Menu :


Link :: 12.03.2008 :: 22:30
II 5004

Dziedziczka 2 i 3

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Na czym to ja skończyłem? Następnego ranka, moiściewy, nie wydarzyło się absolutnie nic ciekawego. Prawda, ów Hawkins z kompanionami wybrali się do portu przechwycić przesyłkę. Jak zamierzyli, tak zrobili… i na tym poprzestali.
Co dodam, nie tylko poranek ale caluteńki dzień zszedł absolutnie spokojnie. Prawda, Ineza zabrała się za przeglądanie pokoju JosMarii, który od dnia jego śmierci nie był ruszany. Czego tam się nie spodziewała, a o czym dowiedziałem się po wielu latach, to książki i listy. Otóż, panie i panowie, zrazu wyglądało na to, że JosMaria zapisał się był do towarzystwa literackiego. Z tego tytułu otrzymał kilka listów tudzież książek do recenzencyj. Tak, widziałem te książki… Wszechstwórco, uchowaj… Romansidła lotów wyjątkowo niskich, że zacytuje naszego nieodżałowanego Dona Alejandro, któren słowem własnym zaświadczył iż nawet ja, Vincent Vega, w swoich najgorszych chwilach (czyli, gdy byłem zmęczony na dzień po hulance a rozpuście, tudzież nie chciało mi się) wymyślałem i śpiewałem lepiej. Znaczy, były zaiste straszne. Piękna Ineza zwróciła jednakże uwagę na powtarzające się tu i ówdzie słowa i wyrażenia… Że nie mogła poradzić sobie sama, zwróciła się o pomoc do naszego dzielnego diuka. Don Alejandro uprzejmie poprosił ją o materiały, ściągnął szyfrantów. Wynajął też od Gildii maszynę myśląca, i to z tych lepszych. Szyfranci, tez gildyjni, jakby się kto pytał, wzięli się do dzieła. Sprawę postawili uczciwie, nie obiecując niczego przed upływem doby.

Wieczorem komendant zabrał się za pamiętnik Izabeli… O czym ten traktował, rzekłem wam uprzednio. Dodatkowo, com pominął, opisywano tam metody stosowania antynomii do celów politycznych… tudzież sposoby usuwania wrogów. Nawiązując do poprzedniej mej opowieści, mogłeś wyjść z uczty u Izabeli trzykrotnie bogatszy… tylko po to, by umrzeć z głodu po dwóch miesiącach – przez to, że twe ciało nagle odmawiało przyjmowania pokarmów. Albo też sczeznąć po dwóch dniach… jako jedyny z dwudziestu pijących z jednego antałka i jednego kielicha.

Jak się pokazało, lektura była bardzo wciągająca, oj, bardzo… Nie była to zwykła książka, moiściewy… przeznaczona dla niewielu. Dość, że Ineza kartkowała ją przez całe popołudnie, po czym odłożyła bez niczego. Wieczorem, jako rzekłem, za lekturę wziął się don Alejandro…

Corrinho siedział przy kominku, głęboko zatopiony w ciężki skórzany fotel. Nie zaszczycił wchodzącej do biblioteki Inezy nawet jednym spojrzeniem. Wolną ręką przerzucił stronice, po czym mechanicznie podniósł do ust kieliszek… pusty…
- Don Alejandro?
Nie zareagował. Podstawy etykiety wymagały –dla każdego szlachcica- przynajmniej uniesienia brwi tudzież skinienia głową. A tu – jakiż afront… Przesunęła dłonią przed jego oczami. Nic. Westchnęła, chwyciła za książkę i wyrwała ją z dłoni diuka.
Zerwał się z fotela. Oczy zwęziły się, błysnęła w nich furia. Zwinął lewą dłoń w pięść. Brzęknął trzymany w niej kryształ, prysły odłamki, po przedramieniu spłynęły strużki krwi. Potrząsnął głową, jakby budząc się ze snu.
- Inezo?


Zorientował się komendant, że pamiętnik kapkę za bardzo wciąga… Potem był już ostrożniejszy, kazał sobie książkę w razie czego odebrać. I prawda, po godzinie odebrali mu… tylko że jeden wylądował w izbie chorych gdy don Alejandro uznał za stosowne wyrazić dezaprobatę.
A w nocy przyszły sny.

Noc rozświetlona blaskiem płonących stosów… żołdactwo w mundurach Corrinho, na wymyślne sposoby torturuje i morduje więźniów. Na balkonie stoi Alejandro, z ojcowską czułością patrzący na trzymane w ramionach, cicho kwilące zawiniątko. Uspokaja niemowlę, gdy niepokoją je krzyki mordowanych. U jego stóp olbrzymie ciało Hieronima, martwymi oczyma zdaje się wpatrywać w okrwawiony szpic pala, sterczącego z ust Amalteanina.

Następnego ranka komendant zbudził się później niż zazwyczaj, zmęczony bardzo. Snadź lektura mu nie posłużyła… Postanowił, po raz kolejny, poczytać – tym razem, dla pewności, skan z projektora. Dla pewności również kazał się pilnować Hieronimowi. Jak poprzednio, nie minęła godzina a komendant o świecie zapomniał, gdyby mu zgniłe jaje podłożyć to by zjadł nie zauważywszy… Nasz padre zabrał mu pilota, za kark przytrzymał i dał zastrzyk. Do trzech razy sztuka, orzekł uspokoiwszy się don Alejandro i więcej pamiętnika nie tykał.

Kole południa wybrała się Jasmina na spotkanie z Hawkinsem. Wiecie, wyglądało na to, że po przechwyceniu przesyłki z samczykiem spoczęli na laurach… Spotkanie, prawda, nieoficjalne, w największej dyskotece na Harmony, moiściewy. Ma się rozumieć, nie poleciała tam sama, Capa i Mendez polecieli z nią, a godzinę wcześniej sześciu chłopaków wmieszało się w tamtejszych gości. Strzeżonego, wiadomo…
Spotkanie przebiegło spokojnie. Czego się Jasmina dowiedziała? Hawkins et consortes chętnie by demo nicę z nasza pomocą, lub bez niej, ujęli. A może by tak na miejscu ubić, pyta Jasmina. Ano, ubić by i ubili, ale nie za darmo. Nie, nie o feniksy, ziemie ni wdzięki niewieście mu chodziło. O swego rodzaju inwestycję. Mianowicie, jeśli wygramy wojnę, mieliśmy w zamian zezwolić na swobodę działań jego grupy na planetach hazackich. Wliczając w to ochronę prawną i przed Kościołem. Ślisko, prawda?
Cóż, z jednej strony, mieliby jedynie nasze słowo. Z drugiej, aż nasze słowo. Co tam mamroczesz, synku? Ano, prawyś, przegrawszy wojnę nie mielibyśmy zobowiązań. Tyle, że z takim nastawieniem moglibyśmy od razu, ustawiwszy się gęsiego, podreptać do stajni celem obwieszenia się na lejcach, zamiast bawić się w wojnę.
Sprawa zaczynała śmierdzieć gorzej niż piechota wybraniecka w okopach. Kto, powiedzcie, mógł zaręczyć że ów Hawkins sam nie babra się w antynomii? Że kapłan z doków nie był na przykład renegatem Ordo Draconis Tenebris? Że nie stanowił dla nich niewygodnej konkurencji? Sam Ordo Draconis raczej nie byłby skłonny wspierać Wolnych Hazatów ze szlachetnych pobudek…
Dość, że naczalstwo zdecydowało nie pogłębiać, ekhem, stosunków z panem Hawkinsem, a w zamian poszukać innych fachowców. Tak, zawyrokowała Ineza, najlepiej byłoby mieć znajomości wśród Li-Halanów, najlepiej przedkonwersyjnych. Takowych na B2 nie stało, natomiast komendant znał się, jak wcześniej wspomniałem, z posłem Cardany, hrabią Felipe Takeda...

Zanim jednak tę znajomość uruchomiono, wrócili szyfranci z przeczytaną wiadomością. Tak, widziałem z dala komendanta gdy mu meldunek przekazali. Pomnicie, com rzekł o zgniłym jaju niedawno? Przeczytawszy, komendant wyglądał jakby takie jaje przeżuł i połknął. A potem dał zapis Inezie. Tak, nudne do bólu romansidła były kluczem do dołączonych do nich listów. I wedle tegoż klucza JosMaria pisał odpowiedzi. Z kim konferował, zapytacie? A z kimże, jak nie samym starym papą Sierra Nevada.
Nie myślcie sobie, nie był JosMaria bynajmniej szpiegiem Juana Aragońskiego. Stary diuk wykazał po prostu daleko idący pomyślunek, dostosował się do zgoła niespodziewanego wyskoku Inezy, do złożenia przez nią hołdu Juanowi Hirańskiemu. Widzicie, chciał mieć pewność że ród przetrwa – niezależnie, która strona zwycięży. Nawet, jeśli miałaby to być Ineza po jego trupie.
Ale to nie wszystko, dziatki. Pomnicie, gdym wam rzekł, że piękna Ineza kochała JosMarię jak brata? Ano, stary Vega w niczym tu nie zełgał. Raz, że iście kochała. Dwa, że iście był jej bratem.
Bratem, powiadam! Że co? Nie, nie uznanym bękartem, ani nie synalkiem gacha. Rodzonym bratem. Jeśli wam nie dość, bliźniakiem… Nie, nie wiem czy nosili bliznę po rozcięciu, prawda, nie pogniewałbym się gdyby mi wówczas piękna Ineza dała obejrzeć… z przyległościami… ale nie wiem.

Długo nie dane było Inezie nad nowościami pomyśleć. Na wieczór zaprosił ją wszak legat Javier na obuńską sztukę do holoopery. Jam nigdy do ichniej twórczości przekonany nie był, to mniej więcej jakbyś się upalił… tyle, że robią to za pomocą muzyki. Pamiętasz ze coś się działo, coś widziałeś, ale niezbyt dokładnie.
Don Alejandro zasię udał się z wizytą do Felipe Takedy. Że rozmawiali w cztery oczy, szczegółów nie znam. Dość, że poseł LiHalański nie miał żadnych speców od demonów, natomiast wskazał najlepszą specjalistkę na planecie. Illuminata Sybillę Garreh, Inquisitor Maioris planety. Oj, pobladłeś synku… a niepotrzebnie. Za wiele wam nie zdradzę, ale wiedzcie, że była z tych co to najpierw pytają, a potem palą. Ciekawą natomiast rzecz ujrzał nasz diuk wychodząc z pałacu Takedy. Jak to Atlanta Anubis przepowiedział, że do trzech dni obaj LiHalańscy posłowie wezmą się za łby… i wzięli, moiściewy, gdyż na oczach komendanta (a i moich, gdyż również widziałem) wylądował skoczek, z którego czterech jegomościów o zakazanych mordach wywlekło piątego… pominąwszy kaptur na głowie, wyglądał iście jak poseł arcyksiężnej Xi Lun, Kwang Shao. I, jak się później pokazało, był nim.
Cóż Ineza? Wycieczka wycieczką, ale nie zapomniała kim jest… a reputację trzeba podtrzymywać. Nie, do niczego bynajmniej nie doszło, niemniej przez kilka następnych dni szmatławce na dwóch kontynentach wspominały o, cytuję, nowej zabawce Żelaznej Dziewicy.
Javier pożegnał się dwornie, usprawiedliwiając się służbą wsadził Inezę w limuzynę i wio!. Nawiasem mówiąc, nie wychodziło Inezie na zdrowie latanie furami Javiera. Najpierw Camethoni zrąbali skoczek którym leciała z komendantem na Tamerlana, a teraz… a, nie uprzedzajmy faktów.

Obejrzeliśmy to wszyscy… don Alejandro zdążył już wrócić od Takedy. Limuzyna podleciała jakby nigdy nic nad lądowisko. A potem dała w górę i zawisła coś na sześćdziesięciu metrach. Po może dwóch minutach, gdy zebrała się już spora zadzierająca łby gromadka, Ineza wysłał komendantowi krótką acz wymowną wiadomość. Cytując, RATUNKU!!!
Tak, wtedy to dopiero rwetes się zrobił. Don Alejandro kazał w te pędy wywlec z magazynu zbroję zwiadowczą z plecakiem do latania. Ledwie przyniesiono, zaczął się w nią odziewać. Czy nie było innego sprzętu? Grawiskutery ze trzy były, tyle że żaden by tak wysoko nie wzleciał. A przeprogramowanie ich za długo by zajęło. A potem pojawił się Hieronim i bez wstępów oznajmił, że w limuzynie czuje demona…
Ano, praw był. Zanim komendant ruszył był na ratunek, demonica załatwiła obu ochroniarzy Inezy i zabrała się za to, co jej przeznaczono – przejęcie… Markiza broniła się chwacko, jednak na koniec, przyszpilona (i to dosłownie) do fotela, musiała ulec.
Skąd wiem? Z ich opowieści, rzecz jasna. Nie było mnie na górze, nie wystartowałem w bój na komendantowych plecach, jakby się kto pytał. Zresztą, na dole też było na co popatrzeć.
Komendant, ubrawszy się, wystartował. Zanim zdążyłbyś wyrzec Real Aragonia para sempre, był przy limuzynie, wyrąbał drzwi (a razem z nimi poleciał trup jednego z marines) i dał nura do środka. I dobrze że dał, mili moi, gdyż sekundę potem z silnika zbroi siwy dym poleciał, widomie na Bastionie ów składany był. Wtedy też na lądowisko wbiegła Jasmina z jednym ze swych ochroniarzy i dawaj egzorcyzmować demona. Poszło jej nieźle, demonica wyleciała z limuzyny. No a limuzyna runęła w dół.
Nie ma co oszukiwać, wszyscy pomyśleli że już po nich. A tu w ostatniej sekundzie komendant wyskoczył z Inezą na rękach. Tak, niech tu zaraz zdechnę jeślim zełgał, sześćdziesiąt metrów jak w mordę dał. Jak fura gruchnęła o ziemię, to aż szyby zadrżały. A sekundę później wylądował komendant. Pięknie, klasycznie, telemarkiem, chroniąc ramieniem łabędzią szyję Inezy… nieco mniej pięknie chrupnęły mu oba kolana.
Demonica natomiast wyhodowała sobie opazurzone łapska i runęła na Jasminę. Chłopcy, ma się rozumieć, zaczęli strzelać, lecz równie dobrze mogliby rzucać grochem. Uderzyła w ochroniarza, któren simulacrę zasłonił… i, moiściewy, pazurki trzasnęły jak patyczki. Nie zrażona, wyrosła sobie nowe i chlasnęła Jasminę… z podobnym skutkiem. Wtedy uznała, że lepiej się wynieść.

Tak, teraz trzeba było poskładać do kupy komendanta i Inezę. Ta ostatnia, wyrwawszy sobie z ramion szpikulce, którymi ją demonica przyszpiliła, straciła władzę w rękach. Hieronim zawyrokował, że bez Świętego Bartłomieja się nie obejdzie. Don Alejandro, jako legat cesarski, miał tam wejściówkę od ręki. Z Inezą byłą inna sprawa, musiał nasz diuk wykonać połączenie do Mazzarina… w zamian za przysługę. Jaką? Oj, zbyt pazernyś na opowieść, nie tym razem jeszcze…
Setka i nóżki w galarecie, panowie… nie, nie głodnym, mówię o komendancie. Setka w żyłę, połamane kulasy w żel-szyny i wio! Następnego wieczora komendant mógł już chodzić, co prawda w hazackim bucie na połamanej kostce, ale zawsze. Nie, nie tym azbestiańskim, jeno leczniczym. Miał w nim pobyć jeszcze kilka dni.
Operacja Inezy wyszła na cacy, ale czekało ją dłuższe leczenie. Jak to, prawda, mawiają – nie ma rączek, nie ma ciasteczek. Tydzień karmienia łyżeczką przez służbę i obie rączki na temblakach.

Od razu też jej nie wypuścili. Tak więc, komendant wrócił do pałacu sam. I zobaczył, jak Wróble wspierają sprawę Inezy. Tak, ledwie karetka zniknęła na horyzoncie, odszpuntowali beczki. Krótko mówiąc, potraktowali to jako kolejną okazję do hulanki, żaden z tych obwiesiów nie uznał za stosowne ani przed nią, ani w trakcie, sprawdzić czy Ineza jeszcze po tym świecie stąpa.
Taka to scenkę zastał don Alejandro. Oj, zdenerwował się, mówiąc delikatnie. Aleś, Alejandro, był żołnierzem. Byliby to żołnierze rozhulani, jeden gest i słowo a staliby rządkiem na baczność. A to były Wróble. A z ciebie, wybacz, cześć Twej pamięci, dupa była nie negocjator.
Oj, mało był to fartowny dzień dla naszego diuka. Ledwo go poskładali, już stał na placu pojedynkowym. Wydawało się to wyrównane – jeden pijany, drugi w hazackim bucie. Tylko, moiściewy, musiał na chlejmistrza trafić.
Co, nie wiecie, co to chlejmistrze? Prawda, wielu ich na świecie nie ma. Była ongiś jedna szkoła szermierki na Vera Cruz. Jej adepci szkolili się do walki w pewnych, dość specyficznych warunkach - na cyku. O tak, wtedy walczyli o wiele lepiej niż na trzeźwo. Taka była Szkoła Krwawego Pucharu. Szerzej znani jako Chlejmistrze.
Na takiego musiał akurat komendant trafić. Nawalonego jak nieboskie stworzenie. W ciągu niecałej minuty don Alejandro zarobił dwa piękne pchnięcia i padł bez ducha. Nie, nie na pysk… na wznak, moiściewy. Oczywiście, gruchnęła wieść że ducha oddał, matoł Camiga nawet wysłał taką wiadomość do Inezy… Przybiegła i Jasmina, zaraz po niej wyrwany z wyrka Hieronim…
Tak, mało nie skończył jak jego pradziadek Hernando – zabity w pojedynku o pierdołę. Prawda, obaj zgodnie twierdzili, że biją się o honor markizy Ines, przez każdego z nich z innej perspektywy pojmowany…
Twardą jednak skórę komendant miał, wzięła wprawdzie Parka nić jego żywota w kościste paluchy, ale jeszcze nie wtedy przecięła. Hieronim sprawił się pięknie, Dona Alejandro koncertowo połatał. Natomiast braki dyplomatyczne naszego diuka wyrównała Jasmina. Nie powiem, chylę czoła, kulturalnie, bez podnoszenia głosu i wyrazów uznawanych za zelżywe zrugała Wróbli tak, że w dwie litanie było po zabawie, nawet posprzątali z grubsza…
Rankiem powróciła Ineza. Komendant tez zwlókł się z łoża boleści, oboje doglądali treningu Wróbli. Swoją drogą dobrana para, każde z nich wyglądało jak śmierć na chorągwi. Ale cóż, nie tylko Wróblom, ale całemu B2 trzeba było pokazać – co ich nie zabije, to wzmocni…




Komentuj (0)


Link :: 18.03.2008 :: 16:40
II 5004

Dziedziczka 4

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

…południowa herbatka upłynęła naczalstwu wręcz tradycyjnie – na dalszych planach. Po pożałowania godnych wypadkach z dnia poprzedniego, Ineza doszła do wniosku że Wróblom potrzebny jest nowy wzorzec. Tak, nie mylisz się, ktoś kto będzie dla nich autorytetem, wzorem cnót, światłem w mroku et caetera… Tak, zwłaszcza z autorytetem byłyby problemy… Komendant się nie nadawał, mniejsza z tym że pewnie by nie chciał, Ineza miała być sztandarem jeno… Gdyby żył Ramirez, cóż, to insza inszość…
Obie panie jęły zatem radzić. I, nic im nie ujmując, co pomysł to włosy na łbie stawały. Poszukać sławnego a zasłużonego Hazata na B2? Kogo się dało, już znaleźliśmy. Wynająć aktora, który takowego zagra? Pięknie, jeno jak się sypnie to i najbiedniejszy Wróbel przy nas nie ostanie. A może aktor miałby jeno zagrać wzorca bez konkretnego nazwiska? Takiego który pojawi się znikąd i natchnie serca Wróbli? Tez bez sensu, moiściewy, jedynie z tą zaletą że w razie wpadki Wróble rozniosą na szablach jego a nie nas. Zaraz, a może jakiś symbol materialny? O, kupmy relikwię zdiełano na Bastionie. Najlepiej Domino… Komendant żachnął się, widać było że jeszcze jeden pomysł a wstanie i wyjdzie, drzwiami nieobyczajnie huknąwszy.

Szczęśliwie, więcej pomysłów nie było. Ze spraw pilniejszych, pozostało napisanie listu do illuminaty Garreh. Inkwizytor, jak się okazało, nie miała wielu interesantów, sekretarz skłonny był przyjąć suplikanta od reki. Don Alejandro przy piórze uspokoił się nieco, w dwa kwadranse spłodził epistołę, po czym wysłał Seringo osobiście do klasztoru. Chociaż pisał bez szczegółów, wiadomo, scripta manent i niekoniecznie tylko adresat je czyta, owa Sybilla zapowiedziała się u nas na kolację tegoz dnia.
Opowiem o niej jeszcze, jest o czym… na wstępie wiedzcie, że razem z komendantem czytaliśmy wcześniej jej dossier i widać po nim było, że jeszcze przed spotkaniem estymę czuje. Po pierwsze, jak już wiecie, najpierw pytała, potem paliła. Po drugie, głowę nosiła na karku nie tylko po to by kaptur wypełnić. Wiecie, nieczęsto arcybiskup planety wypina się na inkwizycyjny konsystorz zatwierdzając urząd Inquisitor maioris, na dobitek Eskatoniczkę, a tak właśnie uczynił z nią Marcus Aurelius Palamon. Po trzecie, i czytając to komendant wyszczerzył się chyba pierwszy raz od Stygmatu, rządy zaczęła od czystki w Inkwizycji – i to takiej w białych rękawiczkach. Jedna dwie trzecie inkwizytorów udało się na pokutę do klasztorów… głów poleciało niewiele, raptem trzy, chociaż spektakularne, egzekucje. A wszystkie zasłużenie, moiściewy.
Zanim nawiedziła progi Inezy, zjawił się gość dość niespodziewany… Zadzwonił komunikator markizy (tak to już jest, jak się ociąga z kupnem centrali i wszyscy dobijają się na prywatny), odezwał się niejaki Ghord baron Hawkwood, któren prosił o posłuchanie. Nie powiem, dostać się do Inezy nie było wówczas tak trudno. Demony, jak po latach już wiedzieliśmy który Wróbel dla kogo szpiegował… włos się na głowie jeży. Jako rzekłem, markiza kazała prosić.
Parę minut i przyleciał skoczek uzbrojony jak na wojnę planetarną. Najpierw wyszła zeń obstawa w liczbie dwóch Ukarów, potem młodzieniec osobliwej aparycji. Najbardziej zludczony Ukar jakiego kiedykolwiek widziałem. Ubrany dostatnio, nie powiem, ze szpadą u jednego boku, paradnym kraxi u drugiego. Co tak patrzysz, że paradne kraxi? Mówiłem, ze zludczony. Tupet też miał, szedł śmiało, jak do siebie, krokiem co najmniej hrabiego. A to, było nie było, jeno baron, do tego zjawił się bez zaproszenia.
Piękna Ineza przyjęła go za lądowiskiem. Towarzyszył jej nikt inny jak niżej podpisany Vincent Vega. Komendant nie pojawił się przy rozmowie – wolał poszukać na szybko jakiegoś dossier dziwnego gościa. A zatem, Mendez na szybko zadzwonił do znajomków z Triad. Na demony, przestańcie się tak wytrzeszczać gdy mówię o Triadach. Że co? Że bez niczego dali informację? Widzicie, moiściewy, Ukar nie Almalik żeby wszystko za feniksy czy przysługi. Jak komendant porządził parę lat na Keth i udało mu się nie zadrzeć z tamtejszymi ukarami, to już był swój… Dość, że gość jeszcze herbatki nie siorbnął, a już wiedzieli, kto zacz. Ghord, trzeci syn Shelkara, z klanu Shod’kar. Shapruckiego, jakby się kto pytał. Bogaty klan handlarzy.
Ghord, co trzeba przyznać, wysławiał się bardzo dwornie, jednak kapkę zbyt wzniośle. Mówił, co mogło ciekawić u Ukara, z pięknym kishańskim akcentem. Po zwyczajowej półgodzinie na temat pogody na B2 i sytuacji na froncie (nic nowego, i tu i tam pada – tu deszcz, tam szrapnele) zaczął mówić o sobie. Tak, odebrał wykształcenie na najlepszych uniwersytetach (co by tłumaczyło Kishański akcent). Tak, szkolił się w równie sławnych szkołach szermierczych na Aragonii. Tak, przybył by służyć Inezie i naszej sprawie swą szpadą. I z tego co mogłem stwierdzić patrząc nań, faktycznie chodziła mu po głowie sprawa Inezy, nie zaś ona sama. Nie chciał, powiada, żadnego lepszego traktowania, żadnych wygód ponad te, które mają Wróble.
Nie powiem, mówił z sensem. Coś mnie jednak tu śmierdziało. Nigdy nie słyszałem o żadnym Ghordzie – żołnierzu, szermierzu czy też bawidamku. Na razie jednak Ineza przyjęła jego służby. Służący wytargał ze skoczka jego wcale spory dobytek (choć szczerze spodziewałem się pięciokroć większego) i wskazał kwaterę.

CO jednak udało mu się uzyskać, to naszą ciekawość. Przez prawie dwie godziny, do wieczornego treningu, w ośmiu trzepaliśmy gazety z ostatniego roku, szukając wzmianek na jego temat. No i się pokazało, moiściewy… Nie, skąd, był tym za kogo się podawał. W istocie kształcił się na Kish i skończył najlepsze tamtejsze uczelnie. Papcio Shelkar, którego jeden syn dowodził rodzinną flotą handlową, a drugi był faktorem, nie patrzył z aprobatą na literackie zapędy najmłodszej latorośli. Nie patyczkując się, wydziedziczył go z rodzinnych interesów, wyznaczył na odpieprzne wcale wysoką rentę i „daruj sobie wysyłanie świątecznych kartek”. Następnie Ghord, nie wiem czy dla siebie czy jemu na złość, w istocie podjął naukę szermierki w sławnych szkołach na Aragonii… potem w tych mniej sławnych… na końcu w takiej, w której uczyli się najgorsi z bogatych… czy najbogatsi z kiepskich szermierzy, jaka różnica. Ze wszystkich, łącznie z tą ostatnią, wylatywał jako kompletne beztalencie.
Przez ostatni rok pomieszkiwał na B2. Bywał na przyjęciach i balach, a jakże. Raczej flirtował niż romansował, nie uwikłał się w żaden znany skandal ani pojedynek . Szczerze powiedziawszy, nie uwikłał się w żaden pojedynek w ogóle – otarłszy się o kilka, zawsze potrafił się wygadać. Jeden przypadek był ciekawy – wyszedł słowem ze sprawy, która mogła się zakończyć nawet pojedynkiem śmiertelnym, ze znanym hawkwoodzkim szermierzem Dorianem Delcaneyem. A to już było coś.
Demony go jednak wiedzą, czemu postanowił służyć Inezie szablą, nie słowem. Jeśli wejdziesz między Wróble, ryzykujesz rozdziobanie. Chce zostać rozdziobany, jego dupa, westchnęli zgodnie dona Ines z donem Alejandro i poszliśmy obejrzeć trening. Ano, prawdę w gazetach wyczytalim. Byli, owszem, Wróble gorsi odeń w mieczu, ale to żaden komplement. Smutna prawda, stara baba z kociubą by go wtedy pokonała…

Komendant kazał chłopakom, którzy jadali z Wróblami, mieć na Ghorda oko na kolacji. I nic więcej. Surowo zabronił innych interwencji. Mieli go rozdziobać – trudno, sam chciał. No, chyba żeby któryś chciał mu żelazo w plecy wsadzić… do niczego jednak nie doszło. Prawda, dwóch czy trzech szykowało się do pospolitego mordobicia, ale służący barona (i jego piąstki wielkości czajników) wybili im pomysł ze łbów

Don Alejandro z Inezą szykowali się natomiast na przyjęcie Sybilli. Ta zaś zjawiła się zgodnie z zapowiedzią. Bez pompy, parady, orszaku, jednym jeno skoczkiem. Z dwójką raptem świty. Ale, moiściewy, była to osoba z tych, których wizyty się nie zapomina. I nie myśl, żem głuchy, słyszałem coś mamrotał chłopcze, że przez łoże Palamonowe tytuł dostała. Oj, popatrzyłbyś raz jej w oczy, zmieniłbyś zdanie.
Powiem krótko, jej spojrzenie i postawa uświadomiły komendantowi, że wiele jeszcze musi się nauczyć, by jej w tym dorównać. Spojrzenie… moiściewy, widywałem podobne wcześniej u dona Alejandro, ale rzadko, oj, rzadko… Jak nie wiesz, jak wygląda rozżarzony do czerwoności lód, nie zrozumiesz… przy czym, moi mili, było w nim coś jeszcze. Coś, co jednak przypominało surową dobroć naszego Hieronima.
Z wesołych akcentów, odziana była co prawda w habit azbestiański, tyle że lamowany symbolami Eskatonu. Niemal usłyszałem oburzone wycie padre Innocentego… Tak, tego, na którym komendant udowodnił kiedyś że azbest jednak się pali, niech ziemia klesze będzie ciężka…
Spojrzeń jej przybocznej i sekretarza uświadczyć nie było sposób. U tego drugiego było ukryte za szkłami zdolnymi powstrzymać chyba pocisk z półcalówki. U pierwszej… cóż, nie powiem, hoża dziewoja, bujnych kształtów, jeno duża, w oczy może by Hieronim mógł jej popatrzeć. Ja co najwyżej mógłbym ją w cy… napierśnik pocałować, podskoczywszy. Sekretarz targał wielkie okute tomiszcze, dziewoja tarczę i półtorametrowy dwuręczak.
Po krótkim a pokornym przywitaniu, tudzież błogosławieństwie, naczalstwo z dostojnym gościem udało się na kolację. Bez Jasminy, zrozumiałe… było nie było, jako simulacrum stanowiła owoc plugawej sztuki, istniało ryzyko że nawet Sybilla spali ją bez pytania.
Nie będę owijał w bawełnę, dziatki, illuminata duże zrobiła wrażenie na komendancie. Zrazu był uprzejmy, bo tak wobec zaproszonego gościa, co więcej kościelnego wysokiej rangi, wypadało. A potem… cóż, bo miała w sobie to coś.
Oczywiście, nie obyło się bez godzinki rozmowy o pogodzie na B2. A potem przeszła do rzeczy. Don Alejandro bez zbędnych ceregieli i owijania w bawełnę wyłuszczył cała historię z demonem – prababką Inezy. Oddali grymuary, pamiętnik, umrzyka w zamrażarce. Najbardziej zaciekawił illuminatę właśnie pamiętnik…

- Bardzo często pierwszy krok ku ciemności bierze się ze szlachetnych pobudek. Doskonała kawa, córko…

Opowiedziała tez o diabelskich nasieniach. Tak, moi drodzy, tak właśnie zwał się trapiący Ineze demon. Dokładnie, takie samo nasienie które uwalnia w człowieku najgorsze instynkty, takie, na które najlepszą bronią…

- Nasza wiara kształtuje świat, dzieci. Wiara kształtuje nawet mrok, nawet Quillipothy. Również demony wzięły się z naszych grzechów, naszych słabości, żądz. Ale też właśnie dlatego nasza wiara, nasze przesądy, są zdolne zmieniać ich istotę. Jeżeli miliony prostych dzieci Wszechstwórcy wierzą, że demona mogą zabić widły posmarowane miodem – wtedy stają się one dlań zabójcze…

Wieści nie były zbyt wesołe. Demon, wedle Sybilli, był już zbyt stary by móc przejąć Inezę. Co nie znaczyło, by miał zrezygnować z próby. O nie, miał próbować do skutku. Co więcej, nawet odcięty od pożywienia mógł to robić latami. Znaczy, trzeba było przyśpieszyć nieuniknione. Zwabić demonicę i załatwić. Jak? Wiarą, modlitwą. Albo i widłami w miodzie. Żelaznymi, czwórzębnymi, inne mogą nie zadziałać. Illuminata oświadczyła, że istnieje rytuał który pomoże nam skusić demonicę do szybszego ataku. Taki, który sprawi, że aura Inezy, przez onego demona szukana, zaświeci blaskiem nadzwyczajnym. I, jako że nikt inny nie umie, ona sama ten rytuał odprawi.

Na tym nas pożegnała, obiecując przylecieć rano i rozpocząć modły. Inezie zaleciła dobrze się wyspać – czekała ją doba postu i medytacji. Zostawiła też nam egzorcystę, dla pewności.
Komendant resztę wieczoru przesiedział z Hieronimem. To, co mówiła Sybilla… cóż, dotąd uważał, że uczciwi kościelni kończą się gdzieś na poziomie diakona. Teraz to nie Hieronim, a don Alejandro jemu mówił o wierze. O tym, co wiara tak uczciwa jak naszego padre mogła zdziałać. O tym, by ów w swą własną wiarę a moc wreszcie uwierzył. Nie ukrywam, z naszego diuka żaden był kaznodzieja. Ale w motywowaniu był, wybaczcie kolokwializm, kurewsko dobry.

Sam też, dla pewności, kazał sobie widły wyrychtować i przy posłaniu, miodem nasmarowane, postawić. I na tym ów dzień się zakończył…






Komentuj (2)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń