Menu :


Link :: 03.02.2008 :: 09:55
10 I – 8 II 5004


Konkwista goliacka 7-15



Drużyna Drejkowa



by MANUEL


Drużyna opuszcza Korwen, wyposażona w artefakt namierzający lewiatana a zarazem będący kluczem. Następnym systemem jest Rubież, znany również jako Edge. Na powitanie gości z orbity głównej planety systemu wyrusza krążownik liniowy…

Nawiązany zostaje kontakt z flotą „Boga-Tyrana”. Drużyna zaczyna natychmiast podejrzewać iż systemem rządzi potężny psionik lub teurg. Przedstawiciele floty zapraszają do zatrzymania się na orbicie jednej z planet – tutaj konkwistadorzy mogą z niemym podziwem obserwować potężne okręty (a może bazy z napędami), przy których Ticonderoga może jawić się ich młodszą siostrą.
Na powierzchni drużyna spotyka mieszkańców systemu, z Boskim Synem na czele. W jego towarzystwie pojawia się korweńska demonessa z sześciomarkowego lewiatana. Kilka minut negocjacji – i konkwistadorzy udają się wraz z nią do miejsca spoczynku lewiatana. Potwór, połechtany rytuałami i mocami, budzi się i zaczyna wykazywać agresję. Po jego zniszczeniu pojawia się jednak przejście międzywymiarowe, z którego wyłazić zaczynają demony.
Drużyna rozpoczyna walkę, gdzie wspomnieć należy księcia Manuela, spadającego na przeciwników pod postacią kuli ognia, brata Leonida, podróżującego w exterio sprawcę całego zamieszania, który pojawiwszy się w nieodpowiednim miejscu i czasie zostaje wyżej wymienioną kulą upieczony, ale przede wszystkim 3 Pazury, który łącząc się z przodkami zatyka jednym z nich otwór międzywymiarowy. Drużyna ląduje na herbatce u demonessy Vlakith, a Leonid w medlabie.
Przez kilka dni trwają rozmowy z najważniejszymi osobami w systemie. Leila znika aby pozapoznawać się z tutejszymi naukowcami (a zwłaszcza ich wiedzą), Bóg-Tyran okazuje się być potężnym teurgiem… nawiązana zostaje współpraca wojskowa i gospodarcza (konkwistadorzy wzbogacają Flotę Cesarską o sześć „okrętów zwiadu” – dwa pancerniki i cztery krążowniki liniowe)…
Końcem stycznia drużyna opuszcza Rubież. Jak można się domyślić, Xanowie na Korwen wyrażają swoje „ogromne niezadowolenie”, po czym wystrzeliwują w kierunku floty konkwistadorów serię pocisków fotonowych. W ostatnich chwili drużynie udaje się otworzyć Wrota i wycofać się na Demeter.
W systemie Gesarów okazuje się, iż większość notabli (admirał Andermann Hawkwood, paladyn Rycerzy Poszukujących i kilku biskupów) padła ofiarą zamachu – zarażeni zostali rzekomo wirusem, który wprowadził ich w stan śpiączki. Konkwistadorzy ruszają więc z pomocą. Po szybkim śledztwie i analizie medycznej udaje się przywrócić zarażonych do stanu przytomności, choć jak się okazuje, nie są oni chorzy, a jedynie zwiększono u nich w niewyjaśniony sposób potrzebę snu.
Manuel z towarzyszącym mu Alexiejem udają się po drodze do kurii, gdzie wysłuchują skarg episkopatu goliackiego na istniejącą sytuację. Nowy metropolita daje kilka wskazówek, zapowiada kontrole „jak tylko wróci” po czym rusza dalej. Podczas przelotu skoczek konkwistadorów zostaje ostrzelany – znaleziony zamachowiec odbiera sobie jednak życie. Manuel, natchniony mądrością Wszechstwórcy wskazuje miasto, z którego pochodził niedoszły zabójca. Drużyna dzieli się swoją wiedzą z Flotą Cesarską i Rycerzami Poszukującymi, po czym opuszcza system. Przed konkwistadorami upragniony Goliat.

Ciekawy system, z prawdziwym „gasnącym słońcem” – czerwonym gigantem jako główną gwiazdą. Brak zamieszkiwanych planet, głównym obiektem jest baza kosmiczna. Żądni wszystkiego konkwistadorzy ruszają ku niej, po drodze spotykając przedstawicieli systemów Kiriniaga czy Neo Shiba. Baza okazuje się być potężnym tworem – zlepkiem głównego trzonu konstrukcyjnego i wielu statków i okrętów. Obsługują ją wyłącznie golemy i jeden człowiek - Zarządca. Wedle jego słów, główną władzę w Bazie sprawuje ”Pani” (najprawdopodobniej, jak ustali za jakiś czas drużyna – dość zaawansowana SI). Konkwistadorzy, poinformowani o warunkach współżycia społecznego w Bazie, grzecznie ruszają na zwiedzanie. Manuel spotyka starych znajomych, Kotów, Trzy Pazury znajduje sobie kompanię do treningów. Odwiedzają kuragńskich kupców, którzy pomagają im zorientować się w sytuacji, głównie ekonomicznej. Pewne zdumienie (a i złość) wywołuje w drużynie informacja o istnieniu na terenie Bazy „przedstawicielstwa Znanych Światów”. Po udaniu się na miejsce, konkwistadorzy spotykają człowieka, który został jakoby opłacony przez niejakiego Joaquima al-Janni. Książę Manuel wynajmuje więc i przedstawiciela, oraz część Bazy, i otwiera w niej ambasadę lihalańską oraz katedrę misyjną. Swoją ambasadę otwiera również (ściana w ścianę!) markiz Alexiej.
Brat Leonid otrzymuje polecenie zagospodarowania katedry i zorganizowania mszy ekumenicznej dla przedstawicieli kilkudziesięciu różnych wyznań, reprezentowanych w Bazie; wykazuje inicjatywę, gromadzi środki, po czym przemienia hangar we wnętrze okrętu gwiezdnego. Jego propozycja przyjęcia Św. Paulusa za patrona spotyka się z uznaniem księcia M..
Po skończonej mszy książę Manuel ustanawia jednego z kapelanów pokładowych biskupem misyjnym Goliata. Brat Leonid otrzymuje zaszczytną funkcję altarysty katedralnego i relikwię - bogato zdobioną stułę, zwiększającą teurgiczne możliwości.

Przed goliackimi konkwistadorami wiele możliwości podróży, choć nad planami wisi nieubłaganie termin majowy i proces ”Manuel Trinidad przeciwko Kurii Delfijskiej”

Komentuj (1)


Link :: 10.02.2008 :: 16:32
II 5004

Zapomniani

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jako wam rzekłem zeszłego razu, wybrał się tedy don Alejandro z Czarną Ines na bal do Nataszy, ówczesnej na-arcyksiężnej Decadosów. Jam z nimi wówczas był, a jakże. Rzekłbyś, jak na decadoskie, przyjęcie niezbyt ciekawe, żadnych kadzielnic z opium, rozpylonych afrodyzjaków, narkotyków w winie… Komendant z towarzyszką, ledwie próg pałacu przestąpili, zebrali należną dawkę kąśliwych uwag a syknięć, zwłaszcza od obecnych na balu dam almalickich. Przysiągłbym, która starsza a spaśniejsza, tym więcej jadu wylewała. Ale czemu się dziwić, jakże miałby się takowy babsztyl nie jątrzyć, skoro Ineza zgoła lepiej się prezentowała w swej sukni niż każda z tych almaliczek w nawleczonym na tłuste cielsko namiocie, nieważne jak kosztownym…
Co było ciekawe, na bal przybyło dwóch oficjalnych posłów Lihalańskich. Reprezentant Cardany, córki przeklętej Fativy, Felipe Takeda. Tudzież Kwang Shao Li Halan, poseł jej arcyksiążęcej (tej drugiej) mości, Xi Lun. Nie powiem, zapachniało w sali ozonem, ale – jeszcze – nic się nie wydarzyło.
Dość powiedzieć, żeby nie jeden gość, nie byłby ów bal wart wspomnienia. I nie mówię bynajmniej o Aleksiusie, któren przemknął szybko w towarzystwie swego archiwisty i błazna w jednej osobie. Mam na myśli ówczesnego Arcyskięcia Kadyksu, Anubisa. Tak, tenże sam, Atlanta, krzyżyków chyba siedemset dźwigający…

-Lord Anubis, jak mniemam…
-Spójrz, książę, na tych dwóch posłów… nie miną trzy dni, a naślą wzajem na siebie skrytobójców… Spójrz na tego mężczyznę i tę kobietę… nawet nie próbują kryć uczuć i emocji…
- A co mówi ci moje spojrzenie, lordzie?
- Żal…


Między nami mówiąc, nie trzeba było wielkiej spostrzegawczości by dojrzeć, że rogi księżnej Fatimy dalej rosną jak na drożdżach. Ale mniejsza z nią. Don Alejandro natomiast po rozmowie z Anubisem, jakkolwiek krótkiej, był dziwnie zamyślony. Oj, wiedziałem już, że coś mu po głowie chodzi.

Rankiem dnia następnego zapowiedział swa wizytę u Inezy niejaki Javier Felippe Gonzalez Patton Medina-Sidonia Bursanda de Hallowgrey, żeby nie było że moja memoria fragilis est. Był to legat wojsk cesarskich, służący Aleksiusowi od prawie dekady, a przy tym totumfacki feldmarszałka Jesusa Marii Rodrigo Orellana Justus de Bascomshire. Był ów Javier znanym i zasłużonym wodzem, w obejściu dworny, wygadany jak Almalik… Nawet jam miał kłopoty ze stwierdzeniem, po co przybył – do Inezy cholewki smalić, komendantowi dwornie i między wierszami naurągać czy też naszą sprawę a zamiary wybadać. Myślę, ze wszystkiego po trochu. Póki co, zaprosił oboje na konną przejażdżkę na Tamerlane, na dzień następny.

Nie myślcie aby, że czas schodził jeno na rautach, przejażdżkach i sadzeniu nieszczerych uprzejmości. Przede wszystkim trzeba było odbudować od podstaw hazacką dyplomację i wywiad. Póki co, sprowadziło się to do planowania, przed przybyciem korpusu z Rawenny nie mieliśmy dość personelu…
Dodatkowo, wciąż garnęli się nowi ludzie. Do Inezy różne lekkoduchy, awanturnicy, do komendanta głownie byli żołnierze, udało się też dotrzeć do jednego z członków starego korpusu dyplomatycznego. Ineza, przyznać muszę, ostro przykręciła śrubę Wróblom, wzięła ich w karby, aż się sam don Alejandro dziwił. Oczywiście kliku, zorientowawszy się że to koniec hulanek osz, podziękowało za służbę. Większość jednak została.
Po południu obojgu przyszło się spotkać z duchami przeszłości nie tak odległej. Czarna Ines poleciała na odczytanie testamentu JosMarii, komendant zaś rozmówił się z gościem markizy… tak, z simulacrum hrabiny Aidy, która zdecydowała się wspomóc hazacką sprawę na B2. Dlaczego, pytacie – sam nie wiem… Nie było mnie zresztą wtedy w pałacu, don Alejandro niespodziewanie wysłał mnie i Capę do Złotej Piramidy, byśmy umówili audiencję u Anubisa. Snadź Atlanta niewielu miał interesantów, a może sam chciał się z komendantem zobaczyć, dość że za dwa dni mieliśmy się zjawić.

Dnia trzeciego przed południem zjawił się po nas wysłany przez legata Javiera skoczek. Przed startem pilot powiedział jedynie, że polecimy nisko bo orbita zamknięta z powodu ćwiczeń floty. Nie łgał, jakby się kto pytał. Wystartowalim… i tyle zapamiętałem.
Obudzili mnie pospołu don Alejandro oraz padre Collina, niech we Wszechstwórcy spoczywa. Ten drugi zawsze wkładał nam do łbów w Akademii, by nieprzytomnym nie dawać metamorfiny. Ten pierwszy, wierny naukom, nastawił moją dwakroć złamaną nogę na żywca, brrr… Chociaż, jak już się ocknąłem, leku nie poskąpił.
Skoczek leżał w ruinach mega wieżowca z czasów II Republiki. Ocalała zeń tylko część kabiny pasażerskiej, reszta poszła w harmonijkę. Ines wyszła z kraksy nieco potłuczona, głównie od pasów. Komendant ledwie się śmierci wywinął, jak motyla na szpilkę nadziało go na jakiś pręt, na wylot przeszło, jeno przez nic ważnego. Poza naszą trójką nikt nie przeżył. Przyboczny Inezy, piloci, Juanes – wszyscy zginęli.
Komendant, lubo najciężej ranny, sam się z owego pręta zzuł, znalazł apteczkę, zabrał się za opatrywanie. Z twardej gliny ulepiony był, a jeszcze i nadprzyrodzonych umiejętności mu Wszechstwórca nie poskąpił. Dość, że w dwie litanie byliśmy połatani, nafaszerowani metamorfiną, uzbrojeni i gotowi do wyjścia. Nie działały natomiast komunikatory, wszczepy ani radiolatarnie. Znaczy, ktoś zobaczył przelatujący cesarski skoczek i przypieprzył z EMP.
Z piątego piętra, gdzie się rozbiliśmy, widać było głownie las deszczowy. Jakby były na B2 jakiekolwiek inne… Komendant kazał nam zejść w dół, sam zaś wspiął się wyżej by rozejrzeć się po okolicy. Nie powiem, pięć pięter w dół na sztywnej nodze było trudną, acz przyjemną wycieczką. Piękna Ineza zaoferowała się bowiem wesprzeć, i to dosłownie, mą skromną osobę przy zejściu. Tego też mało życiem nie przypłaciłem, gdy na półpiętrze ręka mi się z jej ramienia omskła… nieco niżej. Zarzekam, nie winienem, nieumyślnie, a i tak miała gorset, koszulę i kamizelkę… Coś tak się zdziwił? Dobremu praktykowi jednego dotknięcia wystarczy…
Ale dość o jej wdziękach, zdziwilibyście się jak długo i dla kogo trzymanych… Nie zrozumiem nigdy tego sutheckiego chowania wianka… Dwadzieścia i trzy lata, Wszechstwórco… U nas, na Aragonii, wiadomo – jeśli jest w dziewczynie co dobrego, ktoś bierze to znacznie wcześniej, he,he…
Zanim dokuśtykaliśmy na parter, dogonił nas komendant. Oj, podejrzanie się zrobiło… Faktycznie, zdjęło nas samobieżne działko EMP w barwach Camethonów. Problem w tym, że obok niego stał kontener transportowy. Znaczy, przylecieli niedawno. Zupełnie, jakby na spotkanie… A ekipa pościgowa zapewne była już w drodze.
W dżungli nie mieliśmy większych szans. Ale drugorepublikańskie wieżowce oznaczały coś jeszcze – drugorepublikańskie kanały. Obaj z komendantem, choć nie razem, taplaliśmy się w nich przez długie miesiące podczas kampanii na B2. Tak, zdecydowanie było to lepsze miejsce na uniknięcie pogoni…

- Jeśli nas dogonią…
-… to ja zginę bohaterską śmiercią, a was dwoje czeka pewnie proces i stryczek na Aragonii – przerwał niezbyt dwornie Vega.
- To nie będzie bohaterska śmierć, jeśli nikt o niej nie napisze – rzucił Alejandro i ruszył w głąb rury.


Tak, przydały się stare nawyki i doświadczenie. Rura, którą dotarliśmy do kanału, aż zapraszała do zjechania na tyłku. Tylko każdy, kto by tak zrobił, zostałby wypatroszony przez umieszczone w kilku miejscach ostre zadziory. Zeszliśmy więc powoli a ostrożnie.
Przyświecaliśmy sobie pochodnią chemiczną – takich EMP się nie ima. Na dole było coś zgoła niespodziewanego – liczący sobie dobre dwieście lat umrzyk oraz wbudowany w ścianę terminal. Komendant przeszukał zwłoki. Większość tego, co trup miał na i przy sobie zgniła ze szczętem, ostała się natomiast brosza Oka, zwój elektronicznego papieru i działające ogniwo. Najwyraźniej delikwent chciał skorzystać z terminala – po podpięciu ogniwa ujrzeliśmy dokładną instrukcję, razem z hasłem, wejścia do Placówki nr 37 Instytutu Phavian. Że z rury nad nami dochodziły już odgłosy schodzącego nią pościgu, volens nolens postąpiliśmy zgodnie z rzeczoną instrukcją. W ścianie otworzyły się zamaskowane drzwi…
W środku powitała nas całkiem apetyczna i miła, aż szkoda że holograficzna, dzieweczka. Mówiąc ściśle, powitała jedynie komendanta, na Inezę i mnie nie zwróciwszy najmniejszej uwagi. Don Alejandro zaczął wypytywać Sarę (tak się kazała zwać), wreszcie doszedł do wniosku że reaguje ona tylko na pytania psioników. Gdy uprzejmie nakazał, zaczęła odpowiadać i nam.
Żeby się streszczać, w bunkrze tym około tysiąca lat wcześniej ukryło się przed inkwizycją i zahibernowało pół setki psioników. Razem ze sobą zamelinowali coś, co zwano Eksperymentem. Szefem bunkra był niejaki doktor Zealous. Otworzyć wejście zaś mógł jedynie wolny i nieprzymuszony psionik – wypisz wymaluj don Alejandro.
Sara była na tyle uprzejma, że wyświetliła nam obraz z kamer korytarza – grupa pościgowa, w składzie trzech chłopa i grimsona, szukała nas bezskutecznie przez kilka minut, wreszcie popędzili dalej. Co do innych urządzeń bunkra uprzejma była już mniej, owszem, udostępniła nam apteczkę, syntezator żywności i sracz, ale do całej reszty dostęp miał jedynie ów doktor Zealous. Gdzie jest ów doktor, pyta komendant. A, w komorze stazy, o , tamtej. Czy można go wybudzić? Już się szykowałem na wiadomość że wybudzenie doktora Zealousa może nakazać jedynie doktor Zealous, nie było jednak tak źle. Czterdzieści pięć minut i doktor był już rozmrożony.
Przywitawszy się z nami, zażądał od Sary podania daty i ściągnięcia wiadomości ze świata. Informacja o przespaniu milenium nie zrobiła na nim specjalnie wrażenia. Bardziej chyba przejął się faktem, że żadna z poszukiwanych baz danych już nie istnieje. Poprosił tedy dona Alejandro o krótkie streszczenie. Trwało to bite cztery godziny i, wierzcie mi, komendant był wówczas w takim humorze, że w tym co opowiadał było chyba więcej anty niż propagandy. Dość, ze po owych czterech godzinach (które ja spędziłem wcale przyjemnie, grając w wista z piękna Inezą) Zealous zgodził się udostępnić nam nadajnik, pod warunkiem skontaktowania go z Rycerzami Poszukującymi. Komendant wysyłał jak najkrótszą wiadomość do naszych oraz niewiele dłuższą do kawalera Wolvertona, podając naszą pozycję i jak najmniej szczegółów. Co i tak gówno dało, za przeproszeniem, ale nie uprzedzajmy faktów…
Godzinę oczekiwania na skoczek spędziliśmy w ambulatorium. Wystarczyło tego na zoperowanie i wygojenie ran komendanta oraz na poskładanie i zrośnięcie mojego kulasa. Nawet nie mówiliśmy potem Hieronimowi, jaki sprzęt i środki tam przepadły… Później dwa bojowe golemy wyprowadziły nas na górę (po Camethonach ani smrodu już nie zostało) i wycofały się po hawkwoodzku zanim jeszcze skoczek nadleciał. Polecieliśmy więc w gościnę legata Javiera, któren zdążył już uruchomić sporą akcję ratunkową.
W Hallowgrey spędziliśmy wieczór, po czym komendant otrzymał wiadomość że z ekipy kawalera Wolvertona, która wybrała się do placówki nr 37, on jeden ledwo życie uniósł. Później dowiedział się don Alejandro, a ja od niego, że czterech Rycerzy, paru giermków i kilkunastu speców wycięto w pień. Zanim na miejsce wpadła Gwardia Feniksa, miejsce było do cna wyczyszczone. Zostawili tylko trupy i tuzin rozwalonych golemów bojowych. Doktor, Sara, komory, „eksperyment”, dane – zabrali wszystko, jeno gołe ściany zostawili.
Komendant, przeprosiwszy Ines i gospodarza, poleciał do Świętego Bartłomieja rozmówić się z Wolvertonem, którego do tego czasu skończyli operować…

- Niezbyt szczęśliwy dałeś nam adres, Książę…

Kto adres dał, a kto dupy, mości Wolverton, to insza inszość. Nasi nie wiedzieli zgoła nic, wyciek musiał pójść od Rycerzy Poszukujących. Oczywiście, śledztwo wszczęto, ale nie nasza to broszka była. Natomiast dowiedział się komendant, kto rzeźnię sprawił. Czterech chłopa, lekko uzbrojonych, z zamaskowanymi aurami. Wolverton był silnym psionikiem, ale poza uratowaniem siebie (a ciekaw zawsze byłem jak to zrobił, kula w serce to kula w serce) niewiele mógł. Więcej się komendant nie dowiedział, godzinę po północy wrócił do Hallowgrey.

Następnego dnia odbyła się zaplanowana wycieczka. Gospodarz dwoił się i troił, komplementy Inezie prawił, komendantowi między wierszami przytyki słał (czym don Alejandro specjalnie się nie przejął), badał, węszył. Generalnie, co sami z siebie i niezależnie powiedzieli mi Ines i komendant, od dawna tak długo nie rozmawiali o pogodzie na B2. Przed południem rozstaliśmy się, legat Javier zaprosił jeszcze Inezę do holoopery za dwa dni. Komendant odeskortował pannę do pałacyku, po czym odleciał na orbitę. Pamiętacie, audiencję u Anubisa miał…




Komentuj (0)


Link :: 17.02.2008 :: 13:20
18 I 5004

Bitwa o Arctis

Drużyna Wewnątrztygodniowa

By JASON

Trzecie Wojny o Tron – największe bitwy.
Monografia autorstwa Nathanaela ap Jason Cavendish Hawkwood (fragmenty).
wyd. Hawkwoodzka Akademia Wojskowa, Gwynneth, A.P. 2056


Osiemnastego stycznia roku 5004 doszło do jednej z pierwszych (a z pewnością najkrwawszych) bitew ostatniej wojny.
Znana jako Pierwsze Zwycięstwo, rozpoczęła pasmo sukcesów floty wydzielonej pod dowództwem admirała Askara ibn Selim al-Allaw Malik.
Starcie miało miejsce w pobliżu księżyca Arctis, w systemie Twilight. Zadania były jasne – przerzucić siły uderzeniowe na jedyną w systemie bazę Zakonu w celu wspomożenia wysiłku wojennego sojuszników z układu, oraz otwarcia i zabezpieczenia nowego frontu. Operacja przebiegała w dwóch etapach – wyeliminowanie floty przeciwnika oraz samo zdobycie bazy. Pierwsza faza przebiegła niezwykle sprawnie. Flota admirała al-Allaw (…) przy minimalnych stratach zmiotła jednostki Zakonu w składzie: cztery lekkie krążowniki, dwa ciężkie krążowniki, cztery niszczyciele, dziesięć fregat oraz pancernik (zamaskowany, nie brał udziału w pierwszej fazie bitwy, został zniszczony zaraz po ujawnieniu się).
(…)
Po przejęciu kontroli nad przestrzenią wokół bazy, pod dowództwem porucznika Jasona ap Donovan Cavendish Hawkwood, do szturmu ruszyły jednostki marines wspomagane przez Bractwo Wojenne oraz cyberkorpus kontynentu Zigo. W sumie w bitwie wzięło udział 1114 marines, 1660 Braci Wojennych oraz 200 cyberżołnierzy Zigo.
Dokładne dane na temat obrońców są niemożliwe do ustalenia, jednak szacuje się, iż na bazie stacjonowało 2000 marines, 800 grimmsonów oraz 400-osobowy kontyngent derwiszów.
(…)
Podstawową trudnością przy próbach ustalenia dokładnego przebiegu bitwy są braki w zapisach audiowizualnych po obu stronach. Większość danych Zakonu została zniszczona przez techników stacji, zaś zapis prowadzony przez siły Cesarstwa został bądź wytłumiony przez silne urządzenia zagłuszające, bądź uległ zniszczeniu w trakcie walk.
(…)
Wiadomo, że druga faza operacji trwała około pięciu godzin. Początkowe zamieszanie wywołane desantem grup szturmowych zostało szybko opanowane i przerodziło się w regularną bitwę.
Sam jej przebieg wielokrotnie już był komentowany przez historyków – znawców uzbrojenia i taktyki wojskowej tamtego okresu. Wykazano błędy dowodzenia po jednej jak i po drugiej stronie, jak choćby niespodziewany rozkaz poddania się wydany przez dowódcę obrony bazy admirała Nikolaja Decados w samym środku walk (po chwili zresztą cofnięty), czy nieodpowiednie wykorzystanie cyberkorpusu przez porucznika Cavendish Hawkwood.
Nie ulega jednak wątpliwości, że Zakon miał nad atakującymi przewagą na każdym polu. Liczniejsze, lepiej wyszkolone oddziały. Znajomość terenu. Wsparcie automatycznych systemów obronnych bazy.
(…)
Dopiero posiłki sprowadzone i osobiście dowodzone przez admirała al-Allaw pozwoliły na ostateczne przełamanie obrony i zabezpieczenie bazy wroga.
(…)
Straty poniesione przez siły Cesarskie podczas tej operacji były, co trzeba przyznać, kolosalne. Cały dwustuosobowy cyberkorpus Zigo, 1084 marines oraz 1065 Braci Wojennych. Ogółem 79% sił lądowych stacjonujących na pokładach floty admirała al-Allaw. Pozostałe 21% z powodu ran i zniszczeń w sprzęcie nie było jeszcze przez kolejny tydzień zdolne do prowadzenia żadnych akcji.
Strat po stronie Zakonu nie można dokładnie określić. Wiadomo, że z biorących aktywny udział w obronie bazy nie przeżył nikt. Problem w tym, że nie zachowały się żadne pełne dane o stanie osobowym załogi a zakres zniszczeń pozwolił jedynie na szacunkowe określenie liczby zmarłych – około 3200 żołnierzy.

BY VARIA

VII Konwent Psychoniczny „Wyjść z Cienia – Oswajanie Niepoznanego” zorganizowany pod patronatem Kongregacji Reformowanego Kościoła Wszechświatowego
Piątek, godz. 10.00, sala im. Augustusa Wolvertona Fundatora.
Prelekcja Jej Wielebności Varii Silva Juandaasta
Dokumentacja. Wyjątki z nagrania.


Wszyscy siedli? Na pewno? Nie mam ochoty przekrzykiwać szurania krzesłami. No to… dzień dobry.
Wiem, coście słyszeli o moim słownictwie, ale jak ktoś przyszedł się podśmiechiwać z mojego sposobu mówienia, to niech wyjdzie. Nie będzie się tu kurwami rzucać. Za długo żeśmy walczyli o to, żeby psychonicy mogli godnie żyć, żeby teraz śmichy urządzać z nieważnych głupot.
Miałam wam mówić jak się to zaczynało, jakeśmy zaczynali – nie mając nic, żadnych z tych waszych nowomodnych ustrojstw, żadnych wspomagaczy. Od czego się zaczęło. Bo pamiętać warto. Druga Republika też zadufanie w sobie miała i padła i na nowo trza było budować, więc o tym, od czego się zaczyna pamiętać warto, żeby nie wyważać otwartych drzwi.
Nie bójcie się, nie będzie wspominek babci Varii z długaśnego żywota. Będzie kilka konkretów. Takich jak wyprawa na Twighlight. O, proszę, zdaje się, że nawet niektórzy słyszeli. No to może i słyszeli, że psychonicznie to tam nie było czym poszpanować. Było nas pięćdziesięciu pięciu. Na całą flotę.
Może dla was wyglądałoby to śmiesznie. Tak jak pewnie wyglądało dla tych kilku załóg Zodiaków, jakie już wtedy istniały, aleśmy, do cholery, działali. Zamiast Kryształu Zasilającego – zwalone na stertę przybytki dziwu – co tam które miało, święty obrazek, ukarski nóż, uryjska bateria cichcem z Kish wywieziona - i nasze zestrajanie za pomocą wspólnoty. Taa… coś jak łatanie reaktora gumą do żucia. Prawda. Ale lepsze to było niż na dupie siedzieć. Bo jakby nie my i nam pokrewni, to byście dalej po kościelnych pokutniach gnili, albo plwocinę ludzką z gęby obcierali. Razem z własną krwią.
Dwunastka się nas zestrajała, reszta po oddziałach marines za zwiad i wsparcie – użal się Mantiusie – okultystyczne służyła. Nie wiedzieliśmy, co przeciw nam, aleśmy robili, co w mocy było. Początkowo opornie szło. Ale uczyliśmy się z każdym użyciem mocy. Ręczę, że nikt z tych, co przeżyli, nawet w środku nocy obudzony z domu bez pięciu minut medytacji nie wylezie…
Tedy uczyliśmy się ile się dało. I przed walką i w jej trakcie. To była nasza Akademia. Znacie badania Simmonsa – Worsta? Gdyby nie skafandry z czujnikami EEG zasponsorowane przez admirała to by to proste rozwiązanie nikomu na myśl nie przyszło i dalej by się przeładowania krwotokami kończyły.

***

Jasna rzecz, że największym wyzwaniem było zdobycie bazy na Twighlight. Tak naprawdę ani wiedzieliśmy co nas czeka. Ani czy cokolwiek będzie my mogli zdziałać. Well – pierwsze kroki zawsze są chwiejne i trudne.
Zaczęliśmy od zwiadu dalekiego zasięgu w eksterio. Oblukaliśmy, co się dało bez zwracania na siebie uwagi, szefostwu poszedł raport o samej bazie, a my dowiedzieliśmy się, co nas czeka na pierwszej linii. Minimum sześciu kosiarzy kontra wymięty święty obrazek i ukarski kozik. I dwunastu szurniętych desperatów.
Liczyliśmy się z tym, że może ich być więcej, że natkniemy się na pułapkę, że sama baza ma ukryte artefaktyczne okultystyczne zabezpieczenia, liczyliśmy się ze wszystkim, póki matematyka nie wykazała jasno i wyraźnie, że nie mamy szans. Wtedy przestaliśmy liczyć i zaczęliśmy robić swoje.
W momencie wkroczenia floty w zasięg sensorów bazy, na trzy godziny przed kontaktem, zaczęliśmy eliminację zagrożeń okultystycznych. Eksterioryków było sześciu, każdy zdolny do zabrania „na barana” towarzysza bez tej umiejętności. Pokazaliśmy najsłabszego na wabia, żeby nie walczyć ze wszystkimi na raz. Zleciało się ostatecznie trzech w eksterio. U nas była trójka z zestrojoną psychonicznie bronią.
Plan był prosty: ci, którzy nie mają broni – zajmują kosiarzy czym mogą, a my tniemy – nie samych kosiarzy, bo im nie poradzimy – ale ich okultystyczne połączenia z ciałami. Założenie było proste i w teorii ładnie wyglądało. W praktyce siłą rzeczy nie było jak wcześniej sprawdzić. W ostatecznej praktyce… to była chaotyczna siekanina. Zaskoczyliśmy ich, owszem. Ale gładko nie poszło. Jeden z eksterioryków zginął nimeśmy upiłowali którekolwiek z kosiarskich połączeń. Połączenia nie pękały od razu. Cięliśmy, rąbaliśmy bez wprawy, ale za to z determinacją. Albo my ich, albo oni... Ech. Nie było ładnie… Wirujące smugi energii gryzły się jak kundle na podwórku. Dla pewności każdego ubitego wroga ukarska kapłanka, Sa’aida, odsyłała… gdzieś. Nie wiem. W ichnie Quillipothy. Nie wiedzieliśmy przecież, czy nie są zdolni do regeneracji połączenia, do dalszej walki. A na to nie było nas stać.
Uradziliśmy im w końcu, bo w kupie siła, a pozostali nie przylecieli kumplom z pomocą. Podzielili siły na obronę. My nie mieliśmy czego dzielić.
Ta bitwa… to było jedno wielkie „teraz”. Musiało być „teraz”, bo mogło nie być żadnego „potem”. Więc było „teraz”. Teraz się walczyło i ginęło, jak trzeba, bo nie było na co czekać, za nami nie było nic. Byliśmy tylko my.

BY SETH

Siły niekonwencjonalne

Doktryna nowoczesnej wojny wymaga, by w czasie działań wykorzystywać wszelkie dostępne środki do osiągnięcia zamierzonego celu, również te z kategorii „miękkiej siły”. Nie można więc w rozważaniach na temat przebiegu bitwy przy księżycu Arctis pominąć udziału w niej sił psychonicznych.
Ich aktywność można podzielić na trzy etapy: przygotowania, pierwsze uderzenie oraz bitwa.
W ramach pierwszej kategorii mieszczą się przede wszystkim działania wywiadowcze prowadzone na dużą odległość. Pozwoliło to obserwatorom niezauważenie zbliżyć się do wrogiej bazy i nie ryzykując wykrycia za pomocą urządzeń elektronicznych przedstawić pierwsze raporty dotyczące stanu i liczby okrętów przeciwnika.
W wyniku zwiadu również okazało się, że druga strona także posiada potężne siły niekonwencjonalne, zdolne – w przypadku pominięcia – wyrządzić ogromne szkody flocie, a w szczególności kadrze oficerskiej. Mowa jest tutaj o uryjskich wojownikach, kosiarzach, którzy w tej fazie wojny licznie wspomagali Zakon Czarnej Gwiazdy.
Stąd wyszła potrzeba zaatakowania i wyeliminowania ich zanim jednostki bojowe dotrą w sferę walki, co jednak przy ograniczonych zasobach energii było rzeczą niemal niemożliwą. Plan wykorzystywać miał równocześnie zalety i wady przebywania w stanie eksterioryzacji. Akcja ta powiodła się - przy stratach własnych wynoszących jednego ukarskiego eksterioryka (co stanowiło 1/6 pierwotnego ich stanu) zginęło trzech kosiarzy. Droga dla floty była wolna. Grupa, z wyjątkiem jednego zwiadowcy, wycofała się by zregenerować siły po starciu.
Bitwa kosmiczna początkowo toczyła się bez udziału psychoników. Okręt ich, Gracklefox, doznał znacznych uszkodzeń w wyniku ostrzału rakietowego, szczęśliwie jednak nie wyeliminowało to grupy z dalszych działań. Siły psychoniczne wkroczyły dopiero w momencie pierwszego szturmu na bazę. Głównym ich celem – jak to bywa w tego typu akcjach – stały się stanowiska dowodzenia. Sprzeczne rozkazy wydane przez dowódcę – Nikolaia Decados - przypisywane są właśnie wykorzystaniu mocy psychicznych. Podobnie sprawa ma się przy zniszczeniu głównego stanowiska dowodzenia. Wprowadziło to zamęt w koordynacji działań obronnych, aż do czasu aktywowania kolejnego centrum dowodzenia.
W dalszej części psychonicy zajęli się wykrywaniem pojedynczych grup zbrojnych wroga, które jeszcze przez kilka dni prowadziły walkę na własną rękę i stanowić mogły zagrożenie dla żywotnych elementów bazy, takich jak reaktory i centra dowodzenia. Jednym z ważniejszych tu osiągnięć było wykrycie obecności „duchów”, zmutowanych, trudnych do zlokalizowania istot uzbrojonych w ładunki wybuchowe.
Na koniec warto przypomnieć, że w tamtym czasie grupa adm. Askara nie posiadała jeszcze Focus Ring’a, co znacznie utrudniło, a z pewnością ograniczyło działania ofensywne psychoników. Można się tylko domyślić jakie rezultaty przyniosłyby ich akcje gdyby nie istniało tak znaczne ograniczenie w wykorzystanej energii.







Komentuj (4)


Link :: 21.02.2008 :: 22:32
II 5004

Dziedziczka

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Komendant, wyszedłszy ze Złotej Piramidy, był tak spokojny i o twarzy tak pokerowej, że na milę było widać iż z niczym wraca. Wtedy żaden z nas pytać nie śmiał, dopiero długo potem się dowiedziałem o przebiegu rozmowy. Co, nie rzekłem wam ostatnio, o czym na przyjęciu rozmawiali? Anubis, w zamian za dostarczonego w worku zsymbionconego Rashida (a był to dona Alejandro cień, jakby kto nie pamiętał), oferował się przyspieszyć odbudowę Keth, dać antidotum na zastosowany tam środek. Pytanie, na ile jemu samemu na owym trofeum zależało, czy byłby chętny w ewentualnej wyprawie komendanta wspomóc. Jak się pewnie domyślacie, Atlanta traktował rzecz kolekcjonersko, palcem w bucie kiwnąć nie zamierzał. Don Alejandro z kolei, choć cała sprawa wybitnie mu na duszy a honorze ciążyła, nie planował wylatywać na Stygmat okrakiem na beczce.

Wróciliśmy do pałacyku Inezy. Komendant udał się na naradę przy herbatce z gospodynią oraz Jasminą. Któż ona Jasmina, zapytacie? Takie imię postanowiła przybrać simulacra hrabiny Aidy. Nie szczerz się, synku, widzę co powiesz - „trzy na cztery almalickie dzierlatki tak się zwą, osobliwie te urodziwe w magicznych latarniach”. Prawyś. Z tegoż założenia wyszła i ona, a miała w sobie z pierwowzoru wiele, chyba nawet więcej, niżby sobie życzyła. Jak mawiają, prowokacja to moje drugie imię, heh…
Długo, prawda, nie pogadali. Jeszcze dobrze herbatka nie wystygła, a otrzymała Ines połączenie. Między nami mówiąc, nie wpadła wonczas jeszcze na to, by zorganizować sobie sekretariat, mógł się do niej dodzwonić byle chmyz. Wtedy dzwonił inspektor policji gildyjnej, imienia zapomniałem, z informacją że w magazynach w Bay City znaleziono pięciu zabitych Hazatów. Że, powiada, Hazaci mają na B2 oficjalne przedstawicielstwo, tedy sprawę przekazują nam. Jasmina zadzwoniła do inspektora jeszcze raz. Skąd, pyta, wiadomo że to Hazaci. Ano, bo wyglądają jak Hazaci.
Szybka kontrola uwidoczniła brak czterech Wróbli, którzy akurat mieli wolne. Z komendantowych zgłosili się wszyscy.
Nie powiem, w pół godziny doraźnie zmontowana, acz pełna dobrych chęci, ekipa była w drodze. Don Alejandro z Inezą, oczywiście, Jasmina, owinięta i zakwefiona że sama hrabina Aida by nie poznała, Hieronim, paru naszych, tudzież ekipa z jachtu Inezy. Cała gromada, dodajmy, lepsza była do tego by w Bay City prowadzić zbrojną operację aniżeli śledztwo. Dodatkowo komendant wysłał wcześniej czterech chłopaków żeby dyskretnie rozejrzeli się po okolicy.

Ci ostatni niewiele zdziałali – teren został w międzyczasie zamknięty i ledwie umoczyli podeszwy w okolicznym błocie, zjawiła się gildyjna policja i nałożyła im bransoletki. Dla naszej oficjalnej ekipy byli już grzeczniejsi, uprzejmie wpuścili nas do magazynu, całego już owiniętego taśmą CRIME SCENE DO NOT CROSS. Cóż w magazynie, spytacie. Trochę skrzyń, kącik mieszkalny dla jednej osoby tudzież, zgodnie z obietnicą, pięciu umrzyków. Nie łgał ten hultaj, Hazaci jak malowani. Czterech było zastrzelonych, piąty nadziany na sterczące ze ściany magazynu pręty. Tyle na początku, komendant zakazał kręcić się po magazynie, zanim wszystkiego nie obfotografują a saperzy nie sprawdzą. Wysłał też Sagresa by ten zapłacił mandat i wyciągnął naszych z ciupy.

Zanim skończyli, zgłosili się wszyscy Wróble z wyjątkiem jednego. Brakujący leżał przed nami podziurawiony. Że obaj saperzy sprawdzili cały magazyn, można było się rozejrzeć… Wtedy Hieronim poczuł się źle…

- Komendancie… czy nie czujesz tego… smrodu?

Zacny a twardy był nasz padre, ale wobec niektórych rzeczy bezbronny. Zaniepokoiła go jedna ze skrzyń. W środku była komora mrożeniowa, a w onej komorze trup. Na pierwszy rzut oka nieruszony, gdyby nie kałuża krwi pod nim. Komendant kazał obrócić. Co tam mruczysz? Nie, ani Ineza, ani Jasmina nie uznały za stosowne zemdleć. Zrazu zdawało się, że jakiś Vuldrok zrobił delikwentowi krwawego orła. Hieronim, przemógłszy się, stwierdził że umrzykowi usunięto kokon demona. Zaraz, jakiego, kurwa, demona, zawrzasła połowa obecnych. Jakie demony, gdy tu, prawią, żołnierz Hazacki mieszkał, antynomiją się nie parał, o, patrzcie, oto księgi na półce zgoła porządne. Obsługa komór hibernacyjnych dla opornych, Encyklopedia przyrodnicza Vera Cruz tudzież Przypadki kawalera de Melicante. Ale, żeby nie było, sprawdźmy czy między kartami coś się nie uchowało… Wzięła tedy Ineza tomiszcze jedno w swe białe dłonie, a tu… Lasciate omni speranza, znaczy, w okładkach zgoła nie leksykon a grymuar antynomistyczny się ukazał. I tak, nie zełgałem, pod tytułem Dla tych, co nie mają nic do stracenia. Znaleźliśmy jeszcze pamiętnik, niestety zaszyfrowany .
Co ustaliliśmy dotychczas? Czterech zastrzelonych i jeden nadziany na pręty. Ta czwórka zdążyła wyciągnąć broń, wystrzelić już nie. Wszyscy zginęli od kul, podobnych do tych jakie znaleźliśmy w ścianach. Ten nabity był najwyraźniej kapłanem – cały wytatuowany. Między demonem a prawdą, gdy później przyleciał kapitan Fonseca z Rawenny i obejrzał nagrania z naszego „zabezpieczania śladów”, za głowę się złapał. Na podłodze walało się trochę łusek – na oko pistolet maszynowy, może dwa.
Przejrzeliśmy resztę skrzyń. Te mniejsze były puste. Zostały dwie, chłodzone, wielkości niedużego kontenera. W jednej z nich były dwa okaleczone ciała kobiet. Tak, klasycznie, jak w bajce, wygryzione serca i wątroby. Hieronim nie wytrzymał i wyszedł, bynajmniej nie z powodu widoku, nie takie rzeczy na wojnie oglądał. Jedną z dziewczyn Ineza rozpoznała – jej pokojówka. Nikt jej nie szukał, skądże, wzięła parę dni wolnego.
Druga skrzynia była na pozór pusta. Miała jednak generator jednokierunkowego pola siłowego. Zepsuty. W telegraficznym skrócie, klatka na demona.
Kawałki układanki, moiściewy, zaczynały pasować. Ktoś przemycił demona w zahibernowanym człowieku, odżywił i najwyraźniej chciał użyć. A potem coś poszło nie tak, jakaś różnica poglądów chyba, w trakcie wymiany ołowianych argumentów demon zwiał. No, chyba ze ktoś widział demona strzelającego z peemu… Zwłaszcza że w studzience za magazynem chłopcy znaleźli dwa wystrzelane Branty.
Podczas tych przemyśleń komendant z Jasmina przepytywali też stróża, który odkrył zwłoki. W parę minut było jasne, że hojnie zapłacono mu za milczenie. Don Alejandro wysłał dwóch naszych po ciecia z dziennej zmiany – tak, nie mylicie się, jemu też zaoferowano plomo o plata.
Znacznie, oj, znacznie więcej powiedziały nam nagrania z kamer. Do magazynu przyleciało dobre dziesięć osób. Przylecieli oczywiście taksówką jednej z tych arcydyskretnych korporacji – wiecie, z takiej to nawet Mazzarin, niech mu ziemia będzie ciężka, mógłby nic nie wydobyć. Wyszli zakutani w czarne płaszcze, zakapturzeni, jedną tylko dało się rozpoznać. Pokojówkę Inezy właśnie. Szła śmiało, z ochotą… Nie minęło pół godziny a w środku ktoś zaczął strzelać, a przez drzwi zaczęli uciekać goście. Już bez płaszczy, ale dobrze wiedzieli gdzie są kamery, zasłaniali twarze. Dało się jednak trochę zauważyć – dwoje Hawkwoodów, jeden Al-Malik, jeden Li-Halan. Nie czekali na taksówkę, uciekli między baraki. A potem z magazynu wyszła Ona…
Powiadam wam, był to widok którego się nie zapomina. Widok, który dech zapierał, i to nie tylko dlatego, że była piękna. Ani dlatego, że miała na sobie jeno wspomniany płaszcz, zarzucony dość niedbale i sporo, oj, sporo ukazujący. Tak, była piękna urodą, przy której Ineza czy Aida były jako te świeczki wobec słońca. Tylko że, moiściewy, ta uroda była nieludzka…
Jako rzekłem, na samo wspomnienie człekowi w gardle zasycha. O, pojętnyś, lej, lej…
Kto to był? Ineza rozpoznała ją poniewczasie. O nie, nie powiem jeszcze…
Dość że podeszła do studzienki, wyrwała klapę jakby była z papieru i wrzuciła oba peemy do środka. Tak, oto mamy demona który potrzebuje broni. Potem weszła na molo, zrzuciła przyodziewek… oj, nie za bezpieczne te wspomnienia dla mojego starego serca… i siup do wody. Podczas skoku wyprodukowała sobie rybi ogon, zdolna bestia. No i szukaj demona w morzu…
Mieliśmy chwilkę na ściągnięcie informacji o Wróblu – antynomiście. Wieszał się przy Inezie od dawna, jako jeden z pierwszych. Pobożny za bardzo nie był, w oczy nie lazł, od dziwek i kart nie stronił… Później Ineza się złapała, że często się jej przyglądał… ale kto się nie przyglądał, moiściewy.

Miesiączek już dobrze wzeszedł (choć ni cholery nie było go widać, jak to na B2) gdy pojawił się niejaki Hawkins, inspektor z policji gildyjnej. Podszedł i z miejsca zagaił, czy to prawda z tym demonem. Komendant zjeżył się nieco, cóż, źle gdyby do wszystkich naszych problemów dorzucić jeszcze posądzenie o antynomię. Z początku wywiązała się rozmowa bardzo wymijająca – „ja wiem że wy wiecie” kontra „nic na nas pan nie masz, bo nic się nie wydarzyło”. Inspektor jednak sprawiał wrażenie zbyt zainteresowanego sprawą jak na zwykłą ciekawość . Z drugiej strony, wiadomo, zbytnia otwartość i szybko zaśmierdziałoby w okolicy olejem ka… Z trzeciej, do czynienia z demonami miał głównie don Alejandro, a i tak amatorsko, rzekłbym. Fachowców mieliśmy sztuk zero.
Na szczęście, z fachowców od negocjacji mieliśmy Jasminę. Prawie się już ów Hawkins precz zabrał, gdy wzięła go na stronę i delikatnie a ostrożnie uchyliła rąbka… tajemnicy, gówniarzu, siedź cicho gdy opowiadam. Dwie litanie później byliśmy już w znacznie lepszej komitywie; inspektor rzucił był okiem na grymuary po czym wraz z naszymi jął przeglądać magazyn. I bardzo dobrze, moi drodzy, gdyż bez niego przeoczylibyśmy sejf w podłodze. A w środku – ho, ho… Plan jachtu Inezy, plany rezydencji, jej dane medyczne (które komendant zaraz łapsowi odebrał i właścicielce oddał). To z mniej ciekawych rzeczy. Z ciekawszych – przemówienia… piękne, pompatyczne, podpisane Ines Conchita imion cztery Sierra Nevada, uwaga, Arcyksiężna wszystkich Hazatów. Nie Księżna Małżonka, jakby się kto pytał. Kolejny grymuar. Wielka pokryta symbolami strzykawa do implantowania demonów… ha, takie same oczy, jak wy, ja wówczas zrobiłem. Oczywiście rytuał musiał się odbyć, ale potem wystarczyło zapakować ofierze strzykawę gdzie słońce nie zagląda i voila!
Ostatni rekwizyt był istną kropką nad i. Może Ineza była wówczas niezłą dyplomatką, ale nie ten kaliber, moiściewy, by zdobyć i udźwignąć tytuł Arcyksiężnej. Natomiast pamiętnik, który znaleźliśmy, oświecił nas jak zamierzano to zrobić. I czyją to postać ujrzeliśmy wychodzącą. Krwawej Izabeli…
Tak, tej samej, Izabeli Marii Juany de Sierra Nevada. W prostej linii pra-pra-ileśtam-prababki Inezy. Wersję oficjalną znacie. Doskonały polityk, przywódczyni, która w ciągu swego życia sama, piórem i mieczem zarówno, zbudowała potęgę rodziny Sierra Nevada. Córka baroneta, a pozostawiła po sobie wnuka (bo syna przeżyła) markizem.
Wersje nieoficjalne zapewne też znacie. Nie mówiło się o nich za głośno, dla maluczkich było to niebezpieczne, a dla potężnych nieeleganckie. Po jej śmierci naturalnie, za życia było to niebezpieczne dla wszystkich. Natomiast lektura pamiętnika, cóż, potwierdzała większość z nich. Nie myślcie, osiągnęła władze i potęgę jaką jej przypisywano własnymi rękami… jeno przemilczano, jak skrwawionymi. Nie tylko mieczem i piórem, ale i zdradą, trucizną a sztuką tajemną tego dokonywała. Oraz strachem, moiściewy, wszak to najlepsza broń jaka kiedykolwiek wynaleziono.
Przy tym parała się antynomią, z wielką pasją osobiście torturowała więźniów… zarówno wrogów, jak i własnych poddanych, którzy mieli pecha w czymkolwiek uchybić. Nad jeńcami i przeciwnikami politycznymi zwykła pastwić się szczególnie długo a wymyślnie. Męczarnia markiza Guivenchy, jak wiecie, przeszła do legendy… a był tylko jednym z wielu. Przypisuje się jej też śmierć dobrego tysiąca dziewcząt… a pamiętnik liczbę tę podwaja – ile z nich poszło na żer dla demonów, a z ilu spuszczono juchę na kąpiel dla jaśnie pani, tego nikt nie wie. Tymże kąpielom, jak również magii, chirurgom i lypee zawdzięczała legendarną urodę i długowieczność…
Dodajmy, była to niewiasta tak rozrywkowa, że dwór Hirama przy jej to szkółka przyświątynna. Poza okrucieństwem, do legendy przeszła też jej rozwiązłość… ale hojność zarówno. Nagradzać potrafiła bez miary, na uczcie u niej można było stać się trzykroć bogatszym… albo runąć pod stół, sinym od trucizny.
Dożyła stu siedemnastu lat. Oczywiście pamiętnik nie opisuje jej śmierci, ale wersja że zachędożyła się na śmierć z czterema gachami na raz brzmi prawdopodobnie... zwłaszcza że wszystkich czterech, obdartych ze skóry, nazajutrz zawieszono na blankach zamku.

Z jednej strony, przyznaję, przywódczyni tego kalibru byłaby bezcenna… zwłaszcza że Juan Hirański, chwała mu po wszechczasy, lepszym był żołnierzem niż politykiem. Z takiego snadź założenia wyszedł Wróbel-antynomista i jego kamraci. Natomiast wiem, że komendant prędzej dałby sobie Czarną Gwiazdę na czole wyryć niż w jej szeregach stanąć…
Co do Inezy natomiast, wcale nie tak daleko padło jabłuszko… Po początkowym zimnym prysznicu i szybkiej szkole życia rychło zniknęła przestraszona i zagubiona laleczka. Krew Izabeli zaczęła z niej wychodzić już wcześniej, prawda, przypomnijcie sobie niedoszłych gachów których dla jej rozrywki JosMaria siekł… Później jednak, ku zdziwieniu wszystkich, sama założyła Wróblom wędzidło, zabrała się za tworzenie dyplomacji, niedługo to ona rozkazywała hazackiej rezydenturze na B2… z czego komendant też był rad.

Ale o dalszych losach Inezy kiedy indziej opowiem. Teraz wrócę, moiściewy, do onego Hawkinsa. Nie był on bynajmniej samotnikiem, Gildia miała, jak się okazało, sporą i nieźle wyposażoną ekipę do, powiedzmy, specjalnych poruczeń. Podobnie jak nam, zależało im na dyskrecji, zwłaszcza względem Inkwizycji. Obu stróżom i wszystkim, którzy widzieli cokolwiek, uprzejmie nakazano milczenie… po kilku godzinach natomiast przyleciała ekipa Hawkinsa. Mieli ciekawe wieści – nie był to jedyny demon tej ekipy, na orbitę wchodził właśnie frachtowiec z „przesyłką” pod ten sam adres. Z odszyfrowanego pamiętnika wynikało, że antynomiści przywiozą jeszcze samczyka i spikną parkę, brrr… zwłaszcza, że uwolniony demon był pono zbyt rozwinięty by go zaimplantować.
Hawkins z kompanami postanowili przechwycić przesyłkę jeszcze na orbicie i przy okazji capnąć kilku następnych antynomistów. A potem zapolować na demonicę.
Jak powiedzieli, tak zrobili. Następnego ranka…




Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń