Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


10-12 octobris 5002

Rozdzielone Drogi cz 1

Sesja Wewnątrztygodniowa - Drake

BY MOEBIUS

I jeszcze raz Aylon. Sprawy na Skorpionie poszły nad wyraz szybko. Mamy na tyle czasu, że nie musimy gnać na złamanie karku.
Skok jak zwykle bez problemów. Hans może i jest ciężko zakręcony (to jakaś choroba zawodowa pilotów?), ale latać potrafi. Lecimy w stronę planety.
Wrzask! Co jest, do jasnej a niespodziewanej? Ktoś „nadaje” telepatyczny przekaz na cały system. Prośba o pomoc. Koniec. Kto to był?
Barney. Z Jenny coś jest nie tak. Siedzi na łóżku bez ruchu. Idziemy do niej z Magdą. No nie wygląda to najlepiej. Niby oddycha, ale nie reaguje na żadne bodźce. Szybka decyzja – do medlabu z nią. Łatwiej będzie w razie czego udzielić jej pomocy.
Szybki wywiad środowiskowy. No i się wszystko zaczyna układać. Krzyk słyszeli wszyscy obdarzeni Mocą. Jenny pewnie też. W katatonię wpadła chwilę później.
Dobra, musimy coś zdecydować. Kto tu teraz rządzi? Eee… Czemu tak na mnie patrzycie? Nie, no bez jaj, zajączki. Musi przecież być ktoś inny... Nie ma? Jak to – nie ma? Wry, i o się nazywają koledzy?
Fajnie, w takim razie jazda z tym koksem.
Co mamy? Było wezwanie. Jenny odpłynęła. Znaczy, to jest powiązane. To mamy dwa wyjścia – lecimy dalej na planetę albo sprawdzamy kto i dlaczego wołał. Tylko jeśli Młoda tak ostro zareagowała, to może być coś poważnego. Krótka piłka. Sprawdzamy. 49, możesz mnie ekranować?
Koncentracja. Znaleźć ostatnie wibracje krzyku. Są. Niestety po dłuższej chwili są zbyt słabe, aby nimi podążać. Dobra, przynajmniej wiemy mniej więcej gdzie lecieć.

* * *

Od kilku godzin lecimy z „misją ratunkową”. Po sprawdzeniu podejrzanego rejonu dochodzimy do wniosku, że wezwanie wyszło ze statku lecącego z Aylonu do Wrót.
Znowu krzyk! Teraz już jesteśmy przygotowani. 49, wiesz co masz robić!
Zamykam oczy. Rozchodzące się fale Mocy. Chwytam jedną z nich i „płynę” pod prąd. Umysł. Słaby. Śpiący. Ktoś posłużył się własnymi siłami, aby nadać komunikat. I czymś jeszcze… Taaak, rozpoznaję to zawirowanie. Obudzony Cień.

Witaj… Miło Cię poznać. Maria? Piękne imię. Słuchaj, nie chcę, aby ktoś mnie zauważył. Wytrzymaj jeszcze. Pomoc już w drodze…

Znów konsultacja. Teraz wiemy, że naszym celem jest statek do przewozu ludzi. 49 wykrył, że ktoś podał Marii shantorską dawkę inhibitora. Cud, że jej nie zabiło. Śpieszmy się.

* * *

Kolejne pół dnia lotu. Dobra, cel w zasięgu radarów. Nie będą nas widzieli jeszcze co najmniej czterdzieści minut. Zbieramy informacje.
Są pierwsze wyniki skanów. Pomyślne. Transporter prawie w ogóle nie jest uzbrojony. Dobra, w razie czego możemy ich zmieść.
Tyle, że zależy mi na „ładunku”. Maria mówiła o kilku do kilkunastu psychonikach. Chcę ich wydostać.
Wywołują nas. Pytają (a w zasadzie pyta – właściciel transportowca, baronet Justynian), czemu zwalniamy na trajektorii przechwytującej. Teraz ostrożnie, nie palnąć czegoś głupiego…
Mówię, że mamy na pokładzie chorego Rycerza Poszukującego, lady Jennifer Hawkwood. Pytam, czy nie leci z nimi medyk. Odpowiedź, oczywiście, odmowna. Próbują nas spławić. Heh, nie ze mną takie numery. Wyciągam cięższe działa. Nadaję, że choroba Rycerza Jennifer ma podłoże okultystyczne i wiem, że na transportowcy znajdują się psionicy. Znów odmowa. Tak? No dobrze. Bo widzicie, wiem również, że przewozicie nie zarejestrowanych okultystów. A przy wrotach akurat widzieliśmy ścigacz Avestii (sic!). To może poczekacie tu na nich? Albo, jeszcze lepiej. Tak się składa, że na podstawie uprawnień nadanych mi przez Wielkiego Księcia Aylonu (sic!!) mam prawo wejść ze swoimi ludźmi na pokład i przeszukać go (sic!!!).
Na szczęście przerwy między transmisjami są długie. Poza tym Barney wysyła moje wypowiedzi pakietami, więc jest czas wystukać krótki list do Fatimy: „Sytuacja nietypowa. Wytłumaczę później. Za kilka godzin może wpłynąć do Fajsala pismo z pytaniem o moje upoważnienia. W razie czego, niech się zgodzi. Obiecuję, że nie zrobię żadnego głupstwa. Moebius”.
Rozmowy trwają, z przerwami, koło godziny. Zaczyna mnie to już irytować. Jak Askar coś załatwia to wszystko tak gładko idzie. A biednemu (mi, znaczy) wiatr zawsze w oczka dmucha. Dobra, mam już dość. Nie dało się po dobroci, będzie po mojemu…
Koncentracja. Kapitan. Wyczuwam jego umysł. Słaby, bezbronny. Leciutki wpływ. Nikt nie powinien zauważyć…
Chcę kupić tych niewolników. Dwadzieścia feniksów od głowy? Dam najwyżej dziesięć. Lekkie pchnięcie Mocy. Zgoda.
Eee… Dwa tysiące? (Wszechstwórco, to ilu ich tam jest?) Tak, jasne, że mamy. To ja podlecę i podpiszemy umowę. Aha, to jeszcze mała dopłata i zawieziecie mi ich z powrotem na planetę…






Komentarze:
ownlog.com :: Wróć