Menu :


Link :: 02.06.2006 :: 15:55
14-16 februarius 5002

Chrzciny jachtu „Blask Saule”

Sesja Drejkowa – D3

BY ALEKSIEJ

Impreza odbywająca się na niewielkiej, otoczonej klifami wysepce miała być kameralna. Piękny, ciepły dzień, świeże powietrze, dobre jedzenie i alkohol – cóż więcej potrzeba? Zaprosiłem na nią tylko kilku najważniejszych przedstawicieli rodziny i Leona Dragazesa. Jednak już po drugim toaście okazało się, że ma być inaczej. Vau? Tutaj? No dobra, niech lądują. Tylko kto im zapomniał powiedzieć gdzie jest lądowisko? Trudno. Po krótkiej i formalnej wymianie zdań dowiaduje się, że przybyli obejrzeć obrzęd chrzcin statku. Ich własne nie mają nazw, czy jak? W każdym razie trzeba będzie zacząć część formalną. Dwa toasty i jedną rozbitą butlę szampana później chrzczenie mam za sobą. Mandaryn wyraża wdzięczność i wręcza prezenty – dziwaczną, pulsującą różnymi kolorami kulę i ceramstalową tabliczkę z napisem „smok”. Kula ma podobno wywoływać wrażenia estetyczne. Uff, polecieli sobie, można w spokoju ucztować dalej. Na zdrowie! Panie markizie Dragazes, nie sądzi Pan, że toasty powinno się wznosić szklankami?

Rano... Kefir rozdany, goście powoli dochodzą do siebie. W trakcie śniadania otrzymuję list z prośbą o audiencję od jednego z moich poddanych, mnicha zwanego Albrecht. Ciekawe czego chce? I dlaczego przerywa mi jedzenie śniadania? Chwile później wszystko się wyjaśnia: Vau to zło wcielone, a prezenty od nich są śmiertelnie niebezpieczne. Doprawdy? Zobaczymy. Na wszelki wypadek wyślę tą kulę do skanowania. Dragazes prosi o spotkanie w cztery oczy. Przez służącego. W takim razie zapraszam za piętnaście minut do mojego gabinetu. Coś do picia? Wody? Wszystko w porządku? Wizje związane z Vau i moim kolorowym świecidełkiem, interesujące. Wobec tego znajdźcie jakiegoś kryminalistę i zamknijcie go na 24 godziny razem z tym. Informować gdyby coś się działo.

Dragazes wyjechał do siebie. Wzywam Queer Velis Toxa i daję mu patent technika załatwiony u znajomych gildyjnych. Teraz przynajmniej może wkręcać śrubki zgodnie z prawem. Zajrzę jeszcze jak się miewa eksperyment z kulą. Urwał nogę od krzesła i próbuje ją zniszczyć. To się robi coraz bardziej intrygujące, wyślę Panu Leonowi to nagranie. A co do eksperymentu – zabrać mu krzesło, potrzymać do końca a później przesłuchać, przebadać, także psychonicznie. Zaburzenia hormonalne? A co to jest? A rozumiem. Wypuścić go. Tak, całkiem go wypuścić, tylko miejcie na niego oko żeby nie zrobił rozróby żadnej. Brata Albrechta pilnować, jeżeli zacznie podburzać chłopów to ma zniknąć. Nie, nie macie go zabić, tylko uwięzić w jakimś odosobnionym miejscu. Kulę zamknijcie w ceramstal i schowajcie gdzieś głęboko.

Komunikator dzwoni – Dragazes. Chce znowu porozmawiać, w dodatku u niego. To po drugiej stronie planety... Cóż robić, lecę. Udało się mu zapamiętać jeden z glifów i jakieś słowo. To wszystko? Cudownie, doskonały powód do wycieczki na drugi koniec planety. Czy on nie zdaje sobie sprawy, że jeśli ktoś podsłuchuje nasze komunikatory, to w pałacu też pewnie znakomicie słyszy? Ehh, cóż, pora wybrać się w końcu do Jakovgradu, dawno tam nie zaglądałem.


Komentuj (0)


Link :: 02.06.2006 :: 16:01
10-12 octobris 5002

Nadzieja umarłego ludu...

Sesja Specjalna - Leila, Alejandro i Aleksiej

BY ALEKSIEJ

Zostałem wysłany przez mojego pana, Jego Wysokość Arcyksięcia Hyrama Decados, na Keth-Kordeth, celem przeprowadzenia inspekcji i inwentaryzacji ziem należących wcześniej do Giorgija Decados, a obecnie mających wrócić pod władzę Arcyksięcia. W trakcie wykonywania tego zadania przebywałem w gościnie u markiza Alejandro Luis Rodrigo Nicolas Corrinho Dulcinea tytułów wielu, dalej dla uproszczenia zwanego Alejandro. Warto dodać, że Alejandro wedle naszych informacji posiada tytuł hrabiowski nadany przez wielkiego księcia Hiry. Tak wyglądała oficjalna część. Nieoficjalnie, polecono mi zdobycie jak największej ilości informacji o prowadzonych przez Alejandro wykopaliskach. Dodatkowo zostałem ostrzeżony, że próba wykradnięcia czegoś z ruin ma małe szanse powodzenia i może przysporzyć problemów.

Wlatujemy do układu. Mój jacht, fregata eskorty i kilka statków mających prowadzić część oficjalną misji. Jeszcze przed skokiem, postanawiam zabrać koniecznie ze zwiedzania jakieś pamiątki, porobić zdjęcia i zawiadomić cesarskich o tym jakże atrakcyjnym obiekcie w zamian za możliwość zatrzymania pamiątek. A co, niech sobie też pozwiedzają.

Skok... Coś... Nie... NIE!

Czas przeskoku, zwykle niemierzalny trwał chwilę dłużej. Poczułem, jak coś lub ktoś stara się uzyskać dostęp do mojego umysłu. Nie wiem, czy mu się udało. Cóż, nie zaczyna się zbyt dobrze.

Sen o kamiennych stołach i kościanogłowych istotach na nich leżących. Jestem jedną z nich, chyba pierwszą, która się obudziła. Urowie? Hmm.

Lądujemy na Keth-Kordeth. Fregata profilaktycznie rozstawia niewidzialnego satelitę szpiegowskiego, a sam udaje brak zainteresowania ziemiami Alejandro. Sam gospodarz nie raczył się pofatygować na lądowisko. Chyba wiem czego się po nim spodziewać. Formalne powitanie, formalne przedstawienie się, formalne sprawdzenie czy nie ma podsłuchów, formalna kolacja... Cóż, do zobaczenia jutro, Hazacie.

Wstaję jak zwykle wcześnie rano, ponownie przeglądam dossier Alejandra. Śniadanie. Co za miła niespodzianka, witam Pani Leilo, witam...

Uryjskie miasto. Znowu to samo. Tym razem przechadzam się wokół siebie, inne istoty zaczynają się budzić. Rozglądać równie niepewnie jak ja.

Zauważyli. No cóż, przewróciłem krzesło, ciężko nie zauważyć. Alejandro wysłał mnie do medlabu, międzyczasie dostając jakąś informację na komunikator. Tak ojczulku, nic mnie nie boli. Skończyłeś? To ja sobie już pójdę. O ktoś nowy. Ruda, głośna, skąpo odziana kobieta. Chyba warto iść za nią. Miałem rację – dowiaduje się, że coś wybuchło w pobliżu i to solidnie. W tym samym niemal momencie dostałem na komunikator zdjęcia miejsca wybuchu. Korzystając z tego, że Hazat jest zajęty, mówię Leili o wizjach. Aleksiej wystarczy, naprawdę niech Pani sobie daruje te tytuły. Hm, kościanogłowi, tak? Może uda mi się czegoś dowiedzieć. Alejandro prosi o wybaczenie, ale musi coś załatwić. Fregata, sfotografujcie jak najdokładniej, co to jest. A ja skoczę do stolicy, pozwiedzać. Tak myślałem
Wizja. Kolejne wizje miasta Urów. Tym razem próbuje nawiązać kontakt, udaje się. Dowiaduje się, że brakuje nam powietrza, jesteśmy zamknięci i umrzemy...

Że co? Alejandro dowodzi bitwą? Symbionty? Nagrywajcie to! Zerknięcie w Dossier... tytuł artykułu do miejscowej prasy:

„Bohater Cesarstwa, Obrońca Wiary, Wojownik Okrucha Światła, Komandor Orderu Swietego Filipa, kawaler Orderu Kryształowej Gwiazdy z
Mieczami i Liścmi Klonowymi i kawaler Krzyża Mantiusa Apostoła
przegrywa jak na pierwszym roku akademii”


chyba nie chwyci. Przydługi, wymyśle coś innego. W każdym razie trzeba by wracać. Wygrał drugie starcie? To było do przewidzenia. Inaczej oglądałbym to wszystko z orbity.

Kolejne zamroczenie. Tym razem wiem o co chce spytać. Gdzie? Bunkier. Jak otworzyć? Ze sterowni, w arce, w mieście. Ściany nie da się przewiercić? Nie. Budzę się.

Kiedy przybywa Alejandro, po kilku zdaniach wstępu i wzajemnego badania prawdomówności przechodzę do rzeczy: Prawdopodobnie wiem jak uwolnić kilka tysięcy kościanogłowych. Mogę się podzielić swoją wiedzą w zamian za udział w ich uwalnianiu. Zatem lećmy? Zakłada że wiem... Jaki mądry z niego Hazat, prawie zaczynam się bać. Szczególnie, że plan minimum właśnie zrealizowałem. Pytanie co jeszcze mogę z tego wyciągnąć...

Sterownia. Leila także tu jest, nie zdziwiła się zbytnio na mój widok. Zapewne pochłonięta jest otaczającą ja technologią. Mamy mało czasu, Alejandrowi się spieszy. Siada na fotelu... jakiś ruch... chyba go przeskanował, ale nic poza tym. Dobra, to ja spróbuje. Ale fajnie włączyło się. Lista standardów: włączyć zasilanie, wyłączyć uzbrojenie, otworzyć tunel, włączyć systemy wentylacji i podtrzymywania życia. Powtarzam komendy Hazata. Biedaczek dzięki temu nie zauważył, że to ja mam prawa administracyjne. Spodziewałem się tego, ale teraz spytam o to system. Jak się zezłościł. Wie Pan, że jeżeli stąd nie wyjdę, to Pańska głowa spadnie niedługo po mojej? Proponuję wymianę... System spis treści zawartości bazy. Możliwości zrzutu. OK., więc ja Panu dam prawa administratora, a Pan mi pozwoli zgrać sobie cały system na kryształ. No.
Nie, nie mam fantazji erotycznych z Leilą, Panie Markizie. Tak, interesujące. Może sam Pan by tak chciał. A może tych Pańskich z Aidą? Nie? Szkoda...
Zanieście kryształ po zgraniu na górę. Skoczkiem na orbitę, do fregaty. I wyślijcie myśliwiec w kierunku pasa asteroid. Nie pytaj po co, bałwanie tylko to rób. Dobra, przekaże te prawa i się stąd wynoszę, bo Hazacik zaraz nie wytrzyma.
Alejandro - Niezgodność genetyczna. Cel odrzucony.
O kurde, to mnie zaskoczyło. Cóż, Alejandro kazał swoim we mnie celować, a sam poszedł po kościanogłowych. Dobra, dosyć tego, kanał prywatny. Są tu jakieś gry? Leilo, partyjkę tego ze strzelaniem do behemotów? Ale faajne! Przy okazji obserwuję wychodzących kościanogłowych. 4500 Urów. Alejandro mówi przez komunikator... słyszę to za plecami – rozproszcie go. Stereotypowy przedstawiciel swojego rodu – najpierw robimy, później ponosimy konsekwencje, a na myślenie jakoś czasu nigdy nie starcza. Biedny psychonik, mózg mu się chyba ugotował. Mam się odłączyć? Ależ proszę, Panie Markizie. Tylko dokończę partyjkę w ur-tetrisa.

Wezwali Cesarskich. Króla kościanogłowych, Xerisa i grupkę archiwistów. Sympatyczni byli – przejęli wszystko, dali mi jeszcze komputer do odczytania mojego nowonabytego kryształu. Xeris wyjaśnił, że mam sporo genów jego rasy, prawdopodobnie dlatego miałem tu przywileje administratora. I prawdopodobnie będę je miał na większości systemów jedności...

Komentuj (0)


Link :: 05.06.2006 :: 23:18
27 septembris - 18 octobris 5002

Rozdzielone Drogi cz 3

Sesja Wewnątrztygodniowa - Jaxa

BY VARIA

- Wiesz, Askar..? Nie napiszę tego pieprzonego raportu dla Mazzarina... Ja wiem, że Pokurcz powinien wiedzieć o wszystkim... ale to... Paul... Przecież nie oddamy go w jego pokręcone łapy... Strasznie się cieszę, żeśmy to załatwili. Ja wiem, że sami, że bohaterstwo, i wiem, jaka kasa popłynęła, ale, sam rozumiesz, waliliśmy łbami w mur, a Ewangeliści to załatwią. Jakeśmy tam przylecieli, na tą stację na Shaprut to żem się... to się bałam, że to podpucha, że zaraz nas złapią i... i sama nie wiem co. Krzywdę zrobią. Ktoś. Zakon. W końcu głupia wiadomość na mój komunikator mogła być od każdego. No i jakeśmy siedzieli na du... bezczynnie, ja nie mówię, że nie było miło, uczyłeś Ewę tańczyć, i w ogóle – no i te walki na arenie były ciekawe... Ileś Ty tam postawił w końcu? Dwa feniksy? Dobrze, że nie tyle ileś chciał na początku, bo by cię zlinczowali przy wypłacaniu wygranej... No, ale w każdym razie jakeśmy tak siedzieli to żem... to się bałam, że nas wystawią do wiatru. I jak się w końcu pojawili... to wiesz... taka ulga... Taka straszna ulga... Wezmą się za to... Zrobią... Przywiozą go... I już nie będą nas dręczyć wyrzuty sumienia, że mały Kropotkin jest kajś, a my nic... Nie mogłam uwierzyć, jak powiedzieli, że będzie z nami na Lux Splendor. Ty weź sobie tylko wyobraź, jak Jenny... co powie Jenny... Jej syn... Tak, wiem, że ona ostatnio jest dziwna... I nie wiem co zrobić. Tak, teraz ja się martwię.
Zrobić ci drinka? Sama bym się napiła... Jest okazja, nie? Wiem, że mi nie wolno...
A tamten specjał na stacji był niezły. Szkoda, żeśmy nie pomyśleli, żeby wziąć trochę... Ale fakt, nie bardzo był czas o tym myśleć... Front Wyzwolenia Obcych... Kto by pomyślał... Pieprzeni Ukarzy... terroryści, kurde balans. Nie, nie martw się, już mi nie odbija atawistyczna nienawiść, ale pamiętasz, jak nas urządzili. Ni w pięć ni w dziewięć: „Przejmujemy stację, a jak będziecie podskakiwać, a Wielki Książę nie spełni naszych durnowatych i abstrakcyjnych żądań to wam wyssamy powietrze. I w ogóle zrobimy wielkie bum!” Kretni... Zabili ich... gubernatora, obsługę... Znowu się przyszło wtrynić w sam środek. Wiesz, że się nie bałam? Jakeś zaczął organizować te siły – pożal się Wszechstwórco – obronne... Dziesięciu ludzi z pałkami i jakimiś szczątkami broni... ech – ale się nie bałam. Miałeś co miałeś do dyspozycji, aleś poszedł jak ten profesjonał. Najpierw zabezpieczenie drugiej sterówki, potem dwutlenek węgla do sekcji, w której się odcięli bandyci, potem... ja zawiodłam... Nic nie powiedziałeś. Ani słóweczka... mimo, że znów nawaliłam... Sameś się wziął za wyłączenie systemu, coby nie wyssali, sukinsyny... No i jakeśmy potem na rympał poleźli, ciąć, wyoutowywać i w ogóle bić morderczych surwieli, to też żem zabyła... Pieprzona ściana siły woli... Jak, kurwa, mogłam zapomnieć?! I nie, nie usprawiedliwia mnie, że od dawna nie używałam mocy. Ale za to tą barykadę fajnie shajcyłeś. Dobra ta pirokineza, muszę się kiedyś nauczyć.
Za dużo gadam... Wiem... Każ mi się zamknąć, jak cię męczę. Ale po tym ostatnim tygodniu... Od momentu, jak skoczyliśmy na Criticorum tylko czekałam, aż coś się spieprzy. Za dobrze było... Przecież to było niemożliwe... Załatwiliśmy kwestię Paula, wyrwaliśmy się z durnej międzyrasowej zawieruchy, zostawiliśmy stację w miarę zabezpieczoną i jeszcze... lecieliśmy prosto po moje lekarstwo... Nie mogłam w to uwierzyć... Chyba... dalej nie mogę. Jak Robert... On ma na imię Robert – ten lekarz z Faviany, nie wiem, czy wiedziałeś, on jest ciut roztargniony. Jak mnie wtrynił w tą szklaną trumnę pełną paskudnego glutu... Byłam przekonana, że nie zadziała. Siedziałam w glucie pieprzony tydzień... Ani spać, ani jeść, nic, nic, patrzyłam, jak przychodziliście do mnie z Ewą. To było słodkie... Ona mi coś czytała, prawda? Nie wiem, co... pieprzony glut wypełniał mi uszy. Szklana trumna... Tydzień w szklanej trumnie... I... wyszłam... i... lecimy z powrotem na Aylon... a ja... jestem zdrowa... Nie wierzę... nie wierzę... Askar..? Powiedz coś...
Znów zasnąłeś nad książką... „Taktyka dowodzenia...” czymś tam... Znów się przemęczasz... Śpij, śpij...

Komentuj (41)


Link :: 14.06.2006 :: 01:08
18 octobris - 1 novembris 5002

Kordeth cz 1

Sesja Wewnątrztygodniowa

BY MOEBIUS

Obraz olbrzymiego, leniwie wirującego globu, powoli wpełza na ekrany Allawa.
Gruba warstwa toksycznych, przesłaniających powierzchnię chmur, co chwilę rozświetlana jest błyskami gwałtownych wyładowań…
Ponad dwa tysiące lat temu, ta śmiertelnie niebezpieczna planeta, była ostatnim bastionem rasy Dzieci Bogów, wojowniczych Ukarów. To właśnie tutaj dokonał się ostatni akt wyniszczającej wojny, która z dumnej rasy zdobywców uczyniła niewolników. Wtedy na orbicie znalazła się olbrzymia flotylla ludzka, grożąc w razie oporu całkowitym unicestwieniem. Teraz zaś…
Orbita zasłana jest szczątkami stacji obronnych. Jeszcze kilkadziesiąt godzin temu toczyły się tu ostatnie walki. W tym momencie już nic nie zakłóca spokoju pustki…
Już drugi raz planeta stała się areną walk między ludźmi a obcymi. Pierwszym razem ludzie, dzięki zdradzie, zwyciężyli. Teraz obcy, dzięki ludziom, pokonają… swych braci. Zdrajców. Sprzedawczyków. Niegodnych, zwać się Dziećmi Bogów.
Wszyscy zebrali się w kokpicie. Obserwują. Tajemniczy 49, zbieg z jednej z planet Zakonu. Jenny, żona demonicznego Lewiatana i matka Niszczyciela Światów. Askar, wierny rycerz Feniksa. Varia, psychoniczka, jedna z najpotężniejszych w Znanych Światach. Moebius… Nor-Yian z klanu Miharshun. Człowiek, a jednocześnie obcy. Pokryty, budzącymi wśród wielu grozę, tatuażami morderca, gotowy jednakże wypełnić każdy rozkaz Feniksa… Jedyny, który miałby prawo zapłakać widząc, co ludzie uczynili z tą planetą. Z jego domem…

* * *


To, że wracam na Kordeth stało się dla mnie oczywiste, kiedy na dwór Fajsala dotarły najświeższe wieści ze Światów. Ukarskie klany „renegatów” poprosiły o protekcję Hawkwoodów. Patriarcha Lemin Fuego zrównał w prawach Banjak z Kościołem Wszechświatowym. I najważniejsze – „buntownicy” popierający Nadakirę postanowili zrzucić jarzmo zdradzieckich klanów, rozpoczynając powstanie skierowane przeciwko bezprawnym rządom garstki sprzedawczyków.
Ciągle jednak pozostawały niezałatwione sprawy na Aylonie. Trzeba było zająć się uwolnionymi psychonikami i zakończyć sprawę klona Jenny. Na szczęście i jedno i drugie poszło nad wyraz gładko. Askar wyzwolił swoich nowych poddanych i zatroszczył się o ich osiedlenie, zaś oczyszczone z wszystkich zewnętrznych ingerencji, pozbawione duszy ciało zostało przekazane niefortunnemu amantowi.
A kwestia lotu na Kordeth rozwiązała się sama – Askar po rozmowie z Fajsalem sam zaproponował „wycieczkę” w celu rozeznania, niepokojącej dla wielu, sytuacji.
W ten sposób, po szybkich przygotowaniach, ruszyliśmy z kolejna misją.

* * *


Tak niewiele trzeba, aby wszystkie pęta „cywilizacji” opadły… To, co przez ostatnie siedem lat z różnym skutkiem co prawda, ale tłumiłem, teraz wychodzi na wierzch. Nie wiem na ile to widać. Po prawdzie niewiele mnie to obchodzi. Wystarczy, że czuję, jak z każdą godziną powracają zapomniane instynkty…
Po przekroczeniu Wrót zostaliśmy z miejsca namierzeni przez okręty wojenne. Na szczęście nie stanowimy żadnego zagrożenia i pozwolili nam lecieć dalej. Podczas lotu jeszcze kilka razy byliśmy wywoływani, ale po podaniu kodów – puszczano nas. Coraz bliżej planety… Teraz pozostała ta jedna rzecz…
Moje przybycie na mostek wzbudza pewną… konsternację? To chyba najlepsze słowo. Cóż, nie ma się w zasadzie czemu dziwić, pierwszy raz widzą mnie ubranego w strój Klanu – prostą przepaskę pokrytą glifami. Taaak, to pierwsza z wielu niespodzianek, jakie tu ujrzycie.

* * *


Lądujemy na ziemiach Klanu Trak. Samo lądowisko znajduje się w olbrzymiej jaskini, strzeżonej przez wielkie kamienne statuy Ukarów. Na miejscu wita nas jeden z wojowników. Przez czas naszego pobytu w korytarzach Trak, będzie naszym przewodnikiem. Idziemy do głównego miasta…
Plątanina korytarzy. Labirynt, w którym pozostali momentalnie się gubią. A przecież… wystarczy słuchać ścian. Ciągnę dłonią po chropowatej powierzchni, zapamiętując każde wgłębienie, każdą wypukłość. Tak trzeba.
Przyjemny mrok. Okulary zostały na statku, tu nie są potrzebne. Nie ma się przed kim ukrywać.
Ich kroki… Bogowie… Wszechstwórco, słyszę ich kroki. Dlaczego nigdy nie zwróciłem na nie uwagi? Tam, na górze, poza planetą, jest za głośno. Dopiero tutaj mogę wsłuchać się w kroki przyjaciół. Cięższe – Askara. Lżejsze – Varii, 49 i Jenny. Wszystkie inne, takie… osobiste. Mnie i przewodnika nie słychać. Kolejny nawyk, który powrócił. Skoro to takie proste, czemu tam, na górze, nie chodziłem w ten sposób? Za dużo już we mnie z człowieka.

* * *


Miasto… Jest piękne. Owszem, w porównaniu do innych, tych z „cywilizowanych” Światów, jest skrajnie ubogie, ale… Nigdzie nie widziałem tak cudownych budynków. Może jeszcze na Maddoc u głębinowych Oroymów było podobnie. Ale – tylko podobnie.
Jednak, mimo ogromu, miasto jest puste. Wiele z budynków wygląda na niezamieszkane od lat. Po ulicach kręci się niewielu Ukarów, głównie kobiety i starzy. Reszta walczy w wojnie, o której Światy zapomniały już setki lat temu.
Dostajemy swoje kwatery. Kilka wykutych w skale pokoi o ścianach pokrytych glifami. Na podłogach wyprawione skóry – do spania. O ile w całym mieście światła dostarcza specjalnie hodowany mech i kryształy, tutaj mamy pospolite żarówki. Zaczynamy rozkładać swoje rzeczy. Nagle z korytarza słychać hałas i po chwili w drzwiach staje… pancerz wspomagany. Eee… czy to nie jest przypadkiem jeden z tych, co to je pomogliśmy wykraść Aylońskim Ukarom? Daleką drogę przebył, nie ma co. Ciekawe, gdzie pozostałe kilkaset sztuk. Dobra, nieważne.
Tajemnicza postać zdejmuje hełm i… wylewa się spod niego fala siwych włosów. Hmm… A więc tak wygląda osławiona Da’ana, oj Klanu Trak, znana powszechnie jako „babcia”…
Zostajemy zaproszeni na kolację.

* * *


Mmmm… pachnie świetnie. Smakuje pewnie też. Od lat nie miałem w ustach prawdziwego jedzenia. A to co? Korzeniuszka? TA korzeniuszka? Nie, jasne, że nie odmówię. Uraził bym naszą piękną gospodynię.
Kolacja nie jest wyszukana, ale dla towarzyszy stanowi pewne nowum. Najpierw pieczony skrr’tch. Wielki, o delikatnym mięsie… i grubum chitynowym pancerzu. No dobra, robal. Ale JAKI robal! Wyborny! Szkoda, że one nie żyją w tunelach mojego Klanu. Do tego ryby, grzybki, jakieś suszone glony. Ot, i tyle. Mimo to wszyscy jesteśmy najedzeni po same uszy.
Po posiłku przechodzimy do drugiego pomieszczenia, spokojnie porozmawiać.
No i tu zaczynają się schody…
Nie wiem już, kto rozpoczyna całą dyskusję. W każdym razie babcia i Varia przerzucają się argumentami za i przeciw naszemu sposobowi prowadzenia wojny. Mi nie pozostaje nic innego, jak tylko kręcić z niedowierzaniem głową. Kto jak kto, ale Ty, Varia, powinnaś nas zrozumieć…

* * *


Wojna… Ta wojna może zakończyć się tylko w jeden sposób… Tu nie ma miejsca na pakty, zawieszenia broni, akty łaski… Od przeszło dwóch tysiącleci przelewamy swoją krew, walcząc o swoje prawa. Od przeszło dwóch mileniów, rok po roku, giną dziesiątki tysięcy Ukarów. To nie jakiś lokalny konflikt, tylko walka na totalne wyniszczenie przeciwnika! Cholera, jak można nie rozumieć czegoś tak prostego? Dlaczego ludzim tak ciężko przychodzi zaakceptować najprostsze fakty? Jak można zastanawiać się nad prawem do życia zdrajców całej rasy?
Przecież… Z Zakonem będzie tak samo… Też nie będzie sentymentów, miłosierdzia… Wojna, której preludium obserwujemy, też będzie toczyć się do całkowitego wyeliminowania przeciwnika…
A może… Może i masz trochę racji… Może nasza rasa rzeczywiście funkcjonuje z całkowicie innym kodeksem etycznym? Miało by to odbicie w, chociażby, naszym Cieniu. O wiele bardziej morderczym i nieprzewidywalnym. Dysponującym mocami o których nigdy nie słyszeliście…
Nie! Nie wolno tak myśleć! Takie myślenie zabija! Wątpliwości zabijają!
Varia śmieje się ironicznie. Mówi coś o umieraniu za sprawę.
Ech, to nie tak… Za sprawę się nie umiera. Za sprawę się zabija! Zbyt wielu nas ginęło w samobójczych atakach, w aktach całkowitego poświęcenia sprawie. Teraz to inni będą ginąć. Teraz to zdrajcy posmakują naszych Kraxi. Na tej planecie nie ma miejsca na ludzkie sentymenty i słabość…
Ale dość już. Korzeniuszka się kończy. A ta dyskusja nie ma najmniejszego sensu. Wracajmy do swoich jaskiń, jutro czeka nas trochę pracy…

Komentuj (9)


Link :: 17.06.2006 :: 00:27
maius 4995

Oktawia cz 1

Sesja Specjalna

BY MANUEL

Jest ściśle przestrzeganą regułą Pałacu Patriarszego na Marsie, iż w apartamentach Jego Świątobliwości panuje niczym nie zmącona cisza. Fauny na arrasach – gdyby tylko mogły mówić - z pewnością wyraziłyby swoje zdumienie widząc co się dzieje: ściany pałacu dawno nie widziały takiego rozgardiaszu i nerwowej bieganiny.
Przy olbrzymim biurku siedzi młody mężczyzna, ubrany w białą sutannę. Na ścianach wiszą portrety patriarchów i wizerunki Apostołów. Wokół biurka tłoczy się gromada prałatów, szambelanów i infułatów z naręczem arkuszy i dokumentów. Całej scenie przygląda się starszy arcybiskup, kiwając głową z uśmiechem.
- Jeszcze tu podpis… i tu… tu pieczęć mniejsza. Tu wielka… i jeszcze jeden podpis.

Podpis… podpis… mężczyzna podnosi głowę, a na jego twarzy maluje się zdziwienie… zaraz, moment… przecież to…

Wasze ekscelencje wybaczą… muszę chwilę odpocząć.

Czasy młodości… to było życie. Bez stresu, bez obowiązków… spędzanie czasu jako onna-tarashi…

Pamiętam jak kupiłem sobie moje ukochane Feretti. Wyfruwam bryką od dilera, łokieć za okno, techniawa w głośniki… wtem! Na siedzeniu obok ląduje jakaś panienka. Hmm… kawaii bishojo. Ciekawe czy lubi… nie dane mi jest jednak zastanowić się co lubi moja towarzyszka, gdyż natychmiast przystawia mi lufę pistoletu do skroni…

- Ruszaj! – warknięcie.

Ruszamy natychmiast. Natychmiast też Hazaci otwarli ogień… słyszę świst kul.

Chikusho! To nowa bryka!

Shojo nie pozwala jednak na zastanawianie się. Zaczyna strzelać. Każe mi się przesiąść, a sama kieruje… cóż, nie lubię Hazatów, więc płakać nie będę jeżeli kilku zdejmę. Otwieram ogień. Laselencja pilotuje pojazd jak szalona, toteż z celnością u mnie kiepsko. W pewnym momencie gwałtownie zakręca przed wieżowcem. Nasi niedrudzy niestety nie mają tak dobrego sprzętu…pojazd Hazatów z hukiem wbija się w budynek…
Yatta yatta yatta! Zaczyna mi się to podobać! No i co, szmaciarze? Nie ma bata na Feretti!

Dolatujemy do mieszkania Primy. Herbatka… co, i tyle? Żadnego hmmm… podziękowania? Eeee… To ja wracam do domu…

Dzień później, pałac ambasadora Decadosów. Doprowadzam się do ładu i razem z panem ojcem udajemy się na przyjęcie. Spotykam paru kumpli. Jest nieźle, nie tak sztywno jak u Hawkwoodów. Raczymy się wódką, ha, nawet popisuję się etykietą, przepisowo przepijając do gospodarza. Balanga robi się coraz luźniejsza… gdy nagle…

Proszę proszę… panna Prima… niezła kiecka… to co, idziemy do mnie? He he, bystre dziewczę, wie, jak wygląda prawdziwy bishonen. No to cyk.

Usiądźmy sobie wygodnie, zdejmij to obi, bo ci będzie niewygodnie… co? Yabai, chcesz być tu służącą? Pfff… w sumie.. przyda mi się geisha… dobra, zostań tu. Zdejmuj obi, powiedziałem.
Nie? No to nie.

Następny dzień, no, fajnie, przynosi śniadanie, przygotowuje ciuchy… a chodźże no tutaj!
Nie, tak się bawić nie będziemy. Jestem baronem i mam swoje potrzeby. Śniadanko, bryka i po kumpli. Czas zawitać do „Purpurowego Smoka”.

Powrót. No, cośmy tacy obrażeni, panno Primo? Heh, widzę że moja nowa towarzyszka ma niezłe kontakty. Co? Owsianka na obiad.

Chcę, abyś poznał mnie ze swoim ojcem – ale zachcianki! Uważaj, mała. Dona Maria Trinidad, vel Maria-sama nie lubi gdy koło tatula kręcą się jakieś… ech, no dobra. Ale będzie cię to kosztować.. obi… z przyległościami…
Czekaj… co jeszcze chcesz? Umowa o zatrudnienie?

Podpisz… podpisz tutaj… już wiem dlaczego przypomina mi się ta historia. Ech… dziwne rzeczy się zapamiętuje…

Przedstawiam Primę ojcu. Nie zauważyłem żeby zrobiło to na nim jakieś wrażenie, super, zanotować na przyszłość… gdy będę chciał zatrudnić jeszcze kilka. A teraz chodź tu mała i zdejmuj te łachy. Nie pójdziesz po dobroci? No to będzie po złości. Ja tu jestem panem i władcą.
Ale zwinna żmija! Niech to diabli!

Rano okazuje się, że piękna nieznajoma urządziła sobie spacerek po pałacu… nocą… i usiłowała wejść na pokoje ojca… Chwała Wszechstwórcy że zinterpretowano to zupełnie inaczej, czyli tak jak się powinno… ech, wariatko, chyba mamy do pogadania…

Przesłuchuję delikwentkę. Proszę, nasza mała Prima naprawdę na imię ma Oktawia i jest agentką Męczenników. Co? Że tato kuma się z Decadosami? No i co z tego… jego matka jest Decadoską, ty saitey-dayo!
Żądam dowodu. Ech… pieczęć Flaviusa. Dobra, rób swoje, mała, ja nie chcę o niczym wiedzieć. Albo inaczej – ja ci nie przeszkadzam, ale wieczorem widzę cię w moim łóżku … bez dyskusji!

Mija czas. Zaczynam się denerwować. Decadosi u ojca, Oktawia gdzieś znikła… Kurde kurde kurde… ale to wszystko bez sensu.
Wchodzę do pokoju. Co do diabła? Oktawia klęczy na podłodze, naga, ochlapana krwią spuszczoną z jagnięcia, które teraz patrzy na mnie z wyrzutem. Yabai! Sona! Musisz to robić właśnie tutaj!?

Pieprzę to. Jak tak pracuje nasz wywiad, to ja wstępuję do kontrwywiadu. Biegnę do saloniku, gdzie resztę wieczoru spędzam śpiewając Pieśń Smoka. Jak coś się spieprzy to przynajmniej będę mieć jakie-takie alibi.

Oktawia mnie cuci. Co z ojcem – pytam. W porządku, odpowiada Oktawia. Sumienie uspokojone… czy do końca? Aaa… Shojiki mo baka no uchi… mam inne problemy na głowie…Słowo się rzekło, miła pani, czas się wywiązać ze zobowiązań…
Trzecie podejście… jak mawiała babcia – „Boh trojcu lubit”. Obi ląduje na stoliku, kimona na podłodze, a dzielny samuraj Trinidad Manuel odnosi kolejne zwycięstwo. Kolejne zwycięstwo…

Ekscelencjo – szepce ktoś. Jeszcze jeden podpis.
Parafa wystarczy? Dobra, sam widzę że nie wystarczy. Ale następnym razem chyba wybiorę stanowisko Wielkiego Inkwizytora…

Constantinus Septimustricesimus, Omnicreatori Gratia Pontifex Maximus


Komentuj (1)


Link :: 18.06.2006 :: 02:13
1,2 novembris 5002

Kordeth cz 2

Sesja Wewnątrztygodniowa

BY MOEBIUS

Ranem, po lekkim śniadaniu, postanawiamy przejść się po mieście.
Wszędzie widać ślady świetności tego ludu, kontrastujące z obecną biedą.
Trafiamy na szpital. Ha, na Bizantium to miejsce nie było by godne nawet miana jatek. Okazuje się, że lekarzem jest tu… człowiek. Amalteanin. Pomagają mu dwie Ukarki. W czasie wojny mają pełne ręce roboty – operacje odbywają się prawie cały czas. Jenny postanawia zostać i pomóc.
Idziemy dalej. Hala treningowa. Kilkudziesięciu wyrostków walczy pod okiem jednorękiego wojownika. Na nasz widok przerywają ćwiczenia… a następnie zostajemy uraczeni wykładem o potencjalnych słabych punktach Askara. Ciekawe, nie powiem. Nauki zostają poparte faktami – przyjaciel postanawia sprawdzić się z jednym z młodych wojowników.
Walka jest krótka, acz zażarta. Co ciekawe – wygrywa Ukar. Cóż, młody Allaw przyzwyczajony jest jednak do nieco innych warunków. Nauczyciel fechtunku Askara wygląda na lekko zdegustowanego.
Moja kolej. Teraz otoczenie i rodzaj broni działają na moją korzyść. Co prawda przeciwnik też zna je świetnie, ale… Ja mam dłuższą praktykę. Bez większych problemów radzę sobie z Ukarem.
Na zakończenie treningu podchodzę do kalekiego mistrza. Umawiamy się na następny ranek – ma mi pokazać kilka ciekawych (i wyjątkowo wrednych) ciosów.
I jeszcze niespodzianka – dostajemy propozycję wzięcia udziału w następnym wypadzie na tereny jednego z wrogich Klanów. Zastanowimy się nad tym.
Hmm, późno się robi. Trzeba porozmawiać z Da’aną. Okazuje się, że za kilka dni odbędzie się narada Starszych renegackich Klanów. Mogą również przybyć przedstawiciele kilku Klanów z głębin.
Niestety, udział w naradzie uniemożliwił by nam wyprawę wojenną. W związku z tym zorganizowany będzie jeszcze jeden krótki wypad – specjalnie dla nas. Wyruszamy jutro, zaraz po moim treningu.
W takim razie najlepiej będzie szybko kłaść się spać. Jeszcze tylko… eee… gdzie podziali się 49 i Ewa? Po krótkich poszukiwaniach znajduję ich w Salach Pamięci. W milczeniu chodzą wzdłuż ścian pokrytych glifami.
Proponuję, że im poczytam. Siadają na środku jaskini, a ja, wodząc dłonią po płaskorzeźbach, przywołuję historię mojego ludu…

* * *

Oto dziedzictwo Dzieci Bogów. Oto nasza historia.
Wielcy stworzyli nas.
Dali nam siłę dae’rr i zwinność skr’w.
Hojnie obdarowali nas Mocą. I to było dobre.
Następnie chodzili pośród nas, ucząc i wspomagając swymi darami. W ten też sposób otrzymaliśmy naszą świętą broń – kraxi. I to było dobre.
W końcu pokazali nam Gwiazdy… Z woli Bogów podbijaliśmy kolejne Światy, tłumiąc wszelki opór. I to było dobre.
Niestety, w Niebie wybuchła wojna. Bogowie odchodzili. Nasz lud zaczął upadać.
Wtedy przybyła pomoc. Ludzcy bracia z naszej Krwi przylecieli na swych statkach…

* * *

49 i Ewa siedzą nieruchomo, zasłuchani… Czas jednak kończyć, robi się naprawdę późno.
Varia! Stoi w wejściu do jaskini. Też słuchała. Na jej ustach błądzi tajemniczy uśmiech…

Komentuj (33)


Link :: 22.06.2006 :: 10:35

my pet!




adopt your own virtual pet!



my pet!



Zwierze Askara

Komentuj (3)


Link :: 28.06.2006 :: 00:51
BRAK DAT

Sutek 5051

Sesja Drejkowa

BY LEILA

Szłam sobie tunelem podziemnego miasta, cała zadowolona z tego, że tu jestem i mogę to wszystko zobaczyć...

Ciemność.

***

Tym razem leżę na czymś lekko kłującym a nad sobą mam bieloną powałę. Ostrożnie podnoszę głowę. Czuję się lekko skołowana, ale poza tym w porządku. Obok mnie z łóżek wstają Alejandro i Aleksjej. Gdzie nas tym razem przerzuciło? Rozglądamy się dookoła- drewniane, białe ściany. Proste sprzęty. Materiałowe parawany. Podłoga z desek. Wygląda to wszystko na chłopską chatę, może nie bardzo biedną, ale skromną. Okno wychodzi na sad – słoneczne promienie przesiane przez liście drzew kreślą ruchomą mozaikę plam światła i cieni. Na szafkach obok łóżek nasze rzeczy – ubrania, broń, komunikatory i tarcze. Problem polega na tym, że wszystkie elektroniczne urządzenia siadły. Alejandro wstaje, ze zdziwieniem spoglądając na swoją nogę. Kilka normalnych, sprężystych kroków.

Krótka rozmowa. Panowie też nic nie pamiętają poza tym, co robili tuż przed „przeskokiem”. Alejandro rozpoznaje drzewo za oknem – podobno ten gatunek rośnie wyłącznie na Suthec. To już jakaś wskazówka. Oprócz tego widzimy też bawiące się dzieci i... traktor. Podobno za naszych czasów to był standardowy model, ten wygląda na dość długo używany choć zadbany.

Ktoś wchodzi. Kobieta - najprawdopodobniej chłopka – sądząc po stroju i wyglądzie. Przynosi nam rosół. Alejandro pyta ją, gdzie jesteśmy.
- W wiosce czterdziestej dziewiątej – ton głosu kobiety – jakby miała na końcu języka inne słowo.
To nam niewiele pomoże. No to w takim razie może nazwa jakiegoś większego obszaru. Pada odpowiedź – nazwa parafii . Spoglądamy po sobie.
- Jeśli nazwy parafii zastąpiły nazwy geograficzne to musi być naprawdę źle - stwierdza Alejandro.
Aleksjej zdecydowanie się z nim zgadza. Wyjdziemy na wariatów, ale musimy zadać to pytanie - w takim razie, jaka to jest planeta? Świętego Oktawiana...

Po dłuższej chwili konsternacji, w czasie której zbieram szczękę z podłogi.

Oktawiana...czyżby Manuela? No i niewiele się wyjaśniło. Dopytywanie kobiety raczej nic nie da – wydaje się zastraszona, nawet jeśli zna prawdziwe nazwy nie ufa nam i nic nie powie. Najwyraźniej ktoś pozmieniał je i zabronił używać starych. O datę może na razie nie będziemy pytać. Skąd zatem się tu wzięliśmy? Podobno trzy dni temu znaleziono nas nieprzytomnych na brzegu morza. Dziękujemy za opiekę. Jestem wdzięczna tym ludziom – wcale nas nie znali a przecież zaopiekowali się nami i ugościli, choć sami niewiele mają.

Kobieta wychodzi, lecz niedługo później zjawia się kolejny gość. Wysoka, na oko trzydziestoparoletnia kobieta. Czarne włosy upięte w kok, spod którego wymyka się kilka kosmyków, ciemnobrązowe oczy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, ciemna cera. Dość ładna, choć widać, że nie żyje się im tu łatwo. Porusza się krokiem szermierza, zresztą przy boku ma przypięty rapier. Przedstawia się pierwsza – Isabel Castenda. Dziwi ją obecność przedstawiciela gałęzi Dulcinea, w ogóle wydaje się, jakby gdzieś już słyszała imię i tytuły Alejandro. Nazwisko Decados wywołuje na jej twarzy lekki grymas niechęci. Próbujemy wypytać ją o obecną sytuację i dowiadujemy się, że znajdujemy się na terenie Teokracji. Po minie pani Isabel łatwo wywnioskować, iż nie kochają tutaj swojej władzy, jednakże na tyle się jej boją, by skrywać tę niechęć przed obcymi.

Konwersację przerywa szum lądującego skoczka. Isabel przeprasza i idzie porozmawiać z nowoprzybyłymi. Wyostrzenie zmysłów to bardzo przydatna moc...

Ze stalowoszarego skoczka oznakowanego ortodoksyjnym znakiem Wrót, do którego dodano orła i laurowy wieniec wysiada kilku żołnierzy w białych pancerzach ze srebrnymi emblematami oraz urzędnik. Oświadcza Isabel, że wioska 49 zostanie przesiedlona, ponieważ trzeba zrobić miejsce dla eskatoników wygnanych z Keth-Kordeth przez księżnę Asharę (czyżby to samo kontinuum, które odwiedziłam kiedyś z Aidą i AnnąMarią... jednak nie przypominam sobie stalowych wrót z orłem i laurami. Zatem inne. Ciekawe, na ile zbliżone?). Na spakowanie się mają kilkadziesiąt godzin. Hazatka próbuje tłumaczyć, że za miesiąc zbiory, ale urzędnik jest nieustępliwy. Lekceważąco-znudzonym głosem wygłasza kilka formułek, po czym wsiada z powrotem do skoczka i odlatuje. Isabel przez chwilę jeszcze przygląda się miejscu, z którego wystartował, jakby nad czymś się zastanawiając.

Chwilę później – kolejny skoczek, tym razem z wymalowaną na boku iskierką. Isabel najwyraźniej zna otyłego AlMalika, który wysiada zeń w towarzystwie ochrony. Propozycja pada od razu – wiemy o wysiedleniu i wiemy też, że nie zdołacie wszystkiego zabrać. My jednak możemy odkupić od was część rzeczy. Szlachcianka nie jest zbyt chętna od transakcji, ale też nie odmawia. Zastanowi się nad propozycją.

Niedługo później dostajemy obiad. Kiedy pytamy co się stało, wieśniaczka opowiada o wysiedleniu z rezygnacją. Wspomina, iż tereny, na które ich przenoszą leżą na skraju pustyni.

Dość już tego siedzenia w miejscu. Czas na spacer po wiosce. Okazuje się, że Isabel przydzieliła nam jednego z chłopów na przewodnika. Dali nam nawet słomkowe kapelusze. Wioska jest niewielka – mieszka w niej zaledwie kilkudziesięciu ludzi, nie ma nawet sklepu, ani oberży. Ponoć raz na jakiś czas Isabel leci swoim mechanicznym ptakiem do odległego o dwie godziny lotu miasta po zaopatrzenie. Teraz nieco bliżej Teokracja zakłada kolejne. Największym budynkiem jest tu chyba dom Isabel. Oprócz tego jest też dość zniszczony i biedny kościółek. Pytanie – czemu Teokracja nie dotuje swoich? Obok – na tablicy ogłoszeń klepsydra niejakiego Pedro Jose z datą – 5051. Sama okolica jest dość ładna – wzgórza ciągnące się od odległego pasma gór do niewidocznego stąd morza. Poletka porośnięte dojrzewającym zbożem, zagajniki. Nad horyzontem od strony głębi lądu dostrzegamy wał burzowych chmur.

Lądowisko skoczków. Chłop jest wyraźnie zaniepokojony widząc, że kierujemy się w tamtą stronę. Alejandro dostrzega dziwnie ułożone deski. Coś tam jest. Nie będziemy nadmiernie denerwować naszego przewodnika. Wracamy do wioski, udając, że niczego nie zauważyliśmy.

Trzask i szum. Potem głos z radioodbiornika. W związku z nadciągającą burzą mechaniczny ptak, mający wywieźć chłopów przyleci za 6 godzin. Do tego czasu wszyscy mają być gotowi.

Co możemy zrobić? Alejandro sugeruje uszkodzenie samolotu.
- Jeśli przypadkiem kura wleci im do turbiny...
- To zapewne będzie duży samolot. –przytomnie zauważa Aleksjej.
- To może lepiej krowa?
- Tja, tylko kurę można wytłumaczyć, zaś latającą krowę nie bardzo – dodaję.
- A gdyby jeszcze tę krowę „wzbogacić” metalem. Na przykład metalową sztabą... – Alejandro najwyraźniej nie zamierza się poddać.
- Olaboga, gdzie moja krowa, przeca do szyny ją przywiązałem! – wyrywa się Decadosowi.
- Aleksjej, uważaj, łapiesz manierę. – śmieję się do markiza.

Żarty żartami, ale coś zrobić trzeba. Idziemy do Isabel, którą zastajemy na werandzie porządkującą papiery. Poza tym, że mniej lub bardziej przekonująco udajemy zbiorową amnezję pytamy, co z nami będzie. Nie zabiorą nas – bo nie mamy papierów a teraz wszystko jest ściśle ewidencjonowane. Jeśli tylko zgubiliśmy nasze dokumenty, ale mamy czyste akta (w co Isabel najwyraźniej wątpi) dadzą nam spokój. Tja... tyle że nie mamy dokumentów. Do tego – o czym głośno nie mówię, nie chcąc martwić towarzyszy - wszyscy jesteśmy psionikami. Jeśli stosunek do okultystów się nie zmienił – a ja przypuszczam, że raczej się zaostrzył to możemy nawet skończyć w obozach. Niewesoło. Nie przemycą nas, nie da rady.
- Za krowę was raczej nie przebierzemy – stwierdza Isabel, a ja w tym momencie nie mogę się powstrzymać przed wyobrażeniem sobie, jakbyśmy wyglądali w tej roli, kto dostałby łeb a kto zad i jak bardzo obraziłby się ten, któremu przypadłaby mniej chlubna część.
Cóż – mogą nam dać jedzenie i schowamy się w lasach. Tyle że wszyscy zdajemy sobie sprawę, że to rozwiązanie krótkoterminowe.

Przy okazji dowiadujemy się też więcej o sytuacji politycznej. Tak, jesteśmy na Suthec. Jednak sama Isabel niewiele wie, co dzieje się poza granicami Teokracji, utworzonej niedługo po tym jak ostatni patriarcha Konstantyn XXVI rozwiązał swój urząd i przekazał sporą władzę metropolitom. Znane Światy są podzielone.

Dobra, czas porozmawiać otwarcie. Alejandro proponuje pomoc. Chcemy się im przecież jakoś odwdzięczyć. Co Isabel myśli o opóźnieniu odlotu mechanicznego ptaka. Jeśli teraz go zepsujemy następny przyleci dopiero po burzy, która – jak się dowiedzieliśmy ze dwa, trzy dni potrwa. To zawsze dodatkowy czas. Poza tym – co też oni tam ukrywają. Isabel wyznaje, że broń. Jeszcze z dawnych czasów. Dbają o nią. Na razie nie mają sił ani możliwości, by walczyć o niepodległość. Wiedzą, że gdzieś w miastach działa ruch oporu, ale nie tutaj. Zresztą –przy miażdżącej przewadze państwa nie mieliby szans. Nie postawi przecież kilkudziesięciu chłopów przeciwko wyszkolonej armii. Niemniej - zawsze może nadejść odpowiednia chwila. W każdym razie żal ją zostawić – co do tego zgadzamy się wszyscy.

Isabel prowadzi nas na lądowisko, otwiera klapę. Schodzimy do składu. Jest tego tutaj parę ton. Sądząc po minach panów nie jest to byle co. Alejandro bierze jeden do rąk.
- Doskonale utrzymane.

Rozmawiamy – plan powoli się krystalizuje, głównie dzięki uwagom Alejandro i Aleksjeja. Większość tej broni zmieści się do samolotu Isabel. Gdybyśmy istotnie przeprowadzili akcję sabotażową te 6 godzin do przylotu urzędników moglibyśmy wykorzystać na załadowanie broni do mechanicznego ptaka Hazatki. Problem z tym, że wszelkie loty są śledzone. Jednak w czasie burzy...
- Tyle że urzędnicy, którzy przylecą zauważą start maszyny i mogą to zapamiętać. – zauważam.
- Będą zajęci wypadkiem...
- Ale raczej nie aż tak, by nie zauważyć zniknięcia samolotu, który przecież odleci podczas burzy, co już będzie podejrzane. Proponuję teraz załadować go, odlecieć nim kawałek i ukryć gdzieś w lesie. Lotów na tak bliską odległość raczej nikt nie sprawdza.
Isabel kiwa głową.
- W pobliżu jest nawet niewielka dolinka.
Teraz sabotaż. Powraca pomysł z krową.
- Musielibyśmy chyba mieć katapultę – stwierdza lekko sarkastycznie Isabel.
Jednak sama idea jest dobra i panowie zastanawiają się nad nią nadal.
- A gdyby tak przez przypadek zupełnie strzecha jednej z chat obluzowałaby się i została wessana przez turbinę? – zastanawia się Alejandro.

Pomysł jest dobry. Chłopi zabierają się za piłowanie. Przy okazji znajduje się trochę dużych gwoździ... spory zwój polimerowej linki (no co, chcieli przecież wzmocnić konstrukcję). Teraz tylko przebrać się w lokalny strój, wmieszać w ciżbę i czekać na rozwój wydarzeń. Aleksjej chowa pod poncho karabin. Sombrero na moje tlenione włosy. Gotowi.

Mechaniczny ptak nadlatuje o wyznaczonej porze. Czekamy. Coraz niżej i niżej. Błysk światła na skrzydle...piorun? Rozpaczliwa akcja pilota. (Alejandro wydaje się wyraźnie zawiedziony, że oto samolot psuje się bez jego pomocy) Odrzucone skrzydło... O – i teraz strzecha. Ogień... Jednak nie było wysoko i udało się posadzić maszynę. Niedługo potem z wnętrza wychodzą poobijani żołnierze.

Pierwszy kamień rzucony przez jednego z wieśniaków odbija się o pancerz żołnierza... Drugi – celniejszy trafia go w głowę... Co wy robicie, przecież mieliśmy tylko uszkodzić samolot, a nie ich zabijać... Tłum ruszył... szybko, tak szybko... Błysnęły ostre narzędzia.
- Nie dźgać tylko tłuc! – krzyczy Aleksjej...
Nawet go posłuchali ale... dlaczego.... jak to się stało... w jednej chwili banda zastraszonych i wykorzystywanych, poczciwych chłopów zmieniła się w katów...

Zasiekli wszystkich. Teraz układają ich z powrotem w samolocie tak, by upozorować wypadek, w razie gdyby ktoś jeszcze przyleciał. Nie potrafiłam ich powstrzymać.

Przeszukać zwłoki. Trochę broni. Dokumenty. Nic ważnego. Panowie znajdują baterie i ładują swoje pistolety. Ja zazwyczaj nie noszę przy sobie broni (zwłaszcza, jeśli nie spodziewam się niebezpieczeństwa). Sama jestem bronią.

Aleksjej zauważa prostokątny przedmiot. Tego na pewno nie montuje się w skrzydłach. Ładunek?

- Tego nie było w planach – to Isabel.
- Wybuch skrzydła to nie nasza sprawka – tłumaczymy.
- Co teraz z tym zrobimy?

Skoczek. Dobrze nam znany, z iskierką. Isabel znów rozmawia z AlMalikiem a my podsłuchujemy. Że niby AlMalik za darmo rozdaje broń... głowice? Rakiety? Spoglądamy po sobie zdziwieni. Jaki on może mieć w tym interes? Okazuje się że inne wioski też miały być przesiedlane. AlMalik odwiedził ich wszystkich i zaproponował wsparcie. Spora część przyjęła propozycję. Gdzieniegdzie samoloty Teokracji również spotkały wypadki. Wciąż zastanawiamy się co przyszłoby AlMalikom, gdyby Suthec udało się oderwać... Isabel nie jest zadowolona z obrotu spraw, ale teraz nie bardzo ma jak się wycofać.

Zabieramy się za wyładunek „prezentu”. Kiedy tylko możemy wyciągamy Isabel na bok i wypytujemy o AlMalika. Niewiele o nim wie – jest dość dziwny. Teraz, co teraz? Hazatka wie, że została wmanipulowana, ale już za późno... Chyba trafiliśmy w sam środek rodzącej się rebelii.

Czy AlMalik mógł sprowokować bunt, by później Teokracja mogła śmiało eksterminować wszystkich? Bez sensu... Do tego Isabel dostała tachionówkę. Podobne ponoć mają wszyscy pozostali. Bardzo dobrze – z tego, co do tej pory usłyszeliśmy brak łączności był tutaj jednym z większych problemów. Do tego można potwierdzić wersję o innych wioskach.

AlMalik od dłuższej chwili przygląda mi się badawczo. Prawdopodobnie jest psionikiem albo teurgiem. Aleksjej ogląda sobie jego aurę i widzi wir piasku.
-Dagashi – komentuje Alejandro.
Krótkie wyjaśnienia. Więc Kurganie. Tak – teraz to ma ręce i nogi.

Dagashi podchodzi do nas już zupełnie otwarcie.
- Spotkać trzech tak silnych psioników w jednym miejscu to nie przypadek.
- Nie przypadek – Alejandro prostuje się i ściąga kapelusz.
Odchodzimy na bok. Isabel jest z nami. Przedstawiamy się Kurganinowi, on jednak wydaje się być zainteresowany przede wszystkim hrabią Dulcinea – na nas nie zwraca uwagi (Aleksjej, chyba ciut dotknięty, rzuca uwagę, że on do tej pory powinien być co najmniej księciem) Przecież jakiś czas temu zniknął... skąd więc tutaj... i dlaczego prawie wcale się nie postarzał. Odpowiadamy. Isabel słucha z szeroko otwartymi oczami. Okazuje się, że Alejandro zasłużył się w tej linii czasowej w boju. Oczywiście pytania o przeszłość... Sytuacja jest pod pewnymi względami zbliżona do tej zapamiętanej przeze mnie z wizji z hordami fanów Aima. Tyle że Aleksius zginął tu w zamachu przed atakiem na BII, który zresztą nastąpił później – około 5012 roku. Potem – rządy Anny i Setesha, zamach stanu i Nikita cesarzową (tłumaczę Aleksjejowi kto zacz), kult Feniksa, Imperium Andermańskie z symbiontami-nie symbiontami na Graalu, Hakkonenowie – tym razem należy do nich też Khotan, zniszczone pod pretekstem obecności symbiontów Ligheim, zniknięcie Azima i rządy Ashary na Keth, Cesarstwo Lotosu, Alecto, Dominium. Zresztą – przepływ informacji jest dość ubogi. Alejandro pyta o Aidę- żadnych wiadomości. Skoro tak – pytam o Vuldroków. Rządził nimi Greolf, teraz trwa spór o jego schedę i kruchy rozejm. Skeyowie budują własne państwo. Aleksjej pyta o Askara – jest konsulem u Alecto, tyle wiadomo. Święty Oktawian – czy dagashi słyszał o Manuelu Trynitadzie LiHalan. Został patriarchą i przybrał imię Konstantyn... a co potem się z nim stało? Ukrzyżowany przez Annę...

Zdecydowanie największą różnicą pomiędzy tamtą wizja a tą jest Teokracja. Tam Państwo Kościelne było przede wszystkim mniejsze. Tu oprócz Terry, Pentateuchu i Artemidy posiada również planety hazackie – Vera Cruz i Suthec.
- Nie wiem dokładnie kiedy dokładnie to się stało – stwierdza Kurganin – Ale był jakiś pakt rozbiorowy, podczas którego uchwalono rozbiór planet hazackich. To potem wyszło po wybuchu wojny.
Oburzenie Alejandro. Zaskoczenie Aleksjeja.
- Nie wydajesz się być specjalnie zdziwiona, Leilo – to Decados.
O żesz ty... Dlaczego mi to zrobiłeś?

Wewnętrznie kulę się pod spojrzeniem Alejandro. W jego oczach płonie stal.
- Wiesz coś o tym?
Spuszczam wzrok.
- Bo ja... ja tylko słyszałam...coś o postanowieniach Terry... Mnie tam nie było, bo poleciałam na Istakhr... Ale nawet nie wiem na ile to była prawda... bo to usłyszałam od podstawionego człowieka Zakonu... bo byłam na ślubie Fatimy...ale Fatimę porwano i podstawiono sobowtóra... i to on mi właśnie powiedział... więc nie wiem niczego na pewno.
- Kto?
- LiHalanowie radzili tam z Kościołem – to Aleksjej. – Kto poleciał na Terrę...
Kolejne nazwiska.
- Od strony LiHalańskiej – ciągnie Decados. – Manuel i Aida.
Twarz Alejandro.

Jak miałam Ci powiedzieć, że Cesarstwo was sprzedało? Że zostaliście zdradzeni. Że Ty zostałeś zdradzony? Za wszystko, co zrobiłeś... Za to, że zgodziłeś się na niekorzystne warunki pokoju z Kurga dlatego, by załatwić tę sprawę... Jak?


Konkrety na teraz. Hira jest Kurgańska – ponoć Hazaci tam żyją i mają się dobrze. Teraz Kalifat chce Vera Cruz. Wzniecenie buntu na Suthec osłabi siły Teokracji. Dagashi nie unika, że tutejsi ludzie są tylko środkiem do celu, jednak zapewni wsparcie w miarę możliwości, o ile rebelia nie zostanie stłumiona. Na razie – uzbrojono wioski. Oprócz tego podesłano załogom stacjonującej na orbicie floty „nieświeżą żywność”. Więcej zrobić nie może – wkrótce odlatuje z planety a my musimy radzić sobie sami. Jakieś szanse mamy. Tym optymistycznym akcentem...

Zatem siedzimy w tym po uszy. Lawina ruszyła. Chcemy przeżyć – musimy wygrać.

Co dalej? Może dostarczyli nam jakieś mapy? Tak – są – okoliczne wioski, miasta, dane dotyczące stacjonującego wojska. Isabel kontaktuje się z pozostałymi. Siedzimy razem z nią. Alejandro analizuje mapy i ustala taktykę, Aleksjej pomaga w negocjacjach. Wciąż trwają spory, kto będzie odwodził. Tutejsi szlachcice nie znają się zbytnio na prowadzeniu wojny... czy jednak zaufają obcemu?
-Wtrącaj kompetentne uwagi – radzę.
Alejandro sam zresztą to zauważył – wypowiada się oszczędnie ale ze znawstwem i powoli zaczynają go słuchać. Rozmowy trwają do późna w noc. Co dalej? Mamy sporo broni ale mniej ludzi (paradoksalna sytuacja – stwierdza Aleksjej). Są jeszcze wioski obok. Trzeba rozwieść im broń. Tylko kto? Isabel jest potrzebna tutaj. Alejandro tym bardziej. Oprócz nich tylko ja umiem pilotować. Burza jest, ale cóż. Święty Paulusie prowadź i w drogę.

Kilka następnych dni upływa na przygotowaniach. Jakoś się nie rozbiłam. Broń rozwieziona. Dzięki pracy Alejandro i Aleksjeja plan mobilizacji i obrony nabiera kształtów. Koordynacja działań idzie coraz sprawniej. Mieszkańcy szkolą się pod okiem moich towarzyszy, oraz szykują się do ucieczki w lasy i walki partyzanckiej. Ha – przydałoby się jak najwięcej środków transportu. Na przykład skoczek. Czekamy na interwencję.

Koniec burzy. Teraz na pewno przylecą. Nie trzeba było długo czekać. Mam pewien pomysł, ale się boję... Snajperzy już czekają. Chociaż to ryzyko uszkodzenia maszyny.
- Leila, ty masz dalekowidzenie? – pyta Alejandro.
- Mam. Właściwie to ilu skoczek ma pilotów? Bo myślałam nad przejęciem jednego i zmuszeniem go do wylądowania...Wtedy skoczek by się nie uszkodził...
W oczach obu panów aprobata.
- Gdybyś tak jeszcze mogła otworzyć klapę i wysypać ze środka żołnierzy...
- Ależ Leilo... – dodaje Decados, widząc moje wahanie. - Możesz to zrobić kiedy skoczek będzie nisko, żeby się nie pozabijali... a wtedy rebelianci wezmą ich do niewoli. – Aleksjej mówi to z tak paskudnym wyrazem twarzy...

Oboje wiemy, że nie wezmą. Jeśli jednak tego nie zrobię, wylądują i zaczną strzelać do nas.

- W razie gdybyście musieli obcierać mi krew z twarzy – wyciągam chusteczkę.

Nadlatuje. Teraz. Znowu ty? Ale nie, udaje się. Widzę dwóch pilotów. Jeden steruje, drugi rozmawia przez komunikator. Żołnierz opiera się mojej woli...krótko...zgodnie z planem podrywa skoczek pionowo w górę i otwiera luk. A potem grzecznie ląduje. I ginie. Wszyscy umierają... Skoczek jest nasz. „Na dobry początek” – stwierdza Aleksjej? Alejandro? ...

Komunikator w skoczku. Alejandro tłumaczy się burzą. Chyba się nie zorientowali. Aleksjej znajduje lokalizator. Lecimy gdzieś daleko a potem go niszczymy. Oczywiście ostrzeżenia idą też do innych wiosek – gdzieniegdzie zestrzelono skoczki, kilka przejęto.

***

Rebelia trwa i się rozszerza. Alejandro został jej faktycznym przywódcą. Jego umiejętności taktyczne i wiedza militarna sprawdzają się znakomicie. Dowodzi rozsądnie – nie dopuszcza do aktów terroru i każe nawet własnych ludzi za nadużycia. Statki z orbity opuściły układ. Najprawdopodobniej bunty na pokładzie.

Musimy być w ruchu. Kolejny cel – budowane w pobliżu miasto. Część żołnierzy z tamtejszego garnizonu przeszła na naszą stronę i dzięki temu nie było nawet trudno je zdobyć. Pracowali tutaj przymusowi robotnicy – część przyłączyła się do nas. Zdobyliśmy zapasy żywności, materiały, leki.

Zastanawiam się, jak ja mogłabym się przydać.

Część żołnierzy Teokracji – przynajmniej rekrutowana z miejscowej ludności nam sprzyja. Jeśli przejdą na naszą stronę zwiększymy nasze szanse i unikniemy bratobójczych walk. Zminimalizujemy straty.

Radio Isabel. Pewnie inni też mają odbiorniki. Budowane miasto... Czy postawili już stację nadawczą? Teraz tylko trzeba się zorganizować.

- Tu Radio Wolne Suthec. Trzy słowa od Leili prowadzącej „Precz z Teokracją!”.

Gdyby mi ktoś powiedział, że będę brać udział w rebelii...rozwozić w burzy broń i wreszcie... organizować propagandę ...

Zresztą sam Alejandro któregoś dnia stwierdza, że nie spodziewał się, iż będzie kiedykolwiek dowodzić powstaniem na rzecz Kurgan.

A Aleksjej współorganizujący chłopski bunt?

Jednak tak jest. Machina wojny wkręciła nas wszystkich. Czasami mam wrażenie, że wszystko toczy się niejako poza mną. A przecież działam. Koordynuję rozdział transportów leków. A przede wszystkim – radio. Oprócz zagrzewania do wyzwoleńczej walki i przekonywania, by nas poparto...tudzież najeżdżania na władzę zwierzchnią (ale żadnych haseł w stylu „bij księży”. Ucinam tego typu inicjatywy) Wszelkie informacje, które można upublicznić, bez ryzyka. Staram się też zgromadzić wokół siebie dość ludzi, by wiedzieli co robić, gdybyśmy nagle zniknęli.

A teraz szykujemy się do zdobycia miasta. Ruch oporu już tam działa. Część garnizonu po naszej stronie. Mamy spore szanse. Możemy je zwiększyć. Mam plan.
- A gdyby tak uszkodzić im generator?
Na szczęście mamy pod ręką techników, którzy wiedzą, jaki punkt elektrowni jest najbardziej newralgiczny i co zepsuć, żeby wszystko nie wybuchło. Dostaję zdjęcia i instrukcje. Panowie koordynują akcję. Koncentracja. Nie wyszło. Jeszcze raz.
- Jak ci się nie uda, będziemy radzić sobie bez tego...
Nie zamierzam rezygnować. I jestem. Zostało mi jeszcze sporo mocy. Aktywuję ramiona umysłu. Szarpu-szarp...

Miasto gaśnie (przynajmniej częściowo).

Kolejne zwycięstwo.

***

Mężczyzna w kręgu. Długie włosy... Siwa broda...
- Jesteś więc jednym z powstańców?
Podchodzę bliżej kręgu płonących świec. Rozpoznaję eskatoniczne symbole.
- Właściwie niejako wbrew swej woli...albo inaczej...zostaliśmy wciągnięci w wir wydarzeń. Kim jesteś?
- Na początku wierzyliśmy w Teokrację. Ale jak każde państwo uległa korupcji. Postaramy się was wesprzeć.

***

Opowiadam o swoim śnie-wizji. Aleksjej i Alejandro nie do końca mi wierzą – ale rzeczywiście – dowódcy Teokracji zaczynają popełniać rażące wręcz czasami błędy.
Jeśli kiedykolwiek w radiu ktoś najeżdżał na Eskatoników (chociażby dlatego, że to z ich powodów zarządzono wysiedlenia) od teraz nie ma o tym mowy.

Jest całkiem nieźle.

Tyle że w układzie pojawia się pancernik Teokracji z ciężkim mezonem na pokładzie.

Ewakuacja miasta. Garść ludzi zostaje na stanowiskach.

Przenosimy nasz sztab.

***

Kolejna narada. Nagle – coś jest nie tak. Aktywuje się zmysł zagrożenia. Alejandro wychodzi z namiotu. Co do... Ciało strażnika. Przerażeni ludzie. Nad namiotem... Anioł o stalowych skrzydłach...No to się porobiło...
- Sprzeciwiliście się woli Wszechstwórcy! Ukorzcie się, albo spadnie na was kara!

No teraz to nie mam pojęcia co robić. Podskakiwać aniołowi? Zaczynamy dość nieskładnie tłumaczyć, że generalnie Teokracja wypacza nauki Wszechstwórcy, ciemięży lud i to my jesteśmy ci dobrzy. Dyskusja się przeciąga. Anioł wisi, świeci i przemawia wydatnie obniżając morale powstańców. My zaś wysuwamy kontrargumenty. Swoja drogą Aleksjej jest cholernie nieprzekonujący... ja pewnie też...Alejandro szybko przestaje dyskutować.

Kolejne wezwanie do oddania mu hołdu... Alejandro odmawia. Anioł zamierza się mieczem. Hazat skacze... Pada. Świetliste ostrze zagłębia się w jego ciele. Alejandro odtacza się.
Aleksjej używa mocy, przez chwilę zamiast anioła widzimy unoszącego się w powietrzu człowieka.
- Rozpraszaj – krzyczy Decados...

... Zanim jednak zdołam cos zrobić Alejandro odtacza się i wyskakuje do góry. Strzał...

Bezwładne ciało teurga opada na ziemię.


Zapowiedziałam, że ja nie będę rozpowszechniać bzdur...ale ludzie i tak uwierzyli, że Alejandro zabił demona – bo przecież gdyby to był empireal nie dałoby się go pokonać...Rozeszła się nawet historia, że podczas pamiętnej walki Alejandro został...wniebowzięty...Ech...

Wciąż pozostaje pytanie, co z nadlatującym pancernikiem...

Ciemność...

Komentuj (3)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń