Menu :


Link :: 05.08.2005 :: 21:46
5,6 ianuarius 5002

Hargard cz. 11

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

Po odstawieniu numeru z ninja-chusteczką (ninja to tacy Li Halańscy sadaamog) polecieliśmy na Dar Ikony zobaczyć, co z pamiątkowym sercem. Nie wygląda na to, żeby przeszczep był konieczny, ale w razie czego, Devdas powinien być odpowiednim dawcą. Pani hrabina wykorzystała okazję i oglądnęła niewolników darowanych jaśniepaństwu przez Siggfadira. Jeden były Pozyskiwacz (zostawili mu wypaloną bliznę po tatuażu wokół oka), dwoje Hawkwoodów oraz jedna wolna. Hrabina wybrała sobie Pozyskiwacza, że niby mu inteligentniej z oczu patrzy, choć po mojemu wszystkie cztery zostali złamani na dobrych niewolników. Hmmm, a tyle się mówi o niezłomnym Hawkwoodzkim duchu. Hrabina pogadał z nim i nie wyglądała na zadowoloną. Ale i tak kazała konowałowi usunąć bliznę. Dostał głupiego jasia na sen, więc nie była to raczej kara ze niepomyślne przesłuchanie. Co więcej hrabina sugerowała szefowi żeby niewolników wykorzystać jako znających teren, język i kulturę a zarazem nierzucających się w oczy. Szef nie wyglądał na przekonanego. No, ode mnie i chłopaków, no i grunshowego stadka na pewno mniej się będą rzucać... Hrabina poszła odpytywać tą wolną, jak się tu znalazła, jakie ma marzenia i czego oczekuje od życia. Poderznąć gardło swojemu byłemu zwierzchnikowi, przeżyć... Nie żebym nie doceniał mądrości płynącej z drugą częścią tych planów. Co do pierwszej... No cóż, ja nie musiałem służyć szefowi za materac od jedenastego roku życia, więc mam inne priorytety, co nie znaczy, że jej nie współczuje. Hrabinie jej odpowiedzi jakoś nie przypadły do gustu, ech, to Decadoska krew jednak jest. Potem szef całą trójkę (Pozyskiwacza wtedy operowano) o plotki krążące w Siggfadirowej kuchni, drewutni i stajniach. Okazało się, że nie tak dawno temu Frostyjczycy zjedli Rekgoldzki konwój lecący z Wolf's Lament na Hargard, a do tego Siggfadir przyjmował większą niż przeciętnie ilość gości z Wolf's Lament. Rekgoldów posłujących, być może od Niedźwiedzia, tamtejszego Warlorda. Po skończeniu przefasonowywania gęby małoletniego Pozyskiwacza, jakkolwiek by on się nie zwał, polecieliśmy na dół. Szybka kolacja i luliluli.

Ranek, późny ranek, nawet jak na hrabinę i wiadomość, że fregata i jacht lecące tu od jakiegoś czasu siadły bezpośrednio w Elfheimie. Trochę luzu i spokoju aż do wieczora i proszonej kolacyjki u Kriti Lalith. Po drodze tam dochodzi wiadomość zapraszająca 'przedstawicieli cesarstwa' na następny dzień, samo południe do Siggfadira do Elfheimu. Ciekawe co wylazło z Jachtu... Kolacja nudna jak flaki z olejem, trochę rozmówek, mnóstwo ogólników i niejasności, zero zobowiązań. Okazało się tylko, że to nie Kriti-laska zaprosiła nas ciekawa blasku i bohaterstwa możnych tylko pan Hakkonen wprosił się na kolację. Wracamy, hrabina jest niezadowolona. Może jutro będzie ciekawie. Aha, konował, a w zasadzie jego blaszak znalazł truciznę i pracuje nad możliwym katalizatorem który miał by ją uaktywnić. Jak się dowie to ma znaleźć antidotum i szczepionkę. Znowu sen, to był spokojny dzien.

Pobudka, ćwiczonka, umyć się i papu. Mięcho z upolowanego przez Voroksów dzika jest świetne. Śmierć latającym rybom z Madoc! I do diabła z tym, ze siedzimy na planecie od pół miesiąca. Ten posmak pozostaje w ustach całymi latami. Zresztą widziałem jak dawali to niewolnikom, sam widok wystarczył żeby sobie przypomnieć, o zapachu nie wspomnę.
Lecimy do siggfadirowa. Niezły zlot, przyleciały wszystkie VIPy planety, albo ich przedstawiciele. Devdas w imieniu Sury przysłał Naresha, ciekawe, przysyłać sprzedawczyka i konfidenta jako posła... Ale cóż, prawo gościnności...
Jest też trójka przemienionych, dziadek, laska i niski ale przypakowany tragarz. Pierwsza dwójka ma skrzydła. Sala pełna, wchodzi gospodarz. Ognistobrody odpicował jakiś zdobny napierśnik (i co, że złocony, złoto zetrze się w boju a ceramstal zostanie), paradny kurgański majcher, pistolet plazmowy od nas i gronostajowy płaszcz. Gronostajowe płaszcze to chyba ludzkie króle nosili, ale mogę się mylić. W każdym razie korony nie ma. Choć może ten niski ma ją na poduszce pod kloszem. Wszedł, rozsiadł się i zaczyna nawijać. Hehehehe, Khotańczycy poprosili naszego dobrego gospodarza o 'ochronę'. Już ja znam taką ochronę, triady też takiej dostarczają. Ciekawe czy długo musiał im tłumaczyć, ze to dla ich dobra. Chociaż transportowiec z wojskiem odleciał niedawno, może zrozumieli aluzje zanim jeszcze wleciał na dobre do ich systemu. Parę osób z widowni chyba zjadło niedosmażone węże bo przy paru zdaniach syczeli jak żmije. Przy Warlordzie nawet mało, więcej przy formułce 'w imieniu wolnych narodów vuldroków'. Siggfadir się uczy. Może powiedzieć szefowi żeby dał mu parę książek historycznych, niech sobie poczyta. Na zakończenie imprezy ogólnej Siggfadir kreatywnie zinterpretował prawo gościnności... Coś w tym jest, że kto umarł ten nie żyje. Zdecydowanie trudno uznać strzelanie do trupa za naruszeniem prawa gościnności. Okazało się, że naczelstwo i Jarl-rybak oraz skrzydlata laska (wyglądająca swoją drogą na pilota do dziadka) są zaproszeni na lekki (jak na vuldrockie standardy) posiłek południowy. Miód i mięsiwa. Nie jest źle. Rozmowa z skrzydlatą, wykazała się pewnym zainteresowaniem co jest na południe od Hargardu i pochwaliła się podziemnymi miastami Urów na Khotanie. Hrabina i hrabia zainteresowali się niezwłocznie, ale potem rozmowa zeszła na kozią gębę warlorda Frost i mało wybredne dowcipy Siggfadira odnośnie konkurenta. Hrabinie i hrabiemu udało się wygospodarować od Siggfadira i skrzydlatej zgodę na wycieczkę na Khotan. No cóż, zawsze to będzie skok bliżej na Skey. Wracając od Siggiego wpadliśmy jeszcze na Calistę po sprzęt do nurkowania. Hrabia doszedł do wniosku, ze można by dowiedzieć się czyje miasto było na dnie morza. Mięczaki chyba by wspomniały gdyby to było miasto Oro'ymów?


Komentuj (1)


Link :: 08.08.2005 :: 23:42
18 ianuarius - 5 februarius 5002

Search For Mr. Kropotkin cz. 3 i 4

Sesja wewnątrztygodniowa

BY LEILA

Urządzenie jest skończone. Vasilij przeprowadza ostatnie testy. Przynajmniej mogę się na coś przydać, choć po prawdzie Moebiusowi idzie lepiej - muszę jeszcze popracować nad koncentracją. Wygląda na to, że konwerter działa, choć "próba generalna" wciąż przed nami.
Jesteśmy już w układzie Stosu lub - jak wolę Świata Środka i nie mamy na co czekać. Dyskusja nad tym jak sformułować wiadomość dla Vlada (żeby tylko on odebrawszy wiedział o co w tym chodzi) obfituje w mniej lub bardziej dziwaczne pomysły, (muszę przyznać, że powalił mnie wniosek by pokazać scenkę w której Jenny przechadza się pod wielkim muchomorem a po bliższym przyjrzeniu się okazuje się być Askarem biegającym za owieczką...pewnie, ja mogę coś takiego wygenerować, tylko wątpliwe, że Vlad po zobaczeniu czegoś tak surrealistycznego nie uzna tego za prawdziwą wizję sathry a nie zakodowaną wiadomość) decydujemy się wysłać prostą informację - "Kaczątko, wracaj szybko, czekamy tam, gdzie ostatnio".
Cichy siedzący w mesie razem z nami i przysłuchujący się rozmowie ma nieprzeniknioną minę, ale wydaje mi się, że właśnie wyrabia sobie opinię na nasz temat. W końcu pyta, czy mógłby cos poradzić. Oczywiście, że mógłby. Spodziewam się jakiegoś kpiącego komentarza, ale zamiast tego słyszę instrukcje formułowania mentalnego polecenia wydawanego maszynce i za jej pośrednictwem - Wrotom. Ton i sposób wypowiedzi sugerują...jakby Cichy mówił o czymś dobrze znanym, stosowanym przez niego... A przecież sathranet najprawdopodobniej nie był wykorzystywany od czasów upadku Imperium Drapieżców... Dziwne. Skąd on wie? Zwróciłam na niego uwagę tuż po zacumowaniu Allawa, kiedy spotkaliśmy Dziesiątkę. Zdecydowanie jest najbardziej zamknięty w sobie ze wszystkich... i otacza go jakaś nieuchwytna aura. Hmmm...
Podlatujemy do Wrót, wciąż zamaskowani. Azbesty nie mają pojęcia, że korweta stacjonująca przy Wrotach to tylko zasłona dymna a najważniejszy statek jest ukryty. Świetnie. Zdecydowaliśmy, że to ja posłużę za "ludzką końcówkę nadajnika". Jestem z tego bardzo zadowolona. Nareszcie pojawia się okazja zrobienia czegoś odpowiedzialnego...

Zadowolenie moje maleje zdecydowanie, gdy docieramy do pomieszczenia z konwerterem. Sądziłam, że to będzie prosta sprawa - wysłać impuls i tyle i załatwimy to szybko sprawnie i...przy asyście jak najmniejszej liczby osób. A tu niespodzianka. Oprócz Vasilija, Moebiusa, Laury, mnie, Ewy (Varię niestety zmogło, ech, wydaje mi się, że gdzieś natknęłam się na artykuło narkolepsji - musze poszukać) i Dziesiątki do kajuty pakuje się oddział komandosów i...ekipa z Biura Propagandy Cesarskiej...no nie...tych tu jeszcze brakowało, spece od "Obun Springs i całego tego szajsu od kubeczków z Cesarzem do kocyków z...nieważne...
Sadowię się na foteliku, a w tak zwanym międzyczasie reporterka usiłuje wyciągnąć z Vasilija błyskotliwą przemowę wstępną...taaak. Biedny Vasylek wydaje się zupełnie zbity z tropu.

Ej, co wy z tymi pasami...dla bezpieczeństwa...bezpieczeństwa? jakie demony, nie no bez przesady. Pan zabierze tą strzykawkę, nic mi nie jest. Na uspokojenie? Aż do teraz byłam spokojna. Dopiero jak zobaczyłam te wszystkie środki ostrożności zaczynam się zastanawiać w co się wpakowałam. Lauro nie musisz mi mówić do czego ten środek, czy już mówiłam, że nienawidzę zastrzyków a jeszcze bardziej unikam wszystkiego, co może mieć wpływ na funkcjonowanie układu nerwowego. "Panowie, te lufy wchodzą mi w kadr, uwaga, kręcimy" "Pani baronessa Leila ibna Selim (wrrrr... niech oni wreszcie odpuszczą sobie tę "ibnę Selim", swoja drogą ciekawe co by ojciec powiedział na mój widok) jest pierwszą osobą, która przetestuje prototyp urządzenia skonstruowanego przez pana adiunkta Kropotkina...co nam pani może powiedzieć... nie boi się pani, a jeżeli..." taaak - mów mi jeszcze co jeżeli to już kompletnie nie będę mogła się skoncentrować. Dlaczego nachalność dziennikarek nie może być WPROST a nie ODWROTNIE proporcjonalna do ilości tego, co mają na sobie? Chcę już to mieć za sobą, zaczynajmy... No, nareszcie. "Dlaczego ciocia Leila ma wiadro na głowie?" Co do cholery? Czepcie się z tą miską z wodą. Jakie uziemienie Vasyl przecież tu wszystko prawie jest z metalu. Odbiło ci do cna, czy za długo patrzyłeś w dekolt tej laski z Biura Propagandy.. .może jeszcze mi powiesz, że jak człowieka rąbnie piorun to trzeba go zakopać...Świetnie. Jaki, kurwa, granat... potem kaszlnę i zabiją mnie bo stwierdzą, że coś mnie opętało (odnośnie opętywania to mam już swego rodzaju wprawę swoja drogą) Spokojnie, tylko spokojnie, to prawie tak, jakbyś siedziała w luksusowym fotelu fryzjerskim na BII...
3...2...1...
Przywołuję z pamięci obraz Gwiezdnej Sieci Imperium Drapieżców i określam, którędy ma zostać przesłana informacja. Ma zrobić pętlę i wrócić do nas. Posyłam...zdjęcie Askara z owieczką...taki był z niego uroczy brzdąc...a co wyrosło...

Chyba zadziałało. Teraz czekamy na powrót wiadomości. Czemu ja też muszę posłużyć za odbiornik? A jeżeli Zakon ma dostęp do sathranetu, przechwyci tą informację i podrzuci z zamian coś, co spali mi mózg...Dobra, za późno na dywagacje, trzeba było myśleć wcześniej.
"Sygnał z Wrót!" Koncentruję się i przygotowuję na odbiór. I nagle otacza mnie pustka i ciemność. Wszystko zwalnia, czas zdaje się rozciągać a potem...impuls uderza, jak kamień rzucony w taflę wody...Widzę...
Dobra, zdejmijcie to "wiadro". Tak, dobrze się czuję, nic mi nie jest. Możecie już zabrać ten granat? Świetnie. Tak, sathranet działa tylko...odebrałam nie tę informację, którą dostałam. Weź kobieto ten mikrofon mi sprzed nosa. "Co to było?" Hmmm, wyglądało jak wołanie o pomoc...bardzo stare..."
"Kolejny sygnał z Wrót!" Tak, tym razem Askar i owieczka.

Komandosi i reporterzy nareszcie zbierają się do wyjścia. Panna umawia się jeszcze na wieczorny wywiad z Vasilijem oraz ze mną i Laurą - już na rano...Taaak. Sądząc po jej minie nie zamierza przez całą noc rozmawiać z naszym inżynierem o falach elektormagnetycznych, powiązaniach psi z elektroniką oraz Wrotach.
Kiedy zostajemy sami raz jeszcze dokładnie opowiadam widzianą przez mnie scenę, która zaciekawia Cichego. Chciałby ją zobaczyć. Proponuję przesłanie mu tych informacji, ale pyta, czy może sam zajrzeć do mojej głowy. W gruncie rzeczy - z moim szczęściem to lepiej. Cichy staje naprzeciw mnie. Jego źrenice powiększają się a potem...czerń zalewa całe oczy...czuję obcą jaźń...potężną. Kimkolwiek jest Varia ze swoimi niesamowitymi umiejętnościami jest przy nim słaba.
Mówię wszystkim obecnym, że najprawdopodobniej otrzymałam też koordynaty skoku. Okazuje się, że Vasilij może przestroić konwerter tak, by wyciągnąć z mojej głowy sekwencję. Popracujemy nad tym potem.
No, to czas wysłać właściwy sygnał dla Vlada.

Varia się obudziła. Przed jej kajutą natykam się na zaniepokojony tłumek. Ludzie z Dziesiątki nie wiedzieli o jej chorobie. Gdy wchodzę, Varia właśnie energicznie tłumaczy, że nic jej nie jest i wykłóca się o zwolnienie z przymusowej abstynencji. Chwile później z sufitu wyłania się rurka wódociągu (Orso wpadł na ten pomysł czyszcząc kanały wentylacyjne) i impreza zaczyna się na całego.
Z trudem usiłuję powstrzymać ciekawość i dopytać się, kim jest Cichy. W końcu wywiązuje się dość otwarta rozmowa, w trakcie której nasz nowy znajomy obwieszcza, że ma "bezwzględnie 14000lat" Wow! Też bym tak chciała. I jeszcze chciałabym tak dobrze wyglądać.
Atmosfera się rozluźnia, brakuje tylko Vasilija, który miał pracować nad konwerterem. Może go zawołać, omija go popitka? Proszę Moebiusa by "zajrzał" do niego i dowiaduję się, że Vasyl udziela wywiadu i dobrze mu idzie. Jasne. Rzucam niewinna sugestię "to chodźmy do niego wszyscy" i już wiem na 100% co naprawdę porabia Vasylek, pomimo tego, że Moebius tak bardzo starał się zachować kamienną twarz. Ha - dlaczego wszyscy wkoło mnie korzystają z życia a ja...coś chyba jest na rzeczy z tym klasztornym wychowaniem. I nawet teraz - zmywam się spać zamiast posiedzieć dłużej. No nic - niech się Vasilij dobrze bawi, przynajmniej nie musi się mną przejmować.

Czekamy.
Każdy robi to, co lubi - Moebius ćwiczy, Varia też, ja - czytam. Przekopuję się przez dane Persefony, oprócz tego - tu też mają biblioteczkę. Głównie astrofizyka - wprawdzie bardziej pod kątem pilotów, ale kto wie, co się może przydać...
Vasilij skonstruował "rozszerzenie" konwertera pozwalające na odzyskanie sekwencji skokowej - wprawdzie nie zapamiętałam idealnie, ale wiadomo na pewno, że skacze się z Bannockburn, i mamy 30 możliwości sekwencji wyjściowych.
Na stoliku obok mojej pryczy stoi modelinowa "Leila z wiadrem na głowie" ulepiona przez Ewę. Ewuś pożycza mi także korzonek, w który wpatruję się z uporem godnym lepszej sprawy.
Poznaję pokładowego kapelana i spowiadam się u niego.
Trochę rozmawiam z Dziesiątką starając się nie być zbyt nachalna. Varia powiedziała mi, że Cichy jest spokojny, ale mówi o sobie niechętnie i nie powinnam zbytnio go wypytywać. Pytałam go o kulę, którą widzieliśmy w wizji na Stosie, ale nie ma pojęcia co to. Opowiadam mu też o czarnym krysztale z Żelaznej Korony...ale nie ma nawet pojęcia co to jest kamień cienia...nie wie, co to jest cień..."za jego czasów" takich rzeczy nie było... dziwne, cień zawsze wydawał mi się nieodłącznie związany z psi...
Najlepiej rozmawia mi się z Gavinem - zagadnęłam go o Chena i jakoś dalej poszło. Opowiadał mi o jego krewnym, który obłaskawił dwa lisy grakhl, o ścieżce psi umożliwiającej psychiczny kontakt ze zwierzęciem, o latających kotach z Gwynneth i rozmaitych dziwnych zwierzętach, a także o rozumieniu natury i tym, jak takie rozumienie różni się od "książkowej" wiedzy. Osobiście nie zgadzam się z jego lekceważeniem dla nauki - uważam, że wiedza i świadomość powinny się uzupełniać. Obie z Varią chciałybyśmy się nauczyć tej ścieżki psi, ale Gavin tłumaczy nam, że to czasochłonne i trudne. Wymaga wielomiesięcznego przebywania samotnie z dala od cywilizacji. (Ciekawe czy sprawdziłabym się w takich warunkach) Obiecuje dać nam kontakt na Gwynneth, do jego rodziny. Tam mogłybyśmy się nauczyć.
Świetnie - mam coś na przyszłość - jakieś plany. Mogę sobie marzyć, że jak ta cała zawierucha się skończy a ja przeżyję to mam dokąd pojechać i co zrobić...

Eureka! Kiedy po raz kolejny skupiłam się na "korzonku" udało mi się zejść głębiej niż dotychczas...i jeszcze głębiej...i jeszcze...aż do środka...tylko tyle? Jeszcze raz. Niestety - nic specjalnego - po prostu dochodzę od centrum kłębowiska i wychodzę na zewnątrz, już bez "efektów specjalnych"

Jakiś czas później... (przyp MG)

"Leila" - głos Askara w mojej głowie. Braciszek! Muszę przyznać, że już zdążyłam się stęsknić. Biegnę do doków. No, pomijając rękę na temblaku Braciszek prezentuje się...hmmm...okazalej. Tylko czemu na głowie zamotał sobie jakąś chuścinę... Święty Kleofasie... co oni zrobili z Twoimi włosami? Sam ściąłeś? Niewygodne? Biedak! Ostrzyżony na zapałkę Askar wygląda smętnie. No ale - odrosną. Prowadzę go od kabiny. Mówi, że dawali im niezły wycisk ale było nienajgorzej.
Wieczorem Brat zamierza odbić sobie tygodnie wysiłku i wyrzeczeń. Kolejna impreza. Kiedy tam zaglądam widzę mojego Brata usiłującego wspiąć się na ścianę w mesie. Moebius robi zakłady jak wysoko wlezie. Chen przygląda się temu wszystkiemu z sufitu z wyraźną dezaprobatą. Ech...Niech się jeszcze pobawi, do kajuty zawlokę go później...Później zastaję Askara śpiącego grzecznie w kącie. Tylko czemu mój Braciszek tak kurczowo obejmuje... mopa (lepiej mopa niż np. Orso)? Próby wyrwania mu go z rąk kończą się niepowodzeniem. No tak, nie wziął ze sobą swojej owieczki... bo na De Moley by się z niego śmiali a tu nikt z nas nie pomyślał. Tak, jestem złośliwa nawet o 4tej nad ranem...
Pomagając sobie trochę ramionami umysłu transportuję Brata do kajuty i sama idę spać. We śnie znów widzę asteroidę. Wszystko tak jak poprzednio tylko że teraz opanowuje mnie jakieś przemożne uczucie, pewność, że oto na szali waży się życie tysięcy, nie - milionów istnień.

Ostatnimi czasy nauczyłam się nie lekceważyć wizji i tego typu dziwnych zjawisk. W dodatku okazuje się, że Moebiusowi również śnił się podobny sen. On jednak widział znacznie więcej - przedstawiciela rasy sprzymierzonej z Budowniczymi, który wchodzi do środka asteroidy a potem ucieka z... kulą. Tak, sądzę, że chodzi o tę sama, którą widzieliśmy w wizji na Stosie. Moebius próbuje namierzyć asteroidę dalekowidzeniem - okazuje się, że znajduje się on gdzieś w tym pasie, relatywnie niedaleko. Nalegam na wyprawę i sprawdzenie tego. Najprawdopodobniej polecimy Allawem, byłoby świetnie, gdyby towarzyszyli nam Cichy i Varia, którzy cztery dni temu polecieli razem na zwiad. No, ale niedługo wracają. Czekamy.
Askar jest przy tym jak wyplątują Varię z okablowania myśliwca, ale ona zwraca uwagę tylko na Ewę (swoja drogą jest wyczerpana po tylu dniach nieprzerwanego lotu). Spodziewałam się cieplejszego powitania. Patrzę, jak mój Brat stoi w hangarze sam. Szkoda.

Opowiadamy Cichemu co i jak. Ewidentnie powątpiewa w nasze rewelacje, ale w końcu decyduje się lecieć. Varia też, chociaż woli zostawić Ewę. Pakujemy się na Allawa i lecimy.

Asteroida jest tam gdzie powinna być. Znajdujemy też "bramę" do jego wnętrza. Lądujemy. Ubieramy kombinezony, Askar pakuje się od zbroi. Kiedy wchodzimy do wykutego w skale korytarza po obu stronach rozjarzają się rzędy kryształów. Schodzimy głębiej czując wzrastającą grawitację. Ktokolwiek wydrążył to coś umiał manipulować polami siłowymi. Moebius przypomina o pułapkach, schodzimy więc ostrożnie. Korytarz kończy się drzwiami.
Za nimi - jeszcze większa podłużna sala. Czytanie aury ujawnia obecność aktywnych punktów. Kiedy Askar przechodzi obok jednego z nich z posadzki wystrzeliwuje ładunek energii...bardzo słaby jednak. Jakby brakowało energii.
Kolejny korytarz schodzi głębiej, wciąż głębiej aż w końcu dochodzimy do rozwidlenia - dwa duże korytarze pod kątem 180 stopni i cztery mniejsze. No i zaczyna się dyskusja - rozdzielamy się, czy nie rozdzielamy, lepiej nie, to w prawo, czy może w lewo, a może kawałek w tą a kawałek w tamtą, to ja sprawdzę... Jasna owieczko będziemy tak stać i dywagować? Razem z Moebiusem nalegamy na gremialne udanie się w stronę prawą, co też w końcu zostaje wykonane.

Szereg drzwi po jednej stronie korytarza ciągnie się już kilkaset metrów. Otwieramy jedne z nich. Askar idzie pierwszy, chwilę później woła resztę. Wchodzimy.
Vasilij podchodzi do jednej ze skrzynek u podnóża kolumny. Urządzenie reaguje na dotyk - przed naszymi oczami pojawia się holoekran zapisany nieznanym mi pismem. Zdecydowana większość linijek tekstu jest żółta, gdzieniegdzie migają czerwone napisy. Nic tu nie zdziałamy - a przecież nie chcemy niczego popsuć. W kolejnej "skrzynce" znajdujemy serie pojemniczków, na których migoczą żółte i - z rzadka - czerwone diody. Vasilij wyciąga jeden z czerwono świecących pojemniczków. Jest rozhermetyzowany. Zaglądam do środka. Próbki biologiczne? Czyżbyśmy natrafili na coś w rodzaju arki?
Rozglądamy się uważnie. Pod niektórymi sarkofagami jest jeszcze trzeci rodzaj skrzynek. Może to byli znaczniejsi przedstawiciele razy i zaopatrzyli się w dodatkowe urządzenia, może to skrytki na ich osobiste rzeczy.
Askar chce sprawdzić co jest po drugiej stronie sali. Biegnie tam. Po pewnym czasie wraca i proponuje nam "podwiezienie" OK. Yeah, jak w wesołym miasteczku...

Seria korytarzy odchodząca prostopadle od drugiej strony ściany prowadzi do laboratoriów. W jednym z pomieszczeń znajdujemy pusty postument po kuli. W kolejnym pomieszczeniu trzy terminale psielektroniczne. Dotykam kamienia, ale nic się nie dzieje... Moebius wpada na pomysł, by dotknąć go bez rękawicy. Szczęśliwie sala ma swoja atmosferę o składzie zbliżonej do urtyjskiej. Urządzenie aktywuje się. Ja też chcę zobaczyć... Przekaz zostaje wysłany bezpośrednio do mojego mózgu - informuje mnie o "Projekcie Odrodzenie". Drugi kryształ kryje identyczną wiadomość. Jest jeszcze centralny, największy. Ha! Zaraz się...
"Zapis zniszczenia Świata Środka..." przygotowuję się na lawinę obrazów, zamiast tego jednak głos informuje mnie o tym, jak Jedność zaatakowała Świat Środka, który zwrócił się o pomoc do Sojuszu Drapieżców. Pomoc została udzielona- jest nią właśnie "Odrodzenie". Zapis kończy się informacją o...starcie procedur wybudzania.
Co ja narobiłam...
Drzwi za nami zasuwają się nagle, jednocześnie ściana na przeciwległym końcu znika ukazując kolejne pomieszczenie a w nim sarkofag...który powoli się otwiera...

Mężczyzna ma aurę Atlanty, ale kiedy na nas spogląda dostrzegam srebrne oczy...android...
Słyszę w głowie jego pytania...
Zaczynamy tłumaczyć mu kim jesteśmy, ostrożnie, przecież właśnie dowiedzieliśmy się, że mieszkańcy Świata Środka sprzymierzyli się z Drapieżcami. Sami mamy mnóstwo pytań - przede wszystkim o wojnę. Dowiadujemy się, że w chwili gdy Świat Środka został spustoszony wojna pomiędzy sojusznikami Budowniczych - Jednością a Drapieżcami trwała już 2000 lat. Toczyła się ze zmiennym powodzeniem. Świat Środka, podobnie jak kilkadziesiąt innych planet zachowywał neutralność i nie chciał przystąpić do żadnej ze stron konfliktu. Wtedy został zaatakowany przez Budowniczych. Mieszkańcy Świata Środka byli rasą kupców - nie mieli własnej floty. Zwrócili się o pomoc do Atlantów i wstąpili do Sojuszu. Projekt odrodzenie został zrealizowany - większość mieszkańców opuściła planetę, część została w niematerialnej formie. Niedługo później flota Jedności przejęła planetę. Budowniczy zrabowali co się dało a potem wyjałowili planetę. (to by było na tyle, jeśli chodzi o szlachetne starsze rasy opiekujące się młodszymi. Głupia i naiwna.)Można ją jednak odrodzić - do czego potrzebna jest kula.
Tłumaczymy androidowi, że kuli nie ma, on jednak nie chce wstrzymać procedury - domaga się haseł. Mówimy mu, że zostały one utracone, a od tamtych wydarzeń upłynęły tysiące lat, podczas których świat zmienił się kilka razy.
Pytamy o Niszczyciela Światów, nie wie jednak co to takiego. Jako metodę walki z lewiatanami podaje strzelanie z wszystkiego co się ma.
Pokazuje nam mapę Gwiezdnej Sieci z czasów wojen Urów - jako że jest to mapa kupców są na niej zarówno planety Drapieżców jak i Jedności. Informuje jak skacze się na Arkadię (dwa skoki z Hefajstosa). Prezentuje wszystkie inteligentne rasy.
Twierdzi, że Pierwsze Wrota są obiektem kultu Budowniczych, którzy wierzą, że przybyli właśnie zza nich - prowadził ich Sanuremai. Co więcej Budowniczy sądzą, iż ich bóg umarł (ech...żebym to wcześniej wiedziała...Sanuremai gdzieś ty poleciał...swoja drogą, co to za bóg, który umiera...)
Tyle pytań...
Askar dopytuje się o okruchy duszy. Android daje nam pięć kryształów służących jako "baterie dziwu" obiecując jednocześnie, że jeśli przywieziemy mu kulę dorzuci do tego "ładowarkę".
Przekazuje nam także plany psielektronicznego urządzenia za pomocą którego moglibyśmy się z nim skontaktować w obrębie układu.
Na koniec wysłuchawszy naszych rewelacji decyduje jednak wstrzymać wybudzanie. Wraca do sarkofagu i wypuszcza nas.
Wracamy na Allawa.


Komentuj (0)


Link :: 09.08.2005 :: 19:08
6-8 ianuarius 5002

Hargard cz. 12

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

Po odwiedzinach u Ryżobrodego (swoją drogą, czemu ludzie nazywają rudy ryżym? Przecież ryż jest szarobrązowy, biały jak łuskany) posłaliśmy wiadomość na Calistę z prośbą o przygotowanie pancerzy wspomaganych do nurkowania i wróciliśmy do pałacyku pana Hakkonena. Zaraz po przylocie szef wyszedł z siebie i stanął obok pod czujnym okiem (i igłą) Dvira. Jak później opowiadał na kolacji współtowarzyszom polazł oglądać transportowiec. Nieźle, 1.000 do 10.000 komór stazy ciągle aktywnych, tylko nie wiadomo czy z kosiarzami czy jeńcami/niewolnikami... Do tego lewiatanobus utrzymuje się przy jako takim życiu, mimo, że jakaś jedna trzecia jego długości jest rozsiana na dystansie dwóch kilometrów. Super, ciekawe czy lewiatany, z którymi przyjdzie nam walczyć też będą się tak czepiać życia. I jeszcze transportowce były uzbrojone w lekkie macki obronne i wyrzucały kosiarzy w celach abordażowych. W takich chwilach jak ta cieszę się wybitnie, że nie służę w marynarce. Chociaż z drugiej strony jak dojdzie do wojny to pewnie mi przyjdzie walczyc z kosiarzami pieszo... Czy szef coś nie wspominał o azylu u Vau?

Reszta towarzystwa poszła na spacer/trening/przejażdżkę na jaszczurowatym bydlęciu Do wieczora spokój, tylko kolacja i plany na następnodniową wycieczkę do zatopionego miasta.
Rano trzeba ruszyć dupę (szkoda, że własną) i dopilnować morskiej wyprawy, co by się panowie szlachta nie potopili. Hrabina z przejażdżki zrezygnowała, pan Hakkonen również, ich strata. Przelot, dolot i wiszenie nad wodą oraz zrzucenie szefa, Hazata i Gvara w pancerzykach do wody - chlup! Poszli na dno jak kamień. Teraz siedź ukarze przed monitorem i gap się co na odczytach z sensorów chodzącej szafki szefa jest. Woda. Woda. O! Jeszcze trochę wody. Pierwszy muł. Więcej pierwszego mułu. Czwarta klasa czystości mułu po mojemu, piąta jak uwzględnić puszki po piwie pozostawione przez poprzednią wycieczkę. Trochę sprzętu do badań podwodnych, teraz bardziej kwalifikującego się jako eksponat niż ekwipunek. Zatopiony domek. Zatopiony zajebiście duży domek. Zwłaszcza po uwzględnieniu odczytu z sonaru mówiącego, że tutaj muł ma jakieś 300 metrów głębokości Szybka kontrola czy repulsory szefowego pancerza dobrze działają. Bo jak zdechną to go za cholerę z tego błota nie wyciągniemy, i nie będzie komu podpisać czeku z wypłatą. Kolejne dziwaczne budynki. Ara'na twierdzi, że prezentują co najmniej dwa style architektoniczne. Cholera tam wie, dla mnie wszystkie wyglądają jak pokrzywione bryły superbetonu, pewnie dlatego to on studiował architekturę, póki rodzina nie ściągnęła go do domu z braku pieniędzy i posłała wszystkich chłopaków do owczego wojska w ramach kontyngentu. Jeszcze więcej budynków. Pan Hazat na pamiątkę wyciął sobie kawałek z lokalnego obelisku. Już się bałem, że cały będzie ciął nie biorąc pod uwagę limitu obciążenia na Róży. Na szczęście (nasze, bo na nas pewnie by spadło wykombinowanie jak zataszczyć to cholerstwo gdziekolwiek) zadowolił się tylko skrawkiem. Potem jeszcze odkroił kawałek kamienia, to tu, to tam. W końcu... O cholera... Nasi tu byli! Patrz Ara'na - posąg Kadani. Choć tego akurat nie poznaje.. to może być jakiś cholerny T'lintoi.. Fakt, zarówno nasze posągi jak i, tfu, obuńskie są w innych pozach. Tak jak by jakiś rzeźbiarz z innej rasy widział Kadani albo T'lintoi i uwiecznił go w swoim stylu. Pan Hazat wypatrzył kawałek skamieniałego szkieletu przy samej rzeźbie. Zdaje się, że tu jest w mule jakiś prąd powoli wynoszący obiekty z dna na powierzchnię Pomiar sondą wykazał jeszcze dwa w miar płytko umieszczone kształty. Teraz zbliżenie, szkielet ludzkim nie jest. Ukar ani obun tez nie. Wygląda na bestyjkę z lokalnych rzeźb. Na płytach z Pandemonium takich chyba nie było, ale zdaje się, że pojawiali się na innych płaskorzeźbach.

Jak się panowie szlachta za pakowanie pierwszego szkieletu wzięli to nagle cały świat wykręcił hołubca.. Jakim cudem podłoga leży na mnie? I dlaczego pod sobą mam patrzącego na mnie żołdaka Hazatów. Spadaj Jesus, żyje i żyć będę jeżeli tylko mnie nie zdepczecie. Ara'na, kuzynie, tobie też film się urwał? Co oni tam na dole pochrzanili. I czemu w powietrzu lata telepatyczne konfetti? Spoko, przecież widzę, że panowie szlachta żyją i mają się dobrze. Uch, moja głowa. Już lepiej. Co z Gvarem szefie? Już się budzi? Okey. Nie przerywamy misji? Okey. Wracamy do nadzoru i udajemy, że nic się nie wydarzyło. Drugi kształt wyciągnięty z pod piachu to taki cudak jak pierwszy, natomiast trzeci szkielet to zupełnie inna bajką. Taki, owaki... ale jego zdjęcia już gdzieś mamy, chyba nawet na wystawie na Pandemonium był. Dalsze poszukiwania pokazują więcej mułu, więcej ruin i więcej puszek po piwie. Ci drugorepublikańscy zupełnie nie znali się na archeologii - zostawili więcej eksponatów niż sami wynieśli... Dobra, koniec kąpieli, zbieramy się, czas do domu pana Hakkonena na obiad. Może voroxy zrobiły gulasz dla odmiany.

Powrót i obiad. Do tego rozpętuje się dyskusja na temat dalszych planów. I co panowie szlachta? Pani hrabina chce wiedzieć jak z tym Khotanem. Hmmm, czy mają tam więcej skrzydlatych lasek? Hej, to dla Ara'na nie dla mnie. Ja mam inne zajęcie... A on zawsze miał słabość do tych, jak to ludzie zwą takie skrzydlate rzeźby? A, Anioły. Dyskusja nad lotem na Khotan i trzymaniem ręki na lokalnym pulsie zamienia się w dyskusję o dalszych losach Ojasa. Hej, a ja myślałem, że pamiątkowy książe z wycieczki będzie pokazywany w salonie szefa, bo ja wiem, nad kominkiem, albo w żelaznej klatce w ogrodzie... Podarować pamiątkowego księcia Siggfadirowi? To po co my go z narażeniem głów (i palców - trzeba było pchać te cholerne sterty bagaży na zamaskowanych komorach stazy) przemycaliśmy księciunia z pałacu... Dyskusja zaczyna podążać w interesujących kierunkach. Ojas Siggfadirowi jako sposób na legalne wyproszenie frostyjskich vuldroków z Ramakrishnowa. Legalny sposób wywołania wojny domowej, chyba. Choć nie, strzelać się będą przez granicę więc to będzie uczciwa wojna międzypaństwowa, nawet międzykontynentalna, a jak białowłosi poleca po mamę to nawet międzysystemowa. Vuldroki miały by zajęcie na jakiś czas... Hej, zaraz, oferowanie Siggfadirowi korony wielkoksiążęcej, a nawet arcyksiążęcej to już lekka przesada. On nie ma potomstwa nadającego się na dynastię, a poza tym jak nazwiemy jego ród? Ognistobrodzi? To by źle wyglądało na wizytówkach i zaproszeniach. Choć perspektywa przesunięcia granicy z vuldrokami o dwa systemy, do tego oba przelotowe, powinien spodobać się Hawkwoodom. Dyskusja wykazuje kolejne słabe i mocne strony tego planu, szef, hrabina i legat wyraźnie ulegli pokusie tego planu, za to pan Hakkonen nie wydaje się nim porwany. Do tego stopnia, że prosił o czas na przemyślenie, a hrabina wielkodusznie mu go udzieliła. Zobaczymy jak długo będzie zastanawiać się nad odpowiedzią. Tylko jakoś z planów wycieczki do podziemi Khotan zostały nici...

Dzień następny. Poranek. Śniadanie odbywa się bez gospodarza. Ten oddalił się wczesnym świtem w kierunku wykopalisk. Próba zyskania na czasie? Poszukiwanie miejsca które pozwoli na chwilę zadumy w spokoju? Gra w pokera z lokalnymi z dala od Grunsha? Dzień upływa w spokoju, tylko Ryżobrody pakuje na drugi ze swoich megatransportowców jakieś zabawki z lokalnych fabryk. Aktualnie w zakładach faworyzowane są czołgi albo samochody pancerne do okupacji, znaczy ochrony Khotan. Dzień jak co dzień, chociaż nie, wybitnie nic się nie dzieje a państwo nigdzie się nie szlajają. Tylko prośba do Białych Smoków o pozyskanie gwiezdnych kluczy do bocznej trasy do vuldrokowa, na wypadek jak by trasa przez Frost lekko zamarzła, albo co...

Późnym wieczorem pan Hakkonen powrócił z wykopków i stwierdził, że skoro przysłano go tu jako obserwatora to on obserwować będzie a o zdanie w sprawie całego interesu trzeba zapytać jego patrona, cesarskiego szambelana, księcia Eryka. Niezłą gra na czas. To się wyśle kurier. I tak się miało wysłać kurier. Przy okazji błogosławiony pokurcz dostanie kompletny zestaw raportów z naszych doczesnych znalezisk, odkryć i spekulacji. Pana Hazata pakujemy na kurier. Papapapa! Jak by pan mógł w drodze powrotnej trochę ukarskiego bimbru na grzybkach dowieźć. Żadną miarą nie śmiem krytykować specjałów Hieronima, ale chciałem Herdis pokazać co u nas się pija.




Komentuj (0)


Link :: 12.08.2005 :: 19:48

9-12 ianuarius 5002

Hargard cz. 13 i ostatnia

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

Rano pan Hazat pakuje się do wyjazdu, pan Hakkonen zwyczajem swoim z samego rana wyjechał na objazd wykopków i okolic, szef zamknął się w Róży eksperymentując z maszyną myślącą i jakimś projektorem. Ja zebrałem się do kupy i wyruszyłem pełnić funkcję łącznika (tak to ja mogę łączyć częściej, dyplomacja zaczyna mi się podobać...). Jak później raportowały trojaczki do południa działo się niewiele.

Po wczesnym obiedzie Dvar poleciał z szefem, panią hrabiną i panem Hazatem na górę. Don Alejandro zapakował się na kurier, wszyscy pomachali sobie na pożegnanie chusteczkami i takie tam, chyba nawet nikt nie chlipał, chociaż Grunsh trochę powarkiwał... Tylko czemu na nagraniu brzmi to tak radośnie? Kolejnym punktem dnia była rozmowa szefostwa (*pac*, Dvar, nie mów o hrabim i hrabinie szefostwo, małżeństwem to oni nie są) z śp. księciem Ojasem doprowadzonym przez Konowała do stanu używalności. Ojas odstawiał fochy, mimo, że nawet mu nie powiedzieli o śmierci żony i dziecka, że jego lud albo będzie żył pod władzą marionetki Siggfadira (znaczy się pod rządami Ojasa), albo pod rządami marionetki Georfa (znaczy się Devdasa). I, że z jego (Ojasa) punktu widzenia lepiej pozwolić żeby został już Devdas, bo wtedy przylecą posiłki z Frost które pozwolą przepchnąć wojnę do Siggfadira i Ramakrishnowo mniej na tym ucierpi... Po kilku minutach klarowania mu, że aktualny ruch należy do Siggfadira który niewątpliwie najpierw zablokuje flotę Frostyjczyków a potem uderzy na Ramakrishnowo, nieżyjący książe przyjął do wiadomości, że jego ziemie i tak będą polem walki, a przyłączając się do Siggfadira przynajmniej zagwarantuje swoim ludziom, że po wojnie będą mieli marionetkowego władcę własnej produkcji a nie z importu... Zdaje się, że osłabienie wywołane trucizną złamało go w końcu i zgodził się na rozmowy w jego imieniu z Siggfadirem. Powrót do hakkonenowa, odświeżenie się, przebranie, zabranie pana Hakkonena i przelot do Kriti-laski. Kolacja zaczyna się próbą stawiania kota ogonem, próba dogadania się z Laską kończy się rozłamem wśród obecnych. Wychodzi na to, że pan Hakkonen prowadził jakieś rozmowy na własną rękę, zarówno z Laską jak i z samą królową... Szef wykorzystuje chwilę kłótni i prosi Kriti o rozmowę na osobności... Chłopcy rozmowy nie słyszeli, ale nagranie pozostało: szef zagrał va bank i powiedział hrabinie - czy maharani jak wolała żeby ją tytułować, o obecności pamiątkowego księcia w jego rękach. Zaoferował jej wzbogacenie sojuszu Kriti-Siggfadir o żywego Ojasa dającego pewne dodatkowe korzyści wynikające z prawa dziedziczenia. Ostateczni ustalono, że albo hajtną Ojasa z córką Kriti albo Ojas uczyni ją swoją dziedziczką. Przy tej drugiej opcji Laska domagała się zabezpieczenia w postaci sterylizacji Ojasa. Dobito targu i zakończono kolację, tylko pan Hakkonen jakoś tak się guzdrał ze swoją porcją. Pani hrabina zdawała się być w kwaśnym nastroju w trakcie powrotu, zamkneła się w kajucie nawet odmawiając szefowi rozmowy. Wydała tylko swoim voroxom rozkaz spakowania się. Dopiero po lądowaniu, zgodnie z opowieścią Dvira, szef złapał ją czatując przy wyjściu i zaciągnął na długi spacer. Noc mineła spokojnie, tylko chłopaków postawiono w stan podwyższonej gotowości. Rankiem pani hrabina wstała wyjątkowo wcześnie dzięki czemu śniadanie odbyło się przed powrotem pana Hakkonena z wykopków. Kolejne odpalenie Róży, tym razem w kierunku sadyby jarla-rybaka, przyjaciela mackowatych. Po drodze szef odbył paru konsultacji, które, jak wspomniał Dvir, wyraźnie go zdenerwowały. Przeprowadził rozmowę z hrabiną z któej wynikało, że pan Hakkonen, a raczej zdradziec Hakkonen już poprzedniego dnia odwiedził Siggfadira a teraz właśnie odlatywał od jarla-rybaka. Następująca wizyta w ośrodku rybackim była wyjątkowo krótka - szybkie odwiedziny w faktorii Nizdharimów, zostawienie informacji o truciźnie i prośba o określenie czasu i kosztu sprokurowania odtrutki. Obecność ciężkozbrojnego ogona skutecznie zniechęciła państwa szlachtę do dalszego podziwiania okolicy i przyśpieszyła odlot. Po drodze podjęto decyzje o natychmiastowych odwiedzinach u Siggfadira. Co więcej, Siggfadir nie wyraził sprzeciwu. Lądowanie, ciężka eskorta, sala tronowa, poczęstunek z Rashida al-Rama Malika garnierowanego pomidorkami. Siggfadir jasno stwierdził, że nie zamierza pozwolić z siebie pieska łańcuchowego 'jakiegoś tam Hawkwoodziątka'. Na próby dyskusji pozostał głuchy zasłaniając się byciem 'wolnym vuldrokiem' i warlordem. Wrzenie osiągnęło szczytu kiedy Siggfadir zaczął głośno rozważać nie wypuszczenie szefa i hrabiny od siebie żywymi... Za to ostrzeżenia o wielkim-mrocznym-zagrożeniu zdecydowanie nie wziął do siebie - z opowieści o Zakonie Czarnej Gwiazdy zaczął otwarcie kpić. Szef uniósł się dumą i obiecał sprowadzenie dowodów które uświadomią Siggfadirowi potęgę starszych... Tia, Skeyowie wspominali o pozostawionych na ich planecie czarnych smokach - lewiatanach. Teraz będziemy w pośpiechu lecieć na Skey robiąc slalom między vuldrokami i Suul. Szalona wyprawa w szalonym tempie...

Siggfadir w końcu puścił naszych i pozwolił im odlecieć. Róża natychmiast powróciła do hakkonenowa gdzie rozpoczęto pośpieszne pakowanie, jednocześnie przysłano mi wiadomość którą miałem przekazać Skeyom - wyprawa na ich ojczystą planetę zaczyna się już teraz. Potrzebujemy kluczy, przewodników i co więcej rezerwowych pilotów do lewiatanów. Z odlotem musieliśmy jednak poczekać co najmniej do następnego dnia, starsi Skey ustalili spotkanie na południe, wtedy też Nizdharimowie mieli dać odpowiedź odnośnie odtrutki. Do tego odezwał się również Siggfadir - zdaje się, że pokaz zranionej dumy szefa dał mu co nieco do myślenia, i postanowił pożyczyć nam klucze, razem z operatorem mającym zapamiętać podróż i poświadczyć Siggfadirowi zagrożenie i potęgę niesioną przez pozostałości starszych ras. Dla równowagi domagał się oddania mu Ojasa, celem wykorzystania go w konflikcie z Devdasem-na-smyczy-Frost. Oba warunki zostały przyjęte (zresztą na choler był by nam półżywy Ojas na wyprawie na Skey). Pośpiesznie polecieliśmy do skeyowej rady starszych, pod drodze dzwoniąc do Nizdharimów. Choć tyle dobrze, odtrutka będzie wieczorem, zapłata ma być w muszelkach i lekach geriatrycznych. Starsi Skey zaprezentowali trochę artefaktów jaka pozostała im z czasów dawnej świetności, pogadali o Starożytnej Królowej, tym razem dla odmiany dodając też co-nieco o mistycznej przeszłości szefa po czym dali nam swoje błogosławieństwo i polecili nas radzie na Wolf's Lament. Wieczorem wysłaliśmy skoczek do mięczaków po odtrutkę. Następnego ranka szef i hrabina polecieli do stolicy - hrabina oficjalnie na ostatnie zakupy - a szef odwrócić numer z ninja-chusteczką. Tym razem dla odmiany mieliśmy pigułki-sabotażystów. Sabotowana była próba otrucia królowej, przynajmniej częściowo skutecznie, jako, że antidotum udało się dostarczyć, choć nie wiemy jak zadziała i czy uratuje królową. Po 'zakupach' szef i hrabina udali się do pałacu królewskiego powiedzieć cześć Devdasowi pełniącemu funkcję Regenta i oficjalnego przedstawiciela królowej. Po powrocie na statek odesłaliśmy Ojasa Siggfadirowi, wymieniając go na klucze i gapia po czym ruszyliśmy ku Wrotom. Oprócz chłopaków, załogi okrętu, szefa, hrabiny, Konowała, Grunsha i trojga innych voroxów oraz Mizue leci z nami dwoje vuldrockich niewolników szefa, sekretarz-kurganin (też niewolnik), sześcioro Skeyów: piątka Białych Smoków z Herdis na czele plus stary Wąż-mądrala oraz siggfadirowy obserwator...



Komentuj (0)


Link :: 21.08.2005 :: 20:55
6 februarius 5002.... gdzieś w 5022

Powrót z Przyszłości

Sesja wewnątrztygodniowa

BY "Nikitobójca" MOEBIUS

Wracamy na Allawa. Nagle odzywa się Barney, komputer pokładowy – właśnie namierzył obcy statek kosmiczny. Tyle, że obiekt wygląda na wymarły. Wypadałoby to sprawdzić.
Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazuje się dryfujący frachtowiec. No tak, tutaj raczej nikogo żywego nie znajdziemy. Sensory wskazują, że temperatura statku tylko nieznacznie różni się od temperatury otoczenia. Znaczy – kiszka.
Cholera, Varia właśnie ten moment „wybrała” na atak choroby i jest nieprzytomna.
Nic to, wchodzimy.
Dziwne… Ten statek coś nam przypomina. Wątpliwości zostają rozwiane, kiedy dochodzimy do kokpitu – nad wejściem wisi „lampa z rękawa Vau” – taka sama jak na Allawie.
W pomieszczeniu – pięć ciał. A raczej pięć kombinezonów „siedzących” w fotelach. Nadal żadnych śladów jakiejkolwiek aktywności.
Wszyscy domyślamy się już, co znajdziemy w kombinezonach, ale… Jakoś nikt nie kwapi się do sprawdzenia, kim są „pasażerowie” wraku.
W końcu Laura podchodzi do jednego z kombinezonów, depolaryzuje szybę hełmu i… pada zemdlona. Nie możemy jej w żaden sposób dobudzić. Diabli!
Zaczynamy sprawdzać kolejne pomieszczenia. Są… inne niż to, co znamy z „naszego” Allawa. Proste, bez zbędnych sprzętów. Kajuty rodzeństwa Allawów są pozbawione wszelkich ozdób. Co ciekawe – w „kajucie Askara” znajdujemy narzędzia do konserwacji cyberwszczepów i… kilkanaście butelek po taniej wódzie. W pomieszczeniu zajmowanym zaś przez „Moebiusa” – przybory do konserwacji monoostrza!
Dobra, zwijamy się stąd. Tylko… jak tylko próbujemy wynieść Laurę ze statku – zaczynają się sensacje. Puls skacze, oddech się rwie, no – Amalteanka nam zwyczajnie próbuje „zejść”. Co ciekawe – kiedy oddalamy się od śluzy, wszystko wraca do normy.
Leila próbuje psionicznie przeskanować Laurę i dowiedzieć się, co jest grane.
Efekty są, a jakże. Teraz mamy dwie nieprzytomne kobiety zamiast jednej…
Powoli zaczyna dojrzewać w nas myśl…
Jeszcze tylko wiadomość na Allawa – do Cichego, żeby się o nas zaczął martwić za jakąś godzinę. On z kolei radzi nam, abyśmy też zapadli w trans. Przywiązujemy się do foteli w kokpicie i… patrzymy w twarze swoich sobowtórów…

Ciemność…

Gwynneth, rok 5022

Wojna trwała dużo krócej niż ktokolwiek przypuszczał. W zasadzie, skończyła się w momencie rozpoczęcia. Atak był błyskawiczny i niespodziewany. A wunderwaffe okazała się... Varia. Varia, która nie opanowała swego Cienia – Nikity. Varia, która zmanipulowała Vladimira. I doprowadziła do zniszczenia przez niego statku z Alexiusem i Mazzarinem na pokładzie...

Wioska drwali. Siedzimy z Askarem w jakiejś spelunie. On, jak zwykle, pijany w sztok. Przynajmniej tyle dobrze…
Nareszcie mamy chwilę wytchnienia – udało nam się zgubić pościg jakiś miesiąc temu i jeszcze nie wpadli nas nasz trop.
Nagle otwierają się drzwi…
Vasil. I Leila. Tutaj. Tylko, że to nie mogą być oni. Nie mogą, bo… Bo Vasil nie żyje od kilkunastu lat. A Leila zdradziła i pracuje dla cesarzowej Anny…
Podchodzą prosto do nas. Twierdzą, że są klonami. Klonami wysłanymi przez Leilę. Mają, jakoby, zebrać nas wszystkich (co by to nie znaczyło) razem.
Na zewnątrz ląduje drugi skoczek.
Klon Leili tłumaczy, że mamy najpierw zebrać całą drużynę w komplecie, a następnie odnaleźć ją samą. Mamy podobno przywrócić kogoś do życia…
Drzwi otwierają się znów. Wchodzi dwóch tutejszych stróżów prawa i porządku. Jeden z nich wyciąga identyfikator genomu. Cholera!
Błysk stali. Jeden z policjantów pada z włócznią w szyi. Drugi – zaraz po nim – z wypalonym mózgiem.
Nie ma czasu do stracenia. Nie mogę zaufać klonom, ale tu już nie jest bezpiecznie. Idziemy razem.
Dobiegamy do skoczka, którym przyleciały klony. Leila tłumaczy, że mamy teraz lecieć po Laurę. Laurę, która od kilku lat znajduje się w szpitalu psychiatrycznym.

Miasto. Duże, gwarne… Idealna kryjówka. Lądujemy gdzieś na uboczu i idziemy na rozpoznanie. Askar zostaje na pokładzie. Klony nie przekonały mnie do końca, ale – nie mamy nic do stracenia, a Anna, gdyby chciała nas zabić, po prostu wysłała by wojsko.
Szpital psychiatryczny. Z Leilą stoimy pod ogrodzeniem. Widzę Laurę. Starą, prawie siedemdziesięcioletnią kobietę… Zabójczynię Vladimira, Jenny i Paula Kropotkinów.
Musimy ją wyciągnąć. Ale do tego potrzebujemy Askara. Trzeźwego Askara. Tyle, że ilekroć, w ciągu ostatnich piętnastu lat, Askar trzeźwiał – próbował się zabić. Cóż, śmierć Varii złamała go kompletnie…
Czarne pigułki. Dużo. Wspomagane moimi narkotykami. Robimy Askarowi detoks. Pierwszy od dziesięciu lat. Szarpie się, rzuca. Próbuje targnąć się na swoje życie. Przytrzymujemy go. Uspokajamy. Odsyłam gdzieś Leilę i Vasila. Nie będą tu potrzebni.
Po raz pierwszy od dziesięciu lat rozmawiam z trzeźwym Askarem. Tłumaczę mu, co powinniśmy zrobić. Że jedyne co zostało to zemsta. Że jest nam potrzebny.
Zgadza się nam pomóc. Chyba obaj mamy dosyć ciągłego ukrywania się.

Planów wyciągnięcia Laury jest kilka. W końcu staje na tym, że Askar podający się za Rycerza Pająka, wraz z Leilą – lekarką, wykradają Laurę ze szpitala (w międzyczasie próbowała się zabić).

Teraz, kiedy wszyscy jesteśmy w komplecie – lecimy na Harmony. Z tego, co pamięta Laura – to tam znajduje się ukryta siedziba Leili. Laboratorium, w którym Laura została zaprogramowana przez Leilę na zabójstwo Kropotkinów.
Zatrzymujemy się w jakimś mieście, w hoteliku bez nazwy. Regenerujemy się, ja prowadzę PSIchoterapię Laury, próbując poskładać jej umysł do kupy.
Askar siedzi w sali gimnastycznej.
Któregoś wieczora, siedząc w pokoju, otrzymuję mentalny sygnał od Askara. Kłopoty. W sali treningowej. Ruszam w tamtą stronę, porywając Pazur Proroka – monomiecz Askara, którym opiekowałem się ostatnie dwadzieścia lat. Wpadam do pomieszczenia. Szybka ocena sytuacji – dwóch „złych”. Rzucam…
Miecz wiruje, lecąc w stronę Askara…
Ten chwyta go w powietrzu i tnie. Raz. Jeden z napastników pada martwy. Drugi poddaje się. Askar ogłusza go.
Musimy uciekać z hotelu.
Podczas przesłuchania jeńca dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy. Otóż z Askarem staliśmy się najbardziej poszukiwanymi osobami w Znanych Światach. Cóż, zawsze miałem przeczycie, że przy Nim wypłynę, ale że aż tak?
Laura przypomina sobie kolejne obrazy. Wiemy już gdzie znajdziemy laboratorium Leili.
Po dotarciu na miejsce znajdujemy… kompleks. I głos Leili relacjonujący wyniki wielu lat jej pracy.
Otóż znalazła ona sposób na cofnięcie się w czasie i zapobieżenie tragedii. Wykorzystamy do tego Błogosławionego Allawa wyposażonego w specjalny silnik. Według planu mamy polecieć na Stos i cofnąć się o dwadzieścia lat. Zgodnie z informacjami Leili spotkamy wówczas samych siebie i będziemy mogli przekazać ostrzeżenie.
Problemem jest niestety silnik Allawa. Dokładniej – aby urządzenie działało musimy zdobyć cztery kamienie duszy, znajdujące się… w posiadaniu Rycerzy Pająka.
Decyzja zostaje podjęta. Askar, Vasil i Leila idą w przebraniu do siedziby Rycerzy. Ja ubezpieczam ich z granatnikiem atomowym (yes!). Laura siedzi w Allawie i czeka na nasz powrót.
Wszystko idzie niepokojąco dobrze. Askar wyciąga potrzebne kryształy. Już, już mają wracać, kiedy – drogę zastępuje im Azim. A raczej jego Cień.
Krótka rozmowa między nim a Askarem. Układ. Będą walczyć. Wygra Azim – wszyscy giną. Wygra Askar – droga do wyjścia jest wolna.
Rozpoczyna się pojedynek. Wszystko to wiem dzięki połączeniu mentalnemu. Postanawiam wyrównać nieco szanse i otworzyć uwięzionym przyjaciołom drogę ucieczki. Rozpoczynam ostrzał siedziby Rycerzy granatami z materiałem rozszczepialnym.
Walka trwa. Ruchy wojowników umykają wzrokowi. Pierwsza krew dla Askara. Druga – dla Azima. Ostatecznie to Askar okazuje się lepszym szermierzem.
Drużyna ucieka. Rycerze rzeczywiście zostawiają ich w spokoju… Dopiero tuż przy wyjściu trafiają na zorganizowany opór. Przebijają się. Osłaniam ich odwrót ostrzałem z granatnika.
Gubimy pościg i trafiamy na Allawa.
Vasil od razu zaczyna montować kamienie duszy. Kończy następnego dnia. Twierdzi, że wszystko działa.
Ruszamy w kierunku Stosu.
Próbują nas zatrzymać, ale… Klon Leili okazuje się dobrym pilotem a Allaw został nieźle podrasowany.
Stos. W końcu. Udajemy się na podane przez Leilę koordynaty i uruchamiamy silnik…

Ciemność…

Stos, rok 5002

O, kuźwa! Boli mnie głowa… Cholera, jeśli to wszystko prawda… Mazzarin natychmiast musi się dowiedzieć! Pozostali też się budzą z transu. Udajemy się na Allawa. Wrak bierzemy na wiązkę ściągającą. Trzeba szybko wracać na Złote Skrzydło i zastanowić się co z Varią…

The end

DODATKI:
Raport Leili


Komentuj (1)


Link :: 25.08.2005 :: 14:58
12-23 ianuarius 5002

Wyprawa na Skey, część I (Hargard-Khotan-Frost-Wolf's Lament)

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

W ostatniej chwili przed odlotem stary wąż wyciągnął z rękawa ucznia, którego postanowił zabrać ze sobą. Trudno, będzie z nim dzielić kajutę, ilość miejsc mamy ograniczoną a ten pan nie rezerwował biletu wcześniej. Pan "Trzy Pazury" reprezentuje się nie najgorzej, nie bardzo wysoki, ale barczysty. Zapakowaliśmy się i ruszyliśmy ku wrotom. Cztery dni mijały mniej lub bardziej ciekawie... Ale ja nie o tym... Skeyowie skorzystali z zaproszenia szefa i zaczęli trenować w maszynie myślącej zagospodarowanej jako symulator lotu. Hrabia pomyślał, że można by w trakcie lotu sprawdzić, kto z pośród nich faktycznie nadaje się na pilota a kto mniej. Jeden ma bardzo dobre wyniki, drugi dość dobre a trzeci, ten "Starożytny" - uczeń Węża, brak talentów związanych ze sprzętem technicznym nadrabia niezłym refleksem i świetną orientacją Może coś z nich będzie. Reszta nie wybija się, choć nie jest też koszmarna. Ot, średnia. Po drodze do wrót szef naskrobał raporty do wysłania przed skokiem i napisał odlatującemu Hazatowi parę słów o naszym wyjeździe. Dobra, skaczemy! Co jest do cholery? Uch... Co to było? Sama pani hrabina kazała Grunshowi zapytać się szefa czy poczuł coś dziwnego. Sam Grunsh zdaje się niczego nie poczuł. Drugi raz (pierwszy był jak szef z Hazatem robili wykopki na dnie morza) zaczyna nachodzić mnie myśl, że ludzka, czy też wrodzona wszystkim Voroxom ślepota umysłu jest swego rodzaju mechanizmem ochronnym. Szef osobiście wybrał się do hrabiny porozmawiać o tej sytuacji, a potem wybrał się do Białych Smoków. Tamci stwierdzili, że to mógł być rytuał związany z jednym z vuldrockich kultów, którego wyznawcą jest swoją drogą Trzy Pazury. Oczywiście oboje wybrali się w dalszą wędrówkę, do kajuty dwóch pozostałych Skeyów. Tutaj po chwili niezręczności związanych z brakami w znajomości języka vuldrockiego zarówno szefa jak i hrabiny, oraz z daleko posuniętą nieznajomością znanoświatowego zaprezentowaną przez Trzy Pazury dotarto do kompromisu... Pan Trzy Pazury na razie będzie odprawiać swoje rytuały przy skokach, a przy najbliższej okazji porozmawia ze swoim przodkiem czy da się jakoś ograniczyć "emisję" doznań towarzyszących skokom.

Na Khotan emisariusz Siggiego pogadał ze stacjonującą flotą w sprawie dalszej drogi. Przed skokiem rozglądnęliśmy się, co tu właściwie wystawiono. Jak się okazało oprócz okrętów Ryżobrodego, których brakowało nam na Hargardzie odkryliśmy masę min rozstawianych właśnie koło wrót oraz jeden drugorepublikański ciężkich krążownik, najprawdopodobniej zachomikowanych przez Khotańczyków. Kolejny skok, tym razem przygotowaliśmy się na efekty uboczne, co pozwoliło lepiej je wyciszyć... Fiuu, Greolf postawił przy Wrotach solidną osłonę. Kiedy Wąż zaczął mówić o pielgrzymce do grobów przodków dwie fregaty zaczęły odcinać nam drogę do Wrót a dreadnought "Srebrny Lis" przesłał wiadomość - zaproszenie do Azima al-Malika i pozostałych przedstawicieli Cesarstwa oraz wybranych Skeyów na kolację No nie, nie spodziewałem się, że nawet tu szef ma własny fanklub... Ciekawe, jaki numer legitymacji ma Greolf. Na uprzejme przyjęcie zaproszenie (a co mieliśmy zrobić? Rzucić się z korwetą na dwie fregaty przy wrotach mając pancernik ze stadkiem krążowników w okolicach tyłka?) Powiedziano na, że król królów vuldroków Greolf przyśle po nas kiedy uzna za stosowne. Stary numer, kazać czekać po czym kazać lecieć gościom z wywieszonym ozorem kiedy się będą tego najmniej spodziewali... Król Greolf dał nam w swej łaskawości prawie dwanaście godzin. W końcu przyleciał wahadłowiec z białowłosymi załogantami. Greolf ma najwidoczniej słabość do białego - nie dość, że wszystkie okręty przemalował na biało to jeszcze swoim ludziom przemalował włosy... Zapakowaliśmy na skoczka szefa, hrabinę, Grunsha, Herdis i tego Trzy Pazury, którego Wąż wysłał zamiast siebie. Do tego ja i Kreth'u bo najlepiej z chłopaków mówi po vuldrocku. Na miejscu szef zachwiał się przeszywając spojrzeniem i mocą podłogę w korytarzu prowadzącym do windy. Po chwili wszystko wróciło do normy i dotarliśmy do sali tronowej. No, nawet Ryżobrody nie posunął się do tego żeby swój tron postawić powyżej poziomu podłogi dostępnego dla gości. Czworo strażników, wszyscy prezentujący przyzwoity, a jak na ludzi całkiem niezły poziom mocy i Greolf Ponurak owinięty płaszczem psi niczym gronostajem. Jak tak dalej pójdzie płaszcz psi zastąpi wśród ludzkich władyków koronę jako symbol władzy. Podano posiłek, od połowy przerywany żądaniami i pogróżkami Greolfa wobec Cesarstwa (oddajcie nam odwiecznie vuldrockie planety Leminkainen i Gwyneth bo jak nie to powywieszamy i wykastrujemy Leśne Jastrzębie... Ojej). Na deser podano kurgańca z czarnym kręgiem wymalowanym na piersi. Kompetentni mistrzowie małodobrzy otwarli mu żołądek, przybili wnętrzności do sprytnego słupka wysuwanego z podłogi (nie chcę wiedzieć ile razy już zamiatano jelita z tej podłogi - tyle dobrze, że nie posilamy się almalicko-li halańskim zwyczajem na podłodze) i pogonili dookoła. Przy czwartym czy piątym okrążeniu kurganiec zaskowyczał coś po ichniemu. Z kręgu na piersi wyskoczyło coś czarnego i szponiastego i ruszyło w kierunku Króla-wszystkich-vuldroków. Zanim zdążyło się rozpędzić jedna z strażniczek wydobyła monomiecz i jednym cięciem skróciła demona o czubek rogu. Jak zaraz zobaczyliśmy na załączonym obrazku była to dla brzydala rana nie dość, że śmiertelna to jeszcze bardzo bolesna. Zredukowany do formy czarnej mazi demon wlał się z powrotem do kręgu wymalowanego na ciele kurganina który przestał się ruszać i zszedł (dosłownie) do pozycji horyzontalnej. Na pożegnanie Greolf pogroził Cesarstwu jeszcze trochę i posłał nas dalej.

Znowu skaczemy. Kolejna obstawa Wrót, okręty vuldrockie, miny, cesarski kurier szykujący się do odlotu. Kontrola celna odbiera kolejną garść paciorków. Kurier grzecznie pyta czy to aby nie Dar Ikony. Cholera, po to lecimy w głąb vuldrockich światów żeby rozdać kolejne autografy szefa? Ciekawe czy w następnym systemie za zdjęcia szefa wynajmiemy już sojuszników? Następny dzień lotu. Hrabina zaczaiła się na szefa i tak zupełnie z znienacka dała mu prezent. Prezent urodzinowy z dwoma kryształkami z których szef na dzień dobry popsuł jeden. Potem Voroksy zaczaiły się w mesie ze swoim prezentem... Drewniana owieczka z trawką zamiast runahhhahahahahahahaha! Hhahahahaaa! Hahaha! Buchacha... Chacha... Haha... Ha... Aha... A... Konewka? Ale ja mam podlewać tą trawę... Chłopaki dały flaszkę korzeniówki.

Dzień później otrzymaliśmy z okolic planety wiadomość od paladyna Jezusa Javiera cośtam-cośtam Eduardo De Aragon z zaproszeniem na kolację. Tia, mieliśmy 'lecieć na barbarzyńskie światy nietknięte nogą cywilizowanego człowieka'. Podlecieliśmy bliżej planety skąd nawiązaliśmy kontakty z fregatą paladyna. Przywitał nas rycerz Michaił Decados. A jednak pani hrabina się nie rozczaruje. Jak tu ruszają takie wyprawy to z całą pewnością tych planet nie tknęła noga cywilizowanego człowieka. Co najwyżej to cywilizowanego voroxa. Na miejscu zaparkowaliśmy Dar Ikony. Wąż z miejsca wyruszył organizować spotkanie z lokalną, a zarazem główną Radą Starszych ludu Skey. Przy okazji okazało się, że paladyn Jesus dopiero co wrócił z imprezki u lokalnego władyki i teraz będzie odsypiać. Lunch będzie jak się obudzi i oprzytomnieje. Obudził się i oprzytomniał po ładnych kilku godzinach, które wystarczyły Wężowi żeby zadomowić się na dobre na dole - chyba mu obrzydły latające ryby z Madoc... Ciekawe czemu? Przecież są jeszcze całkiem świeże - nawet nie próbują uciekać w trakcie jedzenia. Kolejna zbiórka i kolejna wycieczka na proszony posiłek. Tym razem późny lunch u Hazatów/Decadosów. Łoj. Do tego Wąż prosił, żeby ukulturalniać jego podopiecznego. Trudno, bierzemy go razem z tłumaczem ze sobą Ja, Ara'na, Grunsh, hrabina i szef idziemy oglądnąć niespodziewanych rycerzy poszukujących na Wolf's Lament.

Komentuj (0)


Link :: 25.08.2005 :: 20:29
8 ianuarius 5002

Matka...

Manuel + Varia

BY MANUEL

Dziennik ojca Oktawiana

10:20
Prowadzę z Malachiaszem dyskusję o hierarchii Apostołów. Brat Wojenny ceni oczywiście najbardziej Mantiusa, Lexitiusa i Paulusa, głuchy jest na moje argumenty dotyczące Mayi Hombora i Ven-Lohji. Rozmawia się nam jednak przyjemnie – mój nowy partner poza codziennym treningiem ma czas na lekturę świętych pism, przez co dyskusja zyskuje aurę profesjonalizmu. Dialog przerywa wezwanie przeora.

10:30
Mamy problem. Zasadniczo nic nadzwyczajnego - brat Izydor, wraz ze swoim partnerem, zaginęli kilka dni temu w oddalonych o kilka godzin drogi slumsach. Istotną natomiast sprawą jest fakt, iż poszukiwany jest synem al-malickiego arcybiskupa. Przyjmuję bez słowa zadanie, uzupełnione po chwili niecodzienną informacją – będziemy mieć towarzystwo.
Wyznaczoną osobą okazuje się być najbardziej niecodzienna i nieszablonowa istota jaką spotkałem – lady Varia Silva Juandaasta z Lux Splendor. Robi wrażenie. Na „dzień dobry” - dość luźnym traktowaniem etykiety. Ale nie tylko.

10:50
Przebrani, ruszamy skoczkiem w stronę slumsów. Dyskretnie skanuję naszą towarzyszkę i zamieram. Niezwykle silna psioniczka – to jedno. Cóż, Kościół musi czasem stosować się do zasady mniejszego zła. Druga sprawa – w jej ciele siedzi potężny Cień… jakby zupełnie inna istota. Niezwykle potężna. Nie wiem, czy dałbym jej radę. W każdym razie poruszam tego tematu, ale i nie spuszczam z Varii wzroku.

12:30
Jesteśmy na miejscu. Szybki rekonesans po mieście – wyczuwam niepokojące rzeczy. Dzielnica jest spaczona. Idziemy do rzeźni – spotykam tam leczoną kiedyś przeze mnie dziewczynę. Negatywne wrażenia nasilają się, tak samo jak przy rzeźniku. Opuszczamy dzielnicę.
W jednej z uliczek zaczepia nas grupa agresywnych nastolatków. Tracę zimną krew. Nie wiedzieć czemu, zadaję Varii pytanie po łacinie. Ta, o dziwo, odpowiada z dykcją i akcentem, którego nie powstydziłby się arcybiskup Palamon. Chwila zaskoczenia – w tym momencie widzę że na szyi Varii połyskuje łańcuch Pokutników – a więc nie jest źle: sprawy idą właściwym torem. Oddycham z ulgą.
Ulicznicy nie są dla nas problemem. W jednym zaułku spotykamy natomiast kilku żebraków, z czego jeden jest Splugawiony. Przepytujemy go, nie mam jednak szans na dyskretną eliminację. Odchodzimy więc.

13:10
Wracamy do punktu wyjścia. Odpoczywamy chwilę, po czym po raz pierwszy łączę moc Teurgii z Psioniką… Dzięki temu wiemy gdzie i w jakim stanie znajduje się Izydor. Jego towarzysz niestety już nie żyje. Wisi przybity do ściany w jednym z kanałów burzowych. Szybki rekonesans ujawnia nam miejsce przebywania demonów – znana mi dziewczyna jak i rzeźnik to de facto naprawdę potężne demony. Będzie ciężko.

13:20
Wynajmujemy pokój w hotelu. Korzystanie z naszych umiejętności niezwykle nas wyczerpało. Tylko Malachiasz zdaje się być zupełnie sprawny. Chwała Wszechstwórcy, że się spotkaliśmy. Warto było czekać ponad rok na partnera… Spędzamy kilka chwil na tropieniu szczurów w pościeli i idziemy z Varią spać. Tak, każde do osobnego łóżka.

16:30
Koniec leniuchowania. Kontaktuję się z Placówką – wsparcie kilku helikopterów Bractwa Wojennego zawsze się przyda. Zwłaszcza że zaraz będzie tu gorąco. Varia dzwoni do – proszę proszę! – niejakiego Mazzarina, którego poznałem kilka dni wcześniej. Oddział Derwiszów z moim przyjacielem Alexandrem na czele dołącza do naszych sił Szybka prezentacja, przedstawienie planu i zaczynamy.

20:40
Pierwszym problemem, tuż na początku kanałów, jest para Plugawców. Otwieramy ogień z broni plazmowej – Malachiasz pomaga sobie tym swoim potężnym mieczem. Jeden z demonów obrywa, drugi ucieka kanałem. Gonię go. Błąd.
Monstrum dostrzega iż jestem sam. Widzi też, że się waham. Szarżuje więc na mnie. Siadam na ziemi i wznoszę modlitwy do Wszechstwórcy. Ruch ręką – monstrum pada ze złamanym karkiem. Przyznaję, nigdy w życiu nie udało mi się coś takiego. Aby nie popaść w pychę, spędziłem noc na klęczniku.

Biegniemy. Każę zdjąć ciało mego współbrata i wynieść na zewnątrz. Wpadamy w korytarz – cztery monstra. Krótka modlitwa do Paulusa i nasze pociski wędrują prosto w stronę demonów. Monogranaty dopełniają dzieła.
Wybijamy drzwi do celi Izydora. Zatrzymuje nas krzyk Varii – faktycznie, cała podłoga jest okultystycznie zaminowana. Przyzywam pokutujące dusze i nakazuję im przenieść jeńca. Malachiasz wynosi go do transportera.

Sala ołtarzowa. Dziewczyna, czyli „Matka” i „Syn” już na nas czekają. Rzeźnika niszczę granatem. Z „Matką” będzie ciężej. Unicestwia moich eterycznych pomocników i jest wyraźnie agresywna. Gram ma czas. Usiłuję ją uspokoić. Daje to odwrotny efekt – chwilę walczymy ogniem. Wypowiadam formułki – demon usiłuje mnie przekupić. W końcu zaczyna niszczyć zmagazynowane dusze – czy faktycznie mu się to udaje to temat na dyskusję teologiczną, w każdym razie ja przerywam recytację i ruszam do ataku. Błąd.

Cięcie pejczem powoduje że przytomnieję. Ból jest straszliwy. Proszę o pomoc Mantiusa i Amalteę. Kolejny cios pejcza – dłoń „znikąd” wybija go w powietrze. Czuję na swym ramieniu rękę Czuję spokój… jest mi dobrze. Ostatnim wysiłkiem zmuszam demona do podania swego imienia. Ten po chwili znika, zostawiając dusze. Zbieram je uważnie i chwiejnym krokiem wychodzę.

00:00
Odprawiam nabożeństwo żałobne w intencji pomordowanych przez demona i jego sługi. Varia prosi mnie wcześniej o uwzględnienie jej znajomego, nieżyjącego już Kalinthi. Po mszy żegnamy się. Dziwnie się czuję. Naprawdę fascynująca kobieta - z jednej strony wymagająca opieki, z drugiej – z pewnością nie jest to osoba, która pozwoli sobie pomagać. Szlachcianka, a w slumsach czuła się jak w domu. Operuje łaciną, by po chwili rzucać soczyste przekleństwa, które mogłyby wywołać rumieńce zażenowania u starego Kajdaniarza. Mimo wszystko – naprawdę świetnie nam się współpracowało. A te włosy… Ciekawe zjawisko, ta Varia. Mam nadzieję, iż w przyszłości jeszcze się spotkamy.

4:34
Noc. Budzę się ze świadomością przerwanego snu. Jakieś… wspomnienie? Hezyhaci?

DODATKI:
Raport Varii

Komentuj (0)


Link :: 29.08.2005 :: 01:49
8-14 februarius 5002

The Longest Day (Search for Mr. Kropotkin cz. 5)

Sesja wewnątrztygodniowa

BY ASKAR

8 februarius 5007, Istakhr-Bar

Dziś mija pięć lat... pięć długich, ciężkich, lecz szczęśliwych lat. Lecz dopiero teraz odważam się sięgnąć pamięcią do dnia najtrudniejszego. Dopiero teraz, gdy nastał pokój, gdy Varia śpi obok mnie, gdy mogę wsłuchać się w jej spokojny oddech, jestem w stanie o tych wydarzeniach pomyśleć z względnym spokojem. I spiszę to, jak prosiła Leila. Podobno tworzy szczegółowy dziennik naszych wypraw. Ech, siostrzyczko...

***

Wracamy na Allawa w podłych nastrojach. Co najgorsze, mam ochotę się napić. Varia! Nie... nie dociera to do mnie... Muszę ją jak najszybciej zobaczyć, obudziła się...

Rozmowa z Varią jest szokiem. Wygląda na to, że nasz drogi Giorgij obudził się przed czasem... skupiam wolę, powstrzymuję nerwy, udaję, że niczego się nie domyśliłem, ale na wszelki wypadek pełnię straż. W schowku na szczotki, gdzieżby indziej.

Jakiś czas później Varia odzyskuje kontrolę. Rozmawiamy. Tłumaczę. Z początku nie wierzy, ale później daje się przekonać. Musimy działać szybko, Moebius będzie próbował obezwładnić Gior... Nikitę. Niech będzie. To już nie znaczenia. Udajemy się do mesy na naradę z resztą.

Yabn el zanya! Jak mogłem być tak głupi! Nie zauważyłem, że Nikita znowu przejęła kontrolę! Przekonała nas, żebyśmy poczekali z działaniem do powrotu na Skrzydło, po czym ślicznie nas wrobiła. Siedzimy zamknięci w medlabie Skrzydła, z podejrzeniem... cóż, szaleństwa. A ona ma zamiar lecieć na patrol! O, co to to nie. Leila wpada na pomysł... próbujemy doprowadzić do spotkania Nikity z Ewą. Jeżeli ktoś może rozpoznać różnicę, to właśnie ona. Niestety Nikicie udaje się uniknąć spotkania z Ewą, wzbudza to jednak czujność Cichego. Nie poleci z nią na patrol, będzie za to pilnował ich w zamaskowanym myśliwcu. Choć tyle...

Cudownie, po prostu cudownie! Nikita się urwała. Cichy nie był w stanie zapobiec jej transferowi na hazacką korwetę, która w tym momencie wyrywa ku planecie. Na dodatek Nikita grozi, że każda interwencja zakończy się śmiercią jej, a co za tym idzie Varii... Przynajmniej wypuścili nas z medlabu. Zaczynamy planować, przecież nie zostawimy tak Rudej!

Dostaję mentalną wiadomość od Varii.. Obudziła się na korwecie, nie wie, co się dzieje. Nikita zaproponowała jej układ - w stronę korwety leci okręt z Kamieniem Cienia na pokładzie. Nikita się uwolni, a Varia wróci. Świetnie. Problem w tym, że nie

ufam temu decadoskiemu miboon ani troszeczkę. Proszę Varię, aby nie wykonywała gwałtownych działań, my coś wymyślimy.Czas ucieka. Siedzimy, chodzimy w kółko, krzyczymy na siebie i całą okolicę... Ale w końcu wymyślamy. Plan, jak każdy nasz plan. Niedopracowany, szalony, ryzykowny... Ale to nasza najlepsza szansa. Leila, Moebius i ja łączymy umysły i wkraczamy na pokład korwety. Kryształ Yrian w dłoni, czuję jak śpiewa we mnie moc... Oby wystarczyło.

Pierwszy i drugi atak zostaje odparty, ale za trzecim razem udaje się. Leila ogłusza Nikitę, Moebius załatwia marynarzy na mostku, ja neutralizuję bomby, które Nikita rozmieściła w swojej okolicy. Rozprawiamy się z resztą załogi. Coś niesamowitego... działamy jak jeden umysł i ciało. Mimo całego zgiełku nie potrafię tego nie podziwiać. Okręt jest nasz.

Varia budzi się... jest sobą... Przenosimy ją na Allawa. Powstaje problem... co z Nikitą, rooh fi siteen alf dahya? Chyba jedynym wyjściem jest jej uwolnienie. Tyle, że na naszych warunkach. Odejdzie bez informacji, bez walki. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale jednak najbezpieczniejsze dla Varii. Zgadzamy się.

Zbliża się hazacka fregata... Uwolnienie Nikity ma nastąpić na korwecie. Z naszej strony Varii towarzyszy Laura. Nie jest psioniczką, jest odporna na działanie Kamienia. Zaczyna się ceremonia... Nie, nie potrafię nawet teraz o tym pisać. Ten widok
będzie towarzyszył moim koszmarom przez więcej, niż tysiąc i jedną noc...

Varia jest wolna. To się liczy. Odlatujemy. Znajdziemy Cię później, yebnen kelt. Niedługo...

Wracamy na Skrzydło. Odpoczywamy. Relaksujemy się. Staczam pojedynek z Moebiusem. W klatce. Cóż, obija mi gębę. Bywa, nie mam zamiaru chować urazy. Za wiele mu zawdzięczam. Mijają kolejne dni. W końcu otwierają się wrota.

Vlad...

***

Krótkie to. Nieskładne. Ale jednak nie potrafię... Nieważne. Leila wyciągnie z tego, co trzeba.
Słyszę płacz... Faris się obudził. Idę do ciebie, synu.

Komentuj (0)


Link :: 29.08.2005 :: 11:38
17 decembris 5001

Lady Torreblanca i demon cz. 1

Sesja Drejkowa

BY ALEXANDER

Wracam ze ślubu Manuela. Varia wydawała się szczęśliwa... To ciekawe jak Manuel zmienił się pod jej wpływem... Pamiętam czasy przed ich poznaniem... Wtedy na Byzantium... Tuż po moim awansie... Inny człowiek... Czasem wydawał się obłąkany, opętany przez jakąś istotę pragnącą zaszczytów... Czasem gdy, ów złośliwy byt dawał mu odetchnąć stawał się innym spokojniejszym i bardziej zrównoważonym.. Nieważne, każdy ma przecież swoje demony z którymi musi walczyć… Spotkanie z Varią i późniejsze wydarzenia pozwoliły mu zapanować nad nimi… Ale wcześniej…

Wcześniej… Tak… Pamiętam…

Oblewaliśmy mój awans… I przygotowanie do wyprawy… Manuel, AnnaMaria, Malachiasz, ja, Komodor i jeszcze jeden Hawkwood. Wszystko było dobrze… Jednak gdy wyszliśmy rozpętało się piekło… Grupa uzbrojonych najemników wzięła sobie za punkt honoru zlikwidować AnneMarie… Głupki nadziali się na lepszych od siebie… Na nas… Minęło tyle czasu ile potrzebuje wprawna Kurtyzana na rozpięcie hazackiego munduru i oni leżeli martwi a ja wzywałem kornera by posprzątał ciała. Okazało się że dowodzący nimi to emerytowany stygmacki oficer, zdaniem Antonio jeden z tych fanatycznie oddanych ówczesnej minister Lucindzie… Tylko czemu polował na AnneMarie…
Po chwili przybył skoczek pełen dzielnych hazackich półmózgów z ichniejszej ambasady… Szczerzyli groźnie kły do mojej ekipy która właśnie zajmowała się badaniem miejsca zbrodni… Napinali wyhodowane na sterydach mięśnie i robili najgorsza rzecz jaką mogli… zadeptywali ślady… Ale cóż… mówi się że hazaccy żołnierze mają jeden mózg na drużynę… I nie zawsze ma go dowódca… Co innego ich kobiety… Ehhh….. Ale o czym to ja… Tak… Manuel…

Manuel i ja uzgodniliśmy, że wracamy do siebie i wykorzystujemy swoje kontakty do zbadania sprawy. Tak więc jak tylko wróciłem rozpocząłem grzebanie w Cesarskich Aktach dotyczące hazackiego emeryta… Okazało się, że rzeczywiście wrócił ze Stygmatu i że był tam bliskim współpracownikiem minister Lucindy… Cała sprawa jednak śmierdziała mi już wtedy…

Wczesnym rankiem zadzwonili do mnie chłopcy, którzy zrobili kocioł w domu emeryta… Okazało się, że przyszła do niego jakaś hazacka laselencja, ponoć emerycki grzejniczek (ach to kajdaniarskie słownictwo w kohorcie trudno go nie podłapać), odebrać jakiś naszyjnik który ponoć zgubiła w domu denata… Zadzwoniłem po Manuela… Załatwiłem mu oznaczenia kapelana z Kohorty i pojechaliśmy. Samo dziewczę było zielone jak szczypiorek na wiosnę, ale jej naszyjnik okazał się sporo ciekawszy… Standardowe w tym wypadku badanie okultystyczne wykazało, że zaklęto w niego demona który miał podszeptywać emerytowi dalsze kroki… Z przesłuchania wyszło nam, że kilka tygodni wcześniej zniknął, po czym pojawił się znowu jakby nigdy nic. Jak to powiedział Manuel „Śmierdzi mi tu antynomią” Tylko czemu ktoś wykorzystuje takie drastyczne środki przeciw AnnieMarii… Cóż… usiłowałem z nią porozmawiać na ten temat ale mówiła że ma ważniejsze sprawy na głowie…Pamiętam, że dopiero na parapetówie…

Tak Manuelu… Powodzenia arcybiskupie… W twoim obecnym stanie będzie Ci ono bardzo potrzebne…


Komentuj (3)


Link :: 29.08.2005 :: 19:06
23,24 ianuarius 5002

Wyprawa na Skey, część II (Wolf's Lament)

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

Obiadek na rycerzowoposzukującej fregacie wypada spokojnie. Nikt nikogo nie próbuje otruć, zabić ani wplatać w polityczne afery. Gospodarze odlecieli z Sargasso trzy tygodnie temu, później zwiedzali znajdujący się po drodze na Wolf's Lament Eridol. Dalej będą lecieć na Fingisvold razem z konwojem od lokalnych Rekgold.
Po spożyciu posiłku i wypaleniu cygar wracamy na Dar Ikony. Pani hrabina zaprasza do siebie Trzy Pazury, pisemnie, podczas gdy szef przegląda materiały zebrane przez paladyna Jesusa Javiera Eduardo De Aragon na Eridol. Kilka godzin później odzywa się z planety nasz własny Wąż ostrzegając, że zebranie Rady Starszych może zająć kilka dni, a w między czasie możemy odwiedzić Górę, lokalne święte miejsce, poznając kulturę i historię Skeyów. Zaraz po wiadomości od Węża do Daru Ikony zbliża się skoczek Skeyów. Anonimowy pasażer prosi o spotkanie. Dokładniej mówiąc prosi o spotkanie z hrabiną. Po konsultacji z hrabiną szef udziela zgody na cumowanie i wygospodarowuje mesę jako salę audiencyjną. Ze skoczka wychodzą cztery kobiety w szatach w kolorze płomieni niosące zgrabny baldachim osłaniający piątą postać, chyba również kobietę sądząc po sylwetce. Państwo przyjmują ich w zaimprowizowanej sali audiencyjnej (trzeba było odkręcić stół a postawić jakiś tron, choć może lepiej nie - i tam my musielibyśmy to robić). Jedna z kobiet od trzymania baldachimu przekazała swój słupek drugiej i podeszła do hrabina wyciągając w rękach klejnot oprawiony w srebrny metal. Zarówno hrabina jak i szef zdali się rozpoznawać kamień. Hrabina dotknęła kamienia sprawiając, że zaczął świecić słabym blaskiem. Trzymająca kamień zareagowała szybkim przejściem do pozycji klęczącej. Kobieta za baldachimem upewniała się w ten sposób czy hrabina jest skeyową starożytną królową. Po pozytywnym wyniku tego testu zaczęła dopytywać się o swoją dalszą rolę w przyszłości. W końcu uzyskano porozumienie - kobieta miała wrócić na dół i rozpocząć mobilizacje sił dla Aidy/Mariny.
Następnym krokiem był kontakt z Wężem i pytanie o optymalny czas wycieczki do Góry. Okazało się, że najlepiej będzie wybrać się za około 6 godzin. Dla odmiany Trzy Pazury poprosił o możliwość odwiedzenie lokalnego obozu szkoleniowego Skeyów znajdującego się najbliżej świętego przybytku. W końcu wysłaliśmy całą czwórkę (Szef, hrabina, Grunsh i Trzy Pazury) wynajętym skoczkiem Skeyów na dwie godziny przed wyznaczonym przez Węża czasem. W końcu młodzieniec musi się wyszaleć na strzelnicy.

Tamci na dole, my na górze mamy trochę czasu i spokoju. Może coś... Poczytamy?
(około trzy godziny później)
Cholera! Alarmowy sygnał od szefa! A oni bez wsparcia i ochrony! Szlag by to trafił! Panowie, zbiórka! Na dole coś się dzieje! Konował dostaje informację o konieczności przeprowadzenia chirurgicznego usunięcia obcego ciała z żołądka hrabiny! Teraz możemy żałować, że nie lecimy Różą Pustyni - siedzielibyśmy na lądowisku a nie na orbicie! Drugi przekaz... Lekarz, operacja zawieszona, jeżeli trzeba będzie wyciągać coś z żołądka to Wężowi a nie hrabinie. Czekamy na dalsze sygnały... Baenth! Do sterówki, może trzeba będzie pośpiesznie lądować i zgarniać ich z planety! Ruszać się, ruszać!

DODATKI:
Opowieść Trzech Pazurów

Komentuj (1)


Link :: 31.08.2005 :: 21:13
17,18 decembris 5001

Lady Torreblanca i demon cz. 2

Sesja Drejkowa

BY MANUEL

Od: Oktawian
Do: Klaus Daupree, wiceprefekt 2. Archiwum Zakonu Kalinthi

Przyjacielu!

To mój ostatni list przed odlotem na Rimpoche. Jeden Wszechstwórca wie, czy wrócę z tej wyprawy, ale jestem dobrej myśli. Wszak najwyższą cnotą ogłoszoną przez Proroka jest poszukiwanie. Czas spędzam na medytacjach i modlitwach... do czasu.
W ostatnim raporcie opisałem Ci wydarzenia, w których uczestniczyłem wraz z mymi kompanionami. Alexander awansowany na Paladyna, zamach na lady Torreblancę, śledztwo, demon… teraz chcieliśmy to zamknąć. Nowe światy czekają na Płomień…

Demony. Demony. Moi znajomi powzięli chyba decyzje o zostaniu egzorcystami. Ostatnio nie poruszamy chyba innych tematów. Nawet ten pocieszny komodor zadzwonił w pewnym momencie, żebym sprawdził jednego z tych hazackich żołnierzy – który notabene popełnił samobójstwo.
Trzeba przyznać że nasz pan oficer flagowy miał nosa – Hazat był naznaczony Antynomią. Już nawet miałem sprawą się zająć – lecz Alexander namierzył demona swymi mocami, toteż nie pozostało mi nic innego jak ostatecznie rozwiązać tę kwestię.

Slumsy, opuszczony budynek. Grupa żołnierzy Bractwa z dwoma Kalinthi, komodorem floty i Paladynem na czele nie jest tu częstym widokiem. Kilka chwil i blok jest nasz. Bieg do piwnic – wyczuwam złą aurę. Niestety, modlitwy nic nie dają. Pustka. Tak jakby demon przestraszył się, względnie czekał na atak. Kazałem wymontować antynomiczne kręgi i zawieźć do Laboratorium – niech chłopcy się tym zajmą.
Wracamy na górę i przepytujemy ochronę – właścicielem jest decadoski baronet, urządzający sobie w tym miejscu plugawe orgie z – wspomóż Wszechstwórco – hierarchami Kościoła. Rozgościliśmy się jednak w tym – wcale przytulnym – miejscu, baronet przybył na sygnał ochrony. Nie muszę chyba mówić w jakąż irytację wpadł, gdy ujrzał nas pałaszujących jego najlepsze smakołyki. No, ale jak mawia brat Eutanazy – cóż to za dzieło, czynione o pustym brzuchu? Decados zaczął nas straszyć, wymachiwał glejtami (fałszywymi, jak niestety się później dowiedzieliśmy), generalnie zaczął nas jednak nużyć.

Aresztowaliśmy baroneta i wsiedliśmy do skoczka. Czułem że coś się wydarzy... ach, należało pyszałka postawić pod ścianą i rozstrzelać! Lecieliśmy, gdy nagle Decados przywołał... demona. Potężnego. Niezwykle potężnego. Egzorcyzmy nie zrobiły na nim wrażenia, nie dane było mu też posmakować bicza Wszechstwórcy. Natomiast jednym gestem pozbawił baroneta jego podłego życia, i zaczął iść w stronę komodora...
Dalsze wydarzenia wydają mi się mgnieniem oka. Krzyk Alexandra „To Ur! Kosiarz!”, Antonio wypadający ze skoczka... i moje Relampago. Wyrzutnia rakiet przeciwpancernych, hazackie dzieło sztuki wojennej. Tak, to samo, w instrukcji obsługi którego widnieje wyraźne ostrzeżenie – „Nie stosować w zamkniętych pomieszczeniach”...

Cóż warta jest śmierć w walce, jeżeli nie pociągnie się ze sobą swego przeciwnika?

Mantius czuwał nade mną – pocisk uderzył potwora i wysadził tył skoczka. Bestię wyrzuciło na zewnątrz. Część pasażerów, niestety, również. Wybuch uszkodził też układ sterowania, i parę innych elementów... słowem – pozostało nam czekać na upadek...

Teraz trwało to długo. Jakby każda sekunda zapragnęła nagle stać się godziną.

I wreszcie – wylądowaliśmy. Choć może to słowo nie przedstawia dobrze naszego stanu. Skoczek zniszczony, większość pasażerów ranna lub martwa. Aleksander i ja na szczęście tylko potłuczeni, Malachiasz ze zwichniętą ręką. I Antonio... który w ostatniej chwili wolał poświęcić życie niż dostać się w łapy potwora. Pogrążyłem się w modlitwie. Długiej... w takich momentach człowiek chce zapomnieć o wszystkim. Niestety, rzadko się to udaje...

Aż nagle raport cesarskich! Jest! Odnalazł się! Potłuczony ale żywy! Jak on to zrobił?! Nieistotne! Pochwalone niech będzie imię Wszechstwórcy!

Każdego z nas czekała wizyta w szpitalu. Antonio spędzi tam kilkanaście dni - toteż zawiesiliśmy śledztwo na czas nieokreślony. Mamy teraz inne sprawy na głowie – zostałem mianowany reprezentantem mego rodu na następnej wyprawie. Skończyłem się pakować, poznałem się też z członkami mojej świty – dzięki niech będą księżnej Fativie za jej modlitwę i kardynalskie błogosławieństwo.

Niestety – jak sam wiesz, służba w Kalinthi to nie hawkwoodzkie pączki u cioci. Wróciłem właśnie z misji ratunkowej – brat Izydor wraz z towarzyszem zaginęli w akcji. Będziemy musieli zrewidować chyba wypuszczanie bez kontroli nowicjuszy. W każdym razie Izydora udało mi się uratować… jego towarzysza już nie.

Poznałem natomiast zadziwiającą osobę. Modlę się do Wszechstwórcy abym mógł Cię z nią kiedyś poznać. Wyśmienita psioniczka, niezwykle mi pomogła. Nazywa się Varia Silva Juandaasta i należy do Lux Splendor.
Jeżeli nie wrócę z wyprawy… postaraj się aby załączony do tego listu przedmiot dotarł do niej. Wiem że znajdziesz sposób.

Niech Amaltea czuwa nad Tobą
Oktawian




Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń