Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


20 februarius - 17 aprilis 5002

"Zamknięty rozdział"

Sesja niedzielna (Alejandro)

BY ALEJANDRO

Pięć tygodni spędzonych na B2 upłynęło na walce z cesarską biurokracją. Czas ten nie był jednak stracony – przygotowania do mojej misji, wysłanie emisariuszy na Stygmat i Aragonię, zasięganie języka u przebywających w stolicy Hazatów. Markiz Enrique Luis Calvado Castenda, znany ze swej słabości do mocnych trunków i panien sprzedajnych... noc spędzona w jego towarzystwie na zaliczaniu kolejnych knajp i burdeli (czytaj rozwiązywaniu mu języka) przyniosła ciekawe wyznanie... i tylko mocnemu postanowieniu zawdzięczam fakt, iż go nie zarąbałem usłyszawszy... „Vera Cruz i Sutek uderzą na Hirę... jak Dulcinea się przerzedzą”.

20 lutego wyruszyłem z B2, zaopatrzony w glejt cesarskiego posła. Towarzyszyło mi dwoje szlachty – Missah i Kegren Al-Malik. Mieszkali przez wiele lat na terenie Kalifatu, więc ich wiedza była bezcenna dla mnie. Osiem dni na pokładzie spędziłem na nauce kurgańskiego folkloru i podstaw języka. Jeszcze przed dotarciem do celu otrzymałem potwierdzenia od Pedro i Lucindy Dulcinei. Mieliśmy już za co wykupić naszych ludzi – pod warunkiem że Kurga przystaną na takie rozwiązanie.

28 lutego liniowiec dotarł do wrót na Vera Cruz. Tam przesiedliśmy się na fregatę pod dowództwem komandora Luisa Frederico de Estancia. Wyprawę osłaniała /ocenzurowano/ pod dowództwem kapitan Anniki /ocenzurowano/. Skoczyliśmy. Kurgańska pikieta przy tamtej stronie wrót przydzieliła nam fregatę w ramach eskorty, po czym skierowaliśmy się w kierunku planety.

5 marca znaleźliśmy się na orbicie. Nad Fortem Omala wisiał kurgański pancernik, dwa monitory i lewiatan. Cała czwórka bez przerwy bombardowała umocnienia. Kurga przywitali nas uprzejmie po czym zaprosili mnie na kolację z admirałem floty na dzień następny. W międzyczasie, w ramach demonstracji siły, podwoili ogień.

6 marca o 2 nad ranem (19 czasu Khayaam) stanąłem przed głównodowodzącym Floty Dżihadu, pierwszym synem Kwiecia Akantu. sułtana Khayaam - admirałem Mehmetem Gerejem, lat czternaście. Towarzyszył mu kapitan flagowy (faktyczny dowódca floty), Piar i „opiekun duchowy” – ślepy starzec od którego aż wionęło śmiercią... Dagashi.

Po wymianie darów, uprzejmości i długiej dyskusji o niczym (oraz o tym czy na B2 ciągle pada) - dzięki Missah i Kegrenowi byłem na to przygotowany - przeszliśmy do negocjacji. Po przedstawieniu obustronnych poglądów na przyczyny konfliktu hirańskiego (aż dziwię się jak łatwo historia o osadnikach sprzed pięciuset lat przeszła mi przez gardło) usłyszałem pierwsze warunki. W zamian za życie – wszyscy w niewolę kurgańską, z której ewentualnie ich Cesarstwo wykupi. Potem spodziewana dyskusja na temat „kto komu ilu zabije” – i ku mojemu zdziwieniu argument o bezsensowności dalszego zabijania najwyraźniej dotarł. Obie strony zdawały sobie sprawę że warunki są nie do przyjęcia dla Hazatów, jednak były one pretekstem do wciągnięcia moich kuzynów jako trzeciej strony negocjacji. Uzyskałem tym samym zgodę na lądowanie – i zarazem obietnicę przerwania bombardowania. Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się mniej. Missah i Kegren zdążyli zapoznać się z kurgańską prasą i doszli do wniosku, że Kurga prawdopodobnie szykują się na własne kłopoty. Tym należało chyba tłumaczyć zadziwiająco korzystny obrót wstępnych negocjacji.

Dwie godziny później okręty rzeczywiście przerwały ogień. Wysłaliśmy na planetę wiadomość, zabrałem uzbrojoną drużynę i lecimy. Plecaki wypchaliśmy medykamentami, ile się zmieściło. Krótki impuls z ziemi wskazał nam miejsce lądowania, nie chciałem jednak dawać Kurga znaku i kazałem posadzić skoczek w ruinach fortu, kilka kilometrów dalej.
Zeszklona, zryta przez długotrwałe bombardowanie powierzchnia. Resztki pałacu księcia, obrócone w perzynę. Leje, wraki, sterty gruzu... A potem musieliśmy zabijać swoich... a raczej – ukoić ich. Skorupy... Najgorsze jest wrażenie, że gdzieś w głębi tlą się w nich resztki świadomości. Ciało chłopaka z łączności, który trafił na skorupy... Bronił się, widać... tylko zapomniał zachować ostatni nabój dla siebie. Ciężarówki, które kiedyś wiozły cywili... trupy siedmiu moich ludzi... zbieram ich nieśmiertelniki... Cywilów było chyba dwustu... To nie był ogień z orbity, tylko bomby kasetowe z samolotu. Ciała dwóch powieszonych, rozkładających się już kobiet... nie musze podchodzić by domyśleć się tekstu „Kurgańskie dziwki” wypisanego na ich koszulach...

Wreszcie las. Hazacka czujka oczekuje nas, prowadzą do zamaskowanej windy. Stara, znajoma woń przepełnionego bunkra z nawalającą wentylacją. Dużo rannych. Widzę też kilku moich ludzi. Niedowierzanie w ich oczach. Rozmawiamy chwilę. Straciłem tysiąc dzielnych żołnierzy. Przepełnia mnie niezwykłe uczucie dumy, gdy słyszę „komendancie.. nie opuścimy naszego Księcia”..

Prowadzą mnie do Księcia. Stoimy naprzeciw siebie, nie mogę znaleźć słów. W końcu przemawiam. Opowiadam o zdradzie Castenda, mówię o negocjacjach. Książę... tak, podda planetę. Nie chce kazać tysiącom płacić życiem za swoją dumę. Ale czy powinno mnie to dziwić? Wszak to on sam powiedział mi kiedyś – „Nie jest hańbą wpaść w błoto; hańbą jest nie chcieć z niego powstać”. Opowiada mi tez o oblężeniu. Stracił ponad pół miliona żołnierzy i dwa miliony cywilów... praktycznie same bombardowania z orbity i z powietrza – jedynie klasztor Bractwa stał się celem ataku naziemnego. Chcieli mieć pewność że nikt nie ujdzie zeń z życiem...

Po godzinie rozmowy wracam z negocjatorem Księcia – hrabią Pedro Antonio Dulcinea. Pożegnanie z Księciem i startujemy. Kurga zgadzają się wstrzymać bombardowanie orbitalne na czas negocjacji. Korzystając z tego wybebeszamy lazarety fregaty i /drugi magazyn – dopisek cenzora/ i zwozimy do fortu medykamenty. Drogą powrotną wracają po kryjomu najciężej ranni – medlab fregaty i /ten drugi medlab fregaty – dopisek cenzora/ pracują pełną parą. My natomiast przygotowujemy się do negocjacji.

7 marca rankiem rozpoczynamy negocjacje. Ze strony Kurgan prowadzi je Piar – brak admirała jest zrozumiały, w jego wieku jest bardzo podatny na sugestie, mógłby uprzeć się przy warunku bardzo dla Kalifatu niekorzystnym. Początek jest ze strony Kurga dość agresywny, po raz kolejny poruszana jest kwestia kto zaczął... Potem jednak zaskoczenie – zmienione warunki są łaskawsze. Książę zrzecze się w imieniu rodu Hazat praw do planety, a sułtan Khayaam odkupi odeń lenno – i ten warunek nie podlega dyskusji. Żołnierze otrzymają status jeńców wojennych, tak samo oficerowie – ci ostatni zachowają broń boczną. Wszyscy zaprzysięgną że nigdy nie wrócą na Hirę. Proszę ambasadora by ten ostatni warunek ominął Księcia. Mój argument – szacunek dla pokonanego wroga – może jest staroświecki... niemniej skuteczny. Cywile zostaną napiętnowani jako niewolnicy, z prawem pierwokupu przez Cesarstwo tych, którzy zechcą wrócić. Trzy tysiące otrzyma Książę w darze... komplement i potwarz w jednym. Hrabia żąda pięćdziesięciu tysięcy... a Kurga przystają na dziesięć procent – czyli jeszcze więcej. Nie do wiary.. udało się nam...

Czekający przy wrotach kurier skacze na B2... ja ląduję na planecie. Chcę pobyć z moimi ludźmi, może przekonać kilku z tych którzy chcą zostać... a zostanie wielu. Z samego mojego korpusu dwa tysiące. Chciałbym ich zatrzymać, ale – na Wszechstwórcę – rozumiem ich. Tak samo czyni wielu żołnierzy Księcia – tu jest ich ziemia, ich dom. Chcą tu umrzeć. Razem dwieście tysięcy... i pół miliona cywilów... Hira jeszcze długo będzie spływać krwią... Żegnam się z moimi chłopcami i zwalniam ich z przysięgi. /nieczytelne/

10 marca traktat zostaje podpisany. Teraz mogę już kupić od Kurga medykamenty. Mówi się że śmierć jednostki jest tragedią, a tysięcy – faktem statystycznym. To działa i w drugą stronę – bardziej pamięta się pojedyncze uratowane życie. Staramy się więc ratować każde.
Tydzień później przylatuje kurier z B2. Cesarz wyraził zgodę, ewakuacja rozpocznie się za kilka dni. Ja pobędę tu jeszcze z miesiąc. Tytuł feldmarszałka Hiry, którym zaszczycił mnie Książę, zobowiązuje mnie do obecności na procesach zbrodniarzy wojennych. O tak, z obu stron. Niespodziewane, prawda?

Poza tym, pożegnam się z Hirą... Piętnaście niemal lat temu byłem pośród otwierających ten rozdział... Potem, po koronacji Aleksiusa, spędziłem na niej pięć długich, barwnych lat. Teraz zaś uczestniczę w zakończeniu tej historii....





Komentarze:
13.12.2005, 17:26 :: 83.29.185.166

Manuel T

Kto zacz?

Co to będzie, gdy słoneczko zajdzie za daleko
wiernych sobie pozasmuca, radość sprawi kretom
co to będzie, kiedy zgaśnie gdy rano nie wstanie
Albo będzie koniec świata albo zmartwychwstanie


Ładne, fajne, celne - podoba mi się ;)
13.12.2005, 08:50 :: 195.78.48.119

gaillard

Co to będzie,gdy słoneczko

Co to będzie, kiedy zgaśnie nasze słońce
przecież świeci nam przykładnie tyle lat
jak my wtedy powiążemy koniec z końcem
co się stanie - to pytanie dręczy nas

Tyle lat już patrzy na nas przecież z góry
żyć nam daje bo je stać na taki gest
nic nie zmienią wiatrem gnane czarne chmury
bo po burzy, w myśl przysłowia , zawsze jest...

Co to będzie, gdy słoneczko zajdzie za daleko
wiernych sobie pozasmuca, radość sprawi kretom
co to będzie, kiedy zgaśnie gdy rano nie wstanie
Albo będzie koniec świata albo...

Ech słoneczko nie zdobyte przez nikogo
ileż razy nas robiło w ciemny brąz
stoisz w miejscu, a tą ziemią, tą niebogą
kręcisz sobie, jakbyś było bonzą bąz

Co to będzie, gdy słoneczko nasze zgaśnie
zanurzenia ma i plany przez ten trud
kto to wie a może będzie wtedy jaśniej
przeżyliśmy już niejeden taki cud

Co to będzie, gdy słoneczko zajdzie za daleko
wiernych sobie pozasmuca, radość sprawi kretom
co to będzie, kiedy zgaśnie gdy rano nie wstanie
Albo będzie koniec świata albo zmartwychwstanie
/Kabaret Tey/
Pozdrawiam (o:
ownlog.com :: Wróć