Menu :


Link :: 03.07.2006 :: 18:00
3-10 novembris 5002

Kordeth cz 3

Sesja Wewnątrztygodniowa

BY MOEBIUS

Łoskot bębnów. Zawodzenie piszczałek. Prawie setka postaci wirujących wokół olbrzymiego ogniska. Bawmy się! Radujmy! Oto nowy quan, nowy wojownik naszego ludu! Cieszmy się…
Sprawca całego zamieszania siedzi przy jednym z mniejszych ogni. W samej przepasce, z torsem spływającym krwią. Zobojętniały na wszystko wokół, wpatruje się w płomienie, ściskając w dłoni dwa kawałki papieru…

* * *


Ja, Darius z rodu Hawkwood, syn Utara…

* * *


Na wyprawę wojenną wyruszamy jeszcze przed świtem (dziwnie brzmi to określenie w świecie, gdzie nie ma słońca czy gwiazd…). Askar bierze kolczugę, Pazur, jakiś pistolet. Ja idę jak stoję – przepaska, kraxi. Oprócz nas będzie jeszcze czterdziestu Ukarów. Wszyscy ubrani podobnie do mnie – resztę wyposażenia dźwiga gulth. Tuż przed wyruszeniem otrzymujemy błogosławieństwo Bliźniaków Wojny – zostajemy naznaczeni krwią z zabitego gekk’a. Askar z dziwną miną pociera miejsce ze swoją złotą łuską.
Jak się dowiadujemy, wioska, którą mamy napaść, znajduje się jakieś sześćdziesiąt kilometrów od miasta. Mamy tam dotrzeć za cztery godziny. No, to zapowiada się fajny bieg…

* * *


Kręte korytarze. Mrok. Kilkadziesiąt postaci bezgłośnie, bez jednego sapnięcia, sunie ku swemu przeznaczeniu – ku walce…

* * *


Na miejscu jesteśmy o czasie. Teraz daje o sobie znać błogosławieństwo – czujemy, jak siły nadwątlone długim biegiem wracają. Po kilku uderzeniach serca jesteśmy gotowi. Ukarzy ubierają lekkie pancerze, dobierają broń. Ruszamy.
Najpierw uprawy grzybów. Strażnicy padają pod ciosami noży. Jeńcy są ogłuszani i krępowani. Potem się nimi zajmiemy. Teraz wioska. Tu opór już większy. Około pięćdziesięciu wojowników. Strzelanina. Mają gdzieś ciężki karabin. Jeden z naszych biegnie do gultha i wraca z wyrzutnią rakiet…
Walka jest krótka i zażarta. Moc wypełnia powietrze. Jednak… oprócz szczęku kling i nielicznych wystrzałów nie słychać jęków mordowanych. Jesteśmy Ukarami, nie boimy się bólu.
Nagle jest po wszystkim. Tak po prostu. Obaj z Askarem patrzymy po sobie – cali jesteśmy zlani krwią przeciwników. To była dobra walka.
Jeszcze tylko dobić rannych i złożyć ofiarę Bliźniakom. Zostaje na nią wyznaczony młody wojownik. Idzie spokojnie – to honor umrzeć w ten sposób.
Przywódca informuje nas, że jeśli chcemy zdążyć na rozpoczęcie obrad ojów, musimy biec jeszcze raz. Dostajemy przewodnika i ruszamy do miasta.

* * *


Na miejscu wita nas „nieco” niezadowolona Varia. Cóż, może i nie prezentujemy się teraz najlepiej, ale szybka kąpiel w strumieniu raz-dwa powinna nas odmienić.
Teraz tylko przebrać się i na obrady. Ojowie już przybyli.
Zgromadzenie jest raczej luźne. Pojawili się przywódcy Konfederacji Klanów (teraz tak się nazywają renegaci) oraz jeden z ojów Klanów Podziemi – mówiący za wszystkie inne.
Według kolejnych raportów front szybko przesuwa się w kierunku stolicy. Opór stawiają jedynie twierdze hongi.
Po jakimś czasie przychodzi czas na wystąpienie Askara i Varii. Mówią o wojnie, o potrzebie współpracy, o… cholera. Dlaczego nikt nam nie powiedział, że Konfederacja JUŻ współpracuje z Archiwami? Bo tak było śmieszniej? Bo to było fajne, jak Nadakira nas, kulturalnie co prawda, ale – bluzgał? No rzeczywiście, bardzo zabawne. Boki zrywać.
Po obradach uczta. A na niej… młodzi wojownicy, którzy brali udział w grabieżczym wypadzie, oraz Askar i ja, zostajemy naznaczeni glifami. No, przyjacielu, kolejny zaszczytny tatuaż do kolekcji?
Teraz, skoro już wszystko tu załatwiliśmy, czas na drugą część naszej wyprawy. Ładujemy ekwipunek (oraz prezenty dla oja i mojego ojca) na gulthy i z trzema przewodnikami schodzimy do tuneli prowadzących do Podziemi. Za dwa dni powinniśmy dotrzeć do tuneli Miharshun.

* * *


Krajobraz Podziemi jest zupełnie inny. Korytarze są nierówne, pełne występów skalnych i zdradzieckich osypisk. Groźne. Ściany gdzieniegdzie pokryte są prawie nieczytelnymi ze starości grawerunkami. I bębny… Od drugiego dnia wędrówki towarzyszy nam dźwięk odległych bębnów sygnalizacyjnych.
Również tutaj wojna nie pozwala o sobie zapomnieć. Wyludniona osada, miejsce jakiejś potyczki, opuszczona kopalnia… Trupy, trupy… Porzucone, straszliwie okaleczone ciała…

* * *


W końcu docieramy do żlebu zajmowanego przez mój Klan. Wojownicy strzegący tuneli już zdążyli powiadomić kogo trzeba, więc teraz nie musimy długo czekać na przyjęcie. Po chwili przed innych wychodzi młody Ukar. Pamiętam go! To B’k’ree, syn oja! Witam go, prosząc jednocześnie o gościnę i spotkanie z wodzem. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy dowiadują się, że oto właśnie stoję przed przywódcą Klanu…
Dostajemy własną jaskinię, na pierwszym poziomie miasta. Każde kolejne piętro połączone jest z pozostałymi systemem drabin i mostów. „Parter” zajmują niewolnicy, reszta społeczności – wyższe jaskinie. Tłumaczę to wszystko przyjaciołom, a następnie przepraszam ich bardzo i wychodzę. Muszę załatwić jedną rzecz.
Wiele się tu zmieniło przez te lata. Sporo jaskiń jest opuszczonych, z kolei niewolników więcej niż kiedykolwiek przedtem. Wszystko to rejestruję kątem oka, śpiesząc do jednej z grot – siedziby mojego rodu.

* * *


Matka… wpatruje się we mnie swymi pięknymi, czarnymi oczyma. Siedzi po prawicy mojego młodszego brata – obecnej głowy rodziny. Jak się dowiaduję, ojciec zmarł niecały rok temu – na zarazę zesłaną przez ludzi. Podobnie, jak trzecia część Klanu. Mimo to jest dobrze, lepiej chyba niż kiedykolwiek. Klan przejął korytarze swego sąsiada, jedzenia i niewolników mamy w bród. Zajęliśmy kolejną wioskę. Pytam o inne dobre wiadomości. Inne? Otacza mnie dwanaścioro z nich – dzieci moich sióstr i bratanic. Rozwrzeszczana gromadka kilkuletnich demoniąt. Przyszłość Klanu.
Muszę jednak przerwać spotkanie. Trzeba iść oficjalnie przedstawić się ojowi. Poprosić go o pozwolenie na dopełnienie rytuału. Jako, że nie mam kobiety (Xadeer!), do ceremonii poprowadzi mnie jedna z sióstr.
Na zakończenie wizyty słyszę jeszcze od matki – Droga, którą wybrałeś… Twój ojciec zawsze był z ciebie dumny…

* * *


Audiencja u oja przebiega bez problemów. Towarzysze zostają zaakceptowani i wzięci pod oficjalną opiekę. Teraz już nic im nie grozi. Ze swojej strony ofiarowujemy podarunki – broń i lekarstwa. Wszystko to na pewno przyda się wojownikom.
Moja ceremonia wyznaczona zostaje na następny „wieczór”, do tego czasu możemy robić co tylko chcemy. Cóż, czas zatem najwyższy przedstawić przyjaciół rodzinie.
Na miejscu również wręczamy prezenty. Cholera, jestem spięty jak nigdy…

* * *


Noc rytuału…
Siostra pomaga mi się przygotować – układa włosy, ubiera w ceremonialny strój… w końcu, trzymając się za ręce – wychodzimy na plac ofiarny…
Huk bębnów i zawodzenie piszczałek ogłuszają… Współbracia zaczynają nucić pieśń – stary, poświęcony Bliźniakom hymn. Tej nocy zdobędą oni nowego wojownika.
Wychodzę na podwyższenie. Teraz wszyscy będą mogli zobaczyć, i wypróbować, moją determinację.
Pierwszy podchodzi B’k’ree. Patrząc głęboko w oczy sięga po kraxi i…
tnie…
kolejna osoba…
tnie…
kolejna…
tnie…
kolejna…
kolejna…
kolejna…
Nóż krąży wśród wojowników. W końcu trafia i do moich towarzyszy. Varia (tnie…), Jenny (tnie…), 49 (tnie…), Askar (tnie…)…
Bez jednego grymasu…
Koniec…
Znów podchodzi do mnie oj. Bez słowa zaczyna tatuować moją twarz, a następnie bierze w ramiona. Po nim kolejni. Moja krew jest teraz święta, przynosi powodzenie w walce. Oto mój podarunek dla ludu.
Rytuał zakończony. Teraz mogę usiąść (nareszcie!).
Ufff… Bałem się, że będzie gorzej. Że nie wytrzymam, że zbyt długo przebywałem wśród ludzi i Bliźniacy mnie nie przyjmą… Na szczęście niepotrzebnie. Dobrze jest siedzieć tak, śmiać się z przyjaciółmi, wsłuchiwać w śpiewy braci i sióstr.
W pewnym momencie podchodzi do mnie matka. Czymś… poruszona…
- Z ojcem postanowiliśmy dać ci to, kiedy zostaniesz wojownikiem. Znaleźliśmy je przy twoich rodzicach. Wiedz, że cokolwiek w nich znajdziesz, zawsze będziesz tu miał dom…
Dwa listy. Jeden zalakowany, drugi otwarty. Czytam…

* * *


Łoskot bębnów. Zawodzenie piszczałek. Prawie setka postaci wirujących wokół olbrzymiego ogniska. Bawmy się! Radujmy! Oto nowy quan, nowy wojownik naszego ludu! Cieszmy się…
Sprawca całego zamieszania siedzi przy jednym z mniejszych ogni. W samej przepasce, z torsem spływającym krwią. Zobojętniały na wszystko wokół, wpatruje się w płomienie, ściskając w dłoni dwa kawałki papieru…

* * *


Ja, Darius z rodu Hawkwood, syn Utara…

* * *


Przyjaciele… kiedy dowiadują się o treści listów, próbują mi pomóc. Żarty, luźna rozmowa… wszystko to jednak takie… nerwowe…
Askar i Varia chyba najmocniej zaskoczeni. Jenny i 49 przyjmują to dużo spokojniej. To od Amalteanki właśnie wychodzi pytanie – Co chcesz z tym zrobić?
Ja… Nic… Nic… Zostawimy to tak jak jest. Po prostu… poznałem imiona swoich rodziców…
Mam tylko jedną prośbę. Jutro pójdziemy tam – w miejsce, gdzie mnie znaleźli, dobrze?

* * *


Długie na dobre trzy kilometry osuwisko. Ściany popękane, pozbawione wszelkich ozdób, poza… prostym krzyżem Wrót wyrytym przy stercie kamieni. Więc to tutaj…
Nie za bardzo wiem co teraz robić, kiedy już tu dotarłem. Siadam po prostu pod ścianą i zaczynam modlitwę do przodków. W tym czasie towarzysze rozchodzą się po korytarzu. Szukają sygnetu, o którym była mowa w liście. Prawdę powiedziawszy – mogli by go nie znajdować, dla mnie to nie ma już znaczenia.
W pewnym momencie jednak podchodzi do mnie Askar. Na dłoni trzyma…
Prosty sygnet o oku z błękitnego diamentu. Na nim – wygrawerowany Lew, symbol Klanu Hawkwoodów.

* * *


Ja, Darius z rodu Hawkwood, syn Utara…

* * *


Decyzja zostaje podjęta – ukryjemy pierścień i listy. Proszę o pomoc Askara. Dzięki monomieczowi będzie możliwe wycięcie skrytki w skale. W ten sposób tylko my dwaj wiemy, gdzie w razie czego szukać… Dodatkowo Varia wszystkim nam nakłada blokady psychoniczne – nawet wnikliwe skanowanie nie ujawni tych informacji.
Po tym wszystkim mam ochotę jeszcze spędzić nieco czasu wśród Klanu. Przyjaciele przyjmują to ze zrozumieniem. W ten sposób siedzimy w Korytarzach prawie tydzień. Leniuchujemy, ćwiczymy… Eva szybko zaprzyjaźnia się z tutejszymi dziećmi.
Jednak…
W końcu trzeba wyruszać. Otrzymujemy zapewnienia o przyjaźni, że zawsze będziemy mogli tu wrócić. Askar z kolei obiecuje przesłanie transportu z żywnością, lekami i bronią.
Żegnam się i ja. Z ojem, z Klanbraćmi, z matką… większości z nich już nigdy więcej nie zobaczę…

* * *


Przybycie na Powierzchnię jest jak przylot do innego Układu. Wszystko jest… inne… bardziej nierealne…
Nic to, trzeba się zbierać. Wojna coraz bliżej, a do zrobienia mnóstwo. Niestety, nie możemy się pożegnać z Da’aną – właśnie wyruszyła na front. Szkoda, polubiłem „babcię”. Zdecydowanie zatarła fatalne wrażenie o Klanie Trak, jakie wyrobiłem sobie na podstawie Kyliana.
Uzgadniamy warunki transportu dla Miharshun, uzupełniamy zapasy i już w nocy Błogosławiony Allaw opuszcza podziemny hangar. Kierunek – B2.

* * *


Wirujący leniwie glob oddala się coraz szybciej. Teraz, gdyby nie instrumenty wzmacniające obraz, byłby nie do odróżnienia od widocznych na ekranie gwiazd.
Białoskóry człowiek siedzi samotnie w kokpicie. Krwistoczerwone oczy skrywają się za dwoma lustrzanymi owalami okularów.
Ja, Darius z rodu Hawkwood, syn Utara…
Dłonie zaciskają się na poręczy fotela, kłykcie bieleją… NIE!

* * *


Ja, Nor-Yian Moebius quan Miharshun, syn Drae’kk’a…

Komentuj (2)


Link :: 08.07.2006 :: 01:50
11-18 novembris 5002

Anubis cz 1

Sesja Wewnątrztygodniowa

BY MOEBIUS

Po kilku dniach lotu i odczekaniu w kolejce do Wrót, znów jesteśmy na Byzantium Secundus. Tym razem jednak nie lecimy na planetę. Błogosławiony Allaw zatrzymuje się w pewnej odległości od reszty statków i… czekamy…
W pewnym momencie Wrota rozbłyskają i pojawia się w nich olbrzymi kształt. I jeszcze jeden. I jeszcze… Lewiatany… Kilkanaście żywostatków zaczyna formować kordon. Wrota aktywują się raz jeszcze. To, co przez nie przelatuje jest… W życiu nie widziałem czegoś podobnego. Olbrzymia (ledwie mieści się we Wrotach!) piramida majestatycznie sunąca przez pustkę Kosmosu. Za nią – kolejne Lewiatany z obstawy.
Wszyscy obserwujemy to z mostka, ale chyba tylko Askar i Varia wiedzą w ogóle co tu się dzieje. Czyżby wojna? Ale… przecież nie było żadnych informacji…
Nagle powietrze w centrum pomieszczenia zaczyna drgać.
Po chwili staje wśród nas wysoka (wyższa od Askara nawet), zakapturzona postać. Biała skóra, twarz pokryta siatką błękitnych żył. Oczy… Jedno wężowe, o pionowej źrenicy. Drugie – czarne, nieruchome, jakby wykonane z obsydianu.
- Witaj, Lordzie Anubisie. (eee… co? że niby TO jest Anubis? no tak, jak zwykle nikt mnie o niczym nie informuje)
- Witaj, Lordzie Askarze. (lordzie? dobra, nie mam więcej pytań…) Zapraszam was na pokład mojego pałacu.
Hmm… No, to częściowo się przynajmniej wyjaśniło. Właśnie mamy okazje poznać tajemniczego kuzyna Setesha – jednego z przywódców Preadmitów. Ba, możemy odwiedzić jego latającą twierdzę. To ci dopiero gratka, jasny gwint…
Na miejscu (w „pałacu” znaczy) zostajemy powitani przez delegację kosiarzy. Oraz, rzecz jasna, samego Lorda. Krótka prezentacja (formułka, formułka) i możemy zajmować pokoje – później zjemy wspólny posiłek.
Ha, no w pewnym sensie kwatery przypominają mi niedawno opuszczony dom – też nie ma drzwi, wyposażenie jest szczątkowe… no dobra, po prawdzie nie ma w nich absolutnie nic. Nawet łóżek, o jakiejś szafie nie wspominając. A, właśnie, gdzie tu jest jakiś kibel? Bo wiecie, na Allawie nie było okazji a teraz…
Na szczęście Askar już tu kiedyś był. Okazuje się, że wszystkie potrzebne funkcje pokojów są ukryte i przywoływane głosem. No, nie powiem, ciekawe to. Wystarczy klasnąć i mamy łóżko. Albo prysznic. Hej, podoba mi się tu.
Rozlokowujmy się szybko. No ja akurat nie mam za dużo rzeczy. Wór podróżny ciepnąć do kąta i gotowe. Pora na prysznic. Jak to było? Klask, klask (koniecznie dwukrotne, w końcu umiem się zachować), stanowczy ton… No tak, stanie tuż pod strumieniem wody nie było najlepszym pomysłem. Nic to, i tak miałem robić pranie.
O, cześć Jenny! Co tu robisz? Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale wiesz… myję się akurat. A, z terminalu chcesz skorzystać? Nie będziesz patrzyć? No jak uważasz, mi za jedno.
Nareszcie – posiłek. Dobrze, bo już zgłodniałem. Okazuje się, że Anubis spodziewa się jeszcze gości – mianowicie Feniks (i Mazarin przy okazji) lecą tu na specjalne spotkanie. Będą za jakieś cztery dni. Do tego czasu mamy wolną rękę, możemy robić w zasadzie co się nam żywnie spodoba. No, to ja skorzystam z okazji i przetrzepie kilka kosiarskich tyłków. Ale ale… Nasz gospodarz ma jeszcze propozycję. Otóż może zacząć nas (znaczy – Varię, 49 i mnie) uczyć wykorzystywania Mocy w taki sposób, jak robili to Urowie. He he, no jasne, że chcemy!
Zatem – jutro po południu pierwsza lekcja.

* * *

No dobra, lekko się przeliczyłem. Kosiarze tutaj są daleko lepiej wyszkoleni niż ci, których spotykaliśmy do tej pory. Tak po prawdzie, to z Askarem dostajemy takie bęcki, że wstyd przyznać.
Potem szybki prysznic i do ogrodów. A co, jak pałac, to musowo z parkiem. Ten ma aż cztery. Każdy w innym stylu, z innymi roślinkami. Lila byłaby wniebowzięta.
Anubis jest dobrym nauczycielem. Najpierw tłumaczy, że wszystkie aspekty Mocy (ścieżki znaczy) tak naprawdę tylko przeszkadzają. Że to tylko wytwór naszych umysłów, które w ten sposób bronią się przed nienaturalną dla nich (ha, dobre sobie!) energią.
Przychodzi w końcu czas na ćwiczenia praktyczne. Dostajemy medaliony, które stopniowo mają uzupełniać nasz zapas Mocy i zadanie na wieczór – używać zdolności okultystycznych. Bawić się, ćwiczyć, cokolwiek. Musimy przyzwyczaić się do przepływu Mocy.
Każde z nas zabiera się za to inaczej.

49 znika w swoim pokoju. Po chwili zapada w głęboką medytację.

Varia bawi się z Ewą. Kolorowe klocki wirują, układając się w fantastyczne wzory, tylko po to, aby po chwili rozpaść się i złożyć ponownie – w jeszcze dziwniejsze konstrukcje.

Ja idę do sali treningowej i zapominam się w walce. Owszem, obrywam tak jak wcześniej, ale nie przeszkadza mi to. Moc… w życiu nie wydawałem jej w takich ilościach. Mogę sobie pozwolić na przyśpieszenie odruchów, zwiększenie szybkości i wytrzymałości organizmu. W pewnym momencie wszystkie myśli odpływają. Walczę jak w transie, nie myśląc o kolejnych ruchach. Pozwalam, aby instynkt kierował moim ciałem…
Całe życie robię to co muszę ale też kocham to co robię. Nikt, kto wcześniej nie doznał czegoś podobnego – nie zrozumie.

* * *

Kolejne dni przebiegają podobnie. Trening z wojownikami, wspólne posiłki i nauka u Anubisa.
Pokazuje nam specjalny basen. Leżąc w nim, jest się odciętym od wszystkich bodźców z zewnątrz. Mamy tam medytować – po zjedzeniu jakichś tabletek, które sprawią, że nie będziemy musieli oddychać.
To ćwiczenie ma nam pomóc zrozumieć kolejne ograniczenie – barierę (nałożoną przez nasze umysły zresztą), która odcina nas od nieskończonych pokładów Mocy.
Możemy leżeć tak, nie myśląc o niczym, rozpływać się, znikać… W końcu jest – lekko opalizująca ściana. Anubis ostrzegał, aby jej jeszcze nie dotykać. Jeszcze nie…

* * *

Po czterech dniach (tak szybko minęły!) przylatuje niewielki statek, a w nim…

Szpaler kosiarzy. Wszyscy ubrani w dziwne pancerze (pamiętam! taki sam miał na sobie Askar, kiedy robiliśmy rajd na wioskę podczas wizyty u Klanu Trak), pod bronią.
Ze statku wysypują się komandosi. Mundury, karabiny plazmowe. Ustawiają się w szyku, tworząc przejście dla… Feniksa.
Moi towarzysze klękają. Ja… ten jeden, jedyny raz… stoję prosto, lekko schylając głowę. Dobrze cię widzieć, Bracie… Już. Tyle. Znika Alexius, pojawia się Feniks. Ten, którego będę chronił za cenę własnego życia.
Za nim idzie Mazarin – wyjątkowo w mundurze Archiwów (zamiast codziennych łachmanów).
- Wasza Cesarska mość.
- Wasza Cesarska mość.
Obydwaj stoją naprzeciw siebie, mierząc się spojrzeniami. Trwa to tylko ułamek sekundy. Po czym…
- Zapraszam Waszą Cesarska mość na posiłek.

Obiad jest wystawny, przynajmniej na nasze standardy. Anubis przełyka ledwo kilka kęsów – z tego co wiem, nie potrzebuje jeść w ogóle.
Naszemu gospodarzowi towarzyszy jeszcze jedna osoba – Urka, sądząc z wyglądu i zachowania – młoda. Cóż, nastolatki niezależnie od pochodzenia są podobne – rozkapryszone, wredne… Jak mówiła mi babcia – nigdy jeszcze nie było takiej obfitości, coby rozum był przy młodości – zaprawdę mądra kobieta.
Varia, standardowo już, w towarzystwie Feniksa intensywnie zajmuje się tym, co ma na talerzu – sałatką.

Po posiłku Feniks i Anubis udają się na rozmowę. My zostajemy z Mazarinem, mamy okazję pogadać, zdać raporty. Córka gospodarza wyniośle (głupia koza) i w pięknych słowach informuje, że ma nas głęboko w czterech literach (no dobra, ujęła to inaczej, ale kto by się detalami przejmował) i wychodzi.

Spotkanie Cesarzy trwa kilka godzin. Szczęśliwie na stole zostało jeszcze dość jedzenia i napojów, więc długa nieobecność nie jest uciążliwa.
W końcu jednak obydwaj wychodzą. I jeden i drugi wygląda na zadowolonego. Podobno ustalili kilka rzeczy i Anubis, w zamian za jedną z planet, wspomoże nas flotą i kilkoma tysiącami kosiarzy.

Cóż, Feniks odlatuje. Niby miał spędzić tu noc, ale zbyt wiele spraw jest do załatwienia na B2. Cóż, bycie Cesarzem to w przeważającej części obowiązki. Strasznie to głupie, jeśli ktoś chciałby znać moje zdanie…

Komentuj (35)


Link :: 11.07.2006 :: 00:19
BRAK DAT

Wizje cz.2 - Kish

Sesja Drejkowa

BY LEILA

Kolejny dzień na Keth. Podczas śniadania wyczuwamy delikatną aktywność okultystyczną skierowaną na nas, jednak nie udaje się niczego namierzyć. Poza tym – nic ciekawego się nie dzieje. Jakaś potyczka symbiontów blisko granic ziem Alejandro. No, to chyba nic tu po mnie. Czas zająć się tym, co interesuje mnie najbardziej. Lecę do podziemnego miasta. Muszę koniecznie zobaczyć jak najwięcej! Na szczęście znajdują się ludzie, którzy chcą mi cokolwiek wyjaśniać. Szkoda, że prawie nic nie rozumiem, jeśli chodzi o technologię. Najbardziej niesamowite jest to, że wszystkie urządzenia Kościanogłowych są zasilane dziwem. Często nawet proste przedmioty są aktywne okultystycznie. Na przykład ta zabawka – figurka jakiegoś dziwnego zwierzaka – zmienia kolor w zależności od twoich emocji. Kiedy biorę ją w ręce i przelewam trochę mocy, zaczyna świecić na żółto. Ha – to teraz spróbujemy tak – przywołuję po kolei rozmaite wspomnienia. Azim... Tak, fioletowy to dobry kolor. No, a teraz koniec marnowania czasu na drobiazgi. Jest jeszcze tyle do obejrzenia...

Do Villacorvo wracam późną nocą. Teraz czas na zasłużony odpoczynek.

***

Błysk.

Piasek gnany wiatrem. Płyta lądowiska. Stoimy na nim we trójkę – ja, Alejandro i Aleksiej. Dookoła nas – skrzynie. Odlatujący skoczek. Alejandro sugeruje mi rzucić na niego dalekowidzenie – dostrzegam jedynie numer – najprawdopodobniej identyfikacyjny. Na samych skrzyniach widnieje jedynie nazwa jakiejś, nieznanej mi firmy. Rozglądamy się dookoła – niedaleko od nas dostrzegamy niskie zabudowania. Ktoś idzie stamtąd w naszą stronę. Młody mężczyzna. Aleksiej jest wyraźnie zadowolony, gdy dostrzega na piersi nieznajomego tatuaż z modliszką.
- Jestem Michaił Decados. Nie spodziewałem się, że ktoś przyleci.
Przedstawiamy się. Nie bardzo wiemy, co powiedzieć dalej i na chwilę zapada milczenie. Przerywa je Michaił.
- Chodźcie, możecie zająć jeden z wolnych baraków.

Wchodzimy, gdzie nam wskazano. Jej, co za wyposażenie. Klimatyzacja. Pełna lodówka. Przed owadami chronią specjalnie zaprojektowane pola energetyczne. Sam obóz na pewno nie jest wojskowy. Czyżby ekspedycja naukowa? Byłoby fantastycznie!

O – są także terminale. Uruchamiam. Loguję się. Panowie zaglądają mi przesz ramię. Ha, jest data – czasy Drugiej Republiki. Yeah! Jak się okazuje jesteśmy na Kish na ekspedycji archeologicznej zorganizowanej przez grupkę dzianych studentów z Uniwersytetu im. Johna Brown’a z Nowego Istambułu. Otwieram odpowiedni folder, w którym znajduję dane uczestników - tylko czterech studentów, reszta to obsługa techniczna. I wracam do dokumentacji wyprawy. Niewiele znaleziono – trochę figurek, resztki budowli. Zakładam konta Aleksiejowi i Alejandro, którzy siadają przy innych terminalach i zajmują się szperaniem po sieci. Więc tutaj mają system ogólnoplanetarny... To może mają jakieś bazy danych... encyklopedia... Są... Są! Aaaaach ja oszaleję... Tyle tego...

Panowie dawno już znudzili się nawet grami. Teraz siedzą, sącząc piwo, a Alejandro właśnie skończył montować fajkę wodną. O – mamy gości.
- Witam, witam... Leila jestem. Wybaczcie, że nie przyszłam się przywitać tuż po przylocie, ale koniecznie chciałam się zapoznać z dokumentacją, żeby być lepiej przygotowana...
Porozumiewawcze spojrzenia tamtych. No i dobrze.
To ja wracam do czytania, a wy się integrujcie... Teorie czasoprzestrzeni... Jak cudow... Nie, nie dopiłam jeszcze piwa, nie chcę następnego. Co do jasnej... Ukłucie. Alejandro! Ty! TY! TY...

Bardzo (autocenzura) śmieszne... Co on mi... Co z tego, że poszli sobie imprezować gdzie indziej, skoro w tym stanie to się już nie pouczę.

Poranek na kacu. Moja głowa... moja biedna głowa... Środki... jak to nie ma w apteczce... o nie, jak ja się powlokę teraz w poszukiwaniu... świt jest... i do tego taki wstyd... kto mi teraz uwierzy, że nie piłam... Chliiiiip!

Aleksiej budzi się – całkiem zdrowo wygląda zresztą... i wyciąga z kieszeni tak pożądane przeze mnie tabletki. Hmmm, ciekawe kiedy poczuję się lepiej. Ile się mogłam przez ten czas naczytać...

Miejsce wykopalisk to okolice wzgórza, na którym kiedyś stało miasto Urów. Siedzimy sobie w cieniu, roboty wykonują pracę za nas. Aleksiej i Alejandro sączą piwko. Rola „studentów” najwyraźniej przypadła im do gustu. Jedna ze studentek - LiHalanka programuje sondy sejsmiczne i uruchamia pomiar. Tu coś jest. Podłużny kształt. Lewiatan. Drugi. Trzeci. Czwarty. Udajemy, że nie bardzo mamy pojęcie, co to jest. LiHalanka wzywa ekipę budowlaną.

Czas wracać do obozów. Jest jeszcze jakiś wolny barak. To świetnie. To ja się przeprowadzam tam. I wracamy do lekturki.

***

Pukanie. Michaił. Nie, nie widziałam ich od przedpołudnia, kiedy z ekipą techniczną szli na wzgórze. W sumie jeszcze nie jest tak późno. Może po prostu coś ciekawego znaleźli i zabawili dłużej. Czemu komunikatory nie odpowiadają... Dziwne... Czyżby coś blokowało przekaz?

Wiadomość na komunikatorze.
„Leilo, mamy tutaj Kosiarza”
Brrrr... Niefajnie. Mimo wszystko w takich sytuacjach lepiej trzymać się razem. Odrywam się od terminala. O, są skutery. Świetnie. Kilka minut później jestem na miejscu.

Trupy ekipy technicznej... Część po prostu... wysuszona... inni wyglądają, jakby dostali z broni energetycznej. Pewnie vis. Komunikatory ktoś zniszczył. Szybko i szeptem wymieniamy się między sobą informacjami o Kosiarzach. Rapier Alejandro potrafi przecinać ich wzmacnianą skórę. Zatem mamy szanse. Co dalej? Próbuję namierzyć jedną z zaginionych – Sonię Decados. Jest... teraz „skok” do góry. Chodźmy.

Jej chłopaka znajdujemy po drodze. Z wyrwaną krtanią...

Tak, to ten budynek. Wchodzimy. Jest. Tyle że... Kosiarz musi być blisko...Wychodźmy stąd. Alejandro sięga po rapier, Aleksjej po pistolet a ja dostaję do tachania nieprzytomną Sonię.


Atakuje nas, kiedy wychodzimy z budynku. To kobieta. Wygląda dość mizernie - to dobrze, może nie dysponuje pełnią swoich możliwości. Unosi rękę. Co do... Sonia zaczyna mnie dusić... Próbuję rozproszyć moc... Aleksiej ogłusza Decadoskę. W międzyczasie Alejandro rzuca się w kierunku Drapieżniczki. Trafia, jednak niezbyt głęboko. Kolejny cios i rapier Alejandro „grzęźnie” w boku Urki. Ta chwyta hrabiego za rękę trzymającą broń. Błyskają kryształy wprawione w przedramię Atlantki. Aleksiej strzela. Urka odrzuca Alejandro na bok. Próbuję aktywować ramiona umysłu, by chwycić rękojeść wciąż sterczącego z jej ciała rapiera, ale nie udaje mi się to. Alejandro podrywa się z ziemi, przypada do przeciwniczki. Błysk dobywanego monosztyletu. Ręka Urki odpada. Kolejny cios, tym razem w szyję. Bezgłowe ciało Drapieżniczki z głuchym łomotem wali się na ziemię.

LiHalanka chce zaraz wzywać policję... Tylko, jeżeli tu przylecą, odnajdą lewiatany. Co zrobić... Aleksiej przekonuje ją, że najlepiej będzie zawiadomić ich rano. Siedzę w medlabie i czuwam nad Sonią. Jej ciało jest prawie nie uszkodzone – nie licząc drobnych stłuczeń i zadrapań... jednak umysł... nie wiem, jak poważne są spustoszenia wywołane ingerencją Drapieżniczki. Czy kiedykolwiek wyjdzie z katatonii?

Co robią teraz Aleksjej z Alejandro... a jeśli... dojdą do wniosku, że należy zlikwidować wszystkich świadków...

Na szczęście nie. Zamieszanie spowodowane pojawieniem się Urki sprzyja naszym planom. Udaje mi się zmienić zapisy sond sejsmicznych. Teraz trudniejsza część... Ostrożnie modyfikuję wspomnienia Michaiła i LiHalanki. U stóp wzgórza nie znaleziono niczego ciekawego...

Poranek Przyjeżdżają gliny. Przesłuchują nas wszystkich. Zabierają ciała. Spieszą się, ponieważ nadchodzi kolejna piaskowa burza.

Coraz silniejszy wiatr. Uderzające w ściany baraku ziarna piasku.

Błysk...

Komentuj (0)


Link :: 16.07.2006 :: 17:16
27 septembris - 22 decembris 5002

Rozdzielone Drogi cz 4

Sesja Wewnątrztygodniowa - Jaxa

BY MANUEL

Spora sala wykładowa. Wśród kilkudziesięciu alumnów, odzianych w bure habity, powoli przechadza się preceptor. Beznamiętnym, monotonnym głosem prowadzi wykład.
- Dobry rycerz Kalinthi nie cofa się przed niczym. Aby szerzyć dobro – jakkolwiek to nie zabrzmi – gotów jest znieść wszystko. Jest dzielny, odważny, ale także skromny i nie pragnie wywyższenia… Oktawian! Nie śpij!

***
A więc wreszcie jest okazja. Wreszcie mogę zrobić coś sam, na własne konto, nie patrząc się na nikogo. Ja. Wreszcie zaczną się liczyć. Moje. Wreszcie zaczną się bać. Moja. Wreszcie poznają moc… Wszechstwórcy. Mój. I jego maleńkiego sługi. Ja. Ach, jakże będzie wspaniale. Jak cudownie.
Porwę Marszałka Kadyksu i przywiozę go w klatce Fajsalowi i Fatimie. Ha!

***
Wykład trwa. Alumni z zapałem notują każde słowo preceptora.
- Kalinthi podczas śledztwa jest skupiony, ale otwarty na wszystkie możliwości. Działa według planu – jest świadom jego konstrukcji. Jest przygotowany. Nie da się go zaskoczyć. To on zaskakuje przeciwnika…

***
Antyradar… jest. Inhibitory… zapakowane. Granaty… są. Narkotyki…wzięte. Waz… obecny. Pesticidy… gotowe do boju. Dokumenty… przygotowane. O czymś zapomniałem? Chyba jest wszystko…

***
Kalinthi jest mistrzem kamuflażu – kontynuuje wykładowca. Przeciwnik nigdy nie może się domyślać, jaka jest prawdziwa profesja śledczego, który stara się na niego zasadzić. Przewoźnik, dostarczający pizzę do domu, tynkarz, naprawiający elewację domu, nawet staruszka, którą trzeba przeprowadzić przez ulicę – każda z tych osób może okazać się agentem Kalinthi. Zachęcam państwa do własnych pomysłów…

***
Operacja plastyczna. Wystąpienie przeciwko prawu boskiemu – niszczenie Jego wizerunku – ma tu jednak poważne uzasadnienie. Do tego dokumenty… kawaler Daniel Huntington Gesar, poseł Jego Wysokości arcyksięcia Gerarda do Jej Wysokości wielkiej księżnej Salandry. Brzmi nieźle.

***
Kalinthi jest czujny. Opanowany i spokojny, ale gotów do błyskawicznych reakcji. Uważnie obserwuje otoczenie. Analizuje i zapamiętuje – mówi wykładowca. – Nie wie bowiem, czy zdobyta wiedza przypadkiem mu się nie przyda…

***
Demony nadały tego wachmana. No, ale trudno żeby mnie puścili samopas po całym układzie. Ale rzućmy okiem… słodka Mayu! 14 lewiatanów przy wrotach… pancerniki...republikany? No, pięknie…



***
Kalinthi jest odważny. Nawet w obliczu śmierci. Pamiętajcie – mówi wykładowca. Właśnie w momencie zagrożenia wasz umysł musi być otwarty i wyzwolony. Inaczej… koniec z wami.

***
Witaj, Ekscelencjo arcybiskupie Ungavoroks – nigdy nie sądziłem, że te słowa wywołają u mnie taki strach. Cóż się dziwić… szefowa Ochrany, Lukrecja Decados, jest osobą która robi wrażenie. Więc wiedzą o mnie wszystko. Ale… w jaki sposób do cholery? Aha… no pięknie…

***
- Oktawian! Powtórz co powiedziałem! – woła preceptor. Krótko ostrzyżony akolita przestaje rozmawiać z siedzącym obok towarzyszem i unosi głowę. Na jego twarzy maluje się bezbrzeżne zaskoczenie pomieszane ze strachem.
- O… obronie… okultystycznej…. – szepce jego pleców barczysty młodzian, ani chybi brat wojenny.
- Eee… no więc… że należy zadbać o obronę okultystyczną… i że.. eee – jąka wywołany. Preceptor zbliża się powoli, po czym bierze szeroki zamach. Akolita stoi nieruchomo…

Cios szpicrutą ma to do siebie, że nie uszkadza kości ani chrząstek. Szeroki pas skóry na końcu palcatu pozwala jednak zadać bardzo bolesne – choć nieszkodliwe – obrażenia skóry. Tak jest i teraz – akolita trzymając się za twarz zwija się na podłodze obok pulpitu.

- Niech będzie to dla was przykładem i nauczką – mówi głośno preceptor. – Każde, podkreślam – każde słowo tego wykładu będzie mieć w przyszłości konkretne zastosowanie. Wykorzystajcie to… inaczej skończycie jak ten tu… - wskazuje ruchem głowy akolitę.

***
No to żeśmy… zaszaleli… Bez dłoni, bez Teurgii, przetrzymywany w pałacu Salandry Decados. I z Lukrecją Decados nad głową.
Pierdol się suko! Zaraz zerwę te kajdany i was pozabijam! Albo lepiej… torment malis… cholera… znów nie wyszło…

***
Pamiętajcie – musicie być odważni. Wasze serca nie mogą znać strachu. Nawet jeżeli demon przyjdzie do was w ciele osoby, którą kochacie. Uwolnijcie swój umysł i postępujcie wedle kodeksu… Wielkiej jednak trzeba odwagi aby zaatakować coś, co wygląda jak matka, bliski przyjaciel czy ukochana…

***
A więc stało się. Mój demon się objawił. Wygląda jak Varia, mówi jak Varia. Ale Varia to nie jest.
O, jest i Askar. Moebius… Wasyl… jakiś gość podobny do Wasyla… no, pięknie, pięknie, co jeszcze?
Dobra. Dziękuję za gościnę, ale czas mi zmykać. Nowy rytuał powinien zadziałać…
HAHAHA! I kto wygrał? Żegnam miłą panią… co jest?! Nie! Przestań! PRZESTAŃ!
Cholera. I znów jestem w dupie.
Chcesz mi wejść do głowy? Próbuj. Co, nie da się? Hehehe… ej…co się dzieje...?


***
Bao, stolica Ikony. Zaplecze jednego z klubów nocnych. Ze śmietnika wygrzebuje się, ubrany w łachmany, Manuel. Patrzy na siebie, na okolicę, wreszcie na kikut lewej ręki. Na jego twarzy pojawia się przerażenie. Upada na kolana, zadziera głowę i ryczy. Gdyby za rogiem stali jacyś Kalinthi, mogliby uznać że to demon.

Szósty Qulippoth, co najmniej.

***
NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!

Komentuj (5)


Link :: 19.07.2006 :: 12:41
19-21 novembris 5002

Anubis cz 2

Sesja Wewnątrztygodniowa

BY MOEBIUS

Pokój. Taki sam jak tysiące w pałacu. Proste pomieszczenie bez drzwi, bez umeblowania. Naga postać unosząca się w powietrzu. Śpi… Nie, oczy ma otwarte. Szeroko otwarte, krwistoczerwone oczy bez źrenic.

za szybcy. za silni. mam chronić Feniksa, ale… ograniczenia… ograniczenia ciała… nie do przekroczenia… kosiarze… nigdy ich nie pokonam… co nie ma ograniczeń? nienawiść. ból. gniew. strach… nikogo nie kocham… już nie… już nie chcę… nie znam szczęścia… już nie… nie nienawidzę… już nie… znam ból… od urodzenia… znam gniew… od zawsze… strach… umarli nie odczuwają strachu… będę bólem… gniewem… strachem… wiem już, co zrobić…

Delikatnie osuwa się na ziemię. Bezszelestnie wychodzi na korytarz. Kieruje się do…

Ciemne pomieszczenie. Na środku basen wypełniony nieruchomą wodą. W skrytce w ścianie tabletki. Bierze jedną z nich i bez jednego plusku zanurza w toni…

sam… cisza… otworzyć się… rozluźnić ciało… oczyścić umysł…

Ciecz automatycznie dostosowuje się do temperatury ciała. Myśli powoli cichną, uspokajają się… Odsuwają w cień nieświadomości… Prawie…

gniew…

Xadeer. Jej piękne ciało leżące na podłodze. Złamane. Zniszczone. Piękno absolutne - teraz znikło, zastąpione zimną śmiercią. Niegdyś silne ręce - nienaturalnie wykręcone. Jedwabiste włosy - rozrzucone w nieładzie…

gniew…

Śmiejąca się Nikita. Wie, że jest bezkarna. Wie, że może kpić. Że jest poza wszelkim zasięgiem…

ból…

Wyjący Al-Malik. Oszalały z bólu i przerażenia. Strzęp człowieka wiszący na wbitych w sufit hakach. Gryźć! Rozrywać! Na strzępy! Czuć! Mroczna magia łączy katowanego i oprawcę. Drapieżnika i ofiarę. Gryzący jest gryziony. Rozrywający - rozszarpywany. Na strzępy. Na drgające konwulsyjnie, skrwawione fragmenty.
Ostateczny akt zjednoczenia - wspólną śmierć, obaj przyjmują z ulgą…
Ale po pewnym czasie (czym jest wieczność?) jeden z nich podnosi się. W oczach, zamiast obecnego jeszcze przed chwilą obłędu jest… pustka… umarli nie znają uczuć…

ból…

Demon. Istota z Pustki. Sięga do umysłu, nie zwracając najmniejszej uwagi na mentalne zabezpieczenia. Przez ułamek sekundy myśli dwóch istot splatają się. Ból, gniew, smutek, żal, nienawiść… I coś więcej… Coś, co zniszczyło by każdą inną świadomość… Ale nie świadomość martwej istoty… Zło tak ogromne, że nie do objęcia przez umysł śmiertelnika…

wtedy cię zamknąłem… uwięziłem… w sobie… teraz cię wykorzystam…

Ciałem wstrząsa konwulsja. Kolejna. Kolejna. Kolejna. Koniec…

granica… ta sama, która odgradza od Mocy… znów tu jest… tym razem… tym razem nie ma tu mnie… jest ból… strach… gniew… one… one są granicą…



ja… ja jestem nimi… jestem granicą… mnie nie ma… granicy…

Kropla. Spadająca nie wiadomo skąd. Uderzająca w taflę. Pojawiają się dźwięk, ruch… Światło…
Naga postać stojąca naprzeciw ściany utkanej ze światła. Wyciąga rękę. Początkowo z wahaniem, ale w miarę trwania ruchu - coraz śmielej. Dłoń zatrzymuje się o kilka cali od niematerialnej bariery, która… pęka…
Pojawiają się rysy, które następnie bezgłośnie eksplodują feerią barw…
Kiedy ostatnie błyski gasną nie ma granicy i… nie ma postaci…







Nor-Yian…



Xadeer? zabiłem Cię kiedyś… pamiętasz… ja… chcę iść do Ciebie… teraz mogę…



Nor-Yian…



Feniks…


jeszcze nie teraz…
jeszcze jest trochę do zrobienia…
później…








Cienka warstewka lodu pokrywająca basen pęka. Z wody wyłania się blada, wytatuowana postać o krwistoczerwonych, pustych oczach… Teraz jest gotowa…

* * *


Krew w ustach… Zrobiłem to… Ale… Ale coś jest nie tak… Dlaczego tu leżę? Nie mogę się ruszyć. Jenny, Varia… Siedzą przy mnie. Co ja zrobiłem? Gdzie jestem?
Eksplozja bólu!
Na demony! Wystarczy! Co się dzieje?

* * *


Anubis nie chce kontynuować mojej nauki. Askar nie odzywa się ani słowem. Nie rozumieją, nie chcą zrozumieć… Tylko Varia… siostrzyczka…
Dobrze, poczekam. Tak, jak prosisz. Poczekam do wojny. I wtedy zdecyduję. A teraz ucz mnie. Wszystkiego, co sama umiesz. Książki Anubisa, Twoja wiedza… Obejdę swoje ograniczenia w ten czy inny sposób. Mam… mamy na to czas do rozpoczęcia wojny. I, przysięgam na Bogów i Demony, zrobię to, albo zginę…

Komentuj (5)


Link :: 20.07.2006 :: 01:52
21 novembris - 21 decembris 5002

Apostolowie Nowego Porządku

Sesja Wewnątrztygodniowa

BY MOEBIUS

Spędzamy u Anubisa jeszcze kilka dni. Varia i 49 ćwiczą, Jenny siedzi godzinami w medlabie i rozmawia z kosiarskim lekarzem, Askar trenuje i dąsa się na mnie.
W końcu jednak decydujemy się opuścić pałac Ura – Varia chce lecieć na Pentateuch, porozmawiać z przywódczyniami Lux Splendor.

* * *


W drodze mam okazję jeszcze pogadać z Varią. Askar cały czas się na mnie boczy. Uważa, że naraziłem wszystkich na niebezpieczeństwo. Cóż, przynajmniej nie próbuje się na mnie rzucać z Pazurem – to już coś.

* * *


W końcu lądujemy. Siedziba LS jest ukryta gdzieś za miastem – Varia i Askar wiedzą gdzie. Bierzemy skoczek i w drogę.
Po dłuższym locie trafiamy na pustynię. Zatrzymujemy się pośród wydm i zaczynamy marsz. Gorąco… Dlaczego wszystkie te tajne i półtajne organizacje muszą mieć swoje główne kwatery na takich zadupiach? Czy nie można by, tak dla odmiany, zamelinować się w jakimś większym mieście niedaleko dzielnicy Karnawału?
Dobra dobra, już nie zrzędzę. Już jestem cichutko… Ale i tak uważam…

* * *


No i co dalej, proszę wycieczki? Docieramy do jakiegoś pola siłowego. A, moment, Varia coś tam czaruje i… droga wolna. To jednak nie koniec zabezpieczeń. Po chwili trafiamy na litą skałę, w której, po kolejnej identyfikacji, pojawiają się drzwi. Ej, fajne…
Korytarz. Tu przynajmniej jest chłodniej. Śluza, potem druga i… no całkiem nieźle się urządzili… Kamienna poczekalnia, kamienna lada, na niej niewielki terminal (wyjątkowo z innego tworzywa). Za ladą Rycerz Bractwa Wojny. Och, ach, cudownie. Prawie nie widać tej broni podwieszonej pod sufitem.
Mamy przejść do innej części kompleksu i tam zaczekać na widzenie.
Początkowo prowadzą nas wykutymi w skale korytarzami. W pewnym momencie jednak pojawiają się dywany i obicia ścian – jesteśmy w części reprezentacyjnej.
Trafiamy do niewielkiego pokoju. Stoły, jakieś krzesła. Pod ścianą automaty z napojami i batonikami. Hej, są nawet batony Setesh – z gorzką czekoladą. Oczywiście made in LS. Robimy z Ewą zawody, kto zje więcej. Tak, jasne Varia, oczywiście, że umyjemy potem ząbki.
W końcu jesteśmy proszeni na rozmowę. Przechodząc możemy się przyjrzeć trenującym kapłanom Bractwa. No ładnie, ładnie… Już kilkukrotnie widziałem ich toporny styl walki. Niby kanciaste to i powolne, ale nie chciał bym mimo wszystko oberwać od takiego byczka.
Pokój jest skromny. Kilka mebli, terminal. Mówi głównie Varia. Sens jest w sumie prosty – LS daje dupy a Archiwum dyma je jak chce. No, w sumie racja… Nasza droga złośnica chce coś z tym zrobić, przywrócić LS należne miejsce na arenie. Ej, zaraz. Ja bym akurat wolał, żeby Archiwum… albo nieważne. Nie odzywam się. Zresztą, cała ta sprawa wydaje się bardziej beznadziejna niż próby nauczenia Obuna normalnej poezji. Lux Splendor jest rządzone przez bandę stetryczałych konserwatystek, które ani myślą o wprowadzeniu jakichkolwiek zmian. Dzięki temu agentki LS są trenowane w sposób najlepszy w Znanych Światach… tyle, że dwieście lat temu. Innymi słowy – rzeczywiście najlepiej by było, gdyby wspomagały Archiwa a same nie wychylały się za bardzo.
Nasza rozmówczyni rozumie to wszystko, ale nie może nic zrobić. Daje nam jednak cynk na pewien klasztor leżący na drugiej półkuli. Tam mamy odnaleźć jakąś siostrę i pogadać z nią – ona może pomóc.
No to co, drodzy państwo – komu w d… temu c…?
Komu w drogę temu czas, kuźwa! Varia, nie patrz tak na mnie! Przecież nie deprawuję Ewy, no nie? Ruszajmy już!

* * *


Ziuuu… I już. Tyle dobrze, że się w skoczku kimnąć chwilę można. Tu klimat jest inny. W zasadzie, to zaczęło mi być zimno. I mokro chyba też… Oj, coś czuję, że przy pierwszej okazji znajdę sobie jakąś miłą dziewkę i przez tydzień nie wylezę z łóżka. Podobno świetnie to robi na reumatyzm…
Klasztor jest mały, skromny iii… tak, dokładnie! Zadupiasty! Na szczęście szybko trafiamy do cieplutkiej kuchni pełnej młodych i niebrzydkich dziewcząt. Oho, zajęcia z kucharstwa. Ciekawe, co takiego gotują? Czyżby rosół? Już, już chcę spróbować (to przez te batoniki – strasznie słodkie były), kiedy obrywam wielgachną warzechą! Au, bolało!
Stoi nade mną wysoooka (no dobra, wcale nie tak bardzo, ale i tak wyższa ode mnie) siostrzyczka w łygą w garści i morderstwem w oku. No hola hola, ja tu tylko tego… organoletpy… organoleptycznie sprawdzam jakość nauk, no nie? Ej, za grosz zrozumienia. Co gorsza okazuje się po chwili, że to właśnie z ową kuchenną wojowniczką mamy się spotkać…
Idziemy do jednego z pokoików. Tam siostrzyczka przejeżdża dłonią po twarzy i… eee… kto to jest? Dlaczego wszyscy klękacie? No ja wiem, panienka niebrzydka, choć średnio wolę hinduski. Al-Maliczki są lepsze, jeśli mam być szczery…
Oż, kuźwa na patyku… Nieźle się trzyma jak na swój wiek…
Miło poznać, sporo o Tobie czytałem… między innymi w Twojej Ewangelii, wiesz?
Amaltea, no niech mnie Grakl połknie…
Varia przedstawia problem, Apostoł (Apostołka? To się odmienia w ogóle?) słucha w milczeniu… Po czym każe nam wracać do siedziby. Poleci z nami i pogada z Radą.
Świetnie, to skoro już mamy to załatwione, to może obejrzysz moją rękę? Przed chwilą w kuchni ktoś mi chyba złamał palca, wiesz? Co? Okłady robić? No dobra, dzięki za radę.

* * *


Znów pustynia… Po chłodzie jaskiń i klimatyzacji Anubisa jakoś się odzwyczaiłem od wysokich temperatur. Amaltea, znów zakamuflowana, rozmawia z nasza znajoma z LS. No, to my drogie panie już zostawimy samym sobie, obowiązki wobec Cesarstwa nas wzywają, gadu gadu… A teraz jak najszybciej do jakiegoś normalnego miasta!
Tuż przed odlotem spotykamy jeszcze Amalteę. Chwilę rozmawiamy, życzy nam szczęścia…
Ruszamy!

* * *


Już w drodze do wrót czas na moją niespodziankę. Nooo, bo wiecie… W zeszłym roku nie było okazji – Mrok, te sprawy… Ale właśnie jakoś w tym okresie przypadają moje urodziny. Zrobiłem trochę zakupów, mesa przygotowana. Zatem – bawmy się!
A na Istakhr czeka nas Lux Splendor i prezent w postaci Paula Kropotkin…

Komentuj (0)


Link :: 20.07.2006 :: 15:44
21-26 decembris 5002

Lux Splendor

Sesja Wewnątrztygodniowa

BY MOEBIUS

Kiedy dolatujemy do Istakhr, Varia prosi mnie na krótką rozmowę. Skontaktował się z nią… były mąż (że co? kurde, nigdy nie mówiłaś) i chce się spotkać. No więc, czy nie mógł bym polecieć z nią… bo to nigdy nie wiadomo czy nie pułapka jakaś, poza tym – w kupie raźniej, nie?
Na miejscu… zresztą, nieważne. Rozmowa przebiega mniej więcej tak, jak się tego spodziewałem. Na szczęście młody Decados nie wykonuje gwałtownych ruchów, nie próbuje nas zatrzymywać…
Varia cały czas zachowuje spokój (jak na swoje standardy oczywiście), dopiero w skoczku, kiedy wracamy…

* * *


Rudowłosa kobieta, kuląca się na kolanach czerwonookiego mężczyzny. Blada dłoń delikatnie gładzi ciało wstrząsane szlochem.
- Ćśśś… cichutko… ćśśś… wszystko jest już dobrze… cichutko… siostrzyczko…

* * *


Na lądowisku pałacu Askara Varia stwierdza, że chce być sama. Dzwoni po taksówkę i po chwili odlatuje – nie mówiąc ani gdzie będzie, ani kiedym zamiar wrócić. Cóż, jej sprawa. Mam tylko nadzieję, że nie zrobi czegoś głupiego…
No, nieistotne. Czas najwyższy zamelinować się w pałacu. Mimo gorąca panującego na zewnątrz (grudzień jest! grudzień do cholery!) w środku jest całkiem przyjemnie.
Wszędzie widać przygotowania do święta. Krzątanina, ostatnie poprawki w wystroju… Daje się wyczuć to nerwowe oczekiwanie na święto – w końcu najważniejsze dla wyznawców Wszechstwórcy. W zasadzie ten nastrój udziela się również i nam – ostatecznie tylko dwa dni dzielą nas od przylotu Ewangelistów a wraz z nimi – Niszczyciela Światów.
Żeby przestać o tym myśleć organizujemy wycieczkę do miasta na zakupy. W końcu trzeba kupić prezenty i takie tam… no, rozerwać się…

* * *


Targ jest olbrzymi… Podzielony co prawda na kilka tematycznych części, ale i tak dla człowieka bez doświadczenia, znalezienie tam konkretnych rzeczy graniczy z cudem. Lecimy ja, Askar, Jenny i Ewa. Bardzo szybko się rozdzielamy – Jenny zatrzymuje się przy stoisku ze starymi książkami, zaś my z Askarem i Ewą udajemy się do jednej z knajpek. Cóż, jesteśmy facetami, nam na zrobienie zakupów, dzięki ścisłemu planowaniu, wystarczy pół godziny.
Do skoczka wracamy obładowani pudłami, tobołkami i Wszechstwórca jeden wie, czym jeszcze.

* * *


W pałacu jesteśmy dopiero pod wieczór. Rozpoczynają się obchody Dies Lammentum. Cóż, pierwszy raz w życiu biorę udział w czymś takim. Przyznaję, nie spodziewałem się podobnej głębi w ludzkim kulcie. Klimat mszy, słowa, które padają… Początkowo stoję tylko w wejściu do kaplicy i słucham, ale z każdym kolejnym czytaniem Ewangelii, z każdym kolejnym komentarzem do niej, z każdą gasnącą świecą czy pochodnią… Nie wiem nawet, kiedy ląduję na kolanach.
- Wybaczcie…

* * *


Następnego dnia – ot, niespodzianka! Ląduje taksówka a z niej tarabanią się wyszczerzone… Varia i Fatami! No patrzcie państwo, kto odwiedza nasze skromne progi! Witamy, witamy, rozgośćcie się… Eee, racja Askar, w sumie to ty jesteś gospodarzem.
Po południu idziemy z Fatimą na spacer nad rzekę. To znaczy, pierwotnie miała to być przejażdżka konna, ale po tym, jak jeden z ogierów Askara prawie odgryzł mi rękę (Ewa! Zostaw tego konika! Jenny, podaj mi apteczkę…), wolę sobie pochodzić. Bezpieczniejsze to i do ziemi bliżej. A blizna na pół ręki… cóż, kolejna do kolekcji…
No tak… spacer kończy się wiadomym efektem – wszyscy (Askar i Varia bardzo szybko do nas dołączyli) jesteśmy totalnie przemoczeni a Ewunia nie może przestać się śmiać. Głupawka udziela się wszystkim oprócz ochroniarza Fatimy. Inna sprawa, że nasze kobiety z wodorostami we włosach wyglądają przeuroczo i kto wie, do czego by dojść mogło, gdyby nie cerber… Ej, ja żartuję tylko! Żartuję! Ewa! Co robisz z tą wodą? Varia, powstrzymaj córkę! Dziewczyny, to żarty tylko!

* * *


No i mamy Lux Splendor… Kolejne czytania, tym razem o nadziei… Rozpalany jest nowy ogień, od niego – kolejne pochodnie. Radośc, wspólny posiłek. Askar nakłada kolejne dania swojej służbie. Nawet mi, jak by nie było – innowiercy, udziela się ten podniosły nastrój. Ech, pięknie jest żyć…

* * *


W końcu nadchodzi dzień 25 grudnia roku 5002. Wszyscy siedzimy jak na kraxi. Godziny wloką się niemiłosiernie…
Nagle nadchodzi komunikat z wieży kontroli lotów – jakiś skoczek prosi o pozwolenie na lądowanie. Ha, to na pewno oni!
Na płytę lądowiska wychodzą Askar i Varia, my mamy siedzieć w pałacu i nie robić niczego głupiego. Ewangeliści… no tak, jasne że nie będą ot tak się ujawniać, ale wyobrażałem ich sobie nieco inaczej. Mogli by być przynajmniej wyżsi…
Nie to jest jednak najważniejsze. To, co istotne, jest właśnie wyładowywane ze skoczka. Podłużna, przytwierdzona do grawiwózka… komora hibernacyjna. Jeszcze tylko pokwitowanie od Jenny (niech szefowa podpisze tutaj… i tutaj… no, to wesołych świąt) i… stajemy się szczęśliwymi posiadaczami nowiutkiego Niszczyciela Światów z zerowym przebiegiem.
No dobra, tylko… co dalej?
Na pewno trzeba przygotować mu jakieś wygodne lokum. Ot, pokoik – cztery ściany obite pianką (coby sobie krzywdy nie zrobił), jedno małe okienko. Ma lepiej niż u Anny. Samego chłopaka też trzeba jakoś zabezpieczyć. Rzeczywiście, jest zarówno Teurgiem jak i Psychonikiem. Nie za silnym co prawda, ale jednak – naści obróżkę z inhibitorem.
A teraz… wybudzenie…
Postanawiamy z nim porozmawiać. Jenny, jako matka, wchodzi pierwsza. Wszystko obserwujemy na monitorach, gotowi w razie czego wkroczyć z odsieczą (ale tylko kiedy Jenny tego zażąda, nie wcześniej).

* * *


No to tak… Nie jestem do końca przekonany, czy wszystko zrobiliśmy jak należy. Rezultat rozmowy wstępnej wypada chyba na naszą niekorzyść – Jenny ma wybitą z barku rękę i kilka siniaków, ja prawie połamałem sobie palce i oberwałem w… eee… klejnoty… Cholera, gdyby Varia nie osłoniła gnojka, kiedy próbowałem mu oddać, wszystko by wyglądało inaczej. No dobra, może i podobnie, ale miał bym przynajmniej satysfakcję…
Ej, ludziska… zostawcie mnie z nim na parę godzin i wyłączcie kamery, ok? Gwarantuję, że będzie potulny jak owieczka. Albo wyślijmy go Mazarinowi – po tygodniu będzie kochał Feniksa całym sercem, a po miesiącu, ho ho! Do Jenny będzie mówił „pani matko” i całował w dłoń na powitanie. A, i będzie mu z tym dobrze. Co, nie chcecie? Phfr…
W takim razie – dalej się męczymy. Prosta zasada – albo on, albo my. Znaczy się – albo on się złamie, albo my złamiemy jego. Hehe, nie takie rzeczy robiło się za młodu…

* * *


Dzień w dzień, godzina po godzinie… ciężko jest usunąć tak silną indoktrynację. Często jest to dla pacjenta bolesne. Może… gdyby nie wojna i wymuszony nią pośpiech, wszystko wyglądało by inaczej. Jednak my nie mamy czasu na łagodne metody, potrzebujemy Niszczyciela jak najszybciej. W najgorszym zaś wypadku… nie możemy dopuścić, aby z powrotem wpadł w ręce Zakonu.
Askar, Varia, Jenny… oni nie będą go w stanie zabić. Potrzeba będzie kogoś, kto się nie zawaha…
Jest jeszcze jedno wyjście – operacyjne usunięcie zdolności władania Mocą i tym samym zrobienie z Paula mniej więcej normalnego chłopaka. Ciężkie, ale da się zrobić. Tyle, że na to potrzeba specjalnych warunków i czasu. Co, jeśli go nie będzie…
A tymczasem zbliża się Nowy Rok…

Komentuj (0)


Link :: 20.07.2006 :: 20:06
26 decembris 5002 - 8 januaris 5003

…i skończona bajka…

Sesja Wewnątrztygodniowa

BY MANUEL

Tylko śpij i aż spij
A mnie prowadź tam
Tam gdzie jesteś
Chcę być tam gdzie ty…

***

Miały być święta… miał być Nowy Rok… miało być miło, przyjaźnie… Chciałem im opowiedzieć o Świętej Ziemi, o Ikonie, o tym, jak wiele się zmieniło… ja, świat… niestety… Już w momencie powitania wyczuli mój dystans. Varia… tak, nie doceniłem jej. Przejrzała mnie od razu…

***

W niebie – czemu nie?
W piekle, aż na dnie
Będę wszędzie, wszędzie będę
Czy to ważne gdzie to będzie?

***

Miała być sylwestrowa noc… mieliśmy obdarować się prezentami… Pankreatorze… za co?
Veritas i Aequitas… moje dwie pesticidy… czternastomilimetrowy kaliber… prosto w brzuch… Varia… wstań… co się… ona nie żyje… to ja strzeliłem…
Ostrze Pazura zmierza do mojej twarzy. Ciekawe… nie czuję strachu, winy, żalu czy złości.

Tak powinno być. Śmierć za śmierć.

Świat znika…

***

Więc przytul się i śpij
Tylko czas nie chodzi spać
Bo ma czas – jest twardy
O tak, jak głaz

***

A więc jednak to nie koniec. Znów mnie schwytali. Znów mnie mają. Znów torturują. Malignatius, Ikona, Kadyks… koszmary z przeszłości wracają. Mają twarz Moebiusa (czemu mnie to nie dziwi!?), Fatimy (nie!), Askara, Jenny… A może to jednak oni?

Oszaleję.

Wypuścicie mnie stąd! Dlaczego mnie w tym trzymacie?! Przecież wiecie, że nigdy bym was nie skrzywdził! Ani jej! Przecież ja ją…

***

A to tylko ty
A to tylko ja
Ty maleństwo niepojęte
Boże, życie bywa piękne...

***

Ewa.

Kołysanka.

Mój umysł za chwilę rozleci się na kawałki.

…i skończona bajka…

Nie, szaleniec to nie ten, co stracił rozum. Szaleniec to ten co stracił wszystko poza rozumem…

***

Jutro zbudzisz dzień
Jutro ja- twój cień
Będę wszędzie, wszędzie będę
Nawet gdy mnie juz nie będzie...

***

Askar. Mój przyjaciel. Pojawiłem się w jego uporządkowanym świecie i zniszczyłem go. Rozbiłem, rozerwałem na strzępy.
Wybacz, Askarze… ja nie mogłem tak dalej… chciałem zrobić coś dla siebie, na własne konto. Nie wciągając w to nikogo. Wielkość była o krok.

Nigdy mi nie uwierzysz.

Nigdy mi nie wybaczysz.

Bo i ja bym ci tego nie wybaczył.

***

Tylko śpij i aż śpij
Wniebowzięty chór
Wszystkich świętych
Patrzy na nas w dół

***

Fatimo.

Pamiętasz swoją ostatnią spowiedź?

Odwrócenie ról… nie może być… zbyt gwałtowne…

***
A to tylko ty
A to tylko ja
Ty maleństwo niepojęte
Boże, życie bywa piękne...

***

Mój syn. Uciekinier z Pajęczyny. Ma oczy matki (niech ją piekło pochłonie!), ale to Trinidad. W przyszłości będzie…

Boże.

Nie będzie przyszłości. Nie wychowam go… nie będę obserwować jak dorasta…

Wybacz mi, Ludwiku. Życie zna rachunki, których nie można płacić wekslem.

Zresztą twój ojciec i tak dostał życie na kredyt.

Żegnaj. Musisz poradzić sobie sam.

***

Tylko śpij i aż spij
A mnie prowadź tam
Tam gdzie jesteś
Chcę być tam gdzie ty…

***

A więc ktoś musi się poświęcić. Oddać swą duszę. Natychmiast. Konsekwencje zwłoki mogą być straszne. Będą. Są.

Jestem Oktawian. Jestem Kalinthi. Wziąłem to brzemię, wiedząc, że pewnego dnia zginę w walce z Ciemnością.

To, że nikt mi nie powiedział, że ta Ciemność pochodzić może ode mnie, nie ma najmniejszego znaczenia.

Jedna dusza za cenę milionów?

***

W niebie – czemu nie?
W piekle, aż na dnie
Będę wszędzie, wszędzie będę
Czy to ważne gdzie to będzie?

***

Pożegnanie. Jak każde ostatnie pożegnanie – sztywne, przykre i sztuczne. Powoli tracę świadomość. Chciałbym usiąść… tak bardzo chciałbym usiąść…
Nieobecny duchem Askar… zaciśnięte usta Jenny… Moebius i Fatima…

i Ludwik.

Życie zaczyna przelatywać mi przed oczami.

Mój syn.

Mój syn nie będzie darmozjadem – wydziedziczam Cię!

A więc to koniec.

Hai gunzo!

Nie wypomina się uratowanego życia.

Giri!

Przeszłości nie ma… Tylko głupiec nie zna strachu, pamiętasz Oktawio?

Kazanie na placu. Wieczny Płomień światłością życia…

In nomie Pancreatoris!

Powierzyliśmy Aidę antynomiście.

Zapalisz, kuzynie?

My Rycerze Poszukujący zajmiemy się tym najlepiej.

Ojciec? A może brat? Kuzyn?

Jedno berło ci wystarczy.

Tylko ty możesz uratować Cesarza.

Jerycho.

Habemus archiepiscopus!

Dziękuję, Manuelu…

25 sierpnia… wspomnienie św. Ludwika.

Ale dlaczego?

Jeszcze tu podpis... i tutaj.

Proszę proszę, kogoż tu przywiało?

Zawsze będzie od ciebie lepszy!

Zabiłem ją.

Zbrodnia nie jest zbrodnią jeśli nie jest ukarana.

Żadnych marzeń, Manuelu.

DOŚĆ.

***

Już przytul się i śpij
Czekolady pełna noc
Gwiazdy jak cukierki
Ech...czas je zdjąć.

***

Dla Ciebie, Vario… dla Ciebie, Oktawio…dla Ciebie, Ludwiku… dla Ciebie… dla Ciebie… Askarze…

Żegnajcie, Znane Światy.

Ecce ego vobiscum sum omnibus diebus usque ad consummationem saeculi!!!

***

… nawet gdy mnie już …

DODATKI:

Świat według Moebiusa
Komentuj (2)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń