Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


30,31 martius 5002

Madoc 11

Sesja wewnątrztygodniowa

BY LEILA

Snop słonecznego światła. Zapach morza – soli i wiatru. Nareszcie powierzchnia. Były takie momenty podczas naszej podróży, kiedy sądziłam, że to się nie uda i skończymy na dnie oceanu.
Wychodzimy. Przestrzeń... ciągnąca się po horyzont ciemnoniebieska płaszczyzna morza. W oddali statek hongi. My sami stoimy jak się domyślam na czubku oro’ymskiego. Przyglądam się czarno-żółtym nieregularnym wzorom o rozmytych krawędziach, kojarzącym mi się z brzuszkiem kumaka czy salamandrą. Tuż obok na falach kołysze się ponton. Czas wsiadać. Askar z Moebiusem wnoszą śpiącą Varię. Niedobrze – ostatnio jej napady stały się nie tyle częstsze, co dłuższe. A teraz ja. A zatem uroczo i wdzięcznie niczym sarna wskoczę sobie do... Auuu... Glup... Wody? Wrrr... Jeden z towarzyszących nam oro’ymów wyciąga do mnie rękę i pomaga wgramolić się na pokład. Ściskając zieloną, błoniastą dłoń obcego przestaję żałować swojego niefortunnego wpadnięcia. Niech takie będzie moje ostatnie wyraziste wspomnienie związane z oro’ymami. Zresztą, zielonych nawet polubiłam. Zwłaszcza małego.

Mini koncert komunikatorów. Zaległe wiadomości...elektroniczna prenumerata. Nowy numer „Astrofizyki” – świetnie. Czy wspominałam, że będąc na Madoc zaczęłam czytać czasopismo poświęcone morskim ekostystemom (trzyma poziom, choć sądzę, że tytuł „Polip” brzmi niezbyt fortunnie... żeby chociaż „Ukwiał”... chyba grzecznie zasugeruję to redakcji w liście... tak...”Ukwiał” to lepsza nazwa, zdecydowanie...). Co jeszcze? O – od barona Al-Calvero Malika Dziękuje za pomoc i pyta, czy jestem zainteresowana współpracą. Natychmiast odpowiadam twierdząco. Askar dostaje informacje, iż książę Eryk zaprasza go na bal w przeddzień Pucharu i na sam Puchar. Może zdążymy... Tymczasem dopływamy na statek i wchodzimy na pokład. Niemal w tym samym czasie ładują nasze rzeczy. Wita nas kapitan – postawny, brodaty mężczyzna. Przydzielają nam kajuty. Przebrać się w suche ciuchy a potem poszukam magicznego pomieszczenia ozdobionego ideogramem w kształcie figury geometrycznej, którego tak bardzo brakowało nam na oro’ymskim statku.

Do Portu Moresby przypłyniemy pod wieczór. Puchar pojutrze. Zostajemy? Dochodzimy do wniosku, że jeden dzień więcej nas nie zbawi. Wspaniale... Ha – kwartalnik AMANu, który dostałam razem z innymi czasopismami podsuwa mi pomysł. Zaczynam pisać artykuł o powierzchniowych oro’ymach z wioski – o ich zwyczajach, kulturze, stosunkach społecznych. Nie jest tego dużo, ale zawsze coś nowego. Szkoda, że nie zdołaliśmy dowiedzieć się więcej o ich wierzeniach i legendach... Przy okazji opiszę też oro’ymów z miasteczka, porównam i spróbuję zastanowić się, jak bardzo ludzkie wpływy zmieniły ich zachowanie. Po chwili dochodzę do wniosku, że dość już nasiedziałam się w zamkniętych pomieszczeniach i przenoszę się z laptopem na pokład, gdzie spotykam Moebiusa. Niedługo później pojawia się też cokolwiek zdezorientowana Varia. Płyniemy. Moebius chce zmienić fryzurę na warkoczyki – prosi mnie o zaplecenie. Czemu nie, chętnie. Całkiem ładne ma włosy... że też nigdy nie udało mi się zapuścić takich długich... Najnowsze wiadomości – zabójstwa i niepokoje w mieście spowodowane przedpucharowymi rozgrywkami.

Świta. Przyjęcie wieczorem... co robić... w co ja się ubiorę? Przyjeżdżając tutaj nie uwzględniłam tego, że zostanę zaproszona na bal urządzany przez Hawkwoodzkiego księcia.
(zanotować – następnym razem wozić ze sobą choć jeden elegancki strój) No tak, trzeba będzie kupić. Tylko że tutaj i w dodatku teraz ceny będą zawrotne. Nie ma mowy. Szybko sprawdzam w sieci oferty, czy przypadkiem nie opłaca się bardziej polecieć do jakiegoś małego miasta po drugiej stronie planety. Opłaca się. Ale... jest lepszy pomysł – hotel oferuje także krawcowe. Tylko czy zdążą w jeden dzień? Cóż, jak się okazuje za odpowiednią opłatą... Szczęśliwie krawcowa okazuje się profesjonalistką. Szybko rysuję jej projekt, określam dokładnie o jaki materiał mi chodzi i o jakie wykończenie. A teraz miara i mogę zająć się toaletą. Kąpiel i fryzjer. Ufff. Wygląda na to, że nawet zdążę ze wszystkim i jeszcze trochę czasu zostanie. Askar proponuje Varii nową suknię, ta jednak nie wydaje się być zachwycona pomysłem. W końcu zgadza się... jednak sądząc po okrzykach, jakie dochodzą z jej pokoi...

Wieczór. Moja suknia jest gotowa. Ha – muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z rezultatu. Ciemnoniebieska, długa, ze skośnym dekoltem, dołem pocięta na pionowe pasy połączone drabinkami srebrnych sznurków. Zresztą należy dodać, że rozcięcia sięgają trochę ponad połowę uda i podobnie jak dół sukni obszyte są cienkim paskiem srebrnego materiału. Wygląda dokładnie tak, jak zaplanowałam. Oszczędność formy, asymetria i odrobina prowokacji. Jeszcze tylko buty pod kolor i srebrna bransoleta w kształcie węża na ramię. Nie lubię nadmiaru biżuterii. I wachlarz... No, gotowa. Jak niegdyś wspominałam, czasami lubię poczuć się damą. Askar tradycyjnie na biało, krój mundurowy. Vasilij w grafitowym garniturze – przypominają mi się imieniny Aidy... I tak się składa, że znowu idziemy na przyjęcie razem. Moebius też elegancki, wplecione w warkoczyki ozdoby w kształcie rombów połyskują metalicznie. Ewa w sukience. Varia... tak, wydawało mi się, że przecież na początku zostawiła krawcowej wolną rękę... potem jak widać zmieniła zdanie, bo najwyraźniej postanowiła poprzerabiać wedle własnego gustu. Idziemy.

Hmmm – muszę powiedzieć, że Don Alejandro miał rację określając Hawkwoodzkie przyjęcia jako drętwe... w porównaniu z Hazatami na Święcie Wina... chociaż tutaj przynajmniej nikt nie ucierpi. Klasyczna muzyka przygrywa spokojnie, większość zaproszonych to Hawkwoodzi i gildyjni w mundurach i garniturach, trochę AlMalików. Spośród tego tłumu zdecydowanie wyróżnia się na-arcyksiężna Natasza w ekhmmm... skromnej szmaragdowozielonej sukni oraz towarzyszący jej Rycerz Modliszki w zbroi wspomaganej i dwie kurtyzany (zresztą trzymane przez rycerza na łańcuchach) Podchodzimy do podwyższenia na końcu sali i witamy księcia Eryka. Obok niego Wielka Księżna Fativa, nieco spięta, jakby nie czuła się zbyt dobrze w tym otoczeniu. Zapewne nie jest jej łatwo w nowym towarzystwie. A przecież niedługo, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem zostanie żoną Eryka. Ha – muszę powiedzieć, że pomysł Wielkiej Księżnej na ubranie drewnianych sandałów robi na mnie wrażenie. Krótka grzeczna rozmowa. Potem tańce. Varię nie bardzo przekonują dobre rady Moebiusa... W pewnym momencie prosi mnie sam Eryk... Szczęśliwie tańczy dość sztywno dzięki czemu nie wychodzą moje niedostatki... rozpaczliwie próbuję sobie przypomnieć lekcje udzielane mi przez Bertrama w drodze z Keth. Pozostałą część przyjęcia spędzam gawędząc z Vasilijem.

Poranek Pierwszą wiadomością jest atak bombowy na hotel, w którym nocowałaby ekipa Hazatów z Aragonii, gdyby nie śmierć ich pilota, która zmusiła ich do wycofania się z wyścigu. Zginęło około 300 turystów. Do zamachu przyznał się Front Wyzwolenia Obcych. Jasne. Wyglądam przez okno. Z daleka widać jeszcze dymiące zgliszcza budynku. Wydaje mi się, że nawet rozważaliśmy zatrzymanie się w tamtym hotelu. Wtedy to my bylibyśmy dzisiaj martwi. Tak niewiele brakowało... (I proszę – nawet teraz myślisz tylko o sobie) W dole kolorowe świętujące miasto, jak gdyby nic się nie stało. A przecież... dla tych 300 ludzi świt nie nadszedł. Odkładam czerwoną sukienkę z powrotem do szafy. Nie dzisiaj.

Lot nad miastem. Tłumy na ulicach. W jednym miejscu dostrzegam powieszonego ukara... dalej zielonego oro’yma. Wiadomości nadają informacje o skrytobójstwach i bójkach kibiców. I po co to wszystko? W dole pod nami pomalowane na fioletowo voroksy rozprawiają się z decadoskimi kibicami. Dolatujemy na trybunę honorową Eryka – latającą platformę księcia Eryka i Fativy ozdobioną błękitem Hawkwoodów i LiHalańskim fioletem. Wysiadamy i wchodzimy na trybunę. Ewa koniecznie chce klaskającą rękami czapkę. Kolejną pakuje na głowę Moebiusowi, który chcąc nie chcąc się na to godzi. Książę Eryk już na miejscu, wyraźnie podekscytowany. Obok niego Fativa, wyraźnie nie wiedząca, co ze sobą zrobić i ogólnie zdziwiona całą sytuacją. W prawej dłoni arcyksiężnej chorągiewka z napisem "Yeah!". Varia chwilkę przygląda się Fativie – potem macha. LiHalanka dziwi się jeszcze bardziej. Siadamy. Do wyścigu coraz bliżej. Prawie wszyscy podekscytowani. Wciąż przyjmowane są zakłady. W powietrzu zawieszone ogromne holoekrany. Częstują nas Old Gwynneth – właściwie, czemu nie. O, LiHalańskie ciasteczka z wróżbą... A pewnie, że wezmę... "Wierzba na zboczu". W sumie czego się spodziewałam po LiHalańskich ciasteczkach... Teraz Moebius – "Ryba nie oddycha pod wodą" (wrrr – kto też wypisywał te wróżby – oczywiście, że oddycha...) Askar – "Szumią wierzby na gór szczycie". "Rodzeństwo najwyraźniej ma jakieś szczęście od wierzb" stwierdza Varia. I wszystko jasne! Już rozumiem... Dla Askara wierzby – podkreślam liczbę mnogą - na szczycie a dla mnie jedna i to na zboczu... Zawsze druga, zawsze mniej... ech, że też nawet ciasteczka z wróżbą to "wiedzą". Varia jest wyraźnie zdziwiona tym, co znalazła... Na zboczu, cholera... Vasilij stwierdza, że też się w to bawi – "Kobieta jest jak stare koło" – czyta zdziwiony... Stare koło... Zużyte, a nadal [się] kręci?

Start tuż tuż. Książę Eryk wygląda jak typowy mężczyzna-zajmujący-się-swoim-hobby. Fativa mechanicznie macha chorągiewką. "Czas zaczyna" "Książę, czy na pewno to zrobić... a jeśli..." "Ależ John...a jak myślisz dlaczego kazałem zamontować na tej trybunie tarczę z niszczyciela..."
Teraz efekty specjalne. Hawkwoodzki samolot wygląda imponująco... ale z drugiej strony nadlatuje Hazacki... i zostaje efektownie zestrzelony. Hawkwoodzcy kibice szaleją, z miejsc Hazatów dobiegają okrzyki dezaprobaty i groźne pomruki. Eryk zaciera ręce. Teraz prezentacja zawodników i zajęcie miejsc. Emocje rosną. Nad zatoką zawisa ogromny zegar-hologram. Wszyscy wstrzymują oddech. Ciszę przerywa tylko tykanie, w takt którego rytmicznie powiewa chorągiewka arcyksiężnej. I wreszcie...Ruszyli...

Samolot drużyny Hawkwoodzkiej momentalnie wysuwa się na prowadzenie, tuż za nim łeb w łeb gildyjna ekipa ... i LiHalańska "Diamentowa modliszka". Rozentuzjazmowany głos sprawozdawcy. Za nimi pozostali zawodnicy. To dopiero początek, jeszcze wszystko może się zdarzyć... AlMalicka ekipa z Criticorum daleko w tyle. O dziwo Hazaci radzą sobie nie najlepiej...w każdym razie zostają za pierwszą trójką. Za to nagle, z tyłu wysuwają się "Ligheimskie Diabły". Lecą coraz szybciej. Dystans pomiędzy nimi a prowadzącą trójką zmniejsza się z każdą sekundą. Tak sądziłam, że jeszcze któraś z pomniejszych drużyn, nie będąca faworytami może się wykazać. "Cóż za wola walki." Poza nimi z "drugiej grupy" wybijają się Decadosi... ich też nie podejrzewano o wysokie miejsce. No proszę, radzą sobie coraz lepiej... niestety, nie dość dobrze. Pierwsza – jut tym razem czwórka, bo "Diabły" dopędziły LiHalanów, Hawkwoodów i Barfingera daleko na przedzie. Tłumy szaleją. Eryk uderza dłonią w poręcz krzesła. Diabły wyrywają naprzód wyprzedzając Hawkwoodów i LiHlaanów. "Górą Gildyjni" – skanduje Vasilij. Askar, który postawił masę pieniędzy na Hawkwoodów wyraźnie się denerwuje. Ja w duchu kibicuję Ligheimczykom. Lubię, kiedy się powodzi tym, których inni nie doceniają. Ale cóż to – samolot Barfingera ma awarię. Ciekawe, czy to wypadek czy sabotaż... Tak czy owak zostają w tyle. Mały błąd gildyjnego pilota i Hawkwoodzi wysuwają się na prowadzenie. Tuż za nimi LiHalanowie i Diabły. Wymiana spojrzeń pomiędzy Fativą a Erykiem. Ostatni odcinek. Co się dzieje... samolot Eryka spada. Krzyki wśród widowni. Książę blednie. Ale wyścig trwa nadal. I – zwalnia się trzecie miejsce. Ostatni odcinek... I nagle z tyłu... Proszę państwa... tego się nie spodziewaliśmy... Toż to drużyna AlMalików z Shaprut... Czy widzicie shantora wymalowanego na boku samolotu? Nie widzicie! A właśnie – tak szybko lecą!" Nasi, nasi! Lecą łeb w łeb z nadrabiającymi straty Barfingerami… Jednak ta załoga coś nie ma dzisiaj szczęścia i zostaje z tyłu. Finisz. LiHalan walczy, jakby przed wyścigiem przysiągł popełnić seppuku, w przypadku nie zajęcia pierwszego miejsca. Dolatuje na metę pierwszy. Tuż za nim Barfinger a na trzecim Shaprutczycy.

Askar żegna się z pieniędzmi. Vasilij cieszy z wygranej – obstawił na tyle korzystnie, że zarobił. Szczęśliwie pilot Hawkwoodów przeżył – choć został ciężko poparzony. Teraz odbędzie się ceremonia wręczania Pucharu. My jednak wracamy do hotelu się spakować. Varia chce jeszcze coś załatwić przed odlotem. Wieczorem idzie z Askarem do miasta. Wracają po niedługim czasie i startujemy. Ha – mieliśmy w planie zrobić sobie wieczorek filmowy z Vasilijem i Moebiusem. Taaak. Najlepiej teraz bo potem... nie będę miała okazji w najbliższym czasie... Oglądamy. Pakuję się Vasilijowi na kolana. Nie wiem co sobie o tym wszystkim pomyśli... (w zasadzie uważa moje zachowania typu "na luzie" za sztuczne - choć zgadza się też z tym, że skoro ja tak nie uważam, nie muszę liczyć się z cudzymi opiniami)... ale trochę boję się tego, co zamierzam uczynić. Do tej pory próbowałam szperać sobie w głowie w poszukiwaniu informacji pozostawionych tam przez obce istoty, ale nie szukałam tak głęboko. I nic nie znajdowałam. Zresztą - może nic więcej już nie ma... ale wolę się upewnić... zwłaszcza teraz, kiedy potrafię więcej... Zaniedbałam sprawę Sanuremai’a – niby dlatego, że nie potrafiłam niczego się doszperać... ale przecież to tanie tłumaczenie... przecież nie drążyłam tej sprawy, ze strachu właśnie i licząc, że „samo się załatwi”... no i się załatwiło... Askar, Vasilij, Moebius, przecież wiem, że zginęliście przeze mnie...

Koniec filmu. Moebius wychodzi. Jeszcze krótka rozmowa z Vasilijem. Jest parę spraw, które dawno powinnam mu powiedzieć. I instrukcja obchodzenia się z Roślinką. A teraz wyspać się trochę i z samego rana do medlabu.



Komentarze:
06.12.2005, 20:28 :: 83.29.35.130

As

"Co jak co ale umiem przynać komuś rację, kiedy on ją ma"

/me kaszle, tak po prostu...
06.12.2005, 18:59 :: 83.29.89.209

Leila

"Tym bardziej, że jestem pełna podziwu! Ktoś do czegoś przekonał Leilę..."

No ! Bez przesady. Co jak co ale umiem przynać komuś rację, kiedy on ją ma.
06.12.2005, 12:10 :: 217.96.97.147

Trzy Pazury

Czy te ciastka z wrozba to kolejny objaw cesarskiej kultury? A traktowanie ich powaznie tez?
05.12.2005, 22:14 :: 83.29.185.213

Manuel T

Hej, Varia... to tylko zabawa. Traktuj to z przymrużeniem oka... wszak większość Li Halanów mruży je cały czas ;)
05.12.2005, 21:54 :: 83.29.2.82

Varia

Weźcie przestańcie krakać! Durne ciastko z durnym napisem. Ot co. Jeszcze się zadławić można, niebezpieczne i tyle. LiHalańskie wymysły. Wybacz, Oktawian... Nie chciałam, żeby tak... jakoś zabrzmiało. Tym bardziej, że jestem pełna podziwu! Ktoś do czegoś przekonał Leilę... Ty to masz Dar, no, no... Pozazdrościć.
I... Leila, do jasnej cholery, przestań oglądać się za siebie, przestań się obwiniać... Nie ma, nie było tego, nie było! Idź naprzód, działaj, jak potrafisz najlepiej, ale nie wlecz za sobą tego obrazu. To prosta droga do... szaleństwa...
05.12.2005, 20:37 :: 83.29.84.124

Leila

Och... zasmuciłeś mnie.. oby nie...

Akle w sumie kto powiedział, że to muszą być płaczące wierzby... są jeszcze inne przecież...

Ale jest też haiku (Basho)
"Oddaj wierzbie
Całą nienawiść, całe pożądanie
Twego serca."

Więc może tak...Może już czas


05.12.2005, 20:32 :: 83.29.185.213

Manuel T

Nie chcę być złym prorokiem... ale jako Li Halan tak bym to zinterpretował - smutek po kilku osobach... wielki... Tobie, pani również przypadnie... ale mniejszy... i po jednej osobie...
05.12.2005, 20:17 :: 83.29.84.124

Leila

To znowu ja... muszę przyznać ojcu Oktawianowi rację - cóż - wszystko ma swoją cenę.
Ja sobie potem pomyślałam z kolei, że drzewa na szczycie bardziej narażone są na wiatr i ogólnie złą pogodę i trudniej im tam żyć...
Nie, jak się głębiej zastanwię biorąc pod uwagę właśnie ową cenę to dochodzę do wniosku, że nie ma czego Askarowi zazdrościć.
05.12.2005, 19:48 :: 83.29.84.124

Leila

Całkiem słuszna uwaga.
05.12.2005, 14:53 :: 83.29.250.58

Manuel T

"Dla Askara wierzby – podkreślam liczbę mnogą - na szczycie a dla mnie jedna i to na zboczu... Zawsze druga, zawsze mniej..."

Wierzby płaczą, pani. Nie zapominaj o tym i wyciągnij wnioski...
03.12.2005, 20:39 :: 83.18.233.250

Vasil

Homo sum humani nihil a me alienum puto...
03.12.2005, 19:05 :: 194.150.99.136

Barney

Dodam tylko złosliwie ze cala trójka oglądała hard-porno "Inżynier i Decadoska cud"
ownlog.com :: Wróć