Menu :


Link :: 06.03.2006 :: 19:51
15 ianuarius 5002

Ojciec Zachariasz

Sesja Drejkowa - D3

BY LEON

Ojciec Zachariasz był świętym człowiekiem. W tych plugawych czasach, kiedy nawet księża odwrócili się od Świętego Płomienia, Jakub nie spotkał nikogo innego, równie wpatrzonego w nauki Proroka. Zachariasz troszczył się o zwykłych ludzi, karmił ich, ubierał, leczył – dawał nadzieję i siły do walki ze wszechobecnym zepsuciem. Okrutny ziemianin, bezbożny kupiec czy tłusty, obżarty krwią wiernych hierarcha... przed zemstą Wszechstwórcy nie było ucieczki. Od dżungli Severusa po zaułki Bysantium Secundus, uciskani przez grzesznych władców poddani uwierzyli w Zachariasza i poszli za nim. Kuba od kilku lat służył Nowemu Prorokowi i zabił już wielu złych ludzi. Był dumny ze swojej służby.

Teraz wpadł w ręce wroga.

- Dobrze, na początek proste pytania. Jak się nazywasz? Kto was wysłał?
- Zginiesz piekielny pomiocie! Święty płomień - -
- Zła odpowiedź – decadoski heretyk uśmiechnął się, zamykając obwód; Jakub zgiął się w bólu – damy panu jeszcze jedną szansę.
... przesłuchanie trwało... śmiech heretyków i jęki sprawiedliwego...
- Nic mi nie zrobicie! Nie możecie, Wszechstwórca mnie obroni!
Demon w skórze Rycerza Poszukującego popatrzył mu prosto w oczy...
- Wręcz przeciwnie. Wszechstwórcy nie obchodzi twój los. Zabierzemy twoją nędzną duszę prosto do Gehenny.
- prosto do Gehenny – powtórzyli zgodnie antynomiści.
...
Jakub otworzył oczy... zimno... ciemność, rozjaśniana słabymi, niebieskimi płomieniami. W oddali tron, na tronie, dookoła, wszędzie...
- Demony! Na Proroka! Ratunku!
- I gdzie jest teraz twój Wszechstwórca?
Kolejny demon pogładził swoimi długimi, ostrymi jak brzytwa szponami twarz Jakuba.
- On ci tu nie pomoże sssssłodziutki.
...
- Mówiliśmy już, nie masz ratunku...
- Chociaż może, – jedna z bestii weszła drugiej w słowo – może gdyby wyrzekł się Wszechstwórcy...
Trzeci demon kiwnął głową.
- Tak, może wtedy...
- I powiedział nam wszystko...
- Tak, wyssssspowiadał się...
...
Cóż biedny Kuba mógł zrobić? Ugiął się i wydał swojego Proroka. Obiecywali tak wiele – pieniądze, władzę, szczęście – w końcu bycie demonem wcale nie musiało okazać się takie złe... Świątynię Ojca Zachariasza szturmem wzięli Rycerze Poszukujący pod dowództwem Aleksandra Wolvertona. Kapłan zginął w trakcie ataku, a pozostali winni śmierci krewnych Aleksandra zostali publicznie usmażeni.
Zaś Judasz... Judasz otrzymał swoje srebrniki.

Jakub ocknął się gdzieś w slumsach, leżąc w stercie śmieci. Szybko zdał sobie sprawę, że władcy Qlippothów dotrzymali swojej części umowy. Pazury, wykrzywiona twarz, niebieska skóra, niesamowita energia, rozpierająca całe ciało – stał się jednym z nich. Już nigdy nie przyjmie od nikogo rozkazów, wszystko będzie się działo podług jego i niczyjej innej woli. Moc i wolność. Szedł przed siebie, ciesząc się jak dziecko. Jakaś kobieta zauważyła go, krzyknęła i zaczęła uciekać... pobiegł za nią, dopadł jej...
...
Po pierwszym szoku ludzie zorientowali się, że demon jest tylko jeden, w dodatku niewielki, a ich wielu. Role się odwróciły, teraz to potwór uciekał przed swoimi niedoszłymi ofiarami. Z każdym kolejnym zakrętem, pogoń stawała się coraz to liczniejsza i bardziej zawzięta. Gdy demon przystanął, nie mogąc zaczerpnąć tchu, poleciały pierwsze kamienie, a tłum nędzarzy okrążył bestię.

Z wysoka całą rzecz obserwowała trójka szlachciców.
- Pomyśleć, chirurgia plastyczna... panie Wolverton, jestem pod wrażeniem. Jeśli wolno spytać, czy tak wygląda business as usual Rycerzy Poszukujących?
- Zdarza się, zdarza.
Decadosi pokiwali głowami.


Komentuj (34)


Link :: 17.03.2006 :: 02:37
31 maius 5002

Ligeheim II cz. 4

Sesja Wewnatrztygodniowa

BY MOEBIUS

Oho, nasz śpiący królewicz się obudził. No i fajnie, może wreszcie ktoś zacznie tu myśleć.
Hmmm, no to przestaje być zabawnie. Askar co widzi w pierwszym momencie? Oczywiście pokiereszowane buźki dziewczyn. Varia w kołnierzu ortopedycznym i Leila z sińcem na pół twarzy. Shit, moja wersja może nie być aż tak przekonywująca – u mnie nie widać nawet zadrapania. Ale nie, nawet dobrze jest. Zamiast z pianą na ustach i Pazurem w garści rzucić się na mnie, nasz hrabia zaczyna odstawiać regularne śledztwo.
Zamyka się ze świadkami i wypytuje. Kurde, fajnie jest, tylko co ze mną? Vleska, Tomashi, Leila, Laura, Vasil... Ciekawe, co mu powiedzieli. Bo im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że mogłem przesadzić. Mocno przesadzić... No nic, wszystko zależy od ich "zeznań". Co ciekawe - Askar na razie nie rozmawiał z Varią...
No dobra, teraz moja kolej...
Tak, zrobiłem im krzywdę, tak - broniłem się... cholera, czy ja wyglądam na aż takiego debila? Ludze! Przecież gdybym naprawdę chciał wszystkich pozabijać to nawet Amaltea miała by problemy z poskładaniem ich do kupy. Tak, to Varii wina! Cholera, wszystko mnie boli… Półtorej godziny temu miałem okazję naprawdę nieźle oberwać i teraz marzę tylko o jakimś krześ… Oż, kurwa… No tego się nie spodziewałem… Uderzenie nie jest zbyt mocne, ale i tak ląduję na podłodze. Już drugi raz skrzywdziłeś moją siostrę – mówi Askar. A mnie zaczyna szlag trafiać. Jak rozumiem miałem się dać zabić? No, kurwa, wielkie dzięki. Nie, nie potrzebuję pomocy. Sam wstanę. A Ty możesz kiedyś pożałować tego ciosu…
Obrażam się na wszystko i wszystkich. Mnie tak potraktować? Mnie? A, cholera tam! Skręcam sobie jakieś uspokajające coś. Ręce mi się telepią, to podwójną dawkę. Ot, tak na wszelki wypadek. Bo jak się lepiej poczuję, to wolę być do Askara przyjaźnie nastawiony. Laura siędzi obok, coś mówi, tłumaczy. Ech, dwa buchy i życie z powrotem nabiera kolorów…
Nasz pan i władca idzie w końcu do Varii. Po chwili… wychodzi? A następnie – zawraca i wchodzi z powrotem. A z pokoju wychodzi naburmuszona Ewa i Leila. No jasełka dosłownie. Istna autostrada… A Ewa mnie już nie lubi.
Mija czas, skręt się kończy, ogólny nastrój leży… No, Askar w końcu się pojawia. Mówi, że wszystko załatwione i… że czas na obiad. Faaajnie.
Varia. Podchodzi do mnie i… przeprasza. No ja w sumie też. Ech, kurde, co nam do tych głupich łbów strzeliło, że się pozabijać próbowaliśmy?
Askar mówi, że cała ta sprawa to był wynik nieporozumienia jakiegoś. No, jasne, że tak, Sher’loo’qu (Ukar taki jeden, jakby ktoś nie czaił, pracował dla jednej z Triad, wykończył go taki jeden łapiduch – Wartson czy coś w ten deseń). Na spokojnie to raczej byśmy sobą po ścianach nie miotali. Ale dobra, przyjmuję do wiadomości. Przeproszono mnie, przeprosiłem, sprawy nie ma.
No to na obiad.

Komentuj (0)


Link :: 17.03.2006 :: 02:39
1-18 iulius 5002

Ikona II cz.1

Sesja Specjalna

BY LEILA

Zaproszenie na urodziny Manuela bardzo miło mnie zaskoczyło, zwłaszcza, iż odnosiłam wrażenie, że moja osoba trochę go irytuje. Ucieszyłam się, że o mnie pomyślał. Ponadto – nigdy jeszcze nie byłam na Ikonie. I oczywiście – zawsze to dodatkowa okazja do spotkania z przyjaciółmi.

Niestety nie możemy zabrać się Allawem. Statków na Ikonę lata niewiele – w dogodnym dla nas czasie leci tylko zwyczajny, średniej klasy transportowiec „Buttercup” – ale to nawet lepiej – bo okazuje się, iż będziemy podróżować razem z Fatimą. Tuż po starcie zbieramy się w mesie. Manuel już po operacji – wciąż jeszcze na prochach i z rehabilitantką, ale nie wygląda źle. Fatima w dobrym humorze, cieszy się na wyjazd. Rozmawiamy, Askar z Oktawianem grają w bilard, gdy wchodzi ktoś jeszcze. Azim.
- Panowie, panie – wita się skinieniem głowy.
Hmmmm. O nie, nagle nabrałeś ochoty na wielkopańskie zwyczaje... Zobaczymy...
- Azim, jak to, już nie witasz się ze mną „na misia” – wykrzykuję na całą mesę.
W odpowiedzi on odburkuje coś o „zatykaniu skrzynki kontaktowej”. O co mu chodzi? Chcę go zapytać, ale właśnie podchodzi do niego barmanka z prośbą o autograf. Potem Askar pyta o Aidę – Azim odpowiada, iż na Hargardzie przeżyła ciężkie chwile, ale dochodzi do siebie. Kiedy mamy okazję chwilę pogadać Azim wyjaśnia, że tak, dostał informację, nawet kilkakrotnie. Pytam go o zmienioną twarz Aidy. Odpowiada, że to za sprawą artefaktu urów, ale zostało już odwrócone. Po krótkiej rozmowie zaczynamy dyskutować w szerszym gronie. Przy pierwszej nadarzającej się okazji wspominam o Vasiliju. Fatima zaprasza nas na swój ślub, który odbędzie się na początku września.

Następnego dnia wstaję rano i zabieram się za naukę. Nie trwa to zbyt długo – stuka to mnie troszeczkę obrażona Fatima i wyciąga do mesy, gdzie zebrało się już wesołe towarzystwo. Manuel polewa sake, rozmowa toczy się ożywiona. Siedzące kilka stolików dalej Torensonki – starszawa kobieta i młoda, dość zaszczuta jak na mój gust dziewczyna patrzą się na nas potępiająco. W mesie pojawia się także LiHalańska księżna IMIĘ i przysiada się do „naszego” stołu. W tym momencie robi się bardziej oficjalnie, niemniej księżna wyciąga własne sake. Potem kolej na daktylówkę Askara, a nowa pani ochroniarz Fatimy – Sadara opowiada związaną z tym trunkiem anegdotkę. Za dużo tego alkoholu, niemniej czuję się osaczona. „Z nami się nie napijesz?” i chlust. Z całej naszej paczki Azim pije i pije, ale wydaje się najbardziej trzeźwy. Taak – pewnie wspomaga się okultystycznie. Wieczorem aktywuje się pokładowy kaowiec proponując karaoke. Mam ochotę namawiać Azima, żeby coś zagrał, ale zanim zdołam cokolwiek powiedzieć hrabia wychodzi i wraca z gitarą. Nie będę gorsza. Wychodzę i wracam z fletnią. Manuel też wychodzi... wraca z rytualnym rogiem... no nie, tym razem to zakasował nas wszystkich. Zatem gramy – jedni (Azim) lepiej inni (Manuel) gorzej a Varia z Ewą akompaniują nam stukając w stół.

Poranek. Boli mnie głowa. Wiedziałam, że nie trzeba było tyle pić. Śniadanie. Właśnie gadamy sobie w najlepsze, kiedy inforują nas o „przejściowych problemach technicznych” i nakazują udać się do kajut. Rozchodzimy się zatem, przy czym ja towarzyszę Fatimie. Cóż, poczekamy aż się wszystko wyjaśni. Tymczasem gadamy. Z rozmowy wnioskuję, że z Fajsalem układa się jej dobrze. Ot, chociażby, wspomina o swojej drobnej przeprowadzce... Właśnie plotkujemy sobie w najlepsze, kiedy komunikator w kajucie odzywa się ponownie „Statek został przejęty. Jeśli będziecie posłuszni nic wam się nie stanie. Do osobnika, który jest w mesie – wracaj, albo wypompujemy powietrze z jednej z kabin.” Korzystam z mentalnego połączenia z Askarem – co się dzieje... Odpowiada, że sam wie niewiele, potem jednak uzupełnia – statek opanowali piraci. Na pokładzie nie jest ich dużo, ale obok nas leci uzbrojona piracka fregata. Zamordowali prawie całą załogę i próbowali usunąć powietrze z dolnego pokładu, gdzie podróżowali biedniejsi pasażerowie. Ponadto korytarz naszego pokładu wypełnia trujący gaz. Niedługo później ktoś próbuje się ze mną połączyć – Varia. Stworzyła sieć linków, dzięki której wszyscy możemy się komunikować Wszyscy? Nie mogła znaleźć Azima. Próbuję namierzyć go dalekowidzeniem, ale bezskutecznie. Szybko dławię strach. Muszę być spokojna. Trzeba jak najszybciej opanować sytuację, tylko wtedy będziemy mogli mu pomóc. Sytuacja? Przelatujemy właśnie obok Iblisa, planety, o której mówi się, że znajdują się na niej demony. Askar wyczuwa coś złego – prawdopodobnie na fregacie jest przybysz z Qulippothów a piraci pozostają pod jego wpływem. Akcję czas zacząć. Rzucam dalekowidzenie raz jeszcze – tym razem wybieram punkt na zewnątrz statku. Jest fregata. O cholera – dostrzegam strumień krystalizującego powietrza - na dolnym pokładzie otwarto śluzę. Kolejny „skok” i jestem w środku. Zamykam ją. Co dalej? Wybieramy się na mostek fregaty. Ponoć ktoś już tego próbował, ale momentalnie go wybiło. Czy moje mnemo może się przydać? No to ciach. I tym razem nas wyrzuciło, ale zapamiętałam obraz. Z Askarowym wspomaganiem byliśmy w stanie przyjrzeć się okultystycznej naturze demona. Manuel dokonuje szybkiej klasyfikacji. Ponoć istota nie jest słaba, ale na szczęście nie jest też bardzo potężna. Kalinthi prosi, by „wyłączyć” go z sieci. Zamierza czegoś spróbować. Niedługo potem coś dzieje się Varii i połączenia zostają zerwane. Ale – w sumie nie jest źle – mam dalej linka z Askarem a z Fatimą mogę porozumieć się „konwencjonalnie”. Jeszcze raz „wyglądam” za statek, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zorientowano się o zamknięciu śluzy. W samą porę. Tym razem zamknąwszy śluzę wyłamuję dźwignię. Tyle, że oni zawsze mogą otworzyć inną i możemy się tak bawić, dopóki nie starczy mi mocy. O, jest jeden z nich. Przygląda się zepsutemu urządzeniu wyraźnie zdziwiony i wychodzi. Po chwili wraca...z ładunkami wybuchowymi. Zabić go? Askar odradza. Obezwładnić? Szybko, myśl szybko...Przejąć!

Pierwsza próba zawodzi, ale za drugim razem łapię go mocno. Teraz będzie moimi oczami i uszami. „Wracam” nim na mostek. Tylko ja się zachowywać, co mówić...Siedzi tam czterech ludzi w tym „nasz” kaowiec.
- Hej, nie słyszeliśmy wybuchu.
- Eee... udało mi się naprawić... Szkoda ładunków...
Askar sugeruje mi, żebym rozwaliła ich wszystkich...będzie trudno... że maja się zebrać w kupę? Próbuję zwrócić ich uwagę, ale nie bardzo mi to wychodzi, w dodatku o włos nie wzbudzam podejrzeń. Askar mentalnie wyraża swoje pretensje. Nie, jeszcze poczekam. Może nadarzy się okazja. Prowadzę „niezobowiązującą” rozmowę... w czasie której dowiaduję się na przykład, że za głowę Manuela jakiś inżynier obiecał 16 000 fenixów. O proszę, panowie doszli do wniosku, że Fatimy sobie poużywają, a że za mnie kasy nie dostaną, poza tym brzydka jestem, zamierzają złożyć mnie w ofierze... Przytakuję, od czasu do czasu rzucając komentarz. Staram się brzmieć naturalnie. I okazuje się, że dobrze zrobiłam. Dowiaduję się o tym, że na pokładzie jest jeszcze dwóch – niejacy Binky i Joe. Jednego z nich wysłali, by założył ładunki przy generatorach. Oblewa mnie zimny pot. Drugi poszedł po wódkę, ale nie wraca. Mnie też wysyłają. Udaję, że zamierzam tam iść, a potem kieruję się w stronę generatorów. W międzyczasie dowiaduję się, iż Azim „znów jest w zasięgu” , poza tym podłącza się do mnie Fatima... Proponuje przejęcie Binky’ego. To dobry pomysł. Udaje jej się to bez większych problemów. Niestety nie umiemy rozbroić ładunków. Pozostaje zatem dopilnować, by piraci nie zdołali ich odpalić. Askar chciałby, żebyśmy od razu wracały na mostek, ale ja mam lepszy pomysł. Pójdziemy po tę wódkę, w końcu Binky mógł skończyć i przyłączyć się do „mnie”. Początkowo Askar zrzędzi, ale potem zgadza się, że to będzie dobry osób, by zebrać ich w jednym miejscu. Idziemy do kuchni.
Już z daleka słyszymy strzały, kiedy wchodzimy zastajemy Joe’go z szklanką wódki w jednej a pistoletem w drugiej ręce. Właśnie faszeruje kulami trupa barmanki leżącego w kałuży krwi na podłodze.
- Miałeś przynieść wódkę.
- Dobrze mi tutaj – kolejny strzał. – A na zapleczu jest jeszcze jedna...Żywa... – wstaje. – A może któryś z was chce to zorbić?
Fatima strzela mu w plecy.

Co dalej? Pewnie słyszeli strzały...ale przecież wcześniej Joe też strzelał. Zabieramy wódkę i idziemy na mostek.
- Gdzie Joe?
- Nie chciał przyjść. Siedzi tam, chleje i ładuje w trupa barmanki.
Jeden z piratów wybucha rechotem
- A zaczął ją już obracać?
Powstrzymuję cisnący się na usta grymas.
- Jeszcze nie...
- Taaak, a pamiętasz tę młodą almaliczkę, cośmy ja pojmali w zeszłym roku? Zanim ją zabił wyłupił jej oczy.
Teraz śmieją się wszyscy czworo. Stawiamy butelki, nalewam. I mamy nasze stadko. To nawet lepiej że jestem leworęczna.
- Oby nam się wiodło. – wznoszę do góry szklankę.
- I za nasze długie życie... – dodaję otwierając ogień.

Siadam za sterami. Askar idzie do lądownika, przy pomocy którego dostali się na nasz statek i załatwia ostatniego z piratów. Trzeba usunąć trujący gaz. Fatima uwalnia i przyprowadza mechanika. Początkowo nie chce współpracować, ale w końcu zaczyna słuchać. Pozostaje fregata. Manuel może „zepsuć” jej silniki, Azim unieszkodliwi działa. Kiedy tylko to zrobią – mamy jak najszybciej odbijać. Tak też robimy. Kurs na wrota. Ufff...nie mogą nas gonić. Teraz trzeba posprzątać. Trupy piratów pakujemy do lądownika, który zamierzamy odczepić – jest to także powodowane ostrożnością – ponoć demon mógłby probować nas „namierzać” wykorzystując ich jako „kotwice” Co zrobić z „naszymi”. Fatima sugeruje, by ich zabić. Ja też jestem za... Zwłaszcza po tym, co opowiadali... Proponuję wsadzić ich do lądownika a razem z nimi uzbrojone ładunki, które wybuchną przy próbie otwarcia. Zawsze istnieje szansa, że fregata ich przejmie. Askar się sprzeciwia. Owszem – wsadzimy ich do lądownika, ale bez ładunków. Nie kłócę się... to źli ludzie byli, naprawdę źli, ale czy mam prawo ich osądzać? Czy mogę wydać wyrok? Ostatecznie staje na tym, że wsadzamy ich nieprzytomnych razem z trupami do lądownika. Wracam na mostek tym razem już we własnej postaci. Niebawem dołącza do mnie Azim. Varia również proponuje pomoc, ale poradzimy sobie (a prawda jest taka, że Varia jest lepszym pilotem ode mnie ale jachciałabym się od czegoś przydać, poza tym to okazja, by porozmawiać z Azimem).
Pozostali składają ciała załogi w jednym miejscu i sprzątają statek. Manuel chce odprawić mszę. Ponieważ ukarowie Azima nie chcą pomagać przy adaptowaniu mesy na kaplicę, hrabia udaje się osobiście przestawiać stołki, w zamian przysyłając ukarów. Spokojnie, poradzę sobie.

Siedzę przy konsoli pilota. Na ekranach kropelki zakrzepłej krwi. Ukarowie sprzątając nie starli wszystkiego. Zabiłam ich. Wzniosłam toast a potem ich pozabijałam... Pamiętam, że wtedy wydawało mi się to w pewien sposób...przewrotne...– pomyślałam wtedy, niech chociaż raz komuś innemu los zaśmieje się w twarz. Wypaliłam do nich cały magazynek z odległości nieco ponad metra. Pociski niemal ich porozrywały... Upadające ciała, rozpryskująca się krew. Czy miałam prawo? Próbuję sobie wytłumaczyć, że to było jedyne wyjście. Ale czy na pewno? Poniewczasie przychodzi myśl, że przecież można było
próbować jakoś ich obezwładnić.

Msza, po której Fatima się spowiada. Ja nie potrafię, nie jemu. Musiałabym mu przecież powiedzieć o... Poza tym, czy zasługuję na rozgrzeszenie? Zabiłam ich.

Znowu na mostku. Z Azimem sobie nie pogadam za bardzo, bo jak tylko ustaliliśmy zmiany zagłębił się w medytacjach. Potem zaś ja jestem tak wykończona, że idę prosto od swojej kabiny.

Do wrót dolatujemy bez problemu, tyle że mamy opóźnienie. Zgłaszamy sprawę i przekonujemy hongę, byśmy nie musieli czekać na przylot pilotów z BII. Skaczemy. PO drugiej stronie mamy problem z obliczeniem trajektorii lotu. Manuel wpada na pomysł, by skontaktować się z obsadą wrót. Dowiedziawszy się od niego, że na pokładzie jest LiHalańska księżna natychmiast godzą się przysłać nam pilota. Reszta lotu upływa bez komplikacji, choć mamy opóźnienie.

15 lipca, dokładnie w dzień urodzin Manuela lądujemy na planecie. Pałacyk Manuela jest śliczny – w typowo LiHalańskim stylu, otoczony zielenią. Wewnątrz – ascetyczny, ale wysmakowany wystrój, papierowe przesuwane ściany, maty... Okazuje się, że na przyjęcie urodzinowe zaproszony został również Alexander Volverton. Od razu wręćza Manuelowi prezent – księgę z rytuałami teurgicznymi. Dziękuję mu za materiały dotyczące Rimpoche, które przekazał mi przez Antonia. Niestety, nie bardzo mam mu się czym zrewanżować, mogę co najwyżej opowiedzieć o materiałach, które znaleźliśmy w asteroidzie i wymienić inne uryjskie rasy.

Wieczór. Spotkanie będzie w bardzo wąskim gronie: solenizant, Askar, Varia, Alexander, Azim, Ewa, Fatima i ja. Nie powiem, że taki pomysł bardzo mi się podoba. Wolę takie małe kameralno-rodzinno-przytulne przyjątko zamiast wielkiego bankietu. W co się ubrać, hmmm? Cos nie przesadnie eleganckiego, ale przy tym odświętnego - decyduję się na sukienkę w kolorze tygrysich lilii. Można powiedzieć, że perfumy dobieram pod kolor.

Pomieszczenie, do którego nas zaproszono jedną ścianą otwiera się na ogród. Składamy życzenia i siadamy na matach. Na szczęście swego czasu Kylian nauczył mnie jeść pałeczkami, a ostatnio przy okazji „ukulturalniających” sesji z Tomashim miałam okazję dodatkowo poćwiczyć. Wprawdzie Manuel zadbał też o zwyczajne sztućce, jednakże pałeczki wydają mi się stosowniejsze. Zaczynamy jeść i wtedy pojawia się niespodziewany gość. LiHalański biskup erotoman. Tjaaaa. Tym razem sadowi się obok Fatimy. Pod koniec posiłku pojawia się tort... Manuel rozkrawa go a w środku...pudełeczko z ciasteczkami. Oczywiście są to, LiHalańskie ciasteczka z wróżbą... No, to teraz czas na czytanie – Manuel dostaje hasło w rodzaju „im wyżej wkraczasz, tym większa szansa, że spadniesz”. Sięgam po moją „Wiele wyborów, ale wybór jeden”. Trafne. Askar, Varia i Fatima odczytują głośno swoje wróżby ale nie pamiętam. Azim odkłada swoją wróżbę na bok. Ewa dostaje coś w stylu „niedaleko pada jabłko od jabłoni” Alexander czyta cicho. Zerkam podejrzliwie na karteczkę Azima.
- Chcesz przeczytać? – hrabia wzrusza ramionami.
Sięgam.
Oby to nie było coś złego, oby to nie było coś złego...głupia i zabobonna, jesteś przecież naukowcem... a co, jeżeli wyczytam mu jakiś zły los, czy przepowiednia nabiera znaczenia po przeczytaniu? Przecież zawsze powtarzasz sobie, że nie ma przeznaczenia... nie chcę przeczytać mu niczego złego... ale ja głupia jestem... Ciekawość zwycięża. Rozwijam papierek. Uffff...coś o oświeceniu, do którego prowadzą wielorakie ścieżki.

Koniec posiłku, do pomieszczenia wchodzą trzy gejsze. Dwie przygrywają na instrumencie a trzecia wykonuje taniec z wachlarzami. Patrzymy zafascynowani. To jeszcze nie koniec przedstawienia. Gejsze wychodzą, za to w ogrodzie pojawiają się światła. Kobiety niosące naczynia ze świetlikami. Na jeden znak wypuszczają owady.
- Niebo tańczy w twoim ogrodzie, Manuelu – mówię podziwiając niezwykły widok.

Po kolacji dziadulo biskup żegna się z nami. Manuel pyta majordomusa kto zacz i... dowiaduje się, że to brat Cardanzo. Święta Klotyldo...

Okazuje się że to nie koniec atrakcji. Manuel prowadzi nas do innego pomieszczenia – zaskoczenie – wygląda jak „zwykły pokój” miękkie sofy, stół z baterią flaszek. Czas na prezenty. Askar wręcza ...al.-Malicki strój, Azim – komplet szkiców vuldrockich kapłanów, zebrane informacje na temat ich kultury, kilka przedmiotów. Ode mnie dostaje parawan ozdobiony gałęziami magnolii, na jednej ze ścian – stado czarnych łabędzi... heh, głupio mi trochę, że nie dam rady wręczyć nic tak cennego jak inne prezenty. Varia pojawia się na końcu i wręcza – trzy flaszki w kształcie apostołów oraz...pekińczyka. Psiak jest śliczny, ale na razie najwyraźniej się boi. To nie koniec. Zaczynają pojawiać się poselstwa z prezentami. Taaak – hrabina Aida podarowuje mu ogromnego czarnego żurawia z łapami spętanymi złotym łańcuchem, do którego przyczepiono krzyż wrót. Pojawiają się także...Fativa z Erykiem. Fativa najpierw grozi, że rozkaże Manuelowi popełnić seppuku za niepoinformowanie jej o urodzinach, potem jednak „darowuje mu życie w prezencie”. Eryk śmieje się i oświadcza, że on ma inny dar – a jest nim Mackleton. Książęca para nie zostaje długo. Kiedy wychodzą Manuel proponuje nam...udział w czymś, co jest ponoć tradycja i ma smoka w nazwie...Hmm – z jednej strony ciekawość... z drugiej – każą nam się w ręczniki przebrać. Zastanawiam się. Na czym to polega, żeby się nagle nie okazało... Nie chcę być niegrzeczna... Entuzjazm Fatimy przekonuje mnie do przyjęcia zaproszenia. Wychodzimy na zewnątrz. Prowadzą nas do – gorących źródeł. Po obu stronach basenu czekają parawany. Woda szczęśliwie jest nieprzezroczysta. Kiedy zanurzamy się w niej i usadawiamy wygodnie Manuel proponuje „oddech smoka” ...podpływa ku nam coś na kształt fajki. Hmmm... Tjaaa, wspólne palenie...ostatnim razem po czymś podobnym obudziłam się z Varią, Jenny i ukarem... Teraz nie mogę sobie na coś takiego pozwolić. To jeszcze nie koniec – służący przynosi miseczki z czymś, co nazywają „płynną pustką”. A niech tam, raz spróbuję... skoro wszyscy... Piję. Ktoś gra na instrumencie. Muzyka ogarnia mnie i unosi...sama jestem muzyką...dźwięki zamieniają się w kolorowe wirujące smoki. Hmmm...synestezja... taak – najwyraźniej środek powoduje „przebicia” pomiędzy ośrodkami mózgu. Ładne to musi czynić spustoszenie...Zakonotować – poszukać informacji o synestezji i jej neurofizjologicznych przyczynach.

Kolejne dwa dni mijają nam generalnie na wypoczynku i rozmowach.

Azim chce odwiedzić swojego znajomego Takedę. Chwilę się nad czymś zastanawia
- A, najwyżej niech gadają – mruczy pod nosem – Chcesz polecieć ze mną?
Lecimy. Pałac Takedy wygląda zupełnie inaczej – zbudowany na szczycie góry, z białymi wieżyczkami, blankami i powiewającymi proporcami. Podobnie jego gospodarz jest zdecydowanie mniej LiHalański. Ciekawa odmiana.

Składamy także wizytę hrabinie Aidzie. Przyjmuje nas w altanie – zbudowanej według LiHalańskich wzorów, ale wyłożonej AlMalickimi poduszkami. Azim miał rację. Coś jest nie tak. A przynajmniej Aida wydaje mi się smutna. Rozmowa idzie nam ...wolno. Aida na przemian prawi formułki i złośliwości (zwłaszcza dotyczące Manuela, ewentualnie jakieś prztyczki do Azima), pomiędzy które wplata zdania bardzo ważne. Dziękuje mi za listy. Pytam ją o wizje przyszłości, w której się „spotkałyśmy”. Potwierdza, że ona także coś takiego przeżyła. Co i rusz schodzimy na tzw. „ciężkie” tematy... które próbujemy jakoś przełamywać.
- Azim, nie kracz – tym razem Askar przerywa jakieś mroczne rozważania, chyba na temat wojny.
- Och, Askarze, nie bądź okrutny – zaperzam się – zawsze zdawał mi się bardziej podobny do jastrzębia niż do kruka.
- Bo ma taki krzywy nos? – odpala brat.
Aida wybucha śmiechem.
Mimo wszystko, rozmowa jest oficjalna. Chyba trudno z Aidą inaczej. Ona zawsze i wszędzie musi być stosowna. Tak, to dobre słowo.
Podobno zwyczaj każe gościowi odwiedzającemu po raz pierwszy podarować prezent – dostajemy wachlarze. Mój jest granatowy, posypany diamentowym pyłem. Wachlarz Nocy. Tylko jedna Aida potrafi czasem dostrzec we mnie tą, którą bywam we własnych marzeniach. Askar dziękuje na LiHalańska modłę. Ja.. no cóż.. znowu popełniam gafę... Łapię wściekłe spojrzenie Grunsha. Ech... No tak, zapomniałam się, zapomniałam, że rozmawiam przede wszystkim z Wielkim Kanclerzem, Dłonią i Mieczem Ikony. Ech, cała ta etykieta, brakuje mi Vasilija, jego bezpośredniości i prostego podejścia do życia.
Na szczęście Aida nie jest obrażona. Proszę o pożyczenie mi w takim razie jakiegoś podręcznika do etykiety. Tylko po urtyjsku, proszę... Hrabina daje mi książkę w prezencie...o, w środku są obrazki... Nic na to nie poradzę, że przed oczyma staje mi zgoła inna książka... robię się czerwona. No, to co dalej? Ciągnę przekomarzanie z Askarem – bo zdaje się, że Aidę to jakoś bawi. Ponadto – skoro już raz zachowałam się tak jak zachowałam... demonstruję swoją bezradność i bunt wobec etykiety, cóż jak już raz się zbłaźniłam, mogę robić za błazna dalej. Aida decyduje, że czas na zmianę klimatu - służący przynoszą wódkę. Wznosimy toasty. Muzyka – z czterech stron. Kobiety w dość skąpych strojach koloru płomieni śpiewające...coś, co z początku wydaje się „Pieśnią Żaru”...ale nią nie jest. Na koniec, cóż – Aida dziękuje mi za spontaniczność a ja...czuję się głupio, bo przecież spora część z tego, właśnie spontaniczna nie była, chciałam tylko jakoś ją rozweselić. Żegnamy się. Ja – skinieniem głowy, ale Aida wstaje ze swojego miejsca i podchodzi do mnie. „Nie trzeba...bąkam”, Jestem zakłopotana i zdziwiona, ale też – doceniam. Zbieramy się. Kiedy odchodzimy Azim zostaje kilka kroków z tyłu, odwraca się... Czuję, jak przenika mnie paskudna igła zazdrości. I o co, ja się pytam, o co? W myślach wymierzam sobie policzek. Tak nie wolno. Dokonałam wyboru. A w tym momencie zachowuję się bardzo nie w porządku. Zwłaszcza wobec Vasilija.

Po prostu nie jest mi łatwo. Nie, nie będę uciekać przed prawdą, oszukiwać samej siebie. Nie będę zaprzeczać, że do Azima nic już nie czuję. Jednak robię co mogę, by nadać tym uczuciom inny kształt. Nie zamierzam go unikać. Uważam, iż jest wartościowym i mądrym człowiekiem. Chciałabym móc kiedyś nazwać go moim przyjacielem. I... tak – potrzebuję go.
Jako że kiedyś Azim nazwał mnie „swoją pierwszą uczennicą”, czasem żartujemy sobie na ten temat. Może uda mi się przekuć to na ten sposób. Pracuję nad tym. Potrzebuję jeszcze trochę czasu, ale idzie mi jak na razie dobrze.


18 lipca. Ubieram się w podarowane przez Manuela kimono. Zresztą wszyscy dostaliśmy kimona następnego dnia po przyjeździe – każde w innym, pasującym do właściciela kolorze. Moje jest niebieskie. Lecimy do Pałacu Czerwonego Lasu – dzisiaj wypada jedno z najważniejszych świąt na Ikonie. Wielka sala wypełniona jest mnóstwem ludzi. Na podwyższeniu szereg tronów, na których zasiadają hrabiowie Ikony – również Aida. Ostania wchodzi Fativa niosąc relikwię - Krzyż Ikony. LiHalanie padają na twarz, my przyklękamy...jedną z nielicznych stojących osób jest Azim. Fativa siada na najważniejszym tronie. Służący wnoszą do sali stojak na miecze, w którym zamiast mieczy umieszczono berła elekcyjne. Pojawia się Manuel. Klęka przed Fativą. Wygłasza i spisuje przysięgę lenną. Papier zostaje wrzucony do ognia, a popiół trafia do miseczki. Wielka księżna Fativa nacina rękę – krople krwi mieszają się z popiołem. Podobnie postępuje Manuel. Następnie zawartość czarki zostaje zmieszana z jakimś napojem. Piją go obydwoje.
- Klękałeś jako baron – uroczysty głos Fativy w wypełnionej oczekiwaniem ciszy – Powstań jako książę.

To jeszcze nie koniec. Jedziemy do katedry,gdzie... ma miejsce wyświęcenie trzech nowych biskupów... W tym Manuela. Na szczęście ceremonia przebiega bez komplikacji.

Po mszy – bankiet. Gratulacje. Święty Kleofasie ja się zabiję w tych „butach”. Przysiadam z Fativą. Pojawia się Aida. Koniec plotek, trzeba być grzecznym. Ech, Vasilij, gdzie jesteś...
Nareszcie koniec. Gdy wracamy do pałacyku Manuela składam prawdziwe gratulacje zgodnie z moją własną etykietą, polegającą na wyściskiwaniu wszystkich, których lubię.

Następnego dnia robię to, na co miałam ochotę już od przedwczoraj – idę w góry. A wszystko zaczęło się od rzuconego przez Askara tekstu „życie jest złudzeniem”. „Nie” zaprotestowałam, „życie jest...życiem”. „A właściwie czemu miałoby być złudzeniem? Czym zresztą miałoby być złudzenie?” „ A czym jest prawda?” – i ty Azimie przeciwko mnie... Drążyłam dysputę zawzięcie, i niestety nie wyszło mi to na zdrowie, bo niestety zachwiano podstawami mojego światopoglądu. A ściślej mówiąc – Azim zachwiał.... ja tam nie uważam, żeby poddawanie wszystkiego w wątpliwość miało być pozytywne.

Koniec końców uznałam, że muszę natychmiast odzyskać wiarę w rzeczywistość, a nic na to tak nie pomaga jak wędrówka. Na szczęście na ziemiach Aidy znajdowały się góry – hrabina była nawet tak uprzejma, że załatwiła mi transport i przewodnika, który opowiadał mi o lokalnych atrakcjach, ale też potrafił milczeć, kiedy widział, że nie mam ochoty rozmawiać. Ech, kto chce, niech wątpi. Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć, pewne rzeczy trzeba poczuć.
Trzeba iść i chłonąć piękno pejzażu. Nie myśleć o przeszłości, ani o przyszłości. Jesteś tylko ty i przestrzeń. Droga przed tobą. Wolność. Dotyk wiatru na twarzy. Szum liści, pluskanie strumieni. Nic poza tym. Jesteś nieważny i skończenie szczęśliwy. Pod górę. Przypominasz sobie o tym, że oddychasz - powietrze ma swój smak, jest chłodne i rześkie. Tak samo woda – nigdzie indziej nie czujesz tak bardzo smaku wody, nie zachwycasz się nim. Czujesz ziemię pod swoimi stopami, jej fakturę, miękkość... dziękujesz Wszechstwórcy, że w swojej łasce pozwolił ci mieć nogi. Że pozwolił ci mieć oczy... uszy...ręce. Dziękujesz za życie, przez które podarowano ci cały wielki świat... Przypominają mi się słowa ze starej książki, słowa będące dla mnie najpiękniejszą modlitwą „Świat jest piękny. Pozwól mi przejść przezeń do Ciebie”.
Komentuj (2)


Link :: 17.03.2006 :: 02:44
1,2 iulius 5002

Ligeheim II cz. 5

Sesja Wewnatrztygodniowa

BY VASIL

Prolog.
Heh. Nareszcie wszystko się wyjaśniło i wszyscy są szczęśliwi. Tak, jakby… zapomnieli o niedawnych wydarzeniach. A przynajmniej zapomnieć chcieli. Jak ja.
Moebius, Tomashi i Laura z Jontkiem polecieli sobie na orbitę - podziwiać zwierzątka i roślinki w ogrodzie botanicznym. Nie ma to jak edukacja. Varia z Ewunią chyba w LS. Askar… jak zwykle w interesach wybył. Praca. Ciągle ta praca. Ani chwili na przyjemności…
… A propos przyjemności… Leila? O, jesteś… Możesz na chwilkę odłożyć te książki? Mmm… tak lepiej.
* Plumk-plumk * Plumk-plumk *
Kto to może być? No tak – Askar. Czy pomogę? Pewnie. Zresztą, Leila zna się na tym lepiej. Już jedziemy. Winda.
* Plumk-plumk * Plumk-plumk *
Co, nie mamy jechać? Wy przyjedziecie. No dobra, trzeba było tak od razu. Wracamy.
Hmmm… młody zdolny inżynier. Kogoś mi to przypomina… Swoją drogą, ciekawy pomysł. Granat. Wzbogacenie 2,4,6-trinitrotoluenu (chemia, chemia… chyba miałem taki przedmiot) tym… czymś… sprawia, że wybuch jest nawet czterokrotnie silniejszy. Leilę zainteresował ten nowy związek chemiczny. Czyli coś jest na rzeczy. A może by tak mała prezentacja? Wysypisko odpadów. Leilo, nie chcesz potrzymać przez chwilę? No dobra. Askar rzuca. Wybuch. Hehe. Fajne.
Askar już wie. Chce to mieć. Wynalazcy natomiast nie przeszkadza przeprowadzka na Istakhr. I pensja pięć razy wyższa niż tutaj.

Miłe złego początki…
Czas zbierać się. Zabawa czeka. Leila wygląda świetnie. Jak zwykle. A ja… no cóż, też kupiłem jakieś wdzianko. W miarę na czasie. I – co najważniejsze – prawie bez wielobarwnych i błyszczących elementów. Nie, nie chcę tatuażu z tęczowym czarnym słońcem. Nie obchodzi mnie, że to modne.
Cool.
Moebius z Laurą zgodzili się poczuwać trochę, na wypadek gdyby coś złego się stało.
Lecimy skoczkiem. 50 pięter w dół. To tam ktokolwiek mieszka? Nie? Nic dziwnego. Karaluchy wielkości psa. Psy wielkości… eee… lis grackle się przecież nie zmieści. Prawda? Coś przeleciało przed maską. To zapewne kolejny „urban legend”. Czego to ludzie nie wymyślą.
Jesteśmy na miejscu. Wejście do Otchłani… coś mi przypomina. Jakby śluza statku kosmicznego. W niej wycięte mniejsze drzwi. Dla ludzi.
Ochrona. No tak. Nie odbiega od stereotypu. Pośród głośnego industrialu wita nas Rick Santino, gospodarz imprezy. Ekhem… co ci się w ubranie stało? A tak – moda. Zapomniałem. Trochę ludzi. Każdy stara się wyglądać bardziej wyzywająco lub ekstrawagancko niż inni. No to ja się najbardziej wyróżniam. Wygrałem.
Znajomych raczej brak. Jest za to bar. O – drugi bar. Trzeci… czwarty? I 100-metrowy stół pełen różnych różności. Hihi. Zapowiada się miło. Pod sufitem tancereczki. Przy barach – w połowie ubrani (jestem wszak optymistą) kelnerzy i kelnerki. Ja wcale nie patrzę! Rozglądam się tylko w poszukiwaniu znajomych… twarzy. No. W rogach sal zamknięte w klatkach „urban legendy”. Jak na nie poświecić, to śmiesznie kwiczą. Leila tak nie reaguje. Cóż. Warto było spróbować.
To wszystko – układ sal, wym… rozmiary… wygląda jak wnętrze megatransportowca. Ciekawy pomysł.
Na początek – trzeba coś wypić. I może zapalić. Wszak zażyliśmy pochłaniacz. Nic nam nie grozi (szkoda…).
W rogu sali, w otoczeniu lachonów i młodych mrocznych siedzi… nasz antynomista. Przynajmniej na takiego wygląda. Stary, blady, z podkrążonymi oczyma. Chudy, wręcz wysuszony. Wysoki. Ma ochroniarza. Chyba profesjonalista - nie rzuca się w oczy.
Oprócz nich – jeszcze dwaj ukarowie. Ich baa’mon. Gdzieś coś podobnego widziałem. U Moebiusa? Czyli są z Miharshun. To chyba niedobrze.
Ale nic to. Zabawa trwa. Trochę poruszać się trzeba. Jest fajnie…

… lecz koniec żałosny.
Od początku zastanawiałem się co też może być ukryte za tamtą czarną kotarą w strzeżonej części knajpy. W pewnym momencie muzyka ucichła. Wszyscy zaczęli kierować się w tamtą stronę… czyżby zbliżał się główny punkt programu? Może jakaś prezentacja artystyczna… nie zaszkodzi popatrzeć.
Za kotarę wstąpił antynomista. Hmm… co to może oznaczać? Chyba nie będzie próbował sztuczek z cylindrem i królikiem? Już to widziałem kilka razy…
Dwie osoby z tłumu – wskazane przez starego – zostały złapane przez ochronę i wyprowadzone. Co się dzieje? Co to ma… ?
Kurtyna opada, ukazując klatkę. W niej – sześcioro ludzi. Związanych. Wyglądają na odurzonych. Coraz mniej mi się to podoba. Na scenie – okraszonej świecami i dziwnymi symbolami - pojawiła się jakaś kobieta, niosąc oburącz wielką misę. Antynomista dobył noża. Faliste ostrze. Takim zabija się ofiary (widziałem na filmie). Ale przecież nie chcą… tutaj… teraz…
Pierwsze dwa uderzenia były precyzyjne. Z klatki piersiowej ofiary popłynęła krew, a kapłan wyrwał jej pulsujące jeszcze serce…
Może to złudzenie? Nie wierzę w to, co widzę…
Kolejne serca lądują w misie…
Nie chcę wierzyć… Ściskam Leilę mocniej za rękę. Ona widzi to samo…
… I jeszcze więcej. Sześć ofiar. Sześć serc.
Ktoś na sali nie wytrzymuje i zaczyna wymiotować. Ja chyba zrobię to samo. Ukarowie wyglądają na zadowolonych…
Antynomista przemawia. Mówi o… agentach Kalinthii. Że zawsze próbują wcisnąć nos w nie swoje sprawy. Kalinthi. Tamte dwie osoby. Czy to oni?
Kolejne dwa serca lądują w naczyniu. Ja ledwie żyję. Oddychaj. Oddychaj. Nie zwracaj na siebie uwagi innych. Nie rzucaj się w oczy.
Ale chyba jesteśmy bezpieczni. Nic o nas nie mogą wiedzieć…
Rozpoczyna się właściwy rytuał. Po chwili, z gęstego dymu wyłania się twarz. Twarz demona. Pełna drwiny. Nienawiści.
Co ja tutaj robię?
Głos. Głos z ust demona. Chce jeszcze więcej ofiar. Kto ma być następny?
Nie chcę nawet patrzeć na to. Niech się to skończy. Niech się skończy. Niech… Czuję na sobie spojrzenie. Wiele spojrzeń. Ojej. Patrzą na mnie. Wszyscy. Rozglądam się. Ochroniarze. Próbują nas zajść. Nie ma czasu do stracenia. Leila – chodu!
Ruszamy biegiem w stronę jedynego wyjścia. Daleko. Za daleko. Wszędzie dookoła ludzie. Słyszę śmiech Ricka. Ochroniarze ze wszystkich stron. Otaczają nas! Ratunku!
Kątem oka zauważam, jak znamię na policzku Leili zaczyna wirować. Kilku ścigających padło na ziemię. Zaraz potem kolejny poleciał do tyłu, zatrzymując się na twardym blacie stołu…
Chwytam stojącą butelkę. Łatwo się nie dam.
Już wiem. Wzywać pomoc. Komunikator. Moebius! Askar! Varia! Mamo!
Gonitwa myśli. Aha. Roboty. Żeby tylko Barney zdążył… ale nie zdąży. Kilkadziesiąt metrów do wyjścia. Jesteśmy w potrzasku.
Uczucie w głowie. Świadomość znajomej myśli. Czyjaś obecność.
Ochroniarz pada ze skręconym karkiem. Po chwili drugi. Ale to nie Leila. Ona też patrzy zdziwiona… jak wszyscy. Zatrzymują się przerażeni. Potykając się, słyszę jeszcze chrzęst kolejnego skręcanego karku…
Hej! Vasil! Co się dzieje? To był tylko taki żart! Santino krzyczy, próbując opanować sytuację. Nikt już nie biegnie. Nikt już nie pada. Nikt nie ginie.
Żart? To wszystko co się stało? Żart? Przecież widziałem…
… Hologramy. Ale wstyd…

… Choć nie bez miłych akcentów.
W asyście dwóch cyborgów zbliża się do mnie Graeme Clayd - Mistrz Najwyższego Zakonu Inżynierów. Z trudem podnoszę się z kolan i drżącą ręką sięgam po wręczany mi rulon. Rozwijam.
Adiunkt Vasil Kropotkin… za liczne dokonania… nauki… techniki…Inżynier…
Inżynier? O kurwa. O kurwa. O kurwa.
Zabawa rozkręca się na nowo. Przyjeżdżają niemal wszyscy. Laura, Varia, Askar, Moebius, Tomashi. Gratulacje. Gratulacje.
To co się wydarzyło. Wiem, że to nie było naprawdę. Ale…
Chyba się źle czuję. Muszę się napić. Dużo. Pochłaniacz nie będzie działał wiecznie.
Nie działał…

Na zakończenie.
Następnego dnia – spotkanie z policjantami. Handel wymienny. Oni nam informacje, a my im pieniądze. Więcej, niż było umówione. Normalka. Mamy wreszcie te plany. Raporty, opisy i zestawienia. Sporo tego. Ponoć zdobycie sprawiło problemy. Dobrze, że to nie my się tym zajmowaliśmy.
„Niewolnica Lelija” – ponoć fajny serial. Tylko 70 odcinków. Ściągam. Tytuł brzmi zachęcająco. No – przynajmniej Askar mnie rozumie i przyłącza się do seansu.
Później - latanie ze skanerem. Coś niedokładne to ustojstwo. A powoli latać nie możemy. Poczekamy do zmroku? I dobrze. Zdążę jeszcze oglądnąć kilka odcinków… Co znowu? Przestroić mam? Eee… no dobrze. No więc tu mamy włącznik. I jakaś gałka, i jeszcze jedna, i jeszcze. Jakieś pokrętło. Lampki kontrolne. Hmmm… już wiem. Wystarczy tylko… albo nie. Może w ten spos… uff. Nikt nie zobaczył. To jednak może tak… No dobra. Nie znam się na tym. A z pomocą? Bez problemu. O – proszę, gotowe. Wąziutka, długa wiązka. Dobry początek. Skany porobione. Wracamy do domu.
Słuchajcie wszyscy – macie jakieś plany na tę noc? Nie? To bardzo dobrze. Bo stolik w „Pygmalionie” już na nas czeka.

Ligheim oczmi Leili
Komentuj (0)


Link :: 20.03.2006 :: 23:42
8 aprilis – 6 maius

Obietnice w ciemnościach cz 1 i 2

Sesja Drejkowa - D2

BY ANTONIO

Teraz, z perspektywy czasu, te wydarzenia wyglądają zupełnie inaczej.'

'Wtedy jednak... Spróbuje oddać moje myśli z tamtych chwil. Rozżalony bezowocna walką z admiralicją , przeglądałem tygodniami wszelkie informacje o placówce - miejscu zesłania. Dossier oficerów tam stacjonujących mogło przerazić nawet legendarnego admirała Nelsona. Wreszcie nastąpił 8 kwietnia i przygotowany najbardziej jak się dało wyruszyłem objąć nowe dowództwo.

13go byłem już na Nowhere. Obiad z oficerami i ich poznanie nie dodało mi odwagi, zwłaszcza ich reakcja, gdy zapowiedziałem powrót do elementarnych przepisów i zasad Floty Cesarskiej. Była na to jedyna rada, żeby nie czuli do mnie nienawiści - nie dąć im na to czasu. Wiem, że to brzmi...tyrańsko, ale proszę mi uwierzyć, czasem takie metody są najlepsze. Choć owszem, na powtarzane potem przez jakiś czas za moimi plecami miano "Despoty z Nikąd" zasłużyłem sobie.

Tak wiec na nieustannych ćwiczeniach załogi i marines, przeglądach, próbach, wreszcie szykowaniu nowego systemu obrony wrót minęło kilka tygodni. Nic nadzwyczajnego, zwyczajna praca ponad siły... Zapowiedzią późniejszych wydarzeń był dopiero przylot do układu prywatnego jachtu "Belladonna". Należał on do decadoskiej hrabiny, pięknej damy, Iliany Sonii Rasputinówny, która przybyła odwieść do klasztoru swojego wuja. O ile pamiętam zwał on się Ivan Ivanovich, Rasputinow naturalnie. Wiele istotniejszą rolę odegrała jednak baroneta Soren Tenema Li Halan, uczony archeolog, oraz vorox, będąca prezbiterem Zakonu Amaltei - Matka Monika. O tym zaraz.

Począłem wiec jeszcze bardziej dzielić czas, teraz także miedzy obowiązki towarzyskie, jako dowódcy placówki. Kiedy dolecieli do orbity (chyba był to 2gi maja), zmuszony byłem znaleźć chwile i zorganizować obiad powitalny. Przyznam, mimo początkowych obaw, że jako gospodarz w czymś uchybię etykiecie, przebiegł on całkiem sprawnie. Wtedy tez narodziła się owa brzemienna w skutkach myśl o wycieczce do Gargulca.

Hrabina rozpoczęła przygotowania do wyprawy, wynajem łazików, ja zaś mogłem wrócić do obowiązków służbowych. Oczywiście przydzieliłem im ochronę podczas wizyt na planecie, ta jednak nie zaobserwowała nic niezwykłego. Znacznie więcej dały pytania wysłane na B2. Okazało się, że na przeszłości hrabiny odcisnęli swe złowrogie piętno symbionci. To wyjaśniło wiele z jej późniejszego zachowania.

Wreszcie nastąpił pamiętliwy dzień 5 maja, początek wyprawy. Dotarliśmy skoczkami do ładowiska przed "strefą gargulca" - 100 kilometrowym obszarze wokół artefaktu, na którym żadne zaawansowane technologicznie pojazdy nie mogą się poruszać. Przeładowaliśmy się na łaziki i ruszyliśmy. Niefortunnie koło południa napadła nas banda nomadów. Oczywiście odparliśmy atak, ale ze sporymi stratami, a nikogo nie udało się wziąć żywcem, aby wyjaśnić powód tego niezwykłego ich zachowania. Mięliśmy wielu rannych, w tym ciężko, miedzy innymi mojego psychonika z Cesarskich Archiwów. W trosce o każda cenną dla nich chwile nakazałem korwecie "Blue" przylecieć po nich. Niestety, zaraz po wejściu w strefę gargulca strąciliśmy łączność. Jak się okazało wysiadł napęd grawitacyjny, i tylko dzięki działaniom jej dowódcy, komandora Ernesta Fitzpatricka, zawdzięczam ocalenie większości załogi. Korweta jednak zaryła w pustynny piasek. Może gdyby nie zaniedbano strefy gargulca jak reszty planety i przeprowadzono badania, uniknęlibyśmy śmierci trzech załogantów. Ale próżno rozmyślać, bo było w tym tez sporo mojej winy...

W każdym razie musieliśmy kilkanaście godzin czekać na dotarcie pojazdów ewakuacyjnych. Wreszcie przybyły, zabrały rannych i zabitych. Rozstawiłem oddział marines do zabezpieczenia korwety, mechaników pracujących w niej, my zaś ruszyliśmy do Gargulca...

Dotarliśmy. Masywna, kamienna statua sprzed wieków, proszę mi wieżyc, robi wrażenie, choć ja byłem zbyt wtedy zajęty by podziwiać. Chciałem jak najszybciej przedstawić gargulcowi moja prośbę i wracać do zostawionych ludzi. I wtedy zaczęły się wizje. Co ujrzałem jest już chyba powszechnie wiadome, co czyni opowiadanie zbędnym. Dość powiedzieć, że gdy tylko zakończyliśmy wizje, nastąpiło cale to zamieszanie, jakie Gargulec wprowadził. Po krotce było to tak... Szczęśliwie zdołaliśmy się opanować i udaliśmy się w drogę powrotna, choć jak mi się przypomina, atmosfera w łaziku nie była zbyt przyjemna. Trudno się z reszta dziwić. Wiele jednak mięliśmy do przemyślenia...i zrobienia.'

***

Siwy admirał wstał od stoliku w kącie przytulnej, bizantyjskiej kawiarenki. Uścisnął dłoń rozmówcy. 'No, to tyle chyba na dziś? Jutro o tej samej porze? Mam nadzieję że nie okroicie moich słów tak bardzo jak choćby w przypadku Askara Al-Allaw. W końcu dobrze by było, gdyby w Waszej serii "Piersi Cesarstwa: Bohaterowie ostatniej wojny" było choć trochę wypowiedzi tych piersi...'

Komentuj (3)


Link :: 21.03.2006 :: 21:24
19-22 iulius 5002

Ikona II cz.2

Sesja Specjalna - R-Konowa

BY LEILA

Wakacje trwają. Azim pojechał do Aidy. Askar też gdzieś wybył. Varia śpi. Razem z Fatimą i Manuelem kąpiemy się w gorących źródłach, snując niezobowiązujące rozmowy. Nie, tym razem nie będę palić. Tak czy owak – pojawia się służący, z wiadomością, że do pałacyku przybędzie przedstawiciel Arcyksięcia Hyrama.

Wizyta ma być jak najbardziej oficjalna. Manuel przebiera się w szaty duchownego, nakłada insygnia biskupie i zasiada w „sali audiencyjnej”. Wkrótce pojawia się Decados z obstawą. Zostaje przedstawiony jako markiz Aleksiej Iwanowicz. Powitanie jest bardzo ceremonialne.
Decados przyklęka i całuje biskupi pierścień, co Manuel przyjmuje z kamienną twarzą.
- Przedwczoraj awansował a już się tak wczuwa – żartuję, kryjąc twarz za wachlarzem.
Fatima panuje nad sobą i tylko lekko się uśmiecha. Kwestia wpływu awansu społecznego na osobowość dotyczy jej nawet bardziej niż Oktawiana.
Kilka grzecznościowych zwrotów. Pełna etykieta, choć w pewnym momencie dostrzegam, jak kącik ust Manuela drga lekko. Zatem nie jest z nim źle.

Czas na obiad. Tym razem zostajemy zaprowadzeni do sali z długim stołem i świecami, choć oprócz potraw spotykanych na dworach całych Znanych Światów są także tradycyjne LiHalańskie. Ciąg dalszy szlacheckiego rytuału, przechodzimy na powszechnie używane przy takich okazjach tematy typu polowania, markiz opowiada o swoich posiadłościach. Odnoszę wrażenie, że od pewnego momentu Manuel jest spięty. Po obiedzie i wręczeniu gościowi prezentu zaprasza nas do swojego gabinetu.

- No to sielanka się skończyła. – zaczyna, a potem opowiada nam, że właśnie doniesiono mu o tragedii, która wydarzyła się w jednej z jego wiosek. Na razie wie niewiele więcej ponad to, że wszyscy mieszkańcy są martwi i wszystko wskazuje na to, że pozabijali się sami. Pierwszym co mi się nasuwa to jakiś środek chemiczny. Opowiadam mu pokrótce o gazie bojowym wywołującym ataki szału oraz o tym, co wydarzyło się na moich ziemiach.
- Jeśli mogę się na coś przydać...
- Właśnie dlatego was wezwałem.

Zabieram z medlabu kilka rzeczy, które mogą być przydatne. Spotykamy się po niedługim czasie, przebrani w nieoficjalne stroje... Dziwi mnie tylko trochę, że Fatima chce lecieć w sukni. Jest z nami Alexander. Decados dowiaduje się o sprawie i chce nam towarzyszyć. Lecimy. Staram się przygotować mentalnie na to, co mogę tam zobaczyć. Jeśli chcę pomóc muszę myśleć możliwie jasno.

Kiedy dolatujemy zastajemy na miejscu ludzi Manuela. Pierwszym co czuję jest echo mocy, wciąż jeszcze silne. Ktoś tutaj używał przejęcia umysłu. Fatima też to wyczuwa. Tylko że o ile wiem przejąć można tylko jedną osobę a przecież.... Ciągle znoszą ciała (właściwie to może lepiej, żeby ich nie ruszali, ale już trudno). Obrażenia zadano różnymi narzędziami, zresztą wszędzie leżą porozrzucane siekiery, sierpy, widły, drewniane pałki... Niektórzy ściskają je jeszcze w rękach, z innych po prostu... sterczą...

Prowadzą nas wąską wydeptaną ścieżką do pobliskiego lasu.

Ciała dzieci wiszące na zaostrzonych łodygach bambusów. Ich twarze... Były żywe, kiedy je nabijano. Były żywe jeszcze długo po tym.

Brunatne ślady krwi, która ściekała do zagłębienia, gdzie stało jakieś naczynie.

Dziwny zapach unoszący się w powietrzu.

Kto i dlaczego mógł zrobić coś takiego? Jak dla mnie wszystko to ma znamiona rytualnego mordu. Tym razem ofiary były prawdziwe.

Wracamy do wioski. Manuela rozkłada matę i zaczyna recytować modlitwy. Wyostrzam wzrok, równocześnie odpalając mnemonikę i obchodzę dokładnie całą wioskę. Jeśli czegoś nie zauważę teraz to zawsze będę mogła od tego wrócić. Czy ktokolwiek mógł ocaleć? Jedna rzecz – w wiosce nie ma żadnych większych zwierząt poza owadami. Zauważam zerwany sznur przy budzie. Ślady... Zbiegają się w jednym punkcie położonym dokładnie naprzeciwko wylotu ścieżki prowadzącej do lasu, a potem prowadzą w przeciwnym kierunku. Krzewy nie są nawet bardzo połamane, jakby zwierzęta szły zupełnie spokojnie. Szukam tropów w jeszcze innych miejscach – może komuś udało się uciec? Biegnący, przerażony człowiek powinien zostawić ślady wyraźne nawet dla mnie. Nic. Wracam na ścieżkę, wiodącą do miejsca rytuału. Tam także nie znajduję najmniejszych znaków, mogących świadczyć, że ktoś się szarpał, opierał, próbował uciekać. Po prostu poszły na śmierć. Rozmawiam z Alexandrem i on potwierdza – jeden psionik – jeden przejęty, nie więcej. Ofiar jest sto kilkadziesiąt... Nigdzie nie widać śladów większych pojazdów, ale przecież są tutaj na tyle utwardzone powierzchnie, że to jest możliwe.

Manuel odprawił rytuały. Oczywiście wyczuwa zło w tym miejscu. Nie ma tu jednak śladów antynomii. Zdołał „zajrzeć w przeszłość” - widział rzucających się na siebie ludzi... było coś jeszcze – dźwięk fletu.

W wiosce ląduje kolejny skoczek – wysiada z niego vorox. Jak się okazuje dwa dni temu w jego baronii oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów miał miejsce dokładnie taki sam przypadek. Cała wioska martwa, dwoje dzieci pozbawionych krwi. Mają już wstępne analizy.

- Manuelu, czy masz jakikolwiek system rejestracji pojazdów wlatujących do twojej przestrzeni powietrznej? – pytam.
Niestety, nic z tego. Za spokojne rejony, żeby prowadzić obserwacje i rejestrację.
- Po pierwsze trzeba zrobić sekcje. Zarówno dorosłych jak i dzieci. Po drugie przebadać krew, włosy, zanalizować skład płynu mózgowo-rdzeniowego i najlepiej także neuronów. Próbki należy pobrać jak najszybciej. Po trzecie określić dokładnie daty zgonów. Musimy ustalić kolejność – czy ktoś najpierw zabił dorosłych a potem dzieci czy było odwrotnie... Będę także potrzebować urządzenia do pobierania próbek powietrza. Musimy wiedzieć, co unosi się tam, w lasku.
- Ty, ty i ty – Manuel wzywa kilku swoich – Od teraz wykonujecie polecenia pani Leili. – Panie Skullcrasher, pana również proszę – zwraca się do voroxa.
- Oczywiście.

Zabieram się do pracy. 117 dorosłych i 22 dzieci. Trzy ciała dzieci i troje dorosłych zostanie zabranych na sekcję. Resztę pochowamy. Manuel przygotowuje się do odprawienia nabożeństwa. Kończą układać stos pogrzebowy. Już prawie mieli go podpalić... Jedna sprawa - okazuje się, że w wiosce na terenie baronii Skullcrashera znaleziono ciała wszystkich – oprócz pewnej kobiety. Mają jej dane – żona właściciela tartaku. Manuel poleca szukać jej tutaj - Jest. Przyglądam się jej aurze... Nie ma ani śladu. Dookoła pozostałych unoszą się jeszcze blednące strzępki.
- Ją też chcę do sekcji. I to jak najdokładniejszej.
Porównujemy listę zabitych z rejestrami – tym razem brakuje mężczyzny. Powoli zaczyna się nam tworzyć obraz sytuacji. Alexander twierdzi, że przejęty został tylko jeden umysł. Na pozostałe podziałano inną mocą – przesłano im uczucia – tak silne, że popadli w szał... Kobieta... prawdopodobnie była „nosicielką” (sama tu przybyła, czy ktoś ją przywiózł? Od biedy dałoby się pokonać tę odległość w dwa dni, na piechotę, ale trzeba by biec) teraz zastąpił ją ktoś inny. Manuel rozsyła ostrzeżenia i stawia swoje siły w stan gotowości. Mają szukać zaginionego wieśniaka.

Tymczasem przylatuje UBI. Teraz to oni przejmują śledztwo, niemniej nie maja nic przeciwko mojemu udziałowi. Jadę z nimi i staram się pomagać. Są fachowcami w swojej dziedzinie, więc staram się nie pchać, niemniej od czasu do czasu rzucam jakieś uwagi. Dorośli zginęli wieczorem. Nie wykryto żadnych obcych związków. Dzieci – późno w nocy. Równocześnie. W ich krwi znaleziono analog strukturalny decadoskiego narkotyku pochodzenia roślinnego, stosowanego przy torturach, celem utrzymania przytomności ofiary. Świństwo jest mocne, wchłania się szybko i wszystkimi drogami. Oczywiście to ono unosiło się w miejscu zamordowania dzieci. Natomiast kobieta...
Po pierwsze – wszystkie dane wskazują na to, że nie żyje od dwóch dni. W jej żołądku znajdują krew. Prawdopodobnie pochodzi od dzieci zabitych w pierwszej wiosce – szczęśliwie było ich tylko dwoje, ale i tak analiza wymieszanej będzie trudniejsza. Wyniki potwierdzają przypuszczenia. W szyi kobiety gruczoł – to on właśnie produkuje narkotyk. Inaczej jak okultystycznie nie mogła go rozwinąć. Oglądam jej buty – są bardzo zdarte, na rękach – zadrapania, ponadto sekcja wykazuje nadzwyczaj rozwinięte mięśnie nóg. Wszystko wskazuje na to, że drogę między wioskami pokonała sama. Tyle dobrze. Przynajmniej nikt więcej nie wydaje się w to zamieszany. Proponuję pobrać materiał z opuszek jej palców – znajdują małe fragmenty bambusa. No, to chyba tyle.

Do pałacu Manuela wracam o świcie. A teraz spać...

Komunikator... A niech to... nowe informacje... najpierw – rewizja u kobiety – nie znaleziono niczego poza figurką, starego boga zmarłych. Kiedyś wierzono, iż odprowadzał on dusze w zaświaty i umieszczano jego rzeźby w grobowcach. Żona właściciela tartaku dorabiała sobie zbieractwem... podejrzewali, że znalazła jakiś grobowiec... Rano Skullcrasher wybrał się na poszukiwania i znalazł kaplicę, a w niej otwarty sarkofag i skorodowaną ceramstalową trumnę. Czy lecę? No pewnie. Eeeee... dlaczego wszyscy się tak na mnie patrzycie?... Aaaa.... Tak... Zaspana jestem, co chcecie... I proszę się nie śmiać z mojej piżamki, o! W takim razie dajcie mi parę minut.

Na pierwszy rzut oka trudno odróżnić ją od otaczającej zieleni, potem jednak dostrzegam resztki muru i prowadzący w dół otwór. Schodzimy. Na ścianach freski przedstawiające historię życia LiHalańskiej kobiety. Kolejne malowidła przedstawiają ja w różnych ujęciach – delikatne rysy twarzy, kimono ze znakami róży... i flet. Oprócz tego – starolihalańskie znaki. Znaki, jakich uczą się Kalinthi. W środku pomieszczenia – pusty cokół i grobowiec. Rozbita kamienna płyta. Wewnątrz sarkofagu - faktycznie – z ceramstali został tylko czarny pył (pobrać próbki)... Szkielet kobiety. Spomiędzy żeber sterczy sztylet. Manuel mówi, że ten przedmiot jest aktywny okultystycznie. Takimi sztyletami Kalinthi zabijali demony i zabezpieczali zwłoki... a czasem nie tylko demony. Zdarzały się pomyłki, kiedy takich ostrzy używano przeciwko psionikom. Ręce... ktoś odrąbał jej ręce i chyba ułożył na piersi. Teraz jedna jest odrzucona, od drugiej ktoś oderwał dwa palce, zresztą leżą obok na posadzce. Oktawian wyciąga sztylet i szkielet rozsypuje się w proch.

Potem Manuel zaczyna odmawiać modlitwę. Starolihalańskie słowa padają powoli i rytmicznie a potem nagle... moc wokół mnie burzy się. Manuel gnie się w pół i wymiotuje krwią. Przypadam do niego. Wszechstwórco, co robić, tyle jej jest... Przecież on zaraz umrze... To dzieje się tak szybko...nie zdążę...Koniec. Na posadzce całkiem pokaźna kałuża. Pięć litrów jak nic. Manuel przytomny... nawet nie blady. Pozostaje mi tylko podać mu chustkę (nabrałam zwyczaju noszenia jej ze sobą). Późniejsza analiza wykazuje, że to była jego krew...

Wracamy do pałacyku. Alexander ma dla Manuela informację. Może ją przekazać, ale nie za darmo. Chce, by flet trafił w ręce jego rodziny. Nie znam Alexandra a tym bardziej jego rodziny flet zaś – co, jeśli ktoś nauczy się nad nim panować i wykorzysta jako broń? Wszyscy widzieliśmy, co może. Manuel jednak najwyraźniej ufa Wolvertonowi, bo zgadza się od razu. Alexander opowiada, że kiedyś potrafiono przelewać cień w przedmioty. Flet jest takim właśnie naczyniem cienia.

Trzeba jak najszybciej znaleźć „grajka”. No w sumie to mogłabym namierzać go dalekowidzeniem... ale co, jeżeli to wystarczy, by zaczął oddziaływać... Wolę się zbytnio do przodu nie pchać. Jednak Aleksander stwierdza, że Manuel może połączyć moc ze mną... Chyba się nie wykręcę. Zresztą... podejrzewam, że atak agresji wywołuje raczej dźwięk fletu. A najwyżej...no cóż, jeśli mi nagle odwali to we trójkę powinni sobie ze mną poradzić.

Manuel odprawia rytuał przyzwania tropiciela... Istota pojawia się wkrótce...świetlisty lew... jaki piękny... delikatnie głaszczę migoczącą grzywę...jestem gotowa... Kalinthi wydaje rozkaz... lew skacze, ja razem z nim...

Czuję strach lwa a potem tropiciel znika. Ja zostaję.

Droga, zwykła, polna droga pomiędzy łanami miliryżu. Idący nią mężczyzna gra na flecie.

Szybko – skok w górę i spoglądam na drogę z wysokości. Teraz tylko zapamiętać obraz. Jest.

Wracam.

Przeglądamy mapy. Rozpoznaję miejsce. Szykujemy tasery i naboje usypiające, choć obawiam się, że chłop może już być martwy tak samo jak tamta kobieta. Na wszelki wypadek – coś mocniejszego też. Alexander przy pomocy eksterioryzacji my wsiadamy do skoczka. Lądujemy na wzgórzu nieopodal. Manuel chce podlatywać bliżej swoim gravisamochodem. (Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem czemu nie po prostu ze skoczka... ale to w sumie ma niewielkie znaczenie). Tylko kto to potrafi prowadzić...

Aha. Widzi mi się, że z całej naszej czwórki tylko ja. Manuel rzuca mi kluczyki do swojego limo. Kilka sekund później ma minę jakby chciał powiedzieć, „ojej, właśnie powierzyłem kobiecie swój nowiutki samochód”. Obiecuję, że będę lecieć powoli i ostrożnie.

W limuzynie mieścimy się tylko we dwójkę z Manuelem. Zbliżamy się ostrożnie. Przygotowuję mentalne bariery. Strach pomyśleć, co by było, gdyby to coś mnie przejęło w tej chwili, kiedy siedzę za kierownicą. „Tylko nie rozwalić samochodu Manuela. Tylko nie...” powtarzam sobie w myślach. Już blisko.

- Zawracaj – to Manuel. Ma zmieniony głos.
- Ale dlaczego?
- Zawracaj! – lufa tasera kilkanaście centymetrów od mojej twarzy. Skąd ja to znam... Ha, przynajmniej tym razem to nie ja jestem opętana.
Zawracam. Zobaczymy, czy jak oddalimy się od źródła moc osłabnie. Jeśli nie, wtedy będę się martwić. Ciekawe jaką będzie miał minę, kiedy odzyska panowanie nad sobą... Inna sprawa, że miałam nadzieję, iż trening kalinthyjsko-avestiański czyni odporniejszym na tego rodzaju wpływy.

No. Manuel chowa taser. Zastanawia się nad czymś a potem… wyskakuje na maskę samochodu. Odwraca się do mnie. Co do...
- Baronesso Al-Allaw, czy wiesz czym się kończy obcowanie z demonami?
O co mu chodzi? Czy to o mnie? Czy ta istota przekonała go, że to ja jestem wrogiem i teraz on jest święcie przekonany, że należy mnie zabić?
Eksplozja mocy dookoła mnie. Z ramion Manuela wyrastają ogromne skrzydła. Zamiast piór – kilkadziesiąt kos. Refleksy światła na metalowych powierzchniach ostrzy. Skrzydła Azzurayelosa. Spróbuj tylko się na mnie rzucić a…

Ale nie… odwraca się i leci w kierunku flecisty. Tylko, że zamiast chłopa drogą idzie sobie…Vasilij. Szczęśliwie Vasilija nawet nie ma z nami na Ikonie, wiec sztuczka nie powiedzie się tym bardziej. Ciekawe, co zobaczył Manuel…

Oktawian podlatuje. Seria cięć. Przecież on rąbie flecistę na kawałki…a na końcu…co się dzieje… ludzka sylwetka wystrzelająca w niebo. Kalinthi leci za nią…

***

Alexander obdarza Manuela dłuuuugą wiązanką bluzgów.
- Dlaczego zniszczyłeś flet?
- Nie miałem innego wyjścia – odpowiada szybko LiHalan.
- Wiesz, co się teraz stało? Uwolniłeś cień… Wydaje wam się pewnie, że to taki zwyczajny cień… nie w tym przypadku… ten gromadził się we flecie latami…podejrzewam, że było w nim tak z pięć razy więcej mocy, w porównaniu ze zwykłym.

No to pięknie. Świeżo „wykluty” cień, który w dodatku był uwięziony ponad tysiąc lat. Zamknięty we flecie potrafił mordować całe wioski. Zgadnijmy, co zrobi w pełni swoich możliwości. Musimy go powstrzymać. Nie ma innej możliwości.

Oktawian przeprasza mnie za zachowanie w limuzynie. Nie ma sprawy.
- To dla mnie nie pierwszyzna. – odpowiadam, łapiąc współczujące (?) spojrzenie Decadosa.

Manuel odprawia kolejny rytuał. Znalazł ją. Siedzi w jakiejś piwniczce. Tylko gdzie? Moja kolej. Ostrzegam Manuela, że moja moc lubi wymykać mi się z pod kontroli, ale on się nie boi „wpuścić” mnie do swojego umysłu. Ostrożnie. Nic. Poczekamy. Jeszcze raz. Tylko spokojnie. Dalej nic, ale przynajmniej wiemy, że się nie zorientowała. Kolejna próba. Tym razem udana. Widzę ją. A teraz hop do góry i zapamiętuję obszar.

Porównujemy go z mapami i zdjęciami satelitarnymi. W końcu – jest. Kontynent na drugiej półkuli. Ziemie Fativy. Lecimy do Pałacu Czerwonego Lasu. Tym razem za namową Fatimy Aleksander towarzyszy nam „w cielesnej postaci”. Manuel uzyskuje zgodę na audiencję. Za żadne skarby nie chciałabym być teraz w jego skórze. Dostajemy pozwolenie na wlot. Manuel chciałby wysłać przodem jakiś ludzi. Odradzam – nie na wiele się przydadzą, a tylko posyłamy cieniowi dodatkową broń. Azim, Varia, gdzie jesteście…przydalibyście się nam.
Ha, trudno. Musimy dać sobie radę sami.

Niestety. Kiedy podlatujemy bliżej, Manuel zaczyna się dusić. Próbuję rozpraszać, ale nie udaje mi się to. Fatimie też. Kalinthi traci przytomność. Chwilę później cień uderza w Alexandra. Moc znów mnie zawodzi, ale tym razem Fatima daje sobie radę. Trzeba ratować Manuela. Wolverton szprycuje go eliksirem. Musimy zawracać.

No i pięknie. Jeśli wierzyć Alexandrowi cień jest zbyt potężny, by zniszczyć go „konwencjonalnie”. Jednym sposobem jest sztylet z grobowca, drugim – co najmniej solidny ładunek wybuchowy. Sztylet odpada. Nie damy rady na tyle się do niej zbliżyć. Pozostaje bombardowanie.

Manuel udający się do Fativy z prośbą o zezwolenie na ostrzał obszaru z ciężkiego mezona z orbity...

Nie. Nie będziemy strzelać w wioskę pełną ludzi. Organizacja ewakuacji trwa... Jak można się było domyślić zorientowała się o co chodzi i zwiała. Co teraz? Oczami wyobraźni widzę Askara mówiącego „zostawić was na chwilę...”

Powrót do pałacyku. I powtórka z rozrywki. Tym razem Manuel odnajduje ją w porcie lotniczym. Właśnie kupuje bilety. Tym razem nie udaje mi się zajrzeć w jego umysł, radzę przyjrzeć się szczegółom. Główny kosmoport Ikony.

Lecimy. W tak zwanym międzyczasie liniowiec zdążył już wystartować z planety. Szczęśliwie jest tylko ten jeden lot. Porównanie listy pasażerów z portretem pamięciowym (Manuel widział ja w wizji) Tym razem jestem wdzięczna, że statki kursują tutaj rzadko. Po raz kolejny powraca pytanie – co robimy? Liniowiec leci na jedną z planet Szafirowych. Aleksjeja to nawet cieszy, ale mina mu nieco rzednie, jak mu mówię, że cień może się przecież przyłączyć do wroga.

Przede wszystkim – zatrzymać statek. Tak oto Manuel po raz trzeci udaje się do Fativy...

Uzyskuje potrzebne pełnomocnictwa. Kontaktujemy się z pilotem. Sugeruję, żeby tylko niezbędna część załogi wiedziała, że statek się zatrzymał. A już zwłaszcza nie mówić nic pasażerom. Liniowiec zatrzymuje się. Co dalej?

Nie możemy pozwolić jej uciec. Rozważamy nawet zestrzelenie statku... Musi być inny sposób. Jak by tu ją wyłuskać...
- A gdyby tak upozorować wypadek... tak, żeby wystrzelili kapsuły... – proponuję.
Wprawdzie jest duża szansa, że się zorientuje, ale nawet jeśli zostanie na statku przynajmniej ludzie uciekną. Niestety – kapsuł jest dużo mniej niż pasażerów. Opcja z fałszywym alarmem odpada.

***


Musimy coś wykombinować. Po prostu nie mamy innego wyjścia. Przypominam sobie maksymę z Akademii Interatta – „Student musi, student zrobi”. Myśl...

Aleksander przez chwilę przygląda się trzymanej w ręce butelce Obun Springs.
-Gazowana – stwierdza i odkręca ostrożnie, żeby nie rozchlapać. Widzę unoszące się do góry bąbelki.

To jest to!

- Gaz! – wykrzykuję – Dwutlenek węgla. Jeśli przestroją systemy podtrzymywania życia i zaczną stopniowo zastępować tlen dwutlenkiem węgla... zmysł zagrożenia nie powinien się aktywować... somą sobie też nie poradzi...Zwykły człowiek by umarł, może przynajmniej straci przytomność...

Aleksjej sugeruje raczej gazy paraliżujące. Mają takie na statku, ale jestem przeciwko. To są raczej środki „do cywilnych zastosowań” a nie gazy bojowe. Mogą być zbyt słabe, albo działać zbyt wolno. Nie ma możliwości pośrednich - albo coś, co zabije ją błyskawicznie, zanim zdąży się zorientować, albo – opcja z powolnym podtruwaniem. W przeciwnym razie zorientuje się a mamy tylko jedną szansę.

Manuel popiera mój pomysł.

Teraz - czekać. W końcu cień udaje się na spoczynek. Wydajemy dyspozycje.

Poziom

tlenu

w kabinie

cienia

powoli

spada.


Udało się. Jest nieprzytomna. Teraz szybko. Ochrona liniowca biegnie do jej kajuty uzbrojona w tasery.
- A teraz by trzeba nafaszerować ją inhibitorem... – stwierdza Manuel.
- Skąd oni ci tam wezmą inhibitory? – pyta Aleksander.
- Ale powinni mieć krio – wtrącam się.
Mają.

***

Kiedy dolatujemy na liniowiec, Manuel wbija cieniowi sztylet w pierś. Potem na wszelki wypadek wystrzeliwujemy komorę w słońce i pilnujemy, żeby istotnie tam dotarła.. (Heh, przypomniała mi się Urka...szkoda, że była taka zawzięta, przypomina mi się także Keth...)

Ufffff...

Raport dla hrabiny Noshizoko Aidy - by Punch

Komentuj (8)


Link :: 21.03.2006 :: 21:56
1 martius - 20 aprilis 5002

Wyprawa na Skey, cz. 15,16,17,18 (Skey-Fingisvold-Frost-Hargard)

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

Trzy Pazury miał wizję... I tym razem MY, ukarowie, nie mamy z tym absolutnie nic wspólnego! Na okręcie nie trzymamy niczego, po czym można by mieć wizje! Alkohol się nie liczy. Do takich wizji trzeba by czegoś mocniejszego... Znam takie grzybki... Ahem, w każdym razie nie mamy ich tutaj.
Wizja Trzech Pazurów pokazywała masakrę jego ziomków na Fingisvold. Co więcej, obraz nieba podczas wizji wskazywał, że wymordowanie Skeyów z tamtej planety ma mieć miejsce za kilka tygodni. Szef i hrabina zaczęli układać z wieruszką ambasady rozmaity plany - począwszy od zbrojnej inwazji na Fingisvold, poprzez wywiezienie tamtejszych Skeyów po cichu na sztuki... Nie... Każdy z planów ma luki... To nie to... Też nie... Tutaj zakończy się wielką wojną wewnątrzvuldrocką... Cholera, niby nie takie złe dla nas, ale gdzie wojna domowa tam się wepchną insze siły - w tym wypadku Zakon... W międzyczasie szef równolegle zaczął zastanawiać się, co może być mapą zawierającą trasę do ukrytych lewiatanów. Skądś wiadome było, że jest to przedmiot, na który Aida patrzy codziennie... Lusterko? Sufit jej kajuty w Darze Ikony? Cholera wie... Dyskusja z Mizue wykazała, że potencjalnym przedmiotem może być kulka, co ja hrabina dostała swego czasu. Przycisk do papieru? Może być i przycisk do papieru.
Sukces! Starożytny przycisk do papieru, starszy niż wszystkie części naszego okrętu razem wzięte, okazał się pozostałością po Marinie i Zukinayanie zawierającą w sobie mapę systemu Skey. W swej dowcipności starożytne wcielenie szefa zaprogramowało kamulca coby się świecił jak szef i hrabina razem go dotykają. Strach pomyśleć, co by było gdyby jedno albo drugie gdzieś się na tej wyprawie zapodziało...
Tia, siedem lewiatanów i behemot były by poważnym czynnikiem decyzyjnym przy negocjowaniu o wydanie Skeyów z Fingisvold. Ja widziałem te spojrzenia! Nie ma co się oszukiwać, wszyscy zainteresowani chcą tam lecieć. Ech, w końcu po to polecieliśmy tak daleko w głąb vuldrockich światów... Uzupełniamy zapasy, trzeźwiejemy, ładujemy się na pokład i lecimy. Dokąd to Dvar? A, oki, możesz pożegnać się z kąpielową, byle szybko. Taki nasz los, pakować się jak powiedzą lecimy. Nie ważne, że na pozbieranie się mamy czas od obiadu do kolacji...
Tym razem nie uśmiecha nam się latanie w kółko, bycie porywanym i w ogóle. Dlatego lecimy z eskortą przydzieloną nam przez Strażniczkę Kluczy. Podróż do wrót upływa spokojnie. Za spokojnie? Po trzynaste: Nie krakać!

Skaczemy, lądując w nienazwanym systemie po drodze. Czujniki zaczynają podawać informacje o systemie. Jednocześnie robimy zwrot i przygotowujemy się do pośpiesznego skoku... Cholera! Kto wyłączył wszechświat? Panowie, zdrada! Jesteśmy w du**! Włącza się światło... Jebitny hangar o dziwnych kształtach, wysuwający się ze ściany pomost podłączający się do naszej śluzy, którym maszerują... Koty? A w zasadzie jedna humanoidalna kotka i dwa humanoidalne tygrysy. To są te sławne Feline.
Szef maszeruje powitać "gości" przy śluzie i zaprasza ich, gdzież by indziej - do pomieszczenia rekreacyjno-towarzyskiego z bliżej nieznanych przyczyn zwanego mesą. Dreptu-dreptu-drept. Po drodze zjawia się powiadomiona o odwiedzinach Aida, Grunsh i Trzy Pazury. Okazało się, że łaskawa cesarzowa Feline, w związku z obietnicą udzieloną Marinie przysłała Błękit (bo tak wabi się lotniskowiec, w którym się obecnie znajdujemy) pod dowództwem kapitan Cestis aby pomóc nam odebrać czekające okręty. Ekipa wybiera się na mostek Błękitu oglądnąć skok. Ziup. MY SIĘ NAWET DO WRÓT NIE ZBLIŻYLIŚMY! Łoj. Jeżeli wierzyć błękitnym wyświetlaczom jesteśmy w środku systemu Skey. Tu wrota, tu planeta otoczona armadą Suul, tu rój asteroidów gdzie czekają lewiatany... A to, co? Podłużny kształt wiszący nad powierzchnią jednego z księżyców... Stocznia? Stocznia wyrastająca lewiatany? Czy to działa? Jak to działa? I co najważniejsze, kogo to słucha? Sprawdzimy przelatując w pobliżu. W każdym razie jakoś przetrwało tu mimo obecności Suul. Chyba, że nie działa. Albo pracuje dla Suul. Trzeba jakoś wyznaczyć kurs do pasma asteroidów i odebrać lewiatany. Okej, plan jest taki: lecimy po lewiatany, siedzimy tam kilka dni pozwalając dzielnym Cotze oswoić się ze swoją nową formą, lecimy w pobliże stoczni skontaktować się z nią a potem biegusiem do wrót i spierdalamy. Cóż niby proste.

Miejsce gdzie schowane były lewiatany okazuje się być asteroidem, do tego wydrążonym. W środku zajebiście wielka hala. Wylądowaliśmy, mając w zasięgu wzroku spore wrota flankowane przez posąg Mariny i Zukinayana. Drzwi otwierały się po pokryciu haczyka krwią Azima i Aidy. Na szczęście wystarczyło po kropelce. Za nimi, za nimi druga hala. Chyba równie duża. I pełna lewiatanów. Na końcu projektor z zapisaną przemową syna albo wnuka Mariny i Zukinayana ostrzegający, że po wlezieniu do okrętów cały asteroid ma się rozsypać. Machamy chusteczką pilotom na pożegnanie - damy wam sygnał jak już się zabierzemy na okręt, wtedy możecie wchodzić - i biegiem do okrętu. Tup-tup-tup! Wsiadamy, ping, drżenie, start, wszystko zaczyna się sypać. To najbardziej zajebiste puzzle, jakie do tej pory widziałem. To nawet lepsze niż składanie obwarzanka z bułki tartej.
Zgodnie z planem zostajemy jeszcze kilka dni żeby lewiatany się oswoiły ze wszystkimi czterema mackami. Behemot też, ale ma dłuższe... Lecimy do stoczni, która okazuje się nie tylko żywa, ale i zdolna do produkcji. Co więcej przez dwieście lat wytresowała sobie Suul na tyle, żeby nie podlatywali za blisko. Aida wydaje rozkazy produkcji nowych lewiatanów i behemotów, które odebrać będzie mógł tylko ktoś z krwi (albo z silną więzią psychiczną - znaczy się Aida) Mariny posiadający jej koronę. Pośpieszny lot do wrót pozwolił nam na spotkanie z wlatującą właśnie flotą Suul. Cholera, my to mamy pecha... W ostatniej chwili do walki włączają się Szpony. Jak widać Błękit został dłużej niż pierwotnie obiecywał. Dzięki! Przy okazji widzieliśmy myśliwce Feline w akcji. Interesujące.

Dwa skoki i jesteśmy na Raven. Wysyłamy wiadomość do Strażniczki Kluczy. Nie mamy czasu żeby lecieć na planetę, na Fingisvold zostało mało czasu - jeden z okrętów Skey czekających przy wrotach zabiera kapłankę Mariny razem z koroną i kluczami. Skok na Wolf's Lament, pośpieszna wiadomość do rady Skey na planecie i kolejny skok: Fingisvold. Przy wrotach czeka flota - dwa pancerniki, kilka mniejszych okrętów. Gulp. Wywołują nas. Szef zapada w odrętwienie zostawiając dowodzenie Aidzie... Dokąd to? Krótka wymiana zdań z butnym dowódcą floty - noszącym wytatuowaną na czole czarną gwiazdą. "Niech rozstrzygnie Setesh". Kurwa! Teraz zobaczymy, co naprawdę warte są nasze nowe okręty. Rozpętuje się piekło. Dar Ikony czai się w rogu, żeby nie dostać się w pole rażenia walczących tytanów. Działką jednego z pancerników zawodzą, musi wykonać zwrot zanim zacznie strzelać. Seria promieni zamienia go w stertę żużlu zanim znowu zacznie strzelać. Krążownik liniowy wybucha nawet niedraśnięty! Jeden z lewiatanów dostaje pełną salwę od drugiego z pancerników. Wcześniej dostał jeszcze kilka trafień... Zamiera w bezruchu rozerwany na kilka kawałków... Pozostałe lewiatany uderzają z jeszcze większą gwałtownością, wściekłość starożytnych potworów zmiata wroga... Czarne Smoki... Doskonała nazwa... W końcu wszystko zamiera. Szef wyrywa się z odrętwienia, jest oszołomiony, spocony, oczy błyszczą mu dziwnym żarem.
Pośpieszne decyzje, dwa lewiatany i behemot zostają przy wrotach - reszta leci ku planecie. Decydenci na Fingisvold ugięli się ciągle wstrząśnięci skutkami gehenny zgotowanej ich flocie przy wrotach. Kolejne dwa tygodnie mijają na nadzorowaniu ewakuacji Skeyów z planety. Szef parokrotnie wybiera się na dół zbadać sytuację - i nie jest dobrze. Na planecie otwarcie działa kult Setesha, zakon rekrutuje pilotów do behemotów... Nawet wydaje się zbierać potencjalnych kandydatów na przyszłych Kosiarzy.
Odlatujemy z systemu wraz z ostatnimi uchodźcami. Skok na Wolf's Lament i... Komitetem powitalnym kieruje sam Niedźwiedź. Wystawili tu chyba wszystko, co mieli, wraz z sojusznikami zresztą. Zwyczajowa kolacja, w trakcie, której toczone są rozmowy mające przekonać Niedźwiedzia do działania przeciwko Fingisvold. Tak, problemem pozostaje Greolf z Frost, który niewątpliwie wykorzystałby okazję by rzucić się na ziemie Niedźwiedzia. Więc trzeba dogadać się z Greolfem. Który chce zostać Królem Królów... O! Do pełni tytułu Król Królów winien mieć za sobą zwycięską wojnę... Fingisvold i zakon chyba się do tego nadadzą. Niedźwiedź chce utrzymać swoje ziemie i zachować względny spokój, poza tym jest nawet gotów uznać Greolfa swoim królem. Mam już punkt wyjściowy do negocjacji. Skaczemy na Frost, samym Darem Ikony, pogadać z Greolfem. Trzy dni czekania na audiencję (Greolf musi się o królowaniu nieco nauczyć - np. opóźnienia w działalności mogą być zgubne w skutkach). Audiencja - opowieść o zakonie na Fingisvold przerywa przedstawiciel Fingisvold i zupełnym przypadkiem klon nieżyjącego już Giorgija Decadosa. Trzy Pazury zarzuca mu kłamstwo i wyzywa na pojedynek. Wynik jest jednoznaczny, Trzy Pazury odnosi kilka ran, klon Giorgija też kilka. Różnica tkwi w tym, że jedna z ran zakonnego jest śmiertelna. Po tym pokazie zdolności Trzech Pazurów (to my z nim trenowaliśmy!) Greolf wysłuchuje nowin o wrażych wpływach na Fingisvold. Zresztą od początku był już uprzedzony do ambasadora. Zgadza się przyjąć poselstwo od Niedźwiedzia i rozpocząć negocjacje w sprawie wspólnej operacji przeciwko Fingisvold.
Wracamy przekazać wieści Niedźwiedziowi i zabrać nasze lewiatany. Pięć z sześciu lewiatanów zostaje tutaj - do walki z Suul i ewentualnym kontratakiem zakonu...

Przeskakujemy przez Khotan, machając po drodze legatem Siggiego jako biletem szybkiej jazdy i skaczemy na Hargard. Przy planecie czeka zebrana grupa okrętów Ryżobrodego, lekko spietrana pojawieniem się behemota. Do tego na orbicie wisi okręt Hakkonenów a krążownik Kriti Lalit siedzi nad ziemiami Siggiego. Nie jest dobrze. Witamy się z Siggim i księciem Ojasem, hrabina sprawdza pocztę - okazuje się, że Hakkonenowie handlują z kim się da, rozdając w prezencie broń plazmową obu stronom (Siggiemu i Greolfowym) a Kriti Lalith zmarła była w wyniku inwazji wojsk regenta Devdasa. Później odwiedza nas książe Ojas, wraz z nową małżonką Hanitą. Córką Kriti Lalit. Ech, nie było nas ledwie cztery miesiące a ona już w ciąży. Ojas, pomny talentów Bertrama prosi go o zbadanie małżonki i dziecka. Szef dołącza się po cichy do prośby chcąc by Bertram upewnił się przy okazji czy dziecko faktycznie jest ojasowe. Jest. Jednak nikt nie wprowadził w życie planu sterylizacji Ojasa. Przy okazji Bertram dodaje do swojej kolekcji tytuł od Ojasa. Jak tak dalej pójdzie będzie mieć ich więcej niż Aida... Czemu ja nie zostałem lekarzem?
Kolejnym punktem programu jest neutralizacja Kosiarzy i transportowca. Hakkonenowie ostro protestują. Sytuacja się komplikuje, kiedy Nizdharimowie za zniszczenie transportowca i Kosiarzy oferują dwa statki medyczne i techników, którzy nauczą replikować ich sprzęt medyczny. Wyciągają do tego ukrytą wiedzę: na transportowcu jest komora transformacyjna pozwalająca ukończyć przemianę człowieka w Kosiarza... Cholera. Aida udaje się na spotkanie z "Devdasem" (a naprawdę z cichym reprezentantem Greolfa na planecie) żeby uzyskać nakaz zniszczenia transportowca od seniora tych ziem. Hakkoneński transportowiec chyba protestował - w każdym razie ludzie Devdasa zestrzelili go od ręki. Mając pisemny nakaz zniszczenia obiektu w ręku pozostało tylko usiąść przed monitorem, wziąć popcorn i obserwować jak behemot wypala transportowiec wraz z pozostałymi kapsułami.

Kiedy wszystko, co było do zrobienia zostało zrobione pozostało tylko spakować się. Cóż chłopaki, było fajnie, może się jeszcze spotkamy. Zaprosiłbym was na ślub, ale wy się teraz spieszycie a my zostajemy... Jeżeli dojdzie do jakiejś większej wojny to pewnie będzie okazja do spotkania... Trojaczki, trzymajcie się ciepło... Ara'na dokończ studia, Kreth'u przy najbliższej okazji spiszę wszelkie naleciałości ukarskie w języku Skeyów i Ci wyślę, Mharr rozpiłeś się na tej pirackiej wódce, Xan, żałuje, że nie zobaczę jak rozkładasz Grunsha w pokera. Saruk - kopnij Ion'Tek'a i doprowadźcie to pudło do stanu używalności... Panowie, toast za zmarłych... I toast za żywych!


Komentuj (1)


Link :: 21.03.2006 :: 21:59
6 - 10 maius

„Kuszenie/Upadek?” – cz. 1

Sesja Drejkowa - D2

BY SORA

Powrót od Gargulca upłynął w milczeniu. Każdy z nas widział coś... Każdemu cos obiecano. Mój nowy towarzysz siedział patrząc w moją stronę, moja spowiedniczka zaś wpatrywała się w niego. Podejrzewam, ze rozszarpałaby go na strzępy, gdyby tylko jej instynkt był silniejszy od jej wiary. Antonio milczał, hrabina zerkała to na mnie to na niego, zaś Ivan pogrążony był w gorliwej modlitwie. Ja nie czułam już chłodu, czułam tylko niepokój – co właściwie otrzymałam i ile przyjdzie mi za to zapłacić? Matka Monika kazała mi odrzucić pokusę i, niech Prorok będzie świadkiem, zrobiłabym to, gdybym tylko mogła. Niestety, obawiam się, że moja decyzja byłą nieodwracalna.

Pani hrabina złożyła mi pewną propozycję. Z siłą, którą zyskałam, stanowię sojusznika, którego należy traktować poważnie. Oferta walki w obronie Cesarstwa, nowych ziem i tytułów... Problem polega na tym, że, choć jestem lojalną poddaną Cesarza, należę do osób, które wiedze przedkładają ponad zaszczyty. Zaś perspektywa użycia Tego przeraża mnie. Do jakiego stopnia cel uświęca środki?

Po powrocie na orbitę zostałam zaproszona na kolację przez Antonia. Zabrałam ze sobą jedynie matkę Monikę, mojego nowego towarzysza – czy też towarzyszy, bo, jak się okazało, Ukar przyjmował jedynie rozkazy wypowiadane w liczbie mnogiej. Kolacja stała się okazją do złożenia mi kolejnej oferty – tym razem powiązanej z informacjami, które wydały nam się niewiarygodne. Wojna w Niebie, Zakon Czarnej Gwiazdy, Urowie, Lewiatany... Fotografie uczyniły wykład nieco wiarygodniejszym, lecz w tego typu wiadomości trudno uwierzyć. Antonio nie zrobił na nas bardzo pozytywnego wrażenia – wypadek z korwetą nie świadczył o nim najlepiej. Moja spowiedniczka nie omieszkała zasugerować, że stan umysłu komodora nie jest najlepszy, mimo to postanowiłam przemyśleć jego propozycję – po weryfikacji danych, rzecz jasna. Antonio obiecał nam wyprawę, która miała dać nam po temu okazję. Zgodziłam się.
Po kolacji postanowiliśmy zamienić kilka słów z Ukarem. Nie był w stanie podać ani konkretnej daty bitwy, ani liczebności armii. Dowiedziałam się, że na granicy między tym a tamtym światem trzyma ich przysięga złożona jednemu z moich przodków. Ja byłam pierwszą z rodu, która dotarła na planetę. Komodor nagrał powtórzoną przez Ukara treść przysięgi i przesłał ją do tłumaczenia. Nie dowiedzieliśmy się niczego nadzwyczajnego. Obawiam się, że problemem nie jest treść przysięgi

Następnego dnia podejmowała nas pani hrabina. Ponowiła swoją propozycję, obiecując mi nawet tytuł wielkoksiążęcy. Przyznam się, że byłam zaskoczona, nawet przerażona – zwłaszcza w kontekście snu, który miałam tej nocy. Odmówiłam.
Hrabina miała towarzyszyć nam w podróży. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. Z jednej strony jej pragnienie wszystkiego, co mogłoby jej pomóc pokonać Symbiontów, z drugiej zaś – zainteresowanie Antonia jej osobą. Jednostronne? Zachowanie hrabiny można by interpretować na różne sposoby. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy komodor zostawił Hrabinę przed wrotami... ale to wydarzenie nie było aż tak istotne...

Gdy dolecieliśmy do Wrót, Antonio... zmienił się. Znał kod. Wprowadził go jak w transie. Ta rzecz po drugiej stronie przyciągała go.

Jednak to nie ona oczekiwała nas w nieznanym układzie, a coś, o czym dotąd jedynie słyszałam. Moje pierwsze spotkanie z Symbiontami było dość drastyczne – ale nie podejrzewam, by jakikolwiek kontakt z tymi istotami taki nie był. Nie jestem dobra w opisywaniu bitew, pozostawię to historykom, sama zaś napisze tylko, że mój szacunek do Antonia wzrósł. Komodor miał okazję wykazać się swoimi umiejętnościami i w pełni z niej skorzystał. Zwycięstwo otworzyło nam dalszą drogę...

DODATKI:
Kuszenie/Upadek by Antonio
Komentuj (1)


Link :: 30.03.2006 :: 18:59
3 iunius - 2 iulius 5002

Ligeheim II cz. 6 i 7

Sesja Wewnatrztygodniowa

BY MOEBIUS

No i znów nuda. Varia zalicza kolejnego „zjazda” a Askar poleciał do Galbreitów załatwiać wykończenie jednej z Matek.
Ale spoko, jak cię robota nie chce znaleźć – sam jej poszukaj. Dręczy mnie cały czas sprawa tego psychomiecza. Cholera, od kiedy pamiętam, był w posiadaniu Kultu. A nuż coś w niego „wsiąkło”? Wypadało by sprawdzić… Wraz z Laurą siadamy nad wycinkami prasowymi dotyczącymi aktora. I… nic. Żadnych dziwnych zachowań, nic podejrzanego. Nic, albo… prawie nic. Z zakupem miecza dziwnie zbiega się śmierć prywatnego lekarza naszej „gwiazdy ekranu”. Cóż, warto by to zbadać. Do kliniki Aptekarzy, gdzie zwykle pracował doktor idzie Laura. Ma największą wiedzę w tej dziedzinie i najpewniej to właśnie ona może zauważyć coś dziwnego. Na miejscu okazuje się, że, co prawda Aptekarze nie mogą w żaden sposób nam pomóc, to jednak istnieje ktoś jeszcze – żona zmarłego lekarza. Podobno brał on czasami do domu dokumentację co ciekawszych przypadków, więc może…
Laura umawia się na spotkanie z kobietą, pracującą na co dzień jako asystentka do spraw kontaktów (telefonistka znaczy) w jednej z firm. Na miejscu – szczęście uśmiecha się do nas po raz kolejny – okazuje się, że mąż rzeczywiście miał w domu dokumentację kilku przypadków i nie została ona jeszcze wyrzucona! Kobiety umawiaja się na wieczór.

* * *

Siedzimy w salonie i czekamy na powrót Laury. Nagle – z recepcji (kilkadziesiąt pięter niżej!) dobiega huk. Leila natychmiast dzwoni dowiedzieć się co zaszło. Okazuje się, że miał miejsce zamach na jakąś baronessę Li Halan. Zaraz, moment. Ona tu mieszkała? No tak. A ile takich kobiet mieszka w tym hotelu? Jedna. O, kurwa…
Biegnę na dół. Schodami, bo winda zablokowana. W hallu zamieszanie. Jedna ze ścian pokryta… eee… no, przynajmniej hotel zaoszczędzi na sprzątaniu zwłok – wystarczy zmiotka i ktoś z kubłem farby. A gdzie Laura? Uff, spoko. I ona i Tomashi maja na szczęście zwyczaj chodzenia z tarczami osobistymi. Fakt, tarcze spalone i do wyrzucenia, ale pole siłowe zatrzymało większość odłamków. Mimo to zostaja zabrani do ambulatorium. W biegu Laura nakazuje mi jechać szybko do wdowy po doktorze i sprawdzić, czy u niej wszystko gra.
W recepcji wpadam na Varię, która się chwilę temu obudziła i, tak jak ja, pobiegła sprawdzić co się dzieje. Łapiemy grawitaksówkę i lecimy pod wskazany adres. Po drodze tłumaczę co jest grane.
W siedzibie firmy – kolejne niespodzianki. Ledwo zdążyliśmy się przedstawić, a już mamy na karku oddział ochroniarzy. Zostajemy zatrzymani do przesłuchania w sprawie porwania i… morderstwa. Obydwu tych czynów dokonano w mieszkaniu – oczywiście – naszego kontaktu. Kurwa, byli szybsi.
Przesłuchanie. Tak, jestem Ukarem – widać chyba? Nie, nie znam tej kobiety. Nie, nigdy jej nie widziałem. Nie, nigdy nie byłem w jej domu. Tak, są świadkowie potwierdzający moje słowa… Bleee…
Nagle do pokoju wpada Varia i… jestem wolny. Eee… Dlaczego oni mówią do Ciebie Rycerzu? Że co? Że ja z Kohorty jestem? Aaa… Znajomości fajna rzecz. No to biegniemy obejrzeć przesłuchanie wdowy i jej córki – jednej z trzech córek.
No i wszystko jasne. Porywacze wpadli do mieszkania, splądrowali je, zabili jedną dziewczynkę a drugą uprowadzili. Trzeciej, najstarszej, nie było wtedy w domu.
Wracamy do hotelu. Zdecydowanie – musimy coś zrobić. Laura opowiada. Cholerrrny świat! Wszystko zaczyna do siebie pasować! Ukarowie Miharshun, miecz, tajemnicza bransoletka znaleciona na ręce zamachowca. Proszę państwa, ile wiecie na temat kultu Shemhazaj? Niewiele? To ja wam coś opowiem. W końcu należałem do niego długie lata…
Teraz, kiedy już wszystko wiecie – musimy działać. Zaraz, spokojnie. Może jak się skoncentruję to… Mam! Dziecko, wraz z pięcioma innymi jest w domu aktora (nota bene – Scalonego!), jakieś pięć – sześć pięter licząc od szczytu budynku. Za kilka godzin zostaną złożone w ofierze demonowi… A teraz dajcie mi spokój, właśnie kompletnie wyprałem się z Mocy.

* * *

Askar! Potrzebny nam Askar! Cholera, wyłączył komunikator. Varia zalicza kolejny zjazd. W końcu – telefon. Od Askara. Skończył rozmowy, wszystko gra. No to fajnie, słuchaj, jesteśmy w głębokiej dupie, mieliśmy zamach na Laurę, musimy uratować dzieciaki.
Al Allaw oczywiście wchodzi w to bez namysłu. Opracowujemy plan. Szybko, bo do rytuału coraz mniej czasu. Askar załatwia wsparcie – od Archiwum (plany i kontakt do… lokalnego przedstawiciela Zakonu Czarnej Gwiazdy, który chce nam pomóc), Lux Splendor (pięciu Braci Wojennych) i Avestian (oddział czterdziestu rozbójnik… Pielgrzymów znaczy i egzorcysta Mateus). Od nas będzie Askar w zbroi, ja i Vleska oraz pięć golemów bojowych Vasila. Dodatkowe wsparcie psioniczne zapewnią Leila i Varia z pokładu Błogosławionego Allawa, który ostrzela budynek z broni pokładowej.
Z planów wynika, że aktor całkowicie przerobił ostatnie dziesięć pięter wieżowca. Teraz przypominają… jaskinie. Faaajnie, dawno nie zabijałem w tak komfortowych warunkach. No prawie jak w domu się czuję.
Zbiórka przed rozpoczęciem akcji. He he, prezentujemy się imponująco. No, może poza azbestami nerwowo zerkającymi w stronę zamaskowanych golemów.
Askar ubiera zbroję, ja – nowe synthjedwabne szaty. Kupiłem je jakiś czas temu na walkę z Cieniem, ale… wpieprz spuszczany własnemu, niegdysiejszemu, bogowi też jest niezłą okazją.
Jeszcze tylko kazanie przed walką wygłoszone przez brata Mateusa (oj, jakie fajne, jakie fajne. Już wiem – wstąpię do nowicjatu Avestii…) i potrójne błogosławieństwo – Laury, Mateusa i Brata Wojennego.
Ruszamy!

* * *

Zaskoczenie jest kompletne. Allaw za pomocą dział plazmowych wybija w ścianie wieżowca olbrzymią dziurę, sięgającą jaskini ofiarnej. Varia posyła tam swój wzrok. Cholera, jesteśmy w ostatniej chwili – rytuał już trwa. Askar, Bracia Wojenni, Vleska i ja – wkraczamy. W tej samej chwili budynkiem wstrząsa eksplozja – to roboty Vasila przebiły kopułę penthausu i rozpoczynają rzeź obrońców. Allaw zostawia nas i leci otworzyc wejście dla bandy Avestian. Kilka strzałów i – postaci w ognioodpornych szatach wpadają do niższych pięter budynku. Rozlega się syk odpalanych miotaczy.

W jaskini… Nie, nie jest ciemno. Wpadając do kompleksu rzucamy granaty hukowe. Dym. Błysk. Hałas. Uczestnicy rytuału są zaskoczeni. Nie długo jednak. To nie są ludzie, tylko Ukarzy. Ukarzy z Klanu Miharshun. Rzucają się do walki, jednak… nic nie mogą poradzić przeciwko pancerzom wspomaganym. Giną więc jeden po drugim.
Aktor natomiast… Siedzi, rozparty na kamiennym tronie. Patrzy mi w oczy… Nawet nie celując wywalam w niego cały magazynek. Kule jednak zatrzymują się na barierze ochronnej. Sięgam na plecy po włócznię. Szybki gest i z sykiem wysuwa się półmetrowe ostrze. Wtem sobowtór aktora, stojący koło niego, zaczyna się przeobrażać. Twarz wykrzywia się w grymasie bólu, ciało zostaje pochłonięte przez… ciemność. Przyjmującą kształt człowieka. W dłoni demona rozjarza się karminowy blask – miecz plazmowy. TEN miecz. Nodalej, szepce, spróbuj mnie pokonać. Czy wolisz zostawić to twemu słudze – pyta, wskazując na Askara. Oj, trzymajcie mnie, bo… czuję jak narkotyki zażyte przed akcją zaczynaja mnie nakręcać. Askar, odsuń się… Askar skacze. Rych dłoni demona i… pancerz wali się na posadzkę pozbawiony energii. No i już, nie ma odwrotu. Demon szarżuje. Jak zza mgły słyszę wołanie Varii – dawać egzorcystę, szybko! Odskok i uderzenie. Unikam miecza i ostrych jak brzytwy półmetrowych szponów. I jeszcze. Tnę. Włócznia rozjarza się wyładowaniami porażacza. I… nic. Ostrze przechodzi przez niematerialne ciało nie czyniąc żadnej krzywdy. Ech, a ja naiwny myślałem, że będzie łatwo. Teraz tylko unikam. Cholera, jest diablo szybki. Unik, unik, unik… Pomagam sobie Mocą, odbijając dodatkowo od ścian. Mimo to – zaczynam wątpić w celowość obrony. Przecież nic mu nie zrobię. Wtem pancerz Askara rozjarza się, i… przyjaciel podnosi się. Nie wiem, jak to zrobił, ale przywrócił energię swej zbroi. Błysk – to Pazur Proroka. Modlitwa. Nacieramy razem. Askar tnie, ja odwracam uwagę demona. Za naszymi plecami… spokojny głos rozpoczyna recytację. Pieśń Żaru. Kurwa, jak ja kocham tych Azbestów. To ci dopiero odsiecz w ostatniej chwili.
Ha! Masz, skurrrwysynu. Chlapie z ciebie posoką aż miło, nie? I jeszcze raz. I… ups, to bolało. Szponiasta łapa odrywa kawał zbroi Askara z lewego ramienia. Ja lekko dostaję mieczem. Nie przeszkadza to jednak ciągle atakowac wroga, króry pod ciosami miecza i egzorcyzmów zapada się w sobie i… Aktor wstaje. Teraz, Panie, mogę Cię przyjąć do siebie – mówi. Nie, znowu? Tak blisko byliśmy… Wtem aktor sztywnieje, patrząc gdzieś w pustkę. A następnie – osuwa się na ziemię. Martwy. Wrzask demona. MOEBIUS! ZNAJDĘ CIĘ I ZABIJĘ!
Dziecko – jedyne dziecko, które zginęło, podnosi głowę. Jego oczy jarzą się. ZABIJĘ CIĘ ZDRAJCO! Ta, jasne. Wiesz gdzie mnie szukać. Jeden z Braci tnie, dekapitując trupa. Uwaga, może wejść w każde ciało! – krzyczy Mateus. Jak na komendę żołnierze zaczynają odrąbywać głowy martwych obrońców.
Budynek zaczyna się trząść. A-ha, wiejemy. Avestianie już się ewakuują. Golemy Vasila też. Zwiewajmy, bo zaraz spadnie na nas dziesięć pięter, a tego możemy nie przeżyć. Nawet przy naszym szczęściu. Dobra, nikt nie patrzy. Wytężenie woli i psychomiecz ląduje w fałdach mojego płaszcza.

* * *

No i luz. Poza jednym martwym dzieckiem i dwoma lekko rannymi Avestianami odnieśliśmy pełen sukces. Tyle, że… musimy wiać z planety. Archiwum zatuszuje całą sprawę, ale potrzebne jest nasze „zniknięcie” z planety. Tak na pół roku na przykład. Na szczęście wszystko już tutaj załatwiliśmy.

* * *

B2… Nareszcie… Najpierw wizyta w Archiwum. Mazarin słucha naszych raportów. Mówi nam o zniszczeniu pozostałych Matek. Odsyła psychomiecz teurgom – do zbadania. Wiadomość o dobrych układach z Galbreitami cieszy go chyba najbardziej…

* * *

No i stało się. Kolejne urodziny Ewy. Tym razem odbywają się w Cesarskim Mieście, pałacu Askara – nasz Allaw postanowił, że koniec z pomieszkiwaniem po kątach i postawił domek, gdzie każdy ma własne pokoje. Jejku, jak fajnie. I nawet wodne łóżko mam. A wracając do uroczystości: mnóstwo gości, mnóstwo prezentów. Na przyjęciu pojawia się sam… Mazarin, w stroju błazna. No dobra, zachowuje się też jak błazen. Wszechstwórco, za co mi to robisz? Dobra, wiem. Ale czemu tak bardzo?
Impreza bardzo udana. Wszyscy szaleją, można zapomnieć o codziennych problemach. Luz i laba. Nie trzeba myśleć o czekającym następnego dnia psychiatrze, treningu i książkach…

* * *

Askar, Varia i Leila odlatują. No tak, udają się na Ikonę na urodziny tego Manuela – kumpla Askara. Tego, co to spili się razem jak nie przymierzając owce jakiś czas temu. Mamy się spotkać za miesiąc. Do tego czasu mamy siedzieć na Byzantium. A na dwa dni przed odlotem Vasil zaprasza nas do knajpy i ogłasza…
Ech, szkoda. Będzie nam Ciebie brakować. Ale, cholera, należało Ci się. Dowodzenie całym projektem badawczym na Skorpionie… no no. Niby półroczny kontrakt to sporo, ale… Ej, przecież już nieraz ekipa się rozpadała, żeby po pewnym czasie zejść z powrotem. Leila oczywiście burczy i obraża się na cały świat, ale, cholera sama za dwa dni wyjeżdża – na miesiąc. W dodatku nie mogła by zabrać Vasila, więc sytuacja ta sama. Ludzie czasami mnie zadziwiają.
Dobra, to chyba tyle… Z Askarem i Varią wychodzimy z knajpy, kierując się do kwadrantu. Nareszcie zobaczę tego osławionego Liścia – lokal tylko dla psychoników. Oj, to może być dłuuuga noc…

Komentuj (3)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń