Menu :


Link :: 05.02.2009 :: 15:42

17 - 19 IV 5004

Tanquam cecus in nebula

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jakom wam ostatnio rzekł, zaczęło się następnego ranka. Zanim jednak ów nastąpił, miało się odbyć jeszcze jedno wydarzenie. To, na które wszyscy czekali. Rzec by można – gwóźdź programu, sam powód dla którego znaleźliśmy się na Keth miast lecieć prosto na Pentateuch. Ceremonia, na którą zaprosił komendanta Nadakira. Rytuał oczyszczenia planety z skorup. 
Nie poleciałem tam, komendant i Ines zabrali tylko czwórkę przybocznych, poza tym towarzyszyła im ukarska straż honorowa. Na miejscu czekały już wybudowane loże, podest z tyglem, tudzież – rzec by można – materiał… dziesięć setek spętanych jeńców. I dwadzieścia kamieni dla nich.
Zaczęli niedługo po południu… Mówisz rytuał, myślisz – ceremonia, śpiewy, kadzidła… a tu wszystko odbyło się w przytłaczającej ciszy. Jak mi opowiadał później komendant, przewodzący kapłan rozpalił ogień pod tyglem, bez ceregieli dał znak by poczynać. W przytłaczającej ciszy, przerywanej tylko trzaskiem płonących drew i chrupotem ciętych żeber, dwudziestka kapłanów zabrała się do krwawego dzieła. Odziani jeno w przepaski biodrowe, od innych Ukarów odróżniający się li tylko kapłańskimi naszyjnikami, obalali spętanych (i najwyraźniej odurzonych, gdyż żaden nie stawił oporu, nawet nie krzyknął) jeńców na kamień, wyćwiczonymi ruchami rozcinali żebra kraxi, po czym wyrywali serca by rzucić je na tygiel. Rozległo się skwierczenie, podniósł się czarny dym, który jął nienaturalnie gęstnieć. Rzezano kolejnych, wokół kamieni potworzyły się hałdy trupów… a owa czarna chmura przysłoniła słońce. I czuć było, rzekł mi później don Alejandro, że uwalniane są potężne siły. A głos, jakim to wymówił, postawił mi włosy na karku… 
Chmura jęła się skręcać, zawijać, dało się w niej zauważyć kształty jakoweś… a może to wyobraźnia figle płatała? Długo to trwało… dla kilkorga spektatorów za długo, wynieść ich musiano. Wreszcie tysięczny jeniec zwalił się w krwawe błoto z rozdartą piersią, tysięczne serce poleciało w ogień… Dym, jak wszyscy się zaklinali, zastygł w bezruchu na kilka uderzeń serca. A potem wszystkich oślepił jaskrawy błysk…
Gdy przejrzeli na oczy, dym już się rozwiał. Niebo było czyste, nie skażone ani jedną chmurka. Żeby nie tygiel, spalone na żużel serca, tysiąc trupów leżących pokotem w błocie – pomyślałbyś, że nic się nie wydarzyło.  
I na tym rytuał się zakończył. Odbyło się jeszcze krótkie przyjęcie, po ukarsku, za które podziękowała kolejna partia gości. Raz, że mieli dość, dwa, że gospodarzy i tak to nie uraziło. Komendant jednak został. Jakom już raz rzekł, jak porządził Nową Kastylią te kilka lat i ani razu poważnie z Ukarami nie zadarł, to już był prawie swój. Popił trochę ichniego wina, pogawędził i do dwóch godzin wrócił wraz z Ines do Canizar. I na tym ów dzień się zakończył.
A rytuał, zapytacie? Udał się, a jakże. Nie w stu procentach, naturalnie… niemniej, nie było już na Keth owych trzydziestu milionów skorup. Ot, kilkanaście tysięcy może zostało…  

Następnego ranka było cicho a spokojnie. Iście cisza przed trzęsieniem ziemi. A po tym trzęsieniu – ha, wtedy dopiero się zaczęło…
Najgorsze, żem świadkiem większości owych wydarzeń niestety nie był. Pomnicie, pomimo korzystnego dla mnie (czytaj, słusznego a sprawiedliwego) werdyktu, komendant uznał że dla zachowania pozorów mój areszt domowy w Canizar należy przedłużyć o dni kilka. Więc wszystko, co wam opowiem, niestety słyszałem z innych ust. Sęk w tym, dziatki, że z tych co by opowiedzieć mogli, żadne już nie żyje. Jam jeden ostał…

Ale dość o tym, do rzeczy. Nalej mi tylko… Otóż, dziatki, owego poranka Czarna Ines nie zjawiła się na śniadaniu. Przeważnie śniadała wraz z komendantem - wbrew pozorom, zwykła wstawać wcale wcześnie. Nikt się jednak tym nie zaniepokoił, póki co… Ot, pomyślelim, nie czeka na nią stos papierzysk ani wrzeszcząca czereda petentów, wczorajszy dzień pełen wrażeń – niech śpi, skoro okoliczności pozwalają.
Zrobiło się dziwnie dopiero koło południa, gdy dodawszy do siebie rozmowy z całego poranka skonstatowałem, że nikt dzisiaj Inezy nie widział. 
To hasło już zaniepokoiło diuka. Poszedł, dla pewności z ochronką, do komnaty Ines, zapukał. Cisza. Wahał się chwilę, wszak gościnność święta rzecz, potem spróbował otworzyć. Zamknięte… Z klucza? Bynajmniej… Zablokowane od wewnątrz, elektronicznie. Sęk w tym że blokadę taką mógł wykonać tylko technik. Ines, jakby się kto pytał, może umiała się posłużyć komunikatorem, ale takie coś raczej ją przerastało. Na takie dictum komendant zapukał tak mocno, że drzwi wyleciały.
W środku – pusto… żadnych śladów przemocy, jeno niewielki bezład, jaki zostawia idąca spać szlachcianka – łóżko z odrzuconą kołdrą, szlafrok na fotelu, uchylone z lekka okno… i jeszcze świeży list na biurku. 
Komendant podszedł do biurka powoli, rzuciwszy wprzódy rozkazy. Zostaliśmy we dwóch w pokoju, w którym cisza i spokój stały się wręcz nie na miejscu. Za to w pozostałych komnatach pałacyku, zwłaszcza w pokojach Securidad, rozpętało się małe pandemonium.
Diuk nasz stanął nad biurkiem, na którym list rozłożony i przyciśnięty kałamarzem pozwalał być czytanym bez dotykania go. Po może pół minucie skończył i gestem zaprosił mnie.

…Despekt i dyshonor, jakimi w dniach ostatnich został dotknięty don Vega, nie pozostawiają mi wyboru. Zmuszona jestem opuścić Twój dom…  
   
Na pierwszy (i drugi też) rzut oka, list pisany był ręką Ines. Przez ostatnie miesiące widzieliśmy ich dość – to samo pochylenie, zawijasy, ostre kanciaste „s”. Patrzyliśmy nań przez minut kilka, aż przebudził nas hałas z podworca – ryk quadów, jazgot psów tropiących, a nade wszystko wrzaski Canizaresa, któren gromko obiecywał, co zrobi tym, którzy zadeptają ślady.
A potem usunęli nas z pokoju technicy i śledczy. Usiedliśmy w jadalnej, komendant wykonał kilka połączeń – list może i wyglądał autentycznie, ale ucieczka w nocnej koszuli bez pożegnania – już nie. Nasza agentura dostała tedy wiadomość o porwaniu. A potem komendant zaczął robić to, czego nie cierpiał najbardziej – czekał… Oj, dziatki, nie było to dobre wejrzenie, gdym mu w oczy popatrzył… 
Zaczęły spływać meldunki. Włamu do systemu ochrony dokonano z zewnątrz, za pomocą komunikatora wpiętego w obwód – system był niby niezależny od łączności zewnętrznej, ale dało się to obejść… w ten właśnie sposób. Tak samo zablokowano zamek. Kamery na perymetrze nawet nie zostały uszkodzone – po prostu w stosownym czasie obróciły się w inną stronę. A „stosowny czas”, trochę przed czwartą rano, oznaczał, ze byliśmy ponad osiem godzin w plecy…
Co do samej Inezy, to przez cały czas była w komnacie sama. Wstała, napisała list i wyskoczyła oknem. Na winorośli znaleźliśmy nitki jedwabiu, na ziemi – ślady krwi… Boso i w nocnej koszuli, kulejąc podreptała przed siebie. Oczywiście, rozszerzyliśmy promień poszukiwań do czterdziestu kilometrów – przez osiem godzin i boso nie uszłaby nawet połowy tego, ale strzeżonego… Oczywiście, wszystko to było raczej pobożnym życzeniem – ktoś zabrał się do roboty fachowo, jeśli nie miał na myśli jeno głupiego kawału, nie pozostawiłby najważniejszej części w rączkach (a raczej nóżkach) markizy. Ledwiem to pomyślał, przyszedł meldunek kolejny. Kilka kilometrów od pałacu trop się urwał, oczywiście – znaleziono tam ślad po lądowaniu grawicykla.  
Komendant prawie zgniótł komunikator, odebrawszy. Od tej chwili – szukaj wiatru w polu… Albo bardzo pięknej igły w wyjątkowo wielkim stogu siana. 
Teraz już naprawdę trzeba było czekać. Kanałami półoficjalnymi powiadomiono oczywiście Cesarskich i Azimowych, zaś Rycerzy Poszukujących – osobiście, komendant bowiem poprosił o pomoc Dydonę Rolas. Odbiło mu się to później czkawką… ale, nie uprzedzajmy faktów.

Następną godzinę komendant chodził po pałacu jak lew po klatce. Widać było, że się hamuje, by nie zrobić czegoś głupiego… alboli bezcelowego, na przykład nie rzucić wszystkich ludzi do ponownego czesania terenu. Lubo wiedziano, że nawet w gniewie nie przekracza pewnych zasad, ludzie bali się mu w oczy leźć. Po godzinie zasię zadzwonił komunikator.  
Wiadomość nie była – na pozór – związana z porwaniem. Był to mianowicie gubernator, z wieścią że w Zaorejas złapano sabotażystę próbującego zatruć ujęcia wody. Co było jednak dziwne i kazało oficjelowi zgłosić się bezpośrednio do diuka, człek ów zabrał się do tego… nawet nie nieudolnie. Wręcz demonstracyjnie. Tak, jakby chciał żeby go zauważono i złapano. Zamysł był dobry, don Alejandro bowiem, miast rzucić przez zęby „przesłuchać i powiesić”, kazał gotować skoczek do lotu. 

I tutaj, niestety, urywają się wiadomości z pierwszej ręki. Szczerze rzekłszy, następnym razem ujrzałem diuka… nie wdając się w szczegóły, długo później. Zostawił mnie bowiem w pałacyku, sam zasię zaprosił Dydonę, wziął czwórkę ochrony, tyluż śledczych i odleciał. 
Dwie godziny później lądowali już w Zaorejas, a po kolejnym kwadransie przed oblicze komendanta wwleczono skutego więźnia. Był to młody jeszcze wolny, były żołnierz. Nie jeden z ocalałych na Keth – przybył tu już po styczniu. Ledwie go postawiono do pionu, przemówił niepytany. Krótko i bez ogródek wyjaśnił, że w zamian za zwrot Ines jego mocodawcy żądają podania koordynatów naszego Conquistadora. Jakby komu na pamięci zbywało – będącego w posiadaniu diuka uryjskiego Lewiatana, naonczas wciąż leczącego rany po styczniowej awanturze z hazacką grupa wypadową. 
Cóż komendant? Odpowiedział zgodnie z prawdą, że nie zna dokładnego położenia okrętu (które kazał mu zmieniać, jak tylko ów odzyskał zdolność ruchu). Co więcej, dodał twardo, Lewiatan ów należy do floty cesarskiej (a to było już półprawdą, dziatki – owszem, miał go udzielić do służby w razie wojny, ale dysponował nim całkowicie). Czyli, między wierszami czytając, nie będzie negocjował. Na takie dictum jeniec umilkł i stracił przytomność. 

Dlaczego? Dowiedziałem się później – ale nie spytałem go nigdy. Czy postawił już na Czarnej Ines kreskę, uważał, że nie żyje? Czy może, wiedziony gorzkimi doświadczeniami z B2, nie spodziewał się uczciwej wymiany, czuł że dostanie klona, mieniaka? Może uważał, że nie jest warta Lewiatana? A może sam, będąc na jej miejscu, nie chciałby być obiektem targów? Mógłbym być pewien tylko jednego – jeśli jeszcze spotkają się z Ines, usłyszy ona od niego prawdę.

Póki co komendant przejął jeńca, kazał uśpić, wykonał jedno połączenie… i poleciał na okręt Nadakiry. Po co, zapytacie? Miał zamiar przeprowadzić kolejne przesłuchanie… mniej ortodoksyjnymi i dla wielu niedopuszczalnymi metodami. Wiem, wiem, niepodobne doń. Tylko, dziatki, owego dnia coś się w nim przełamało. 
W każdym razie, niedługo po lądowaniu przyszła młoda ukarska kapłanka i bez większych ceregieli, na życzenie komendanta, sprawiła więźniowi psioniczny gwałt. Czyli, wyjaśniając, przepuściła całą jego jaźń przez wyżymaczkę, wywlekając wszystkie wspomnienia. Po takiej operacji ofiara przeważnie jest już tylko strzępem człowieka, a psionik też ma się niewiele lepiej. Tyle że Ukarzy mają mniej liberalne podejście. Przesłuchująca mogła tedy, zaraz po operacji, odpowiedzieć na pytania diuka…

-To ścierwo nic nie wie…

Był tylko przekaźnikiem. Został przejęty przez innego psionika, zmuszony do „zatrucia” wodociągu, złapany i postawiony przed Donem Alejandro. Przekazał, co miał, zrobił swoje… i tyle.
Ale to oznaczało, dziatki, że nie przybył na planetę potajemnie. Że nie wszystkie wspomnienia mu wyczyszczono. Jego dziura w pamięci miała swój koniec – w chwili, gdy przemówił do Dona Alejandro. Ale miała tez swój początek. Gdzie? Ano, w winiarni. W mieścinie zwanej Garrigues. Ukarka nie dowiedziała się, co w owej winiarni nastąpiło, niemniej sabotażysta w niej był – w wieczór poprzedzający zniknięcie Ines.

To już, dziatki, był pewien trop. Komendant, choć rwało go by tam lecieć samemu i śledztwo wszcząć, posłał tylko kilku chłopaków od nas, tudzież wydał rozkazy szefowi lokalnej siatki wywiadu.
Kolejnym, co zrobił, było poproszenie Dydony Rolas o osobisty udział w sprawie. 
Polecieli. Garrigues przed inwazją było niedużym miastem, szesnaście tysięcy dusz liczącym. Po styczniu, ze względu na pobliską kopalnie i sieć jaskiń, stało się najludniejszym w okolicy - z mieszkańców ocalała niemal jedna trzecia. Obecnie, po miesiącach kolejnych trzech, znów było ludne.
Don Alejandro powrócił do Canizar, by przejrzeć kolejne raporty, tudzież by w papierkach znaleźć choć na chwilę zapomnienie. Zanim jednak dotarł, Dydona et consortes lądowali już w Garrigues.
Długo komendant nie wytrzymał, godzin może dwie i kazał skoczek do lotu rychtować. W dobry czas zresztą to uczynił, gdyż ledwie ów rozkaz krzyknął, przyszła wiadomość z rezultatami śledztwa.
Nasi chłopcy oczywiście nie zaczęli od zrównania owej speluny z ziemią, lecz od dyskretnego wypytania miejscowych. Pamięć jednego ze starych a spragnionych bywalców, połaskotana garścią piór, wypluła obraz „sabotażysty” oraz niewiasty, która zaczepiła go w lokalu. Dziewczyna , parająca się wiadoma profesją, wzięła go na pięterko… tak między nami, dziatki, one pięterko miało jakiś niezwykły magnetyzm, bowiem w tej właśnie chwili nasi wywiadowcy ujrzeli, jak zdąża tam Dydona z innym z gości, o postawie żołnierza. Mawiają, że nabór do Rycerzy Poszukujących na Keth wzrósł przez następne pół roku dwukrotnie…  
Gdy zatem pani paladyn przesłuchiwała kolejnego świadka, nasi jęli wypytywać okoliczne prostytutki o dziewczynę z tawerny… Nowa, oznajmiły z nutką zawiści, niezrzeszona, pojawiła się kilka dni temu. Kolejną garść piór kosztował nas w miarę dokładny konterfekt pamięciowy. Na marginesie, Canizares miał niezły ubaw sporządzając go – gdyby brał pod uwagę wszystkie jadowite komentarze dotyczące jej wyglądu, owa niebrzydka w sumie niewiasta musiałaby chyba dokładać do interesu…

Nie przedłużając, takąż wiadomość otrzymał od nas don Alejandro i wyruszył w te pędy do Garrigues. Obecni na miejscu, jak to zostało ustalone, wysłali do tawerny drugą zmianę – ci zamówili lokalnego sikacza, rozsiedli się i czekali, czyniąc pozór ubogich szlachciców, którzy wpadli wieczorem na kielicha…
Czekali może dwie godziny… Az w końcu – nie do wiary – pojawiła się. Chłopcy zabrali się do przejęcia w rękawiczkach… oj, dziatki, czasem lepiej jest po prostu dać w łeb… dali jej kilkanaście minut, potem  
Ferrol podszedł do niej, brzęcząc mieszkiem. Minuta rozmowy i już go prowadziła na owe magnetyczne pięterko…
…z którego zeszła po może kwadransie, sama. Konsternacja potrwała chwilę, potem dwóch poszło za nią, wzywając przez komunikator Dydonę. Kolejna dwójka weszła na pięterko, gdzie znaleźli Ferrola – żywego, golutkiego jako niemowlę, podobnie jak owe śpiącego i głupawo uśmiechniętego. 
Tamci zasię zaczęli śledzić dziewczynę. Długo to nie potrwało – dojrzała ich, jednemu i drugiemu pojrzała w oczy – i, cóż, film im się w tej chwili urwał. Pozostała sam na sam z Dydoną Rolas.
I na tą właśnie chwile nadleciał skoczek z komendantem. Za sterem nie siedział akurat żaden z naszych, jeno ten Kajdaniarz, Kazansky. Że wiedział już, w którym miejscu miasta rzecz się dzieje, zatoczył nisko krąg, szukając miejsca do posadzenia maszyny. A tu – nic… wszędzie dachy i wąskie uliczki. Zrobił jeszcze jedno kółko, potem – jak opowiadał – popatrzył na twarz komendanta, przeżegnał się i posadził ptaszka na wcisk w pierwszą lepszą wyrwę. Co ciekawe nie zniszczył przy tej czynności ani samego skoczka, ani składu i kamienicy między którymi usiadł – niech zdechnę jeślim zełgał, aż chłopcy zdjęcia porobili, po dwie stopy luzu z każdej strony…
Komendant nie podziwiał artyzmu owego lądowania, miast tego ruszył biegiem w kierunku onej winiarni. Nie dotarł jeszcze a spotkał – kogóż innego, jak nie panią paladyn. Całą i zdrową, dodajmy, uśmiechnięta a zadowoloną, jakby co najmniej Salandrę miała pod kluczem. 
Gdzie psioniczka, zapytał diuk bez wstępów. Wszystko pod kontrolą, książę, odrzecze owa Dydona. Że nie ma powodów po pośpiechu, nie rozmawiajmy na stojąco, nie przystoi. Czy nie mógłbyś, książę, zaprosić mnie na kielich wina, ot, jak znalazł za rogiem jest winiarnia, jak sam wiesz…
Cóż mogę rzec, podziwiam cię, Alejandro. Ja już chyba w tym momencie bym nie zdzierżył i za żelazo chwycił. Diuk zacisnął jednak zęby i iście dał się powieść do szynku. 

Pojawienie się pana tych ziem wywołało zrozumiałe poruszenie. Nawet najbardziej zamroczonym bywalcom wystarczył rzut oka na wściekłe oblicze komendanta, by lokal opustoszał. Gospodarz witał zgięty w pas, klnąc pod nosem, że tej nocy nici z klienteli. Gość pomimo zdenerwowania pojął sytuację, cisnął sakiewkę na bar i z wymuszonym spokojem odsunął Dydonie krzesło.
Tyle wytrzymał, chociaż, jak chłopcy mówili, przy pierwszym łyku mało kielicha nie zjadł. Spokojnie zapytał po raz wtóry, co z ową psioniczką. Pozwoliłam jej odejść, odparła spokojnie paladyn. Raz, że i tak bym jej nie powstrzymała. Dwa, że Ines jest już bezpieczna. To jest, dokładnie rzekłszy, będzie bezpieczna za godzinę. 
Co to znaczy, że za godzinę, jął naciskać diuk. Gdzie ona jest? I dokąd udała się ona psioniczka… którą może uda się złapać i zmusić do gadania szybciej niż w godzinę. I – wreszcie – skoro pani Rolas wie tak wiele, to kto za owym porwaniem stoi?
Cierpliwość jest cnotą, książę. Poza tym, zmuszasz mnie bym się powtarzała. Za godzinę pani Ines będzie, cała i zdrowa, w naszych rękach. I więcej nic nie powiem.
Oj, powiesz – ha, to samo pomyślałem. Niestety, po pierwsze była Rycerzem Poszukującym. Po drugie – cóż, póki Ines się nie odnalazła i godzina nie minęła, należało uznać jej słowa za dobrą monetę.
Tak to siedział nasz diuk bitą godzinę naprzeciw nadzwyczaj zadowolonej z siebie Dydony, zębami zgrzytając i nieledwie pięści gryząc. Jak mi potem Canizares mówił, chłopcy w tawernie siedzieli równie nerwowo, kajdanki i głuszaki mając w zasięgu ręki, rozkazu jeno czekając…
Tak, dziatki. Może i było jej wesoło, może i była pewna tego, co mówi i dane jej było przez godzinę pograć na nerwach diuka Corrinho, ale – co, jeśli nie miała racji? Jeśli Ines może się znajdzie, ale okaleczona bądź martwa? Wtedy – cóż, z osoby przekazujące wiadomość stałaby się wspólniczką. I najlepsze, co mogło ją czekać, to powrót na B2 w kajdanach…
Godzina dobiegała już końca, humory diuka Corrinho z wolna stawały się waporami i w postaci smug siwych jęły opuszczać jego ciało przez uszy, gdy zadzwonił komunikator. Pozornie spokojnie komendant przeprosił, odszedł i odebrał na stronie. Następnie, rzuciwszy krótkie pożegnanie Dydonie, opuścił winiarnię i ruszył w kierunku skoczka…
A przed skoczkiem stał Kazansky, oglądał prospekt i drapał się w zakłopotaniu po głowie…  
   




Komentuj (0)


Link :: 11.02.2009 :: 18:13
15 II – 17 III 5004

Konkwista goliacka 19-28 (33)

Drużyna Manuela

By MANUEL


Otwórz folder… Notatki z peregrynacyj wielmożnej Bjork Gudmundsdottir Torrenson… część czterdziesta druga… Włącz zapis…
Jakoś tydzień po świętej Mayi Jego Miłość wyruszył wraz z Iwanowiczem do Kalifatu. Wziął część floty, część zostawił, dwa statki wysłał z baronessą Leilą. Wielkie nadzieje pokładał Książę w Almaliczce, głównie dlatego że żywcem nie miał czasu. Sam pędził jak na złamanie karku, niecierpliwy był, jak to Trinidad. Te kilka dni w zamknięciu to był dla niego dramat – starałam się go uspokajać, ale i tak większość rozmów toczyliśmy na temat procesu. No, w końcu (jak zwykle!) okazało się że strachu nie było, ale co Jego Miłość w złości natłukł Szesnastce na treningach, to jego.
Dolecieliśmy, nie bez problemów, takich jak np. korekt…

/zapis uszkodzony/

…kich okrętów. Na planecie przyjęto nas iście po królewsku, ha, łeż to co o Kurganach podówczas mawiano. Sułtan (a w zasadzie jego emirowie) przekazał nam do dyspozycji przepiękną rezydencję, wraz z gwardią, tłumaczką i jeziorem sorbetu. Rozgościliśmy się, ale nie było czasu na wypoczynek – książę wraz z Iwanowiczem przegadali jeszcze kilka godzin na temat strategii negocjacyjnych, po czym udali się na spoczynek.  
Następny dzień rozpoczął się wcześnie i był niezwykle pracowity. Panowie rozpoczęli rozmowy z emirami. (Sułtan podówczas oficjalnie zajmował się medytacjami) Rzecz jasna, chodziło o wsparcie nas w nadchodzącej wojnie… aliści nie negocjował Trinidad jak niektórzy: Feniks na piersi, pod Feniksem podarte gacie. Przedstawił Jego Miłość konkretne propozycje, jak na przykład…

/zapis uszkodzony/

…rancjami Rodu Li Halan. Niestety, choć oferta hojna, Sułtan miał związane ręce – nie mógł formalnie wyruszyć na wojnę – cóż, takie są skutki zawierania nietrafionych sojuszy obronnych…
Udało się na szczęście uzyskać pomoc konkretną może nie w skali wojny, ale na pewno bitwy. Jak mawia stare powiedzenie, „kasztany najlepiej wyjmować z og…

/zapis uszkodzony/

…le minowe. Podpisał więc Jego Miłość co podpisać miał, co załatwił swym szczerym uśmiechem to załatwił – po czym wyruszyliśmy. I, co ciekawe – bez Iwanowicza. Ten-ci zmył się, nawet nie dowiedziałam się dokładnie o co chodziło, poza tym że miał możliwość odzyskania dla swego Rodu jakiegoś systemu. Ale, żeby sumienie uspokoić, zostawił Decados naszemu Panu całkiem zgrabny krążowniczek rakietowy. Cóż, mieli miny ci co zostali na Goliacie, jak wrócił Jego Miłość bez Iwanowicza, ale za to z jego okrętem. 

Książę zebrał całą flotę, po czym ruszył na Demeter. Tam okazało się, że posiłki z Limbo już dotarły, w imponującej licz…

/zapis uszkodzony/

…gający naprawy. Taka siła upoważniała już do przebijania się przez Graala. Ale zanim doszło do bitwy, książę Manuel wylądował na planecie, zakończył śledztwo związane 
z zamachami, rozruchami i chorobą notabli, po czym siadł do rozmów z admirałem Reinhardem Andermanem Hawkwoodem (starszym nawet ode mnie!). Cóż, szykowała się jedna z największych bitew tej wojny (a w zasadzie, gdyby nie liczyć masakry Świętej Floty 
i zdobycia Criticorum, to największa), wiedział to Jego Miłość, wiedział… Chciał dowodzić, aż się palił do konsolety na mostku flagowym, widziałam to. Cóż, emocji nigdy ukryć nie potrafił. Ale pamiętam, honorem się nie uniósł, Andermanowi dziury w brzuchu nie wiercił, choć zawodowiec - wyższym szarżom sprawę zdał (a może właśnie dlatego), grzecznie zaproponował swoje dowództwo nad jedną sekcją – no i co powiecie? Dostał w dowództwo całą grupę ciężką, czyli: pancernik rakietowy Tamm…

/zapis uszkodzony/
 
…ciele. Mówiąc krótko – trzon floty. Jessica Trinidad-Timbroke, jako czasowy komodor Nefrytowej Armady, objęła flagmostek Masakatsu, i trzeba było dziewuszce aż kropelki podać, tak się zgrzała z wrażenia.
Zakończono, co miano zakończyć. Jego Miłość dyspozycje powydawał (sierotki z La Croix na pokład wziął, o nich następnym razem), flotę na baczność postawił, po czym wyruszyliśmy w kierunku Wrót… 




Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń