Menu :


Link :: 02.05.2008 :: 10:45
III 5004

Wszystko zostaje w rodzinie cz 4

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Zgoda, przyznaję, konfabulował-żem. Oczywiście że owi marines sprzedajni nie poszli od razu w łyka – inaczej po co byłoby ich śledzić?
Ale od początku. Najpierw… najpierw wina sobie naleję, skoro żadne z was nie raczy staremu usłużyć. Wszechstwórco, ta młodzież…

Jasmina oddaliła się na pokoje, dziecięciem się zająć. Komendant z Inezą radzili natomiast nad dalszymi krokami. Postanowili zrazu onych gemajnów nie przymykać, a jeno pośledzić trochę. Tu zmiana rozkładu wart, tam nowy przydział… Tejże nocy na przykład mieli wolne, więc komendant kazał Seringo skontaktować się z Triadami i załatwić paru chłopa do śledzenia. Później Wolverton przyszedł z kolejnymi wieściami z przesłuchania jeńca. Krótko mówiąc, marines zostali zwerbowani już na B2 za brzęczącą monetę. Oni to wpuścili zamachowca podczas burzy, także samo wpuścili tego, który uśmiercił Corteza. Prawdopodobnie też pomogli w wyczyszczeniu kont Inezy. A jakby się kto pytał, to właśnie rodzinka Klonino zostawiała za miejscu zamachów iskierki tudzież stalowe różyczki, próbując skierować nasze podejrzenia na Al-Malików.
Jak to komendant zapowiedział i ustalił wcześniej, na godzinę szesnastą mieliśmy się zjawić u markiza Handersa po zwłoki. Komendant zaprosił Inezę, mnie zaś kazał przez Asturiasa dać dyskretnie znać, że przybędzie z damą. Poza tym poleciał Wolverton tudzież czworo świty z moją skromną osobą na czele.

O szesnastej punktualnie skoczek nasz przyziemił na lądowisku u markiza. Gospodarz dwornie podjął Inezę i komendanta zaraz za lądowiskiem i powiódł ku altance, tej samej, w której wieczora zeszłego rozmawiali. Mnie przy tym nie było, raz że chcieli rozmawiać w jak najbardziej kameralnym gronie, a dwa, żem chciał z Felipe Asturiasem za spotkanie się napić. Bo trzeba wam wiedzieć, że on nie tylko kompanionem mi był, ale przez prababkę jego, która przez mojego prapradziadka za legalnego bękarta uznaną była, spowinowaceni byliśmy. Po trzecie wreszcie, chciał don Alejandro bym od siebie, niezależne od wersji gospodarza, wypytał o wizytę Ortegi.

Altanka, jak mi opowiedział komendant, dzięki mojemu uprzedniemu breve była już ukwiecona, umajona a stół przygotowany. Markiz zjawił się był ze swoją faworytą, Caroline Snowforth. Nie, nie szlachcianką. Nie, nie małżonką. Faworytą. Nie rozumiesz? Horacjuszu za szkłami grubymi… Dobrze, dygresyją uczynię. W papierach, była ona dlań kurtyzaną z kontraktem na wyłączność. Znaczy, nikt inny nie miał dostępu do jej łoża. Po wygaśnięciu kontraktu mógł ja odprawić lub umowę przedłużyć. W rzeczywistości, dała mu troje dzieci, uznanych przezeń za legalne bękarty, z prawem do figurowania w testamencie, nazwiska tudzież herbu, jeno jak to bękartom z kresą na skos rzuconą. I w rzeczywistości, jak się okazało, wykupił dla niej kontrakt dożywotni.
Tyle dygresji. Jak kazał obyczaj a etykieta, wysiorbali herbatkę, pochrupali biskwitów, godzinę niemal spędzili na klasycznej gadce o pierdołach i o tym , ileż cali deszczu naliczy tym razem cesarska stacja meteo. Jam w tym czasie, zgodnie z planem, w cekhauzie z kuzynem mym dalekim w kielichy dzwonił…
Spędziwszy czas obyczajem nakazany, przeszli powoli do konkretów. Caroline zaprosiła Inezę na konna przejażdżkę, głównie po to, żeby hombres mogli porozmawiać na osobności. Markiza nasza odgadła, że czas pokazać, gdzie stoi – czy jako urokliwy zgoła dodatek do diuka Gival, czy jako tkwiąca w sprawie po uszy ambasador Wolnych Hazatów. Podziękowała tedy uprzejmie za ofertę, obiecując się zrewanżować. Rozmowa tedy szła nie w czworo, a sześcioro oczu.
Komendant, jak wiecie, nie miał zwyczaju owijać w bawełnę. Od razu zapytał o zewłok fałszywego Alejandro, następnie o przebieg zdarzenia na balu. Trup, jak się okazało, był od razu do wzięcia, nawet zgoła nie pocięty. Co do zajścia z balu i w ogóle zaproszenia – cóż, cytuję… „po otrzymaniu odpowiedzi, że nie przybędziesz książę z panią markizą, wysłaliśmy poprawione zaproszenie pod adres na Harmony, z którego owa odpowiedź przyszła”. Don Alejandro, zachowując kamienna twarz, zapytał grzecznie o ów adres. Nie musze chyba dodawać, że nikt z naszych nigdy pod owym adresem nie przebywał.
Następnie zapytał komendant o pojedynek. Gospodarz wyjaśnił oględnie że, nie zamierzając obrazić szacownego gościa, musiał pokazać nuworyszowi gdzie jego miejsce. Gdym w niemal tym samym czasie pytał ja, Asturias niespodziewanie zapomniał języka w gębie. Co by wam, damom a panom wyjaśnić, Handersowie byli szlachtą nawet nieco starszą co Corrinho, jeno że z dziada pradziada niżej markiza nie zeszli. Don Alejandro natomiast był od siedmiuset prawie lat pierwszym diukiem w rodzinie. Można się więc było domyśleć że prowokacja była zgoła nieznaczna, a za odpowiedź również autentyczny Corrinho wysłałby sekundanta do markiza.
Cóż Ortega i jego wizyta, zapytacie? Tu, o dziwo, żadnej tajemnicy nie było. Pułkownik zjawił się by w imieniu feldmarszałka Jesusa Orellana de Bascomshire ułożyć kwestię transportu doborowej jednostki pancernej tegoż na Delfy. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że krom owych dwóch legionów pancernych posiadał Handers całkiem sporą i wcale dochodową flotę handlową. Zanim don Alejandro zdążył zapytać, gospodarz sam pospieszył z wyjaśnieniem że istotnie potwierdzono fracht u samego feldmarszałka, tudzież że istotnie sprawdzono iż są to czołgi a nie na przykład kontenery z rękawami szat Vau. Co ciekawe, feldmarszałek osobą własną wybierał się również na Delfy.
Na tym zasadniczo rozmowa się skończyła. Handers obiecał jeszcze raz całego transportu dojrzeć, natomiast pozostałe przemyślenia Ineza z komendantem a Wolvertonem wymieniali już w skoczku w drodze powrotnej. Tak, sprytnyś, pytanie czy sklonowali również marszałka? Było nie było, o dziesięć lat wstecz był już sławnym a zasłużonym legatem, a nie , z przeproszeniem, komendancie, jednym z setek majorów. Tak, prawda, równie dobrze mogła to być próba usunięcia starego Jesusa. Ale to na dziś niech zostanie niedopowiedziane, co mam opowieść zawczasu psuć…
Żeby nie przedłużać, Wolverton w imieniu Rycerzy Kwestujących obiecał się podjąć …śledzenia obu wątków. To jest, owej mety Klonino na Harmony tudzież sprawy feldmarszałka. Pytasz, czemu komendant sam odpuścił, słoneczko? Chwała chwałą, ale jak się ma pół setki ludzi na całą planetę, czasem trzeba uznać własną miałkość i dać komu innemu zebrać laury… ale i wyciągnąć kasztany z ognia.

Sprawy jakby nieco przycichły, dziatki. Wieczór i noc upłynęły po raz kolejny wręcz sielankowo. Zważywszy na przebieg ostatniej dekady, wydawało się to zgoła… nie na miejscu, prawda? Tak więc, znowu Wróble piły a świętowały, tym razem za to że nikogo tego dnia nie usieczono… albo-li dlatego, że słoneczko poszło lulu, jaka różnica… Ghord wiódł prym, a przynajmniej się starał, próbując być najbardziej hazacki pośród Hazatów… że snadź polubili się z Simonem, który wciąż kielichy wychylał, tego wieczora już nikt u niego zaczepki nie szukał. Sprzedajni marines, jak na żołnierzy na przepustce a daleko od domu przystało, nie zauważając zgoła ogona udali się rączo do „Siedmiu Zasłon”. Wyjaśniając, był to całkiem dobry jak na cenę a lokację dom rozpusty, popularny nie tylko wśród żołnierzy, ale i szukającej wrażeń a przygody szlacheckiej, za przeproszeniem, gówniażerii. Jam pośród Wróbli siedział, znajdując wśród nich wcale wdzięcznych słuchaczy dla mego steranego gardła a rozstrojonej mandoliny. Ineza wieczerzała z Wolvertonem, który wrócił bardzo późno, zły jak chrzan – na mecie na Harmony nie znaleźli nic. Komendant natomiast skonsumował kolację z Jasminą. Co pytasz? Tak, śniadanie zarówno. A co pomiędzy, tego ci nie powiem. Nie dlatego, bym nie chciał, po prostu nie wiem. Mój pan lenny nie był z tych, którym trzeba było, z przeproszeniem dam, po małej potrzebie ptaszka otrząsać czy świecę w łożnicy trzymać. Więc, skoroś tak ciekaw, jedyne co mnie tej nocy obeszło to dziewczyna w moim własnym łożu.

Dnia następnego również nie wydarzyło się wiele. To znaczy, do wczesnego popołudnia, do chwili w której, zaproszony przez komendanta, pośrodku lądowiska z hukiem teleportował się Sylas. Że tak bezpośrednio? Nie, wcześniej musiał (co sam nam wyjaśnił) wskoczyć na wartownię i tam się opowiedzieć, inaczej patrolujący Pałac Kosiarze by go przechwycili i zrobili krzywdę.
Markiza kazała prosić na obiad. Widać po niej było, że poza władzą w rekach ostatnimi dniami wróciło jej też dużo życia. Aż miło było popatrzeć, jak jadła a piła a śmiała się. Prym jednak wiodła Jasmina, strzelająca błękitem spod rzęs i kokietująca nie wiadomo którego z trzech panów przy stole, a najpewniej wszystkich. Że krew decadoska przy tym się odzywała, przy stole omal nie straciliśmy kawalera Wolvertona. Poległby śmiercią właściwą raczej szychom gildyjnym, zadławiwszy się kawałkiem Chateaubrianda, znakomicie skądinąd przyrządzonego. Nawet marsowe a ponure oblicze komendanta, na które, z całym szacunkiem, już patrzeć nie mogłem, wypogodziło się nieco. Jedynie Sylas, czy to gry nieświadom, czy może na nie takie rzeczy przez stulecia się napatrzył, nie reagował, jeno żarł. Kuchnia nasza, jak wyjaśnił Wolverton, zaskarbiła sobie wielkie zaciekawienie u tego Atlanty.
Od dalszych katuszy wybawił Wolvertona dzwonek komunikatora. Przeprosił, wyszedł, odebrał. Następnie wrócił aby przeprosić ponownie – pilne sprawy, powiada, wzywają niezwłocznie. Zaiste musiały być pilne, skoro ledwie to wyrzekł, przyleciał po niego skoczek.
Po obiedzie nadszedł czas na lot na orbitę. Jak komuś umknęło, komendant poprosił Sylasa by ów sprawdził trzymaną na jachcie Carmelitę, zali ona z Corrinho, czy też ze słoika. Obie panie, nadzwyczaj chętne na przejażdżkę, oświadczyły ze jeno noski przypudrują, niech więc skoczek za minut dwadzieścia gotów będzie.
Don Alejandro zasię zaczął rozmawiać z Sylasem. Po atlancku. Nie pytajcie jak i kiedy się go nauczył… to znaczy, nauczył podstaw. Kosiarz jednak mówił chętnie, poprawiał, uczył… I u niego brzmiało to wręcz melodyjnie, komendant zaś, cóż… chwilami miałem wątpliwości czy mówi, czy też się dusi. Ciekawym też był, czy aby nie przejęzyczy czegoś, czym Sylasa obrazi. I ledwiem to pomyślał, obaj ruszyli na plac pojedynkowy…
Bynajmniej, nie o obrazę poszło, a o sparring. Niemniej, do Inezy tez doszła wieść, że diuk Gival z obcym zamierzają walczyć. Wokół placu, ma się rozumieć, zebrała się już spora gromadka Wróbli płci obojga tudzież służby. Don Alejandro z Sylasem stali naprzeciw siebie, każdy uzbrojony w kij. Kosiarz nagusieńki jak go kadź hodowlana wydała, komendant też skąpo odziany, w spódniczkę jaką derwisze Stalowego Pazura do treningów noszą, prezentujący światu swoją postrzelaną i posiekaną doczesną powłokę. Nic, co by krępowało ruchy…
Obu damom pomysł zgoła się spodobał, simulacra zakrzyknęła o oliwę i talk, służki dokładnie nasmarowały obu adwersarzy… dając Inezie i Jasminie czas na oglądanie prospektu i wymianę nie za cichych komentarzy za wachlarzami. Potem straciły zainteresowanie i zaczęły ziewać gdy rozpoczęło się starcie. Prawda, wiele nie było widać… jeno dwie rozmazane smugi. Długo też nie poziewały, walka trwała może sekund pięć, po czym komendant poszorował plecami i książęcym zadkiem po piasku. I w ciągu tych pięciu sekund, co obejrzeliśmy potem na nagraniach w zwolnionym tempie, wierzcie lub nie, wyprowadzili ponad pół setki ciosów.
Sylas pomógł komendantowi wstać, przemówił. Oczywiście, ni słowa nie zrozumiałem, ale najwyraźniej chwalił. Porozmawiali chwilę, dając jeszcze nieco strawy wygłodniałym niewieścim spojrzeniom. Nasz diuk obmył się z panierki, odział i mogliśmy lecieć.

Sylas obejrzał sobie dokładnie uśpioną Carmelitę, pobrał próbkę. Tak, powiada, to klon. Co ciekawe, całkiem niedawno wypuszczony ze zbiornika. Komendant zapytał, jak w takim razie można na szybko wszczepić całkiem poukładaną osobowość, taką żeby otrzymać człowieka a nie śliniącego się debila. Ano, powiada Sylas, wystarczy mieć odpowiedni artefakt. Nawet mamy taki w Piramidzie. Można też posłużyć się psionikiem. Bardzo dobrym i mocnym psionikiem. I owszem, dodał kosiarz, on sam da rade sprawdzić jak to zrobiono w tym przypadku, jeno musi u swoich sprawę wyłuszczyć i klona do Piramidy zabrać. Poradził tylko, by jej wcześniej nie przesłuchiwać ani nie budzić. Mamy czas, orzekł diuk i przeszli do sprawy bardziej delikatnej. Trzeba było sprawdzić próbki Carmelity, która poleciała na Rawennę. Sprawdzić, za kogo Ineza straciła obrońcę i brata…

I szum stał się a popłoch wielki w Empireach, niepokój pośród dusz niewinnych ale i swojskie wspomnienia pośród tych bohaterów, których żołnierska śmierć dosięgła. Aż w końcu stało się tak, że bluzgi a wycie a kurwowanie gromkie dotarły do tronu i uszu Pankreatora. I uniósł się Ojciec ze stolca a rzekł: mąż-li to czy niewiasta, istota co słowy tak niegodnymi spokój Empireów zakłóca, w Quillipoth strącona będzie. I odrzekł mu Empireal najpierwszy: słowo Twe prawem, ojcze, lecz strącić onego nie możem, gdyż ni mąż to, ni niewiasta.
To JosMaria Eduardo, na świat tak niedawno opuszczony spoglądający, snadź widokiem czy wieścią jakowąś straszną się wzburzył.


Tak to było, moiściewy. Komendant wysłał duchem breve do swej ciotki Alejandriny na Rawennę. Czy dotarło na czas – trochę czasu minęło, nim się dowiedzieliśmy, więc nie myślcie że powiem wam już.

Do pałacyku wracaliśmy już w gorszym znacznie nastroju. Kryształ pamięci jaki wypluła Sylasowa maszyneria oznaczał koniec krótkotrwałej sielanki… Zaraz po wylądowaniu kosiarz pożegnał się uprzejmie i zniknął jak sen jaki złoty. Niedługo później, a już zmierzchać miało, zjawił się Wolverton. I nie wyglądał za dobrze, dziatki. Nie, ran na nim znać nie było, przynajmniej dopóki mu komendant aury nie obejrzał. Oj, ponoć zdrowo poharatana była. Ineza klasnęła na służbę, kazała szykować dlań kąpiel, obiecała poczekać z kolacją. Kawaler podziękował dwornie, obiecał przy wieczerzy o przygodzie opowiedzieć, po czym udał się na pokoje…

Niestety, nie dane mu było z nami wieczerzać. Zagięła nań parol kostucha tegoż dnia… wiecie, jak to mawiają, co ma utonąć, to się nie zadławi. Ledwie przestąpił był próg pałacu, usłyszeliśmy jego krzyk…





Komentuj (0)


Link :: 11.05.2008 :: 14:07
8 II – 15 II 5004


Konkwista goliacka 16-18

Drużyna Drejkowa


by MANUEL


Tuż po mszy drużyna (a konkretnie markiz Alexiej) zostaje zaatakowana przez zamachowca. Szybkie śledztwo wykazuje, iż działał on z pobudek osobistych – jego rodzinę zgładził Decados, jak się okazuje, minister jednego z zaginionych systemów. Zamachowiec dysponował Kamieniem Cienia, który wpływa na brata Leonida.
W kaplicy pojawiają się kapłani egipskich bogów – książę Manuel, z właściwą sobie szczerością, informuje ich o swoich, absolutnie niereligijnych, spotkaniach z Horusem, Anubisem i Totem. Zmieszani kapłani opuszczają zgromadzenie. Konkwistadorzy kontynuują misję. Nawiązane zostają pierwsze przyjacielskie kontakty z kurgańskimi kupcami. Wykonane zostaje również pełne okultystyczne badanie bazy. Drużyna poznaje jej historię a także militarne możliwości. Potwierdza się, iż obiektem kieruje potężna SI, a tzw. „Pani” w rzeczywistości sama jest bazą. Teoretyczna próba zniszczenia twierdzy byłaby niezwykle kosztowna, zajęcie jej z możliwością wykorzystywania – niemal niemożliwe.
Czas upływa nieubłagalnie. Książę Manuel, po długich medytacjach i rozmyślaniach, postanawia rozdzielić drużynę. Leila, Trzy Pazury i Leonid w dyskretnym towarzystwie Morgasha udają się na Nublar, system o skok za Kiriniagą. Wcześniej każdy dostaje błogosławieństwo i prezent: almalicka baronessa promienieje szczęściem, gdyż zostaje właścicielką „Jana Heweliusza” . Trzy Pazury otrzymuje z rąk Manuela dwa Miecze Drapieżców. Brat Leonid – zestaw psi-inhibitorów. Statek Leili w towarzystwie niszczyciela leci kontynuować misję badawczą…
Sam książę Manuel wraz z markizem Alexiejem ruszają częścią floty do Kalifatu Kurga. Cel: sułtanat Chajjam. Towarzyszy im przewodnik – kurgański kupiec… już po pierwszym skoku, kiedy to bohaterów nawiedzają wizje, flotę konkwisty wita w systemie Wu (vel Burton) flota piracka, z krążownikiem liniowym na czele. W krótkiej bitwie piraci zostają rozniesieni na strzępy, lekko uszkodzony zostaje flagowiec Masakatsu. Badanie okultystyczne wykrywa w miejscu liniowca olbrzymiego demona, który jednak po chwili zapada się w inny wymiar. Konkwistadorzy skaczą na Chou, Liao i wreszcie na Chajjam.
W Kalifacie wita ich potężna flota, na czele z olbrzymim pancernikiem dowódczym. Kurgański admirał wydaje przyjęcie na cześć gości, omówiona zostaje ogólnikowo sytuacja wojenna w Cesarstwie, po czym biesiadnicy udają się do… łaźni okrętowej. Wśród żartów o umieszczaniu tego typu urządzeń na reaktorach mija czas. Goście udają się wreszcie na spoczynek. Od czasu skoku z Goliata nawiedzają ich (a zwłaszcza Manuela) wizje. Alexiej wykrywa próbę okultystycznego ataku na księcia. Obydwaj postanawiają więc zastawić pułapkę. Książę Manuel zaklina dwa strażnicze empireale i udaje się na spoczynek. Markiz czuwa całą noc. W pewnym momencie pojawia się obiekt, zidentyfikowany jako demon, i zaczyna atakować Manuela. Empireale próbują go bronić, w odpowiednim momencie zjawia się markiz i wieńczy dzieło. Istota znika.
Jako że próby ingerencji w duszę księcia wyglądają bardziej na manipulację niż zdecydowany atak, Manuel podejmuje decyzję o próbie nawiązania kontaktu z nekromantą (którego widzi w wizjach, i który to najprawdopodobniej zsyła na niego demona). Zapada w sen, nad którym czuwa Alexiej. Pojawia się wizja, nad ciałem Manuela znów zawisa istota. Książę nawiązuje rozmowę z nekromantą. Alexiej zostaje wessany do snu Manuela. Nekromanta wini Manuela za swoją śmierć i rozpoczyna mentalną walęa. Książe wygrywa, po czym, przebudzony, natychmiast rozpoczyna poszukiwania istoty. Odprawiony rytuał wskazuje pokład „Nefrytowego Smoka”. Kilka chwil później nasi bohaterowie wraz z obstawą znajdują się przed kapitańską kajutą Kardanisha Sunfadera. W środku znajdują ciężko rannego kapitana. Badanie wykazuje potężną wyrwę w aurze voroksa. Kardanish ląduje w medlabie, a bohaterowie mogą wreszcie usiąść i zebrać myśli.
Rano książę Manuel dochodzi do wniosku iż nekromanta należał do załogi zniszczonego kilka dni wcześniej krążownika liniowego, a wcześniej przetrzymywany był w jednym z klasztorów Stosu.

Flota podąża w kierunku planety Chajjam



Komentuj (0)


Link :: 17.05.2008 :: 09:49
XII 5004

Droga na Raven

Drużyna Niedzielna

By AZIM

Ze wspomnień G'Vara

Światło i ciemność, splecione w wirze powtarzającym się w znanym kosmosie setki, tysiące razy... Skok.

Wróciliśmy na Khotan... Dobrze - Duchy Khotan nie były w stanie wystarczająco szybko naprawić swojego przeklętego ustrojstwa. Mam nadzieję, ze rozbiliśmy je na tyle dobrze, że upłynie jeszcze dużo czasu zanim znowu zarzucą swoją wędkę. Pośpieszna informacja do obstawy Wrót na Khotan. W końcu nie spodziewali się nas tutaj teraz. Przekazujemy informacje i skaczemy dalej - trzeba powiadomić Greolfssona o losie Lisiej Skóry zanim cały sojusz się rozsypie.
Na Frost wita nas zebrana flota Greolfssona. Audiencja u jego synowskiej mości - wita nas po Urtyjsku. Wydaje się być bardziej subtelny niż ojciec. Cóż, zobaczymy w przyszłości. Wieści o śmierci Thorwika chmurzą oblicza obecnych thanów i jarlów. Jeden z nich domaga się od Greolfssona prawa do zemsty. Jak się okazuje jest to than Thorgen Srebrny Niedźwiedź. Rodzony brat Lisiej Skóry. Umiarkowanie bystry wielkolud o walecznym sercu i wielkiej krzepie. Na prośbę Greolfssona zgadza się zaczekać z wyprawą przeciw Duchom Khotan aż do zakończenia walk na Wolf's Lament. Hrabia i Thorgen wymieniają prezenty - ostrze zabrany z stacji tych kanibali za vuldrockie ostrze.
Jeszcze symboliczny pogrzeb załogi Razora i wszystkich tych którzy zginęli stając przeciwko Duchom Khotan i wracamy do przygotowań do kontrataku na Wolf's Lament. Zwyczajowo skok w dwóch falach. Gwiazda jest w drugiej fali. Razor zostaje na Frost, nie ma dość załogi żeby walczyć.
Pierwsza fala skoczyła. Czekamy na naszą kolej. Czekamy. Czekamy. Czekamy, czekamy, czekamy!
Z wrót wyskakuje eskadra wrogich okrętów! Otwieramy ogień, rakiety, lasery i ładunki plazmy wypełniają niewielką przestrzeń między nami... Dostajemy kilka trafień, niszczymy kilka jednostek. W pewnym jeden z niszczycieli odsłania się... Chyba stracił większość tarcz i ma problemy z manewrowaniem. Dowódca marines prowadzi desant z Razora. Walka trwa błyskawicznie. Nasi bracia przebijają się przez Vuldroków i zdobywają mostek i maszynownie. Wielu Vuldroków otwarcie nosi znaki zakonu. Fingisvold pogrąża się coraz bardziej w kulcie Setesha.
Walka z okrętami napastnika jest zaciekła i ciężka kiedy wrota otwierają się ponownie! Przyjaciel czy wróg? To Thorgen ze swoimi podległymi jarlami ruszył za eskadrą wroga która skoczyła na Frost. Razem z siłami Srebrnego Niedźwiedzia szybko kończymy walkę. Całą grupa skaczemy na Wolf's Lament - tam walka trwa.
Korzystając z okazji wysyłamy sondę która ma nadać maleńki, niedokończony komunikat, tak jak by z... O tamten okręt się nada! Zaraz go już nie będzie i nikt nie stwierdzi, że oni tego nie nadali. Trzeba liczyć na to, że plan szefa wyjdzie. Jak nie, jeszcze długo będziemy mieć na pieńku z Flotą Cesarską.
W końcu, po utracie trzech pancerników, Fingisvold wycofuje się. Na razie. Wolf's Lament zostało zabezpieczone. Obsada wrót zostaje wzmocniona przez jednostki z Frost, cesarskie okręty odlatują jak tylko nie są potrzebne - nie ma sensu drażnić Vuldroków imperialną obecnością. Zostaje tylko jeden okręt z dowodzącym oficerem który odleci po imprezie okolicznościowej z okazji zwycięstwa. Ale to za dwa dni. Jutro impreza u Thorgena. Szef, Aida i Adira są zaproszone jak związani z Thorgenem towarzysze broni w zemście na Duchach Khotan. No, w każdym razie szef jest zaproszony z tego powodu. W wypadku hrabiny i Adiry jest to raczej związane z ich walorami estetycznymi. Cóż, gdyby Thorgen widział je w walce... Ale w końcu to też walory estetyczne, swego rodzaju.
Przed imprezą okazało się, że "dowodzący" cesarskimi okretami bratanek czy siostrzeniec admirała-kwatermistrza stracił nogi. Cholera. Za to przynajmniej został bohaterem. A w cesarstwie dostanie takie implanty, że jeszcze będzie tańcować. Za jakiś czas. Hrabia przekazuje mu informację, że "odebraliśmy" przekaz wskazujący, że jego wuj mógł być zaprogramowany przez Zakon do nie wspomożenia Greolfa. Akurat. Niektórzy po prostu nie nadają się do służby wojskowej i tyle. Ta ciepła klucha w mundurze admiralskim nie potrafiła by ocenić sytuacji strategicznej i tego co jest dobre dla cesarstwa nawet gdyby dostała obrazkową instrukcję. Awans z koneksji, psiakrew.
Srebrny Niedźwiedź robi imprezę pierwszej klasy - dziewczęta wygrywają myśliwiec zdobyty na Fingisvoldczykach. Szef i hrabina wracają w worku. Półprzytomni i słodko do siebie przytuleni. Adira tylko marginalnie bardziej trzeźwa. Mizue nie wróciła. Aż do popołudnia. I do tego oznajmiła, że na imprezę u Greolfa idzie z kimś innym. Cóż. My tutaj na wszystkich trzech okrętach też niezgorzej się bawiliśmy. A jako ktoś miał dyżur to bawił się w drugiej turze kiedy reszta leczyła kaca na wachcie.
Następnego wieczoru wizyta u Greolfa. Ta impreza jest o niebo gorsza niż u Thorgena. Tam wszyscy się bawili. Tu... Coś wisi w powietrzu. Coś ciężkiego. Źle skrywana wrogość. Chyba części Vuldroków po ambicji pojechał fakt, że posiłki z Imperium były konieczne żeby wypchnąć Zakon z Wolf's Lament. Wielu nieżywi przyjaznych uczuć do cesarstwa tak generalnie. Co gorsza wśród nich znajduje się sam Greolf. Szef w prezencie dostaje niewolnika - kawalera Bashira al-Malika. Rycerza Poszukującego wziętego do niewoli jakieś pięć lat temu. Technik z wykształcenia i zamiłowania, specjalista od broni. Przez ostatnie pięć lat pracował nad vuldrocką taśmą montażową robiąc broń dla Greolfa.
Sprawdzamy go w aktach. No niby był ktoś taki. Z Aylonu. To widać.
Sam sposób przekazania prezentu był dość sugestywny. Greolf chce żebyśmy wiedzieli jak bardzo tymczasowym sojuszem jest aktualna współpraca. To nie jest dobra impreza.
Następnego dnia spotkanie z Niedźwiedziem z Wolf's Lament. Jego problemem jest nie Greolf a Greolfsson. Królewicz, zgodnie z opinią Lakola, jest dużo bardzie cwaną i przebiegłą bestią. Gorzej, ma zadatki na polityka pełną gębą. Niedźwiedź z dwojga złego woli Greolfa - jego ekspansjonizm jest przeciwny pokojowemu usposobieniu "warlorda" Wolf's Lament, ale przynajmniej jest przewidywalny. Greolfsson jest skryty ale cholernie ambitny.
Wysyłamy pozdrowienia na planetę i lecimy na Raven. Szef, hrabina, Adira i Bashir mówią coś o jakiś nowych wizjach... Może nie powinniśmy byli im dawać Perły Aidy...
Ano tak, dostali po buteleczce albo dwóch. W końcu nazwaliśmy trunek na cześć hrabiny. A wypęd upamiętnił nasz bezpieczny powrót z stacji tego Ura władającego Duchami Khotan. Adira również dostała. Zasłużyła na niego - w sumie ten pancerz który był dla hrabiny pasuje na nią równie dobrze. A Czarnulka ma nastawienie pozwalające na efektywniejsze z niego korzystanie (pancerza nie nastawienia). Co udowodniła kiedy z nami i szefem weszła do Piramidy-Wszelkiego-Kanibalizmu. Trochę trzeba popracować nad jej poruszaniem się i strzelaniem. Ale pokażcie mi inne tygodniowe stworzonko które radziło by sobie równie dobrze.
Cholera! Jak to jest? Jesteśmy tu drugi raz i drugi raz szef i hrabina dostają pod opiekę kogoś nieletniego! Pozostaje mieć nadzieję, że Czarnulka będzie spisywać się równie dobrze jeżeli nie lepiej niż Trzy Pazury. Wróć, już spisuje się lepiej - zyskała dozgonną wdzięczność naszej radosnej załogi kiedy przyszła na śniadanie... Zapomniawszy, że zwykle wcześniej ubiera się coś na siebie. To był piękny widok... Będę go wspominać do końca życia.

Przylecieliśmy na Raven i ruszyliśmy do planetoidy Cotze. Wszystko było dobrze dopóki rankiem jednego dnia szef nie zadzwonił do medlabu i nie stwierdził, że nie może ruszyć ręką oraz nogą. Lewą ręką i nogą konkretnie. Co do cholery? Okazuje się, że wzmiankowane kończy stracił był w trakcie bitwy o wrota Ikony parę miesięcy temu. No, w sumie. Powinienem wiedzieć - widziałem stary pancerz szefa. Masakra. Ręka, noga i część boku poszły w pizdut. Tylko, że teraz ręka i noga (szefa nie pancerza) jest na miejscu. Bo patriarcha-emeryt Manuel Trynidad mu je odrósł z pomocą jakiegoś rytuału. Wiem, że niektórzy nasi kapłani potrafią przyfastrygować urwaną kończynę, ale warto ja mieć pod ręką do takiej sztuczki. Niezłe, niezłe. Dziś jest Dies Lamentum. Może to dlatego? Jak się okazuje nie. Dokładniejsze badanie wykazuje, że mamy na pokładzie demona. Cholera, gdzie jest Trzy Pazury jak go potrzeba?! Gówno trafia w wentylator kiedy hrabina przypomniała sobie, że w sumie to ona jest tak trochę kościelna i robi mszę.
W środku ceremonii nagle poszły systemy podtrzymywania życia a awaria śluz i wentylacji opróżniła część korytarzy z powietrza. Właśnie ujawnił się demon który postanowił nas zniszczyć. Demon-pułapka, można by rzec - mina na którą musieliśmy nadziać się albo jeszcze na Wolf's Lament albo już tutaj... Duch wstąpił w ciała naszych którzy zginęli przy dekompresji. Nie stanowili dużego zagrożenia, w przeciwieństwie do demona gnieżdżącego się w maszynowni. No, może jednak hrabina jest tak trochę kościelna - demon został wygnany z okrętu.
Pod wieczór niesprawność kończyn hrabiego mija - wygląda na to, że był to skutek uboczny obecności demona. Jeszcze ceremonia za zmarłych, kolejna.
Docieramy na planetoidę Cotze. Wreszcie odpoczynek. Szef pyta się Skeyów czy znajdą się ochotnicy do służby na jego nowiuteńkich okrętach. Dopiero co z odzysku. W sumie nie jest tak źle - tonaż naszej floty skoczył ponad czterokrotnie. Nie licząc egzotycznego uryjskiego jachtu. Zaczyna się szkolenie i wdrażanie nowych załogantów. Nie żeby był z tym problem - są wytrenowani jako załoganci, trzeba ich tylko oswoić z tym konkretnie sprzętem i zgrać z naszymi chłopakami. Równocześnie Cotze pomagają nam doprowadzić Gwiazdę i drugi niszczyciel do stanu używalności. Kiedy Razor będzie na chodzie szefostwo leci na Raven spotkać się z Strażniczką Kluczy... Przywieźcie zdjęcia!



Komentuj (0)


Link :: 25.05.2008 :: 11:10
9-10 III 5004

Żeńcy dusz cz1

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Co dalej z Wolvertonem, pytasz. Wrzask wrzaskiem, zrazu nikt się specjalnie nie zainteresował, ot tam, może za gorącą wodę dostał albo-li się pośliznął i szpagat wykonał… ruch się zrobił dopiero jak z drzwi wyleciał z okrwawionym łbem łaziebny, wołając o ratunek. Tu już się zaczęło, pobiegło paru Wróbli, służba, wreszcie Hieronim, roztrącający wszystkich jako ta kula kręgle. Wbiegł i ujrzał jaśnie paladyna, leżącego bez ducha. Bez ceregieli wyciągnął go z wanny, jako ten snopek pod pachę wziął i błyskającego gołą rzycią do medlabu poniósł.
Komendant uznał że sytuacja chwilowo opanowana, kazał Seringo zaraz Rycerzy Poszukujących powiadomić. Nie wiadomo, powiada, czy to czasem atak okultystyczny nie był. Ineza zasię przypomniała o łże-Corrinho w kombinezonie maskującym… niby mógł się przedostać, na wszelki wypadek wzmocniliśmy straże. Następnie komendant przepytał łaziebnego, któremu łeb właśnie szyli. Wiele się, prawda, nie dowiedział – Wolverton wszedł do wanny, litania nie minęła a krzyknął głosem wielkim i oklapł. Nikogo innego nie było. Łaziebnemu, jakby się kto pytał, nikt w łeb nie dał – biegnąc po pomoc, pośliznął się i wyrżnął w futrynę.
Ledwo skończyli, z medlabu wyszedł Hieronim. Cóż Wolverton? Jak przeżyje to żyć będzie, powiada padre, nieprzytomny, oddycha, co ciekawe najwyraźniej ktoś go dusił. Ma na szyi piękne ślady po dużych czteropalczastych łapkach…

Kwadrans nie minął a przyleciał skoczek Rycerzy Poszukujących… rampa opadła , pół tuzina komandosów w pełnym rynsztunku wyskoczyło, zająwszy pozycje… po czym, gromko a krótko opierdoleni niewieścim głosem ze skoczka, potulnie opuścili lufy i wmaszerowali z powrotem. Następnie wysiadła, już znacznie spokojniej , para Rycerzy – na oko Thana, na oko rodzeństwo. Paladyn Letitia i rycerz Augusto, o ile pamiętam. Przedstawiwszy się, od razu przeszli do konkretów… rzekłbym do przesłuchania, ale z markizą a księciem mówiąc należało być uprzejmym. Rozmawiała owa Letitia, Augusto zasię poszedł nieprzytomnego Wolvertona obejrzeć.
Rozmowa była krótka. Tak, kawaler Wolverton przedłożył był nad towarzystwo dwóch pięknych dam… he he, nie uwierzycie, ale bateryjkę… Ale, nie uprzedzając faktów, Ineza przyznała że ów opuścił obiad na wezwanie i wrócił na kolację. Wrócił, dodała markiza, wyraźnie zmęczony. Komendant dodał od się, że aura kawalera już tak różowo nie wyglądała. Paladyn wyjaśniła że pracowali nad pewnym artefaktem i Wolverton zaliczył wyładowanie Dziwu. Piękna Ineza, uświadomiona z czym przegrała o zainteresowanie kawalera, nie zdążyła się nawet żachnąć, gdy w medlabie znowu wszczął się rwetes…

-Letita, ściągaj komorę stazy, tracimy go!

Zanim ściągnęli, Hieronim wyciągnął z rękawa nasza komorę i zapakował do niej kawalera. Ów Augusto podszedł z niespodziewaną a nieciekawą wieścią – z Wolvertona coś wyssało duszę. Kiedy? Całkiem niedawno. Chciał mówić dalej, ale właśnie wtedy zadzwonił mu komunikator. Rycerz wysłuchał z miną coraz bardziej ponurą, po czym poradził by nasz diuk postawił barierę mentalną.
Don Alejandro wykonał szybki kontakt do Jasminy, radząc jej toż samo. W odpowiedzi zasypała komendanta tuzinem pytań z cyklu „a po co”. Diuk rzucił krótkie a uprzejme „bo tak” i skupił się.

Wiecie, moiściewy, bycie psionikiem wcale nie jest usłane różami. Nie mówię nawet o wesołej azbestiańskiej gromadce, która wonczas zawsze miała drewka i ka na podorędziu… Po prostu czasem padał na nich istny deszcz psionicznego g…smrodu, którego zwykły człek nawet nie zauważał. Tego dnia, na przykład, mojej skromnej osobie nie wydarzyło się nic. Komendant, żeby nie wiedział i się nie obronił, leżałby jak długi. Capa tak samo. Za to Ghord bluznął posoką z nosa i padł… także samo jeden z Wróbli. Z drugim było gorzej, też mu wylazły na szyi pręgi po duszeniu, przestał oddychać, trzeba go było do medlabu zanieść.

Komendant jął dalej rycerza Augusto wypytywać. Co to niby za bateryjka? Nic, zwykła! Zwykła psioniczna, znaczy się!. Z okresu wczesnej Jedności… Nie, demonów nie było! Sprawdzili… Prawda, coś im nie wyszło i ładunek dziwu zamiast do Chimery poszedł w rzyć imć Wolvertona, ale poza tym nic… Co to Chimera, pytasz? Ano, był taki trend i pomysł… że co atlanckie, to dobre… Taka klasa krążowników, z lekki mi mezonami chodzącymi na Dziw. Tylko że gdy lewiatany czerpały Dziw z otoczenia, te musiały ładować bateryjki… i nie raz i nie dwa, po gęstej wymianie argumentów zostawały z gatkami na kostkach i lekkimi laserami… ale dość dygresji, chcesz więcej, ot, tam – Conway’s All The Known Worlds’ Fighting Spaceships 4760-5040, zajrzyj a poczytaj…

Coby nie przedłużać a dygresyj nie czynić, Rycerze Poszukujący ulotnili się poniewczasie. Zabrali ze sobą zapakowanego w komorę stazy Wolvertona oraz naszego Wróbla, który również dokładniejszej opieki wymagał. Do komendanta przyszła jeszcze w tak zwanym międzyczasie jedna wiadomość na szczeblu dyplomatycznym. Po czym mogliśmy zasiąść do spóźnionej kolacji. Że kawaler niedysponowan był, mojej skromnej osobie przypadł zaszczyt usługiwania Inezie przy stole. Poczekawszy zatem aż usiądzie, przysunąłem sobie krzesło z Wolvertonem…
He he, toście oczy zrobili… ale, i ja wonczas niewiele mniejsze. Na moim krześle rozpierał się bowiem cały i zdrowy, acz mocno przezroczysty, Aleksander Wolverton. Stoi tedy Vega jak kto głupi, a widziadło zaczyna mówić…

- Strzeżcie się… zaczęły się żniwa…

Było to coś więcej niż nagranie, jakby się kto pytał. Stwór próbował nawet odpowiadać, jeno z każdym słowem bladł a gasł coraz bardziej. Parę słów jeszcze padło… choć głównie się powtarzał… żniwa dusz… żeńcy… dopiero ostatnie rzuciło trochę światła.

Iblis

Pobladłeś, widzę. Żaden wstyd, synku. Wierę, gdybym przed a nie po fakcie wiedział, co jest na Iblisie, okryłbym się wieczną hańbą, popuściwszy w obecności dwóch urodziwych niewiast tudzież mego pana lennego. Tak, ta sama, ostatnia, lodowa planeta w układzie B2… ta o której mówiono wcześniej, gdy była bliżej Wrót, że łypie złym okiem na przelatujące statki. Ta, z której nie wracały ekspedycje badawcze…
Ale jeszcze nie teraz, dziatki, o złym oku Iblisa. Kolacja upłynęła w nieco ponurym nastroju, który jednak powoli się poprawiał. Było nie było, ranni zabezpieczeni, więcej się z nimi nie zrobi, a temu co przedkłada bateryjki na piękne kobiety i tak się należało. Około dziesiątej zatem odprowadziłem Inezę na pokoje, po czym udałem się na spoczynek. Pozostawiliśmy Jasminę i komendanta w jadalnej…

Ranka następnego cały pałac aż huczał od wymienianych szeptem plotek. Wystarczyło spędzić kilka chwil w czeladnej czy w kuchni, by dowiedzieć się wszystkiego. Jak to don Alejandro, rozpustnik pierwszej wody, pokłócił się po kolacji ze swą almalicka kochanką i opuścił jej komnaty, żegnany trzaśnięciem drzwiami od którego szyby zadrżały. Jak to następnie, czy to na złość owej czy by żądzom niezaspokojonym zadość uczynić, odleciał był samotrzeć do ukarskiego domu uciech. Następnie, gdy wrócił, uwadze kilku osób nie uszła piękna Ineza, przemykająca w nocnej szacie na pokoje diuka Gival. Wtedy to, nieświadoma że ów ledwie zmył był z siebie zapach ukarskiej nierządnicy, oddała mu swe dziewictwo…

Tak, wiem, też to czytałem. Następnej nocy Ineza, dowiedziawszy się prawdy, po miłosnym spełnieniu poderżnęła diukowi gardło. Sama z kolei zginęła zgarotowana przez grimsona Jasminy, nieutulonej po śmierci jednak kochanego Alejandro. Jasmina wreszcie wypiła truciznę… nawet nie taka ostatnia tragedia wyszła, autor owszem mierzył wysoko… tylko jedyne co zrealizowano na jej podstawie to „Pan Czerwonego Młyna”. A za samo przyniesienie tego gówna wart-żeś w pysk. Reżyser ślozami rzewnymi opłakał swe wypociny, do końca życia zmuszon jeść na stojąco. Ciut mnie bowiem poniosło i kazałem mu nie zwykłym, a krwawinowym biczem w rzyć pięć tuzinów wsypać…

Ale, prawda, należy się wyjaśnienie. I żeby nie było, w każdej opowieści, nawet w scenariuszu do taniego pornosa, jest ziarno prawdy. Don Alejandro nawet nie pokłócił się, ale i tak zgrzeszył śmiertelnie, wychodząc z herbatki u Jasminy by pokłonić się pewnej zachłannej a wymagającej suce… zwanej polityką. Miał bowiem umówione o północy spotkanie z wysłannikiem Nadakiry. O którym to spotkaniu Jasmina doskonale wiedziała, ale nie byłaby sobą… a może kim innym… nie sprawdziwszy na czym diukowi naprawdę zależy. Przegrała zatem (choć wyszedł spóźniony i mało silników nie zarżnęliśmy w drodze, by zdążyć na czas) i dała temu wyraz owym trzaśnięciem, które ponoć zarejestrowały nawet okoliczne sejsmografy…
Z burdelem też się ów nędznik nie minął… Wysłannik Nadakiry bowiem, niejaki Jorrhan, brak klanu Malak Sojo, oczekiwał komendanta w Tiggy Twilight. Nie wiecie co straciliście, razem z całą dzielnicą szlag ją trafił podczas Rekonkwisty, jeszcze was wtedy na świecie nie było… Był to lokal jedyny w swoim rodzaju, knajpa, mordownia, miejsce spotkań a i bordel pierwszego sortu w jednym. Chodziliśmy tam, nie raz i nie dwa…
Ale tym razem nie na uciechę, a politycznie, moiściewy. Co trzeba wam wiedzieć, na spotkania z Ukarami wchodzi się z obnażoną bronią. Pokazujesz że masz ręce nią zajęte i nic zza pazuchy nie wyciągniesz… Komendant szedł tedy pierwszy, tym samym dając znać że nie boi się, iż któryś z nas wsadzi mu żelazo w plecy. Przeszliśmy przez całe podziemia aż na sam koniec, gdzie stało podwójne łoże w kolorze czerwonym… tudzież nie pasujący zgoła do wystroju stół i dwa krzesła. Za stołem siedział starszy wiekiem Ukar, za plecami mając dwóch innych z dobytą bronią. Jego własne kraxi leżały na blacie. Komendant przywitał się, usiadł, obnażony rapier na stole położywszy…
Żeby nie przedłużać, Nadakira zapraszał markiza Nueva Castillia (jedyny dona Alejandro tytuł, któren Ukarom nie zwisał, jakby się kto pytał) na pewną uroczystość. Mianowicie, quintadecima aprilis anni presenti, ukarscy kapłani podjęli się ostatecznego rozwiązania kwestii skorup na Keth-Kordeth. Uspokojenia, odesłania dusz… Na ten świątobliwy cel miało być poświęconych tysiąc jeńców, wziętych dotąd od Zakonu. Komendant wargi zagryzł, nie skomentował. Następnie, powiada ów Jorrhan, odbędzie się rada wojenna. Ukarzy postanowili bowiem mocniej włączyć się do wojny. Wiele mają, prawi, do odrobienia. Dwadzieścia milionów oddało ducha na Keth – a za każdego, prawda, winni pięć ludzkich żywotów wziąć.
Co więcej, jest też nadzieja na szybkie a skuteczne wyplenienie zarazy z Keth. Nawet przeprowadzili już dawniej Ukarzy pomyślne testy, usuwając nekrozę z pojedynczych tuneli. Teraz trzeba to powtórzyć na większą skalę. Tak, w sposób analogiczny. Nawet po kursie, powiada, bardziej korzystnym. Jeden za jednego. Ot, drobiazg, trzydzieści milionów jeńców pod nóż.
Prawda, mógł odpowiedzieć że to trudno wykonalne. Że dotąd nie było wojny, w której wzięto by tyle jeńców. Że nawet jeśli tak się stanie, zanim to nastąpi Keth uzdrowi się sama albo-li wynajdzie się bardziej ortodoksyjny sposób. Ale w pewnych sprawach komendant stawiał sprawę jasno…

- Nunca!

- Widzisz, Inezo, mogę uwierzyć że miliony zbłądziły. Ale nigdy nie uwierzę, ze nasze planety wydały miliony zbrodniarzy…


Niemniej, obiecał się stawić zarówno na uroczystości, jak i na następującej po niej radzie. Na tym spotkanie się zakończyło. Komendant nie był niestety w humorze na dłuższy pobyt w lokalu ale, prawda, Tiggy nie zając. Zapakowaliśmy się tedy do skoczka i w tempie znacznie wolniejszym ruszyliśmy z powrotem.

Czego się rankiem dowiedziałem z plotek, Ineza, okrywając swe nieziemskie kształty jeno pajęczym jedwabiem, w istocie nawiedziła nocą pokoje dona Alejandro. Czego plotka nie obejmowała, bo mało ciekawe, przyszła jeno porozmawiać. Kawaler Wolverton bowiem, niepomny na obyczaje, zjawił się był swą przezroczystą osobą na pokojach markizy. Był nieco bardziej rozmowny niż przy obiedzie, udało mu się przekazać że dusze dotkniętych owymi żniwami psioników z B2, w tym jego własna, zostały ściągnięte przez mieszkańców, o ile można ich tak nazwać, Iblisa. Jak, po co, na co – tego już, prawda, nie powiedział, żetony mu się snadź skończyły. Następnie komendant zrewanżował się relacją z rozmowy z Jorrhanem. Trwała ona snadź dłużej niż sama rozmowa – gdy Capa około trzeciej grzane wino im niósł, komendant jeszcze mówił. Widział też Capa że jeno rozmowa ma tam miejsce, a Ineza, ku jego rozczarowaniu, od noska po stópki tkwi w ciepłym pledzie.

To jednak nie wystarczyło. Od rana, jako się rzekło, pałac huczał od plotek. Komendant, wstawszy później niż zwykle, przy śniadaniu pochwycił pierwsze spojrzenia… Gdy przy siatkówce powitały go pełne niemych gratulacji spojrzenia Wróbli, już wiedział… Wiedział również, że jakiekolwiek „nic między nami nie zaszło” nie ma sensu. Mniejsza o to, że książę nie powinien tłumaczyć się szaraczkom. Ale raz, że to i tak nic by nie dało. Dwa, że na pewno któryś skomentowałby w sposób wymagający pojedynku.
Wśród obserwujących zmagania na boisku mignęła również Jasmina. A raczej nie mignęła, jeno się snuła jak cień, przygarbiona, zakwefiona, ledwie ukazując zza okularów zaczerwienione oczy…
Don Alejandro milczał tedy. Ineza zasię wysłała breve do Rycerzy Poszukujących, opisując nocne wypadki. Następnie wysłała drugie, do Jasminy, z prośbą o przybycie na spóźnione śniadanie i radę. Odpowiedź otrzymała…

Pani
Aczkolwiek Twoje życzenie jest dla mnie jak rozkaz czuję się niedysponowana, a i doskwierający mi brak apetytu każe mi opuścić czas posiłku, za Twoim łaskawym przyzwoleniem - gość z łaski Pani - Jasmina


Cóż, nie zdziwi was jeśli powiem ze nie dostałem do poczytania, dość że Ines posłała drugie breve. Po otrzymaniu kolejnej odpowiedzi, napisała do komendanta. Krótko a wymownie – „co ty jej zrobiłeś?”
Komendant dokończył grę, obmył się i odczytał wiadomość. Westchnął głęboko i poszedł krokiem niezbyt raźnym na pokoje Inezy…
Rozmowa nie trwała zbyt długo. Don Alejandro krótko, spokojnie (jak potem twierdził) wyjaśnił pięknej Inezie, że wskutek jej nocnej wizyty stugębna plotka mianowała ich kochankami. I że to jednak Ines, acz zupełnie niezamierzenie, owo „coś” Jasminie uczyniła. W trakcie wyjaśnień zadzwonił jeszcze do komendanta Hieronim, z wieścią iż Jasmina poprosiła go o nieco środków uspokajających. W dawce wystarczającej na angerak wkurwionych voroksów… Padre, rzecz jasna, nie w ciemię bity, podesłał jej krople żołądkowe i witaminy po czym zawiadomił komendanta.
Do niczego jednak nie doszło, przylecieli bowiem Rycerze Poszukujący. Jasmina po kolejnym breve Inezy…

Pani - czas leczy wszelkie rany... Mam tylko nadzieję, że pożyję dostatecznie długo. Ponieważ jednak nalegasz - stawiam zatem Twoje życzenie ponad swoje zdrowie i niedyspozycję - zjawię się, jeśli to ma Cię usatysfakcjonować - Jasmina.

…tym razem się zjawiła. Zeszli się tedy, by posłuchać o Wolvertonie, we czworo – Jasmina, Ines, don Alejandro tudzież znany nam już Augusto. No, a Vega stał z boku i przyglądał się.
Jasminie wystarczyło jednego spojrzenia na diuka i z trudem kryjącą zakłopotanie Ines, by przekonać się że zaiste nic się nie wydarzyło. Mnie zaś wystarczyło jednego spojrzenia na Jasminę by wiedzieć, że ona wie, ale nie zamierza przestać się bawić.
Czy powiedziałem komendantowi? Chyba cię, synku, koń w rozum kopnął. Byłem jego druhem, nie niańką. I - co miałem obojgu zabawę psuć?
Ineza zakończyła opowieść. Rycerz Augusto wspomniał, że podobny co Wolvertona los spotkał kilkudziesięciu psioników na B2 – o tylu przynajmniej było wiadomo. Dobry tysiąc zaliczył nagłe urwanie filmu i ból głowy, bez większych konsekwencji. Tak czy tak, cesarscy szykowali już wyprawę na Iblisa, miała ona wyruszyć za dni kilka. Markiza wyraziła życzenie bycia powiadomiona o postępach. Jasmina zasię, odzyskawszy nieco rezon a kolorki, zaprosiła Augusta na obiad. Onże odmówił, tłumacząc się służbą. Wierę, z Poszukujących chyba jeno hrabia Azim chyba nie przedłożyłby służby nad towarzystwo dwóch zjawiskowych niewiast. Ale on nie z powołania do nich wstąpił. Pozostali… Wszechstwórco, nie skomentuję…

Obiad miał się tedy odbyć, że się wyrażę, w bardzo kameralnym gronie. Jasmina, tłumacząc się niedyspozycją, wymówiła się od posiłku. Don Alejandro dwornie odprowadził ją na pokoje. Inezę oraz moją skromną osobę zostawili w jadalnej…


Komentuj (1)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń