Menu :


Link :: 10.04.2008 :: 16:52
II 5004

Dziedziczka 5 - epilog

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Dnia następnego najwcześniej wstały, poza nocną zmianą, dwie osoby. Ines oraz jej kapelan, padre Anastasio. Oboje , dodajmy, nieprzywykli do zwlekania się z wyrek o czwartej nad ranem. Ale o czwartej właśnie zjawiła się Sybilla. Jak uprzednio, nieoznakowanym skoczkiem, bez widocznej obstawy.
Nie, stary Vega nie zwlókł się z wyra o czwartej. Miałem wtedy nocną zmianę, mili moi, stąd wiem co i jak się działo. Nie za wiele, żeby was nie ekscytować. Inkwizytor zrazu zaprowadziła pomienioną dwójkę do kaplicy. Dała im do poczytania żywoty świętych męczenników i wyszła. Że Ineza wciąż miała rączki na temblakach, musiał jej padre stronice przewracać. Przyznaję, czytałem raz, ciężka lektura, oj, ciężka…

… i tedy yęli członki yego obcęgamy rozżarzonymy targać…

Komendant, jak to miał w zwyczaju, zerwał się o szóstej z hakiem. Sybille, która do tego czasu zaszyła się w bibliotece, podjął śniadaniem. Potem Inkwizytor wybrała się obejrzeć trening Wróbli. Tak, warto było to zobaczyć , jak po jej wejściu tak jednej trzeciej rapiery z rączek powypadały… Co? Nie przeczę, tez niejakiego pietra miałem, chociażem bardzo winny nie był… ot tam, hazard, rozpusta, , paru się też usiekło… tych co na wojnie-m odstrzelił, nie liczę, w słusznej sprawie to było. Ale dość o moich grzechach…
Wiele czasu nie minęło, a otrzymaliśmy wiadomość że stacja kontroli pogody w Cesarskim Mieście ma awarię. Cóż, pomyślelim, z cukru nie jesteśmy, na całym B2 pada to niech popada i tutaj. A potem przyszła kolejna wiadomość. Wyszło na to, że natura postanowiła wyrównać rachunki za lata nieprzerwanej kontroli pogody nad Pałacem. Krótko mówiąc, szła na nas taka wichura z ulewą, że silniejszą to może stary Archibald Hawkwood pamiętał.
Dwie minuty później jedynym spokojnym miejscem w pałacyku była kaplica w której medytowała Ineza. Wszędzie indziej trwało zabijanie okien, kontrola, mocowanie wszystkich ruchomości na zewnątrz budynków. No a Wróble w tradycyjny sposób dodawali sobie animuszu przed zmierzeniem się z żywiołem.
Z wiszącego na orbicie jachtu Inezy mieliśmy obraz tego, co na nas szło. Z dołu też było na co popatrzeć. Najpierw, jak tylko stacja powiedziała pas, zrobiło się szaro i zaczął siąpić deszczyk. Potem z chwili na chwilę robiło się coraz ciemniej. Powiał wiatr. A potem to zobaczyliśmy…

Przez okno wyglądało to jak czarna, kotłująca się masa… w miejscach, gdzie co raz rozcinały ją nitki błyskawic, na sekundę robiła się trupio szara. Pierwsze, wielkie krople deszczu zabębniły o szyby. Nagle sąsiadujące pałacyki zaczęły jeden po drugim znikać w szarej masie. A potem zobaczyli idącą na nich ścianę wody

Radio zaczęło szwankować jeszcze wcześniej, a teraz w ogóle wysiadło. Co , tachion? Mieliśmy parę komunikatorów, a jakże… Jak zaczęło walić piorunami, też odmówiły posłuszeństwa. Chłopcy w radiowej zaczęli z nudów rżnąć w karty, ja zaś wybrałem się na obchód. I wtedy właśnie piorun strzelił w podstację energetyczną.
Zapasowy generator? Był, a jakże. Włączał się za każdym razem jak szlag trafiał podstację… ostatni raz miało to miejsce siedem lat wcześniej… ostatni przegląd również… krótko mówiąc, zostaliśmy bez prądu. Zaraz się zaczęła kolejna latanina, tym razem z kandelabrami. Komendant, którego spotkałem gdy ów niósł światło Sybilli do biblioteki, kazał mi zajrzeć do Inezy.

Dyskretnie uchylił drzwi. Pomieszczenie tonęło w półmroku, jedynym źródłem światła był Święty Płomień. Ojciec Anastasio, ledwo powstrzymując ziewnięcie, przewrócił kolejną stronę księgi. Postać klęczącej, zgarbionej Ines rzucała długi cień. Po raz pierwszy od spotkania na Stygmacie, po raz pierwszy od pół roku, Vega usłyszał jak markiza naprawdę się modli.

Powiadam wam, jeszcze długo potem nie widziałem silniejszej wichury. Pamiętam jak Vargas wyciągnął zegarek i zaczął liczyć błyskawice – w ciągu minuty naliczył trzydzieści osiem. Wicher wył jak demony z całego Quillipothu na raz, aż dziw że dach nie odfrunął… albowiem, z pewnym despektem dla Cesarza, tak się stało w dwóch innych pałacykach gościnnych. I tak przez chyba półtorej godziny. To znaczy, do chwili w której usłyszeliśmy krzyk.
Co było, dowiedziałem się później dopiero… Jasmina wyczuła, że dzieje się coś niedobrego w pałacu… wyszła z pokoi (czego dzień cały unikała, nie chcąc Inkwizytor w oczy leźć), oczywiście nie sama, z ochroniarzem. Dwie litanie nie minęło, a znalazła otwarte okno, a przy nim trupa. Był to jeden z służących – snadź ktoś wpadł nań w ciemnościach i przywalił w łeb stojącym na pobliskim stoliku bibelotem. Jasmina, acz pewna siły swego ochroniarza, bynajmniej nie szukała zabójcy, poszła cicho do pokoju ochrony. Nie szukała, ale znalazła, moiściewy... Jasminowemu grimsonowi nieproszony gość wpakował dwie strzałki usypiające, poprawił taserem i było po zabawie. Wtedy simulacra uznała za stosowne zacząć krzyczeć.
Pobiegłem w tamtą stronę, toż samo uczynił komendant, któren właśnie z Sybillą pogawędkę ucinał, tudzież paru będących w zasięgu pisku marines Inezy. Zamachowiec wolał zwiać, znaleźliśmy tylko Jasminę próbującą ukryć leżącego ochroniarza. Jej samej nic się nie stało. Surowo zabroniła Hieronimowi grimsona tknąć, ów zresztą szybko pozbierał się i wstał. Twarda sztuka, widziałem później broń z której oberwał, powiadam, dużego voroksa na parę godzin by położyło.
Tak, trzeba było alarm wszcząć, służbę po pokojach pozamykać, puścić patrole po rezydencji. Dwóch marines, uzbrojonych jak na wojnę, poszło pilnować wejścia do kaplicy.
Pół godziny potem, a może i mniej, usłyszeliśmy drugi tej nocy wrzask niewieści. Rzecz jasna, zbrojna czereda ruszyła w tamtą stronę, po to by znaleźć jak najbardziej żywą służącą oraz zdecydowanie martwego jegomościa w czarnym kombinezonie i kominiarce. Na niego tez ktoś wpadł w ciemnościach i, z braku ciężkiego bibelotu pod ręką, pchnął rapierem w serce.
Pamiętni doświadczenia z hangarem nie ruszaliśmy niczego… po kilku minutach zjawiła się zresztą, zwabiona hałasem, Sybilla. Potwierdziła opinię że nie tylko egzorcyzmować potrafi, że na śledztwie również zna się nielicho. Przy okazji zobaczyła Jasminę i jej grimsona, którzy nie za prędko się wycofali w ciemny korytarz. Ale na razie z miejsca orzekła jak i kiedy zginął zamachowiec. Z ciekawostek miał przy sobie zabawki którymi położył ochroniarza, ładunek wybuchowy… poza tym znaną nam już almalicką iskierkę. A tu nagle jak nie pieprznie…

Huknęło coś od strony kuchni, potem zaczęło się tam palić na całego. A sekundę później wszystkich obecnych przemoczyło. Nie, dach nie odfrunął, włączyły się tylko zraszacze. Że wszystko chodziło na awaryjnym zasilaniu, odpaliły w całym budynku, z wyjątkiem jedynie biblioteki. Potem znowu coś pieprznęło… cóż, koło kuchni była spiżarnia. Co mogło wybuchnąć w spiżarni, pytasz? Homborze o kulach, kto cię żołnierki uczył? Olej, cukier, rozpylona mąka…
Komendant kazał radiowcom wezwać pałacowych pożarników (światłowody działały, jakby się kto pytał), ściągnąć Wróbli do gaszenia, jednym słowem, wziął się do roboty jak jakiś…

Jestem, kurwa, legatem cesarskim, nie jakimś szefem ochotniczej straży pożarnej!

Rychło się okazało że własne hydranty i gaśnice to wszystko, na co możemy liczyć. Straż pałacowa była, a jakże, jeno ze korzystała wyłącznie ze skoczków. A w takiej pogodzie, moiściewy, nawet wariat by skoczkiem nie poleciał. Jedynie dobrze, że wybuch wywalił też dach, więc deszcz częściowo tłumił płomienie. Jak udało się zakręcić gaz, ogień już nie posunął się dalej, powoli ekipy zaczęły go spychać.
Żeby nie było, nie wszyscy gasili, dalej trzymaliśmy patrole. Może i zamachowca ktoś ubił, ale to nie znaczyło że był sam. Należało też zajrzeć do kaplicy. Tam również odpaliły zraszacze…

Vincent wśliznął się bezszelestnie do kaplicy. Przemoczona, z trudem powstrzymująca szczękanie zębami markiza nie zauważyła go aż do chwili, gdy otulił ją ciężkim, ciepłym pledem. Obrzucił obojętnym spojrzeniem równie mokrego kapłana i odwrócił się do wyjścia.

Może dwie godziny później udało się zgasić ogień. Ocenę szkód zostawiliśmy póki co na dzień następny. Służbę, która potraciła kwatery, umieściło się w budynku Wróbli. Owszem, ci ostatni sarkali, zrzędzili, ale nie mieli wyjścia. To jest, mieli – drzwi są tam…
Komendant zasię, ochędożywszy się i zmywszy spaleniznę, kontynuował rozmowę z Sybillą. Oj, komendancie, sam tego chciałeś… Wiele, oj, wiele czasu minęło, gdy powiedział mi, o czym wtedy rozmawiali.
Prawda, nie powiedziała ci niczego, czego byś sam nie był świadom, czego byś się zapierał…Ale, przyznaje, ja bym nie zdzierżył, gdyby mnie wszystkie przewiny prosto w oczy wyliczano.

- Wszystkie przewiny twego Cienia obciążają ciebie. Krew tych, których zabił, jest na twoich rękach, książę. Ze strachu, z własnego tchórzostwa, uwolniłeś demona. I to nie pierwszego. Widzę, że kiedyś już dobrowolnie przyjąłeś istotę z Quillipothów.
Nigdy nie odkupisz tych, których zgubiłeś. Niemniej, każde życie, które uratujesz, zostanie ci policzone.
Cóż masz czynić? W każdej bajce jest ziarno prawdy. Porzuć wszystko. Zgól głowę, książę, wyrusz w drogę o kiju i misce żebraczej, a być może – być może – na końcu owej drogi odnajdziesz to, czego poszukujesz.
..

Niedługo potem Sybilla wybrała się do pokojów Jasminy. Czy i o czym rozprawiały, nigdy się nie dowiedziałem. W każdym razie , po może półgodzinie zmieniła padre Anastasio i zajęła miejsce przy Inezie. Nie powiem, Hieronimowi do pięt nie dorastał, ale nawet mnie żal było klechy, z kaplicy prowadzić go było trzeba. Wtedy to, wieczorem, wreszcie porozmawiała z Inezą.

Interesujących masz gości, córko. Kobieta, która zakrywa twarz, na sam widok inkwizytora ucieka. I ten drugi… antynomista… człowiek, którego sama aura wystarczyłaby, by go spalić…

Noc upłynęła spokojnie. Cesarscy naprawili kontrolery pogody, przestało łać. Ranek był mokry i śmierdzący spalenizną. Ineza, zakończywszy medytacje, bladym świtem położyła się spać. Cała zabawa zaczęła się w południe dopiero.
Zebrali się w bibliotece. Ineza, komendant, Sybilla ze swa strażniczką. Modły a inkantacje nie potrwały długo. Niebo było piękne, błękitne, czyściutkie. I z tego jasnego nieba zaczęły walić pioruny. A potem pojawiła się demonica.
Chodź do mnie…
Don Alejandro, jak na krewkiego i średnio rozsądnego Hazata przystało, chwycił nasmarowane miodem widły w garść i ruszył na spotkanie. Plugastwo wisiało nad ziemią w pewnym oddaleniu od budynku… Ani jej we łbie było się zbliżyć, zwłaszcza że w bibliotece była Sybilla. Komendant też nie był na tyle głupi, by zaszarżować na demona z widłami. Krążył, czekał okazji. Demonica zrazu rzucała weń szpikulcami, które sobie z palców hodowała, lecz zawsze się uchylił. Raz jej nawet coś nie wyszło, mało co a by sobie szpikulca w demoniczną rzyć wbiła. Jednak pomiarkował się komendant że próbował capnąć kęs nie na swoje zęby. Na odległość go za gardło po kilku próbach schwyciła, aż krwią plunął… Sybilla snadź doszła do wniosku że tu więcej trzeba niż dobrych chęci i hazackiego zapału, wyszła z budynku.

- Dam ci wybór… albo odejdziesz sama, albo cię do tego zmuszę…
Co jej demonica odrzekła, nie powiem. Raz, że całego wywodu nie pamiętam, a długi był, dwa, że niewiasty mnie słuchają, a po takiej wiązance może jeden Guillermo Cortez by się nie zaczerwienił…

- Zawsze tak jest… Zawsze sądzicie, że możecie uniknąć płomienia Wszechstwórcy…

Powiadam wam, gdy tak stały naprzeciw, Izabela wydawała się już mniej piękna i mniej przerażająca. Sybilla… cóż, moiściewy, jeśli to nie był majestat to nie wiem jak ów wygląda. Nie marszcz się, książę, wiesz żem nie pochlebca, wiele mógłbyś się od niej nauczyć. I nie przerywaj mi… Odpięła pieczęć i ruszyła na demonicę. Ta spróbowała paru sztuczek – szpikulce, chwyt za gardło, takie tam pierdółki… którymi by pewnie pół legionu załatwiła, ale nie tym razem. Inkwizytor Garreh zasię wyciągnęła rękę z pieczęcią…

In nomine Pauli Viatori…exorciso te… In nomine Lexiti Equi… exorciso te… In nomine Amaltheae Mederoe… exorciso te… In nomine Mantii Militi… exorciso te… in nomine Mayae Dedignorae… exorciso te… In nomine Horatii Philologi… exorciso te… In nomine Hombori Mendici…exorciso te…

Przymknąłem oczy, gdyż biały blask ognia, którym spłonęła demonica, oślepiał.

Ego gladius et manus Pancreatori sum...

Przeniknął nawet przez zaciśnięte powieki. A gdym je wreszcie rozwarł, nie było już demonicy. Ujrzałem tylko czyste, słonecznie niebo. Oraz to, jak strażniczka ledwo zdołała złapać na ręce osuwającą się Sybille.
Don Alejandro zaś cisnął precz niepotrzebne już widły i, powłócząc nogą w hazackim bucie, powlókł się do kwatery…

Widzę, ciekawiście, co uczynił potem? Czy usłuchał wielebnej Garreh? Każdy z was, wierę, pamięta tę bajkę z dzieciństwa. Obie wersje. Tę o bohaterze, który usłuchał wróżki, porzucił wszystko, ruszył o kosturze i misce żebraczej w świat. I dobrze zrobił, albowiem gdy zdarł żelazne podeszwy, starł kostur, odszukał to, czego pragnął. Ale był też ten drugi, który nie usłuchał, nie wziął kostura, nie wziął miski żebraczej, jeno miecz dobrze wyostrzony. I dobrze zrobił, bo to była zła wróżka.
Cóż Alejandro? O tym jeszcze nie teraz. Powiem wam jeno, że nie było jak w bajce…



Komentuj (0)


Link :: 19.04.2008 :: 08:35
III 5004

Wszystko zostaje w rodzinie cz 1 i 2

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

- Godzina 11:37 czasu Cesarskiego Miasta, 2:14 czasu Świętej Terry, dnia 4 marca 5004 roku. Marianne Li-Shen, z łaski jego cesarskiej mości Aleksiusa I paladyn rycerzy Poszukujących, rozpoczyna wypytanie w sprawie morderstwa Rycerza Poszukującego, konsula Jamala ibn Rugha Al-Malika.
Przestępstwo to stanowi zbrodnię podlegającą karze publicznego rozerwania końmi na Placu Pięciu Tysiącleci. Oskarżonym w sprawie jest Alejandro Luis Corrinho Dulcinea diuk Gival, z łaski jego cesarskiej mości legat Dwudziestego Siódmego. Czy chce pan złożyć w tym punkcie oświadczenie?
- Nie.


Ładny stenogram, dziecko. Ciekawym, skąd-żeś go wytrzasła… Twoje życzenie to dla mnie rozkaz, słoneczko. Opowiem. Ale skrzywdziłbym was, nie robiąc wstępu. Nie mówiąc pierwej o wydarzeniach, które doprowadziły do owego przesłuchania.

Zaczęło się dwa dni po rozprawie z demonicą. Bo – rzecz wręcz nie do wiary – przez te dwa dni nikogo z naszych nie porwano, nie usieczono, nie otruto. Jedynym miejscem, w którym się cokolwiek działo, był medlab, w którym badano zewłok zamachowca. Wzrost średni, oko średnie, nos średni, hodowlany, znaków szczególnych tudzież śladów brak. Na dokładniejsze dane przyszło nam czekać.
Komendant po rozmowie z Sybillą siedział i rozmyślał w swojej kwaterze. Za wesołe to myśli nie były, nie pokazywał się, mało kogo wpuszczał. Wyciągnęły go dopiero polityka a obowiązek, wypadało bowiem się pokazać na premierze Nasion Zdrady. Dodajmy, pierwszej w historii którą udało się zorganizować w skali międzysystemowej, jednocześnie na wszystkich procesarskich światach.

Nasiona Zdrady, jak sadzę, większość z was oglądała. Tylko przez te wszystkie lata, co od premiery minęły, cóż… krótko mówiąc, co nowy patriarcha czy Arcyksiążę następował, to inaczej film rzezać kazał. Pominąwszy tych, którzy z góry wpisywali dzieło na czarna listę. Jam natomiast miał okazję obejrzeć oryginał. Okazję, nie przyjemność, gdyż tak czarnej propagandy dawno-m nie widział. Chociaż, przyznać muszę, zręcznie zrobiona, parę chwytliwych scenek, naprawdę świetni aktorzy. Fabuła też nie nazbyt nachalna, łopatologiczna w sam raz dla mas. I mało śmieszna dla tych Hazatów, którzy znali prawdę o traktacie.
Tak, oczywiście, zawsze historia krążyła wokół Traktatu Marsjańskiego… agenta Rooksów, który odkrył spisek… tylko tutaj, dzieci, kto inny traktat zawierał i rozbiór planet hazackich układał. Na ten przykład Manuela Trinidada wysłać miała nie Fativa, niech jej Qullipothy ciężkie będą, jeno zdradziec Flavius, mandżysta na dodatek. Cesarskich, rzecz jasna, nie było. Chociaż, co prawda, pokazali jak Trinidad antynomista obwołuje się patriarchą Konstatnynem XXXVII. Natomiast co do Al-Malików, minęli się z prawda najmniej. W istocie pojawił się ten owcojebca Al-Allaw, z tą jedynie różnicą że nie jako wysłannik, a zdrajca Chemicznego Faisala. Co? Nie, nie był Allaw kochasiem Trynidada w tym filmie, było nie było dzieci nań wpuszczano. Był natomiast jego pieskiem i podnóżkiem, trzymanym na antynomistycznej smyczy.
Coby ciekawość waszą zaspokoić, dlaczego się obaj w filmie znaleźli, dlaczego się Faisal na pieska swego wypiął – cóż, właśnie wtedy Allaw za bratanie się i sodomiją z heretykiem Trinidadem sam ekskomunikę zarobił. A Chemiczny bez większego snadź żalu postawił na nim kreskę. Wtedy to zaczął płacić za Tarsis. Pierwszą ratę…
Alem, widzę, od tematu odbiegł. Chociaż, wiele do dodania nie zostało. Sceny akcji mało kto wycinał, tak samo końcówkę… Nie powiem, końcową przemowę Lemina aż sobie zapisałem, taka była udana. Tak, wiem, nie musisz mówić – pięknie się prezentowały legiony Wolnych Hazatów… tylko że owe rok później dopiero powstały.

Późnym wieczorem przyszła do komendanta wiadomość. Anonimowa, więc coś w niej musiało być, ze chłopcy z sekretariatu przepuścili ją dalej zamiast wywalić. Nie zaskoczę was zapewne, jeśli powiem, że anonimowy przyjaciel chciał się z naszym diukiem spotkać w sprawie transportu tegoż - nigdzie indziej jak na Stygmat. Don Alejandro kazał uprzejmie odpowiedzieć, że z anonimami rozmawiał nie będzie. Zechce ów imię ujawnić – numer już zna.

Na następne popołudnie wypadła premiera Nasion Zdrady. Ustaliliśmy, że winna pojawić się na niej cała wierchuszka. Ineza, Jasmina, komendant, nawet ten pierdoła Vega, by miał wam potem o czym opowiadać. Zanim jednak polecieliśmy, ów anonim zdecydował się przedstawić. Był to (jak twierdził) prałat Światłości Objawionej, niejaki Iwan Stiepanowicz Decados. Don Alejandro uruchomił swoje wtyczki by sprawdzić, czy taka persona w ogóle istnieje. Zanim przyszła odpowiedź, musielim się zbierać.

Jakom więc rzekł, polecieliśmy wszyscy. I słusznie, gdyż z towarzysko-politycznej śmietanki brakowało tylko Cesarza. Był arcybiskup Palamon, a jakże, wszak Kościół współfinansował kręcenie filmu. Byli wszyscy obecni na planecie ambasadorzy – Archibald Hawkwood, Takeda, Natasza, poseł Caspari… co? Nie, Faisala nie było, wybył z B2 trzy dni wcześniej. Do tego sporo gildyjnej wierchuszki. Też się musieliśmy pokazać. Robiąc miny stosowne – don Alejandro całą projekcję, godzin bitych dwie i pół, przesiedział z kamienną twarzą, Ineza zasię na zmianę okazując zdziwienie lub oburzenie. Jam cofnął się w kąt loży, rad że to nie mnie fotografują, dywagując, czy bardziej chce mi się śmiać czy rzygać.
Można by tez dwa słowa rzec o bankiecie, który się zaraz po projekcji odbył, a na którym również pojawiła się pomieniona wierchuszka, tudzież kadra reżyserska i aktorzy z filmu. Główny gwiazdor szczerzył się do co urodziwszych szlachcianek, wyszczerzem równie doskonale opracowanym co zimnym. Przemykała na-arcyksiężna Natasza, przez wzgląd na reprezentację Kościoła zapięta aż po szyję. Przemykała, dodajmy, z nowym kochankiem… zapewne planowanym na czas niedługi. Był też Takeda. Podszedł, złożył naczalstwu wyrazy współczucia z powodu zdrady wyrządzonej Hazatom… ani mięsień mu nie drgnął. Komendantowi również, choć widziałem że ma na końcu języka, że część winnych planowania rozbioru już na dywaniku Wszechstwórcy stoi.

Powróciliśmy wczesnym wieczorem. Do tego czasu przyszła już interesująca nas wiadomość – faktycznie, w szeregach Manifested Light znajdował się prałat o takim nazwisku. Komendant polecił tedy wysłać odpowiedź. Pół godziny i mieliśmy odzew – ów prałat chciał się dyskretnie spotkać w jednym z magazynów na Harmony, tejże północy. No cóż, komendant się zgodził.
Nie myślcie, że aż tak ufny był. Zanim poleciał, wysłał, jak to miał w zwyczaju, czworo zwiadowców w teren. Dyskretnie zajęli pozycję i obserwowali. Ze mną zaś wrócił do swojego apartamentu. Tam zamówił taksówkę stosownie dyskretnej firmy i z jeszcze dwójką ochroniarzy polecieliśmy. Podczas lotu przyszła wiadomość i zdjęcia – rzeczywiście, nieoznakowanym skoczkiem przyleciało dwóch jegomościów. Obaj w długich szatach, wygoleni, jeden miał na czerepie coś, co wyglądało jak zamaskowany tatuaż. Drugi był ewidentnie ochroniarzem.
Wylądowaliśmy. Don Alejandro nakazał pilotowi czekać, ze mną zaś wszedł do hangaru. Ochroniarzy pozostawił przed wejściem. W środku czekała owa dwójka. Ten wyższy, prałat zaczął mówić.

- Don Vega, proszę mówić dalej…
- Mieli rzekomo propozycję dla komendanta, pani markizo. Piękną jak bajeczka. Przewiozą go na Stygmat, z grupą psioników i potężnym a świętym artefaktem wykonają desant na hiva, doprowadzą go do Cienia…W telegraficznym skrócie, wybacz kolokwializm, załatwią wszystko a komendant jeno przyłoży nogę…


Żeby nie było, historia w pewnym sensie trzymała się kupy, rozmówca nie lawirował, nie wykręcał się, wierzył w to, co mówi… tylko skąd ten altruizm wobec kogoś kto, mówiąc brzydko a wprost, przechędożył Stygmat? I nie grzmij na mnie z zaświatów, komendancie, to Twoje własne słowa. Tak więc, po może pięciu minutach rozmowy, zobaczyłem ze komendant zaraz do boku sięgnie… i wtedy ktoś zgasił światło.

Obudziło mnie bębnienie deszczu w dach – wiadomo, na B2 częsty odgłos. Było już jasno. Jakby się ktoś pytał, leżałem na podłodze w tym samym magazynie. Obok zbierał się, na oko cały i zdrowy, komendant. Szybkie wywoływanie – dwójce ochroniarzy oraz obserwatorom film urwał się praktycznie w tym samym momencie. Taksówka, jakby się kto pytał, zgodnie z rozkazem dona Alejandro stała przed magazynem.
Komendant kazał duchem ściągnąć skoczek, zawieźć wszystkich do Hieronima, pobrać krew na badania. Jako mi rzekł, środek którym go potraktowano był zaprojektowany specjalnie na psioników. Badanie wykazało, ze nikomu z nas nic nie usunięto ani nic nie wszczepiono… Czy kogoś wyprano okultystycznie, mieliśmy sprawdzić później. Potem, jakby nigdy nic, zjadłszy spóźnione śniadanie, wróciliśmy do pałacyku Inezy,
To „nigdy nic” nie trwało nawet dwóch godzin. Około jedenastej przyleciało skoczkiem w cesarskich barwach dwóch Rycerzy Poszukujących i dwóch komandosów Kohorty, z nakazem aresztowania dona Alejandro, w związku z oskarżeniem o morderstwo. Komendant, nie okazując zbytniego zdziwienia, zabrał mnie i czterech przybocznych… Dlaczego? Diukiem był, przypominam, miał prawo do stosownej eskorty. Dość, że po niedługim locie wylądowaliśmy w Pałacu Sprawiedliwości. Tam powitała go owa paladyn Li-Shen, ta sama, która się produkuje w tym nagraniu. Cóż mogę o niej rzec? Nie za ładna… Żarty żartami, profesjonalistka, pedantka wręcz, przy tym, co dało się widzieć, na wstępie nie uprzedzona do komendanta. Czego się później dowiedzieliśmy, bardzo dobra w swoim fachu, spokojnie a zdecydowanie pnąca się po szczebelkach kariery… Skazanie diuka Gival na pewno popchnęłoby ja o kolejne kilka szczebelków wyżej, niemniej zamierzała tego dokonać wyłącznie w majestacie prawa.
Po powitaniu zaraz przeszła do konkretów, wyjawiła między innymi nazwisko owego zamordowanego konsula. Dodała też, że ze względu na zasługi komendanta cesarz utajnił postępowanie. Tak między nami, raczej ze względu na sytuację polityczna, gdyż za ostatnie zasługi pewnie rad by go końmi bez sądu rozerwać kazał.

No i ruszyły kółeczka prawniczej machiny, moiściewy. A żeby moje stare gardło posmarować… o, właśnie, czytasz w moich myślach, dziecko. Byłby tu ten szelma Velasquez, wyłożyłby wam wszystko expedite. Ale stary Vega tez nie od macochy, nie raz i nie dwa żem się procesował. Więc słuchajcie, wykładzik mały będzie. Kto nie chce, może wyjść… na służbę krzyknąć by starszy trunek przynieśli, przy nim lepiej się opowiada.

Na początku tedy musiał komendant wyznaczyć sobie obrońcę. Tak, dobrze mówisz, mógł się bronić sam… lub wziąć przydziałowego Rycerza Poszukującego, albo-li wynająć adwokata. Dodajmy, adwokata z uprawnieniami cesarskimi. Don Alejandro, znając swą miałkość w wiedzy prawniczej, kazał mi duchem jechać po Velasqueza, by ten przygotował listę adwokatów. Sam Diego, lubo wygadany i w prawie, również cesarskim, biegły, nie miał wyrobionych uprawnień, bronić więc komendanta nie mógł. Poleciałem tedy.
Li-Shen, co już wiecie z nagrania, przeprowadziła wstępne wypytanie. Wypytanie właśnie, nie przesłuchanie, tedy obrońca nie musiał być obecny. Komendant przyznał bez bicia, iż nie pamięta, co robił między północą a ósmą rano dnia bieżącego, aczkolwiek zapewne leżał wonczas nieprzytomny w magazynie takim a takim. Wtedy prokurator pokazała mu nagranie.
Widziałem je później, jak już nasza adwokat dostała materiał dowodowy. Krótko mówiąc, był to zapis z mieszkania owego Jamala ibn Rugha. Nocą ciemną odwiedziło go dwóch jegomościów w czarnych wdziankach i kominiarkach. Zepsuli jedna kamerę, nie wiedząc (ta, jasne) że włączyło to drugą. Wyjęli noże, konsul obudził się, wyciągnął gnata spod poduszki, postrzelił jednego. Potem zaczął się szamotać z drugim, zupełnym przypadkiem zerwał mu maskę… co było ostatnią czynnością w jego życiu, gdyż sekundę potem dostał nożem po gardle. Zamachowiec dla pewności poprawił w serce, podszedł do postrzelonego, a właściwie zastrzelonego towarzysza i zdezintegrował ciało. Coście takie oczy zrobili? Prawda, trzeba się odpowiedniego specyfiku wcześniej napić, jest on sakramencko drogi, sam dezintegrator takoż, ale jest to do zrobienia. No a potem zabójca wyszedł… oczywiście, czystym przypadkiem obrócił się facjatą do kamery i proszę – don Alejandro, jak malowany!

Zanim wróciliśmy, komendant zdążył się już usadowić w wygodnym lokum, w bloku dla VIP-ów, oraz wykonać jedną rozmowę. Konkretnie, porozumiał się z Aleksandrem Wolvertonem – było nie było, Rycerzem Poszukującym, ponadto biegłym psionikiem. Dlaczego w bloku więziennym? Mogli, owszem, nawet proponowali puścić komendanta na słowo honoru, onże jednak odmówił. Nie chciał, powiada, dawać więcej okazji do robienia mu koło pióra. Po obejrzeniu nagrania nie wykluczał bowiem, że to jego własna osoba, acz niezbyt świadoma, była na nagraniu. A ów świętej pamięci Jamal gardłował ostatnio za przycięciem cesarskich dotacji dla Wolnych Hazatów z Rawenny. Byłby to więc dobry motyw zabójstwa, sęk w tym że don Alejandro o tym nie wiedział. Osoba drugiego zamachowca też pasowała do, nazwijmy, wątku hazackiego. Był to bowiem Ignazio Roberto Ortega, baronet i pułkownik hazacki w służbie cesarza, z którym komendant się osobiście znał i utrzymywał nieczęste, fakt, ale regularne kontakty.

Velasquez, który otrzymał był moje breve zaraz po wylocie, miał już wstępną listę adwokatów. Zanim zdążyłem go podebrać i wrócić, zdążyliśmy wyłonić kandydatur pięć. Sprawa była gardłowa, więc odrzucaliśmy niepewnych, przekupnych, trudno osiągalnych. Z ostatniej piątki Diego najbardziej optował za Lucrezią Dos Santos. Dlatego, że niewiasta, pytasz? Między innymi, synku. Że prokurator również płci kłótliwej była, odpadał problem, że tak to ujmę, asymetrycznych zagrywek. Poza tym miała świetny dorobek, doskonale znała przepisy, kruczki i precedensy. Nie powiem, kazała sobie słono płacić, ćwierć setki feniksów za godzinę… ale, było komendanta stać, to raz, a dwa, że nie raz korzystał z usług niewiast znacznie droższych, acz innego rodzaju były to usługi.
Dość, że don Alejandro zdecydował się wynająć panią Dos Santos. Wstępnie streścił Velasquezowi treść nagrania – resztę Diego wiedział ode mnie. Mimo wszystko, nie wyglądało to źle. Nawet gdyby zapadł wyrok skazujący, były dwa wyjścia. Z uwagi na podejrzenie kontroli okultystycznej, wystąpić o przejście pod jurysdykcje kościelną. Albo, druga opcja, wnieść apelację do Cesarza. Sęk w tym, że wtedy pociągnęłoby się to parę lat. Prawda, można by przyśpieszyć, oddać się pod bezpośredni osąd Cesarza, ale…

…zważywszy Twoje ostatnie czyny, komendancie, tudzież nastawienie Cesarza do nich, nie byłoby to za rozsądne rozwiązanie – wtrącił Vega.

Velasquez został tedy, oczekując z komendantem na przybycie Wolvertona, a następnie pani adwokat. Mnie zasię kazał wrócić do pałacu i, jak się wyraził, zastąpienie go. I powiem wam, dziwnie mi było się z nim żegnać, to było jak przed walką…
Jak kazał, uczyniłem. Na miejscu oczekiwały mnie już Ineza z Jasminą. Czegom nie powiedział, dostały już uprzednio kilka breve i wiedziały o oskarżeniu. Nie żebym złośliwy był i za słowa łapał, ale w pałacu snadź brakowało pewnej przaśnej żołnierskiej woni. Dość powiedzieć że zanim doleciałem, obie panie zdążyły już skontaktować się z inkwizytor Garreh (było nie było, ktoś podszywał się pod Manifested Light) tudzież z tymże samym Wolvertonem. Dalsze ich pytania – cóż, najwyraźniej nadawały na tych samych falach, co komendant. Tak, wszyscy obstawiający spotkanie przebyli badania. Tak, pobrano próbki. Nie, nikomu nic nie wycięto ani nie wszczepiono. Następnie Ineza postanowiła rozpocząć oficjalne śledztwo jako poselstwo hazackie. Zmontowaliśmy znowu ekipę śledczą, ciągle złożoną z tych samych amatorów, już ciut bardziej doświadczonych. Do tego warto by dołączyć ze dwóch Wróbli, powiada Ineza, niech czują że są potrzebni. Zapytała o ochotników. Wystąpiła, mniej lub bardziej ochoczo, połowa Wróbli. Ghord również, choć musiałem go trochę zachęcić. Nie do tego by wystąpić, bynajmniej, wręcz rwał się. Tylko najpierw musiał wytłumaczyć tatusiowemu cerberowi, kto tu rządzi. Ineza wybrała właśnie Ghorda oraz don Simona Estancia. Tegoż samego, chlejmistrza, któren kilka dni wstecz podpisał się na skórze komendanta.

W tak zwanym międzyczasie, u komendanta zjawił się kawaler Wolverton. Rzekłbym, interes było obopólny – don Alejandro chciał wyjaśnić sytuację, Rycerzy Poszukujących tez mogło zainteresować czy była to akcja wymierzona w ich konsula bezpośrednio, czy tylko mająca przyprawić smrodu Wolnym Hazatom. Ponadto, z racji znalezienia tak zwanych miażdżących dowodów śledztwo umorzono, tedy nasz diuk formalnie wystąpił do Wolvertona jako paladyna RP o jego wznowienie. Dał się też mu przebadać. Co ciekawe, kawaler nie wykrył śladów ingerencji okultystycznej u komendanta. Trochę też rozmawiali o ewentualnym odzyskaniu pamięci – otóż, przebywał na B2 kuzyn Wolvertona, niejaki Wolverton, który był w stanie się tym zająć.
Chwilę dosłownie później zjawiła się Lucrezia Dos Santos. Z miejsca kazała się wynieść strażnikowi i wyłączyć podsłuchy, popierając to wiązką stosownych odnośników tudzież paragrafów…

- Przejrzałam akta sprawy, don Gival. Da się pana wybronić…

Don Alejandro oświecił ją w tych niewielu kwestiach, o których nie wiedziała. Następnie jął wypytywać o doświadczenie. Z ciekawych rzeczy, sześciokrotnie starła się z paladyn Li-Shen na sali sądowej. Póki co był remis… Po wstępnym wypytaniu komendanta, stwierdziła toż samo co i Diego – zawsze dało się pójść w sąd kościelny. Raz że, jak słyszała, nasz diuk ma tam znajomości. I to znajomości uczciwe do bólu. Dwa, że w tym wypadku poleciłaby naszej uwadze swą znajomą adwokat, szczególnie biegłą w sprawach kościelnych. Dwa razy, powiada, owa wybroniła nawet antynomistę od stosu.

- I powiem ci w zaufaniu, Vincente – Velasquez zniżył głos do szeptu – furda honorarium, furda grzebanie w papierach. Mina komendanta – bezcenna…

Uzgodniwszy wersję, Lucrezia zabrała się do papierkowej roboty. Tymczasem nasza cała ekipa była już w drodze do hangaru, który wskazałem. Ineza po drodze wysłała breve do Wolvertona po raz wtóry – to było już po jego rozmowie z komendantem, więc oficjalnie przyobiecał się stawić na miejscu razem z własnymi śledczymi. Tak się też stało – niedługo po wylądowaniu przyleciał cesarski skoczek z dwoma Wolvertonami – tymże Aleksandrem tudzież kuzynem jego, Abrahamem. Temu drugiemu towarzyszyło dwóch wysokich a zakapturzonych delikwentów. Po wymianie uprzejmości obie ekipy wkroczyły do hangaru. Tam wysocy panowie ściągnęli kaptury… cóż, nie powiem, mieli powody je nosić. W przeciwnym razie szwendający się po ulicach Kosiarze mogliby budzić niezdrową sensację.
Obaj wzięli się raźno do pracy. Poproszony, uprzejmie wskazałem miejsca w których z komendantem zażyliśmy przymusowej drzemki. Jeden kosiarz, ten weselszy, Sylasem zwany, oglądał podłogę. Drugi, Kha’ron, z widocznym znudzenie lustrował ściany hangaru.

- Tu leżał człowiek…. On – Sylas skinął w kierunku Vegi… tam leżał drugi. Obaj około siedmiu godzin.
- Tu natomiast stał człowiek w kombinezonie maskującym – wtrącił smutniejszy Kosiarz.

Ta… zważywszy jaki mieli sprzęt, mogliśmy tylko im nie przeszkadzać. Co? Cóż słowo kosiarza, pytasz, mogło znaczyć? A wiele, kwiatuszku. Trzeba ci bowiem wiedzieć, że na mocy edyktu cesarskiego, szelma Velasquez pewnie by spamiętał którego, obaj mieli uprawnienia śledczych. Rychło ustalili, co następuje. W hangarze było pięć osób. Komendant i ja, dwóch naszych rozmówców tudzież jegomość w kombinezonie. Bardzo dobrym kombinezonie, jak zapewnił ten smutniejszy. Takim, co to jest praktycznie niewidzialny i niewykrywalny, czy to na wizji czy w podczerwieni. Oczywiście, zawsze podziała nań garnek śmietany… Moja skromna osoba, co ustalił ten weselszy pobrawszy mi próbkę krwi, spoczywała nieprzytomna na betonie godzin siedem minut czterdzieści. Co do komendanta, potrzebna była jego próbka. Tamte dwa klony natomiast… co? A tak, synku, klony. Tamci długo nie zabawili, może pół godziny.
Nasi się jednak na coś przydali, zdążyli przepytać okolicznych meneli oraz ciecia. W telegraficznym skrócie, przed naszym przylotem z taksówki weszły do hangaru dwie osoby. Później my, po czym wyszły trzy osoby i odleciały. Świtem bladym znowu przyleciało i weszło trzech, po czym wyszło i odleciało dwóch. Znaczy, w tak zwanym międzyczasie mieliby podwieźć komendanta na miejsce zbrodni i z powrotem. Tyle, że obecność delikwenta w kombinezonie oraz czas, jaki spędziliśmy najwyraźniej razem na podłodze podpowiadał co innego.

W związku z powyższym, wiele deszczu nie spadło a już wracaliśmy do Pałacu Sprawiedliwości. Akurat spotkaliśmy się z Lucrezią, wymiana nowości poszła więc szybko. Sylas pobrał jeszcze próbkę krwi komendanta, na co ów się skwapliwie zgodził, po czym orzekł że don Alejandro był nieprzytomny przez siedem godzin. Że miało to wagę dowodu, powiada Lucrezia, to już wystarczało spokojnie do uniewinnienia. Dla dobra śledztwa komendant przystał jednak na plan B – czyli glejt uniewinniający w kieszeń i udawanie aresztu domowego z Wolvertonem w roli cerbera.
Zadzwoniliśmy więc uprzejmie po paladyn Li-Shen. Przyszła, a jakże. Zapachniało ozonem, wymieniły z Lucrezią kilka uprzejmych szpileczek po czym przeszliśmy do rzeczy. Sylas z rozbrajającym uśmiechem przedstawił dowody i, moiściewy, widziałem jak podbródek Li-Shen po kolei podbija te sześć czy siedem szczebelków, o które właśnie się obsunęła w swej wspinaczce na ziggurat.

Pół godziny później lecieliśmy już na miejsce zbrodni, do mieszkania konsula. Wolverton zerwał pieczęć, komendant dwornie uchylił paniom taśmę QUESTING KNIGHTS DO NOT CROSS i weszliśmy do środka. Po czym, stanęliśmy pod ścianą by nie przeszkadzać obu kosiarzom w robocie. We miejscu gdzie zdezintegrowano ciało „Ortegi”, dalej czerniła się plama. Sylas zrobił się dość rozmowny, szukając jednocześnie zrobił nam szybki wykład o klonach. Te, które widzieliśmy dotąd na nagraniach, potrzebowały dwóch lat na wyhodowanie, plus parę miesięcy na wstawienie jako takiej osobowości. Oczywiście, powiada, dwa lata naszą ludzką, najlepszą technologią, Anubis potrzebowałby trzykroć mniej. Tutaj, mówił dalej, pobierzemy próbkę kopii komendanta. Zostawił tego sporo – włosy, naskórek, nawet maskę posiał. Ten klon, zaczął… i nie skończył, popatrzył snadź zdziwiony na ustrojstwo którym się posługiwał, potem na naszego diuka… Ten klon był bardziej zaawansowany, prawi. Doskonała kopia, z pełną osobowością. I, moiściewy, taki potrzebował znacznie więcej czasu na wyrośnięcie i wychowanie. Ile? Ano, dziesięć lat minimum.

Ano, pod koniec Wojny o Tron (choć wrzała jeszcze w najlepsze) ktoś, rzec by można, poważnie zainwestował w baroneta niewielkiego, acz starego rodu, przy tym majora wojsk hazackich, niejakiego Alejandro Corrinho Dulcinea.

Oj, sporo sie wydarzyło... Przyznac musicie, dziatki, że dzien zaczął sie małym trzęsieniem ziemi. A jak się zakończył, pytacie? Jeszcze ciekawiej...





Komentuj (5)


Link :: 22.04.2008 :: 23:07
III 5004

Wszystko zostaje w rodzinie cz3

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Na tym się, rzecz jasna, ani śledztwo, ani dzień ów nie zakończył. Prosto z mieszkania nieodżałowanego konsula polecielim do lokum Ortegi. Zgodził się lecieć z nami również Sylas, pod tym jeno warunkiem, byśmy mu do dwóch godzin transport do piramidy załatwili, inaczej na służbę się spóźni. A jego bóg-cesarz, powiada, nie ma poczucia humoru…
Daleko nie było, nawet na piechotę byśmy zdążyli. Kawaler Wolverton drzwi otworzył, po czym – znowu – stanęliśmy pod ścianami, by nie przeszkadzać. Po krótkim badaniu było już jasne, że klon zmienił prawowitego lokatora trzy dni temu. Na kamerach ochrony, rzecz jasna, nie było nic – tylko wchodzący i wychodzący Ortega. Znaczy, podmiany dokonano poza mieszkaniem.
Znaleźliśmy natomiast kalendarzyk. Lokator robił w nim zapiski – spotkania, terminy, miejsca… Co ciekawe, kartka sprzed trzech dni była wyrwana. Don Alejandro po krótkiej dyskusji z Wolvertonem, azaliż do odzyskania zawartości lepiej użyć przeklętego okultyzmu czy przeklętej technologii, przystał na to drugie.
Obejrzeliśmy jeszcze lądowisko, gdzie stał skoczek Ortegi. Ktoś nim latał ostatnio, fakt, ale nie wykasował koordynatów z komputera nawigacyjnego. Komendant kazał zgrać dane i przesłać do badania. Po czym wezwaliśmy taksówkę dla Sylasa, bo czas był nań wielki.

Skoczek nasz położył się tedy na kurs powrotny do pałacu. Po uniewinnieniu komendanta zrobio się nagle tak cicho i spokojnie. Siedzieliśmy tedy -Ineza z rączkami wciąż w mufce skrytymi, Jasmina kadząca coś na uszko wciąż ponuremu jak noc komendantowi (co czyniła przez cały czas lotu), zaaferowany Ghord i przez kontrast cichy a skwaszony, bo trzeźwy, Simon. Przed lądowaniem Jasmina zaprosiła jeszcze naczalstwo na kolację na godzinę dziewiętnastą.
Równie sielankowo było aż do wieczora. W zaciszu ogrodowych alejek Ghord dotrzymywał towarzystwa Jasminie, kadząc jej niemiłosiernie i zgoła nie dostrzegając rozbawienia na jej pięknym obliczu. Ale nie myślcie, nie o wdzięki jej czy serce mu wonczas chodziło. On, moiściewy, chciał być jak owi dawni bohaterowie. Tak samo jak, i nikt z was mi tu fałszu nie zarzuci, kiedyś każdy z nas chciał być. Później, gdy nadszedł komendant, Ghord wręcz teatralnie, acz nienagannie, przekazał simulacrę pod jego pieczę. Wzięła tedy dona Alejandro, jakby trochę mniej ponurego, pod rękę i poholowała na kolację. Tą samą, która byłem zmuszony im przerwać…

Vega wkroczył do jadalni. Coś na jego obliczu uciszyło rozmowy i śmiechy przy stole. Corrinho zrozumiał powagę sytuacji, gdy Vincente odezwał się – formą, której używał równie rzadko co „Alejandro”
- Książę, panie… mam ważne wieści.


Ineza, Jasmina, komendant tudzież Wolverton ucztowali zatem w najlepsze, gdy zadzwonił mój kompanion, Felipe Asturias Hawkwood. Co by szczegółów dodać, był on wonczas szefem ochrony u hawkwoodzkiego markiza, Jonathana Handersa. Dzwoni tedy i pyta - dlaczegoś, taki synu, nie przyjechał ze swoim pryncypałem aby ze mną, starym druhem, się napić? A skoro już o nim mowa - czy twój pan, z przeproszeniem obecnych tu niewiast, z przyrodzeniem się na łby pomieniał? Zanim się zdążyłem żachnąć, wyjaśnił dalej, ze don Alejandro pokłócił się z markizem Handersem na bankiecie wyprawionym przez tegoż i wyzwał go na ostre. Po czym zamilkł i długo trawił mój respons, że ja w takim razie zapytam mojego diuka, któren właśnie wieczerza, o oficjalne stanowisko.
Idąc do jadalni, wymieniałem dalsze informacje. Markiz Handers zaprosił również na bal maskowy, który wyprawiał, naszego diuka. Nie musze chyba dodawać, ze zaproszenie do nas nie doszło. Mimo to, zjawił się tam don Alejandro w towarzystwie pewnej hazackiej damy, naturalnie z ochroną. I o cześć tejże damy, rzekomo obrażoną, diuk Corrinho wyzwał gospodarza na udeptaną ziemię. Jakby się które z was pytało – książę wyzwał markiza, więc żaden szampierz niższej rangi nie wchodził w rachubę.
Takie wiadomości przekazałem komendantowi…

- Skoczek do startu…
- Przygotowany.
- Ekipę zbierz…
-Jest czworo, załadowani.


Gdy się szykowali, prowadziłem jeszcze rozmowę z Felipe. Póki co, zdecydowali nie powiadamiać markiza, coby klona (bo któż to inny mógł być) nie spłoszyć. A trzeba wam wiedzieć, że ów markiz posiadał na Rawennie dwa własne legiony, okrutnie bronią pancerną okryte. Szermierzem był ponoć całkiem dobrym, ale śmierć jego z ręki komendanta – cóż, w najlepszym razie nie mielibyśmy tych legionów, w najgorszym krew mogła się polać wcale szeroko. Czasu wiele nie było – mieli, prawda, grać na zwłokę, ale tak czy tak wychodziło że się nasz diuk kapkę na widowisko spóźni.
Wolverton również się na imprezę zaprosił, idąc w ślady Jasminy, która zakomunikowała że jeno nos przypudruje a czarczafem okryje i będzie gotowa. Jam zasię, za rozkazem dona Alejandro, został przy Inezie. I niech mnie usmażą jeśli rozkaz ów niemiłym mi był, tyle tylko żem wydarzeń na balu na własne oczy nie oglądał.
Żeby jednak nie było - co się działo, wiem z opowieści osób kilku, więc konfabulacyj nie będzie, chyba że moje. Ale, jak widziałem komendanta gdy ów do skoczka wsiadał – powiadam, na chwile wrócił stary Alejandro, ten sprzed Stygmatu i Keth.
W skoczku ciągle konferował z Felipe. Że bal był kostiumowy, Sancia wyszperała skądś kawał blachy i chłopcy kolbami wymłotkowali mu na poczekaniu maskę. Nie powiem, zgrabna, nie wiedziałem że takich artystów mamy na służbie… Po wylądowaniu zaraz przejęła ich bardzo liczna a zbrojna ekipa. Krótko mówiąc, należało się śpieszyć, przeciwnicy już byli na polu, już się wzajem ostrożnie próbowali. Gromadka nasza doszła do pola pojedynkowego, gospodarze pokazali im uprzejmie towarzyszącą klonowi niewiastę tudzież jej ochroniarzy. I tu naszym szczęki poopadały, gdyż między dwoma oprychami stał nikt inny, jak panienka Carmelita... Sancia i Miguel z dwoma tutejszymi securidad jęli przepychac się przez tłum, by stanąć strategicznie w pobliżu pomienionych oprychów. Komendant chwilę postał, patrząc jak klon próbuje przeciwnika. Jak później mi powiadał, znać było po nim nieco nauk Ramireza, ale poza tym szkoła wybitnie Veracruzańska przezeń przebijała. Długo nie pooglądał, prawda, gdyż właśnie wtedy adwersarze zaczęli wałczyć na poważnie. Trzeba było się wtrącić, co też uczynił. Sami wiecie, ktoś trzeci pakujący się na pole pojedynkowe to rzecz niesłychana… szum się wśród widzów zrobił, walczący jednak nie zwrócili – nie mogli zwrócić nań uwagi… Kto z was walczył, a po gębach widzę że większość, wie że odwrócić wzrok można jedynie raz. Cóż wtedy mógł zrobić? Zawołał do klona po imieniu. Tym z dzieciństwa.
Fałszywy Alejandro wzdrygnął się, opuścił gardę, wziął po żebrach. Markiz nie poszedł za ciosem, wycofał się i patrzy na intruza, podobnie jak stojący ze skrwawionym bokiem i rozdziawioną gębą klon. No i, prawda, padło sakramentalne kto zacz. Komendant, powodując jeszcze większy opad szczęk u obu adwersarzy, zdjął maskę i przedstawił się jak należało. Dobre wychowanie bowiem odebrał, zawsze uważał że fakt bycia znanym nie zwalnia od przedstawienia się.
Suspens trwał może sekund pięć, po czym się zaczęło...

- Odstrzeliłem mu łeb, Vincente... Tak jakoś wyszło. Nie, nie temu. Temu drugiemu…

Klon podniósł ostrze i pchnął markiza. Zanim kto zdążył zipnąć, Asturias wpakował mu kulę w łeb. Carmelita wsiąkła w tłumie, nasi rzucili się jej szukać. Czterech zakapiorów natomiast rzuciło się z rapierami na markiza i komendanta. I jak w tym kawale o Bursandra, zarobili solidną porcję ołowiu, jeden tylko przeżył. Zaraz go chwycili, taserem w żywot, wór na łeb i ponieśli. Nasi zasię wychwycili Carmelitę. Nie było to tak trudne jak by się zdawało, była jedna z niewielu osób które cisnęły się od pola pojedynkowego, nie zaś ku niemu. Że bardzo zdenerwowana była, a komendant kazał delikatnie się obejść, dostała igiełkę i poszła spać.
Markiz Handers, żeby zamieszanie zagasić, kazał dalej orkiestrze grać, goście znów zaczęli się bawić. Sam zasię zaprosił komendanta wraz z Jasmina i Wolvertonem na poufną rozmowę w altance. Tam komendant bez bicia wyjaśnił, że adwersarz był snadź jego klonem, że generalnie ktoś od dawna czyni koło pióra Wolnym Hazatom. Potem, prawda, przeszli do negocjacyj – kto może którego jeńca zatrzymać. Handers zrazu zaczął że ze względu na pokój między rodami łaskawie zwolni i przekaże panienkę Carmelitę. Komendant nadspodziewanie gładko obelgę przełknął, zmilczał. Gdy do jeńca przyszło i Handers opór stawił, wtrącił się Wolverton. Że, powiada, napastnik był Hazatem a napadnięty Hawkwoodem, tedy jest to sprawa między rodami. A że jest to sprawa między rodami, prawi, tedy sprawę ową z jeńcem włącznie przejmują Rycerze Poszukujący. Zechce-li któryś z wielmożnych panów sprzeciw wnieść, proszę wypełnić a złożyć formularzy stosowny, który zostanie rozpatrzony w czasie… właściwym. Tu już markiz nie oponował, zamiast tego powiedział że, owszem, wydadzą ciało ubitego klona, jeno jak sami je przebadają. Komendant volens nolens przystał na warunki i na tym negocjacje zakończyli.
Carmelitę odesłał komendant skoczkiem na orbitę, gdyż na czas badań postanowił ją trzymać na jachcie Inezy. Wolverton zasię wezwał skoczek cesarski, podrzucił jeńca Rycerzom Poszukującym i rychle zjawił się w pałacu Inezy. Don Alejandro z Jasminą zostali natomiast na balu, czekając na ów skoczek który miał z orbity wrócić. I, cóż mogę rzec, nie sądziłem wówczas że komukolwiek uda się wyrwać komendanta choćby na chwilę z melancholiji w którą był wpadł…
Wolverton wrócił nie całkiem późno. Podszedł był do ogrodu, gdziem wonczas z Inezą przebywał, po czym łaskawie raczył mnie odprawić. Pytasz, dlaczego w pysk nie wziął? Furda z tym, że komendantowi usługi znaczne oddał, co samo by dla spokoju mojego wystarczyło. Po pierwsze, pomnij i rozważ, szlachcica nie może obrazić szlachcic. Po drugie, widziałem jak dobrze bawi się zeń Ineza – dlaczegóż miałbym psuć?
Minęła może jeszcze godzinka, gdy wróciła Jasmina z komendantem. Odprowadził ją dwornie na pokoje, po czym wezwał mnie na swą kwaterę. Wtedy to usłyszałem z dona Alejandro ust samych, co się u markiza Handersa wydarzyło. Odebrawszy rozkazy i wychyliwszy z nim kielich wina za ten dzień, nad wyraz pomyślny, pożegnałem go. Trzeba było jeszcze do Wróbli iść, zagrać im a zaśpiewać coś świńskiego i wina się napić (bo już pod te zimne nóżki łże-Corrinho szpunt odbili). A wychodząc od komendanta, minąłem się w drzwiach z tym zjawiskiem, kryjącym błękit pod długimi rzęsami. Zniknęła w środku, jeno zapach jaśminu pozostawiając…

Bladym świtem dnia następnego Ineza odleciała skoczkiem z kawalerem Wolvertonem. O tym, że odlecieli, nie było wiadomo aż do powrotu, gdyż czystym przypadkiem służbę mieli tylko jej ludzie, którym milczeć nakazała. Gdy więc komendant na porannym treningu zobaczył startujący skoczek i dyżurnych indagował, usłyszał od nich coś w stylu „nie powiemy kto poleciał, bo pani mówić zakazała, ani nie powiemy gdzie pani jest, bo tego zakazała również”. Sama z Wolvertonem… niemal słyszałem wycie świętej pamięci JosMarii.
Wrócili około jedenastej, akurat gdy komendant z Jasminą kończyli spóźnione śniadanko. Kawaler wysiadł pierwszy, po chwili z drugiej strony otworzyła sobie drzwiczki Ineza. Tak, dziatki, dłonią białą własną. Potem wyszła i przeciągnęła się z wyraźnym zadowoleniem… swoim oraz wszystkich, co prospekt ów wdzięczny oglądali. Jednemu z musztrujących Wróbli aż z wrażenia gwer wypalił… na co sierżant Vigo głosem stentorowym, w krótkich żołnierskich słowach obwieścił okolicy, a pewnie i sąsiednim dwóm pałacykom, historię pewnego kurgańskiego najazdu na Vera Cruz sprzed lat dwudziestu kilku, którego jedynym efektem był snadź ów strzelec.
Zasiedliśmy tedy do zebrania wiadomości ze śledztwa, tudzież z biura prasowego. Wczorajsza awantura na balu nie przeszła bez echa – sporo dzienników wspomniało o sobowtórze diuka Gival, kilka wspomniało również o nowej kochance tegoż. Z ciekawszych i bliższych realności rzeczy – zakończono wstępne przesłuchanie jeńca u Rycerzy Poszukujących. Jak to u nich wygląda, pytasz? Wstęp jest klasyczny. Pokazują ci przytulny pokoik, śmierdzący krwią, o stalowych ścianach. Potem dokładnie opisują do czego służy każde z leżących na stole narzędzi. W tym momencie połowa pęka i zaczyna gadać. A potem przychodzi psychonik i bez ceregieli przetrzepuje ci umysł.
Powiedział całkiem sporo. Siatka klonów i hodowlanych (bo oprychy z ochrony były z niższej półki niż wierchuszka) miała u Inezy dwie wtyczki. Kogo? A, o, tych dwóch marines, co to ich właśnie w pęta biorą. Siatka dowodzi natomiast… cóż, Pedro Corrinho Dulcinea, przyrodni brat dona Alejandro. Również sklonowany. Capnięta przez nas Carmelita to też klon, a jakże.
Zrobiło się mniej wesoło gdy przyszły wyniki badań z jachtu. Don Corrinho, jest sprawa… bo te próbki doni Carmelity co śpi w celi i te próbki doni Carmelity co na Rawennę poleciała… są identyczne.
Tak to dobry humor komendanta szlag trafił. Opcja że Carmelitę przechwycono poza układem, załatwiając po cichu ośmioro securidados po czym przerzucono ją z powrotem na B2 raczej nie trzymała się kupy. Opcja że obie były klonami trzymała się bardziej. Komendant rad nierad postanowił poczekać do dnia następnego, gdy to Sylas kończył służbę i poprosić go o pomoc w owej sprawie.
Na deser przyszła zawartość komputera ze skoczka Ortegi tudzież odszyfrowane zapiski z brakującej kartki kalendarza. W dniu podmiany odwiedził on dwa miejsca. Drugim z nich był kanoniczny „jakiś magazyn na Harmony”. Pierwszym… cóż, i tak się wybieraliśmy do markiza Handersa po zewłok „Alejandro”, zatem niejako przy okazji postanowił komendant uprzejmie zapytać, co też u niego porabiał Ortega.


Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń