Menu :


Link :: 06.06.2008 :: 22:17
11-16 III 5004

Żeńcy dusz cz 2

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Czego wam zrazu nie powiedziałem, Ineza usłyszała jeszcze ważną rzecz od Rycerzy Poszukujących. Mianowicie, że jej obecność na wyprawie na Iblisa miałaby rzekomo zwiększyć szanse duszyczki Wolvertonowej na powrót w doczesne opakowanie. Gdy więc wrócił komendant, odprowadziwszy wprzódy Jasminę, właśnie tą wieścią został powitany. Markiza nie wyjawiła jeszcze wtedy, czy lecieć zamierza, niemniej z oczu jej patrzyło, że i owszem. Don Alejandro co prawda zaoponował, ale niezbyt silno, prawda też że by własną wolę panience narzucić, musiałby ją chyba w wieży zawrzeć. A że pałacyk ni wieży, ni lochu nie posiadał, napomknął coś tylko o racji stanu i odpowiedzialności. Jako rzekłem, wiele to nie zmieniło, niemniej zabawnie wyglądało na tle rozmowy z minionej nocy (o czym później usłyszałem), gdy to o powinnościach wobec racji stanu mówiła komendantowi Ineza.

Znużona nieprzespaną nocą i wieściami, markiza udała się na pokoje. Poprosiła jeszcze Hieronima o ziółka i zapewne zasnęła snem kamiennym, gdyż do rana następnego z komnat nie wyszła.
Komendant zasię poszedł z powrotem do Jasminy. Zdawać by się mogło, przestała się dąsać… że niby o coś, czego nie było? Oczywiście. Dużo, wierę, synku, o niewiastach musisz się nauczyć… Dość że pół godziny może minęło, a ujrzano ich spacerujących razem po pałacowych ogrodach, w dobrej snadź komitywie.

Długo ona jednak nie potrwała. Słońce się już chyliło ku zachodowi, gdy w apartamentach dona Alejandro pojawiła się Jasmina, tylko po to by usłyszeć że książę odleciał był na orbitę. Następnie, zgoła niewinny zajściu Vega został postawiony pod murem i zasypany pytaniami o swego pana lennego. Tak, jako już wielokroć mówiłem, Jasmina miała wiele z Aidy. Podobnie jak ona, gdy była wściekła i starała się to ukryć (lub nie), piękniała jeszcze bardziej. Ech, zobaczyć te oczy miotające pioruny błękitne, nozdrza rozdęte, pierś falującą… zobaczyć i umrzeć… a ja przeżyłem, by o tym opowiadać.
Dość, że Jasmina nie dowiedziała sie nic również ode mnie, gdyż komendant wyleciał bez wyjaśnień, zabrał tylko Seringo który akurat miał służbę. O wydarzeniach opowiedział mi zaś po powrocie. Mianowicie, dostał breve że klon Carmelity wrócił już z badania u Atlantów. Chciał zatem zapoznać się z rezultatami, a przy okazji symulantkę przesłuchać.
Jakie badania, pytasz? Jako już wspomniałem, pomimo iż niedawno snadź wyjęto ją ze zbiornika, miała zaszczepiona całkiem sensowną i poukładaną osobowość. Ale jak? To właśnie mieli sprawdzić w Piramidzie. Azaliż był to dobry psionik, czy tez artefakt. A tu niespodzianka, dziatki. Zrobiono to biologicznie. Dlaczego o tym komendant nie pomyślał? Proza życia… o psionika czy artefakt byłoby i łatwiej, i znacznie taniej. Metoda biologiczna natomiast – cóż, po przyjęciu jeńca na pokład wartość jachtu Inezy wzrosła dwukrotnie. Za to, w przeciwieństwie do psionika czy artefaktu, była nie do namierzenia.
Komendant wzruszył ramionami, kazał tymczasem powoli brankę wybudzać i przygotować dla niej zbiornik deprywacji sensorycznej… Widzę, cześć z was nie wie, co to jest… cóż, w telegraficznym skrócie jedna z bardziej skutecznych metod przesłuchań nie wymagająca okultyzmu… ani nie zostawiająca śladów. Odcięcie od bodźców... Uśmiechasz się? To wyobraź sobie, że nie odczuwasz niczego. Nie czujesz fotela uwierającego cię w rzyć, nie widzisz starego pierdoły snującego swe opowieści, nie słyszysz jak ogień trzaska w kominku… wreszcie nie wiesz nawet, czy siedzisz… a może stoisz… nie mija długo a nie czujesz, że masz ciało. Wszystkie zmysły odbierają tylko pustkę… aż nie jesteś pewien, czy owe zmysły posiadasz. W końcu, gdy z przerażenia już rozsypałeś się na kawałki, ktoś się odzywa. Owszem, zadaje niewygodne, niedyskretne pytania. Ale dla ciebie ów głos jest jedynym dowodem na to, że istniejesz. I, za przeproszeniem dam, srasz ze szczęścia mogąc odpowiedzieć na jego pytania.
Takie są oczywiście założenia, dziatki. Niektórzy są twardsi, niektórzy ciut mniej… jak ktoś chcę – myślę, że nasz gospodarz posiada taki zbiornik i ciekawskim udostępni. Jam, nie chwaląc się, za młodu cztery i pół godziny strzymał, choć bez przesłuchania. Oczywiście, są też specjalne szkolenia, uwarunkowania na zbiornik… wtedy po sześciu godzinach delikwent nagle pyta czy może wyjść za potrzebą, czyli też wolno podnieść temperaturę…
Takie uwarunkowani e miała snadź fałszywa Carmelita. Lubo komendantowi w przesłuchaniu specjalista asystował, szybko się zorientowała. I przekazała to, co jej najwyraźniej od początku zaprogramowano. Że, prawda, taki właśnie był plan aby fałszywego Alejandro ubito, ją samą zasię schwytano. I przekazała, co miała. Że prawdziwa Carmelita żywie i jest w ich rękach. I jeszcze…

- Masz dziecko…

Ledwie to powiedziała, dostała drgawek. Wpadło dwóch technicznych, wpakowali jej szprycę, odratowali dosłownie w ostatniej chwili. Nieprzytomną zawlekli do medlabu. Don Alejandro wargi zagryzł, rzucił coś często słyszanego po przesłuchaniu uwarunkowanych na zbiornik. Tradycyjne tortury mają swe plusy, rzekł i wysłał breve do Rycerzy Poszukujących, by jeńca przejęli i po swojemu przesłuchali. Następnie, zły jak chrzan, powrócił do pałacyku grubo po północy. Na pokojach zastał liścik od Jasminy na który, jak się Seringo zaklinał, ledwie okiem rzucił i poszedł spać.

Dzień następny nie przyniósł wiele. Cisza, spokój, na placu ćwiczyły Wróble, w pałacykach knuto i wymieniano plotki, rodzinka Klonino pewnie szykowała kolejny szwindel, a Poszukujący deptali jej po piętach. Transport czołgów z marszałkiem Jesusem, sprawdzony od kilu po mostek, od Zwierciadła po sracze, ruszył w drogę. A hen, daleko, orbitowała czekająca na ratunek duszyczka Wolvertona…

Ineza wstała dość późno i od razu zabrała się za prasówkę. Komendant również utonął w stosie papierków, z rzadka wychylając zeń nos. Dopiero po obiedzie przypomniał sobie coś i wysłał breve do Sylasa. Wbrew pozorom nie miał doń żadnego interesu, chciał tylko z onym cos zjeść, porozmawiać, podszlifować atlancki. Kosiarz odesłał wiadomość, że zaproszenie przyjmuje, co do miejsca zaś to rad by spróbować kuchni ukarskiej. Przystał na kolację w Tiggy Twilight, ponoć nigdy tam nie był. Hultaj zełgał, jak się później okazało, nie był to jego pierwszy raz w tym lokalu. Ale nieważne. O oznaczonej godzinie wybraliśmy się samowtór z komendantem skoczkiem. W powietrzu już doszła nas wiadomość - parę godzin wcześniej z wrót wyskoczył liniowiec, wiozący nasze posiłki z Rawenny - speców i wywiadowców.

Siedzieliśmy chyba od godziny, zjadłszy już, sącząc miejscowe piwo… niżej podpisany siedział jak na kazaniu kurgańskim… albo zgoła na atlanckim, gdyż z kurgańskiego coniebądź bym zrozumiał. Sylas z komendantem rozmawiali bowiem niemal wyłącznie w języku starożytnych. Don Alejandro przyswajał go wcale szybko, gdy przemawiał już nie sprawiał wrażenia że się dusi. Atlanta jak poprzednio uczył chętnie, wkrótce jednak się znużył. Kuchni ukarskiej już spróbował, powiada, piwa tudzież, a teraz ma ochotę na mordobicie. Komendant wzruszył ramionami, nie chcąc się włączać, ani tez przeszkadzać, Sylas zaś wprowadził słowa w czyn. Podszedł do szynkwasu i jakby nigdy nic rozwalił kufel o łeb siedzącego przy nim zakapiora. Ten otrząsnął się i równie spokojnie wyprowadził lewy sierpowy, którego Atlanta raczej nie chciał niż nie mógł uniknąć. Zdawać by się mogło, że na ten sygnał czekali wszyscy goście…

Po trzech minutach zadyma w Tiggy Twilight wrzała w najlepsze. Barman włączył pole siłowe wokół kontuaru i obserwował spokojnie jak pięści walą o łby, nogi krzeseł o grzbiety, łokcie o zęby, a kufle kreślą w powietrzu majestatyczne, pieniste parabole. Jedyną oazę spokoju stanowił stolik przy którym dwóch Hazatów niespiesznie kończyło piwo, wymieniając komentarze. Do czasu, aż ciśnięty przez jednego z Ukarów kufel poleciał kapkę wyżej, niż rzucający zamierzył i roztrzaskał się o ścianę, ochlapując zawartością obu rozmówców.
Książę Givral i pan na Villacorvo otrzepał gors koszuli z piany, wstał i niczym w kiepskim holovidzie powoli przemierzył, nie zaczepiony przez nikogo, całą szerokość lokalu przez tłukącą się i wybijającą sobie wzajem zęby czeredę. Doszedłszy, lewą ręką obrócił miotacza za ramię, a z prawej wyprowadził szybki a celny hak.
Vincente Vega westchnął głęboko, czego nikt w rozgardiaszu nie usłyszał. Pociągnął ostatni łyk, odstawił kufel i otarł usta. Następnie schylił się i wyćwiczonym od młodości ruchem wyłamał nogę od krzesła…


Jak to zwykle bywało, po mniej więcej półgodzinie barman zakrzyknął że koniec zabawy. Tiggy miała swoje zwyczaje i prawa, dziatki, więc bijatyka w większości urwała się jak nożem uciął. Następnie z zaplecza wyszedł Bill i jął tłumaczyć opornym, za pomocą elektrycznego pastucha, że to naprawdę koniec. Żeby wyjaśnić, Bill był Voroksem na stałe zatrudnionym w Tiggy. Ten czy ów z nowych gości w interesie próbował czasem doń podskakiwać… a potem podskakiwał po raz wtóry, gdy oberwał prądem. Prawda, Sylas czy komendant byliby może zdolni pastucha mu odebrać i w futrzastą rzyć wsadzić, ale przecież nie o to chodziło.
Komendant kazał barmanowi za zniszczenia, jakich we trzech dokonaliśmy, ze swojego konta potrącić. Następnie, wziąwszy prysznic i przebrawszy się w przezornie zabrane świeże ubrania, wróciliśmy do pałacu. Posiniaczeni i sponiewierani jak należało, ale warto było. Zwłaszcza gdy widziało się ten wyraz spokoju i odprężenia na poobijanej gębie Dona Alejandro. Który, dodajmy, cała drogę powrotną siedział skupiony, mocami psionicznymi mocując na powrót w dziąsłach rozchwianą klawiaturę. Niestety, piękna Jasmino, snadź bardziej od flirtu docenił on proste, przaśne mordobicie…

I znowu wróciliśmy do pałacu nocą ciemną. Kąpiel, masaż poobijanym gnatom i spać…

A dnia następnego, dziatki, przyszło znowu pokłonić się polityce. Wieczorem komendant wraz z Inezą byli bowiem zaproszeni na bal do Archibalda Hawkwooda. Zaproszenie było niejako podwójne, gdyż wraz z nim wiązało się zaproszenie na piknik, organizowany dnia następnego przez cesarza. Na owym również wypadało być. Jak to raz ujął komendant w przypływie rozważań głębokich, nie pojawić się tam to gorzej niż grzech, to faux pas. Środa dzień święty i święcić go trzeba. Dawno temu to w środę organizowało się saturnalia, tylko potem w czwartek mało kto się nadawał do funkcjonowania. Zwłaszcza po balu u Decadosów. Kilka wieków temu zatem weszła tradycja balowania we wtorki. Środa zaś… była świetnym terminem na kac-piknik, w cieniu i z dużą ilością zsiadłego mleka.
Od pikniku trzeba było jednak się wymówić. Gdyśmy bowiem w pocie czoła w Tiggy kości tubylcom rachowali, Ines otrzymała kolejne breve od Rycerzy poszukujących. Krótko mówiąc, o drugiej w nocy (tej samej co bal) na Iblisa wyruszał lekki krążownik Audacity, z ekipa Rycerzy Poszukujących. Prosili tedy by jaśnie panienka zdecydowała się czy leci oraz z jak liczną (oby najmniej) świtą. Około południa zatem Ines, szykująca się powoli do balu, odbyła z donem Alejandro krótką rozmowę na ten temat… A w zasadzie na temat lotu naszego diuka, gdyż o swoim już przesądziła. Piękna Ineza bowiem, starając się by plasterki ogórka z powiek jej nie spadły (wiecie, dla dam makijaż jest jak uwodzenie – by udał się wieczór, trzeba zacząć przy śniadaniu), wyjaśniła że to don Alejandro nadaje się na przywódcę hazackiej rezydentury na B2, podczas gdy jej sztandar i symbol wyruszy na wojaż. Komendant zasię twierdził coś wręcz przeciwnego. I praw był, dziatki, może i tam parę sukcesów miał, ale żołnierz był zeń, nie polityk. Poza tym, widać było że B2 go dusi i nawet dwa zjawiska tej pętli nie poluźnią.
W końcu jednak markiza przyznała, że rada będzie go mieć ze sobą w podróży. A nasza dyplomacja, pytacie? Ano, jest szelma Velasquez, wygadany, obrotny, niech się uczy dalej, rzut na głęboką wodę dobrze mu zrobi. Uciągnie, rzecze komendant, ten majdan przez tydzień-dwa, poza tym będzie miał i pomocników i łączność z nami zarówno.

Na obiedzie Ines z komendantem zadecydowali ustalić, kto jeszcze poleci. Zapytana o zdanie Jasmina stwierdziła że poleci chętnie, dziecię pod opieką swych grimsonów zostawiwszy. Ineza postanowiła zabrać służącą dla siebie i Jasminy, ponadto dwoje ochroniarzy - jak zwykle, jednego z marines oraz jednego Wróbla. A raczej Wróblicę, gdyż wybór padł na Serenę Estancia. Do pary wybrała kaprala Pablo Torresa, kawalera tegoż rodu. Komendant, zapytany o świtę, odparł że takowej nie potrzebuje. A mnie demon podkusił… a może nie demon, gdyż inaczej nie miałbym o czym opowiadać…

- To Twoja decyzja, Vincente…
- Będziesz potrzebował przybocznego, don Alejandro. Będzie jak za dawnych czasów – jednym przybocznym będę ja, drugim będzie beczułka…


Na tym naradę zakończyliśmy, trzeba było się przygotować do balu, ogolić, wypachnieć, odziać… a przedtem nakazać spakowanie rzeczy na wyprawę. Jak za starych dobrych czasów, gdyby nie beczułka w dwa plecaki wszystko by wlazło. O godzinie dwudziestej, punktualnie jak należało, wysiadaliśmy już na lądowisku u ambasadora Archibalda.
Przyjęcie, jako się rzekło, do bólu hawkwoodzkie. Ineza na swoje szczęście miała gorset, natomiast ja z komendantem musieliśmy połknąć specjalnie na tę okazję przygotowane kije. Uczyniwszy to, weszliśmy.
Poza gospodarzami, największą uwagę przykuwała naturalnie na-arcyksiężna Natasza. Tym razem zapięta po szyję, wtłoczona w gorset i bez niewolnic. Towarzyszył jej – cóż, ktoś nowy. Oficer floty, mundur komodora, na oko około pięćdziesiątki. Na drugi rzut oka – nie kochanek, nie podnóżek, jakby równorzędny, bardziej partner niż przyjaciel. Komendant jął się po zakolu skrobać, jakby go poznawał, ale nie pamiętał. Komodorów było jak psów, więc mnie tez żaden do głowy nie przychodził. Musieliśmy wytrzymać jeszcze minut kilkanaście, aż zgodnie z hierarchią witania się don Alejandro dodryfował do Nataszy. Tu nadeszła kolej na rzut oka trzeci – na mundurze dystynkcje jednak kontradmirała, sporo medali a baretek za Wojny o Tron, w tym za Aylon, po owym Aylonie zupełnie nic, plus jakieś nieznane, snadź nowe odznaczenie. Zupełnie jakby w najgorętszym okresie wojny zapadł się pod ziemię. I jeszcze jedno – oczy zdradzały, że wygląda starzej niźli jest.
Natasza, przywitawszy się z naczalstwem, dawszy uprzejmie do zrozumienia że wie czyja twarz kryje się za czarczafem Jasminy, przedstawiła towarzysza. Baron Fiodor Fiodorowicz Tołstoj, dowódca „Princessy Swietłany". Komendant, widziałem to, ledwo powstrzymał się od pacnięcia w czoło z okrzykiem „pamiętam”. Bo i prawda, był taki oficer, wówczas kapitan floty, na Aylonie w czasach gdy nasz diuk, wonczas baronet, był w korpusie ekspedycyjnym. Hazaci wysłali tam więcej dowódców niż żołnierzy, część dowodziła jednostkami decadoskimi. Alejandro był, nie śmiejcie się, oficjalnie esaułem 56 pułku kozackiego i miał kilka zdjęć z papachą na łbie.
Ale dość o tym, póki co. Ines z komendantem po wymianie uprzejmości zdryfowali w kierunku hawkwoodzkich oficerów floty, z których kilku komendant znał. Owi żywo, acz półgłosem dyskutowali o towarzyszu Nataszy. Don Alejandro po przywitaniu zapytał o niego. „To tajemnica, książę, poufne informacje. Natomiast powiem ci w zaufaniu, Alejandro…”. Krótko mówiąc, zaraz po Aylonie hawkwoodzkiemu wywiadowi zniknęły z widelca trzy okręty oraz jeden kapitan floty – właśnie Tołstoj. Skład grupy tez ciekawy – ciężki krążownik, zaopatrzeniowiec floty i okręt zwiadu. Drugorepublikański, dodajmy. Jak dla mnie, typowa grupa eksploracyjna. Sam Tołstoj tez sprawiał wrażenie, jakby po paru latach wrócił z bardzo daleka lub został rozmrożony.
Bal potrwał trochę, nie za długo, gdy się zaczęło…. Najpierw wturlał się czerwony dywan. Sądząc po reakcji pani ambasadorowej, której lewa brew się nieco opuściła, nie było to w planach. Po paru sekundach suspensu, gdy rulon rozwinął się do końca, wyskoczył zeń nie kto inny, jak jego pokurczowatość Charmon Mazzarin. W błazeńskim wdzianku, a jakże, choć tym razem bez czapki z dzwoneczkami (tu ambasadorowej nieco drgnęła warga i lewa brew opuściła się o dalsze milimetry). Dzwoneczki za to miał przyklejone lepem na muchy, i to zgoła używanym, do berła elekcyjnego. Wyskoczywszy, zadzwoniwszy, głosem gromkim obwieścił, że oto przybywa znany wszystkim ON…
Aleksius Hawkwood wkroczył krokiem raźnym, nieledwie w podskokach. Odziany był w strój krojem przystojący baronowi, co prawda gęsto połatany, jeno kapiący od złota. Połatany tez złotem, jakby się kto pytał. Skomponowany na pozór przypadkowo, też jakby błazeński. Na plecach, zamiast tarczy herbowej, miał czarny ośmiokąt (w tym momencie warga gospodyni zaczęła drgać, a twarz przybrała kolor królewskiej purpury). Tak, dobrze mamroczesz, że ośmiokąt niby zamyka czarną gwiazdę… Wśród niższej szlachty zapanował pewien popłoch, jak takowemu się ukłonić… Aleksius przeważnie występował jako książę lub baron, jako taki był też zapowiadany, a tu masz babo placek… dał jednak kres dziwacznym figurom, które już zaczynały się pojawiać, kłaniając się – jak baron. Przywitał się niemal z wszystkimi, wyraźnie zadowolony, mało powiedziane, cieszący się jak dzieciak na Hombora. Niemal, gdyż ostentacyjnie pominięty został przy witaniu przechędożyciel Stygmatu, diuk Corrinho. Tu na sekundę z rozradowanego barona objawił się cesarz okazujący niełaskę.
Mazzarin, uznawszy że część oficjalna i jego zadanie skończone, rzucił spojrzeniem na młodsze szlachcianki i ruszył w ich stronę. Nie pierwszy to ich bal był, rozpierzchły się gdzie się dało, pozostawiając na placu boju samotną Annę Hawkwood, prawnuczkę Archibalda, dziewczę lat szesnastu. Cóż, moiściewy, był to pierwszy jej bal, miała go zapamiętać...
Aleksius zrazu wdał się w ożywioną i niezbyt cichą konwersację z Natasza i Tołstojem. Mazzarin zasię ruszył w kierunku upatrzonego łupu. Anna dobre jednak wychowanie odebrała, a i zgrać potrafiła wspaniale. Muzyka grała w najlepsze, po czym idealnie w chwili ciszy między taktami rozległ się pisk, w następnej plask policzka. W trzeciej zasię coś jak krzyk człeka trzymającego się za obitą gębę. Ambasadorowa odprężyła się, odzyskała kolor, skryła uśmiech za wachlarzem. Archibald nie skrywał niczego, szczerząc się nawet bardziej niż konwenans dozwalał. Mazzarin porzucił łowy i wdał się w konwersację…

Dlaczego, pytasz? Nie, nie był szalony. Dlaczego był błaznem? Bo mógł. Bo uważał, że w zamian za nikczemną postać i kalectwo coś mu się od świata należy. Bo miał władzę, by to wyegzekwować. I by uszło mu to płazem.
Czy był zły? Nie, tego nie powiem. Był potężny, prawda. Wykorzystywał czasem władzę dla prywaty, prawda. On, kawaler, rozkazywał hrabiom i książętom. Owszem, nierzadko był skurwysynem. Dla dobra stanu utopiłby Wolnych Hazatów w łyżce wody, wiem to. Jak i każdego. Ale nie dla siebie.
Władza to potężny narkotyk, synku. On pił go, bo miał w bród, ale nie powiem by się upijał. A takich było wielu. Którzy się upijali, zachłystywali, dławili. Wierę, historia wielu takich pamięta. Żeby daleko nie szukać, takich, którym dzieweczka za policzek zapłaciłaby życiem, a hańbą przedtem.

Długo z nikim archiwista-błazen nie konwersował, ot tam, przywitał się, pierdółek kilka, uprzejmych albo nie, wymienił. Do gospodarzy też podszedł, a jakże, pogratulował świetnego wychowania dziewczęcia.
Wszyscy jednak nie za dyskretnie przysłuchiwali się rozmowie cesarza. Dość zawoalowanej, prawda, ale… „Czy ogłosimy to teraz? Nie, jeszcze nie… najlepiej za miesiąc, w rocznicę koronacji, Wasza Cesarska Mość…” Więc nie myśl, że powiem wam teraz, o co chodziło…
Długo nie porozmawiali, jego wysokość ruszył w tany, dając też sygnał podsłuchującym by wziąć zeń przykład. Annie, bohaterce wieczoru, przypadły więc wielkie zaszczyty – z dwóch najpotężniejszych ludzi w Cesarstwie z jednym tańczyła, drugiemu dała w papę. Zabawił może jeszcze z pół godzinki ( i bardzo dobrze, gdyż nam zaczynało się kapkę spieszyć), po czym pożegnał się i wyszedł, poprzedzając rolujący się za nim dywan.
Natasza podeszła teraz do nas. Dobrze była poinformowana niewiasta, nasza wczorajsza wycieczka też nie uszła jej wywiadowcom…
- Czasem się musi, książę… albo się człek udusi…
To była dobra okazja, uznała Ines, by zasiać trochę fermentu. Najpierw, prawda, cesarz knuje z Nataszą, potem rozmawiamy z nią my, a potem wynosimy się i wylatujemy z planety na długo… niech się wywiadowcy a plotkarze gryzą. Przy okazji niech pomyślą że cesarska niełaska wobec diuka udzieliła się również Inezie… to znaczy, tym się markiza tłumaczyła po tym, jak nam dwu szpetnie przymówiła.
-Niewielu już zostało dżentelmenów, markizo…
- Wszyscy wyjechali na wojnę, pani.

I co miałeś zrobić, Alejandro? Samego siebie, jako jej obrońcę, w pysk zamalować i na udeptaną ziemię wyzwać? Ale, prawda, nieraz mawiał, i to nie tylko po pijanemu, że szlachcica może zranić tylko żelazo. Zacisnął więc zęby i patrzył, jak na pożegnanie Natasza tańczy z Inezą, śląc kolejny prztyczek hawkwoodzkim konwenansom i zwiększając stężenie ozonu na sali .

Jako więc rzekłem, zmyliśmy się jakie pół godziny po cesarzu, wcześniej uprzedzając gospodarza o jutrzejszej nieobecności na pikniku cesarskim. Ale, prawda, że dla tegoż cesarza interesów ekspedycja się odbywała, tedy byliśmy usprawiedliwieni. O oznaczonej godzinie zatem cała nasza siódemka, zwarta i gotowa, spakowana i przebrana w stroje podróżne, ładowała się już do skoczka. Komendant, gdym wcześniej o służącego zapytał, odparł uprzejmie że jeszcze nie zapomniał, jak się buty wiążę, a jeślim zabył ja, to mnie nauczy…

Gdy z drzwi pałacyku wyłoniła się ostatnia dwójka, człek nie znający ich miałby trudności z wyróżnieniem pana od przybocznego. Obaj w niemal jednakowych, prostych strojach podróżnych, szli raźnym krokiem, z ochotą a uśmiechem na ogorzałych gębach. Alejandro niósł na ramionach długaśny, owinięty brezentem i pobrzękujący metalicznie pakunek. Vega w lewicy hołubił mandolinę, z prawego ramienia zaś zwieszała mu się ujęta w skórzaną uprząż, miło chlupocząca beczułka. Książę Corrinho wkroczył na pokład skoczka, nie zaszczyciwszy cesarskiego miasta ani jednym pożegnalnym spojrzeniem.

Godzina lotu i zaokrętowaliśmy się na pokład Audacity. Oj, widać po Inezie było, że pierwszy raz leci okrętem wojennym, a nie zrobionym z takowego jachtem. Dziwił ją zgoła brak dywanów w przejściach, biegnące gołe przewody a rury, nie pochowane luki techniczne… kolejne kilkanaście minut i znaleźliśmy się przy kajutach, nazwijmy je gościnnych. Nie był to duży okręt, coś gabarytu Callisty którą na Hargard swego czasu lecieliśmy… więc żeby zmieścić nasza ekipę oraz Rycerzy Poszukujących, wypieprzono z paru kajut młodszych oficerów, żeby ich zaś pomieścić ściśnięto marynarzy… i szafa grała. Dostały się nam zatem dwie niezbyt luksusowe, czteroosobowe kajuty, grunt że każda z własną wygódką i prysznicem. Zadecydowano, że jedną zajmą damy wraz z służką, drugą zaś komendant, kawaler Torres i ja.
Kajuta – cóż, cztery prycze przykręcane do ścian (w razie potrzeby uchwyty na jeszcze osiem), kabinka metr na metr z sonicznym prysznicem i wysuwaną ze ściany wygódką, stolik, umywalka… wróciły stare wspomnienia, komendant wesół rzucił tobół pod pryczę, rozwalił się wygodnie na onej. Jam sprawdził po raz kolejny czy niezbędne „pięć K” jest w mym worku. Było – kubek, kości, karty, kamerton, kielichy. Jąłem mandolinę stroić, po nastroju diuka pewien że ów rychło mi grać nakaże. Don Alejandro natomiast zaczął dona Pablo, naszego współtowarzysza, wypytywać. Jak to miał w zwyczaju, traktował go bez wyższości, jak równego, zwłaszcza że Torresowie byli wcale starym rodem z Vera Cruz, dwa wieki ponad liczącym, tyle więc co i mój.
Po niedługiej konwersacji komendant skreślił breve i wysłał mnie z nim do kajuty sąsiedniej. Zaprosił bowiem wszystkie panie na kielich wina za to nowe miejsce, które miało na krótko stać się nam domem. Zjawiły się, owszem, wszystkie trzy, przy czym Serena wyraźnie wystraszona perspektywą biesiadowania z księciem i markizą przy jednym stole.
Że uczynię dygresję, owa Serena powiadała się szlachcianką w pierwszym pokoleniu, ojciec jej miał jakoby na wojnie walczyć dzielnie u boku pewnego szlachcica i przez owego In articulo mortis wyniesionym być. Bywało tak, owszem, ale nierzadko też chłop odrzynał pierścień trupa i szedł z powyższą bajeczką. Jak było z nią – jeszcze nie teraz… Obie wersje były prawdopodobne, czas miał pokazać czy w istocie z niej szlachcianka. A komendant, jako diuk, mógł ją zarówno uznać (wtedy nieistotne, jak było wcześniej), jak i za przywłaszczenie obwiesić kazać.
Wychyliliśmy tedy po kielichu, diukowi naszemu humor snadź się poprawił, w istocie grać kazał. Zanim jednak w struny uderzyłem, na książęcy łeb polała się struga niewieścich żalów.

Zraniłeś mnie, książę. Teraz dajesz mi wino, a dwa dni pukałam do twych drzwi bez odpowiedzi. Zraniłeś mnie. Poisz mnie czekoladą, a potem nie prosisz do tańca na balu. To boli. Kim jestem dla ciebie, książę? Zabawką?

Wylawszy, Jasmina wyszła, nie trzaskając drzwiami jeno dlatego, że rozsuwane były. Nie powstrzymałem się by nie zerknąć na komendanta, który na tyradę jeno minimalnie ramionami wzruszył. Wiecie, wiele miał wad, ale nawet wrogowie przyznawali że umiał się do błędu przyznać. A teraz siedział bez słowa, po czym ponownie kazał, bym zagrał…

Siedzicie, dziatki, gęby rozdziawione, spojrzenia nie za mądre… Wierę, wyjaśnienia a dygresja byłyby na miejscu. Alejandro i Jasmina. I Aida, wielka nieobecna w tej relacji. Więc Jasmina… wygląd, ciało Aidy, jej wspomnienia… czy przebłyski, jak wiele, jak dokładne, ona jedna wiedziała. W tym wspomnienia dotyczące Alejandro. On sam… nie oszukujmy się, co czuł do Aidy było daleko więcej niż słabością. I tu pojawia się simulacra, drugi w jego życiu sobowtór hrabiny, z pozoru zupełnie jak ona, z jednym skromnym detalem… nie jest Aidą… A może jest taka, jaką mogłaby być Aida, nie obciążona przeszłością i polityką. Jest zarazem podobna i inna. A na dobitek on jest szlachcicem, a ona, lubo dobrą krew szlachecka mająca w żyłach, wolną…
Generalnie, była to gra. Gra w to, na ile jedno drugiemu pozwoli. A także, na ile pozwoli sobie…

Tak więc nie powiem, bo nie wiem czy był to kolejny znak , tym razem „stop” w tym ich tańcu, czy też na grę ochoty nie miał. Co nie zmienia faktu, że nieładnie ci wyszło, Alejandro. Tak, prawda, nie musiał się opowiadać ze swoich wojaży, na hawkwoodzkim balu diukowi nie wypadało też tańczyć z wolną. Jeno, widzicie, hierarchia to jedno, a powinności szlacheckie to drugie. To prawda, wolna winna znać swe miejsce. Ale jeśli to służy za pretekst, pamiętaj, będąc wieprzem dla wolnej a dla szlachcianki - w obu przypadkach pozostajesz wieprzem.
Kim była dlań Jasmina? Czy w istocie zabawką? Wiele czasu minęło a wina się polało zanim od komendanta usłyszałem, więc nie sądźcie że wam łatwiej pójdzie. Jeszcze nie teraz…

Zresztą, dziatki, spojrzawszy nas oboje stawiałem feniksy przeciw piórom że wnet się pogodzą.

Następnego dnia rano(dla nas, na pokładzie było późne popołudnie) komendant wyszedł był poszukać Sylasa i porozmawiać z nim. Dwadzieścia minut nie przeszło od jego wyjścia a przyszło breve od Inezy. Zjawił się bowiem u niej niejaki Calloway, z Archiwów, by zaprowadzić naszą czwórkę… jeno zabroniono mu mówić, gdzie i po co. Poszedłem tedy trzy kajuty dalej i wyciągnąłem komendanta, razem z Sylasem i znanymi nam już Thana, Letitią i Augustem, których również zaproszono.
Kolejne pięć minut tuptania korytarzami i znaleźliśmy się w ładowniach. Calloway wskazał nam czerniejące wejście do jednej z nich… w środku ciemno choć oko wykol… dopiero jak weszliśmy, zaświeciło słońce.
Tak, nie spierniczał mi umysł na starość. Staliśmy na spłachetku prawdziwej trawy, na środku zasłanym kocem z koszykami piknikowymi. Pozostałe ściany zajmowała projekcja pikniku u Cesarza, przesyłana snadź z B2 z niewielkim opóźnieniem – było nie było, oddaliliśmy się od planety o niecałą minutę biegu światła. Z sufitu zasię świeciło słoneczko. Calloway wyjaśnił, iż jest to prezent od jego szefa, po czym odkrył jeden z półmisków. Z jego środka podniósł się nieco przezroczysty jego pokurczowatość. Nie chciał, powiada, byśmy z powodu misji wymigali się od pikniku. Więc – oto i piknik, nawet możemy słyszeć i widzieć wszystko wokół. Nie dodał, czego byłem pewien, że obraz a dźwięk od nas idzie również do niego. Życzył nam smacznego i zniknął, zmieniając się w holograficzną statuę nimfy.

Zaczęliśmy się tedy raczyć zawartością koszyków. Jasmina stwierdziła że powetuje sobie straty z wczoraj i jęła tańczyć wokół naszego koca. I rację miałbym, owego feniksa stawiając, gdyż dwie litanie nie minęły i tańczyła już z komendantem. A potem Sylas nagle pyta, czy ktoś miałby ochotę na badmintona.
Zebrani popatrzyli nań ze zdziwieniem niejakim – ładownia owszem na piknik dobra, sześć metrów na sześć, ale na grę to już za mało, zwłaszcza że sufit na wyciągnięcie ręki.

- Stańcie w kole i chwyćcie się za ręce…
Jak kazał, uczyniliśmy. Błysnęło. Patrzę, koc jest jak był, rozparcelowane koszyki takoż, w prawicy rączka Inezy, w lewej łapsko Kosiarza. Tylko pole, na którym biesiadowaliśmy nagle zrobiło się diablo wielkie, a grzejące nam słoneczko – prawdziwe. Oboje Thana wydawali się mało zdziwieni, także samo komendant. To, wyjaśnił Kosiarz, jest płaszczyzna Joyride. Możemy ją modyfikować siłą myśli. Wtedy trochę zrozumiałem, w jaki sposób komendant tłukł się swego czasu z demonami.
Siłą myśli, pyta Ineza. Don Alejandro potwierdził i na poparcie swej tezy… cóż postawiłbym ostatnie feniksy że prędzej mu kaktus na dłoni wyrośnie niż wpadnie na wyczarowanie bukietu kwiatów dla niej… I co? – voila, zaprezentował kaktusa…
Jasmina snadź nie był zaskoczona nowym otoczeniem. Zmieniła strój na jeszcze bardziej piknikowy – wiecie, krynolina, kapelusz z woalką, parasolka… komendant wszedł w koncept, pojawił się w protohawkwoodzkim wdzianku, chyba się to wiktoriańskim nazywało, z laseczką i cylindrem. Szczerze, lepiej wyglądał w papasze kozackiej. Sylas przywdział kostium z podobnej epoki, jeno kąpielowy… wiecie, taki w paski z krótkimi nogawkami, kroju jak trykocik zakładany pod zbroję wspomaganą. Oboje Thana pozostali przy swych mundurkach. Jam dla odmiany wybrał krój hazacki, choć też stary, dopasowując się do stroju Ines. I żadne stare wino by mi wtedy nie zastąpiło tego jej widoku…
Sylas zapytał, co z obiecanym badmintonem. Komendant wyciągnął zza pleców rakietkę… z odgłosem właściwym raczej rapierom. I jak dawniej, na początku patrzyliśmy jak grają, potem było trudno… ciężko było uchwycić ruchy, a lotka od tarcia zamieniła się w mała kometę. Sięgnąłem tedy do koszyka, wina paniom nalałem… Zaraz, zakrzyknęła Jasmina, nie może tak być, że dwóch gra a reszta patrzy. Jakaś gra zespołowa, powiada, byłaby na miejscu. Może siatkówka? Plażowa? Panie na panów?
Kosiarz poprosił komendanta o ujawnienie mu reguł, po czym utworzył stosowne boisko. Plażowa, przypomniała mu Jasmina, więc pojawił się piasek tudzież całe morze jako dekoracja. Sylas oświadczył że będzie sędziował i pilnował, by nikt nie oszukiwał. Plażowa, oświadczyła Jasmina po raz wtóry i panie zmieniły stroje… dajcie wina, niech uspokoję moje stare serce… na zaiste plażowe, znacznie mniej krępujące ruchy. Ale, nie myślcie, dalej zostawiające trochę wyobraźni. Zobaczyć i umrzeć… Dodajmy, odbyło się to kosztem Letitii, którą, aczkolwiek nieszpetna i podobnie wdzianko zmieniła, odtąd jeno z grzeczności spojrzenia zahaczały.
Pewnie dlatego przegraliśmy. Nie sromotnie, ale jednak. Wierę, trudno było skupić się na piłce a nie na innych, znacznie ponętniejszych krągłościach. I nie wmawiaj mi z zaświatów, komendancie, że mniejszej o półtorej głowy Jasminie nie potrafiłeś przebić bloku… Osiem razy…

A jak się obudziliśmy, dalej stojąc w kółeczku w ładowni, to herbata w filiżankach jeszcze nie wystygła. Minuta czy dziesięć? Czy to ważne?

Przyznaję, ładne a wdzięczne było to przyjęcie na początek wyprawy. Wierę, bardzo to przypominało ostatni kielich wina dla skazańca. Ale, o ileż uboższa bez onego kielicha byłaby ta wyprawa.
O samej wyprawie opowiem później. Dziś zdradzę wam tylko jedno, dziatki. Przeżyłem, by o niej opowiadać…



Komentuj (0)


Link :: 24.06.2008 :: 08:39
II 5004
Wyprawa cz. 1
Drużyna Leilowa
by Leila
Prolog

so that’s the world ends
not a bang but a whimper”

Stało się. Wojna wybuchła. Przez te wszystkie miesiące, kiedy wisiała nad nami, namacalna groźba o nieuchwytnych konturach, bałam się tego momentu. Obserwując urywki zakulisowych rozgrywek, spodziewałam się czegoś znacznie gorszego niż to, co w rzeczywistości nastąpiło. Myśląc o niej wyobrażałam sobie kolejną „Wojnę w Niebie”, przebudzenie prastarych potęg, powrót Atlantów i Budowniczych. Bałam się, że ta wojna przetoczy się przez Znane Światy obracając je w całkowitą ruinę. Tymczasem zrobiła się z tego kolejna wojna domowa – rody przeciwko rodom, tyle, że wspomagane bardziej zaawansowaną technologią. Nic, czego nie widziałabym wcześniej, tylko na większą skalę. I nie – oczywiście, że nie żałuję, iż moje obawy się nie sprawdziły. Fakt, że zamiast starcia na skalę ogólnoświatową mamy szereg pomniejszych bitew oznacza mniejsze straty. Mniejsze, nie oznacza małe; dla tych, których wojna dotknie nie będzie wszak różnicy. 

Okres czasu od pamiętnej akcji na Criticorum, kiedy to wywieźliśmy z planety emisariusza symbiontów aż do czerwca 5003 nawet teraz wydaje mi się potwornie długi. Wiele się wydarzyło. Na początku wszystko było prostsze. Źli i fanatyczni członkowie Zakonu Czarnej Gwiazdy chcieli zniszczyć kształtujący się dopiero pod wodzą Cesarza nowy-lepszy-świat. Potem jednak poznałam metody działania obu stron i zrozumiałam, że niczym się one od siebie nie różnią. Jedna strona chciała władzę zdobyć, druga utrzymać. Nic nowego pod słońcem. Tak, jakbyśmy nie potrafili przez te wszystkie tysiąclecia stać się ani odrobinę lepsi. W odległej przeszłości nasi przodkowie zbuntowali się przeciwko rasie, dla której byli tylko zabawkami, potem jednak stali się dokładnie tacy sami, jak ci, których nienawidzili. Czas mijał, z każdym dniem zyskiwałam nową wiedzę. Raz o mało nie ginęłam z rąk jednej ze stron, potem dla odmiany z drugiej. Bliscy mi ludzie byli mordowani i torturowani przez ludzi Anny i ludzi Mazarina. Wokoło, niczym mantrę słyszałam powtarzane słowa „mniejsze zło”. W chwili wybuchu wojny rozumiałam już, że to, która strona wygra w zasadzie nie ma znaczenia, z tą tylko różnicą, że inni ludzie zostaną straceni w ramach czystek. 

Na BII przyleciałam razem z Azimem. Cieszyłam się wtedy z tego – raz, że z Azimem, dwa – nie chciałam zostać sama. Szybko jednak pozbyłam się wszelkich złudzeń. Azim zajmował się pracą – głównie papierkową: wydawał rozkazy, podpisywał rozporządzenia. Czułam się całkowicie zbędna a czasem nawet – jakbym samą swoją obecnością sprawiała kłopot. Spytałam, czy mogę się do czegoś przydać, na co on odpowiedział, iż mogę szkolić jego psioników. Pewnie jakiś czas wcześniej byłabym wniebowzięta, że mój „Mistrz” powierzył mi odpowiedzialne zadanie. Tylko, że rzeczy zaczęły pomału się zmieniać a słowo Mistrz traciło swoje znaczenie. Zabrałam się jednak za szkolenie jak mogłam najlepiej, by nikt nie mógł wytknąć mi braku profesjonalizmu, choć często wydawałam się sobie nie dość kompetentna. Miałam nadzieję, że Azim wykorzysta tych ludzi rozsądnie. Po pewnym czasie Azim oznajmił mi, że Mazarin wysyła go na misję (a jak przepysznie to ujął: „Lello, pewien karzeł, którego nie lubisz wysyła mnie”). Tak, w owym czasie nie znałam nikogo, kto odmówiłby Mazarinowi. Jakoś smutno mi było stwierdzić, że i Azim nie jest wolny. Ale możliwe, iż się myliłam i on też miał dosyć mało produktywnego siedzenia na BII. Później przyszło mi do głowy, że mogłam przynajmniej poprosić, by zabrał mnie ze sobą. Wcześniej, często wyobrażałam sobie, jak to w trudnej sytuacji poszłabym za nim wszędzie. Wtedy jednak nie spytałam. Zapewne odpowiedziałby mi, że to ściśle tajna misja. Może nie chciałam usłyszeć odmowy, ale bardziej jeszcze nie chciałam pracować dla Mazarina. Przez chwilę zastanawiałabym się, co w takim razie mogłabym zrobić.
Moje umiejętności mogły się przydać. Początkowo myślałam nad zaangażowaniem się w pomoc ludności cywilnej. Tyle że, jak to stwierdził Azim, nie mogłabym korzystać z mocy nie opowiadając się po którejś ze stron. Bez psychoniki zaś, cóż – mogłabym być tylko pilotem lub pielęgniarką. Tutaj Azim zauważył z kolei, że Zakonni często wykorzystywali placówki Amaltean jako osłony. Co się z takimi osłonami działo, gdy Cesarscy je odkrywali, wszyscy doskonale wiedzą. Uznałam zatem, iż mogę też pracować naukowo, ale tylko, jeśli ma to na celu obronę. Azim odrzekł, że może pogadać z różnymi ludźmi, ale nie gwarantuje, iż nie zatrudnią mnie na pozycji zwykłej laborantki. Odrzekłam na to, żeby spróbował – jak zaoferują mi funkcję szefa jakiegoś projektu, biorę to, jeśli nie to wolę być już pilotem. Usłyszawszy to Azim podumał trochę i odparł, że Bertram prowadzi badania medyczne i mogłabym z nim współpracować. Zgodziłam się na to. Azim odleciał niedługo potem w niewiadomym mi kierunku a ja zostałam. Wcześniej pewnie czułabym się tym zdruzgotana, wtedy jednak przyjęłam to do wiadomości, z pewną melancholią ale bez zbytniego zdziwienia. Widać i to miało mi zostać odebrane. Może życie kończyło się już nie raz i w zasadzie w 5003 roku, po wydarzeniach na Criticorum żyłam już tylko z rozpędu. 

Z Bertramem współpracowało się dobrze, choć przez te kilka miesięcy nie poznałam go bliżej. Był zamknięty w sobie i bardzo oddany swojej pracy. Dni mijały szybko, choć monotonnie. Przez cały czas miałam wrażenie, że robię nie to, co powinnam pozostając gdzieś z boku. Z drugiej strony, byłam naukowcem, nie wojownikiem. Może, gdybym zechciała, mogłabym nim zostać, ale musiałabym mieć o co walczyć. 

Zaproszenie od Manuela zaskoczyło mnie. Środek wojny, a on planuje wyprawę badawczą poza Znane Światy. Z drugiej strony – skoro wygląda to tak, jak wygląda, może faktycznie zajmowanie się własnymi interesami, jak gdyby nigdy nic nie było złą strategią. W każdym razie – dla mnie to była szansa. Oferowano mi stanowisko kapitana statku badawczego „Jan Heweliusz”. Funkcja była odpowiedzialna, ale przede wszystkim dawała możliwość opuszczenia Znanych Światów. Nie wahałam się ani chwili. Wiedziałam, że tutaj nic już mnie nie czeka i nikt już za mną nie tęskni. Spakowałam trochę ubrań, laptop i kryształy pamięci, pożegnałam się z Bertramem, zostawiłam krótki list z uprzejmymi podziękowaniami za gościnę i troskę o moje bezpieczeństwo, po czym o umówionej porze zgłosiłam się na „odprawę”.

1. Wyruszamy

Spotkanie z Manuelem ucieszyło mnie. Różnie między nami bywało i przede wszystkim nie potrafiłam pojąć jego ambicji, niemniej to właśnie on wtedy we mnie uwierzył na tyle, by zaproponować mi tę pracę. Manuelowi towarzyszyły nieodłączne woroksy, niejaki brat Leonid – Amalteanin a zarazem Kalinthi oraz, zupełnie niespodziewanie, Trzy Pazury, którego onegdaj „spotkałam” w wizji. Manuel zdziwił się, że się znaliśmy – wyjaśniłam mu więc pokrótce w czym rzecz. 

Tak oto wystartowaliśmy. Objęłam swoje stanowisko i pogrążyłam się w pracy. Musiałam poznać cały zespół. Większość czasu spędzałam na „Janie Heweliuszu”. Roboty było dużo, a poza tym i tak nie miałam z kim porozmawiać. Niedługo po naszym starcie dołączył do nas Aleksjej Decados. Muszę przyznać, iż miałam niejaką nadzieję zwyczajnie sobie pogadać i nadzieja owa okazała się płonna. W owym czasie wciąż jeszcze nie pojmowałam do końca idei szlacheckości. Etykieta, piękne stroje, przyjęcia – owszem. Jednak przebywając z moim bratem, który obracał się w wyższych sferach zazwyczaj nie odczuwałam zbyt dobitnie tego, iż moja pozycja społeczna była nie bardzo niska ale też niezbyt wysoka. Aleksiej nie miał już żadnego interesu w utrzymywaniu ze mną kontaktów (nie powiem, że bliższych, bo wszyscy zaraz zaczęliby snuć w pełni nieuzasadnione domysły). Manuel chyba był zdziwiony Decadoską asystą, nie to chyba sobie planował. Niemniej, szybko zrobił dobrą minę do złej gry, razem z Aleksiejem odgrzebali jakieś rodzinne koneksje, po czym spędzali większość czasu razem, kadząc sobie per „kuzynie” i deklarując jak najlepsze chęci. Sztucznie to wyglądało. Moi podwładni generalnie trzymali dystans, brat Leonid miał jedną idee fixe – mianowicie nawracanie i trajkotał tylko o tym. Miałam wrażenie, że samego Zebulona by nawracał. Chwilami miałam na końcu języka odpowiedź, że to ja spotkałam onegdaj Świętą Amaltheę, ale nie chciałam wyjść na wariatkę. Ba, nawet z barbarzyńcą zamieniłam kilka słów, jednak nasze rozmowy niczego nie wniosły. Trzy Pazury, w pewnością charakterystyczną dla swojego wieku zdawał się patrzeć z wyższością na każdego poza nim samym. Choć zdaje się, w pewnym momencie wyjaśnił nawet, iż oczekiwał od swojego boga wsparcia, a zamiast tego raz za razem odbierał moją informację i dlatego był wściekły. Cóż, musiałam to wtedy zrobić, musiałam przynajmniej spróbować odmienić bieg przyszłości. Tak, czy owak dla Vuldroka wszystko było proste. Uważał się za wybranego przez swoje bóstwo i powołanego do walki z demonami. Jeśli nawet parę razy jakoś tak zaczynałam snuć jakieś ogólno historiozoficzno-etyczne rozważania spotykałam się z murem niezrozumienia tudzież lekceważeniem. Może zresztą i mnie trudno było wyrazić się jasno. Z ciekawostek – kiedyś powiedział mi, że w przyszłości oszaleje. Zdziwił mnie spokój, z jakim to mówił. Nie rozwijał jednak tematu a ja się nie dopytywałam. Myślałam wtedy, że ten jego Patrzący to sztuczna inteligencja systemu Wrót. 

Któregoś wieczora Manuel zapytał nas, co sądzimy o Avestianach. Odparłam mu dość grzecznie. W istocie nienawidziłam Avestian. Dosyć widziałam na Stosie – ludzi palonych żywcem, kobietę przykutą do murów, pozostawioną na pastwę słońca, katowanego inżyniera. Jedyny porządny Avestianin, jakiego spotkałam zabił mnie. Manuel chciałby przejąć kontrolę nad tą częścią Avestian, która nie pracuje dla Zakonu i później spróbować wprowadzić pewne reformy. Wystosował już listy, w których zachęca do uznania go. Nie wiedziałam, co sądzić o tym pomyśle, gdyż na polityce się nie znałam. 

Jeden z systemów, przez który przelatywaliśmy był okupowany przez Zakonnych, jednakże brawurowy, acz sprytny manewr pozwolił flocie Manuela bez strat dolecieć do układu Demeter.

Wylądowaliśmy na Atenie. Tam rozdzieliliśmy się – ja poleciałam sprawdzić, jak wyglądają prace na moich ziemiach oraz poodwiedzać zaprzyjaźnione uniwersytety, podczas, gdy pozostali polecieli spotkać się Lordem Tetu. Potem wzięliśmy udział w kilku kurtuazyjnych wizytach. Manuel przedstawił mi Arnę – młodą psioniczkę, prosząc, bym zaczęła ją uczyć. 

Potem zaproszono nas na uroczystość w katedrze. Katedra – jak wszystko, co Gesarskie była ogromna i urządzona z przepychem, co niekoniecznie oznaczało, że z gustem. Dookoła ołtarza było aż czerwono od szat dostojników. Manuel pojawił się między nimi ubrany jeszcze bogaciej. Z całego stroju najbardziej rzucał się w oczy obszyty frędzlami kapelusz z szerokim rondem. Parada formy i pozorów, tak to wyglądało. Brat Leonid był chyba zdegustowany – jeśli tak, to raz jeden czułam podobnie. Trzy Pazury, który dla odmiany pojawił się w hawkwoodzkim garniturze i przedstawił jako Volrath (Trzy Pazury, jak się wcześniej dowiedziałam, było imieniem, które otrzymał stając się „mężczyzną”, zaś to przysługiwało mu z urodzenia) przyglądał się temu wszystkiemu niemalże z kpiną. Trochę mi wstyd było, że od tej właśnie strony zapoznaje się z naszą religią. Tak czy owak, długa i pompatyczna ceremonia dobiegła końca – Manuel ogłosił się metropolitą nowych światów. Nowych światów, których jeszcze nie odkrył. Taaak. Jak już wspominałam, jego ambicje czasem mnie zadziwiały. 

Lux Splendor spędziliśmy jeszcze w układzie. Po święcie polecieliśmy jeszcze nad znajdującą się w systemie jałową planetę, ponoć zamieszkaną przez demony. Manuel, Leonid i Trzy Pazury odprawili rytuały mające przepędzić choć częśćz nich. Koniec końców poświęcono meteoryty i zrzucono na powierzchnię. Po akcji nie czekając na efekty polecieliśmy dalej. 

Tak oto opuściliśmy Znane Światy i trafiliśmy do systemu nazwanego Korwen. 



Komentuj (8)


Link :: 24.06.2008 :: 10:30

II 5004

Wyprawa cz. 2

Drużyna Leilowa

by Leila

2. Korwen


Zanim przejdę do opisu wydarzeń oraz tego, co w systemie znaleźliśmy a co znalazło nas należałoby jeszcze wyjaśnić, skąd wzięliśmy klucze. Manuel bowiem przygotował całą wyprawę (i zainwestował w nią) nie mając żadnych kluczy poza Znane Światy. Przyznaję, że bardzo mnie to zaskoczyło, okazało się jednak, iż szczęście nam sprzyjało. Na Demeter spotkał się z ludźmi, którzy przekazali mu kody skokowe na Goliata. Kolejny klucz, choć niepełny Manuel otrzymał od ... Trzech Pazurów, który z kolei twierdził, iż uzyskał go dzięki łasce Patrzącego. Dość rzec, że fragmentaryczny kod udało się uzupełnić i Manuel zdecydował, że zaczniemy od jego wypróbowania. Skoczyliśmy. Podczas owego skoku mignęła mi króciutka wizja – lecąca ku nam grupa rakiet. Jak się okazało niektórzy – a konkretniej młody Vuldrok mieli także inne wizje. Ale o tym za chwilę. 

Gdy sensory zrestartowały się po skoku, powoli zaczęły docierać do nas informacje o systemie. Na razie wiedzieliśmy tyle, że w jego centrum znajduje się nieduża gwiazda ciągu głównego a w pobliżu nas nie ma żadnych pojazdów kosmicznych. Zabrałam się właśnie z moją ekipą za ustalanie procedur rozsyłania sond, gdy odezwał się do mnie Manuel wypytując o wizje w Wrotach. Tja, znalazł się Avestianin, co na własnych okrętach nie ma porządnych buforów sathry – zachciało mi się żachnąć, niemniej rozmaite wizje z Wrót czasami okazywały się przydatne, więc jego zainteresowanie nie było nieuzasadnione. Powiedziałam mu, co wiedziałam i myślałam, że to tyle. Niestety nie – gdyż Trzy Pazury wyznał Manuelowi, iż dodatkowo widział kobietę, najprawdopodobniej Atlantkę. Oczywiście Manuel z Aleksiejem natychmiast zapałali chęcią obejrzenia jej sobie. Uznałam to za zawracanie głowy, ale zgodziłam się. No i przysłali mi Trzy Pazury w celu sczytania jego pamięci. Do dziś uśmiecham się na wspomnienie spłonionego po czubki uszu barbarzyńcy. Wypytywanie o kobietę z wrót powodowało jeszcze większy rumieniec, ponadto zacięty wyraz twarzy chłopaka od czasu do czasu ustępował głupawemu uśmiechowi. Zajrzałam do jego myśli, ale ku swojemu zdziwieniu w głowie Trzech Pazurów znalazłam zamiast niego jakiś obcy umysł. Próby perswazji nie prowadziły do niczego i narastało we mnie wrażenie, że tracimy tutaj oboje czas a ja zwłaszcza, bo czeka na mnie robota. Owszem – zapewne mogłam przełamywać jego blokady ale nie bardzo mi się chciało poświęcać czas i energię tylko po to, by zaprezentować Manuelowi i Aleksiejowi erotyczne fantazje nastolatka. Zwłaszcza, że zirytowali mnie swoimi prośbami, byłam w końcu szefem misji naukowej a nie prywatnym derwiszem Manuela. Zmontowałam zatem własny portret Atlantki, niezbyt wyraźny, by można się było potem wykpić i posłałam panom. Nie słyszałam o żadnej bardzo potężnej Atlantce, więc nawet gdyby zobaczyli jej prawdziwą twarz pewnie niewiele by im to dało, poza tym w razie potrzeby zawsze można było zrobić to później. Dokonawszy zatem demonstracji dobrej woli względem Trzech Pazurów, której to demonstracji nie raczył docenić wróciłam do pracy. 

Na podstawie porównywania map gwiezdnej sieci system zidentyfikowaliśmy jako Korwen. Był on znany w czasach II Republiki, pod koniec jej istnienia był własnością prywatną jakiejś korporacji. Zachowało się o nim niewiele danych. Lecieliśmy w głąb systemu, zbierając kolejne informacje. Wkrótce wiedzieliśmy już, że Wrota znajdowały się w odległości 60 JA od słońca, w systemie znajdowało się sześć planet położonych w odległości: 0,5; ok. 1; 2; 5; 10 i 49 JA i pas asteroid w odległości 20 JA. Pierwsza, druga i trzecia planeta licząc od słońca były skalistymi planetami, kolejne dwie to gazowe giganty zaś ostatnia była małą, skalistą planetą. 


Skalista planeta akurat „wypadała nam po drodze” (niestety, Manuel narzucił nam potworne tempo – chciał zbadać cały system nieledwie w kilka tygodni, serce bolało, ale cóż robić, zbieraliśmy, co się dało, mając nadzieję, że jeszcze tu wrócimy) i mogliśmy bliżej ją zbadać. 

Planeta okazała się cała pokryta ok. 2 km grubości warstwą lodu (zamarzniętego dwutlenku węgla i metanu). Pod lodem przeważnie były skały, jednakże gdzieniegdzie znajdowały się jeziora. Po wykonaniu odpowiednich odwiertów okazało się, że owe jeziora tworzyła bardzo egzotyczna substancja zbliżona do fullerenów. Odkryliśmy tam wiele typów sferycznych makrocząsteczek o węglowym szkieletem. Oprócz węgla występowały w nich także heteroatomy – standardowe „biopierwiastki” oraz metale. Te pierwsze często tworzyły grupy sterczące do wewnątrz sfer, natomiast metale bywały skompleksowane w ich środkach. Natychmiast zabraliśmy się za intensywne badania próbek. Było niemal jasne, że tak skomplikowane cząsteczki musiały być produktem nieznanego nam metabolizmu (jako, że nie do tej pory nie były znane szlaki metaboliczne prowadzące do takich związków, cząsteczki mogły być pozostałością formy życia, która ewoluowała całkowicie niezależnie) albo... odpadami poprzemysłowymi pozostawionymi przez jakąś inteligentną rasę. Ciekawą własnością substancji było jej pozostawanie w stanie ciekłym pomimo bardzo niskich temperatur. Na planecie nie natknęliśmy się na żadne formy życia. Manuel dopytywał się o zastosowania praktyczne substancji, których kilka wskazałam. 

Ekscytujące badania przerwał mi Sylwester. No i musiałam przyjść na imprezę, wiedząc, jak bardzo drażliwi na tym punkcie są panowie szlachta (zwłaszcza Aleksiej), ponadto moja ekipa również świętowała. Z zabawy pamiętam tyle, że starałam się na niej nie upić i wyszłam najwcześniej, jak się dało, by odespać i wrócić do analiz napływających danych. Acha, zdaje się Trzy Pazury rzucał toporami. 

Na szczęście niebawem znów ruszyliśmy w głąb systemu. Kolejnym obiektem, na który się natknęliśmy były asteroidy. Podleciawszy bliżej zorientowaliśmy się, że to, co nasze sensory początkowo odbierały, jako gęsty rój w istocie jest sferą. Ktoś ustawił tutaj bardzo zaawansowane technicznie maskowanie. W dodatku, kiedy jedna z sond podleciała bliżej została błyskawicznie zniszczona. Próbowaliśmy wysłać jeszcze jedną – tym razem ekranowaną ale i ją spotkał podobny los. Zdecydowaliśmy się zatem zbadać obiekt w inny sposób. Trzy Pazury odprawił rytuał pozwalający na połączenie umysłów a Manuel wyszedł z siebie i poleciał w stronę asteroid. Okazało się, że powierzchnię sfery stanowi regularna sieć kul, które nieustannie pobierały dziw z otoczenia (prawdopodobnie był to sposób ich zasilania). To właśnie te kule niszczyły wszystko, co się do nich zbliżało. Wewnątrz sfery znajdowała się przestrzeń, w której majestatycznie „pływały” wykorzystując telekinezę istoty przypominające kształtem wieloryby. Wszystko to skojarzyło mi się z czymś na kształt zagrody, ale nikt nie potraktował tych domysłów serio, a Trzy Pazury zaczął się uskarżać, że „na obrzeżu ekranu” pojawiły mu się hasające owieczki (stereotypy, phi). Pooglądaliśmy sobie wielorybki, po czym Manuel zerwał połączenie i zanurkował głębiej. Zła byłam na niego, że nie chciał się z nami podzielić, choć może zrobił to, by nie narażać nas na dodatkowe ryzyko. W każdym razie wrócił cało i opowiedział, że w środku natknął się na jeszcze jedne rodzaj kul – tym razem emitujących dziw. Wyruszyliśmy dalej nie próbując niczego ruszać, bo ktokolwiek uwięził tu te stworzenia swój powód miał. 

Kobieta z wizji odezwała się do Trzech Pazurów ponownie. Generalnie odgrywała przed nim niewiastę w potrzebie. Trzy Pazury zdaje się łamał się, czy jej zaufać, ale koniec końców chyba uwierzył w jej wersję, przynajmniej na tyle, by zacząć rozważać konkretne działania. Zastanawiałam się, czy bardzo jest przejęty swoją nową rolą wybawiciela pięknych kobiet. Zresztą, gdy zobaczyłam ją później... nie tylko nastolatek dałby się zwieść. I nie tylko nastolatek dał się zwieść. Ale nie uprzedzajmy faktów. 

Równocześnie przebywający na statku Manuela potencjalni piloci zaczęli odczuwać zew lewiatanów. To zaostrzyło apetyty. 

Nasze sensory wykryły także wrak drugorepublikańskiego krążownika. 

Gdy znaleźliśmy się w pobliżu dalej od słońca położonego gazowego giganta zostaliśmy zauważeni przez obcy statek – biały, niepodobny do niczego, co widziałam wcześniej. Atlantka przekazała Trzem Pazurom, że to właśnie jej strażnicy. Próby kontaktu ze statkiem powiodły się dopiero, gdy Aleksiej spróbował przesłania myśli. Obcy przesłali nam gigantyczną telepatyczną projekcję kosmicznej bitwy, w której walczyli po stornie Jedności przeciwko Atlantom. Kolejna scena była czymś zupełnie nowym – ujrzeliśmy grupę Atlantów, samą „górę” w tym jednego z najpotężniejszych spośród nich – Re, odprawiających potężny „rytuał”. To oni otwarli drogę na inne płaszczyzny i z tych innych płaszczyzn popłynęła moc. Moc rozmaitego rodzaju – przez stworzone przez nich rozdarcie do naszego świata wniknęły demony. Dowiedzieliśmy się także, iż Thot przeciwstawiał się temu projektowi, jednak pozostali uważali go, za szansę uzyskania zdecydowanej przewagi nad Jednością. Kolejna projekcja nakazywała nam spadać. Aleksiej próbował negocjować, ale oni pozostawali nieustępliwi. Tymczasem Atlantka znów się odezwała prosząc o pomoc i w zamian obiecując lewiatany. Wraz ze swoją małą flotą uwięziona była pod lodem skuwającym jeden z orbitujących dookoła giganta księżyców. 

Dowództwo postanowiło zatem udać, że się wycofujemy a ukradkiem wysłać na ów księżyc lądownik z pilotami, dowiercić się do lewiatanów i przejąć nad nimi kontrolę. O ile dobrze pamiętam był to pomysł Trzech Pazurów. Z początku akcja szła dobrze. Jeden pilot wsiadł, a potem... Trzy Pazury wykrył w uwięzionych w lodzie lewiatanach demony. Słyszałam niegdyś o VI „demonicznej” generacji lewiatanów. Te tutaj były jednymi z nich. Ten zaś, do którego pilot zdążył wsiąść właśnie uwalniał się z lodu. Były jeszcze dwa inne – jeden taki sam i drugi, mniejszy, za to z większą ilością macek. Ten miał już pilota i była nim Atlantka (też półdemonica zresztą). Wywiązała się walka. Manuel, Leonid i Trzy Pazury użyli swoich mocy teurgicznych, statek obcych również otworzył ogień. Koniec końców – przebudzony lewiatan został zniszczony, Leonid w stanie ¾ warzywa trafił do medlabu, Atlantka uciekła w stronę Wrót a statek obcych poleciał za nią. 

Zaczęła się dyskusja – co zrobić z martwym lewiatanem i drugim – nieprzebudzonym. Manuel z Aleksiejem wyceniali macki i zastanowili się nad przydatnością okrętów. W końcu jednak Aleksiej powiedział, że demoniczne lewiatany należy jednak zniszczyć i nic z nich nie zabierać. Zyskał wtedy w moich oczach. 

Posprzątawszy po sobie na tyle, na ile się dało i powróciliśmy do eksploracji systemu. Najpierw zbadaliśmy drugorepublikański wrak, który okazał się badawczym krążownikiem. Na mostku znaleźliśmy cztery klucze, niestety kapitan nie raczył ich sensownie podpisać, pozostawił tylko skróty bądź oznaczenia literowe. Prawdopodobnie trzy klucze otwierały drogę z tego samego systemu, czwarty był inny. Manuel z Aleksiejem zastanawiali się, czy dało by się zabrać cały statek, ale był zbyt uszkodzony, więc tylko wymontowali z niego, co się dało. 

Wysłaliśmy też sondy do gazowych gigantów – jeden składał się głównie z wodoru, a drugi z helu. Dookoła obydwu krążyło wiele księżyców – niektóre były skaliste, inne oblodzone, jeden posiadał własną metanową atmosferę. Prawdopodobnie na części z nich dałoby się założyć bazy wydobywcze. Na kilku zrobiliśmy odwierty. 

Trzecia planeta od słońca przypominała Marsa – z czapami lodu na biegunach (głównie dwutlenek węgla i woda) i rzadką atmosferą, sucha, pylista, nie znaleźliśmy na niej istot żywych. Eksperci orzekli, że nadaje się pod terraformację, jednak sporo trzeba by zainwestować. Odkryliśmy na niej surowce, których eksploatacja by się opłacała. 

Druga planeta okazała się najciekawsza. Posiadała własną biosferę (większość jej powierzchni porastały sawanny i stepy oraz gdzieniegdzie – lasy) jednakże była skażona radioaktywnie. Poziom promieniowania, jakkolwiek dość wysoki pozwalał na krótkie przebywanie na powierzchni, więc wylądowaliśmy, by przeprowadzić dokładniejsze badania. Znaleźliśmy na niej pozostałości zaawansowanej technicznie cywilizacji, która uległa zagładzie w wyniku wojny atomowej. Użycie broni jądrowej musiało wywołać długą, postnuklearną zimę, potem jednak życie zaczęło się odradzać. Do tego stopnia, że natrafiliśmy nawet na nieduże drapieżne zwierzęta kopytne, stadnych roślinożerców oraz gryzonie. Nie muszę chyba nadmiernie rozwodzić się, jakże cenne były dla mnie zdobyte tutaj próbki. Organizmy tej planety musiały wykształcić niezwykle efektywne mechanizmy naprawcze i przeciwdziałające mutacjom, by zaadaptować się do stale wysokiego poziomu promieniowania. Poznanie molekularnych podstaw tych mechanizmów mogło zostać wykorzystane do ratowania ofiar napromieniowania, zapewniania większej ochrony przez promieniowaniem i w terapiach antynowotworowych. Ponadto bombardowanie musiało być „wąskim gardłem” dla ewolucji życia tej planety. Dowiedziawszy się ile czasu minęło od wojny, moglibyśmy pokusić się o stworzenie symulacji zachodzących tutaj procesów ewolucyjnych (ze względu na prawdopodobną małą grupę początkową i dość niewielki okres czasu układ taki był prostszy do badania), by następnie wykorzystać je jako model do innych analiz. Moglibyśmy... to dobre słowo, czasu było za mało by pobrać naprawdę reprezentatywną grupę. Surowce mineralne planety dawno już zostały wyeksploatowane. 

Ostatniego dnia pobytu poleciałam zbadać ruiny miasta. Dzięki temu, że korzystałam z eksterioryzacji mogłam bez przeszkód sprawdzić, czy pod ziemią nie zachowały się jakieś nie uszkodzone pomieszczenia. Niestety tam, gdzie dotarłam nie znalazłam niczego, co mogłoby się przydać. Systematycznie przeczesywałam ruiny, gdy nagle dookoła mnie pojawiły się świecące zielonkawo postaci. Było ich dużo i z każdą chwilą przybywało więcej. Próbowałam do nich przemówić, ale czułam jedynie emanujące od nich emocje – zagubienie, smutek, beznadzieję i głód. Wystraszyłam się i uciekłam stamtąd.

Skontaktowałam się z Trzema Pazurami, ten jednak był właśnie w trakcie bardzo dorosłego i odpowiedzialnego radzenia sobie z porażką, a mianowicie pił na umór już od dni kilku. Opowiedziałam zatem, co mnie spotkało, Manuelowi i Aleksiejowi. Tym razem wybraliśmy się do ruin wszyscy i w naszych fizycznych postaciach. Manuel rozpoczął mszę za zmarłych. 
Duchy przybyły. Gdy użyłam mocy, widziałam ich niespokojny tłum, wyciągający po nas ręce. Chciałam i m pomóc, choć nie wiedziałam jak. To zdaje się Aleksiej spostrzegł, że przyciąga je nasza moc. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam – przecież czułam, że byli głodni. Uwolniłam trochę mocy, ostrożnie, bojąc się, że zaczną ją ze mnie wyrywać. Ale nie, - grupka widmowych postaci tuż obok mnie zafalowała, po czym rozmyła się. Pozwoliłam im czerpać, chwilę potem zrobił to Aleksiej, po nim Manuel. Duchy zaczęły znikać. Bałam się, czy wystarczy nam energii. Wystarczyło. A może chodziło o samą decyzję – sam akt pomocy. 

Manuel twierdził, że to dzięki mszy, ja jednak sądzę, iż najważniejsze było to, że ich nakarmiliśmy. 

Później starałam się zajrzeć do jak największej ilości zrujnowanych miast, by sprawdzić, czy i tam nie ma zagubionych dusz. Nigdzie więcej ich nie znalazłam, aczkolwiek nigdy nie będę pewna, czy latając w tym tempie czegoś nie przeoczyłam. 

Pierwsza planeta od słońca była nieduża i nie nadająca się do terraformacji (choćby ze względu na ogromne dobowe amplitudy temperatur), ale można było na niej postawić zautomatyzowane stacje wydobywcze. 

Zawróciliśmy. Przy Wrotach czekali na nas nasi biali znajomi (jak się przedstawili – Xanowie). Manuel z Aleksiejem pertraktowali z nimi – generalnie tłumaczyliśmy się, że my nie chcieliśmy, to przez przypadek i postaramy się to jakoś naprawić. Negocjacje nawet się udały – otrzymaliśmy (a dokładniej wteleportowano nam na pokład) jajowate urządzenie, które – jak odgadłam z wysłanej nam projekcji - służyło do sczytywania ostatniego, wykonywanego z danych wrót skoku i otwieranie ich ponownie w miejsce, do którego udali się poprzednicy. Mieliśmy ścigać Atlantkę, zabić ją i wrócić. Jeśli nam się uda – być może Xanowie zawrą z nami sojusz. Wyobraziłam sobie biały statek Xanów, wlatujący do układu BII i odkrywający tam piramidkę Anubisa. Może by się jakoś powybijali wzajemnie. Albo reakcja oro’ymów. Tak, to mogło być ciekawe. 

Tymczasem Manuel podzielił flotę zostawiając większość okrętów i Jana Heweliusza na Korwen. Przeciwko Atlantce i tak największą bronią byli teurgowie (sam jej lewiatan albo nie miał broni, albo do tej pory jej nie używał). Mnie poproszono, bym udała się w pościg, na co się zgodziłam, ciesząc jednocześnie, że Jan Heweliusz zostaje i będziemy mogli uzyskać więcej danych. Wydałam odpowiednie polecenia i przesiadłam się na niszczyciela. Ponieważ nie wiedzieliśmy, czy nam się uda wszystkie pozostawione jednostki miały być zebrane przy Wrotach i gotowe do skoku. Nasz „Plan B” zakładał, że w razie porażki wskakujemy na Korwen i szybko stamtąd wyskakujemy, zanim Xanowie otworzą ogień. Drobny szkopuł: klucza Korwen-Demeter nie mieliśmy. 





Komentuj (0)


Link :: 27.06.2008 :: 10:58

II 5004

Wyprawa cz. 3

Drużyna Leilowa

by Leila

3. Limbo


Skoczyliśmy, kompletnie nie wiedząc, gdzie trafimy i co będzie tam na nas czekać. Nie uważałam tego za zbyt rozsądne, ale sądziłam, że skoro uwolniliśmy demonicę powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by ją dopaść. System, do którego trafiliśmy nie był niczym niezwykłym – żółta gwiazda i siedem planet, w tym trzy skaliste wewnętrzne, trzy skaliste zewnętrzne oraz jeden gazowy gigant. Porównując kolejne mapy i dane ustaliliśmy, że najprawdopodobniej trafiliśmy do systemu, który należał niegdyś do II Republiki. W starorepublikańskim nosił on nazwę „Edge”, stąd Manuel nazwał go Rubieżą a ja na własny użytek – Krańcem. Trochę żal mi było, że nie zabraliśmy Heweliusza, gdyż byliśmy zdani tylko na sensory okrętów, te zaś były znacznie gorsze (trzeba powiedzieć, że Manuel załatwił naprawdę dobry sprzęt a będąc na Demeter dokonał uzupełniających zakupów, kierując się przy tym moimi sugestiami). Przez co nie miałam nic ciekawego do roboty... poza tym, Manuel poprosił mnie o naładowanie jego przybytków dziwu, które opróżnił organizując asteroidową święconkę. Były to przybytki naprawdę pojemne i przez to większa część lotu do wnętrza systemu upłynęła mi na medytacji, przelewaniu dziwu, odsypianiu i tak w kółko, do obrzydzenia. Chwilami bardzo na to sarkałam, zwłaszcza, że w tym czasie panowie zabawiali się wesoło organizując sobie miniturnieje szermiercze i inne atrakcje. Ponadto w pamięci miałam chwilę, gdy udałam się do Manuela w jakiejś istotnej dla mnie sprawie po to, by przed drzwiami zastać Morgasha, który spokojnie, acz kategorycznie oświadczył, iż jego pan, jaśnieksiążęcoekspatiachalna wysokość jest zajęty i nikogo widzieć nie chce (sam Manuel, natomiast, jeśli czegoś potrzebował, miał zwyczaj wzywać wszystkich, nawet jeśli chodziło o jakąś bzdurę). Tak, oto kolejna nauka, którą, choć gorzka, należy rozważyć i zapamiętać, gdyż dotyczy wielu przypadków i jest znamienna dla świata arystokratów. Oto jednego dnia masz przyjaciela, lub przynajmniej bliskiego znajomego – rozmawiasz z nim swobodnie i jadasz w jego domu. Potem zaś zdarza się tak, że ów człowiek nagle awansuje społecznie. I gdy przychodzisz do niego znowu wszystko jest już inaczej. Czasem wręcz zastajesz obcą ci osobę. Ochrona, lokaje, służący ale przede wszystkim niewidoczna, a jakże namacalna bariera. Manuel nie był pierwszym, dla którego zaobserwowałam to zjawisko. 

Tymczasem, odsuwając na bok smętne rozważania socjologiczno-psychologiczne i powracając do wątku głównego, należałoby wspomnieć, że Trzy Pazury starał się ze wszystkich sił zrozumieć, jak działa „jajo” Xanów. Pomagali mu w tym inżynierowie Aleksieja oraz jego przodkini... tego jednak jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy. Uprzedzając fakty – barbarzyńca miał swoich przodków-opiekunów, do których zwracał się o pomoc i rady. To właśnie na jednego z nich natknęłam się, gdy próbowałam odczytać jego myśli. 

Lecieliśmy, kierując się ku środkowi systemu. Gdy mijaliśmy najbardziej zewnętrzną planetę nasze sensory ukazały nam ciekawy obraz – mianowicie sporą cześć powierzchni pokrywała toporna płaskorzeźba, przedstawiająca ludzką twarz. Rozbudziło to w nas nadzieję, że system jest zamieszkany. Niedługo potem okazało się, że wyruszył już ku nam komitet powitalny. Komitet ów, jak się miało nieco później okazać składał się z okrętów, na których widok Manuelowi i Aleksiejowi ślinka pociekła (najpierw wszakże pociekł im zimny pot). Okręty owe były zaiste imponujące, ogromne, dość topornych kształtów, każdy wyposażony w kilkadziesiąt dział mezonowych rozmieszczonych mniej więcej równomiernie na wszystkich burtach. Nie mam pojęcia, jaką miały siłę ognia, z pewnością policzyli ją eksperci Manuela i Aleksieja. Wysłaliśmy komunikaty w wielu językach. Odpowiedzieli w jakiejś pochodnej drugorepublikańskiego. Po wstępnej wymianie formalności zostaliśmy przez nich zaproszeni. 

Minąwszy dwie kolejne zimne, pustynne planety i otoczonego rojem satelitów gazowego giganta zbliżyliśmy się do drugiej licząc od słońca, zamieszkanej planety, którą mieszkańcy systemu, jak się później dowiedzieliśmy, nazywali Limbo. Trzecia planeta od słońca – Acheron, znajdowała się obecnie po przeciwnej stronie układu, najbliżej zaś gwiazdy krążyła Kolonia. Pierwszym, co rzuciło się w sensory była stacjonująca nad Limbo flota składająca się ze sporej ilości okrętów podobnych temu, który nas eskortował oraz kolosów kojarzących się bardziej z bazami orbitalnymi niż jednostkami bojowymi. Jeśli duże okręty porównać do latających fortów, giganty nad Limbo były prawdziwymi fortecami. Przyznam, że mnie to ucieszyło, bo jakoś nie specjalnie podobało mi się to, jak Cesarstwo zagarniało kolejne systemy podporządkowując ich mieszkańców. Ci tutaj z takim potencjałem obronnym nie musieli się raczej obawiać narzucenia cesarskiej władzy i wyznania Kościoła Wszechświatowego. 

Zaproszono nas na pokład jednej z takich fortec na audiencję u głównodowodzącego floty. Manuel i Aleksiej poświęcili mnóstwo czasu na wybieranie odpowiedniego stroju (Manuel wystąpił w tradycyjnym LiHalańskim kimonie z całym dobrodziejstwem inwentarza w postaci kunsztownej fryzury, umalowanej twarzy i zdaje się wachlarza, Aleksiej zaś wystylizował się na Decadosa – ale Decadosa-spadkobiercę urtyjskiej tradycji bardziej, niż Decadosa ekstrawaganckiego) oraz świty. Ja wystąpiłam w mundurze Manuelowej floty, podobnie ubrał się Leonid (z racji czego zostaliśmy wzięci za parę... tfu!) zaś Trzy Pazury nie dał sobie odebrać swojego skórzanego płaszcza i dzielnie podtrzymywał swój image zbuntowanego nastolatka. Dość rzec, że dziwną i barwną stanowiliśmy gromadę, choć mieszkańcy Limbo zdecydowanie nas przebili, o czym zaraz. Najpierw poprowadzono nas korytarzami. Stali w nich strażnicy w okazałych zbrojach, których hełmy były wystylizowane nieco groteskowo na łby dzikich zwierząt – w fortecy były to najpierw dziki, potem wilki (chyba stanowili strażdowódcy), na samym Limbo widziałam także lamparty, i o ile mnie pamięć nie myli jakieś drapieżne ptaki. Na koniec, gdy otworzyły się przed nami ostatnie drzwi (czy może raczej wrota) dotarliśmy do głównej sali. Wszystko tutaj było ogromne i urządzone z przepychem i gustem odmiennym od Znanoświatowego. Przyglądało się nam mnóstwo ludzi poubieranych w najwymyślniejsze szaty. Prawie wszyscy malowali swoją skórę na jaskrawe kolory. W tłumie wyróżniali się osobnicy odziani w czarne, białe bądź czerwone płaszcze. Poprowadzono nas przed unoszącą się nad podłogą grawitacyjną platformę, na której siedział chłopiec o twarzy i rękach pomalowanych w czarne i żółte romby. Wygląd miał dziecka, lecz spojrzenie dorosłego. Również jego aura, jak się dowiedziałam później, gdyż ja nie aktywowałam mocy skanujących w obawie przed urażeniem gospodarzy, była aurą człowieka starego. Był to dowódca floty – naumarcha Iridian Lex. 

Najpierw pani herold Manuela nas przedstawiła – co trwało długo i spotkało się ze zdziwieniem gospodarzy a potem zaczęliśmy wyjaśniać kim jesteśmy, skąd przybywamy oraz zadawać pytania. Z powodu nieporozumienia mieszkańcy Limbo początkowo uważali nas za przybyszów z innego wszechświata (nazwali nas demonami, gdyż tak właśnie u nich określało się wszystkie istoty spoza naszego uniwersum). Gdy się okazało, iż przybywamy z innego systemu ich zainteresowanie nieco opadło. Niemniej – okazuje się, że żyli tutaj odcięci już całe tysiąclecia. Rządził nimi Bóg Tyran – który niegdyś był jednym z nich ale dzięki wieloletnim naukom i zgłębianiu wszystkich dziedzin wiedzy kilkaset lat temu wzniósł się na wyższy plan egzystencji. Ich społeczeństwo składało się jakby z samej arystokracji – pracę wykonywały maszyny lub przemienieni, natomiast reszta przeważnie się bawiła. Kto chciał, mógł również zostać „magiem” – czyli przystąpić do jednego z trzech zakonów (to właśnie ich członków wyróżniały kolorowe płaszcze). Byli więc czarno odziani Nekrolici – coś na kształt naszych Inżynierów, którzy zajmowali się przede wszystkim zaawansowaną technologią, ale także fizyką, matematyką i astrnomią. „Czerwoni” Witalici zrzeszali lekarzy, biologów i biotechnologów. Zajmowali się głównie medycyną i nadzorowaniem upraw (na Limbo nie było już upraw w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, rośliny hodowano przede wszystkim w zamkniętych pomieszczeniach). Wreszcie „biali” Psycholici obdarzeni byli umiejętnościami teurgicznymi (oczywiście moc czerpali od swojego boga). Każdy zakon miał swojego zwierzchnika, byli także zwierzchnicy kolejnych planet oraz floty – których tytuły miały wspólny przyrostek – marcha. Najwyższą władzę miał oczywiście Bóg Tyran, jednak administracją zajmowali się marchowie. Ważnym tytułem był także Święty Syn, jak nam się wydawało człowiek, którego Bóg Tyran wybierał i obdarzał przywilejami. O czym jeszcze należałoby wspomnieć – nie było tutaj żadnych ograniczeń odnośnie stosowania jakiejkolwiek technologii (która dzięki temu utrzymała się na poziomie drugorepublikańskim). Wskutek tego Nekrolici nie mieli oporów przed wykorzystywaniem wszczepów, a ich szef był już w zasadzie w ¾ maszyną. Witalici z kolei mogli swobodnie bawić się genetyką, ale o tym później. Nie było także ograniczeń odnośnie psioniki, kto miał moc, korzystał z niej swobodnie i nie było to niczym dziwnym. 

Jak już wspomniałam Manuel opowiedział o Znanych Światach i oględnie przedstawił zagrożenie ze strony Zakonu. 

Wszystko to ładnie brzmi natomiast w istocie... Zawsze uważałam, że nie mam talentu dyplomatycznego, okazało się jednak, że Leonid ma antytalent i wręcz gigantyczny. Odzywał się nieproszony i nie pytany, wchodził Manuelowie w słowo i zadawał pytania, z których część była głupia a część mógł równie dobrze zadać komukolwiek na sali. Wstyd mi było. Na szczęście wszystko skończyło się pomyślnie. 

Po powrocie na okręt Leonid otrzymał stosowną reprymendę, która niczego go nie nauczyła, po czym wszyscy udali się na spoczynek. Czułam, że ktoś nas obserwuje – zapewne był to Bóg Tyran. Sądząc po okultystycznym skanowaniu, jakim nas uraczył musiał być bardzo potężny. 

Następne dni spędziliśmy czekając, aż zechcą nas zaprosić na powierzchnię planety. Trzy Pazury bawił się „jajem”, ja ładowałam kryształy. Urządziliśmy sobie nawet (oczywiście uprzedzając naszych gospodarzy) „walki” myśliwców ja z Leonidem kontra Manuela i Trzy Pazury. Choć wszyscy umieliśmy mniej lub bardziej latać Trzy Pazury niespodziewanie nieledwie nas rozniósł. W „nocy” czasu pokładowego znów czułam czyjąś obecność. 

Po pewnym czasie zaproszono nas i mogliśmy bez przeszkód wylądować na Limbo. Nie opisywałam jeszcze samej planety – zatem pozwolę sobie teraz to uczynić, uzupełniając o informacje, które uzyskałam po tym, jak korzystając z eksterioryzacji poleciałam pozwiedzać). Nieskrępowany rozwój technologii doprowadził do tego, iż była bardzo gruntownie zmieniona. Ogromne wstęgowate, wysokie na kilka kilometrów a długie czasem na tysiące km, wąskie, wijące się i krzyżujące budynki pokrywały powierzchnię Limbo czymś na kształt gigantycznej koronki. Obywatele mieszkali przeważnie na najwyższych piętrach, na niższych znajdowały się hale hodowlane, maszynownie, fabryki, generatory (głównie jądrowe, wykorzystujące „klasyczne” rozszczepianie pierwiastków ciężkich, jak i zimną fuzję) i pomieszczenia dla przemienionych. Tych nie było bardzo dużo, nie mieli własnej kultury, generalnie byli zdegenerowani jeśli chodzi o funkcje umysłowe a ich życie ograniczało się do pracy i snu. Trzeba rzec, że trzymano ich w warunkach nienajgorszych (wielu chłopów bądź robotników ze Znanych Światów chętnie by się z nimi zamieniło) i karmiono odpowiednio, ale i tak nie bardzo wiedziałam co o tym myśleć, zwłaszcza, gdy dowiedziałam się, kim oni są. Większość prac wykonywały jednak nadzorowane przez ludzi roboty. 
Zabudowa zajmowała około 50-70% powierzchni lądu, tereny pomiędzy budynkami czasem były zagospodarowane ale częściej puste. Co ciekawe, Limbo było zamieszkane przez relatywnie bardzo niewielką ilość ludzi – jeśli zagęszczenie populacji było mniej więcej równomierne na planecie żyło nie więcej niż 20 mln ludzi. Populacje Acheronu i Kolonii były jeszcze mniejsze. 

W jednym miejscu na powierzchni planety budynki zbiegały się do jednego obiektu. To właśnie tam wylądowaliśmy. Powitał nas ktoś kogo roboczo nazwałam „szambelanem” – nerwowy, zgarbiony mężczyzna w dziwnym stroju. Towarzyszyła mu grupa ludzi poubieranych i pomalowanych na najrozmaitsze sposoby, Jedna z kobiet miała na przykład suknię ozdobioną wstęgami materiału unoszonymi przez kulki mieszczące małe antygrawitacyjne silniczki oraz... kamery. Zaprowadzono nas do wielkiej, tonącej w półmroku sali, gdzie odbywała się nieustająca uczto-orgia. Wszystko to było tak ogromne, że aż trudno było określić ilu ludzi się tutaj znajdowało. W dodatku część z nich unosiła się na antygrawach. W centrum na podwyższeniu ucztował Święty Syn, wraz ze sporą grupką urodziwych kobiet. Usiedliśmy się i zaczęliśmy rozmowę. W powietrzu wyczuwałam jakieś odurzające substancje, były one także w podanym nam jedzeniu i piciu. Leonid i tutaj od czasu do czasu się wypuszczał, na szczęście nie zwracano na niego zbytniej uwagi, ponadto stał nad nim Morgash, mający w razie potrzeby go uspokoić. Zresztą – rudowłosej kochance Świętego Syna Leonid najwyraźniej się spodobał (do tego stopnia, że wpakowała mu się na kolana, starając przy tym odpowiednio przytulić i zademonstrować swe okryte półprzezroczystym materiałem wdzięki) i miałam niezłą zabawę, gdy Amalteanin próbował się wykręcić (na Limbo panowała dość duża swoboda w sferze seksu). Rozmowa toczyła się w najlepsze... Święty Syn chętnie wyjaśniał lokalne zwyczaje, Leonid usiłował uniknąć rudej, Manuel usiłował wysondować, jak potężną siłą zbrojną dysponują mieszkańcy Limbo... Jednym słowem – nic niecodziennego. Wtedy właśnie pojawiła się kolejna osoba – była to, jakże by nie, „nasza” demonica, którą Święty Syn przedstawił jako swoją narzeczoną Vlaakith. Tak, muszę przyznać, że nie zdziwiło mnie to, iż tak łatwo otumaniła Trzy Pazury a potem w kilka dni została narzeczoną drugiej w kolejności najważniejszej osoby w systemie. Vlaakith była niewiarygodnie piękna, tak piękna, że zamiast w bardziej naturalnej, typowo kobiecej zazdrości pogrążyłam się na kilka minut w rozważaniach na temat mojej orientacji seksualnej. Oczywiście nic nie mogliśmy zrobić, pokonwersowaliśmy sobie zatem jeszcze, po czym udaliśmy się do wskazanych nam komnat na spoczynek. 

Spoczynek nie nastąpił wkrótce gdyż część wróciła na imprezę, zaś Manuel z Aleksiejem grali na tutejszych maszynach myślących do późna w noc. Mnie samą, przyznaję, ciągnęło na główną salę, aż musiałam stoczyć wewnętrzną batalię pomiędzy ochotą na powetowanie sobie wielomiesięcznej posuchy a obawą pt. „co by powiedzieli moi towarzysze” oraz poczuciem szacunku względem samej siebie niestety (chyba poklasztornie) skojarzonego z wstrzemięźliwością. W nocy pogadałam jeszcze trochę z Leonidem, który okazał się bardzo monotematycznym rozmówcą oraz Aleksiejem – trochę o Kosiarzach, trochę też o sojuszu z oro’ymami (w zasadzie nie wiem, czemu poruszyłam ten temat, chyba z czystej niewiary, że mogłoby wydarzyć się cokolwiek, co w jakiś sposób pokrzyżowałoby zamysły mojego brata). Tak czy owak Aleksiej o sprawie wiedział. 

Następnego dnia rano, gdy jedliśmy śniadanie a Manuel przechadzał się niezupełnie ubrany po pokojach, Trzy Pazury poszedł porozmawiać z Vlaakith. Chodziło mniej więcej o to, że jego prywatny kodeks nakazywał mu zabijać każdego demona, którego na drodze spotka niezależnie od wszystkiego. Niemniej, barbarzyńca wrócił w dobrym humorze, obwieszczając, że choć ojciec Vlaakith był demonem ona sama urodziła się w tym wszechświecie, nie jest zatem elementem obcym i on nie musi z nią walczyć. Śmiać mi się chciało – proszę, jak demon okazał się piękną kobietą, to już się poznajdowało precedensy. Tak, pewne prawa tego świata pozostają niezmienne. Być może barbarzyńca właśnie wstępował w ten etap dorosłości, w którym własne, do tej pory niezłomne przekonania, zaczęło się naginać stosownie do okoliczności i wygody, a sumienie okazywało się nagle nader elastyczne. Tak, czy owak po wczorajszej naszej wspólnej rozmowie z Vlaakith zaczynałam dochodzić do wniosku, że, jeśli oczywiście nie okłamuje nas, nie mamy powodu jej zabijać. Vlaakith nie była kimś politycznie ważnym, urodziła się pod koniec wojny, gdzieś na obrzeżach atlanckiego imperium. Była efektem eksperymentu – próbą stworzenia istoty będącej czymś doskonalszym niż spleceni – półdemona od poczęcia. Nie zdołano jednak stworzyć nowej generacji jej podobnych – wojna się skończyła, za to zaczęło prześladowanie atlantów. Vlaakith przez jakiś czasu uciekała, jednak natrafiła na Xanów i skończyła w lodzie. Fakt, iż Setesh żyje wywołał w niej pewien niepokój. Rozmawiała z nami całkiem otwarcie i zgodziła się pokazać nam swojego lewiatana, który również był prototypem. 

Oczywiście wybraliśmy się wszyscy. Dzięki systemowi antygrawitacyjnych wind szybko dotarliśmy do odległej części pałacu, gdzie w hangarze stał sobie spokojnie sześciomackowy lewiatan. Podczas, gdy panowie zajmowali się okultystycznymi oględzinami lewiatana i dywagacjami, co z nim należy zrobić (sprawiali przy tym wrażenie, jakby ani przez moment nie zastanowili się, co na ich pomysły odpowie właścicielka) ja zamieniłam kilka słów z Vlaakith. Trochę popytałam ją o Atlantów, ale nie posiadała żadnych nowych dla mnie informacji. Nie znała żadnego z potężnych, nie potrafiła też dodać żadnych nowych elementów do historii znanych mi już zarysów historii wojny (generalnie ją także za młodu karmiono propagandowymi opowieściami, które niewiele miały wspólnego z historyczną prawdą). Zapytałam także, co zamierza teraz zrobić. Przyznaję, że szukałam odpowiedzi dla siebie. Ona była w gorszej sytuacji – całe tysiąclecia spędziła uwięziona, a teraz, choć zyskała wolność trafiła do zupełnie obcego sobie świata, w którym nie pozostał nikt z bliskich jej ludzi. Atlantka wszelakoż miała bardziej optymistyczne podejście do życia i odrzekła, iż zamierza powetować sobie stulecia niewoli i przede wszystkim dobrze się bawić z dala od kłopotów. Bo przecież, była jeszcze taka młoda, tak niewiele przeżyła przez te około 100 lat, zanim dopadli ją Xanowie. Tak, sto lat było dla niej krótkim odcinkiem czasu. Zazdrościłam jej. Wróciłyśmy do pozostałych, którzy właśnie kończyli okołolewiatanowe dywagacje. Uznali, że okręt trzeba zniszczyć. O dziwo Vlaakith, była nawet skłonna to zrobić.

Tu zagłębiliśmy się w rozważaniach nad tym, jak by się tu bezpiecznie pozbyć demonostatku. Cisnąć w słońce, jak zwykliśmy robić z kłopotliwymi odpadami (jak sobie teraz pomyślałam, to może być jedna z przyczyn ich gaśnięcia) a może pokroić? 

Tymczasem Leonid stał podejrzanie cicho i przyglądał się lewiatanowi... by w pewnym momencie z głuchym łomotem upaść na ziemię. Manuel rzucił się za nim w okultystyczną pogoń... Tymczasem Vlaakith zaczęła wykrzykiwać coś do lewiatana karcącym tonem. Ów odpowiedział.... rzucając nią o ścianę... Szczęśliwie przez solidnym potłuczeniem uratował ją Aleksiej, bohatersko rzucając się, by ją łapać. Trzy Pazury z kolei rzucił się w drugą stronę – na lewiatana. Widząc, że zamierza coś dużego razem z Aleksiejem rzuciliśmy mu nasze przybytki dziwu. Vlaakith zaczęła uciekać, razem z Aleksiejem i Morgashem zrobiliśmy to samo taskając naszych nieprzytomnych. Nie wiem, co dalej działo się w hangarze, gdyż zatrzymaliśmy się dopiero w sporej odległości od wejścia. Po krótkiej wymianie zdań „wyruszyłam” zawołać Manuela. Szczęśliwie udało mi się go odnaleźć i zawołać z powrotem. Tymczasem z drzwi do hangaru wybiegł Trzy Pazury a w ślad za nim grupa czarnych, różnokształtnych istot. Stojący w korytarzu strażnicy ruszyli do walki. Manuel rozpoczął inkantację po czym użył świeżo poznanego rytuału, który pozwalał kontrolować płomienie (o tym, że świeżo poznanego wiem, gdyż jakiś czas wcześniej zostaliśmy zaproszeni na próbę generalną). Jego ciało otoczyła płomienista aureola a z ramion wyrosły skrzydła. Manuel uniósł się w powietrze i poleciał ciskać ogniste pociski w kłębowisko demonów. Niedługo po nim ocknął się Leonid i także wbiegł w czarny tłum. My w tym czasie oddaliliśmy się jeszcze bardziej, bo w korytarzu wybuchła już regularna walka. Widziałam tylko błyski broni energetycznej i latające kule ognia. Nie używałam mocy, gdyż atakując pojedyncze cele dałabym radę ewentualnie trzem-czterem z nich a mocy działającej obszarowo wolałam nie używać, wiedząc, że gdzieś tam walczą nasi towarzysze. Tyle wiem, że w pewnym momencie kolejne czarne istoty przestały się pojawiać. Resztę dobito i przystąpiono do sprzątania. „Zwierzęcogłowi” okazali się automatami, tak że jedyną prawdziwie poszkodowaną ofiarą walki był Leonid, na widok którego zrobiło się niedobrze. Jego ciało było praktycznie całkowicie spalone. Albo Manuel używał swoich mocy nie zwracając uwagi na to, że Leonid gdzieś tam walczy, albo sam Leonid wpakował się w manuelową ognistą kulę. Jak się nad tym zastanowić, obie możliwości były jednakowo prawdopodobne. Cudem jakimś okazało się, że tutejsza medycyna jest na tyle zaawansowana, że mogą go jeszcze uratować. Poparzonego Leonida zawieziono do medlabu, sytuacja się powoli uspokajała. Okazało się, że prototypowy lewiatan nosił w sobie wrota do płaszczyzny demonów. Gdy Trzy Pazury go zniszczył brama została otwarta. Fakt, przecież nie raz zastanawialiśmy się, dlaczego właściwie Xanowie zamrozili miniflotę Vlaakith, ryzykując jej ucieczkę, zamiast ją zniszczyć i rozwiązać problem definitywnie. Szczęście w nieszczęściu, że nie wrzuciliśmy sześciomackowca do słońca, jak pierwotnie zamierzaliśmy. Przypuszczalnie na tym polegała innowacyjność nowego lewiatana – nie był okrętem bojowym, lecz „nosicielem” szczeliny, która otwierała się, gdy zostawał zniszczony. Sama Vlaakith o tym nie wiedziała. Była tak samo zszokowana jak i my, poza tym, co nie dziwne, poczuła się wykorzystana. Powiedziała nam, iż wydawało jej się, że gdzieś tam, pomiędzy szturmującymi demonami był jej ojciec. Jednak nie był to koniec rewelacji – otóż powstałą szczelinę można był „załatać” tylko w jeden sposób – ludzką duszą. Na czyn ten zdecydował się jeden z przodków Trzech Pazurów, który podobno nagle objawił się w fizycznej postaci i brał udział w bitwie. Wysłuchawszy wszelkich rewelacji i otrząsnąwszy się nieco po widoku pół spalonego Leonida zapytałam Trzy Pazury gdzie mój okruch duszy, na co barbarzyńca z bezczelnym i zadowolonym z siebie uśmiechem odparł, że... zgubił. Poszłam wiec do hangaru, lecz znalazłam tylko drobniutkie okruszyny. Zawrzało we mnie. Nie miałam już ochoty z nikim rozmawiać. Udałam się od swojego pokoju i skorzystałam z eksterioryzacji, by rozejrzeć się po planecie. 

Ranka następnego, odczekawszy na stosowną okazję rzuciłam barbarzyńcy kawałki kamienia dziwu w twarz okraszając wszystko stosowną dozą obelg, pretensji i wykrzykników. Tutaj wybuchła awantura. Przyznam, że byłam tak wściekła, że nawet dnia następnego nie byłam w stanie przytoczyć, co dokładnie zostało powiedziane i wykrzyczane. Dość rzec, że arogancki wyrostek śmiał mi się w twarz, a za plecami mój cień cieszył się niepomiernie zagrzewając mnie do otwartego ataku i szydząc z mojego niezdecydowania. Trzy Pazury natomiast świetnie się bawił. Tyle pamiętam, iż powiedział, że sama najlepiej robię z siebie pośmiewisko. Co by nie rzec sytuacja była patowa. Przegrywałam niezależnie od tego co, bym zrobiła. Z jednej strony nie reagując dawałam się obrażać, z drugiej przejście do działań ofensywnych świadczyłoby, iż dałam się sprowokować. Manuel z Aleksiejem przyglądali się temu z boku, z minami, jakby robili zakłady. Aleksiej zauważył, że on także stracił swój okruch. Jednak on był dużo bardziej wpływowym człowiekiem i byłam przekonana, że nie będzie mu trudno zdobyć następny. Przyglądali się nam jak dwójce dzieciaków, ale jestem pewna, że gdyby poszło na ostre wmieszaliby się. 

Ha, z pewnością nie było to dojrzałe zachowanie ale straty kamyczka nie mogłam przeboleć. Był on bowiem jedną z nielicznych rzeczy, jakie udało mi się zdobyć. Moi towarzysze zyskiwali tytuły, floty, znajdowali lewiatany, miasta Urów, zbroje, broń i komory stazy Kosiarzy... Sam Manuel woził ze sobą całe mnóstwo wszelkich relikwii a jego kamienie dziwu mieściły energię kilkunastokrotnie większą od tej, którą ja mogłam zmieścić w moim okruchu. Pamiętam, że ucieszyłam się, jak go znalazłam, że chociaż jakiś drobny nadnaturalny przedmiot trafił w moje ręce. Kamyczek towarzyszył mi przez dość długi czas, kiedyś nawet, po tym, jak zostaliśmy z Hamadem zestrzeleni i pojmani przez Rycerzy Poszukujacych a potem uciekliśmy rozwalając ich bazę, wygrzebałam go z ruin. Oprócz niego na liście cennych bądź ważnych, posiadanych przeze mnie rzeczy znajdowały się: kryształy pamięci, laptop od Aidy, vaukowska szata od Fativy, uryjski przyrząd górniczy – to z kolei był prezent od Aleksieja, kilka azimowych szkiców i rudy kot od Hamada (o wdzięcznym imieniu Schrodinger), którego zostawiłam na Demeter, pomna, co stało się kiedyś z Bazylim - jaszczurką, którą dostałam dawno temu od brata. Jak sami widzicie – nie była to lista długa. Utratę okruchu dziwu uważałam za niegodziwość losu (choć przede wszystkim była to wina Vuldroka). Cóż, w jednym ze starych pism napisano „kto ma, temu będzie dodane, a kto nie ma, temu zostanie odebrane to, co ma”. Zaiste prawdziwe słowa. A wracając do – w końcu i ja i Aleksjej powierzyliśmy vuldrokowi nasze okruchy, a on co – jeden zepsuł a drugi zgubił i jeszcze pyskował. Jak by to nie on był w znacznej mierze winny szeregowi wypadków, które doprowadziły do tej sytuacji. Pewnie, zawalił, a sprawę załatwił w ten sposób, że zakorkował szczelinę własnym przodkiem. Czemu szlachetnie sam się nie zdeklarował na ochotnika, skoro jego powołaniem była walka z demonami, tylko zasłonił się kimś innym? 

Wracając zaś do awantury – jak nietrudno w sumie zgadnąć pokrzyczałam sobie i wycofałam się. Cień śmiał się w mojej głowie i wiedziałam, że mówi prawdę. Żeby ktoś taki mi bezkarnie ubliżał, do czego to doszło. Do dziś nawet nie wiem, ile z tego wydarzyło się naprawdę a ile on mi podsuwał. Później jeszcze przez wiele dni umilałam sobie czas przed zaśnięciem wyobrażaniem sobie, w jaki to sposób pozbawiam barbarzyńcę życia. Problem był jeden – vuldrok był za silny i, by być pewnym, że to się uda musiałabym zrobić to ukradkiem, jeślibym zaś zrobiła to ukradkiem – Trzy Pazury nie otrzymałby nauczki – a o to wszak chodziło. Z drugiej strony wiedziałam, że im bardziej komuś zależało, bym go szanowała, tym bardziej nim pogardzałam. Myślę, że Trzy Pazury pod tym względem był dokładnie taki sam. 

Awantura awanturą, ale musiałam szybko przynajmniej pozornie ochłonąć, bo czekało na nie byle co – ale audiencja u samego Boga Tyrana. W zasadzie to Bóg Tyran zaprosił tylko Manuela i Leonida, gdyż oni byli teurgami, Manuel jednak zabrał nas ze sobą, za co byłam mu wdzięczna. 
Zabrano nas do najwyżej położonej sali kompleksu pałacowego. Czekał tam na nas – istota przypominająca kształtem ogromny embrion, zawieszony w zielonkawej, lewitującej kuli. Na miejscu zastaliśmy także holoprojekcję Leonida, którego ciało było obecnie regenerowane. Bóg Tyran na wstępie zapowiedział, że sprawy ewentualnego sojuszu należy omawiać z *marchami. Sam był bardziej ciekaw Manuela i Leonida, którym nawet proponował naukę. Widziałam, że obydwóm pomysł, iż mogliby stać się kiedyś podobni Tyranowi bardzo się spodobał. Wiedziałam, że mamy niepowtarzalną szansę uzyskać odpowiedzi od istoty starszej i potężniejszej od nas. Padły pytania a Bóg Tyran na nie odpowiedział.

Wyjaśnił, że teurgia polega na umiejętności wykorzystywania mocy pochodzącej z innych płaszczyzn. Gdy ktoś osiągnie w tym mistrzostwo może, tak jak on „rozszerzyć” na nie swoją egzystencję. On sam obecnie istniał na kilku. Jego zdaniem bogowie byli istotami jemu podobnymi – niegdyś zwykłymi mieszkańcami wszechświata, którzy uzyskali dostęp do innych wymiarów mocy. Potężniejsi sięgali do większych ilości zaświatów. Swoją moc czerpali z wyznawców. On sam czynił to bardzo bezpośrednio – mieszkańcy Limbo nosili bransolety, które zbierały i przekazywały umysłową energię do niego. Spytaliśmy się go, czy wie coś o innych, jednak on pozostawał raczej w „swoim” świecie. Podobno wraz z upływem czasu i wzrostem umiejętności początkujący bóg zyskiwał umiejętność całkowitego przenoszenia siebie na inne płaszczyzny. Spytałam, czy gaśnięcie słońc i mrok pomiędzy gwiazdami mogą być wywołane naruszeniem granicy pomiędzy naszym światem a uniwersum demonów. Bóg Tyran nie znał odpowiedzi, choć przyznał, że jest to jedno z możliwych wyjaśnień. Czy można odwrócić rytuał Atlantów i ponownie rozdzielić płaszczyzny – też nie wiadomo, być może wymagałoby to zniszczenia sieci wrót. Ośmieliłam się zadać bardzo ryzykowne (w świetle tego, kto mi towarzyszył) pytanie – czym jest dusza i co dzieje się z nią po śmierci. Bóg Tyran odparł, iż jest ona sumą doświadczeń, przemyśleń, wspomnień, uczuć i emocji. Po śmierci – cóż, przeważnie dusze przez jakiś czas snują się wśród żywych. Silniejsze utrzymują się dłużej, słabsze rozmywają się szybciej. Wierzący mogą trafić na płaszczyznę zamieszkaną przez ich bóstwo. 

Po audiencji rozdzieliliśmy się. Manuel i Leonid przystąpili do działań dyplomatycznych. Mieli trudne zadanie – bo przecież mieliśmy prosić ich o militarne wsparcie w wojnie – ale w zasadzie nie mieliśmy żadnych sensownych argumentów. Może poza tym, że może ona w końcu dotrzeć i tu, choć przecież z racji tego, że wrogowie raczej nie mieli kluczy na Edge, prawdopodobieństwo tego było niewielkie. Cóż mogliśmy zaoferować systemowi, który był samowystarczalny i osiągnął stan stabilny. Mieszkańcy Limbo żyli wygodnie, dostatnio, byli szczęśliwi. Niczego od nas nie potrzebowali. Mogliśmy im jedynie zaproponować wymianę kulturalną. Ich technologia była bardzo zaawansowana, nie mieli może (albo nam nie pokazali) niczego, czego nie było by w Znanych Światach, tyle, że tam na takie cuda było stać tylko najzamożniejszych, a tutaj używał ich każdy. Jedyną różnicą było to, że nie znali tutaj nano. Radzili sobie jednak dobrze bez niego. W każdym razie gospodarze wysłuchali argumentów, obiecali, że sprawę przemyślą i nawet oprowadzili Manuela i Aleksieja po swoich okrętach. Wszystkie wielki nie miały napędów skokowych. Były zbudowane po odcięciu systemu, by zwiększyć jego siłę obronną (ze dwa razy w historii Limbo system został zaatakowany, jednak nie doszło do większych strat). Zdolne do opuszczenia systemu były jedynie okręty, które pozostały po II Republice. Tutaj nazywano je „okrętami dalekiego zwiadu”. Jak się później okazało naumarcha dysponował kluczami na trasie Edge – BII (przez Stos). 

Trzy Pazury wrócił na okręt Aleksieja zgłębiać Xanowskie „jajo”. Leonid – jak się okazało wylądował w wielgaśnym słoju z pożywką. 

To właśnie odwiedzin u Leonida użyłam jako pretekstu, by zacząć rozmawiać z Witalitami. Zaprowadzili mnie do wielkiej sali, gdzie w pojemniku wisiały resztki Amalteanina. Po powierzchni jego ciała nieustannie wędrowały niewielkie mechanizmy z wieloma „odnóżami”. Oprócz tego w dalszych pięciu „słojach” znajdowały się... szybko rosnące klony Leonida. Wyjaśnili mi, że prościej dla nich było wyhodować całe klony i wyciąć z nich co trzeba niż regenerować tkanki osobno. Rozwój klonów sterowany był tak, że nie miały rozwiniętego mózgu (ciekawe, czy na pewno sterowany... ) dlatego nie miałam zastrzeżeń wobec tej – dość kontrowersyjnej terapii. Oferowali ise nawet, że załatwią Leonidowi cyberwszczepy, by przyspieszyć rehabilitację, ale Manuel uznał, że byłoby to sprzeczne z poglądami Leonida. Znając łatwość, z jaką Leonid dopasowywał swoje poglądy do korzyści (n.p. gdy próbował przekonywać Trzy Pazury, by nauczył go rytuałów kultu Patrzącego uparcie usiłując podpiąć boga barbarzyńcy pod jakiegoś świętego i w ten sposób „włączyć” do Kościoła) trochę w to wątpiłam, ale uważałam, że długie pozostawanie Leonida w stanie ograniczonych możliwości ruchowych zdecydowanie jest nam na rękę. 

Gdy tak chodziłam po laboratorium, oprowadzana przez jednego z niższych rangą, zadawałam pytania, komentowałam i opowiadałam o znanych przez mnie rozwiązaniach dookoła nas zaczęła się gromadzić coraz większa gromadka ludzi. Tak jak ja, byli oni naukowcami z powołania, więc rozmowa, jak już ruszyła, szła nam z łatwością. Skoczyłam na orbitę po moje kryształy pamięci, po czym ruszyła radosna wymiana danych. Szczególnie ciekawiły mnie ich medyczne osiągnięcia, o których opowiadali bardzo chętnie. Ja z kolei pokazałam im próbki eliksiru (jak już wspominałam, nano nie znali). Było to z pewnością nie handlowe posunięcie, ale uznałam, że będzie na miejscu. 

Pod wieczór zaś czekałam nie wielka niespodzianka. Witalici obwieścili, iż okazałam się dość kompetentna, by uznali mnie za „jedną z nich”. Otrzymałam od nich czerwoną szatę, w której z dumą chodziłam aż do końca naszego pobytu na Limbo. Ech, ilekroć wspominam tę chwilę ogarnia mnie wzruszenie. Naprawdę nie spodziewałam się tego z ich strony i poczułam się zaszczycona. Podziękowałam najwylewniej, jak potrafiłam i zapytałam, jakie są zasady ich bractwa. Niewiele ich było – to, że zajmują się nauką i jeśli jedne z nich chce krytykować drugiego najpierw próbują załatwić to we własnym gronie. Potem wróciliśmy do rozmów na tematy naukowe. Byłam wniebowzięta.

Stan mojego wniebowzięcia został przerwany przez imprezę, którą urządzał Aleksiej na swoim okręcie. Wiedziałam, że w jej przygotowanie włoży dużo czasu i wysiłku a moją nieobecność może potraktować jako niegrzeczność. Manuel mówił, że przybędą też zwierzchnicy „magów” choć to akurat mnie nie interesowało, gdyż więcej informacji mogłam zebrać od ludzi, którzy byli niżej w hierarchii, za to czynnie pracowali. Doświadczenie uczyło, iż im wyższy tytuł naukowy tym bardziej niezorientowany osobnik. Tak czy owak na imprezie się zjawiłam. Na jej potrzeby zaadaptowano ładownię, w której urządzono coś na kształt „sektorów tematycznych” poświeconych różnym rodom i rasom. Aleksiej zadbał o ich odpowiedni wystrój, muzykę, potrawy. Stawił się Święty Syn i Vlaakith (w kombinezonie chyba odlanym i zastygłym na jej ciele, zwierzchnicy „magów”, był też naumarcha. Tradycyjnie zmyłam się najwcześniej, jak mogłam, odespałam krótko i wróciłam do witalitów. 

Manuel oczywiście (ku mojej rozpaczy, bo było przecież tyle rzeczy do omówienia) chciał lecieć jak najszybciej. Czekał w sumie tylko na to, aż Leonid będzie się nadawał do transportu a Aleksiejowi zrobią cyberwszczepy. Tuż przed samym wyjazdem spotkałam się także z przedstawicielami nekrolitów.

Ogólnie dowiedziałam się przez te kilka dni bardzo wielu rzeczy, które pozwolę sobie teraz skrótowo omówić. O ile u witalitów dowiedziałam się sporo rzeczy, wiedza fizyczno-astronomiczna nekrolitów nie wykraczała zbytnio ponad to, co było mi znane. Niestety – powszechny dobrobyt ma też swoje ujemne strony. Pomimo braku ograniczeń w badaniach, nauka na Limbo nie rozwijała się tak, jak by mogła. Przyczyn tego było wiele. Przede wszystkim – dekadencki, leniwy tryb życia i poglądy. Także i tu religia ograniczała naukę, tyle, że w nieco bardziej subtelny sposób. Mieszkańcy Limbo mieli swojego boga na wyciągnięcie ręki, który posiadał wszystkie potrzebne im odpowiedzi. Nie szukali zatem więcej. Byli też skupieni na sobie, system został zamknięty i nikogo nie obchodziło zbytnio co jest poza nim, jak powstał wszechświat i tym podobne. Tu byli oni, tu był Bóg Tyran, reszta była milczeniem. Byli zadowoleni z obecnego stanu, nie mieli motywacji, by sięgać dalej, chcieli przede wszystkim utrzymać status quo. Coś takiego, jak paulusowska „cnota poszukiwania” tutaj nie istniało. W związku z powyższym ich naukowcy skupiali się raczej na badaniach o ściśle praktycznych, doraźnych zastosowaniach. Najbardziej imponujące były ich osiągnięcia medyczne. Potrafili hodować klony, sterować różnicowaniem się tkanek i komórek, stymulować błyskawiczny rozwój organizmu. Stosowali szereg odpowiednio skomponowanych pożywek zawierających hormony, witaminy i czynniki wzrostowe w odpowiednich proporcjach. Przeprowadzali skomplikowane, zautomatyzowane, precyzyjne operacje przeszczepów. Potrafili przeszczepić ludzki mózg do maszyny. Kontrolowali procesy starzenia – również poprzez stosowanie odpowiedniego zestawu hormonów i czynników (z tymi danymi zapoznawałam się ze szczególną uwagą, pamiętając o upływającym czasie), które pobudzały komórki do ponownych podziałów i różnicowania się. Manipulowali też bez oporów własnym genomem. I to się niestety na nich zemściło. Okazało się bowiem, że choć zapłonienie naturalne zazwyczaj się udawało większość powstających embrionów (przenoszonych i hodowanych w sztucznych macicach) obumierała, najczęściej we wczesnych fazach rozwoju. Z tych, które przeżyły spory procent rodził się zdeformowany, bądź upośledzony – to właśnie kalekie dzieci Limbijczyków były przemienionymi pracującymi w fabrykach i plantacjach. Nie uznawano ich za ludzi. Zasugerowałam, że nowy materiał genetyczny ze Znanych Światów mógłby poprawić sytuację, na co odpowiedzieli, że dobrze jest, jak jest, bo nie mają problemów z przeludnieniem. 

Ostatecznie okazało się (o dziwo), że mieszkańcy Krańca są skłonni do rozważenia sojuszu. Chcieli się najpierw udać na Demeter i porozmawiać z tamtejszymi przedstawicielami Cesarstwa. Zdaje się Manuel przekonał ich, żeby dali nam chociaż klucze z Krańca na Demeter. 

Pożegnałam się wieć z moimi nowymi znajomymi po czym... wpadła mi do głowy myśl, że jeszcze obejrzę sobie przodka Trzech Pazurów. Bóg Tyran powiedział nam, że jeszcze przez jakiś czas będzie on egzystował na styku płaszczyzn a potem całkowicie przeniesie się w zaświaty. Po części byłam ciekawa, po części – chciałam okazać się lepsza od Trzech Pazurów, który nie raczył nawet podziękować, czy odwiedzać człowieka, który poświecił się zamiast niego. Poza tym żal mi było przodka uwięzionego już na zawsze w jednym miejscu, z krainą demonów za plecami. Chciałam w jakiś sposób okazać swoją troskę i wdzięczność a także pożegnać się. No i – gdyby się dało chciałam go wypytać trochę – o religię Patrzącego, Skeyów, przodków i o samego Trzy Pazury. Oczywiście, że prościej byłoby zapytać młodego Vuldroka, jednak z nim za żadne skarby rozmawiać nie chciałam. Poszłam zatem w miejsce, gdzie jeszcze nie tak dawno temu w powietrzu wisiała przezroczysta postać przodka. Tym razem już nic nie było widać, ale skupiłam się i posłałam myśl w miejsce, w którym powinien się znajdować. Po czym moja moc tradycyjnie już mnie zawiodła. Poczułam tylko przejmujący ból pleców rozorywanych przez pazury. Przerwałam połączenie i zaczęłam się zastanawiać, czy cos stamtąd nie przedostało się na mnie (zwłaszcza, ze pazury zdawały się drapać mnie nadal), albo czy czegoś nie zepsułam. No i musiałam powiedzieć o swoim zamiarze i niepowodzeniu. Manuel z Aleksiejem nawet mnie nie zrugali, choć miny mieli z gatunku „ale żeś narozrabiała – i żeby chociaż było po co...” Manuel sprawdził mnie, sprawdził szczelinę, stwierdził, że nie została naruszona i odlecieliśmy.

Przez większość drogi odsypiałam dni spędzone wśród witalitów, gdyż wtedy notorycznie niedosypiałam i korzystałam z somy. Regularnie też męczyło mnie wrażenie drapania – być może zarejestrowałam to, co czuł przodek Trzech Pazurów – jeśli tak to współczułam mu ogromnie. Trzy Pazury usiłował przeprogramować „jajo”. Poza tym wszyscy zastanawialiśmy się – co powiemy Xanom. 



Komentuj (3)


Link :: 27.06.2008 :: 10:59

II 5004

Wyprawa cz. 4

Drużyna Leilowa

by Leila

4. Powrót na Demeter


Oczywiście czekali na nas przy Wrotach. Manuel i Aleksiej natychmiast wydali rozkazy przegrupowania pozostawionej tam naszej floty. Wszyscy modliliśmy się, by Wrota nie restartowały się długo. Manuel twierdził, że nasza flota siłą ognia przewyższa Xanów, ale ja nie byłam już tego taka pewna. Poza tym, nie można było wykluczyć, że użyją telepatii na dużą skalę w celach ofensywnych, a wtedy to byłoby bardzo kiepsko. Bardzo powoli i zawile Aleksiej zaczął tłumaczyć, że Atlantki nie dopadliśmy wprawdzie, ale zniszczyliśmy jej lewiatana. Mieliśmy nadzieję, że to wystarczy. Nie wystarczyło. Zabrali nam „jajo” (szkoda, bo Trzy Pazury starał się nauczyć jego programowania i gdyby się to udało, urządzenie mogłoby posłużyć jako wielofunkcyjny klucz). Potem w naszych głowach rozbrzmiało gromkie „zawiedliście” po czym biały statek zaczął szykować się do ataku. Próby wznowienia rozmów, czy choćby rozproszenia ich uwagi spełzły na niczym, na szczęście byliśmy już gotowi do skoku. Zanim opuściliśmy Korwen, Xanowie oddali kilka strzałów, nie powodując wszakże większych szkód. 
Bałam się, że skoczą za nami, ale nie zrobili tego. Inna sprawa, że dwa tygodnie później mieli tędy lecieć Limbijczycy i fakt, iż mają spore szanse natknąć się na wściekłych Xanów nie napawał mnie optymizmem.

Znaleźliśmy się z powrotem w systemie Demeter. Tu niestety czekała nas niemiła niespodzianka. Kilku ważnych notabli zapadło na dziwną chorobę i powoli społeczeństwo zaczynało się burzyć. Polecieliśmy ku zamieszkałym planetom, jednocześnie zbierając wszystkie możliwe informacje o tym, co się tu działo pod naszą nieobecność. Niedługo później Manuel został dopuszczony do nieprzytomnego admirała Andermana Hawkwooda, który spał nieprzerwanie już od ładnych paru dni. Rytuał teurgiczny, odprawiony przez LiHalanina pozwolił mu się na chwilę ocknąć i zrelacjonować wydarzenia, jednak admirał nie pamiętał niczego podejrzanego. Badania wykazały, iż w jego organizmie nadprodukowane są neurotransmitery i homony odpowiedzialne za wprowadzanie organizmu w fazę snu głębokiego. Przyczyną owej nadprodukcji była nadekspresja niektórych enzymów uczestniczących w biosyntezie oraz deregulacja wybranych kaskad sygnałowych. Zostały one wywołane sztucznie poprzez wprowadzenie kilku transgenów z użyciem wektora retrowirusowego.

Podczas, gdy Manuel z Aleksiejem udali się na Atenę, porozmawiać z odpowiednimi ludźmi nasz zespół zajmował się opracowaniem jakiejś sensownej terapii. Niestety to, co zdołaliśmy wymyślić w te kilka dni było przede wszystkim rozwiązaniami doraźnymi, pozwalającymi zarażonym odzyskać przytomność na pewien czas. Żeby ich naprawdę wyleczyć potrzebna by była zaawansowana terapia genowa – rzecz możliwa do wykonania, lecz wymagająca sporych nakładów finansowych i czasu. Na szczęście swego czasu sporo interesowałam się paskudztwem, którym zarażono Azima (do transfekcji wykorzystano wtedy podobne wirusy) i mogłam pozostawić pewne wskazówki nim ponownie opuściliśmy Demeter. 

Należy tu także wspomnieć, że podczas wizyty Manuela i Aleksieja na powierzchni miał miejsce zamach na ich życie poprzez – jakże oryginalnie – próbę zestrzelenia skoczka, którym lecieli. Na szczęście udało im się wylądować i nawet znaleźć niedoszłego zamachowca, który niestety zdążył popełnić samobójstwo. Rozpoczęto śledztwo. Niemniej – zostawiliśmy wszystkie te sprawy nie załatwione, co mnie martwiło. Bardzo nie chciałam, by po powrocie z Goliata okazało się, że w międzyczasie wybuchła tu wojna albo Zakon przejął wpływy. Było to w dużej mierze egoistyczne, gdyż na ziemiach, które otrzymałam na Atenie zaczynałam powoli urządzać swój przyszły dom i – oby – bazę wypadową poza Znane Światy. Do tej pory niestety ilekroć zżyłam się z jakimś miejscem byłam zmuszona je opuścić. Z Ligheim wyjechałam, rozstawszy się ze Svenem i choć później parokrotnie tam wracałam, było to już dla mnie obce miejsce, gdyż nie spotkałam tam już moich starych przyjaciół. Wybrzeża Świtu sama się wyrzekłam, chcąc raz na zawsze uniezależnić się od brata. Później poleciałam na Criticorum i będąc gościem w pałacu, położonym malowniczo na wyspie, wśród przepięknych ogrodów miałam odwagę (a może czelność) marzyć, że miejsce to stanie się kiedyś także moim domem. Nie minęły dwa miesiące uciekałam z walącego się i płonącego pałacu pod rakietowym ostrzałem dokonywanym przez Rycerzy Poszukujących. Poza tym – bardzo dobrze czułam się na Keth-Kordeth, jednak tam nie miałam żadnych możliwości osiedlenia się „na swoim”. Ale, znowu uciekłam w dygresje, może zatem powrócę do wyprawy.

Uzupełniliśmy zapasy, dotarliśmy do Wrót i skoczyliśmy – tym razem już bez żadnych przeszkód. Trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy. 

5. Goliat

System wyglądał tak, jak nam go opisywano. W jego centrum znajdował się czerwony gigant, który pochłonął wewnętrzne planety. Jedyna „ocalała” planeta systemu była nieduża, skalista, niezamieszkana i znajdowała się niedaleko Wrót. To właśnie dookoła tej planety orbitowała słynna stacja. Gdy podlecieliśmy bliżej (mijając przy okazji inne statki i okręty lecące od stacji w stronę Wrót, gdyż ruch panował tu dosyć spory) mogliśmy przyjrzeć się jej dokładniej. 

Stacja miała bardzo nieregularny kształt – była w zlepkiem dobudowywanych modułów o różnym pochodzeniu i przeznaczeniu. Wiele z nich było po prostu na stałe przyłączonymi statkami. Wysłaliśmy uprzednio przygotowany komunikat sformułowany w kilkunastu językach, w których przedstawialiśmy się i pytaliśmy o prawa i opłaty obowiązujące na stacji. Odpowiedzieli nam – co nie dziwi językiem postdrugorepublikańskim. Zacumowaliśmy i wybraliśmy się na spacer po bazie.

Powitał nas droid, będący swego rodzaju „informacją turystyczną”. Zadawaliśmy mu pytania odnośnie historii bazy. Dowiedzieliśmy się, że została założona gdzieś, pod koniec II Republiki przez jedną z prywatnych uczelni. Jej głównym celem było zbieranie informacji astronomicznych – zwłaszcza śledzenie gazowego giganta (właśnie ze względu na niego stację założono w tym systemie). Gdy II Republika upadła stacja podupadła również, wiele zostało uszkodzone i wiele informacji utracono. Potem, w zasadzie nie wiadomo dokładnie kto to zrobił, stacja zaczęła pomału wracać do życia. Okoliczne systemy zaczęły wykorzystywać ją jako punkt spotkań i wymiany handlowej. Stosunkowo szybko stacja zaczęła znowu dobrze prosperować. Owszem, czasem co poniektórzy mieli zakusy, by przejąć nad nią kontrolę, nikomu się jednak nie udało. Najgroźniejszą akcję przeprowadziła Spartia – państwo obejmujące kilka systemów. Jeśli wierzyć zapiskom, pozostałe państwa wykorzystały wtedy jej atak jako pretekst, oraz to, iż większość swoich sił wysłała na Goliata, by zaatakować. Doprowadziło to do upadku Spartii.

Z innych rzeczy dowiedzieliśmy się, że nad stacją czuwa Naczelnik ale ostatnią instancją jest „Pani”. Za nic w świecie nie mogliśmy uzyskać odpowiedzi, kim Pani jest, wiadomo było wszakże, iż włada stacją od kilkuset lat. Osobiście zastanawiałam się, czy była to całkowicie sztuczna inteligencja, czy coś, co kiedyś było ludzkim umysłem, ale zostało włączone, bądź przeniesione do komputera. Z praw – cóż, nie atakować i nie zachowywać się agresywnie. 

Poznaliśmy te kursy walut i dowiedzieliśmy się, iż na stacji przebywa kilkadziesiąt różnych grup etnicznych, które przeważnie zajmowały wydzielone im sektory. Okazało się też, że zamieszkały tutaj „Koty”. Ich baza znajdowała się niegdyś na Demeter, ale po „odkryciu” systemu przez Cesarstwo koty przezornie ten system opuściły. Aleksiej, jak się okazało znał część z nich, więc wybraliśmy się w odwiedziny. Wybrałam się razem ze wszystkimi, gdyż byłam ciekawa. Miałam kiedyś okazję poznać jednego z nich na Demeter. Przyjęto nas bardzo życzliwie i wizytę u nich wspominam bardzo miło. Koty nie miały też nic przeciwko wymianie informacji, niemniej były to przede wszystkim rzeczy związane z kulturą a nie naukami ścisłymi. Umówiliśmy się także na spotkanie z Zarządcą a potem wybraliśmy na targ. Obejrzeliśmy stoiska z najróżniejszą bronią i Manuel kupił Trzem Pazurom włócznię (na razie uprawialiśmy handel wymienny, gdyż nie mieliśmy żadnej z uznawanych tutaj walut). Aleksiej miał przy sobie biżuterię, sporządzoną przez Severuskich złotników i udało mu się również korzystnie ją sprzedać.

Zanim zapomnę wymienię może systemy, sąsiadujące z Goliatem: Bezpośrednio „o skok” graniczyły z nim (poza Demeter oczywiście): Kirinyaga, Neo Shiba, Vo Skell, Nowa Aleksandria i Wu. Ponieważ przedstawiciele Kirinyagi, których spotkaliśmy w bazie należeli do rasy czarnej uznałam, że zapewne stanowią oni większość mieszkańców systemu. Jak się później dowiedzieliśmy mieszkańcy Kirinyagi dysponowali całkiem przyzwoicie rozwiniętą technologią, jednak kultywowali część starszych obyczajów (na przykład lubili urządzać polowania „sam na sam na groźnego zwierza” w celu dowiedzenia własnej męskości itp.). Neo Shiba była systemem rządzonym przez korporacje. Vo Skell zamieszkiwali głownie ukarowie i obuni. Z tego, co zdążyłam się dowiedzieć podczas mojego pobytu w bazie, znali się dość dobrze na okultyzmie, byli także cywilizacją uduchowioną i o ciekawej kulturze. Przez Wu prowadził szlak do Kalifatu Kurga, zaś przez Kirinyagę i kilka innych systemów do państwa Imperium D’Eloi, które nie utrzymywało kontaktów z sąsiadami. Było też kilka innych systemów – nie zamieszkanych, bądź zagadkowych, ale pozwolę sobie opisać je dokładniej przy innej okazji. 

Drugiego dnia pobytu w bazie spotkaliśmy się z Naczelnikiem. Okazało się, że aby uzyskać miejsce na stacji trzeba po prostu dobudować do niej fragment. W zależności od rozmiaru i wyposażenia fragmentu w zamian otrzymywało się określoną powierzchnię mieszkalną. Manuel z Aleksiejem poświęcili po jednej z mniejszych jednostek, by wynająć sobie miejsce na stacji i zdecydowali się urządzić tu ambasady. 

Po załatwieniu tej sprawy generalnie rozeszliśmy się po stacji. Pozwiedzaliśmy jeszcze kolejne hale targowe. Manuel długo i z nieledwie AlMalickim zacięciem targował się z pewnym Kurganinem. W końcu przehandlowali sobie przedmioty zbytku, oprócz tego Manuel wcisnął kupcowi zwitek feniksów (rozumiałam, że powiedziano nam na stacji, iż uznają tu feniksa, jeśli będzie on w obrocie, nie rozumiałam jednak dlaczego kupiec miałby tu wydać otrzymane pieniądze, ale cóż – ekonomia nigdy nie była moją mocną stroną)a ja otrzymałam belę wzorzystego materiału. Manuel wstępnie umówił się także, iż kurganin zawiezie do Kalifatu przygotowane przez niego listy. Zwiedzając dalej natrafiliśmy na „Przedstawicielstwo Znanych Światów” – okazuje się, że ktoś tu był przed nami. Znudzony pracownik powitał nas bardzo wylewnie (ktoś wreszcie zainteresował się jego stoiskiem). Ponieważ i tak kończył mu się kontrakt Manuel zaproponował mu pracę u niego, a ów człowiek odparł, że propozycję rozważy, choć trochę znudziło mu się już siedzenie na miejscu. Potem o ile mi wiadomo Leonid odwiedził lokalnych Amaltean (a raczej Amalteanki) zaś Trzy Pazury integrował się z mieszkańcami Kirinyagi. Ja wróciłam do pracy, gdyż ilość danych przywieziona z Korwen, oraz tych, które zdobyłam na Limbo była ogromna i zaledwie niewielką jej część zdołałam porządnie przejrzeć i usystematyzować.  

Manuel zdecydował się ustanowić tutaj biskupstwo i uczynił Leonida odpowiedzialnym za urządzenie tutaj „katedry”. Leonid podjął się zadania oraz zorganizowania spotkania ekumenicznego dla przedstawicieli różnych religii (tutaj może napomknę, że na Goliacie funkcjonowały chyba ze cztery kościoły głoszące nauki Zebulona, że nie wspomnę o religiach zupełnie innych i nie związanych z naszą). 

Muszę przyznać, że Leonid naprawdę przyłożył się do zadania i – jak nie spodziewałam się po nim niczego dobrego, tak tym razem pozytywnie mnie zaskoczył. Zamiast na siłę urządzać „kościelne” pomieszczenie wykorzystał to, iż kaplica znajduje się na byłym okręcie i wystylizował wnętrze na wnętrze kosmicznego pojazdu. Jako że patronem miał być Święty Paulus wszystko świetnie pasowało. Jedyny minus ujawnił się dopiero później – mianowicie niektórym gościom wykorzystana stylistyka kojarzyła się z sathrystami.

Spotkanie się zaczęło i wszystko przebiegało spokojnie, gdy nagle poczułam napływające do mnie zimno. Znałam je – ktoś w kaplicy miał przy sobie kamień cienia. Ostrzegłam pozostałych, po czym zaczęłam się wycofywać. Byłam daleko od ołtarza, wiec nie widziałam, co dokładnie się stało. Dość rzec, że Leonid po raz kolejny zwalił się nieprzytomny na ziemię a w powstałym zamieszaniu ktoś usiłował pchnąć Aleksieja nożem, przemyconym w odpowiednio spreparowanej księdze. Atak udaremnił Trzy Pazury kładąc zamachowca trupem. Manuel próbował jakoś uspokoić sytuację, zabrał gości do innego pomieszczenia a w tym czasie droidy uprzątnęły zwłoki i zarządziły śledztwo. Uprzątnęliśmy też nieprzytomnego Leonida. Tym razem było mi go naprawdę żal – przecież bardzo się nastarał, żeby to wszystko przygotować. Próbowałam obejrzeć sobie jego aurę – dostrzegłam snujące się tu i ówdzie czarne nici. Próbowałam to rozpraszać, ale wpływ kamienia był nadal mocny i o mało nie obudziłam swojego cienia. Niczego więcej już nie próbowałam – Leonida odesłano do medlabu. Trzy Pazury za zabicie nieznajomego został otrzymał nakaz opuszczenia stacji. Tłumaczenia o obronie własnej nie na wiele tutaj się zdały. Kamień Cienia był inny niż te, na które się do tej pory natykałam – mianowicie rozsypał się w pył i stracił swoją moc. Bynajmniej mnie to nie zmartwiło. Manuel nie wyglądał na specjalnie przejętego wydarzeniem – rozmawiał z przybyłymi i nawet został dłużej pogadać z kapłanami starourtyjskich bogów o imionach pochodzących najpewniej od atlanckich władców. Tak czy owak, ci tutaj nie mieli z Atlantami nic wspólnego. Potem było krótkie śledztwo. Okazało się, że w jednym z „niedalekich” systemów również władają Decadosi. Oni to właśnie wymordowali rodzinę zamachowca. Biedny ów człowiek chciał się zemścić. Żal mi się go zrobiło –w wyniku własnej pomyłki zginął na marne. A może miała to też być nauczka, jak bardzo zaślepić może pragnienie zemsty. 

Kolejnym pomysłem Manuela było okultystyczne rozejrzenie się po stacji. Szczególnie tożsamość Pani nie dawała mu spokoju. Polecieliśmy zatem – on – szukając najważniejszych strategicznie punktów , ja zaś systematycznie przeczesywałam sektor po sektorze. W jednym z nich natknęłam się na medytującego ukara, który mnie dostrzegł. Nie czekałam jednak na jego reakcję i szybko się wycofałam. Manuel znalazł wielkie pomieszczenie wypełnione podzespołami elektronicznymi. Użył też jakiegoś rytuału, dzięki któremu mogliśmy dokładniej poznać przeszłość tego miejsca. Zobaczyliśmy jak baza rozprawiła się z najeźdźcami – po prostu wpuściła ich do środka po czym – zabiła wszystkich gwałtownie zmieniając sztuczne pole grawitacyjne. Zobaczyliśmy też jak powstawała Pani. Miałam rację – była S.I. bazy.
Następne dni każdy załatwiał swoje sprawy. Manuel z Aleksiejem dogadali się z przedstawicielami Neo Shiby w sprawie kontraktu na budowę okrętów a potem rozmawiali z Kurganami. Trzy Pazury został odwiedzony przez jego nowych kolegów, co robił Leonid nie mam pojęcia. 

Ja sama stwierdziłam, że skoro baza została stworzona jako stacja badawcza to być może Pani ma właściwe podejście do wiedzy naukowej i zechce się nią podzielić. Przedstawiłam zatem propozycję wymiany informacji jednemu z Droidów. Odpowiedź była pozytywna, zaznaczono wszakże, iż Pani nie udostępni informacji naruszających prywatność mieszkańców. Wróciłam więc na Heweliusza i przygotowałam kryształy, Co udostępniłam – łatwiej chyba powiedzieć czego nie udostępniałam: map z wszelkich wizji oraz informacji wysnutych na podstawie wizji, bardzo szczegółowych danych o symbiontach, które mogłyby na przykład posłużyć do stworzenia broni, bardziej szczegółowych danych o vau, szczegółowych danych o Kosiarzach i ... chyba tyle. Przygotowałam też nie propagandowy ogólny opis Znanych Światów. W zamian zgrano mi to, co zostało z drugorepublikańskich danych, mnóstwo danych uzyskanych z obserwacji astronomicznych, nowsze dane medyczne, trochę danych etnograficznych i socjologicznych (n.p. o funkcjonowaniu małych grup społecznych). Pani wykorzystywała popularność Goliata, by prowadzić własne obserwacje na przybywających tutaj istotach inteligentnych. Właśnie siedziałam w osobnym pomieszczeniu podając i odbierając od droida kolejne kryształy, gdy Manuel skontaktował się ze mną i obwieścił mi , że za kilkanaście godzin wyruszamy. Nie byłam zachwycona, na szczęście kopiowanie zdążyliśmy wszystko przekopiować. 

Na odprawie stawiłam się punktualnie. Tutaj czekała mnie niespodzianka. Manuel oznajmił, że wraz z Aleksiejem udają się do Kalifatu negocjować, mnie zaś wraz z Leonidem i Trzema Pazurami wysyłają na Nublar. Jest to nie zajęty przez nikogo system, wciąż dość słabo zbadany. Jednym słowem – nie będziemy się tam nudzić. Potem – Manuel wręczył nam prezenty. 

W moich rękach wylądował... akt własności Jana Heweliusza. Z wrażenia aż mi mowę odjęło... Tak, są też pewne zalety awansu społecznego znajomych... Manuel zaś - były chwile, gdy – tak jak teraz, okazywał wielkoduszność i gest, na które mało kogo byłoby stać. Jednym z największych marzeń mojego życia było posiadanie stateczku... choćby malutkiego, ale bym mogła uniezależnić się i latać tam, gdzie zapragnę (drugim wielkim marzeniem było znalezienie przyzwoitego i inteligentnego faceta, o zainteresowaniach zbliżonych do moich którego bym naprawdę obchodziła, ale to już zupełnie inna historia). Trzymałam akt w rękach i nie wierzyłam, że to prawda. Oczywiście jakaś część mnie zaczęła się martwić na zapas. Nie był to jednak koniec prezentów. Trzy Pazury dostał dwa atlanckie miecze. Ha i mogłam mu udzielić przynajmniej kilku wskazówek, jak się ich używa. Leonid zaś... bateryjkę inhibitorów psi na każdy dzień miesiąca. Powiedziałam, iż to nie jest dobry pomysł, bo inhibitorami są psychotropy, które mają wiele skutków ubocznych. Manuel odparł, iż to moja decyzja, bo to ja będę dowodzić wyprawą na Nublar. 

Następnego dnia Manuel z Aleksiejem odlecieli zabierając część floty. Część zostawili na Goliacie a nam miał towarzyszyć niszczyciel w charakterze eskorty. Statek z Kirinyagi, który miał pootwierać nam Wrota w drodze na Nublar już na nas czekał. 




Komentuj (2)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń