Menu :


Link :: 04.07.2008 :: 13:26

II 5004

Wyprawa cz. 5

Drużyna Leilowa

by Leila

6. Przygotowania


Niedługo po odprawie Manuel z Aleksiejem odlecieli razem z kurgańskimi statkami kupieckimi, my natomiast mieliśmy poczekać jeszcze kilkanaście godzin, na statek z Kirinyagi, który miał być naszym przewodnikiem. Ponieważ nie było powodu do pośpiechu miałam czas na przemyślenia i przygotowania. Jak to miałam w zwyczaju zaczęłam się zamartwiać. Ponieważ do tej pory często traciłam to, co było dla mnie cenne, odkąd otrzymałam Jana Heweliusza bałam się, żeby i jego nie stracić. Martwił mnie także cień Leonida. No tak, przecież nie wspominałam o tym wcześniej. Po tym, jak Leonid stracił przytomność w wyniku działania kamienia cienia, przez pewien czas pozostawał nieprzytomny, a gdy się ocknął... Cóż – już wcześniej wiedziałam, że jest nie tylko teurgiem, ale i psionikiem. Tylko, że jego moce psychoniczne były zablokowane. Mój cień szczególnie ulubił sobie opowiadanie mi o tym, jak to Leonid cierpi, ponieważ został pozbawiony przez Kościół swojej mocy, ograniczony i spętany. Wygłaszał mi także kwestie, iż tylko ja jestem w stanie zrozumieć Leonida, oraz, że to właśnie z powodu ograniczenia psychoniki Leonid jest... powiedzmy, że nie w pełni wykorzystuje swoje możliwości umysłowe. Niespecjalnie się tym przejmowałam. Raz – patrząc na neoficką gorliwość Leonida (spod której co prawda od czasu do czasu wyzierały bynajmniej nieamalteańskie ciągoty, pozwalające wnioskować, iż Leonid w przeszłości był po pierwsze pilotem, a po drugie – chyba zajmował się dosyć szemranymi sprawami, być może nawet zaczynał swoją kościelną karierę podobnie jak święty Petrocholus) skłaniałam się raczej ku stwierdzeniu, iż wiara była jego własnym wyborem (jeśli zaś była wynikiem prania mózgu, to musiałabym być o wiele lepszą psioniczką, by coś z tym zrobić). Poza tym był szczęśliwy i spełniony jako kapłan, zatem przywracanie go do stanu poprzedniego mogło mu raczej zaszkodzić. Po drugie – naprawdę jedną z ostatnich rzeczy na świecie, której pragnęłam, było zrozumienie Leonida. I wreszcie po trzecie – kwestię, jakoby po odblokowaniu psioniki Leonid miał stać się rozsądniejszy uznałam za przejaw nadmiernego optymizmu, ba – nawet wiary w cuda. W każdym razie – kamień cienia odblokował najwyraźniej cień Leonida, który okazał się bardzo potężny. Leonid wyjaśnił, iż Amalteanie „uśpili” jego cień rytuałem ale wiązało się to także z blokadą mocy. Teraz miał moc z powrotem i cień na karku. Wiedziałam, że z potężnym cieniem nie ma żartów, nie raz, nie dwa widziałam do czego są zdolne, a i mój własny nie ułatwiał mi życia. Pomyślałam więc, że warto przynajmniej spróbować coś z tym zrobić, nim wyruszymy. Poprosiłam droida, by wylistował mi grupy mieszkające w bazie, wśród których są okultyści. Nietrudno zgadnąć, że na górze listy znaleźli się VoSkelczycy. Porozmawiałam z Leonidem, wyjaśniając mu, że inhibitory nie są najlepszym rozwiązaniem. Jak już mówiłam – niezdrowe, a poza tym one blokują psionikę, ale nie wydaje mi się, żeby przeciwdziałały temu, by cień mówił do ciebie, czy oszukiwał twoje zmysły. Za to otępiają umysł. Leonid zgodził się spróbować. 

Wybraliśmy się zatem najpierw do tutejszych Amalteanek i poprosiliśmy o widzenie z Matką Przełożoną. Kazano nam zaczekać. Cóż... Leonid w międzyczasie wypalił jakieś zioło, z siedzącym u Amalteanek dziadkiem, który wskazywał nas oboje, uśmiechał się i żywo gestykulując przemawiał w nieznanym mi języku, z miną, którą interpretowałam jako „gratuluję ci dziewczyny, chłopie” (wrrrr). Gdy Matka Przełożona przyszła, Leonid był już lekko pod wpływem. Ech... Na szczęście rozmowa poszła nam bez wpadek, choć także bez efektów, gdyż Amelteanki niewiele wiedziały o psychonikach i cieniach a już na pewno nie znały żadnego rytuału. Nie pozostało nam zatem nic innego, jak udać się do sektora należącego do mieszkańców Vo Skell. Poszliśmy zatem a ja przekonywałam Leonida, by zanadto się nie odzywał i modliłam się gorąco, by raczył zastosować się do moich uwag. Miałam też nadzieję, że ukar, któremu zakłóciłam medytację, gdy przeczesywałam bazę na eksterio nie rozpozna mnie, w razie spotkania. 

Przeszliśmy przez stację, trafiając do korytarza, będącego niejako „przedsionkiem” do sektora VoSkelczyków. Stały tam dziwne zbroje wspomagane – były wysokie i bardzo chude tak, że do środka nie zmieściłby się dorosły ukar. Korytarz ze zbrojami prowadził do śluzy, za którą znajdowała się większa hala, która stanowiła cos w rodzaju odpowiednika rynku. Grupa ukarów i obunów zauważyła nas i podeszła. Przywitaliśmy się a potem jeden z nich – niemłody już obun o dość jasnej cerze, zapytał nas, po co przyszliśmy. Zatem odpowiedziałam. Żałośnie to brzmiało w moim wykonaniu, dyplomatką nigdy nie byłam a tutaj było mi podwójnie głupio, bo w zasadzie przyszliśmy po prośbie. Nie wiedzieliśmy nawet jak oni traktują cień i co zechcą w zamian, jeśli potrafiliby coś z nim zrobić. Zaczęłam więc, że przybywamy z połączonych wspólną władzą kilkudziesięciu systemów zwanych Znanymi Światami, i bardzo chcielibyśmy spotkać się z kapłanem, czy kimś w tym rodzaju. Że tam, skąd pochodzimy z mocy nie można korzystać swobodnie i wiedza o niej jest ograniczona. Że cierpimy z powodu skutków ubocznych jej używania, które nazywamy cieniem i czy oni nie mogliby nam jakoś pomóc. Oraz, że posiadam różne informacje, którymi chętnie się podzielę a poza tym to niewiele więcej. Wszechstwórcy niech będą dzięki, Leonid nawet rzadko się wtrącał. Obun wysłuchał cierpliwie mojej pełnej powtórzeń paplaniny, po czym odpowiedział, że owszem, na jego planecie korzystanie z mocy jest powszechne, że rozumie, o co mi chodzi z cieniem, ale – cień powstaje w wyniku nieprzystosowania do korzystania z mocy oraz wewnętrznych konfliktów. U nich, gdzie psychonika jest czymś naturalnym, cień bywa problemem bardzo rzadko. Tutaj potrzeba by było gruntownej zmiany poglądów, podejścia do mocy... Terapia? Nie znają nas, więc nie mają pojęcia, czy by zadziałała, ale jest możliwa tyle że trwałaby kilka miesięcy. Jednak – dodał, mogą też spróbować odprawić pewien rytuał, który może cień osłabić. Potrzebowaliby do tego 16 godzin na przygotowanie i ponad doby na odprawienie. Nie wiedzą też, jak ów rytuał zadziała, bo do tej pory nie testowali go na ludziach. Warunkiem powodzenia jest przynajmniej miesięczne powstrzymanie się od używania mocy. Jeśli „abstynencja” zostanie złamana rytuał przestanie działać i mogą pojawić się skutki uboczne, jakie – też nie ma pojęcia. 

Teoretycznie mieliśmy niebawem odlatywać, ale po skontaktowaniu się ze statkiem z Kirinyagi dowiedziałam się, że mogą na nas poczekać tyle, ile będzie trzeba. Uznałam, że jedna doba nie byłaby strasznym obsunięciem, jeśli oni naprawdę mogli coś zrobić z cieniem Leonida. Zapytałam oczywiście Amalteanina, co o tym sądzi, gdyż sprawa była ryzykowna. Chciałam, by sam zdecydował. Zgodził się na rytuał. Próbował też mnie nakłonić, ale odmówiłam. Z jednej strony czułam, że to trochę nie w porządku, gdyż jego w to pakuję a sama się wzdragam, stwierdziłam jednak, iż lepiej, żeby na pokładzie pozostał ktoś obdarzony psychoniką. Zależało mi zwłaszcza na eksterioryzacji, która pozwalała na szybkie dokonywanie rozpoznania. Poza tym, byłam dowódcą misji i gdyby „skutki uboczne” mnie dotknęły w jej trakcie, mogłoby być nieciekawie. Potem, już po rytuale, pomyślałam sobie też, że przecież oddałam Leonida w ich ręce... zaufałam w tak poważnej sprawie zupełnie obcym, nic o nich nie wiedząc (fakt, że jakoś „polubiłam” ich od pierwszego wejrzenia był wybitnie nienaukowy). Było to postępowanie lekkomyślne, przecież zamiast rytuału leczącego mogli zrobić z nim coś innego (choć przyznam, że np. Leonid zaprogramowany, by działał na naszą szkodę i Leonid z cieniem byli równie groźni). A co, jeśli rytuał mu zaszkodzi – i nawet nie dowiemy się, czy to skutek uboczny, czy efekt celowego działania. Przecież lojalnie nas ostrzegali. I jeszcze – trudno mi było uwierzyć, że Leonid wytrzyma bez używania mocy... a jeśli tak, to czy nie marnowałam niepotrzebnie cudzego czasu i energii? Tak, czy owak uznałam, że spróbować warto. 

Zgodziliśmy się zatem. Zostawiłam Leonida z VoSkelczykami, wyraziłam jednak na stronie szczere powątpiewanie, czy Amalteanin zastosuje się do ich wskazówek. Obun chyba trochę źle mnie zrozumiał (choć, gdy się głębiej zastanowić...), w każdym razie chęć pomocy Leonidowi uznał za dobrą rzecz. Wracając korytarzami bazy zastanawiałam się tylko, co Leonid im nagada przez te godziny, kiedy będą przygotowywać rytuał. Wróciwszy na Heweliusza przygotowałam pokaźny pakiet wiadomości o Znanych Światach, gdyż mieszkańcy Vo Skell wyrazili zainteresowanie naszym państwem oraz kulturą, a ja chciałam im się jakoś odwdzięczyć. Moi współpracownicy pomagali mi w tym, ale przeglądałam cały przygotowany przez nich materiał i wykreślałam zeń propagandę. Wrzuciłam im także tłumaczenie „Pokłosia” Ven Lohji, która to księga jest najbardziej, moim zdaniem, filozoficznym i dążącym do transcendencji dziełem napisanym przez apostołów, poza tym zawiera także dziedzictwo obuńskiej myśli. Napisałam też im co nieco o Wojnie w Niebie – przede wszystkim, co wiedziałam o „rasie opiekuńczej” obunów i ukarów, zaznaczając, że to dane z naszych źródeł i ujmując to jako interpretację znalezisk (bałam się, że przypadkowo mogę obrazić ich uczucia). Przygotowawszy to wszystko zaniosłam kryształy pamięci VoSkelczykom. Wysłałam też prośbę do naszego statku-przewodnika, by dostarczyli nam przynajmniej ogólne informacje o systemie Nublar. 

Niedługo później przyszliśmy po Leonida – był bardzo słaby i czuł się fatalnie (choć trzeba przyznać, że starał się trzymać), ale w jego aurze faktycznie widać było zmiany, które wskazywały na rozpoczęty proces „okultystycznego” leczenia a i Trzy Pazury demona żadnego nie wypatrzył. Podziękowawszy VoSkelczykom wyruszyliśmy w dalszą drogę. 

Trzy Pazury poleciał wcześniej korwetą, gdyż chciał coś jeszcze sprawdzić. Skoczyli gdzieś i wrócili. Być może miało to związek, z tym, co udało się Trzem Pazurom wyciągnąć z „jaja”. Zapomniałam wspomnieć o tym wcześniej, ale przebywając na Demeter udaliśmy się jeszcze raz do Lorda Tetu. Trzy Pazury poprosił go, by spróbował pomóc mu poradzić sobie z informacjami, które miał w głowie i Thot się zgodził. Być może barbarzyńcy udało się odzyskać jakieś komendy czy fragmenty programu.

Vuldrok „przesiadł się” na niszczyciel przy Wrotach. Poleciłam obserwować Leonida. Amalteanin chciał poczytać sobie książki psychologiczne, najlepiej drugorepublikańskie. W bazie danych stacji były i takie materiały, zatem mu je przesłałam, zakładając, że im więcej będzie miał zajęć na tym mniej głupich pomysłów zdąży wpaść. Skoczyliśmy – najpierw na Kirinyagę (całkiem pokaźne mieli „umocnienia” przy Wrotach) a potem na Nublar. Nasi przewodnicy obiecali, że wrócą po nas za miesiąc. Pożegnaliśmy się zatem z nimi i ruszyliśmy w głąb systemu. 

7. Nublar

Z informacji dostarczonych przez statek z Kirinyagi wiedzieliśmy, że w układzie znajduje się 5 planet. W bardzo niewielkiej odległości od gwiazdy („zwykłej”, żółtej) znajdował się pas asteroid, być może pozostałość po zniszczonej planecie. Następnie – ok. 0,6 JA od słońca krążyła niewielka, skalista planeta. Kolejna (1,2 JA odległości od centrum układu) była Nublar. W zasadzie był to układ podwójny, gdyż księżyc Nublar był prawie tak duży, jak ona sama i posiadał własnego, niewielkiego satelitę (prawdopodobnie przechwyconą kometę). Następnie – 5 JA od gwiazdy znajdował się gazowy gigant z towarzyszącymi mu kilkunastoma księżycami. W odległości 10 JA obiegała gwiazdę skalista planeta pokryta lodem, natomiast ostatnia – nieduża i skalista miała orbitę w odległości około 21 JA. Wrota znajdowały się 50 JA od gwiazdy. 

Nublar i jej księżyc były jedynymi planetami układu, na których rozwinęło się życie. Sama Nublar miała promień ok. 1,2 raza większy od promienia Terry, zaś przyspieszenie przy jej powierzchni było większe od ziemskiego 1,1x. Klimat planety był bardzo niestabilny (spowodowane to było dużymi siłami pływowymi księżyca), choć generalnie dosyć ciepły. Na biegunach znajdowały się tylko niewielkie lodowe czapy a strefa umiarkowana była bardzo wąska. Na zdjęciach planety nie widać było mórz – rzeki wpadały do jezior. Sporą część jej powierzchni zajmowały sawanny i lasy tropikalne. Księżyc Nublar miał dość rzadką atmosferę, nie było na nim tak zróżnicowanych ekosystemów – zaledwie ślady życia w postaci dość prymitywnych form przypominających nasze glony. 

Oprócz ciekawostek astronomicznych, system Nublar miał jeszcze jedną, niepokojącą i nie wyjaśnioną właściwość. Mianowicie dłuższe w nim przebywanie wpływało na świadomość 
istot inteligentnych. Dochodziło o wzrostu niestabilności psychicznej, uwstecznienia wyższych procesów mózgowych, zaburzeń w funkcjonowaniu społecznym i wzmożenia zachowań instynktownych. Nazywano to nublarską gorączką. Oddziaływanie miało charakter okultystyczny, rozciągało się na cały system i nieznane było jego źródło. Z tego powodu Nublar nie miała stałych mieszkańców – kilka tysięcy populacji planety stanowili naukowcy, przyjeżdżający tu ją badać i bogatsi obywatele ościennych światów, którzy przybywali tu na wycieczki (najczęściej zaś na polowania, ze względu na obfitość zwierzyny). Byli to głównie ludzie – najczęściej z Kirinyagi i NeoShiby oraz nieco obunów i ukarów z Vo Skell. 

Zapewniono nas, że w okresie 30 dni objawy gorączki nie powinny się pojawiać, niemniej postanowiłam przedsięwziąć pewne środki ostrożności i poleciłam ułożyć testy psychologiczne, do rozwiązywania w stałych odstępach czasu. Zamierzałam także u wybranych losowo osób regularnie mierzyć poziom hormonów. 

Ponieważ czasu było znowu koszmarnie niewiele zebrałam swoich ludzi, by razem opracować optymalną trajektorię lotu oraz miejsca wypuszczania sond. Chodziło nam o to, by w niewielkim czasie zdążyć wysłać je tak, by zebrały jak najwięcej danych i potem pozbierać w drodze powrotnej. Na spotkaniu pojawił się także Leonid, który, ku memu pozytywnemu zaskoczeniu zaproponował najkorzystniejszą trajektorię. Zdecydowaliśmy wykorzystać jego projekt z niewielkimi tylko modyfikacjami. 

Lot w stronę słońca upłynął nam bez przeszkód. Odbyłam rozmowę z Morhashem, który niejako reprezentował Manuela o kwestiach bezpieczeństwa, ale poza tym głównie poświęcałam się pracy. Znowu mieliśmy jej mnóstwo - to raz a dwa – chciałam nie myśleć o wizji, którą widzieliśmy we Wrotach. Trzy Pazury twierdził, iż jest to sathranetowy przekaz, ale ja wciąż odpychałam od siebie tę myśl. Z przekazu bowiem wynikało, że Keth-Kordeth zostało zbombardowane z orbity i piękna, zielona planeta, którą pamiętałam stała się jałową pustynią. Natrętne myśli wracały jednak od czasu do czasu i czułam wtedy, jak coś ściska mnie w gardle. Diego...

Dni wypełnione analizą przychodzących danych i drobiazgowym planowaniem kolejnych etapów wyprawy upłynęły szybko i wkrótce znaleźliśmy się na orbicie Nublar. Na jej zbadanie mieliśmy zaledwie pięć dni. Znów rozesłaliśmy sondy, by zebrać jak najwięcej danych, na podstawie których moglibyśmy wybierać najlepsze miejsca lądowania. Jednocześnie wysłałam na szerokim paśmie komunikat – kim jesteśmy, czego tu szukamy i czy ktoś nie zechciałby wymienić się informacjami. Moi współpracownicy pomogli mi sformułować treść tego komunikatu. 

Tymczasem Leonid i Trzy Pazury chcieli wybrać się na polowanie. Ponieważ my wciąż byliśmy jeszcze w trakcie zbierania danych wstępnych nie miałam nic przeciwko. Polecieli zatem. Nawet dobrze, że się wybrali, bo przy próbie lądowania okazało się, iż sawanna jest w istocie bagnem. Zrozumiałam dlaczego na planecie nie było dużych zbiorników wodnych. Pytanie było tylko takie, czy są to po prostu rozległe bagniska, czy też morza istnieją, ale są całe porośnięte grubym dywanem roślinności. Badania geologiczne miały już wkrótce wyjaśnić tę kwestię. Wrócili niebawem. Trzy Pazury ustrzelił jakiegoś dużego gada i jednego mniejszego – opierzonego dinozaura, którego łeb ze sobą przytachał zwracając się do moich ludzi, że mogą go sobie przebadać, byleby mu czaszkę zwrócili. Czaszka owa okazała się mieć bardzo ciekawą strukturę, ale o tym może później. 

I już zamierzaliśmy zabrać się za rozsyłanie grup badawczych, gdy skontaktował się ze mną kapitan niszczyciela. Okazało się, iż woroks, bez żadnego powodu zabił ludzkiego technika. Oczywiście został obezwładniony (i przy okazji poważnie pobity) przez innych ludzi. Wraz z Leonidem i Trzema Pazurami udaliśmy się na miejsce. Wyglądało na to, że mechanik coś naprawiał, woroks zakradł się, zabił go i wyglądało na to, że zamierzał zjeść. Pierwszym, co mi przyszło na myśl to to, że na woroksy, które są wszak nieco mniej odległe od swych zwierzęcych przodków niż my, gorączka działa szybciej. Udałam się do kapitana, który o gorączce... nie wiedział. Przez chwilę trwałam w osłupieniu, gdyż przecież zarządziłam odpowiednie przygotowania i profilaktykę i wydawało mi się, że wszyscy wiedzą. Tym niemniej – wszystko to działo się na Heweliuszu a pierwsze „powszechne” testy były przewidziane po 10 dniach od skoku. Pełna poczucia winy, że sprawy nie dopilnowałam obsztorcowałam wszakże kapitana, któremu przecież przesłałam otrzymany od statku z Kirinyagi pakiet danych, a który najwyraźniej go nie przeczytał. Wyjaśniłam, co prawdopodobnie się dzieje i zaczęliśmy się wszyscy zastanawiać, co zrobić z pozostałymi woroksami, gdyż było wielce prawdopodobne, iż niebawem zaczną szaleć także. Z Heweliusza zabrałam strzelby z nabojami usypiającymi i wespół z Leonidem oraz pokładowym medykiem ustaliliśmy odpowiednią dawkę. Woroksom kazałam zgromadzić się w jednym miejscu – posłuchali mnie, czyli nie było aż tak źle. Jeden tylko zaczął być agresywny, ale poradzono sobie z nim bez większych strat, jego samego przy tym nie uszkadzając poważnie. Ekipa z usypiającymi strzelbami pilnowała wyjścia z hangaru, drugą wysłałam pod drzwi Morgasha, który nie odpowiadał na nasze komunikaty. Oddaliłam się na chwilę i skorzystawszy z eksterioryzacji rozejrzałam po okręcie – trzy woroksy wysłane do jednej z ładowni niepokoiły się, jednak ich zachowanie nie odbiegało od normy, natomiast Morgash siedział w kącie pod ścianą i dygotał. Wyglądał, jakby staczał wewnętrzną walkę. Sądziłam, iż próbował opanować to, co się z nim działo. Zdecydowaliśmy się powoli obniżyć nieco poziom tlenu w sektorze, w którym znajdowały się woroksy. Były z tym problemy, bo zepsuł się system diagnostyczny, a przecież nie chcieliśmy ich zabić. Na szczęście udało się go naprawić, woroksy zasnęły, co umożliwiło ich unieruchomienie. Następnie wybraliśmy się pojmać Morgasha – przez chwilę dywagowaliśmy, po czym ustaliliśmy, że ja sprawdzę, jak wygląda w środku, a potem Trzy Pazury i Leonid wraz z kilkoma marines wpadną do kajuty i naszprycują woroksa usypiaczem. Nie obyło się bez wybitych zębów ale ogólnie rzecz ujmując plan wypalił. Gdy sytuacja została opanowana, korzystając z mocy przyjrzałam się woroksowi, który zabił technika, a także Morgashowi i okazało się, iż obydwoje padli ofiarą okultystycznego ataku. Ktoś próbował przejąć nad nimi kontrolę. Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć a tu powiadomiono mnie, że Trzy Pazury leży nieprzytomny niedaleko mostka, przy terminalu, przy pomocy którego usiłował przesłać na planetę dane dotyczące niszczyciela. Najwyraźniej coś poszło nie tak, bo do wysłania informacji nie doszło. Badanie aury Vuldroka wykazało istnienie w niej potężnych wyrw. 

Poleciłam zająć się poszkodowanymi woroksami. Jednocześnie kapitanowi wyjaśniłam mniej więcej, co zaszło a przede wszystkim, że to nie woroksów wina i ma pilnować, by nie doszło do samosądów. Leonid chciał na woroksach testować jakiś swój specyfik, ale kręcił coś, więc pozwoliłam mu badać jego „lekarstwo” ale zabroniłam komukolwiek podawać. Trzy Pazury kazałam przewieźć na Jana Heweliusza i umieścić w medlabie. Jednocześnie zleciłam wprowadzenie zabezpieczeń utrudniających dostanie się do i wysyłanie strategicznie ważnych informacji Sama udałam się na kilkugodzinny spoczynek, by zregenerować siły, prosząc jednak, by w razie sytuacji awaryjnej natychmiast mnie obudzono. Następnego dnia czasu pokładowego z „moimi” naukowcami ustaliłam i zatwierdziłam dokładny program badań i poleciłam je kontynuować, jeśli nie będzie się nic działo. Następnie udałam się na niszczyciela, gdzie wydałam kolejne instrukcje. 

Chciałam bowiem spróbować telepatycznie „odszukać” Trzy Pazury, dowiedzieć się, co się stało i spróbować sprowadzić go z powrotem. Ponieważ nie wiedziałam, jak to się skończy zostawiłam instrukcje na wypadek mojej przedłużonej nieprzytomności lub śmierci. Kapitan otrzymał upoważnienie do podjęcia decyzji o przerwaniu misji w sytuacji, gdyby zaczęło dochodzić do strat w ludziach i sprzęcie. Odpowiadał też za obronę w przypadku ataku ze strony innego okrętu. 

Wróciwszy na Heweliusza zabrałam ze sobą Arnę, i poleciłam jej przyjrzeć się najpierw mojej aurze, potem aurze Vuldroka. Następnie dostała do ręki igłę z informacja, jak może mnie wybudzić w razie poważnych kłopotów. Sama zaś skoncentrowałam się i „wyruszyłam” po rozum do głowy barbarzyńcy. 

Wyrzuciło mnie z jego myśli po 1,5 dnia. Tuż po rozłączeniu naszych umysłów Trzy Pazury dostał ataku i konieczna była reanimacja, która zakończyła się sukcesem. Skontaktowałam się z moim zastępcą a następnie z kapitanem niszczyciela, od których dowiedziałam się, że pod moją „nieobecność” nie wydarzyło się nic złego i zbieranie danych odbywa się bez przeszkód. Biedna Arna, której wszak powiedziałam, że nie musi czuwać przy mnie przez cały czas, ważne tylko, by obudziła mnie, jakby działo się coś złego, najwyraźniej starała się pilnować mnie ciągle i też była wykończona. Wysłałam ją zatem do łóżka i sama także poszłam odespać. 



Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń