Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


8 - 13 januaris 5003

W piekle aż na dnie...

Sesja Wewnatrztygodniowa

BY MANUEL


W olbrzymiej, gigantycznej niemal Świątyni jest cicho, bardzo, bardzo cicho. Smukłe, strzeliste kolumny, wspierające sklepienie, zdają się sięgać nieba. Gdyby ktoś usiłował się na nie wdrapać, musiałby spędzić na tym i tysiąc lat. Albo dwie sekundy. To nieistotne – do Świątyni przychodzi się w innym celu.

Na zielonej, marmurowej posadzce klęczy postać. Ma czarny płaszcz (jakiż by inny!), zmierzwione włosy przyprószone siwizną, i parę świetlistych skrzydeł, sypiących piórami przy mocniejszym poruszeniu. Postać bezgłośnie porusza ustami. Przygląda się obiektowi umieszczonemu w ścianie.

Przygląda się Bramie.

Brama zdaje się mieć wielkość wieżowca. Kamienna, z solidnymi, żelaznymi wrzeciądzami. Wykuto na niej słowa w zapomnianym już dziś języku. Słowa, które przed eonami posiadały wielką moc... Dawały siłę, potęgę, władzę i nieograniczone wręcz możliwości.
Skrzydlata postać przechyla głowę. Mruży oczy... tak jakby chciała odczytać hieroglify dawnej cywilizacji. Szczerzy zęby... chyba coś znalazła...

***


Wróciłem!

Gdzie Okta... Ludwik!? Co z moim synem!? Co z Varią? Co tu się dzieje, czy ktoś może mnie oświecić?

Kitelek? A dziękuję. Kawusia? Nie odmówię. No, co jest? Ach... moja dłoń. Dziękuję...

***


Istota siada. Olbrzymie skrzydła zdają się stanowić solidne oparcie. Skrzydlaty unosi głowę, oblizuje usta, i zaczyna nucić kołysankę.

***


Hahahahahaha! HAHAHAHAHA!

Jak się czujesz, Moebiusku? Kilkadziesiąt lat przeżyte w dwie minuty? Hahahaha! Blado wyglądasz, widać antynomia Ci nie służy. Tak, też pamiętam. Tak, to ja zadecydowałem. I tak jak z postrzeleniem Varii – nieważne co było. Ważne co z tym teraz zrobisz.

Chcesz wrócić? Chcesz?

Ułatwię Ci to... będziesz szczęśliwy. Z nią. Uciekniecie. Sfingujemy jej śmierć. I Twoją. Tylko zechciej... Ja nic nie narzucam... ale wiem jak tam było... to może się udać...

Co Ty robisz? Ach! Geniusz! Przybić, zaznaczyć Rzeczywistość... genialne! Podaj mi kraxi, proszę...

***


Skrzydlaty przykłada palce do serca, ust, czoła, potem do policzków. Naciąga skórę na twarzy, przygryza paznokcie. W końcu chowa twarz w dłoniach.

***


Wyrzuty?

Pretensje?

HAHAHAHAHA!

Cóż, nie dziwi mnie to. Cyt. Cyt. O mnie nie mówmy. Ja tu już się nie liczę. Zresztą, Fatimo – drogowskaz nie podąża drogą którą sam wskazuje, czyż nie? Ale to frazes. Teraz liczy się coś innego.

Masz wybór. Dostałaś drugie życie. Przeżyłaś je. Które wybierzesz? Tam jeszcze można wrócić...

Pytam, bo... sam nie wiem czy tam nie wrócę...

***


Skrzydlaty zaczyna się kiwać... tył.. przód... tył... przód... tył... przód... tył... przód... tył.. przód... tył... przód...

***


Dobrze, czas wziąć się w garść. Idziemy w Qulippothy. Do piekieł? Proszę bardzo, pewnie kilku znajomków się znajdzie.
Pogawędka z Allawem? Ależ z przyjemnością. Nic nas już nie zdziwi, nie przestraszy i nie wytrąci z równowagi. Idziemy sobie dziś do Piekieł, jutro wpadniemy do Empireów... cudownie.

Wioska. Maruderzy. Gustaw. Zaciśnięte pięści Fatimy.

Nie ma dobrej wyprawy do Qulippothów, jeśli nie zmierzymy się z naszymi strachami, prawda? No, ale na nas już czas, miłego dnia. Tak, jestem spokojny, opanowany i miły. Dla każdego. Tralalala.

Paul. Jakiś Ukar. No i Oktawia. Tak, oczywiście że obiecuję. Dzisiaj obiecam wszystko!

Rozmowa z dziadkiem Oktawii. Dusza Varii przebywa w Ojcu. Wracamy – przecież teraz możemy kreować rzeczywistość wedle własnych potrzeb, czyż nie?

Możemy.

I za chwilę Varia, moja Varia, jest już z nami. Cała, zdrowa... i bezpieczna. Hahahahaha! Uratowaliśmy ją! Żyje i będzie żyć!

Teraz już nic nam się nie stanie. Nie po tym. Sięgnęliśmy niemożliwego!

***


Istota o świetlistych skrzydłach (jakże nienaturalnie byłoby zwać ją aniołem... chyba że aniołem upadłym) zaczyna tarzać się po twardej płycie posadzki. Skrzydła gną się z głośnym trzaskiem. Pióra wirują w powietrzu.

***


Po co żyć, po co działać, po co walczyć, skoro za chwilę możemy obudzić się gdzie indziej? Chcecie być oficerami Przewoźników? Proszę bardzo! Grupą lihalańskich chłopów, pracujących w pocie czoła na plantacji miliryżu? Zapraszam! Chórzystami Chorali? Tralalalala i gotowe! Prokuratorzy? Dziewki wszeteczne? Kurgańscy szejkowie? Wszyscy święci? Co chcecie.

Chyba dotknęliśmy sekretu nieśmiertelności.

***


Skrzydlaty uspokaja się. Leży na pogiętych skrzydłach, z rozbitej brwi ciecze strumień krwi. Przygląda się Bramie, po czym znów zaczyna się histerycznie śmiać. Rozrywa zębami nadgarstki i zaczyna kreślić przerażające, plugawe symbole, kojarzące się z najohydniejszymi kultami i praktykami, jakie stworzyła Ludzkość.

*Zgrzyt*

*Zgrzyt*

*Zgrzyt*

Brama otwiera się bardzo powoli. Baaardzo... baaaardzo powoli...

W umyśle archonta pojawia się głos. „Obiecałeś.... obiecałeś!”. Istota podnosi głowę, rozgląda się wokół jakby szukając kogoś. Wrota zgrzytają znowu i stają w miejscu..

Skrzydlaty chichocze – wie, że jest już blisko. Jeszcze trochę, i otworzy Bramę.

A wtedy klękajcie narody.




Komentarze:
ownlog.com :: Wróć