Menu :


Link :: 10.05.2009 :: 19:41
10 V - 12 V 5004

Cierpki Smak Zemsty cz.1 - Kochajmy sie!

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

 Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jakom wam ostatnio rzekł, dziatki, pewien list, a konkretnie zawarte w nim pewne imię niewieście na A, spowodowało zmianę naszych planów… Pentateuch może poczekać, twórca klonów takoż, furda wszystko, lecimy na Delfy! 
Taka właśnie była decyzja… nie, dziatki, nie dona Alejandro bynajmniej… rozkaz ów wydała, sypiąc iskry ślicznymi oczęty, Czarna Ines.
A dlaczego? Dlatego, żem o jednym ważnym wydarzeniu zmilczał. Trzeba się wrócić kapkę… nie tak daleko – na Keth-Kordeth.

Albo inaczej, dziatki. Zastanawiacie się zapewne, jak Ines i don Alejandro odebrali rewelacje o swoich zrękowinach w innej rzeczywistości… wiem, co sobie imaginujesz, dziecko – że zareagowali zgodnym oburzeniem „kto, my? nigdy!” – i ani planeta wokół słońca swego raz nie obiegła, a już szykowano weselisko… nie, to nie holovid, kwiatuszku. Było inaczej. Ale i tak wesoło…

Demony wiedzą, co Ines widziała w naszym dzielnym diuku… ani on gładki był, ani mowny, na dodatek ponury jak B2 o zmierzchu… Co zasię Alejandro mógł widzieć w Inezie – o, to doskonale wiedziały setki złamanych przez nią serc. Sęk w tym że, jak dobrze wiecie, nie widział… 
Pokój Twej duszy, Alejandro, wiem że srodze Cię los doświadczył, że nie amory były Ci w głowie, aleś – na Wszechstwórcę – głupi był a ślepy, aż szkoda gadać. 

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, lubo Ines oddała serce diukowi Corrinho, to nie oddzieliła grubą kreską swej przeszłości… i po staremu łowiła na lep każdego szlachcica, wdzięczyła się do wszystkich i nikogo zarazem… wyprułaby mi flaki za takie porównanie, ale to prawda – iście jak Natasza, jeno na mniej zalotnikom pozwalała…
Pamiętam też, jak – zdawałoby się – próbowała popchnąć księcia w ramiona pięknej simulacry… och, chciała jeno zobaczyć jak ów zareaguje…
Ej, gdyby jej się udało – strach pomyśleć…  
Przy czym, dziatki, nie straciła głowy, duma a honor nie dały jej ukazać uczyć zbyt otwarcie, zbyt jawnie, by dojrzeli je inni, nie dały narazić się na śmieszność – wiecie, afekt nieodwzajemniony nierzadko się zdarza, ale odrzucona miłość Ines de Sierra Nevada, złamane serce Żelaznej Dziewicy, tej, co wprzódy męskich serc nałamała setki - to by ci była sprawiedliwość dziejowa a uciecha gawiedzi!… Uciecha, dodajmy, która skończyłaby się krwawo.

W każdym razie, trzeba było starego praktyka żeby pochwycić gorące spojrzenia rzucane ukradkiem na diuka, dostrzec sposób w jaki piękna markiza smakuje jego imię gdy je wymawia, usłyszeć delikatne jak powiew westchnienie gdy on zwracał się do niej… ów stary praktyk, dodajmy, nie zwykł uszczęśliwiać ludzi na siłę… powiedziałem mu tedy tylko raz. Wszak w amorach nie był nowicjuszem, miał i oczy, i pomyślunek. A że nie trafiło – cóż…

I jak to się mogło skończyć, dziatki? Gdyby nasz diuk dalej wykazywał się spostrzegawczością godną muła pancernego… bo ten łeb zakuty, wybacz mi komendancie, po prostu nie widział! Gdyby zrozumiał, a nie chciał się wiązać - miał dość cojones by powiedzieć „kocham inną” lub coś może niezbyt mądrego, ale wyjaśniającego sytuację. Ineza z drugiej strony – zbyt dumna, by przemówić pierwsza… a może obawiająca się, co mogłaby usłyszeć. Ech, szkoda gadać… 
W końcu coś się musiało stać. Na przykład, Ines poszłaby po rozum do głowy, wyrzekła „Alejandro” z długim, głębokim tudzież ostatnim takim westchnieniem – i dla poprawy humoru złamała kolejne parę serc… Gorzej, gdyby ktoś wreszcie zauważył – wzgardzona miłość Ines tajemnicą poliszynela, brr… od miłości do nienawiści jeden krok, plus honorowy diuk Corrinho chroniący cześć markizy, pamiętajmy że pra-ileśtam-wnuczki Krwawej Isabel, plus wściekłość odrzuconej kobiety, na mój gust pokierowałaby tak – a potrafiła – by Alejandro zaczął za ową cześć zabijać.

Na szczęście, dziatki, nie pierwszy i nie ostatni raz nie doceniłem mego pana lennego…

I, wstyd przyznać, już tak nań ręką machnąłem, żem zrazu nic nie spostrzegł – dopiero po dniach paru. I musiałem wstecz kalkulować, co, kiedy i jak – ot, żeby z wprawy nie wyjść.
Uszło mojej uwadze zrozumiałe, ale jednak niezwyczajnie wielkie poruszenie komendanta gdy porwano Inezę. Dopiero po dniach kilku przypomniałem sobie, jak wysiadali ze skoczka wracającego z „Iwana Konstantego” – wiedziałem, że miał jej sporo do powiedzenia, że w trakcie lotu zapewne się tłumaczył ze swoich decyzji. Na karb tegoż złożyłem ich miny, dziwnie rozpłonione liczko Ines, nazbyt pokerową twarz dona Alejandro… 

Alejandro skończył mówić i bezwiednie wstrzymał oddech. Oczy pięknej markizy zwęziły się i wymierzyła mu policzek...  
Jej dłonie, jedna i druga, zamiast wylądować z plaśnięciem, miękko spoczęły na policzkach diuka. Zamknęła oczy i poszukała jego ust...


Oczywiście, dopiero musiał niemal stracić Inezę, by w zakutym łbie otworzyła się stosowna klapka… 
A, demony, nie ma tego złego, jak widzicie… jedyne, co ucierpiało, to moja wiara we własny dowcip. Gdyż jak kiedyś mojemu diukowi, teraz mnie umykały ich wzajemne spojrzenia, tudzież wdzięczne minki Inezy, przywodzące na myśl najedzoną kotkę. I tak, staremu praktykowi (a raczej prykowi) nie od razu kawałki układanki powskakiwały…

… Vega wyciągnął wycior z lufy i krytycznie zerknął do jej przewodu. Wziął ze stołu zamek, upewnił się że jest równomiernie pokryty cieniutką warstwą smaru i trzema pewnymi ruchami umieścił go na miejscu. Wtedy zamarł – przez chwilę zastanawiając się, czy go uszy nie mylą. Nie myliły…
- Alejandro… czy wiesz, że nie nuciłeś „Love, Sex and Sunshine” tak gdzieś – przygryzł słowo „Stygmat” na języku - od września?
Diuk Corrinho podniósł wzrok znad pistoletu, który rozkładał i uśmiechnął się szeroko
- Oj, ślepy-żeś, Vincente…


Tak tedy, powodem zmiany marszruty i lotu na Delfy była czysta i nieskalana zazdrość, a co! Wyobraźcie sobie bowiem, że dwa tygodnie może minęły od czasu, gdy między Alejandro a Ines padły ważkie bardzo słowa, gdy otworzyli przed sobą wzajem serca a dusze, a tu nagle pojawia się list – od jakowegoś barona, na dobitek wspominający o Aidzie – wielkiej, niespełnionej i demony wiedzą czy aby na pewno byłej miłości komendanta… 
Don Alejandro listem się zgoła nie przejął, wszak jego znajomość z Aidą Katlą nie była żadną wielką tajemnicą, ten czy ów brukowiec nawet powiadał ich kochankami, nawiązać do tego mogło wielu… diuk potraktował tedy epistołę wzruszeniem ramion, kazał jednak chłopakom z wywiadu sprawdzić dossier owego von Blutendorfa. 
Ines zasię… widok wart każdych pieniędzy, nie ominął mnie, gdyż don Alejandro otrzymał i przeczytał list przy obiedzie, w mojej przytomności, po czym na pytanie Inezy, co zawiera, po prostu jej go podał.
Oczywiście, nie było w tym nic, co by pozwoliło jej się na komendanta boczyć… niemniej, tonem słodkim jako unurzane w miodzie widły, dziurawiąc mimochodem obrus paznokietkami, orzekła że jak raz zdążą polecieć na Delfy. Zwłaszcza, dodała śląc z ócz błyskawice, że czekają tam na diuka ważne dokumenty i nominacje… po które wystarczyło posłać pełnomocnika z glejtem, ale nic to…  

Wyruszyliśmy tedy na Delfy. Pięknej Inezie nie dawało jednak spokoju pewne widmo z przeszłości Alejandro, o oczach jako toń górskiego jeziora… widać było, iż się z tym gryzła, a komendanta, lubo ów pewnie powiedziałby prawdę, pytać jej nie wypadało… bo jakże to by wyglądało? „Kocham Cię , Inezo”… „Ja tez Cię kocham, Alejandro, ale gadaj jak to było z Aidą…”
Potrzebny był, prawda, ktoś kto nie dość że komendanta znał, nie dość że rad opowiedział, ale jeszcze zachował treść rozmowy dla siebie. I znalazła takowego…

- Vincente… opowiedz mi coś, proszę.
- Tak, pani Ines?
- Aida Katla del …


Najpierw pozwoliłem sobie na odrobinę złośliwości, nie przeczę, jest to moja przywara…

- Ach, Aida… wielka i niespełniona miłość komendanta…

A potem opowiedziałem jej bajkę. Piękne kobiety uwielbiają bowiem bajki… Szpetne też, ale im mało kto opowiada.

Były pewne oczy, błękitne jak toń górskiego jeziora. I był pewien szlachcic, który chciał w tych oczach utonąć…
Mawiają, że są w górach na Aragonii dwa bliźniacze jeziora… o barwie tak pięknej, że każdy mężczyzna, który je zobaczył – tracił zmysły, rzucał się w głębinę i tonął. Bohater nasz jednak był inny. Zobaczył je pewnego razu – oba – i zamarł… i stał tak długo, nie wiedząc, w które się rzucić, gdyż oba były jednako piękne.
Wystarczyło, by go zauważyła, mrugnęła doń jednym, dla niego właśnie przymknęła – a rzuciłby się w drugie, zginął bez pamięci. Ale nie… stał i patrzył, jako ten posąg, nieświadom upływającego czasu.
Zdarzyło się, że szła tamtędy pewna dziewczyna. Ujrzała naszego bohatera, wpatrzonego w dal – gdyż nie dostrzegała owego piękna jezior, jeno zdradliwą toń… ujrzała – i, sam nie wiem dlaczego, pokochała od pierwszego wejrzenia.
On zasię nie zauważył jej… choć piękna była jako obrazek, włos miała jak skrzydło kruka, oczy czarne a lśniące… on stał i patrzył w dal.
Zawołała go tedy po raz pierwszy… nie odpowiedział nic, nie usłyszawszy jej… 
I zawołała po raz drugi… wyciągnął dłoń, ale poza tym nic nie uczynił, mając dalej wzrok przykuty do błękitu.
Dlaczego nie odeszła? Może wiedziała, że ten upór, wytrwałość, oddanie może być jej – jeśli tylko ją dostrzeże… i zawołała go po raz trzeci.
I wtedy usłyszał, odwrócił się… i ich spojrzenia się spotkały. 
A czy żyli długo i szczęśliwie? O tym opowie inna bajka…  

 
A wracając jeszcze do pamiętnego postoju na B2, chcecie wiedzieć zapewne - jaki był efekt rozmowy z drugim Alejandro… jak już wiesz, dziecko, nie było jak w holovidzie, gdyż – cóż, nasz dzielny diuk przejrzał wcześniej na oczy, i to zanim piękna Ineza zdążyła pójść po rozum do głowy. Fakt, że don Alejandro jednak potrafił odwzajemnić afekt markizy, nie był tedy żadną rewelacją. 
Bez echa jednak owe spotkanie nie przeszło, o nie. Przyspieszyło bowiem pewne istotne i brzemienne w skutki wydarzenie. Gdyby nie to – cóż, może czekalibyśmy nieco dłużej. Najwyżej.
Byliśmy bowiem już w układzie Delf, w drodze do planety, gdy don Alejandro podjął pewną decyzję i wypowiedział pewne słowa. Skutkiem tych słów, wszystkie Wróble płci męskiej na okręcie (tudzież połowa załogi) nagle skonstatowały, że tequila już nie smakuje, hazard nagle stał się nudny a mordobicie już nie daje satysfakcji…
Gdy wiadomość doszła na B2, do podobnych wniosków doszło dalszych kilkuset (co najmniej) szlachciców.
Gdyż don Alejandro padł przed piękną Inezą na kolana (nie, nie widziałem tego, ale nie wyobrażam sobie by było inaczej) i poprosił ją o rękę.
Ines przyjęła oświadczyny, wywołując wyżej wspomnianą falę masowej depresji. 
W dwa dni później byliśmy już na Delfach. 

W istocie, podróż na Delfy miała swe uzasadnienie polityczne; mógł tam don Alejandro odebrać swe nowe tytuły, przywileje, zaszczyty tudzież księżą sukienkę. Zdziwieni? Ha! 
Otóż, wystawcie sobie, powołał był patriarcha Lemin Fuego kolejny zakon. Justykaryjuszy. Nie, kurwa, nie Iskariotów! Słuchaj uważnie! Ech… zakon ów był do bólu tymczasowy, miał za zadanie nadać wykopaniu Zakonu z planet hazackich splendoru krucjaty. Gdyby się udało – miały po nim pozostać jeno tytuły honorowe… gdyby nie – zapewne parę palików a szubienic, postawionych przez stronę drugą… dość, że Wielkim Mistrzem był książę Alvarex, mistrzem zasię – Juan Hirański, któremu przy okazji skapnął kapelusz kardynalski. Don Alejandro, ze swej strony, dochrapał się tytułu komtura owego zakonu.
Bardziej jednak niż powyższe, obchodziło go nowe dowództwo. Otóż, wtedy to został powołany Drugi Korpus, a komendę nad nim objął właśnie diuk – o, pardą, feldmarszałek Corrinho. O, widzę, słyszeliście… 
To już nie w kij dmuchał, dziatki. Składały się na toto dwadzieścia i dwa legiony. Pytasz, czy pamiętam, dziecko? Dwanaście jego własnych, Kethkordyjskich… przy czym, że wspomnę, w Siódmym byłem pułkownikiem… do tego sześć legionów Juanowych, Wolnych Hazatów. Tudzież jeden legion ukarski (wart tak ze czterech, ale o tym jeszcze opowiem) i trzy cesarskie. W tym, żeby nie było że nie pamiętam, Dwudziesty Siódmy. Czyli – ten sam, któremu don Alejandro był od dwóch lat legatem.  

Ale, oczywiście, wszelkie powyższe nominacje odebrał pełnomocnik. 
Gdy bowiem „Pas Oriona” znalazł się na orbicie Delf i, jak mawiają, rzucił przysłowiową kotwicę, zarówno komendanta jak i Inezę zaprzątała głównie zapowiedziana kolacja w Rain’s. Żeby nie było, chłopcy sprawdzili owego von Blutendorfa, kto zacz. Istotnie, istniał taki oficer hawkwoodzki. Co więcej, miał pełne prawo znajdować się wówczas na Delfach. Tak, ostro śmierdziało w tym drugie dno, ale – trzeba było je wysondować samemu.

Wybralim się tedy do Rains. Don Alejandro z Czarną Ines pod ramię, za nimi zasię wkroczyłem ja z Sancią. Nie pod ramię, bynajmniej, mając ręce wolne by w razie czego sięgnąć po… komunikatory. Nie, nie pistolety, po co… w razie czego, komendant miał wytrzymać sekund dziesięć, a potem wlazłaby z drzwiami nasza ekipa, która czekała w mordowni za rogiem… a po fakcie dopiero by się człek dogadywał z dyrekcją restauracji.
Owa restauracja zajmowała obszar dobrego hawkwoodzkiego akra. Pełno zieleni, drzewka, fontanny, żywopłoty… wszystko ustawione tak, by z zewnątrz nie dało się dostrzec absolutnie niczego. W każdym razie, zajęliśmy stolik niedaleko od naczalstwa. Zanim jednak ci do niego dotarli, ktoś się odezwał do dona Alejandro… i bynajmniej nie ten, co ów list pisał… 
Spotkał bowiem don Alejandro w owej restauracji Octavio Cerverę, którego-śmy obaj z czasów jeszcze Wojen o Tron znali… czystem przypadkiem siedział akurat przy jednym ze stolików, w towarzystwie dwóch hawkwoodzkich szlachcianek… i to zaiste przypadkiem, nie miał on bowiem z wydarzeniami dni następnych wiele wspólnego… ale, przez wzgląd na to, co na Terze się potem wydarzyło, już teraz o nim wspominam. Dlaczego? Okazało się bowiem, że Octavio dostał stanowisko legata Czwartego Rawenneńskiego… i później ostro na Marsie pohałasował…
Ale, jakom rzekł, spotkanie z nim było jedynie przypadkiem. Don Alejandro z markizą, wymieniwszy uprzejmości, zasiedli przy stoliku który wskazał im kelner.
Usiadłszy, komendant zamówił wino i przystawki, jako że byli kapkę za wcześnie, po czym z pozoru nie nerwowo jęli czekać.
Parę minut po czasie w restauracji pojawiły się trzy osoby, zmierzające pewnym krokiem do stolika zajmowanego przez diuka Corrinho. Po lewej stronie szła kobieta w cywilnym odzieniu, po prawej zasię oficer w mundurze Hawkwoodzkiej floty. Odpowiadający rysopisem, dodajmy, owemu von Blutendorfowi, którego akta przez ostatni tydzień przetrząsaliśmy.
Między nimi zasię kroczył człek, co do którego nie trzeba było przetrząsać akt… wystarczyło pamiętać listy gończe, rozwieszane po miastach wszystkich planet prze ubiegły rok. Manuel Trinidad li Halan. Zdrajca, heretyk, antynomista, mandżysta, antypatriarcha, drugi pan pieska Chemicznego Faisala al-Allawa… 
Tak było dwa miesiące wcześniej, idąc o ścisłość.
Obecnie tytułowało się go księciem, względnie mistrzem Kalinthi. Odkąd? A, od czasu procesu, jaki się odbył, przed obliczem najświetniejszego Trybunału, (wliczając weń kardynała Juana Montgomerego) który to trybunał uznał go niewinnym tych wszystkich inwektyw, którem wymienił (chociaż, co do al-Allawa, prawda zawsze była niedopowiedziana…). Tudzież od równie niedawnej bitwy u wrót Graala, gdzie flota pod jego dowództwem (liczy się to, jak się kończy – od połowy dowodził) spuściła łomot pieskom Juany.
Ale dość dygresyj. Jasnym się stało, że to właśnie Trinidad, nie zaś Blutenberg chciał się z komendantem spotkać. Dlaczego nie podpisał się osobiście pod zaproszeniem? Cóż, nie mógł wiedzieć jakie jest nastawienie naszego diuka do jego osoby, zważywszy niedawne odium. Że nie wspomnieć o traktacie marsjańskim, na którym był wysłannikiem Fativy, niech jej ziemia będzie ciężka. Tudzież miał kiedyś na pieńku z Aidą, ale to szczegół…
Żeby było śmieszniej, don Alejandro prędzej by się zgodził na spotkanie widząc podpis samego Trinidada. A tak – mało, a ominęlibyśmy Delfy szerokim łukiem. Gdyby nie Ines, ów ambitny plan spaliłby na panewce…
Nie rozmawiali na tyle głośno, bym ich przy własnym stoliku słyszał, ale i tak komendant wszystko później streścił. Widać było, prawda, że Trinidad chowa coś w zanadrzu, ale – aktorem był dobrym – zamierza najpierw uczynić wstęp. I uczynił – taki, że ktoś mniej trzeźwo patrzący prawdzie w oczy zaraz by po żelazo sięgnął…
Dlaczego, pyta, Wolni Hazaci dają sobą pomiatać? Dlaczego mają być jeno mięsem armatnim Hawkwoodów, a ich Juan Hirański chodzi na pasku Victorii Hawkwood? 
A dlaczego, pytacie, don Alejandro nie przybił go do oparcia krzesła za te słowa? Dlatego, dziatki, że Trinidad mówił prawdę. Gorzką, fakt, ale prawdę.
Tedy odpowiedzieli – bo w chwili obecnej nie stać nas na więcej. Mięso armatnie, owszem – ale Hawkwoodzi je odżywią, uzbroją, przewiozą… podczas gdy flota Wolnych Hazatów dorównywała siłą może Aylońskiej. Bo w chwili obecnej rydwanem historii powożą Hawkwoodzi, a my jesteśmy jeszcze za słabi by pociągnąć za lejce.
Miał Trinidad mówić dalej, lecz właśnie wtedy mu przerwano. Zza żywopłotu ktoś głosem gromkim i wyraźnie przepitym jął urągać… ruszył w tamtą stronę personel Rains, by rozrabiakę uciszyć bądź za drzwi wywalić, padł strzał, jeden dostał kulę, ,reszta zasię odstąpiła… ober podszedł do Manuela, przeprosił, „wybacz, panie, ale za mało nam płacą”. 
Głos, dziatki, brzmiał jak pijanego. Jego właściciel jednak był trzeźwiutki jak niemowlę – i miał określony cel, do którego dążył. Mianowicie, sprowokować księcia Manuela do walki… 
Dokładnie tak, dziecko. Zabójca pojedynkowy. I to nie byle jaki – cieszący się ponurą sławą Denver Summervale. 
Cóż mogę o nim rzec? Było wielu szlachciców, kochających nade wszystko pieniądze i wystawne życie… niewielu jednak decydowało się zarabiać na to mieczem. Ci, którzy próbowali – większość w końcu łapała kąsek nie na swoje zęby, trafiali albo na kogoś lepszego w mieczu, albo na tyle znacznego, ze ten zamiast przyjąć wyzwanie nakazywał delikwenta pognać batogami z włości.
Było jednak kilku takich, którzy uprawiali swój proceder niezbyt szlachetny – a wciąż żyli. Zbyt dobrzy w mieczu, równie dobrze obeznani w prawie… jednym z nich, a w tamtych czasach najbardziej głośnym, był właśnie ów Denver Summervale. 
Faktycznie, próba wyrzucenia go z lokalu mogła się skończyć dla obsługi smutno.
Trinidad zrazu zignorował intruza, próbował wrócić do rozmowy… a Summervale, zgoła nie zrażony, lżył dalej, szukając czułego punktu – i znalazł…

- Pamiętam, miałem pod mieczem twojego syna, gównozjadzie. I co, czy zachował się jak mężczyzna? O, nie… Ze strachu wyparł się nazwiska, wyparł się rodu, został – Hawkwoodem…

Na takie dictum książę Manuel Trinidad, purpurowy bardziej niż wino kolebiące się leniwie w kielichach, grzecznie przeprosił współbiesiadników i wstał. Z pozornym spokojem zdjął kurtkę mundurową, poodpinał odznaczenia, wyciągnął gnata i powoli poszedł za żywopłot. Po chwili dobiegł stamtąd odgłos wystrzału…
…a za nim ciąg dalszy inwektyw, których obaj panowie sobie nie żałowali. Żeby nie powtarzać wszystkiego, bo ani się godzi, wnet padło sakramentalne „obraziłeś mnie, Trinidad” i riposta „zali jest to możliwe?”
Oczywiście, Summervale domagał się pojedynku… tylko widzicie – kto od kogo? Kawalerzyna o wątpliwej, mówiąc delikatnie, reputacji - od księcia? Trinidad postawił tedy warunek – pewnikiem nieświadomie, bo wściekły był co niemiara. Jam wygrał, powiada, bitwę na Graalu… a ty? Wygraj bitwę, prawi, to się z tobą zmierzę.
Bitwę - rzecze Denver – nie ma sprawy.
-Rodzina Mattworthów ma, z tego co wiem, nierozstrzygnięty od lat dwustu spór o miedzę z rodziną Timbroke, twoich kuzynów… i skorzystam z tego. Wygram bitwę. Będę czekał na ciebie na zgliszczach ich pałacu, pośród trupów twoich powinowatych…

A potem rozległ się zza żywopłotu nieludzki ryk… dawno takiegom nie słyszał, nawet przy wbijaniu na pal… Trinidad powrócił do stolika z miną wyraźnie wypogodzoną, choć ręce mu się jeszcze trzęsły. Ryk przeszedł w charkot, gulgotanie… książę Manuel odział się z powrotem, zawiesił ordery, nalał sobie wina, wrócił do rozmowy. Ani zaszczycił spojrzeniem Summervale’a, który po minutach może pięciu wytoczył się chwiejnym krokiem zza zieleni i popędził w sromie wielkim ku wyjściu.
Ech, trzeba było go rozwalić już wtedy… ale nie uprzedzajmy faktów.
Oczywiście, sam Denver nie miał władzy ani możliwości sprowokować kogoś do najazdu na sąsiada… ale też nigdy nie działał sam dla siebie. Jego obecność oznaczała jasno, że ktoś bardzo życzy sobie zakończenia doczesnej egzystencji Manuela Trinidad.
Nikt jednak – póki co – nie wrócił do tego tematu. Zjedli obiad, powymieniali uprzejmości, porozmawiali nieco o polityce… wreszcie Trinidad powstał i zaprosił komendanta wraz z Ines na krótką przejażdżkę skoczkiem. Czyli - ujawnić wreszcie, jaki był właściwy cel jego spotkania z donem Alejandro.
Komendant zgodził się, po czym dał znak i nam – dołączyliśmy. Skoczek czekał nieopodal… i w istocie po może dziesięciu minutach lotu przyziemił za miastem, przy niedużym stadionie. Na lądowisku czekała już straż honorowa – dziesięciu chłopa w zbrojach z krukiem Corrinho na piersi…
Komendant po sekundzie dopiero ukrył zdziwienie; Trinidad jednak nie pozwolił czekać, powiódł nas do wnętrza areny, na trybunę. 
A na piasku areny stało w szyku tak równym, że aż miło było popatrzeć, kolejne pięć setek żołnierzy płci obojga, w mundurach Wolnych Hazatów. Tu już komendant nie wytrzymał, zwrócił się do Trinidada… zagłuszyły go wiwaty, gdy postać jego stała się widoczną. Tu już doświadczenie przemówiło, uciszył ich jednym gestem – i ponownie zadał pytanie… może mało oryginalne, ale na miejscu – „co to ma znaczyć?”
To weterani Hiry, których udało mi się wykupić, rzecze Manuel skromnie. Don Alejandro skinął tylko głową… odpowiedź na to mogła być tylko jedna – tego wymagał honor.

-Jestem pańskim dłużnikiem, książę. Jeśli pan pozwolisz, rad bym nieco go zwrócić – u Timbroke’ów.

Ładnie mu odpowiedział, co? I co mógł ów Trinidad odrzec? Coś, po czym wszyscy obecni zapomnieli języka w gębie…

-Mam jeszcze do powiedzenia dwie rzeczy, Alejandro. Po pierwsze, w drodze jest jeszcze pięćdziesiąt tysięcy… Po drugie, wszyscy myślą że to Ty ich wykupiłeś….

… i mogli tylko ukłonić się z uznaniem. 

A co potem, dziatki? Ano, czas był szykować się do odparcia zajazdu Mattworthów.
 



Komentuj (1)


Link :: 18.05.2009 :: 12:21

10 V - 12 V 5004

Cierpki smak zemsty cz.2 – Para Bellum

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Na czym zakończyłem ostatnio? A, prawda… Jak don Alejandro zgodził się wspomóc Manuela Trinidad – a właściwie rodzinę Trinidad-Timbroke – w odparciu szykującego się snadź zajazdu.  
Żeby jednak wprowadzić swe słowa w czyn, musiał pierwej ochłonąć po innej rewelacji – wiadomości, że ów Trinidad wykupił był z niewoli kurgańskiej pięćdziesiąt tysięcy naszych – weteranów z Hiry.
Dlaczego to uczynił? Ha, nie sądzicie chyba, że powiem… tak szybko. Jakie zresztą owe powody nie były – owe pięćdziesiąt tysięcy zawdzięczało mu wolność.

Dość, że książę Manuel przyjął propozycję naszego diuka z wdzięcznością, po czym wykonał połączenie do swych kuzynów… wiecie, nawet z pomocą nie wypada zjawić się bez uprzedzenia, grzecznie jest też zapytać, azaliż jegomość James Trindad-Timbroke baron Hawkwood sobie owej pomocy życzy. 
Zadzwonił tedy i zapowiedział nas… słychać było, że rozmówca raczył się zdziwić co najmniej trzykrotnie – raz tym, że Trinidad w ogóle się na planecie znajduje, dwa – z kim zamierza się zjawić, po trzecie wreszcie – uwaga – osobą spodziewanego najeźdźcy. Ciekawe… niemniej – zaprosił nas w swe progi.
Doskonale, orzekli na to Ines z komendantem i kazali by dwa skoczki zwiozły ich garderobę… dlaczego dwa? Inaczej by się nie zmieściło. Jeden wiózł osiem kufrów z odzieniem markizy, kuferek diuka, ponadto jedną sporą skrzynię też należącą do dona Alejandro. Kolejna skrzynia komendanta ledwie wlazła do ładowni drugiego skoczka…
Garderoba Ines zawierała wszystko, czego mogła szlachcianka z dobrego domu potrzebować przez te kilka dni. A skrzynie komendanta? Poza kuferkiem z ubraniem – zwiózł garderobę nieco innego rodzaju. W mniejszej skrzyni spoczywał Okruch Światła… co? Nie mówiłem wam jeszcze? Jego zbroja wspomagana, którą swego czasu dostał w podarunku od Fativy, wcześniej należąca do jej ojca, a jeszcze wcześniej – do Cardanzo…
W większej skrzyni, jakby miało przyjść do naprawdę dużej awantury, znajdowała się druga zbroja – pamiętny prezent od Nataszy. Nie doczekała się jeszcze oficjalnego imienia, po cichu mechanicy zwali ją Zielonym bądź właśnie Nataszką.  

My zasię wsiedliśmy z powrotem do skoczka, który nas tu przywiózł – i w drogę. Póki co, jeszcze w trakcie lotu zbieraliśmy informacje o wiszącym w powietrzu konflikcie. Wiadomo, był to jedynie pretekst by dobrać się do skóry Trinidada… lecz kto? Zwłaszcza, że Mattworthowie byli bezpośrednio lennikami Korony.
Trinidad w końcu przyznał się… na jego życie dybała markiza Willover. Kto zacz, pytacie… Była to, jak to wówczas mawiano, wojenna wdowa. Straciła była podczas Wojen o Tron męża i dwóch najstarszych synów, przez co cieszyła się w okolicy wielkim mirem. Samotniczka, rzadko ruszała się poza rodową siedzibę…
A co ma piernik do Trinidada? Był jeszcze trzeci syn, najmłodszy. Ten przywdział księżą sukienkę – i zginął przez Manuela. To znaczy, jeśli idzie o ścisłość, zginął z rąk Hazatów na Terze. Jak to się niby miało do Trinidada? On już nie opowie…
Dość że to jego śmierć chciała pomścić owa markiza i ukoić żal, wieszając skórę naszego nowego znajomka nad kominkiem. Najwyraźniej stać ją było na wynajęcie Summervale’a (który, nawiasem mówiąc, czasem wykonywał zlecenia za darmo, jeśli śmierć danej ofiary mogła zwiększyć jego sławę), tudzież miała dość wpływów, by skłonić Mattworthów do inwazji, dość pieniędzy, by ich wesprzeć zbrojnie.
A co mogliśmy włożyć do wspólnego garnka my? Wiedzieliśmy o pięciuset Hazatach, zaprawionych w boju i gotowych położyć głowy za komendanta. Dodatkowo, na Pasie Oriona był skromny kontyngent Marines. A na planecie? Komendant wydał rozkazy dla naszej ambasady… zanim dolecieliśmy, okazało się że na Delfach znajduje się jedna z jednostek podległego mu Drugiego Korpusu. Konkretnie – legion ukarski…
Oczywiście, uruchomienie Cesarskich dla prywaty to nie w kij dmuchał, należało to zrobić zręcznie, by zadość uczynić wszelkim przepisom a obostrzeniom… w przeciwnym razie czekały rozmaite reperkusje, włącznie z Placem Pięciu Tysiącleci i czwórką koni z powrozami…
Póki co jednak lecieliśmy. Po może godzinie skoczek zatoczył koło nad sadem… raczej plantacją, sad to trochę za mało powiedziane gdy jabłonie ciągną się po horyzont. Leciał na tyle nisko a powoli, że dało się dojrzeć pojedyncze postacie. Wdrapujące się na drabiny, strząsające jabłka do trzymanych koszy na tyczkach… a pomiędzy nimi – dała się rozpoznać li tylko po szerokości słomkowego kapelusza, zdolnego przykryć nieduży czołg – pani tego domu.
Pilot nasz zatoczył przepisowe koło, przyziemił delikatnie. Z ciekawostek, wokół pałacu nie dało się zauważyć, nawet żołnierskim okiem, ani jednego stanowiska pelot… tu dygresję uczynię, dziatki, przyda się na przyszłość. Otóż, wyobraźcie sobie, na Delfach od pięciuset lat panował absolutny zakaz używania bojowych maszyn latających… wszystkiego – skoczków, myśliwców, nawet głupia awionetka z koszykiem granatów wziętym na kolana byłaby na indeksie. Transport wojska i sprzętu bojowego również – żeby zwieźć na dół komendantowi zbroję tudzież naszą ochronę, nasza administracja musiała wprzódy wystosować stosowne podanie…
 Było to reminiscencją wojen o sukcesję, toczących się właśnie pięć wieków temu. Wtedy ochoczo używano różnych maszyn latających, miotając z nich wszelakie przedmioty służące do robienia krzywdy innym (w tym broń atomową) w dużych ilościach. Nie musze chyba dodawać, że zaowocowało to zniszczeniem sporego obszaru planety – i wspomnianym zakazem. 
Tyle dygresji. Wprawdzie byliśmy już po kolacji, ale że włości rodziny Timbroke znajdowały się ćwierć planety dalej, wpadliśmy jak raz na podwieczorek. Powitano nas tedy i powiedziono do umajonej altany, gdzie czekał już posiłek. Co jadano wtedy na Delfach, pytacie? A nad czym przelatywaliśmy, o czym żem wspomniał minutę temu? Jabłka, dziatki, jabłka…
Podano tedy chleb z konfiturą jabłeczną, tudzież jabłecznik (ciasto) i jabłecznik (do picia). Do tego jabłka podpiekane z cynamonem, schab na zimno z jabłkami, żeby nikt nie mówił że mi pamięć szwankuje, sok jabłkowy dla tych którzy nie uznawali sfermentowanych napoi… i jabłka, świeże, prosto z drzew, na paterach. Wszystko podlane spora ilością, bynajmniej nie jabłecznej, herbaty.
Zjedliśmy, wypili, póki co nie poruszano – zgodnie z obyczajem – spraw drażliwych, na ten przykład przyczyn naszej tu wizyty. Pojawiła się natomiast pani domu, lady Mathilda, ta sama którąśmy ze skoczka oglądali… przyszła takoż synowa gospodarza, lady Clara, z uczepioną jej spódnicy najmłodszą latoroślą rodu, kawalerem Jacobem, liczącym sobie wówczas wiosen sześć. Przedstawiono nam jeszcze sir Victora, domownika Timbroke’ów, czego głośno nie powiedziano ale dla wprawionego oka było widoczne – zawołanego szermierza.
I tu nastąpił pierwszy zgrzyt. Wspomniany sir Jacob bowiem, ujrzawszy księcia Trinidad, zaniósł się donośnym płaczem a wrzaskiem „Demon! Demon!”. Mina dona Manuela zrzedła nieco, rzucił okiem na prawo i lewo… pani matka, jak na Hawkwoodkę z dobrego rodu przystało, ani jednego gestu nie uczyniła, chodź synaczek w geście obronnym niemal ściągnął z niej spódnicę… sir James wyjaśnił na stronie, że tutejszy proboszcz dużo a nieprzyjaźnie o obecnym mistrzu Kalinthi gardłował, tedy dzieciakowi w serce wlazło, zanim zdołał pojąć rozumem.
Sytuację częściowo uratował don Alejandro, wyciągając do berbecia prawicę z wcale szczerym „witam panie kawalerze”. Młody wyszczerzył się od ucha do ucha, potrząsnął z zapałem, snadź zapomniał o niemiłym doświadczeniu, choć raz po raz łypał na dona Manuela złym okiem. 
Wreszcie jednak udało się przejść do sprawy trapiącej wszystkich – planowanego zajazdu. Manuel Trinidad, nie owijając w bawełnę, przeszedł do konkretów – znaczy, pyta, jak tam się miewa pozew sprzed dwustu lat? Tudzież jak – pardą – stosunki z sir Kennethem Mattworth? 
Konflikt? A, o – tamten… prawda, lat temu dwieście Timbroke’owie mieli do Mattworthów pewne pretensje finansowe… i żeby, jak to się mawia, zabezpieczyć mienie, zajęli zbrojnie trzy wioski na miedzy. Pretensje zostały odrzucone przez sąd wielkoksiążęcy, ale wioski zostały u Timbroke’ów. Obecnie, nawiasem mówiąc, tylko jedna z nich, pozostałe dwie były opuszczone.  
I co, pyta dalej Manuel, nie chcą odzyskać spornych ziem? Jak w ogóle stoją relacje z baronem Mattworth? 
Nienaganne, zgoła przyjacielskie, rzecze sir James, wywołując tymże lekki opad szczęki u księcia Trinidad. Ot, dodał, pijałem z nim wcale często, ostatni raz, żebym nie skłamał, tydzień temu… często też, powiada, wybieralim się razem na kaczuszki do sąsiedniej wioski… tu się zakrztusił, spojrzawszy na połowicę (której ani mięsień nie drgnął) i poprawił, że oczywiście nad sąsiednie jezioro… niemniej, reasumując, nie widział powodu dla którego sir Kenneth mógłby chcieć zajechać jego włości.
Zrobiło się ciekawie, prawda? Z drugiej jednak strony, sir James nie uznał naszej opowieści za całkowitą bujdę. Kazał przynieść mapy, Trinidad i komendant zasię połączyli się z wiszącymi na orbicie swymi statkami (swymi jak swymi, intercyzy jeszcze nie było, Pas Oriona dalej należał do Czarnej Ines jakby co) i nakazali zrobić zdjęcia okolicy, w tym posiadłości Mattworthów…
I tu się dopiero pokazało. Owszem, wokół owego dworu stacjonowały trzy pułki, sądząc po moderunku – kajdaniarskie. Porządnie uzbrojone, szturmowe, nawet mieli do kupy ze dwa tuziny wozów bojowych, w tym cztery czołgi. Tylko jedna rzecz… to nie jest ustawienie jednostek wypadowych, orzekł komendant, pochyliwszy się nad zdjęciem. Jeno okupacyjnych.
Trinidadowi na tę rewelację nieco drgnęła lewa brew, porozmawiał krótko na stronie z sir Jamesem, gospodarz kazał przynieść komunikator (który podano mu na srebrnej tacy), łączyć z Mattworthem. 
O co chodzi, zapytał, czemu zawdzięcza tę koncentrację sił zbrojnych. Rozmówca wyrecytował, jakby z kartki, że domaga się zwrotu spornych ziem (tych sprzed dwustu lat) lub rekompensaty pieniężnej , a w przeciwnym razie będzie zmuszony wszcząć akcję militarną. Że komunikator był przełączony na głośnik, ów respons słyszeli wszyscy obecni, w tym Ineza, która skonstatowała co następuje – mówi jakoby ze sztychem na karku…
Don Manuel na to dictum zapytał, czy jest aby w pobliżu i może odebrać niejaki Denver Summervale. Po drugiej stronie nastąpiła chwila konsternacji, nieco zbyt długa, po czym padła odpowiedź, że nie ma owego. To niech odbierze, rzecze Trinidad.

- Mów, gównozjadzie…  

Tak, tu się światełko zapaliło, moiściewy. Zaiste, waśń między Metzengerensteinami a Berlifitzingami… o, pardą, nie ta opowieść… dość, że konflikt wspomniany był od dawna nieaktualny, iście zapomniany – niestety nieoficjalnie, bez odzwierciedlenia w stosownych papierach. Teraz zasię pojawił się jako ten demon z pudełka. Najwyraźniej za sprawą markizy Stronenberg, zdecydowanej tąż właśnie drogą dostać skórę Manuela Trinidad. 
Zresztą, jeśli odfiltrować obelgi, mniej więcej tyle wynikało ze słów Summervale’a. Tak… wiedzieliśmy już, na czym stoimy. Z trzech pułków kajdaniarskich, najwyraźniej, dwa miałyby ruszyć na ziemie Timbroke’ów… trzeci zasię – pilnować Mattwortha, który z agresora nagle stał się ofiarą.
To trochę zmieniło plany. Trinidad planował bowiem, niezależnie od walki obronnej, wysłać na wrogie ziemie kilka oddziałów, które miały palić, niszczyć i równać wszystko z ziemią… to znaczy, wszystko co dochodowe. A tu nagle okazało się, że – owszem – oddział uderzeniowy się przyda… jako ekipa ratunkowa dla trzymanych pod kluczem Mattworthów.
I tu rodzi się pytanie najważniejsze, dziatki… czym dysponujemy?
Timbroke’owie mogli powołać pod broń wybranieckich w sile dwóch pułków… do tego dochodziło, o czym jużem raz wspomniał, pięciuset Hazatów, wykupionych przez Manuela… i to już nie były chłopki-roztropki… To byli weterani, którzy przeżyli nie tylko Hirę, ale i kurgańską niewolę. Na jachcie Czarnej Ines było jeszcze może czterdziestu chłopa pod bronią. Do tego mielim rzeczony jacht tudzież lekki krążownik pod banderą Trinidada, jakby wypadło co zmacać z orbity. Przeciwko trzem pułkom Kajdaniarzy… nawet dwóm – cóż, bez rewelacji…
Książę Manuel stwierdził, że można by kapkę to przeważyć na nasza stronę, niejako odpłacając tą samą monetą. Kajdaniarze? A ja to co, obdartus? A mnie to co, nie stać, zaperzył się i kazał łączyć z przedstawicielem najemników. I tu go niespodzianka spotkała… wszystko w okolicy powynajmowane. A na planecie? A owszem, znalazło się… cały batalion. Rad nierad, Trinidad wynajął go i polecił wyruszyć na nasze ziemie. Czyli – dalej bez rewelacji… 
Do tegoż wniosku doszedł i komendant. Cały wieczór prześlęczeliśmy nad mapami, próbując ogarnąć sytuację i znaleźć słabe tudzież mocne punkty przyszłego obszaru walk, najpierw jednak wydał dwa polecenia. Po pierwsze, kazał przez naszą ambasadę zdobyć pozwolenie na przewóz wojsk drogą lotniczą. Jakby się kto pytał (i nie pamiętał, com mówił nie tak dawno), ambasady Hazatów na planetach hawkwoodzkich zostały odcięte od dróg ewakuacji – i dostały się Juanowi Hirańskiemu z większością doświadczonego personelu, tudzież nienaruszonymi przeważnie archiwami – i porobionymi przez lata wpływami. 
A skąd miał zamiar wziąć owe wojska, pytacie? Ha! Drugim poleceniem, dziatki, była zapowiedź inspekcji w podległym donowi Alejandro legionie ukarskim. Rankiem dnia następnego...

Rankiem dnia następnego wylądował zatem przed rezydencją Timbroke’ów transportowy skoczek. Gospodarz, poinformowany przez diuka, zaordynował był wczesne śniadanie… dość, by się posilić, ale też dostatecznie lekkie, by nie stało się problemem w podróży… Wiedzcie bowiem, że nad obszarem, w którym stacjonował legion ukarski, była dodatkowa strefa zakazu lotów, tedy mogliśmy się tam wybrać jedynie maszyną należącą doń. I taka właśnie przyleciała. Dla komendanta, księcia Trinidad tudzież niżej podpisanego nie była to żadna pierwszyzna, siedzieć na wąskich brezentowych ławeczkach w ładowni ozdobionej li tylko główkami nitów spajających całość… Ineza nadrabiała miną, wcale jednak udanie, jakby też jej się zdarzyło kiedyś lecieć desantowcem. 
Do tego dodajmy dwóch ukarskich pilotów, chcących… cóż, popisać się. Dla tej nacji nie było to niczym niezwykłym, każdy rad był pokazać, co potrafi, zwłaszcza przed obliczem własnego feldmarszałka. Ale to musiało poczekać, aż maszyna doleciała w ową strefę wydzieloną. Do tego czasu lecieliśmy spokojnie, prosto jakby kto sierpem rzucił, z prędkością sześciuset mil na godzinę na wysokości wierzchołków drzew… 
Godzinę z ogonkiem później pilot zameldował o przekroczeniu sektora i uprzejmie zapytał, zali wolno dać pokaz pilotażu. Zwłaszcza że, dodał, dzisiaj ma ćwiczenia eskadra myśliwców, mogliby potrenować, zawszeć to lepiej niż strzelanie do rękawa.
Komendant jedną ręką chwycił mocniej poręcz, jego zasię chwyciła pod ramię Czarna Ines, po czym wyraził zgodę… i wiedział, co robi, prosząc o lekkie śniadanie, dziatki… teren zrobił się górzysty, tedy dzielne orły miast wejść wyżej zabrali się za omijanie wzgórz. I dobrze zrobili, gdyż po może pięciu minutach przyczepiły się dwa myśliwce. Skoczek nasz zaczął manewrować coraz ostrzej, dopingowany przelatującymi to z lewej, to z prawej smugami pocisków… Zdziwieni? Ćwiczebne, oczywiście, ale bynajmniej nie ślepaki. Walili do nas gęsto i pudłowali haniebnie, dopiero pod sam koniec jeden ulokował serię w skrzydle… ćwiczebne, rzekłem, tedy krzywdy nikomu to nie uczyniło. Niedługo potem wylądowaliśmy.
Ukarzy starali się utrzymać tradycje rasy, tudzież zadbać o warunki, w których czuli się najlepiej – tedy zarówno lądowisko, jak i kwatery całego legionu mieściły się w wielkim kompleksie jaskiń. Jakiż widok nas zastał? Cóż, każdy szanujący się oficer hawkwoodzki orzekłby, iż jednostka jest straszliwie rozpuszczona, łańcuch dowodzenia leży w pojedynczych ogniwach a dyscyplina nie istnieje. Tak można było pomyśleć na pierwszy rzut oka… dowcip jednak polegał na tym, dziatki, że należało pierwej zrozumieć Ukarów. Nie oddawano honorów – ale każdy znał swą rangę i miejsce. Panował nieopisany bałagan – ale był to bałagan jak najbardziej zorganizowany. Legion, zdawałoby się w bezładzie, był w istocie sprawną jednostką. I, co by się mogło wydawać dziwne jakbyś spojrzał na Ukarów powierzchownie, niesamowicie karną. 
Komendant tedy nie szukał krzywo przyszytych guzików, źle wypastowanych butów (bo większość była boso) czy puszek z mielonką ustawionych na niewłaściwej półce. Minę miał z pozoru nieodgadnioną, ale już z początku widziałem, że jest zadowolony.
Powiedziono nas do dowódcy. Z ciekawostek, w owym legionie około jednej dziesiątej stanowili ludzie. Głównie w kadrze, oficerskiej czy podoficerskiej, ale nie tylko. Co więcej, zwykle nieufni wobec obcych ukarzy traktowali ich jak swoich… dlaczego – niezadługo się wyjaśniło…
Piętnaście minut marszu korytarzami i trafiliśmy do kwatery legata Thalasa. Tu don Alejandro też z trudem skrył aprobatę, gospodarz był bowiem wojownikiem z krwi i kości. Twardy jak otaczająca nas skała, naznaczony mnóstwem blizn, poza tym widać było (abstrahując od tego, co w papierach nań było), że łeb ma nie tylko od noszenia hełmu… Przywitał nas bez uniżenia, zasalutował, uścisnął prawice z komendantem… od razu było widać, że się wzajem mierzą, oceniają, jednak bez nijakiej wrogości. Wysączyliśmy po kubku wojskowej kawy, po czym prosił na inspekcję.
Kolejna godzina zeszła na wizytowaniu kwater, magazynów, hangarów, kuchni gdzie don Alejandro popróbował wojskowego żarcia (a nawiasem mówiąc zawsze tak robił i jak wyczuł co nieświeżego, to marny los kwatermistrza)… aż trasa naszej wycieczki zakończyła się tam, gdzie od początku zmierzała – w sali treningowej…
Prawda była taka dziatki, że aby zwiększyć swe poważanie u Ukara, miałeś dwie możliwości – albo dostatecznie długo z takowym nie zadrzeć (jak to don Alejandro czynił na Keth), albo onego sprać. Komendant miał, pamiętacie, interes do Thalasa… to znaczy, oczywiście, wystarczyło wydać rozkaz, jednak lepiej było się w owej sprawie porozumieć… a najsampierw – zmierzyć.
W każdym razie, wiele czasu nie minęło, a obaj stali już na macie, rozdziani do pasa i z kijami w garściach. Gospodarz był szybki, owszem, wcale dobry, ale nie ten poziom… don Alejandro, aczkolwiek też nie bez szkody, narobił mu masę siniaków tudzież wielką śliwę na łbie. Potem poczekał aż ten wstanie (pomóc wstać to byłby despekt dopiero) i poszli na stronę porozmawiać.
Walka oczywiście zgromadziła wcale sporą widownię, komendant dostał sążniste wiwaty, tudzież sporo wcale niedwuznacznych gwizdów od obecnych na sali Ukarek… mówiłem wszak, że nieco inaczej pojmowano tutaj dyscyplinę… Ines jęła miotać iskierki, na swoje szczęście komendant nie zaszczycił wojowniczek zbyt długą atencją…
Ale odbiegłem od tematu, dziatki, choć było na czym oko zawiesić, zwłaszcza że ich uniformy nie tak dużo pozostawiały wyobraźni… przy rozmowie wyszło bowiem, że legat Thalas także miał sprawę do komendanta… a przy okazji wyjaśniło się, czemu obecni w legionie ludzie czuli się jak swoi… albowiem, dziatki, byli równocześnie ukarskimi wojownikami…

- Wypełnią każde polecenie, feldmarszałku. Na rozkaz pójdą na śmierć. Ale nie będą pana szanować

A jak można było się takowym stać, zapytacie? Pójść do Ukarów i złożyć petycję? O, nie… Była stosowna ceremonia, jednak najpierw trzeba było być jej godnym… trzeba było wykazać się, by Ukar cieszący się stosownym mirem złożył propozycję… a potem – cóż, należało udowodnić że zapraszający się nie pomylił.
I jakoś tak się zdarzyło że don Alejandro, choć Ukarzy z Keth go szanowali, nigdy nie dostąpił tego zaszczytu. Aż do teraz. Na oczach niemal ćwierci legionu (więcej się nie zmieściło w grocie), Inezy, moich – miał poddać się próbie. Ciała i ducha.
Pozwolono mu na odpoczynek po sparringu z legatem. Następnie na środek sali wystąpił czempion, wojownik, z którym miał się zmierzyć. Którego musiał pokonać, nie zabijając. I w druga stronę tak samo, jakby się kto pytał. Obaj adwersarze musieli wyjść z walki żywi – co nie znaczy, że bez uszkodzeń…
Dwóch żołnierzy rozwinęło plandekę z chyba czterdziestoma kraxi. Komendant wybierał z uwagą, oglądał, ważył… to, dziatki, była nie tylko walka, to był także rytuał. Wreszcie dobył dwóch, wystąpił. I zaczęło się…
I żebym tak zdechł, moiściewy, chociażem wiele w życiu widział, to słów brakuje by to opisać. Wiecie, don Alejandro nigdy nie zapominał, o co walczy. To jest, po pierwsze – zawsze – walczył jak o własne życie. Tu jednak – wiedział, pamiętał to – walczył także o prestiż. Nie owijając w bawełnę, musiał – czego zawsze unikał – popisać się. 
Przeciwnik natomiast nie był z takich, których dało pokonać się łatwo. To był Ukar, który nie raz krwi smakował – i pewnie niejednemu rozwiał mrzonki o zostaniu wojownikiem. Szybki, biegły zarówno w psionice jak i w kraxi, jednym słowem twardy orzech do zgryzienia…
To było piękne i nieopisywalne… Obaj skoncentrowali się na chwilę, przywołując siły, potem zasię zaczęli swój taniec. I wiecie, żem nie pochlebca, ale jeśli to nie był talent naturalnego aktora, to nie wiem jak ów wygląda… Don Alejandro nie zakończył – a mógł – sprawy w pierwszym zwarciu. Wiedział, że musi to zrobić – choć to niezwykłe określenie dla pojedynku – ładnie. Popróbował przeciwnika, pozwolił na kilka zwarć… a potem udowodnił swój kunszt. Przy czym, nie poniżył go, nie czynił pozoru że się bawi… dał piękny pokaz walki, nie jednostronnej bynajmniej, sam też kilka razy oberwał… a potem zakończył z gracją matadora. Za trzy powierzchowne rany oddał tuzin podobnych, wreszcie wszedł w zwarcie, rozrąbał ścięgna nad kolanem, uniknął chlaśnięcia w żebra, upadającego adwersarza wyrżnął głowicą drugiego noża w skroń… i było po walce.
I nie byłem odosobniony w podziwie, dziatki, od wiwatów bowiem posypały się kamyczki ze sklepienia… co tu dużo gadać, podobało się. Rannego poniesiono do medlabu… drugim rannym zasię byłem ja, tak mnie Czarna Ines pazurkami za ramię bezwiednie ścisnęła w czasie walki, ale przecież-żem się nie skarżył… zwłaszcza, ze dopiero poniewczasie zauważyłem.  
Na tym jednak się ceremonia nie zakończyła. Nadszedł czas na próbę ducha. Do sali wniesiono masywny dębowy krzyżak z pętami, za nim zasię wszedł ukarski kapelan niosąc naczynie… jak mnie zapach onego specyfiku zaleciał, powiadam wam, aż mi włosy skręciło… bimber, rzecz jasna, z jakowymyś ukarskimi grzybkami… po to właśnie były pęta, żeby don Alejandro, wypiwszy, nikomu krzywdy nie zrobił. 
Komendant przyjął naczynie bez skrzywienia, wypił duszkiem, po czym pozwolił się przywiązać do krzyżaka. Nie minęły dwie litanie a oczy zaszły mu krwią, na usta wyszła piana, a ciało szarpnęło więzy. Z gardła wydobył się nieartykułowany charkot, potem jął się we więzach ciskać, aż trzeszczały. Nie były to jednak, co można by pomyśleć na pierwszy rzut oka, przypadkowe drgawki po narkotyku. Patrząc na drgnięcia mięśni, skręty tułowia, pojąłem – gdzieś tam, w zakamarkach swojej jaźni, komendant szedł i walczył…

Usiane zwałami trupów pole, rozświetlone krwawym zmierzchem… pocięte, rozerwane, postrzelane szczątki – ludzi i Symbiontów. Osmalony, rozpruty, zbryzgany zieloną posoką kadłub Nataszki – i po drugiej stronie rozwalony wybuchem symbioncki tank. Pozostało ich tylko dwóch… Alejandro w karmazynowej zbroi Cardanzo, dzierżący w jednej dłoni młot, w drugiej – jak strzęp ciemności – długie, matowo czarne ostrze. I ten drugi, o twarzy diuka Corrinho, zakuty w chitynowy pancerz, najeżony cierniami, zbrojny w dwa krzywe, zębate ostrza.
- Zatańczymy?


... i uśmiechał się spienionymi ustami…

Skruszony młotem naramiennik bryznął okruchami chityny, ramię opadło bezwładnie… czarne ostrze śmignęło szybko jak myśl, wgryzając się w napierśnik Cienia… rana otwarła się szeroko jak ociekające zielenią usta, poszerzyła się, bryznęło z niej światło… Rosła dalej, poza ciało, rozpruwając rzeczywistość… gdy zajęła całe pole widzenia, ujrzał dwie naznaczone tatuażami twarze – legata Thalasa i ukarskiego kapłana.
- NIE!!!


Iście, dziatki, rzekłbym że żałował przebudzenia się… dlaczego – nigdym nie śmiał zapytać. Kapłan odczekał jeszcze chwilę, zajrzał diukowi w oczy, po czym kiwnął głową z aprobatą. I szacunkiem.
Nie zdjęto mu więzów, o nie. Właściwy rytuał, owszem, zakończył się, ale czekała jeszcze część ostatnia… rzekłbyś – koncert życzeń…
A żeby życzenie się spełniło, należało wytoczyć krew świeżo upieczonego wojownika. Kapłan położył tedy przy krzyżaku z wciąż przywiązanym donem Alejandro kraxi. Zawsze u Ukarów zaczynała rodzina, potem od najniższych do najznaczniejszych obecnych. Któż był rodziną? Wszyscy, pamiętacie, zostali na Aragonii, wyjąwszy demony wiedzą gdzie więzioną Carmelitę i tlące się ledwo życie Hectora Corrinho… Thalas ujął handżar i wręczył go Inezie – miała ciąć pierwsza…

- Jakie masz marzenie?
- Och, dokonać tego, czego nie dokonał jeszcze żaden Corrinho… - uśmiechnął się - umrzeć ze starości, dyktując testament, otoczony wianuszkiem dzieci i wnuków…
Ines popatrzyła poważnie i uniosła kielich w niemym salucie…


Podeszła, cięła – nad sercem…

- Przyszłość…

Następny byłem ja... czegóż mogłem mu życzyć? Szczęścia w miłości…

¬- Keth-Kordeth, książę!

Potem Trinidad…

- Terra!

I kolejni, teraz Ukarzy, nóż spadał raz po raz, znacząc kolejne wzbierające krwią znaki. Dwoma ostatnimi byli jego niedawny przeciwnik, który dokuśtykał o kulach z medlabu, tudzież legat Thalas. Następnie podszedł kapłan z miseczką, w której cosik się wiło… z wprawą schwycił robaka, grubego a długiego na półtora palca, po czym przyłożył go do szyi diuka. Bydlę wgryzło się, takimże osobliwym rylcem kapłan nakreślił na skórze dona Alejandro ukarski glif… po czym podniósł porzucony kraxi i rozciął więzy…

- Witaj, oju Corrinho…

 …a potem wszystko po raz wtóry utonęło we wrzaskach i wiwatach, potęgowanych przez grotę w której się znajdowaliśmy. Nawet dla mnie, mało obeznano w ukarskich obyczajach, stało się jasne że wiele stracili w chwili, w której komendant urodził się człowiekiem… 
Póki co jednak nie cichły krzyki, tłum jął się cisnąć, ujrzałem jeszcze jak do naszego diuka podchodzi Ines, jak wymieniają słowa które tylko oni słyszeli, jak markiza postępuje bliżej jeszcze, bierze go w objęcia… a potem, cóż rzec, Ukarki mi ich zasłoniły…

W każdym razie, jeszcze trochę okrzyków sklepienie pieczary odbiło, aż uciszyło się i komendant mógł udać się do kwater Thalasa poruszyć kwestię zasadniczą. 
Krótko mówiąc… nie, nie zamierzał bynajmniej organizować uderzenia siłami legionu na ziemie Mattworthów. Więcej – z wstępnych planów zwierzył nam się po drodze – nie zamierzał przeprowadzać uderzenia w ogóle. Jeno kontruderzenie…
Rules of Engagement… bardzo zręczny skrót, zastępujący zwroty typu „kiedy można przywalić, a kiedy należy spieprzać” i podobne. Czyli – kiedy oddział cesarski może włączyć się w akcję zbrojną… Komendant jako legat musiał znać wszystkie kruczki na pamięć, ale zamierzał skorzystać z najbardziej oczywistego – z prawa odpowiedzenia ogniem na ogień. Zwłaszcza mając do dyspozycji Ukarów, którzy często chętnie nadstawiali się na cios, by potem oddać po trzykroć…
Krótko mówiąc, zamierzał – co wcześniej uzgodnił był z sir Jamesem – urządzić na ziemiach Timbroke’ów ćwiczenia. Ot, desantować jednostki ukarskie by trochę potrenowały w bagnistym terenie… Desantować, oczywiście, zamierzał tuż przed pochodem Kajdaniarzy markizy Willover, by ci – spodziewając się wojsk Timbroke’ów, a kogóż by innego – najpierw strzelali, a potem zadawali pytania. A ostrzelane cesarskie jednostki mogły po pierwsze odpowiedzieć, po drugie zasię – wezwać posiłki.
Legatowi koncept się spodobał, nie ma jak, powiada, w prawdziwej skórze zęby zatopić. Ile mogą przerzucić? Transportowców nie ma tak dużo, rzecze Thalas, ale w ciągu godziny jest w stanie przerzucić pułk. Brygadę w osiem. Jest też w legionie druga brygada, mniej lub więcej zmotoryzowana, która może dotrzeć za jakie trzydzieści-czterdzieści godzin od alarmu. Zawsze coś, rzecze don Alejandro, gdy legat wyciągnął niespodziankę… Ukarzy czasem tak mają, cieszą ich sprawiane innym miłe niespodzianki. Uśmiechnął się i oświadczył, ze arcyksiążęce 42 Skrzydło Transportowe jest im winne przysługę… w związku z czym lotna brygada może być na miejscu w godzinę-dwie. 
Na tym się zasadniczo „inspekcja” zakończyła, dziatki… Komendant, zapytany czy życzy sobie – przysługującej mu już jako ojowi – straży honorowej – wziął jeno sześciu, ot by Thalasa nie urazić. A trzeba było więcej… ale, nie uprzedzajmy faktów. Co prawda, po uzyskaniu statusu wojownika powinna się odbyć jeszcze popijawa, gdyż tradycja wymagała by świeżo upieczony oj nie trzeźwiał przez okrągłą dobę, jednak zgodzili się z legatem przełożyć to na później – po spodziewanej bitwie.

W znacznie lepszych już humorach wracaliśmy do posiadłości Timbroke’ów. Zanim jednak skoczek odbił swe podwozie w okolicznym czarnoziemie, don Alejandro otrzymał wiadomość. Ktoś dość pilnie życzył sobie spotkać się z nim… monit przyszedł z naszej ambasady, zawierał nazwisko tego jegomościa – Jason Cavendish, porucznik wojsk cesarskich tudzież paladyn Rycerzy Poszukujących – tudzież informację, że w dwie godziny dowiedzą się więcej, kto zacz.
I dobrze, dziatki, gdyż komendant mógł wprzódy rozmówić się z gospodarzem i uzgodnić, czy aby może zaprosić gościa pod nie swój dach. 
Najpierw jednak należało wrócić. Naczalstwo wywołali u pani domu tudzież jej fraucymeru lekki szok, wychodząc ze skoczka po wylądowaniu. Alejandro, przypominam, wciąż broczący z nie do końca zabliźnionych świeżych ran, tudzież Ineza, zajuszona krwią bynajmniej nie swoją, jeno od przytulania się do diuka… suspens potrwał minut może cztery, w czasie których nasi bohaterowie mogli zemknąć do kwater, dopiero poniewczasie żegnani krótkim a przewidywalnym komentarzem „Hazaci…”
Może godzinkę później pojawił się już ochędożony komendant, o minut parę dosłownie poprzedzając Czarną Ines. Czekał na nich spóźniony lunch tudzież raport naszych chłopaków na temat rodziny Cavendish. Była to, skoroście ciekawi, pomniejsza gałąź Hawkwoodów z Gwynneth, zhołdowana bezpośrednio Wielkiemu Księciu . Zamiast jednak siać, hodować czy łowić zajmowali się oni działalnością właściwą raczej Inżynierom – krótko rzekłszy, produkowali zbroje wspomagane. Ciekawe, prawda? Zastanawiać by się można, taka technologia w rękach malutkiego rodu… żeby jednak wilk był syty, owca cała i nikt się nie czepiał, po pierwsze – oczywiście – suweren otrzymywał swoją działkę, po drugie mieli zakaz szkolenia pilotów. Mechaników, zbrojmistrzów – jak najbardziej, ale pilotów – nigdy.  
   
Tyle o Cavendishach, dziatki. A co jeszcze uczynił przed przylotem owego Jasona don Alejandro? Wojna, wiecie, sprowadza się do dwóch rzeczy – czynisz drugiemu, co Tobie niemiłe, samemu zabezpieczywszy się. Kazał tedy diuk (jeszcze rankiem) naszym dyplomatom delikatnie wybadać, azaliż ktoś jeszcze nie wystąpił o zezwolenie na przewóz wojsk. Ano – poza naszym wpłynęły i przeszły jeszcze trzy podania. Czyje? – tego się nie udało ustalić. Ale strzeżonego, wiadomo… połączył się tedy komendant legatem Thalasem i kazał duchem przeprowadzić ćwiczenia w szybkim transporcie i rozwinięciu dla trzech flakvierlingów z załogami, w tym jednego samobieżnego. Jeden polecił wysadzić w odległym o może dwadzieścia kilometrów miasteczku, które było dla Timbroke’ów o tyle ważne, że mieściło fabrykę tudzież wstępną szkołę dla kadetów marynarki, drugi zasię oraz samobieżnika – w pałacu.  
Wykonanie tych rozkazów musiało jednak zająć kilka godzin, sprzęt był spodziewany o zmierzchu. Na razie jednak pojawił się skoczek wiozący za powiedzianego Jasona Cavendisha.
Ów musiał się niemal wpół nagiąć, by wyjść z pojazdu… w pierwszej chwili pomyślałem, że to grimson ochroniarz, chłopisko mierzyło bowiem siedem stóp z hakiem i nie ukrywało wszczepów, na ten przykład całe ramię miał metalowe… jednak odzienie i herb kazały się domyślać , iż jest to sam sir Jason.
Wątpliwości rozwiał jednak Trinidad. Ujrzawszy przybysza, wypadł z ganku jako ta bomba, mało się w kimono nie zaplątawszy… wiecie, dziatki, do noszenia takiego wdzianka trzeba mieć iście lihalański spokój, biegać w nim się nie da… Dopadłszy gościa – widać było, że się znają – nie bacząc na etykietę, z niezwyczajnym poruszeniem zasypał go pytaniami…

- Jason! Gdzie jest Varia? Askar? Ludwik? Żyją? I co Ty tu robisz?

Ines z komendantem wymienili spojrzenia… prawda, oficjalnie wiadomo było że Trinidad zadawał się z pieskiem chemicznego Faisala, jednak tu zobaczyliśmy, że znajomość owa jest wciąż aktualna, żeby nie rzec granicząca z afektem. Cavendish, najwyraźniej, znał al-Allawa również.  
Sir Jason uspokoił Manuela, odrzekł że wszyscy wzmiankowani żyją i maja się dobrze, tudzież wrócili do Znanych Światów… 
W każdym razie, przyszło do prezentacji, następnie czas było zasiąść przy herbatce i rozpocząć zwyczajowe pogaduszki o niczym, by później dopiero – jak obyczaj nakazywał – przejść do konkretów.
Konkrety owe w trakcie rozmowy nieco się zmieniły… początkowo bowiem Cavendish poszukiwał dona Alejandro czysto służbowo, by przekazać siłom korpusu hazackiego nieco produkowanych przez jego rodzinę śmiercionośnych zabawek. Konkretnie, trzysta egzemplarzy Agramów, wraz z uzbrojeniem, obsługą i kompletem części zamiennych. I bez pilotów – jakom wspomniał, ród ów miał zakaz ich szkolenia.
Ale nagle a niespodziewanie spotkał swego dobrego znajomego, Manuela Trinidad, ów znajomy miał kłopoty, na dobitek diuk nasz uznał owe kłopoty za własne… Sir Jason oświadczył tedy, iż na pokładzie okrętu który go przywiózł znajduje się, jak by to rzec… partia do prób odbiorczych. Jeśli tedy pan feldmarszałek życzy sobie owe próby przeprowadzić… nawet w walce – on sam jest do usług. Czterdzieści pancerzy takoż. Dodatkowo, rzecze, oferuje swój miecz tudzież swoje doświadczenie. 
Posiłek niedługo dobiegł końca, ze stołu zniknęła zastawa, pojawił się za to jabłecznik, fajki, cygara tudzież mapy i zdjęcia lotnicze terenu. Komendant z Cavendishem wzięli się raźno do planowania, z moją skromna pomocą, mapy z wolna jęły pokrywać się czarnymi a czerwonymi znaczkami, jak grzyby po deszczu wyrastały na nich kolorowe pinezki… 

- Tu, tu i tu są bagna. Tutaj – pola uprawne. Ten las to w rzeczywistości szkółka, nie stanowi żadnej przeszkody…
- Na ich miejscu przerzuciłbym wojska rzeką…
- Tu, tu i tu rozstawimy czujki…
- Cztery, może pięć szybkich łodzi motorowych…
- Jeśli pójdą tak, możemy zastosować manewr Cynemaahra…
- Wariant Saint-Morgana…
- Gambit simploński?
- Overkill…

 
Trinidad, lubo człek wojenny, ale w innej bo kosmicznej taktyce biegły, w pewnym momencie mruknął pod nosem „ja to tu najwyżej mogę drinki mieszać”, po czym wyszedł do sadu. Czarna Ines, obserwująca dotąd nasze poczynania z wcale nieudawanym zaciekawieniem, przeprosiła i wyszła niedługo potem – ręki nie dam sobie uciąć, ale najwyraźniej za Manuelem… A czego chciała, spytacie? Jakbym miał zgadywać – ostrożnie a dyplmatycznie wyciągnąć informacje o pewnej wspólnej znajomej jego i dona Alejandro…
Czy i ile się dowiedziała – nie sadzicie chyba, że śmiałem pytać… w każdym razie minęła jeszcze godzina a sam diuk zarządził przerwę, zwłaszcza że zbliżała się pora wieczornego posiłku, po czym z pokerową miną udał się do sadu jabłonnego. 
Tak, wrócił z Czarną Ines… nie, bez głowy Trinidada w wolnej ręce, nie bądź głupi. Niby za co? I uważaj, co odpowiesz, byś nie obraził pamięci Ines – lub mojego komendanta…

Po kolacji na stół powróciły mapy, Ineza opuściła nasze towarzystwo i udała się z pozostałymi urodzonymi mieszkankami dworzyszcza na wspólne, rytualne wręcz obieranie jabłek. I ploteczki, a jakże. My zasię wróciliśmy do planowania, słońce już zaszło, ukarskie pelotki zapewne były w drodze… i tu powinienem zakończyć…
Co? Gdzie suspens, pytacie? Że niby co, ktoś nam granat na stół wrzucił? Ech…
Niech będzie. Otóż, dziatki, poprzedzany brzękiem tłuczonego okna, dokładnie pośrodku stołu z mapami wylądował granat. Hawkwoodzki, zaczepny, wzoru 4822…  





Komentuj (0)


Link :: 20.05.2009 :: 15:03
3 IV 5004

Sen zabitego boga cz. 1

Drużyna Nowa Wewnątrztygodniowa

Stan Saidy pogarsza się wykładniczo. Ascendent, który postanowił uczynić ją swoim naczyniem ponawia wysiłki zapanowania nad jej śpiącym ciałem i doprowadza to do śmierci zakonniczki z Bractwa pełniącej przy niej warte. Opanowana Saida pisze jej krwią na podłodze „Jam jest naczynie Jednookiego, Dzierżącego Włócznie Zabójcy Słońca”
Badania doprowadzają Varie i Ludwika do wniosku, że dalsze pogarszanie się jej stanu może zagrozić flocie a nawet planecie. Pozawalają odprowadzić ją do celi, ma jej towarzyszyć Ludwik, podczas gdy Varia rozpocznie przygotowania do wyprawy. W trakcie konwojowania ukarki dochodzi do jeszcze jednej próby jej przejęcia. Ludwik reaguje szybko i sprowadza na Saidę Ciszę, odcinając ja od ascendentu.
W tym czasie Varia rozmawia najpierw z Bractwem a następnie z przedstawicielem Instytutu Phavian. Ten drugi informuje ją, że planeta która Saida widzi w swoich wizjach znajduje się na terenie Imperium i kieruje ja do Witalistów któryż utrzymują szerokie kontakty z kapłanami Ra.
W między czasie do bohaterów dołącza ukar Korrath z klanu Trak, znajomy Varii z odległej przeszłości, w jakiś dziwny sposób złączony z wizją Saidy.
Rankiem odbywa się przesłuchanie z udziałem psychiatry. Saida zostaje uznana za poczytalną, lecz jej sprawa zostaje przekazana pod jurysdykcje odpowiednich władz kościelnych. Decyzja admirała Al-Allawa, będzie ona eskortowana na pokładzie Błogosławionego Allawa przez Varie, Ludwika i Korratha.
Bohaterowie okrętują się na Allawa i lecą na planetę na spotkanie z Witalistami. Tam otrzymują listy polecające do kapłanów Ra na terenie Imperium. W miedzy czasie umawiają się na audiencję z Tharris – córką Boga-Imperatora. Przed spotkaniem robią ostatnie zakupy na planecie i opuszczają atmosferę.
Na audiencji otrzymują pozwolenie na podróżowanie po planetach Imperium otrzymują też berło wskazujące, że są osobistymi gośćmi Wnuczki Boga.
Na koniec próbują psychoaktywnego narkotyku. W odurzeniu widzą swą przyszłość


Komentuj (0)


Link :: 26.05.2009 :: 19:59

12,13 V 5004

Cierpki smak zemsty cz.3 –  Pierwsza krew

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Jakom wspomniał ostatnio, dziatki, nasze wspólne planowanie przerwał brzęk tłuczonej szyby tudzież granat, któren wylądował na środku stołu. Jeden rzut oka pozwolił go rozpoznać, drugi – stwierdzić brak zawleczki… pamięć mignęła jeszcze wspomnieniem zajęć z Akademii, przypomniała o stu sześciu metrach grubego, ponacinanego stalowego drutu, owiniętego wokół trzech uncji RDX… trzeciego rzutu oka już nie było, komendant huknął „pod stół!”, obecni nie dali się prosić, cała szóstka dała nura, pieprznęło, wywalając resztę okien… Gdy wreszcie przestało dzwonić w uszach, prawie wszyscy mieli już w garści broń… prawie, gdyż gospodarz schylał się odrobinę za wolno i oberwał w ramię paroma odłamkami. Kamerdyner zasię, który niósł nam karafkę brandy, nie schylił się wcale…
Cavendish pomógł wyjść, a raczej wypełznąć Timbroke’owi, wszyscy ruszyliśmy do wyjścia, czując że zaraz mogą polecieć kolejne granaty. Komendantowi dało to czas na skorzystanie z komunikatora… którego sygnał był zakłócany na wszystkich pasmach. Tachion natomiast działał, jedyne co dało się zrobić to połączyć z „Pasem Oriona” – kazał tedy nasz diuk desantować na dół Marines, tudzież obserwować pole bitwy… właśnie – jakiej bitwy? Nie mieliśmy bladego pojęcia, co się działo na zewnątrz – czy Kajdaniarzom udało się podejść tak blisko większymi siłami, czy był to tylko wjazd specgrupy.
Na razie jednak – do kuchni… Jakom wspomniał, było nas sześciu, Timbroke, Trinidad, Cavendish, nas dwóch tudzież ukar ze straży honorowej diuka. A przeciwnik… nie pokazywał się.
To znaczy, nie pokazał się żaden człowiek. Tu nadleciały z ciemności przez wybite okno dwa bełty z kusz, tam o mało nie wleźliśmy w minę kierunkową… ale trzeba było do kuchni. Jakby się kto głupio pytał, ostatnio znajdowały się tan żona i synowa sir Jamesa tudzież Czarna Ines…
…a ilość pułapek postawiona na drodze do kuchni zdradzała, że nieproszeni goście mogą tam być przed nami. 
I to nie tylko pułapek. Zza kolejnego zaułka wyskoczył na nas golem… wiecie, pajączek, wielkości sporego psa, z wieżyczką przyczepioną na grzbiecie, prymitywny ale zabójczo skuteczny. Z miejsca otworzył ogień do stojących najbliżej dona Alejandro i Jasona, ci przykleili się od ścian, odpowiedzieli ogniem, jam tez strzelił gdy odsłonili mi pole… a potem Manuel, do którego nie strzelał zgoła nikt, zapalił się…
Jeden Cavendish nie zwrócił na to uwagi, skoczył, lądując całą swoją masą na golemie, wprasował go w podłogę… i sam mało nie został wbity w sufit, bowiem uruchomił samolikwidator maszyny. Reszta zasię zwróciła oczy ku Trinidadowi, który płonął… dziatki, gorzał jak dobrze podlany ka, równie głośno wył, komendant w pierwszym odruchu chwycił z pobliskiej komódki wazon, który cudem jakowymś przetrwał strzelaninę, chlusnął… 
Nie uniosła się ani odrobinka pary, woda uczyniła mokrą plamę na podłodze, kropelki osiadły też na Kalinthi, który płonął dalej, widać było jak czernieje i pęka mu skóra, jak zwęglają się palce… don Alejandro popatrzył nań osobliwie, z ucha spłynęła mu strużka krwi… płomień przybladł, przygasł, nietknięty Trinidad podniósł się z podłogi…
Nie był to zwykły ogień, dziatki, jakby się kto pytał. Jam sam był nieraz świadkiem, jak komendantowi to czy owo z mocami nadprzyrodzonymi nie wyszło, czasem dobrze że Hieronim był pod ręką… jednak u niego odbywało się to, rzec by można , wewnętrznie. Trinidad zajął się bardziej spektakularnie, szczęśliwie don Alejandro zorientował się i snadź pospieszył z okultystycznym już kubłem wody. 
Ruszyliśmy dalej, zwłaszcza że spojrzenie mego pana lennego nabierało cech owej ponurej determinacji, która miała brzydki zwyczaj przeszkadzać w myśleniu…
Po drodze do kuchni niespodzianek było już niewiele, jeśli nie liczyć trzech przylepionych do ścian min kierunkowych. Były to jednak słabe ładunki, Cavendish zdjął je z pistoletu, tak zręcznie że gdyby nie sytuacja to brawo bić… i byliśmy na miejscu. Nikt nawet nie zauważył, że zgubiliśmy po drodze Manuela…
Pierwszym widokiem były ciała… jedna służąca z przestrzeloną głową, druga oraz ochmistrzyni na pierwszy rzut oka całe, ale leżące bez ruchu. Cavendish przyklęknął przy jednej, a don Alejandro nie popatrzywszy nawet pod nogi wybiegł kuchennymi drzwiami z dworu. Za progiem była kolejna mina kierunkowa…
Jużem zmartwiał, gdy z hukiem poleciał w powietrze, przeleciał chyba dwadzieścia stóp i spadł na ziemię. W półmroku zdawał się jednak, iż wciąż posiada ręce, nogi i głowę, fizycznie w każdym razie… wtedy właśnie podniósł się, przy czym zauważyłem że nie wypuścił z rąk ostrza ani rewolweru – i popędził dalej. Żeby nie tarcza, dziatki, i to nie byle jaka, już by było po diuku…
Skoro przetarł już drogę, razem z owym Ukarem poszliśmy w jego ślady, zostawiając Cavendisha przy kobietach. I wtedy właśnie pieprznęło coś w kuchni…
Sir Jason wybiegł jednak na własnych nogach… jeśli można tak to ująć, zajuszony od stóp do głów, osmolony… nie było jednak czasu na pytania, ujrzeliśmy bowiem nowe niezwykłe zjawisko. Znalazł się Manuel…
Wisiał sobie na może dziesięciu metrach dzięki wielkim, ptasim skrzydłom, które wyrastały mu z pleców. A widoczny był w mroku doskonale dzięki wielkiej kuli płomieni, w środku której się znajdował. Pod nim na ziemi leżał płonący trup ze szczątkami miotacza ognia na plecach, dalej z przodu zasię biegło sześć postaci. Nawet z dystansu było widać, że trzy z nich to niewiasty i są popędzane przez pozostałą trójkę… 
Don Alejandro schylił się i popędził w tamtą stronę, licząc że półmrok tudzież rzucający się w oczy Trinidad pozwolą mu się podkraść na odległość ostrza. Pobiegłem za nim, z natury wolniej, starając się również nie czynić za dużo hałasu, za mną zasię ruszył Ukar.
Prawie się udało, zwłaszcza że w połowie włosy jednego z tamtych nagle zajęły się ogniem… prawie… już, zdawało się, jeden skok komendanta i jego miecz sięgnie celu, gdy ostatni z Kajdaniarzy – tak, teraz było widać emblematy – odwrócił się i przystawił Ines pistolet do głowy, zasłoniwszy się nią wprzódy… to samo zrobił ten, który wiódł lady Mathildę. Trzeci za bardzo był zajęty gaszeniem płonącego łba.
Nastąpił suspens bardzo nerwowy, w czasie którego podbiegliśmy nieco bliżej… przerwała go Clara, która niespodziewanie podniosła gnata upuszczonego przez palącego się najemnika – i odstrzeliła łeb temu, który trzymał jej teściową. A ten, który trzymał Ines, nacisnął spust… 
Nawet kajdaniarska broń potrafi się zaciąć w nieodpowiednim momencie. Rzuć broń, powiada komendant. Wy rzućcie, odrzecze ten nędznik, inaczej zginą wszystkie trzy… i nawet w kiepskim świetle było widać – skurwysyn nie łgał bynajmniej…
Ineza pomacała się po plecach, potem odwróciła, pokazując coś przymocowane nieco wyżej krzyża. Komendant aż syknął, ja tudzież – cóż, dziatki, niewielka mina kierunkowa. Zapewne przystosowana do kilku metod zdalnego odpalenia. Takie same tkwiły na plecach obu dam Timbroke. 
Sytuacja zrobiła się, mówiąc delikatnie, patowa. Kajdaniarz powtórzył raz jeszcze – albo odjadą wolno, albo zginą wszystkie trzy. Z zarośli wyszło jeszcze czterech czy pięciu, z wymierzoną bronią, rozstawili się w bezpiecznej odległości…
Ines odzyskała nieco rezon, najpierw popatrzyła na komendanta… jakby chcąc upewnić się, że ów niczego głupiego nie uczyni, powiedziała cicho coś, czegom nie usłyszał, następnie zwróciła się do porywaczy i poprosiła o połączenie z Denverem Summervale.
Pogodziła się snadź z tym, co nam jeszcze nie chciało do łbów dojść – że wygrali to starcie. Przeszli przez ochronę jak za przeproszeniem gówno przez gęś, mieli dobry plan i wykonali go, zrobili nas jak chcieli, a teraz mogli dyktować warunki.
Nie zamierzała tedy negocjować uwolnienia. Połączywszy się, zapytała czy – jako że jest w ręku szlachcica – może, ona i towarzyszki, liczyć na względy należne jej stanowi. Oczywiście, odrzecze Denver z komunikatora (tak, chciała by wszyscy usłyszeli), będą traktowane jak damy wysokiego rodu. On, Denver Summervale, daje na to szlacheckie słowo honoru.
I ledwie te słowa przebrzmiały, ładunek na plecach Czarnej Ines eksplodował…
Padła bezwładnie, jako ta szmaciana laleczka. Jeszcze ciało jej nie dotknęło ziemi, a komendant miał miecz w garści, wszyscy zasię sięgnęli po broń. Ci dwaj najbliżej skierowali broń w diuka, zdążyli nawet wystrzelić, zanim ich obu wręcz poćwiartował… W tej samej chwili wybuchły pozostałe dwie miny. 
I tamci wiedzieli, że żadnego pardonu być nie może. Nikt nie myślał żeby choć jednego żywcem wziąć. Każdy z tych pod zaroślami dostał po kilka kul, a gdy już leżeli ale ruszali się jeszcze – dla pewności jeszcze po kilkanaście. Samochód którym mieli odjechać dostał granatem, rannego kierowcę który zdołał się wyczołgać z płonącego wraka wrzucono doń z powrotem… a potem, niestety, nie było już kogo zabić.
Don Alejandro, zabiwszy dwóch tych dwóch najbliżej, rzucił broń precz i przypadł do leżącej Inezy, wołając o nosze i sanitariusza. W pierwszym odruchu myślałem że ją porwie na ręce i poniesie, ale mimo poruszenia rozumiał snadź że w ten sposób dokończyłby, co Summervale zaczął.  
Cavendish kazał sobie podciągnąć mundur i otworzyć skrytkę, jaką miał w plecach… Wszechstwórco, iście więcej było w nim golema niźli ciała… dość że taił tam strzykawki z eliksirem, które normalnie były połączone z własnymi jego wszczepami… teraz zasię każda z rannych dostała po dwie szpryce. Następnie sir Jason wyjął komunikator (kajdaniarski zagłuszacz spłonął razem z samochodem, jakby się kto pytał) i, dokonawszy szybkiej kalkulacji, połączył się ze szpitalem w stolicy, kazał przysłać skoczek. Co miało nastąpić za czterdzieści minut. Aż czterdzieści.
Znacznie szybciej pojawili się sanitariusze, z wielką ostrożnością zawinęli wszystkie trzy damy w kajdaniarskie żelazne prześcieradła… tak, wiem że to ekwipunek do porwań zasadniczo, ale do przeniesienia kogoś ze strzaskanym kręgosłupem jak znalazł – i ponieśli. 
Manuel wylądował, schował skrzydła, podszedł do komendanta, który nie odstępował zawiniętej Inezy na krok i jeszcze nie schował zbroczonego ostrza. Zanim jednak przemówił, Cavendish podniósł komunikator zaszlachtowanego Kajdaniarza i wybrał ostatnie połączenie. Tak, zgłosił się Summervale. I tu sir Jason, lubo dotąd z głową postępował, dał się ponieść i głupotę uczynił. Pamiętasz Kazav, zasrańcu? - zapytał. Pamiętasz Kazav, wyskrobku, śmierdzielu? – dodał, jakby raz było za mało. To sobie lepiej przypomnij, podsumował i rozłączył.
Ale mu dogadał, co, moiściewy? Pojechał jak Decados po dachu stodoły… tłumacząc na język wojskowy, oto, co przekazał – „panie Summervale, zamierzam zaatakować pańskie pułki kajdaniarskie za pomocą oddziału pancerzy wspomaganych typu Agram”. Czyli – proszę spokojnie i bez pośpiechu wykopać wilcze doły, rozciągnąć potykacze, rozstawić drużyny przeciwpancerne. Cavendish, wiecie, kochał i wierzył w swoje zabawki… a jutro, jak będzie chwila czasu, pokażę wam na dziedzińcu jak we czterech można przewrócić Agrama dyszlem od wozu…

Trinidad natomiast podszedł od dona Alejandro, że mówił cicho to żem nie dosłyszał… w każdym razie komendant zrazu słuchał z pustym wzrokiem, potem uczynił gest – i zamiast do medlabu, sanitariusze ponieśli Inezę do świetlicy. Do środka wszedł jeszcze tylko on sam z Trinidadem, noszowych precz wygnał, mnie samemu powiedział tylko – nikt nie może wejść. I zatrzasnął drzwi.
Gdy tedy po chwili zjawił się medyk i zapytał o markizę, powtórzyłem słowa diuka – nikt nie może wejść. I, pamiętając jego spojrzenie, dodałem – jeśli wam życie miłe…

Bezwładną Ines złożono na dębowym stole. U wezgłowia stanął Manuel, recytując bezgłośnie modlitwę. Ponownie z jego pleców wyłoniły się śnieżnobiałe skrzydła, układając się w osobliwą kopułę nad nieruchomym ciałem Hazatki. Trinidad rozłożył ramiona, spod przymkniętych powiek spłynęły krwawe łzy.
Siedzący po drugiej stronie Alejandro spoglądał na scenę niewidzącym wzrokiem. Obie dłonie zaplótł na rękojeści trzymanego między kolanami miecza. Mięśnie ramion drgały, jakby w każdej chwili miał uderzyć…


Jak mi tedy kazano, stanąłem przy drzwiach, nikogo nie puszczając. Równocześnie docierały do mnie meldunki… na przykład taki, że lądownik wiozący naszych marines został zawrócony – cóż, nie wystąpiliśmy o stosowne pozwolenie. Kazałem się też powiadamiać o stanie żony i synowej sir Jamesa. Z jednej strony eliksir swoje zrobił, z drugiej – rany u obu były poważne. I wtedy otworzyły się drzwi świetlicy…
Wyszedł z nich książę Trinidad, blady, bezkrwisty. Kazał się z miejsca wieść do dwóch pozostałych niewiast. Wtedy dopiero pozwoliłem sobie zajrzeć… 
Czarna Ines leżała pośrodku stołu, tak jak ją niedawno tam złożono. Don Alejandro siedział na stołku u wezgłowia. Jedną dłoń miał wciąż zaciśniętą na mieczu, głęboko wbitym w podłogę. Kamienną, dodajmy. Drugą gładził jej czarne loki. Komora stazy leżała tak jak ją na początku rozwinął, pusta. Natomiast sama markiza…
Odzienie na jej krzyżu było wciąż poszarpane wybuchem. Natomiast, dziatki, w miejscu, w którym dwie litanie temu ziała krwawa rana, widniała jeno gładka, nienaruszona skóra. A plecy unosiły się w miarowym oddechu.
Stałem jak głupi, jak kiedyś dawno, wiele lat wcześniej i na innej planecie, patrząc na inną drogą mi niewiastę – rad że żyje, a jednocześnie nie ośmielając się postąpić kroku. Po chwili pojawił się Trinidad, przeprosił i zapytał diuka, azaliż może skorzystać z jego komory stazy. Komendant wbrew pozorom kontaktował, zgodził się bez niczego…
Widzicie, dziatki, czasem lżej rannego trzeba otoczyć większą opieką niż tego w gorszym stanie. Czegom wtedy jeszcze nie wiedział, lady Mathilda cięższe obrażenia odniosła niźli lady Clara… tedy, co zrazu może zabrzmieć paradoksalnie, właśnie tą drugą ulokowano w komorze stazy. Żeby nie było, nad obiema Manuel modlił się długo, zanosił błagania pod stopy Wszechstwórcy, że było więcej świadków wiem że wszelakich starań dołożył – aliści gdy skoczek Aptekarzy przyleciał, to młodszej większe szanse dawano.
Na wspomniany skoczek załadowano tedy Inezę, tudzież lady Clarę i Mathildę. Poleciał też sir James… takoż, wydawszy wprzódy rozkazy, wsiadł na pokład książę Corrinho. Mnie kazał zostać na posterunku, widać było że się łamie, między powinnością a uczuciem, że jeszcze chwila a to mnie wyśle by samemu zostać – ale poleciał.
Dwór zasię zaczynał przypominać oblężoną twierdzę… tylko czemu dopiero teraz? Pojawiło się dwustu kwarcianych z najbliższej jednostki Timbroke’ów, za kilka godzin mieli też być wynajęci przez Trinidada Kajdaniarze. Skoczek przywiózł też wreszcie śmiercionośną zabawkę Ukarów – samobieżne działo przeciwlotnicze, zdolne w sekundę wyekspediować trzydzieści funtów odłamkowych pocisków.
Nocny atak kosztował nas, poza zamordowaną ochmistrzynią i trojgiem służących, siedmiu ludzi sir Jamesa tudzież dwóch komendantowych Ukarów. Co nie obejmowało, oczywiście, wiezionych właśnie do szpitala niewiast. 
Don Alejandro nie pozbawił się jednak łączności z nami… to znaczy, niemal się pozbawił, jeno jego przyboczny był bardziej przewidujący i zabrał do skoczka spory wyświetlacz taktyczny, dający się podłączyć do komunikatora. Dzięki temu diuk mógł na bieżąco śledzić wydarzenia we dworze.
Niemniej, nie wydarzyło się nic. Jakom wspomniał, tamci spróbowali wejścia specgrupą – i udało im się. Teraz zasię czekali na nasz ruch. Najlepiej nieprzemyślany. Raczej nie planowali powtórki – wiecie, dobrze wiedzieli że nie da się, za przeproszeniem dam, nasz… ekhem, wejść do tej samej rzeki.

A cóż w szpitalu, zapytacie? Jam, oczywiście, nie śmiał komendanta ciągłymi połączeniami nękać… czyniłem to z Ravhem, jego przybocznym. Niby widziałem, co uczynił Trinidad, że rany się zasklepiły – ale to nie wystarczało, to raz, dwa, że więcej niepokoju budził stan obu dam Timbroke. W każdym razie, po szóstym może szturchnięciu odebrał sam diuk i potwierdził, iż z Inezą ponoć wszystko w porządku, zaraz go do niej puszczą, natomiast lady Clara i Mathilda wciąż są operowane. 
Wiadomość owa, co zrozumiałe, lubo pomyślna, nie rozwiała jeszcze ciężkiej atmosfery wiszącej nad dworem. Czekaliśmy na następne – komendant zapowiedział, że zostanie czas pewien, przynajmniej do końca obu operacji. 
Dowiedziałem się później, że rozmówił się z Inezą i – zapewne nie bez oporu – zadecydował, że póki co winna wrócić na jacht. Siedział u niej jeszcze, gdy przyszła wiadomość o pomyślnym zakończeniu operacji lady Clary. 
Potem pożegnał się z Ines i wrócił do sir Jamesa. Był tam, gdy przyszli Aptekarze powiadomić barona o śmierci żony.

Jak nam potem opowiadał przyciśnięty Ravh, atmosfera w skoczku wracającym do rezydencji była ciężka jak chmury nad B2. Obaj panowie przesiedzieli lot cały w ponurym milczeniu, don Alejandro wiedzący, że nie ma słów mogących dać pociechę, Timbroke zaś żujący coś, rozważający rzecz zgoła niedobrą… komendant wiercił go wzrokiem raz po raz, ale odgadnąć myśli nie potrafił…
W końcu dolecieli, a dobrze rano już było, skoczek wylądował, wysiedli… Jam jeszcze na nogach się trzymał, Cavendish takoż, jeno Trinidad zmordowany nocą wczorajszą jeszcze spał. 
Timbroke, ledwie nogę na twardym gruncie postawił, kazał wołać do siebie dowódcę swych zbrojnych. I wtedy mojemu diukowi – widziałem to – klapka się otworzyła, poszedł za gospodarzem krokiem pozornie spokojnym, ułapił w drzwiach, coś klarować zaczął… rozmawiali minut może dziesięć, a o czym? Dowiedziałem się później, a i to przypadkiem – wiecie, komendant nie lubił się chwalić… że odwiódł barona od zamiaru wydania Manuela w łapy Summervale’a.
Zamiaru, dodajmy, mało realnego do wykonania, na miejscu byli już Kajdaniarze Trinidada, niemniej niechby jedna kula w tym konflikcie poleciała, jeden trup padł – za nim poszłoby wiele następnych. To by dopiero mieli ubaw po pachy, Summervale z markizą Stronenberg.
W każdym razie baron kazał obudzić dona Manuela. Ów pojawił się poniewczasie, nieświadom sytuacji - i zaprezentował się fatalnie. Zszedł bowiem z pięterka przeciągając się i ziewając szkaradnie. Oczywiście, nikt nie zaprzeczy że po walce tudzież zapasach ze śmiercią, której wyrwał z kościstych paluchów dwie dusze, miał prawo do snu. Niestety, takiego właśnie ujrzał Timbroke. Uśmiechniętego – wszak o niczym nie wiedział. Oj, już pomyślałem że krew się poleje, baron jednakże zacisnął zęby…

- Książę, wypowiadam ci gościnę. Masz dwanaście godzin na opuszczenie mych ziem.

Wyrzekłszy te słowa, wszedł do dworu i zamknął się w gabinecie. Trinidad zrazu stał jak obuchem uderzony, potem pospieszył do komendanta i sir Jasona, pytać o przyczyny. Komendant opowiadał, niezbyt długo, a w trakcie słuchania oblicze dona Manuela powoli przechodziło w odcień wiśniowy. Obu jego rozmówcom nie uszła ta przemiana, jęli go hamować, zrazu się wysapał, kazał wołać kapitana swoich Kajdaniarzy by odebrać oficjalnie służbę i wydać rozkazy. Zajęło to może pół godziny, po czym pojawił się rękodajny barona i oświadczył, że żołnierze księcia Trinidada mają niezwłocznie opuścić ziemie Timbroke… Tego już Manuel nie wytrzymał i szybkim krokiem, zaciskając pięści, wszedł do dworu szukając barona.

Jak się zapewne domyślacie, nie była to przyjazna rozmowa. Zaczęła się od oświadczenia Trinidada, że jeśli nie zostanie wpuszczony do gabinetu, to wejdzie z drzwiami. Dał się słyszeć odgłos przekręcanego klucza, trzaśnięcie zamykanych ponownie drzwi, a potem głównie krzyki…  
Co, że podsłuchiwałem? Trudno było nie słyszeć, tak się na siebie nieobyczajnie darli, a okno nie było domknięte. Oczywiście, wszystko do człeka i tak nie docierało, tylko to najgłośniejsze – a więc z początku „wynoś się!” w wykonaniu barona tudzież „co ty wiesz o teurgii” Manuela… w pewnej chwili rozległ się brzęk bitego szkła – chyba na wpół opróżnionej butelki whisky, acz w tym harmidrze nie byłem pewien, potem coś jak plask policzka, Timbroke zakrzyknął o straż, pchnęli się też w tamtą stronę ochroniarze Trinidada, zakotłowało się chwilę przy drzwiach, w gabinecie dla odmiany ucichło… to znaczy, kłótni nie zaprzestali, jeno już nie tak głośno. Na zewnątrz, że wołanie o straż się nie powtórzyło, też zrobiło się spokojniej. Jeszcze kilkanaście minut i z gabinetu wyszedł Manuel, z twarzą tak zaciętą a purpurową, że nikt mu nie śmiał w drogę wejść. 
Niedługo później pojawił się i gospodarz. Woniało od niego okrutnie alkoholem, ale trzymał się prosto, a wzrok miał niepokojąco trzeźwy. Poszukał wzrokiem i odnalazł dona Alejandro. Głosem już spokojnym…

- Książę, cofam pozwolenie na ćwiczenia legionu cesarskiego na moich ziemiach.
- Rzekłeś, panie baronie.
- Równocześnie, jako że przybyłeś panie w towarzystwie persona non grata, jestem zmuszony prosić także waszą mość o opuszczenie moich włości.

… i nie uchybiając tym razem obyczajom, wyprosił nas, tudzież Cavendisha. Komendantowi ani mięsień nie drgnął, kiwnął głową jeno.
Bo, prawda, co nas tu trzymało? Ani on nam był brat, ani swat, wyrzucił Manuela wobec którego diuk miał dług, Inezie ani strupek po ranie nie pozostał – co nas tu trzymało? 
Oczywiście, że to sarkazm, dziecko. Zostawić niedokończoną robotę, niewyrównane rachunki – i to mając ku temu stosowne środki? Że nie wspomnę o fakcie, że sprawa była honorowa…
Tak tedy komendant oświadczył, że uczyni zadość życzeniu sir Jamesa Timbroke, prosi jednak pierwej o rozmowę w cztery oczy. Ten machnął ręką na granicy dobrego wychowania, zaprosił diuka do gabinetu…
Pamiętacie, jakem mówił raz że z mego pana lennego za przeproszeniem dupa była, nie negocjator? Sam, nie ukrywam, skrycie wyrzucałem mu że Ineza, która mogłaby sprawę zażegnać, była na orbicie… ale, dziatki, przyszło mi się w piersi bić…
Rozmowa przebiegała o wiele ciszej niż poprzednia, aliści od czasu do czasu dał się słyszeć głos podniesiony. Raz nawet baron krzyknął wcale donośnie „Nie jesteśmy Trinidadami!”, ale to było jedyne co przez okno przeniknęło. Minęło jeszcze z dziesięć minut, po raz kolejny w tym dniu rozległ się odgłos bitego szkła, jednak – tym razem byłem pewien – szklanek. Z gabinetu wyszedł następnie don Alejandro, z miną tradycyjnie pokerową, przez którą jednak przebijało zadowolenie.
Skierował się w miejsce, gdzie siedział Cavendish tudzież częściowo uspokojony już Trinidad. Wyjaśnił, że baron odwołał swoją decyzję i ponownie wyraził zgodę na ćwiczenia Cesarskich – jednak pod warunkiem. Manuel ma opuścić jego ziemie. Ta kondycja zdaje się nieodwołalna, powiada, ufa jednak że jego książęca mość przychyli się – dla dobra rodziny Trinidad. 
To, nie powiem, było ładnie powiedziane. Don Manuel zrozumiał rację i przystał. Zwłaszcza że jego udział w dalszych zmaganiach wcale nie wymagał działań z ziem Timbroke’ów. Jednakże należało się spieszyć z decyzjami – kłótnia z panem tego domu kosztowała Trinidada skrócenie ultimatum do godzin trzech.

Co wstępnie postanowiono – Manuel weźmie kilkunastu Kajdaniarzy tudzież swoją ochronę i poleci do stolicy. Reszta batalionu, która nie miała dość czasu na opuszczenie włości w terminie, uczyni to pod kordonem. A potem będziemy radzić, co dalej.
Żeby zapewnić dodatkową ochronę Trinidadowi, don Alejandro wykonał kolejne połączenie do znanego nam już legata Thalasa. O, bynajmniej nie zamierzał przydzielać Cesarskich do zadań nie przewidzianych regulaminem… jeno polecił wybrać kilkudziesięciu i udzielić im kilkudniowych przepustek. Ot, żeby w razie kłopotów byli w pobliżu. 
Tak się też stało. Ledwie skoczek Manuela zniknął za widnokręgiem, komendant udał się na zasłużony odpoczynek, mnie samemu polecając uczynić to samo – przypominam, obaj byliśmy na nogach od zeszłego dnia…
Sześć godzin snu plus siódma dla urody – tedy ja spałem siedem, on jedną mniej. Pytasz, dlaczego położyliśmy się tak beztrosko? Ludzie Summervale’a mieli, przypominam, mnóstwo czasu. markiza Stronenberg mogła ich opłacić na miesiąc, jeśli nie dwa. Mogli sobie pozwolić na czekanie na nasz ruch. A my – na sen.
Gdym się obudził, a zbliżał się powoli wieczór, przyleciała zmiana straży przybocznej Alejandro. Tym razem, ze względu na wydarzenia przeszłe, w sile trzydziestu chłopa i pod dowództwem kapitana. Wspominam o tym, gdyż ów kapitan dorzucił do tej wojenki wcale sporą siłę. Otóż, rozmówiwszy się z ojem Corrinho przy butelce ichniego bimbru wyjawił, że jest na planecie sporo ukarów dla których zabrakło miejsca w formowanych legionach – i bardzo z tego powodu nieszczęśliwych. Do tych, powiada, on podjąłby się dotrzeć w ciągu doby-dwóch… naturalnie, żeby nie było że feldmarszałek cesarski w tym palce macza, oficjalnie wynająłby ich baron Timbroke. Komendant miałby jeno – co przyrzekł – po wszystkim wcielić owych Ukarów oficjalnie do swego wojska. I tak też, uprzedzając fakty, uczynił. W wojnie liczył się każdy miecz, a jedynym problemem byłaby kadra dla nowego pułku – i to teoretycznym, wszak Hazaci kethkordyjscy wiedzieli jak z ukarami postępować i byli zdolni wpoić im stosowna karność.

Ale dość dygresyj. Z uwagi na pewną fazę stagnacji w konflikcie oraz fakt, że przejście wojsk Kajdaniarzy od Mattworthów do nas zajęłoby kilkanaście godzin, zaś lot na orbitę – pół, don Alejandro pozwolił sobie… cóż, dziatki, ulec swojej ukochanej słabości. Czyli poleciał na „Pas Oriona”.
Poza tym, wszak nie zostawiał wszystkiego samopas, zostałem bowiem ja, Cavendish, który zaczął powoli ściągać i montować swoje Agramy, wreszcie przecież wojska Timbroke’ów. 
Na odchodnym wybrał wśród swej nowej straży Ukara, któren umiał się obchodzić z pancerzem wspomaganym – i kazał mu przyodziać Okruch Światła, a w razie walki – również Nataszkę. Zadowolonemu jak dzieciak na Hombora wojakowi rzekł tylko – zepsujesz, a potrącę z żołdu. Po jego odlocie zaś Kor, szef mechaników, dorzucił – zepsujesz Nataszkę, a potrąci ci matka chrzestna… 
Wieczór i większość nocy upłynęła tedy na niezbyt nerwowych przygotowaniach, mechanicy Cavendisha montowali kolejne Agramy, on sam wraz ze mną rozważył jeszcze kilka planów, bardziej jednak taktycznych. Don Manuel raz po raz kontaktował się z nami, informując co wypatrzyły sensory jego krążownika u Mattworthów i na – zasługiwał powoli na tę nazwę - froncie, jednak przekazywał niezmiennie że na zachodzie bez zmian. Komendant natomiast, czemu się w sumie nie dziwiłem, nie odzywał się – w razie ważnego wydarzenia, łączność z jego komunikatorem miałem ja.
Dopiero bladym świtem, gdy już zmęczenie zaczynało dawać się we znaki, odezwał się po raz kolejny Trinidad. Próbował, powiada, połączyć się z diukiem Corrinho na orbicie, komunikator jednakże milczy, a sprawa jest istotna. Dla nas też, tedy puści rozmowę na trzy komunikatory. Czy tedy don Vega… cóż, ufałem że Trinidad nie koloryzował, westchnąwszy głęboko połączyłem się z diukiem – wiecie, nawet gdy przełączał w tryb prywatny, musiało być awaryjne dojście doń…
I tak odebrał dopiero za trzecim razem. Patrzyliśmy wraz z Cavendishem w mój komunikator, ekran był podzielony, na jednej części widniało oblicze Trinindada, na drugiej zasię nie było obrazu. Niewidoczny don Alejandro zapytał uprzejmie, czemu zawdzięcza rozmowę. Książę, rzecze Trinidad, mam dla pana propozycję. Chciałbym coś pokazać – jednak pod warunkiem, że nie będziesz, don Corrinho, zadawał żadnych pytań, tudzież dochowasz tajemnicy. Komendant zgodził się, po czym na miejscu twarzy Trinidada ukazała się inna, nieruchoma. Też dobrze znana, należała bowiem do Syneculli. Którego odcięta głowa pływała w słoju z okowitą.
I cóż powiesz, książę? – pyta Trinidad. Wszak obiecałem nie pytać, rzecze komendant… Komentarz może jakiś? Cóż mogę rzec, powiada don Alejandro, to już dwoje…
Dwoje maczających łapy w Traktacie Marsjańskim, oczywiście. Trinidad trawił respons trochę długo, nastąpiła chwila ciszy, w której dał się słyszeć szelest delikatny - rozpoznałem nieomylnie pościel jedwabną – i głos Inezy:
 
-Za to ja zapytam… będziesz książę skłonny ujawnić szczegóły?

 -Chętnie, pani, ale pozwól utrzymać jeszcze rzecz w sekrecie... Zresztą, tajemnica to moje drugie imię, chciałbym aby brali to Państwo pod uwagę... mam swoje powody i wiem kiedy o czymś opowiedzieć, a kiedy dać zaledwie przedsmak. Niestety, nie wszystkim to odpowiada…

… zakończył Trinidad z pewnym smutkiem. Włączył się natomiast Cavendish i poprosił, by diuk zechciał niedługo zjawić się z powrotem na planecie, bowiem pojawiły się nowe aspekty… w tle rozległo się nie za dobrze stłumione, poirytowane westchnienie niewieście, po chwili ciszy zasię diuk oznajmił, ze będzie za godzin dwie. 
 
Jak przyobiecał, tak uczynił, zjawił się po owych dwóch godzinach. W sam czas, gdyż Cavendish właśnie ukuł nowy plan, o wiele bardziej trzymający się kupy niźli ten z szarżą Agramów na dwór Mattworth… co, nie wspomniałem? Bo i nie było o czym… po pięciu minutach argumentacji komendanta Cavendish mapę podarł z taką miną, że zastanawiałem się czy i nie zje… 
Teraz zamierzał jednak wykorzystać inne możliwości a prerogatywy… pamiętajcie, że Mattworth był jedynie zakładnikiem, pionkiem… o czym wiedzieliśmy tylko my. A plan był niezły, aż dziw że nie wpadliśmy nań wcześniej. Gdyby tak, na przykład, znaleźli się krewni sir Kennetha, zaniepokojeni o jego los? I poprosili o wszczęcie śledztwa Rycerzy Poszukujących?
W ten sposób sam Cavendish mógłby z całym cesarskim immunitetem wleźć do dworu Mattworth jak do siebie. Oczywiście ostrożnie, by nie naruszyć żadnego z kruczków, niemniej mógł wszcząć tam śledztwo. Raz, mogłoby to postawić Summervale’a w wielce niezręcznej sytuacji. Dwa, gdyby ktokolwiek nietykalność paladyna naruszył – cóż, don Alejandro i legat Thalas czekali jeno odpowiedniego pretekstu… 
Plan w założeniach był niezły, dziatki. A jakby miał zawieść – w ciągu kilkunastu najbliższych godzin mieli się zjawić na ziemiach Timbroke zapowiedziani Ukarzy. I to nawet więcej niż się początkowo spodziewano – pięć tysięcy. Przewaga w tej wojnie, przynajmniej liczebna, przechylała się tym razem na naszą stronę…
   



Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń