łaknęli krwi i łupu...
Ale wiedział że w tej bitwie Kajdaniarze, niezależnie jak dobrze ją rozegra, nie będą mieli monopolu na umieranie.
Tedy gdy skoczki a transportowce podleciały już blisko, dowódca Kajdaniarzy otrzymał stosowną informację – że jego ludzie otworzyli ogień do żołnierzy Jego Cesarskiej Mości. W związku z tym albo rzucą broń, albo wypadnie z ich martwych rąk. Gdyby jednak stawili opór, co nie było dodane ale jasne jak supernowa, będzie to poważny akt agresji – i cios w reputację Gildii.
Poddali się. Gdy przyleciał i komendant, kajdaniarski pułkownik przedstawił umowę najmu, którą podpisał z nim Summervale. Określała ona, oczywiście, wszelkie zasady, tudzież spełniała warunki trójstronnego porozumienia zawartego przez Trójnóg wieki temu – dlatego, choć wielu chętnie widziałoby ich łby na tyczkach, mogli odejść wolno. 
Co nie znaczy, dziatki, by komendant zapomniał nazwiska pomysłodawcy owego nocnego ataku…
Niedługo przybył James Timbroke, zobaczyć się z uwolnionym Mattworthem. Obaj panowie, lubo oficjalnie toczyli wojnę, zasiedli w cieniu jabłoni porozmawiać. Przyszło tedy do wyjaśnień, uwag, kondolencji… obustronnych, dodajmy, gdyż i Kenneth Mattworth miał kogo opłakiwać. U niego bowiem Summervale pozwolił sobie na bezpośrednią demonstrację siły… 
Wkrótce przyleciały kolejne skoczki – przybył Cavendish, ze zgoła niepotrzebnym już kuzynem Mattwortha, przylecieli też z orbity Manuel Trinidad (którego zakaz sir Jamesa na ziemiach Timbroke nie obowiązywał) tudzież Czarna Ines…
Alejandro zdjął hełm zbroi i oddał go adiutantowi. Cóż z tego, gdy w pancerzu wciąż był o pół metra wyższy- a markizie nie wypadało podskakiwać jak podlotkowi…
Nie należało też łapać wpół… nie w zbroi bojowej. Schylił się więc, podsunął przedramię i lekko uniósł Ines na karwaszu. Zaśmiała się i, niby łapiąc równowagę, objęła diuka za szyję… 

Przywitali się jak po długiej rozłące… następnie siedli radzić, co dalej z wojną. 
Co? Czy nie prościej byłoby Mattworthowi i Timbroke podpisać rozejm? Teoretycznie tak… gdyby nie Denver Summervale…
A właśnie, gdzież nasz chevalieur sans repoche, wzór cnót hawkwoodzkich, Denver Summervale? Ano – zwiał skoczkiem, ledwie na horyzoncie ukazała się lotna brygada, a obecnie zdążał do stolicy.
A cóż ma do tego rozejm, spytacie? Ano, zakończyłby wojnę. Podczas której, dodajmy, siły Denvera Summervale zaatakowały wojsko cesarskie. Prawda, wszyscy winni rzucili broń lub byli martwi – z wyjątkiem właśnie niego. Pan kawaler wciąż pozostawał w stanie wojny z legionem cesarskim.
Komendant poprosił tedy obu panów, by jeszcze nie podpisywali rozejmu. Po wtóre, kazał łączyć z kontrolą lotów w stolicy, by na podstawie ukazu tego, edyktu tamtego i umowy owej, śledzili skoczek i jego pasażerów. Następnie polecił by trzydziestu Ukarów, biegłych zarówno w psi jak i w walce, wybrało się tropem Denvera.

Wtedy właśnie zadzwoni komunikator sir Jasona. Ów odszedł na stronę, odebrał, rozmawiał cicho – po czym powrócił, jakby zawstydzony. Jego przełożeni, rzecze, chcą zakomunikować że kawaler Denver Summervale wypełnia aktualnie ważne zadanie dla wywiadu Hawkwoodów (na przykład mordowanie szlachcianek), tedy istotnym jest żeby nie stała mu się krzywda…
Don Alejandro na te słowa wstał – i zdawać by się mogło, że urósł, sir Jason zasię zmalał pod jego spojrzeniem… tedy gdy mierzyli się wzrokiem, to jakby z jednej wysokości – i komendant odpowiedział. Nie bawił się w wyliczenia, co Summervale uczynił a czego nie. Głosem, od którego pobliski stawek pokrył się warstewką lodu, zapytał…
- Od kiedy wywiad rodu Hawkwood rozkazuje legionom Jego Cesarskiej Mości?

Włączył się i Manuel, ten – paradoksalnie – spokojniej. Ujął Cavendisha pod ramię, wyjaśnił – teraz widzisz, komu a raczej czemu służysz. I za co? Czy takim ideałom przysięgałeś? Jako Rycerz Poszukujący? Sir Jason żuł myśli chwilę…

- A, pierdolić to wszystko… Kto chce drinka?

Zanim nalał i zmieszał, skoczek z ukarskimi komandosami był już w drodze. Potem zasię zadzwonił komunikator mój – przekaz z ambasady. Ujrzawszy, kto chce się połączyć z diukiem, bez słowa poprosiłem go na stronę.
Kto dzwonił, pytasz? Arcyksiążę, a któż by inny… Juan Montgomery, zwany Hirańskim. I tak, też w sprawie Denvera Summervale. Jego, wystawcie sobie, również odwiedziło dwóch smutnych panów. Tylko tym razem wędzidło Victorii ściągnięto zbyt mocno…
- Oczywiście, wyrzuciłem ich, Alejandro… Rób co uważasz za stosowne.
Skąd takie oczy wytrzeszczone? Ze niby skąd się Arcyksiążę nasz wziął na Delfach? Ano, przypominam że był tu dość długo przed naszym przybyciem – jako jeden z sędziów w procesie Manuela Trinidad. A że nas przez dni cztery nikt o tym fakcie nie powiadomił – o to poleciały jeszcze głowy. Ale to później…  
  
Wspomniana ekipa osaczyła Denvera Summervale wraz z dwoma siepaczami w jednym z hoteli. Komendant chciał go żywego, tedy ośmiu – w sam raz, w większej kupie przeszkadzaliby sobie wzajem – dokonało wejścia. 
Tamci dwaj ledwie zdążyli broń wyciągnąć, Denver bronił się już lepiej, nawet bez mocy psionicznych które mu blokowali - i trzech udało mu się trupem położyć. A potem, gdy widział że grozi mu sprawiedliwość – zdetonował ładunek termiczny.
I w taki sposób, dziatki, zakończył żywot Denver Summervale. Człek, który miał dość odwagi by dokonać mordu na bezbronnych jeńcach – ale za mało jaj by za swe czyny odpowiedzieć. I nie pomogły skamlenia do przyjaciół na wyższych stołkach. Cóż rzec, plan swój niecny krwią nakreślił, ale gównem podpisał. 
I tylko niesmak pozostał, dziatki – niesmak całej tej otoczki, politycznej mierzwy w której wszystko się taplało...

Tym chętniej komendant wraz z Inezą udali się świętować udaną operację (dla Ukarów była zbyt mało krwawa by nazwać ją zwycięstwem) tudzież – jak to było wcześniej ustalone – opijać ojostwo dona Alejandro.
Nie zabrakło oczywiście Trinidada, Cavendisha, jam też tam był, wino pił… szybko przełamano lody, wszak wiecie, jak to u Ukarów – można było zapomnieć o rangach. 
Don Alejandro rozchmurzył się, pił za czterech, gadał za dziesięciu… czyli połowę tego, co ja. Gdzieś w połowie zabawy (czyli po dobie) pobił się z Cavendishem – i powiem wam, że mało brakowało a dałby mu radę… gdy jednak drugi raz roztrącił swoją osobą naczynia a półmiski na stole, uznał że dość – i, uścisnąwszy z sir Jasonem krwawiące prawice, wziął się znowu do wychylania pucharów.
Czarna Ines zasię dostała w prezencie od Ukarek wdzianko… och, moje stare serce, dajcie wina… więcej żem jednak nie widział, gdyż właśnie Ukarki mi zasłoniły, następnie stwierdziły że nic się nie stanie jak stracę swoich z oczu – i pociągnęły do innej sali, ledwie mandolinę capnąć pozwoliły…
Cóż mogę rzec, dziatki – poza tym, że wolały jak grałem a śpiewałem o wojnie, nie zaś ballady miłosne, to umiały docenić mą swadę a gardło dobrze zwilżone. I zaiste nie musiałem się obawiać o bezpieczeństwo Inezy czy dona Alejandro – nie wiem jak im, ale mnie zawsze co najmniej sześć wojowniczek upierało się towarzyszyć, może z wyjątkiem prysznica – wtedy jeno dwie…
I tak, dwa bite dni owa biesiada potrwała, a trzeciego kaca żem leczył. Ale – pomogło. Pomogło przynajmniej mnie spłukać ów niesmak. 

A kolejnego dnia Czarna Ines, jako ambasador Wolnych Hazatów, wykonała połączenie do naszego konsula na planecie. I poleciały łby…  
   





Komentarze:
ownlog.com :: Wróć