Menu :


Link :: 05.08.2008 :: 12:33
V 4988

W jądrze ciemności cz. 1

Vega et consortes

by  VINCENTE VEGA

Tetyda 4988

Historię chcecie, dziatki? Z czasów, zanim poznałem Dona Alejandro? Nie da rady, widziałem go dwa dni po jego narodzinach. I miałem wtedy niecałe cztery lata. Ale dobrze, opowiem wam coś z czasów dawnych, gdy walczyłem na Tetydzie. Pięć lat przed koronacją Aleksiusa, w 4988. Co więcej, kiedyś zaprzysięgłem milczenie w tej sprawie… ale na lat pięćdziesiąt, nie dożywotnio, a okres ów niedawno upłynął. Tedym rozgrzeszony. Będą w tej historii kobiety, wojna, krew i wino… a i morał, a jakże. 

Zaczęło się… cóż, cała historia zaczęła się półtora miesiąca wcześniej. Przypadki rządzą światem – i, pardą, jak patrzę co się dzieje, wolę wierzyć że to przypadki a nie przeznaczenie. Na początku tedy, po kolejnym szturmie na hawkwoodzkie okopy, znalazłem się ranny w szpitalu. Przyczynił się do tego delikwent w zbroi wspomaganej, który nafaszerował mnie odłamkami, oraz – jak mi powiedziano – obsługa pepanca, która nie dała mu dokończyć dzieła. 
W dalszym szturmie na Coddington nie wziąłem już udziału… może i lepiej, ostro tam Kostucha potańczyła, wielu szlachciców prosząc. Zamiast tego spędziłem cztery tygodnie w szpitalu… a piąty na zasłużonym urlopie. 
Był to niezwykle miły tydzień zapomnienia w miasteczku zwanym wprawdzie Glentorran, jednak na wskroś Lihalańskim. Przeszło w nasze ręce dość dawno i szybko, bez walk, a teraz oferowało urlopowanym oficerom wygodne pawilony, wdzięczne towarzystwo gejsz, wino, muzykę… i, jakom rzekł, chwile zapomnienia. Znalazłem tam wyborna kompanię do śpiewu a wypitki… a po dniach dwóch poznałem Isaurę. Niewiele starszą ode mnie kapitan zaopatrzenia, która zwróciła łaskawe oko na moją gładkość, uszko zasię na nieodłączną mandolinę… a potem było nam dane poznać wzajem inne przymioty, jakie Wszechstwórca dał mężowi dla przyjemności niewiasty i na odwrót, a zawistni kapłani herezją popełniają, powiadając je grzesznymi… 
Dlaczego o tym wspominam? Nie tylko by uświadomić wam że ten stary pryk był kiedyś młody a gładki… i obyście mojego wieku dożyli, miast kończyć młodo z kulą czy ostrzem w piersi. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Dość że po pięciu dniach przyszło się rozstać. Po pożegnaniu, które uczyniło owe rozstanie jeszcze cięższym, znalazłem się na pokładzie skoczka zmierzającego do Dalaron, gdzie znajdował się mój nowy przydział. Jakby się kto pytał, pluton C kompanii Carlos 42 pułku legionu Stalowego Pazura, jednego z sześciu naówczas tej nazwy. 

Miasteczko, w którym ów legion stacjonował, nie było bazą jakiej możnaby się spodziewać. Wiecie, drut kolczasty, wieżyczki, baraki z blachy falistej – nie, tutaj bazą było całe miasteczko. Co ciekawiej, od wieków należało ono do rodziny hazackiej, a aktualny baron, pan tych ziem, otrzymał – żeby sprawy nie komplikować – tytuł gubernatora prowincji i nieźle się dogadywał z ówczesnym naszym legatem.
Samo Dalaron powitało mnie ostrym słońcem i wilgotnym gorącem, znacznie większym niż należało się spodziewać w tym rejonie. Tutaj dygresja się należy. Jak ktoś popatrzy na globus Tetydy – czterdziesty pierwszy równoleżnik, klimat umiarkowany, a tu ni z gruszki, ni z pietruszki, buch: dżungla. Całkiem spora, dodajmy, trzysta mil na wskroś. Wiedzcie, że niecałe pięć wieków wcześniej wcale jej nie było. Znajdowały się tam natomiast włości pewnego hrabiego lihalańskiego. A hrabia, jak to w tym rodzie czasem bywa, lubił ponoć eksperymentować, istoty różnorakie przyzwać, sługi nie z tego świata werbować… aż, powiadają, coś mu nie wyszło. Nie wiadomo, do którego Quillipothu zajrzał i co stamtąd wylazło, a on sam nie opowie… dość że w przeciągu, żebym nie skłamał, czterech – pięciu miesięcy wokół jego stolicy wyrosła dżungla jak się patrzy, klimat się zmienił… O hrabim nikt więcej nie słyszał, dżungla zasię stała się… cóż, elementem lokalnego folkloru, schronieniem różnej maści wyrzutków, tudzież źródłem wielu surowców.  
A co zrobiłem ja, po wylądowaniu? Szczawiem już nie byłem, nie popełniłem błędu dekując się w pierwszym lepszym hotelu, zamiast tego udałem się do komendantury… legionu? A skąd! Zakarbujcie sobie dobrze, przyszli oficerowie, może i chwalisz się legionem, do którego należysz, ale co do papierków najważniejszy jest szczebel pułku. Po zaledwie dwóch godzinach jeżdżenia taksówkami i użerania się z biurwami z administracji (a nie ma nic gorszego od biurwy wyższej stopniem) stanąłem tedy przed ojcowskim obliczem pułkownika Jago Fereiry.
Tak, widzę, słyszeliście o nim. Niechby który spróbował nie wiedzieć… Zresztą, uprzedzając fakty, w dwa lata został legatem. W każdym razie, stanąłem przed nim spietrany jak szczaw, a nie bądź co bądź weteran dwóch kampanii. Owszem, robił wrażenie. To nie był majestat, jaki widywało się u legatów a generałów wysokiego rodu, to było wrażenie prostej, żołnierskiej siły i surowości. Natomiast przyjął mnie wcale uprzejmie, oficjalnie przekazał pluton we władanie, obiecał zrobić inspekcję za dwa dni. Wychyliwszy z nim kielich brandy i wypaliwszy cygaro, pożegnany przyjacielskim łupnięciem w plecy, odebrałem z sekretariatu papiery i odmeldowałem się.

Pół godziny i stałem przed sporą willą, gdzie stacjonował mój oddział. Czytając po drodze papiery dowiedziałem się, iż pluton ów od ponad dwóch tygodni nie miał dowódcy, odkąd mojego poprzednika odstrzelono na patrolu, mogłem się tedy spodziewać pewnego rozprzężenia. Brakowało też jednego z sierżantów, który miał przybyć wraz ze mną.
Tak, brak wartownika przy bramie i przekrzywiona tablica głosząca PLUTON C III KĄPANII 42 PÓŁKU stanowiły dla mnie ostrzeżenie… W przedsionku spotkałem pierwszych żołnierzy… dwóch sierżantów i kaprala – wartownika. Jeden z sierżantów był, o dziwo, trzeźwy i regulaminowo ubrany. Moje nadzieje co do plutonu rozwiał jednak jego zapakowany plecak – on też przybył snadź niedawno, ledwo zdążył opieprzyć wartownika i rozbić mu na łbie dzban z winem.
Tak to poznałem Verdurgo oraz Sanchez y Martineza, dwóch z moich sierżantów. Od tego drugiego tez woniało, lecz był całkiem na chodzie. Po obejrzeniu rozkazów obaj spokornieli i wreszcie przyjęli postawę zasadniczą. Tak, miałem ochotę wsadzić obu pijaków do karceru, ale nie od razu. Najpierw chciałem obejrzeć oddział.
Gdybym chciał być konsekwentny, należało zapakować do ancla cały pluton. Po otwieraniu kolejnych drzwi do kwater scenariusz był wszędzie identyczny – uderzenie skisłego powietrza, przesyconego potem, przetrawionym winem, pawiem i demony wiedzą czym jeszcze, jęki i mamrotanie tudzież klątwy zwlekających się z posłań żołnierzy płci obojga, potem donośne „baczność kurwa mać” sierżanta, pozostające przeważnie bez odzewu. Nie muszę chyba dodawać, że między pryczami walała się broń, puste butelki, części ubrania i oporządzenia… w tym momencie kapeńkę zawrzałem, alem się powstrzymał. Obejrzałem jeszcze najwyższe piętro willi, gdzie znajdowały się pokoje sierżantów oraz dowódcy (w tym ostatnim, cudem chyba, snadź nikt nie pił, nie rzygał ani nie chędożył), po czym kazałem Verdurgo, czyli temu trzeźwemu, zamknąć wartownika w karcerze. Zszedłem na dół… i tu się miarka przebrała, karcer bowiem zajmowała rozłożysta kadź zacierna i destylator…

Co zrobiłem, pytacie? Co mogłem zrobić? Teoretycznie – wrócić do Fereiry, zdać raport i zażądać nowego przydziału. Tak, w myśl regulaminu mogłem to zrobić. Jeno jasnym było, że pułkownik doskonale o kondycji plutonu wiedział… i chciał zobaczyć, jak poradzi sobie nowy porucznik.
Pamiętajcie dziatki, to tak samo jak proces… cokolwiek zrobisz, rób zgodnie z regulaminem i myśl przy tym. I wykorzystuj sytuację i okoliczności. Na początek tedy anulowałem wszystkie przepustki. A potem…
Nie musiałem się nad nimi wyżywać, wystarczył kac jaki mieli. Ja tylko kazałem sierżantom zarządzić zbiórkę plutonu, w pełnym oporządzeniu. Trwało to dobre pół godziny, zanim pozwlekali się z wyrek, odziali, obuli i pobrali sprzęt. Czekałem spokojnie przy stoliku w cieniu drzewa, wertując papiery osobowe i słuchając jednym uchem, jak Verdurgo rozstawia ich z rodzinami pospołu. W plutonie, co mnie specjalnie nie zdziwiło, były niejako trzy grupy, mniej więcej po równo: weterani, którzy służyli w nim od dawna, żołnierze przydzieleni z innych, rozparcelowanych jednostek tudzież świeżaki z poboru. Ci drudzy najbardziej odpowiadali za ogólne rozprzężenie plutonu, przy przyklasku gówniarzy. 
Pytacie o tego sierżanta? Cóż, kawaler Estancia, świeżo nobilitowany, lat ponad czterdziestu, ćwierć wieku służby. Twardziel, służbista, żołnierz dobry. I, co przy wszystkim bardzo dziwiło i raziło, wazeliniarz pierwszej wody.
Wystąpiłem przed front plutonu, przedstawiłem się, choć sierżant uczynił to już za mnie ze dwa razy. Oświadczyłem, że puszczam w niepamięć dotychczasowe uchybienia, aż do chwili niniejszej. Popatrzyłem na podkrążone oczy, zamglone kacem spojrzenia. Na palące wesoło z bezchmurnego nieba słoneczko. A potem zarządziłem wymarsz.
Niedługi, dwanaście mil w obie strony. Prowadziłem szyk wraz z Sanchez y Martinezem (to tak gwoli wyróżnienia, Sanchezów w plutonie było czworo i żadna rodzina), z tyłu Verdurgo poganiał spóźnione owieczki. 
Pamiętajcie, dziatki, nawet jak się zdenerwujecie to macie to robić podle regulaminu. Jak ja wówczas. Nie ubiegliśmy pół mili, a usłyszałem pierwszy rzyg. Po dwóch milach ubyło pięciu żołnierzy, którzy po prostu padli na poboczu, jęcząc i skręcając się. Dwie kolejne i została nas połowa. Śmiało, naprzód, jedna trzecia drogi za nami! Do półmetka dobiegło łącznie ze mną siedmioro – z czterdziestu. Potem jęliśmy wracać w tempie bardziej spacerowym, zgarniając po drodze padłych żołnierzy.  
Długo, oj, bardzo długo trwał powrót i ponowne ustawienie plutonu w jako – takim dwuszeregu. Poinformowałem towarzystwo o spodziewanej inspekcji…

- Nie chciałbym się przez was najeść wstydu przed panem pułkownikiem Fereirą. Powiem więcej, to wy nie chcielibyście, bym się najadł wstydu…  

A skoro słowo się rzekło, jednostkę należało przygotować, tedy zarządziłem sprzątanie kwater. Ignorując jęki i kurwowanie (i tu sukces – kurwowanie bezosobowe, nikt nie ważył się zaadresować do mnie) popatrzyłem przez chwilę, następnie wyciągnąłem jednego z mniej skacowanych i bardziej rozgarniętych świeżaków – potrzebowałem wszak ordynansa. Gdy pucował pokój na poddaszu willi, kazałem sobie przywieźć obiad z miasta i zajrzałem jeszcze do zbrojowni. Tu było chyba najlepiej – prawda, większość przestrzeni zajmowały butelki bimbru, ale może właśnie dzięki aparaturze za ścianą nie przehandlowali uzbrojenia na wódkę. Wprawdzie zamiast dwóch erkaemów i tyluż granatników mieliśmy po jednym, ale takie braki były częste w tyłowych jednostkach. Jednak braki brakami, ale inspekcja inspekcją - jutro czekała mnie rozmowa z zaopatrzeniowcami.
Sierżant Verdurgo zdążył się już zaopiekować źródełkiem żywej wody, zawarł w karcerze całą aparaturę i zatrzymał klucz. Co? Czy kazałem wylać? Tyś chyba z rozumu obrany, synku… Kija już żołnierze posmakowali, byłbym głupcem pozbawiając się wysokoprocentowej marchewki.


Sprzątali aż do zmroku, potem zjedliśmy kolację. Na szczęście przywieziono ją z kwatermistrzostwa, kucharz plutonu w aktualnym stanie przypaliłby nawet wodę na herbatę. Patrząc z jakim wysiłkiem jedzą trzęsącymi się rękami, czułem że tej nocy będzie spokój. Że nawet nie obecność dowódcy i sierżanta służbisty, ale zwykłe zmęczenie pchnie ich w wyrka i każe spać snem kamiennym. Myliłem się…
Wszystko przez moje zamiłowanie do muzyki a śpiewu… Gdy dobrze po zmierzchu usadowiłem się na tarasie z mandoliną, by z wprawy nie wyjść, pół godziny nie minęło a ujrzałem kilka cieni przemykających od wartowni do budynku, usłyszałem stłumione ponaglania, śmiech niewieści… Westchnąłem głęboko a plugawie, przypasałem pistolet, zszedłem na dół, dosłownie o minutę wyprzedzając sierżanta Verdurgo. A na dole, w tak zwanej jadalni… Sierżant Sanchez y Martinez, który najwyraźniej był prowodyrem, dwóch kaprali, którzy co prędzej czmychnęli, cztery panny sprzedajne, butelki z bimbrem… tak, zatem co sierżant ma na swoje usprawiedliwienie? Ano, dziewki już zapłacone, żal dać pieniądzom przepaść… coś jeszcze? Nie, nic… poruczniku, bądź pan człowiekiem… jak mówiłem, dziewczyny zapłacone, jedna będzie dla porucznika.
Wiecie, dziatki, pluton to nie człowiek, to tłum. Pobłażając jednemu, pokażesz reszcie swoją słabość. Gdy darowałem im dotychczasowe przewiny, wiedziałem że więcej nie mogę ustąpić. A dziewki, których wdziękami przekupić chciał? Żebyście je widzieli… synku, stracić ptaszka w walce to wstyd, ale od trypra – jeszcze większy. A przede wszystkim, łamał regulamin, po pierwsze chlejąc na służbie, po drugie wpuszczając cywili na teren jednostki. 
- Sierżancie, zarządźcie zbiórkę plutonu na podworcu.
Kara musiała być, to oczywiste. Co mogłem mu zrobić? W tym momencie – wiele. Nawet strzelić mu w łeb na miejscu – cała planeta była wszak uznana za TDW. Mogłem wypieprzyć z plutonu i podać pod sąd wojenny. Wlepić dwa tygodnie szorowania kibli. Albo coś innego…

Karę, dziatki, trzeba odpowiednio celebrować. Sierżant Vasquez otrzymała polecenie pilnowania skutego Sancheza, Verdurgo zasię z pomocą dwóch żołnierzy przygotował to, co mu kazałem. Przywlekli z zagajnika w ogrodzie na główny plac bezgłową kamienną nimfę, zamocowali wokół utrąconej szyi łańcuchy. Cały pluton, z nagła wybudzony i postawiony w szeregu, przyglądał się czynnościom. Głupi nie byli, dobrze poznali że kazałem przygotować kozioł do chłosty. Nie wiedzieli jednak dla kogo jest on przeznaczony. Pozwoliłem im na chwile niepewności i strachu, potem przyprowadzili Sancheza. Zobaczył i – widziałem to – w sekundzie rezon i zuchwalstwo spłynęły mu z oblicza. 

- Regulamin wojskowy stanowi powinność, której wszyscy się poddajemy. Nie jest to rzecz, która zmienia się na co dzień. Ten żołnierz ów regulamin złamał. Gdyby regulamin był pisany przez sierżanta Sancheza, zapewne pijaństwo na służbie i dopuszczenie do wtargnięcia cywili na teren jednostki byłyby zasługą. Jednak, to nie kapral Sanchez, a pokolenia dowódców ustanowiły regulamin. W związku z tym, za wymienione wykroczenia, jako dowódca plutonu skazuję kaprala Sanchez y Martineza na trzy tuziny uderzeń batem.

Zapytałem ponownie, czy ma coś do dodania. Zacisnął zęby, pokręcił głową. Przywiązali go do statuy, w ciemności zaśpiewał bicz. Kata też trzeba wybrać z rozmysłem, chociaż tu uchybiłem… wybrałem kaprala Calvo, któren najwyraźniej się z owym sierżantem nie lubił. Jednak, jak się okazało, władał batem dobrze, jakby chciał, w trzy tuziny uderzeń mógłby go obedrzeć do gołych żeber. A tak za trzecim dopiero uderzeniem wytoczył krew, skazaniec wył i rzucał się, więzy trzymały, w połowie egzekucji usłyszałem trzask pękających, zaciśniętych zębów, dureń odmówił skórzanego gryzaka… Przy trzydziestym omdlał, jednak kazałem dokończyć. Odwiązali go, powlekli do kwater, opatrzyli… cóż, jak umieli, kolejnym z braków w jednostce był felczer polowy.  

O szóstej nad ranem pluton, niemal w komplecie i w pełnym oporządzeniu, zjawił się na zbiórce. Różnica w porównaniu z dniem poprzednim była kolosalna… Trening, wspólne śniadanie, przywiezione przez kwatermistrzostwo i wcale sprawnie przyrządzone przez trzeźwych dyżurnych. Całe przedpołudnie ćwiczeń, w szczegóły wchodził nie będę, znacie je dobrze… po obiedzie wrócili do porządkowania willi i przyległego ogrodu, Verdurgo zagonił naszego pisarza do poprawienia tablicy, ja zasię chwyciłem za telefon. Łączyć z kwatermistrzostwem… Tak, szykowałem się na długa a męczącą batalię, a może i na wyjazd, gdyby wypadło wykłócać się osobiście… pamiętacie, brakowało erkaemu i granatnika. A wydębić jakikolwiek sprzęt dla BPLP… nie wiesz, co to oznacza? To doczytaj… jako rzekłem, łatwiej było wyrwać żarcie głodnemu psu. Westchnąłem tedy głęboko, kazałem łączyć. Z kwatermistrzostwem. Potem z działem sprzętu. Potem ze zbrojownią. W końcu usłyszałem, że pani kapitan odbierze. Pięknie. Już wyobraziłem sobie wielką, tłustą, wąsatą biurwę, mszczącą się na całym świecie za swój wygląd i kompleksy. Policzyłem do dziesięciu, westchnąłem po raz kolejny, przedstawiłem się. Po drugiej stronie usłyszałem…

-Vincente, to ty?

…słodki, aksamitny, wdzięczny głos Isaury! Musiała zapytać ponownie, gdyż zaniemówiłem na chwilę… po długich powitaniach, wymianie przeżyć z ostatnich dni kilku, zapytała czego mi potrzeba… nie, durniu, „erkaemu i granatnika” wymieniłem dopiero na końcu. Co odpowiedziałem zrazu – domyśl się sam, niech ci nie będzie za łatwo.
Rozsądek wojskowy nakazywał zaproponować spotkanie dopiero na dzień następny, po inspekcji… Ale człek był młody, pewny siebie, a pięknym kobietom zgoła nieoporny. Wiedziałem tedy, że muszę dokonać dwóch rzeczy: wyszykować pluton na przyjęcie pułkownika Fereiry, tudzież wynaleźć odpowiednie miejsce na kolację tegoż wieczora. I tak, zaprosiwszy Isaurę na kolację, dopiero po ponownym zapytaniu z jej strony przypomniałem sobie i wyjawiłem, iż pierwotnym celem tej rozmowy było pozyskanie brakującej broni. Dla ciebie wszystko, powiedziała, prześlij tylko zapotrzebowanie. 

Sprzęt zjawił się zaiste po kilku godzinach… niespodziewanie otrzymałem prezencik – spodziewałem się może Saloranta albo innego kawału żelastwa, a przywieźli nam laserowego Ergmana, przeznaczonego zapewne dla komandosów. Nie pytaj, głupia nie była, oczywiście że dostaliśmy też ogniwa i dynamo do nich. Granatnik tez dotarł, a jakże. Tudzież przemycony liścik do mnie. 
Nie myślcie sobie, pomimo dobrego humoru nie popuściłem żołnierzom, o nie… za wcześnie. Do wieczora zwijali się tedy w pocie czoła aż budynek, oporządzenie i broń błyszczały pospołu jak przysłowiowemu psu jajca. Podworzec zamieciony, napis na bramie poprawiony, na wartowni dwóch trzeźwych żołnierzy… z pewną dozą zaufania wybrałem się tedy do „Valetty” na kolację z Isaurą. Spodziewając się pułkownika bardzo wcześnie, nakazałem zbiórkę przed szóstą.
Czy nie obawiałem się, że pozostawiony pluton przygotują niespodziankę pod moja nieobecność – tak, bym się przed pułkownikiem sromał? Nie… Pomnijcie, to jednak byli żołnierze, acz nieco rozpuszczeni. Po drugie, musiałoby się to odbyć po trupie Verdurgo, który im tej nocy matkował. 

Wracając z moją lubą nieco przed północą, przekonałem się że dyscyplina powróciła. Wartownicy w bramie sprawdzili kto zacz, zanim puścili… że co, zły przykład dawałem? Czym… mój drogi, nie wprowadzałem cywila na teren jednostki. Isaura była, przypominam, oficerem. Druga zmiana, grająca w karty o suchym pysku…
- Baczność!
- Dajcie spocznij…
… też się zachowała jak należy. Rankiem miałem więc tylko jedna niewdzięczną rzecz do zrobienia – bladym świtem obudzić i odwieźć, żeby nie rzec wyrzucić z łoża, zjawiskową niewiastę… co pozostawiło mnie na resztę dnia w pieskim humorze.  
Pięć minut przed szóstą, gdy kompania w komplecie zebrała się na placu apelowym, zjawił się pułkownik. Jak poszło, pytacie? Przeżyłem, by opowiadać, jak widzicie… żarty na bok, Najwyższy snadź docenił szybkie doprowadzenie plutonu do używalności, pogratulował dobrych, hm, stosunków z kwatermistrzostwem ujrzawszy nasz laser, pokręcił tylko nosem widząc bimbrownię w karcerze… Kolejny morał – gdy nie wiesz co powiedzieć, najlepiej mów prawdę. 
- Uznałem, panie pułkowniku, że przyda się element motywacji...
Przyjął moje wyjaśnienie o nagrodach i karach, widać było, że zadowolony był. Śniadania z nami odmówił, tłumacząc się innymi inspekcjami, po czym pożegnał mnie – tym razem formalnie, nie łupnięciem w plecy. Odjechał, a za plecami usłyszałem zbiorowe westchnienie ulgi. Zadowolony, zarządziłem przesunięcie ćwiczeń o dwie godziny i poszedłem się zdrzemnąć. Właśnie wtedy w plutonie pojawiła się ostatnia brakująca osoba, nasz felczer polowy – Lucia Mendoza. 

Obudził mnie głos Verdurgo, który gromko opieprzał kogoś przed budynkiem. Pomiędzy typowo żołnierskimi figurami retorycznymi często pojawiało się słowo „regulamin”. Wyjrzałem przez taras – przed sierżantem stało młode, rumiane, uśmiechnięte od warkocza do warkocza, pulchniutkie cielątko… dziewczątko, chciałem rzec, ale to było pierwsze skojarzenie gdym ów prospekt ujrzał. Jakby jej na czole napisać, że to nowicjuszka Amaltean świeżutko z poboru, nie zrobiłoby różnicy. Zszedłem na dół. Patrzyła ufnym wzrokiem w spienionego sierżanta. Nie nosiła czapki, blond włosy zaplotła w dwie króciutkie kitki, w jednej z nich miała kwiatek… czyli, wojskowo rzecz ująwszy, bimbacie sobie, Mendoza, na regulamin mundurowy, miejsce czapki jest na łbie a nie w kieszeni i w ogóle co to kurwa za kutasiki koło uszu wam dyndają? Gdy podszedłem, odwróciła się i przedstawiła, dygnąwszy. Z imienia... 
- Sierżancie, czy to ma kłopoty z meldowaniem się? Czy podoficerów z poboru regulamin nie obowiązuje? 
Wziąłem jej papiery i poszedłem na górę, dając mu trochę czasu na wbicie jej formułek do głowy (z werwą, Mendoza, z werwą!). Pół godziny później (papierki zajmują czas) miała drugie podejście…
- To się meldujcie, Mendoza…
- Melduję się, panie poruczniku, z werwą!  
Machnąłem ręką… Wiecie, każdy świeżak sobie na wejściu nasrywa w życiorys, jedni więcej, inni mniej. Dobrze wiedziałem, że teraz cały pluton dostanie ekstra trening, przy czym zostanie podkreślone z czyjej to zasługi… Wiedziałem, że dziewczęciu ktoś co najmniej napluje do żarcia, może i gorzej… kocówa też jej nie minie. Tak długo, jak nie zrobią jej poważniejszej krzywdy (albo nie przyjdzie do mnie na skargę), nie zamierzałem się wtrącać. Tak długo jak tradycja jest tradycją a nie znęcaniem, dziatki, należy ją uszanować. 

Verdurgo zgodnie z moimi przewidywaniami dorzucił ekstra godzinę ćwiczeń, gromko a dobitnie podkreślając, czyja to zasługa, następnie przez dwie godziny marnowaliśmy tygodniowy przydział amunicji na strzelnicy. Mówię „marnowaliśmy”, gdyż celność była… cóż, jak w lekkiej piechocie. Pięcioro strzelało jak się patrzy, trzydziestka patrzyła jak się strzela. Po powrocie Mendoza urządziła sobie lazaret – świeżak czy nie, z pewna niechęcią trzeba było jej posłuchać i przyznać, że zna się na rzeczy. Wieczorem natomiast połowie plutonu dałem przepustki na miasto – zasłużyli… druga połowa chlała w willi, z sierżantem Verdurgo wydzielającym bimber z aptekarską skrupulatnością. Później dowiedziałem się, że Mendoza próbowała coś wypędzić korzystając ze swej wiedzy, nie wyszło jej… i od kocówy nie uratowało. Ale, trzeba przyznać, rankiem nie pisnęła ni słowa skargi.
Ja jak poprzednio cieszyłem się wielce miłym towarzystwem Isaury… i jak poprzednio z wielkim żalem pożegnałem ja bladym świtem, tym razem wychodząc od niej. W jednostce czekało na mnie wezwanie do dowództwa…

Prawda, wszak nie przybyłem tutaj jedynie sprowadzać żołnierzy na drogę porządku tudzież romansować z piękną a namiętną panią kapitan… a szkoda. Fereira przyjął mnie uprzejmie, przedstawił z jednym majorem wywiadu, nazwiska ni cholery nie pamiętam, po czym tamten wprowadził mnie w zadanie.
Żeby nie rozwlekać, pamiętacie jak-em wam o dżungli opowiadał? Tej, co w demoniczny sposób wyrosła? Chadzały po niej patrole, a jakże, strzelało się do tubylców, jeśli byli agresywni, chroniło placówki pozyskujące w tej dżungli różności, tropiło maruderów… do dawnej stolicy hrabiego zapuszczano się rzadko, była daleko, co było wartościowe dawno rozszabrowano, a tamtejsze plemiona były wyjątkowo zajadłe – jednym słowem, nie warto. A jednak, parę tygodni wstecz pewien kapitan, nazwiskiem Calatravo, wsiąkł w okolicy owego zrujnowanego miasta. Potem wypłynął – i to z hukiem. Ogłosił się bowiem królem w tym mieście, poza jego żołnierzami przyłączyło się też nieco tubylców... Z dżungli się co prawda nie wypuszczał ale poszarpał kilka patroli… parę tez zaginęło bez wieści. Zresztą, sam fakt dezercji wystarczał, by wysłać po niego ekspedycję karną. Usłyszałem tedy, że jeden pluton, wzmocniony dodatkowo drużyną decadoskich jegrów, uda się do miasta celem sprowadzenia kapitana żywego lub martwego. Mój pluton, jakby się kto pytał. Wyruszyć mieliśmy rankiem za dwa dni.  

Odebrałem papiery, wychodząc splunąłem na szczęście i wróciłem do jednostki. Wiadomość o wymarszu sprawiła, że towarzystwo nieco spoważniało, acz Az początku powiedziałem im jeno z grubsza o zadaniu, wyjawienie szczegółów zostawiając na później. Jeszcze tego brakowało, by który wygadał się w burdelu po pijanemu… a tak – ot, patrol w dżungli, jeden z wielu. Żeby nie spoważnieli za bardzo, urządziłem kolejny marszobieg, a potem strzelanie…
Szczerze rzekłszy, wiele później się nie wydarzyło. Żołnierze byli już karni, nawet na przepustce za bardzo nie rozrabiali, nikogo żandarmeria nie zwinęła, nawet Mendoza wywinęła się jedną kocówą, później urządzała lazaret, kompletowała środki medyczne, dali jej spokój, choć ciągle miała braki w znajomości regulaminu… Kolejnego dnia przybyli Decadosi pod niejakim sierżantem Wisarionowiczem, zaaklimatyzowali się wcale szybko i bez awantur. Ostatniej nocy dałem wszystkim wolne, tylko niechby który nie zjawił się na rano… Cóż ja, pytasz? Ano, przyszło raz kolejny pożegnać się czule z Isaurą. Przy tym nastąpił wstęp do historii innej, o której opowiem kiedyś... gdy w chwili uniesienia namiętnego padło imię Leoncio w miejscu, gdzie powinna wyrzec Vincente. Zapamiętajcie sobie, synki, jeśli zależy wam na niewieście – w takiej chwili nie pytając, kto zacz, popełniasz grzech najcięższy, grzech obojętności. Zapytałem tedy. 
- Mój małżonek…
Przyjąłem wyjaśnienie bez krzty urazy, zresztą nie pozwoliła mi dywagować długo. Dopiero dnia następnego, pomiędzy przygotowaniami do wymarszu, sprawdziłem kto zacz… komu przyprawiłem rogi. Dobra wiadomość – był na Aragonii. Zła – był legatem… Ech… Miało to swoje zakończenie, ale nie tak od razu… powiem jeno tyle, że póki co Vincente usłyszał imię Leoncio. Pytanie brzmiało, kiedy Leoncio usłyszy imię Vincente.  

Na razie jednak wyruszyliśmy. Wzmocniony pluton w komplecie wpakowano na dwie ciężarówki, które podwiozły nas te kilkanaście mil do granicy dżungli, do linii ostatnich posterunków. Stamtąd ruszyliśmy pieszo. Po niedługiej chwili zatrzymałem oddział, by urządzić ostatnią odprawę – oświecić towarzystwo na temat rzeczywistego celu misji. Nie zrobiło to na nich specjalnego wrażenia... może i lepiej. 

Komentuj (0)


Link :: 05.08.2008 :: 12:47

V 4988

W jądrze ciemności cz. 2

Vega et consortes

by VINCENTE VEGA

Zagłębiliśmy się w zieleń. Dla mnie nie była to pierwszyzna, wychowałem się w okolicy gdzie dżungla wchodziła na stoki aragońskich gór... tutaj było podobnie, ściana zieleni wokół ciebie, nad głową listowie tak gęste, ze panuje niemal półmrok, widoczność niewiele lepsza niż we mgle... setki, tysiące odgłosów, gorąco, wilgoć... w ciągu kilku minut jesteś mokry od potu, jeśli nie jesteś ostrożny, nie znasz się – w tym wilgotnym piekle możesz umrzeć – uwaga - z pragnienia! Dodaj do tego głęboką na parę cali warstwę próchna pod stopami, pnącza upstrzone kolorowymi kwiatami, przegradzające drogę zwalone, spróchniałe pnie, czające się węże, stawonogi, inne gówna których nikt nigdy nie podjął się sklasyfikować... a ja trzymałem się jednej prostej zasady: kolorowe znaczy śmiercionośne.
Jakby się kto pytał, w dżungli nie ma ścieżek, trzeba je sobie wyciąć. Niejako z musu szliśmy wyciągniętą kolumną, na przedzie trzech ludzi, zmienianych co pół godziny, wycinało przejście maczetami. Pierwszym celem naszej wędrówki była faktoria w dżungli, rzekłbym wydobywcza – pozyskiwali tam żywice drzew, destylowali alkaloidy, wyrabiali włókna... Mieliśmy do niej około osiemnastu kilometrów... powiecie – niewiele... ale w tych warunkach mielibyśmy szczęście, docierając tam przed zmierzchem. Dalej, za faktorią już była tylko dżungla. Do miasta, gdzie miał ukrywać się zbuntowany kapitan, czekało nas jeszcze z dziesięć dni marszu.
Po sześciu godzinach przeprawy przez dżunglę i przejściu może dziesięciu kilometrów nakazałem popasać. Rozstawiliśmy pikiety (szumna nazwa gdy widoczność masz na dwadzieścia metrów), w odgłosy dżungli włączyło się łakome mlaskanie i łykanie, tudzież śpiew i pieprzne dowcipy. A potem Verdurgo, który wstał by więcej osób usłyszało kolejną jego facecję, dostał strzałą w plecy...
Dopiero, gdy się przewrócił, zobaczyliśmy sterczące drzewce z lotkami. Sekundę później żołnierze postawili ścianę ołowiu w kierunku, z którego nadleciał bełt. Gdy umilkła kanonada, można było ich opierdzielić i kazać snajperom wziąć się do dzieła. Nie minęła chwila a na granicy widzialności zaszeleściło w listowiu, huknął strzał, potem drugi, coś z nader ludzkim jękiem zwaliło się z drzewa na ziemię… Sześciu na ochotnika poszło przywlec delikwenta… 
Był to żołnierz hazacki jak się patrzy, niestety martwy… za dobrze go trafili. Odziany w resztki munduru, uzupełnione łachami z włókien roślinnych, jakoweś dziwne naszyjniki a bransolety z metalowych dupereli. Z uzbrojenia miał jeno nóż a kuszę, z bełtami zatrutymi brązowym mazidłem. Można było się domyślać, że to jeden z renegatów kapitana Calatravo… 
Co z naszym sierżantem? Uśpiony głęboko, zawyrokowała Mendoza, sparaliżowany że trzeba będzie nieść, ale powinien wyżyć. Aha, bełtu tutaj nie wyciągniemy, dodała, trzeba będzie go do faktorii zanieść i tam rozcinać. Obcięliśmy tylko drzewce, żeby po drodze nie zahaczało, skleciliśmy nosze… na odchodnym dla pewności Vasquez poćwiartowała umrzyka i ruszyliśmy dalej.
Zaiste, o mało co nie skończyło się noclegiem w lesie. Było już porządnie ciemno, gdy dżungla się przerzedziła, a na drzewach poczęliśmy znajdować naczynia do zbioru żywicy. Gdy ciemność zapadła zupełna, zobaczyliśmy światła w faktorii. 
Wychwycili nas szperaczem, okrzyknęli kto zacz. Kazałem uprzejmie odpowiedzieć, otworzyli bramę… spodziewali się nas. 
Faktoria – cóż, palisada z powiązanych łykiem pni, takiejże konstrukcji wieże – na jednej z nich mieli działko trzy czwarte, w środku baraki różnej wielkości z jakże oczywistego budulca… Było późno, więc ludzi snuło się niewielu, natomiast zauważyłem sporo milicjantów na stanowiskach… jakby ostatnio zrobiło się niespokojnie. Przyjęli nas względnie uprzejmie, choć bez ceregieli, żołnierzy rozkwaterowali w barakach, dla mnie i sierżantów przydzielili mniejszy, nieco bardziej wygodny. Pluton, ledwie zabrzmiało „rozejść się”, rzucił się na kuchnię, gdzie grzał się zapewne od dawna kocioł ze strawą. Nie, o Verdurgo nikt nie zapomniał, zapytałem o medlab i lekarza. Lazaret, powiadają, jest tam, używajcie go sobie do woli. Lekarz? A o, tam, przy barze pod strzechą, ten z lewej, co śpi uchlany z nosem w kuflu – to nasz lekarz. Więc jeśli macie własnego… Niezbyt chciałem obarczać Mendozę tą robotą po całodziennym marszu, ale… cóż, zameldowała się pięć minut potem i szczerze nie pamiętam, co tym razem palnęła, ale przydzieliłem jej nocną służbę przy rannym bez żadnych wyrzutów sumienia.  

Sam zasię zostałem podjęty kolacją przez szefa placówki, niejakiego Gomeza. Posiłek wielce smaczny, zwłaszcza po całym dniu wędrówki, podlany jeszcze wcale dobrym winem… gospodarz nie pił, zresztą już wcześniej wiedziałem że ma kłopoty z sercem. Pogawędziliśmy trochę, starając się nie wypytywać wzajem o sprawy konfidencjonalne. Powiedział jeno, że tubylcy zrobili się agresywni ostatnio. Nawet zaatakowali faktorię, co się od dawna nie wydarzyło. Przeważnie się z nimi handlowało, ot tam, narzędzia czy paciorki w zamian za płody dżungli… zwłaszcza te z okolic, w które nikt z naszych się nie zapuszczał. A teraz, cóż… Co ciekawe, byli to wyłącznie autochtoni, wśród napastników nie zaobserwowano nigdy hazackich renegatów…
Długo nie posiedziałem, prawda, zmęczenie dało znać o sobie, położyłem się spać w baraku sierżantów… zasnąłem jak dziecko, szybko, wszak byliśmy w strzeżonym obozie, mogła to być ostatnia spokojna noc…
Dureń.

Obudziłem się późno w nocy, może koło trzeciej, z łbem ciężkim jak po wypitce, czując, że mój pęcherz zaraz rozerwie się na strzępy… Może i baraczek bardziej komfortowy, klimatyzowany, ale wygódka na zewnątrz. Naciskam klamkę – zamknięte… co jest? Próbuję mocniej –nic. Myślę, jakiś zasraniec kawał zrobił, niech no ja go dorwę, ale nic, wyjdę oknem. A gdzie tam, okienko malutkie, zakratowane jeszcze… natomiast co przez kraty ujrzałem żołnierzy z mojego plutonu… ułożonych rządkiem na ziemi pod palisadą, pilnowanych przez uzbrojonych mieszkańców faktorii. W tej chwili jedna z dziewuch się zbudziła, poruszyła, wstała… trzech podbiegło, przytrzymali, błysnął nóż… 
Podsumujmy… siedzę sam w zaryglowanym baraczku, przy sobie mając jeno karabinek i szablę, na zewnątrz kilkunastu chłopa wyrzyna moich uśpionych żołnierzy… zacząłem budzić moich sierżantów, nic… kląć, tarmosić, dalej spali jak zabici, może wiadro wody by pomogło…
Jak ich obudziłem? Przysięga zabroniła mi mówić również o tym, i dobrze, gdyż czynu onego sromam się i teraz, ponad pół wieku później. A z tamtych już żadne nie żyje, niech im Wszechstwórca łaskaw będzie. Pomnicie, obudził mnie pełen pęcherz…
Obudzeni, uzbroili się szybko, zabraliśmy się do drzwi. Zakarbujcie sobie, dziatki, w każdej armii jeden na trzech sierżantów kiedyś w życiu parał się złodziejstwem. Przyciśnięty, przyznał się Cervera i w ciągu minuty wyklepanym z drutu wytrychem otworzył zamek. A wtedy rozwył się alarm.
Cóż, zaskoczenie właśnie się skończyło. Zaczęliśmy prać krótkimi seriami, radzi że nasi leżą a tamci przeważnie stoją. Było ich ośmiu, tych załatwiliśmy ich wcale szybko, tylko zaczęli nadbiegać następni. Usłyszałem jak wołają by podpalić drugi barak z naszymi, tudzież skierować działko na leżących pod palisadą. Podpalić? Dobry pomysł. Odpiąłem granat, rzuciłem w kierunku magazynu, gdzie na pewno było sporo drewna, włókien, żywicy i innych palności. A to cholerstwo nie wybuchło… 
Kazałem by Cervera i Vasquez uwolnili naszych w baraku, a ja z Marcolem postanowiliśmy zająć się wieżą. Zanim to nastąpiło, omal nie odstrzeliłem głowy Mendozie, która niespodziewanie wyłoniła się za nami… nie zauważona przez nikogo, wydostała się z lazaretu, przeszła przez pół obozu i znalazła nas. 
Strzelcy na wieży póki co przywalili z działka w dach baraku z żołnierzami. Poleciłem Vasquez zabrać tam Mendozę – mogła być bardzo potrzebna. A ja, z drugim sierżantem, mieliśmy zdjąć wieżyczkę.  
Marcol zdążył zdjąć jednego strzelca, tylko po to by drugi trafił go prosto w głowę. Nagle znalazłem się sam na pustym placu, na wprost działka. Że co, moja tarcza? Trzy czwarte cala, synku… Co mogłem zrobić? Odpiąłem i rzuciłem cały bandolier z granatami. I, nie chwaląc się, nigdy przedtem i jeszcze długo potem takiego rzutu żem nie powtórzył. Wiązka upadła dokładnie między podpory, platforma z działkiem uniosła się w górę na fali wybuchu, po czym zjechała pionowo w dół przez rozstępująca się pod nią konstrukcję. Niejako przy okazji wybuch położył trupem chyba czterech strzelających spod wieży milicjantów.
 Jeszcze zostało wyczyścić barak i wyciągnąć stamtąd resztę naszych śpiących królewien… oraz, co równie ważne było, dobrać się do naszej zbrojowni, właśnie tam urządzonej. Gdy dobiegłem, właśnie wyłamali drzwi. A w środku – ciemno choć oko wykol i gwizdające z ciemności kule. Pamiętaj, synku, błysk wystrzału pomaga na sto czy dwieście metrów… w zamkniętym pomieszczeniu oślepia patrzącego i strzelca zarówno… Vasquez rzuciła się pierwsza, w drzwiach dostała, padła… przeskoczyłem nad nią, schylony ruszyłem na strzelca z szablą, przeskakując nad śpiącymi. Z tyłu usłyszałem jak moja sierżant klnie, bluzga i biadoli nad, cytuję, cyckiem wybitym na plecy… znaczy, jej kamizelka spełniła swoje zadanie.
Tamten strzelił jeszcze raz, tarcza wytrzymała, ujrzałem że ukrył się za kilkoma, zebranymi w stos śpiącymi. Skoczyłem, ciąłem nisko, szabla drasnęła go, usłyszałem jak repetuje, w mroku poprawiłem, ostrze weszło i uwięzło w jego ciele… mając go na sztychu, trzy razy strzeliłem z lewej, z biodra. Wystarczyło… 
Spróbowali jeszcze ostatniego ataku, ale nasza sierżant dobrała już się do zbrojowni . Usłyszałem trzask zakładanej taśmy, donośne „chodźcie, lachociągi!!” (nigdy nie mówiła „skurwysyny”), a potem już tylko spotęgowany w ciasnym baraku łomot erkaemu. Reszta powoli się budziła, poganiana po żołniersku, zbroiła… tamci mieli głownie sztucery i dubeltówki, długo to nie potrwało.
Wychodziło na to, że faktoria została zdobyta. Było jeszcze ciemno, acz na wschodzie niebo powoli różowiało. Niby wszystko genialnie, nie licząc zabitych i rannych, tylko dlaczego u demona nas chcieli pojmać?
Pikiety rozeszły się po obozie, wykurzać ostatnich miejscowych, natomiast do medlabu zniesiono rannych. Kilku z poderżniętymi gardłami, inni postrzelani, posieczeni. Miało się z tym zmierzyć siedemnastoletnie dziewczę, które trzy dni temu wojnę znało jeno z holovidów. Dwóch chłopa do trzymania, jeden do podawania narzędzi – i Lucia Mendoza do zapasów z Kostuchą.
Wiecie, sądziłem że się złamie. Że przerazi ją krew, posiekane ciała, różowa piana wychodząca z ust, smród gówna wypływającego z poszarpanych wnętrzności. Zmrozi i odbierze siłę wycie rannych przy wyciąganiu kul na żywca. Sparaliżuje błaganie, by nie ucinała nogi. Że po pierwszym, który kaszlnął jej w twarz krwawą pianą i umarł na rękach, wybiegnie ze szlochem z baraku. Myliłem się.  
Trzech nie udało jej się uratować. Dwóch leżących pod palisadą, którym poderżnięto gardła gdy zabrzmiał alarm, utracili za dużo krwi. Trzecia, dziewczyna, młodziutka, świeżo z poboru, była postrzelona w płuco. Ta umierała długo.Za długo. 
Dniało, gdy załatała ostatnią ranę i wydłubała ostatni odłamek. Zwinęła się w kłębek na pryczy i zasnęła jak kamień.  
Licząc tych troje, noc kosztowała nas jedenaścioro zabitych. Szóstka rannych – dość poważnie, ale mogli chodzić i strzelać. No i Verdurgo, pomimo usunięcia strzały śpiący snem kamiennym. Tamtych naliczyliśmy dwadzieścia siedem trupów, sześciu udało się wziąć żywcem. Trochę zwiało, nie wiadomo ilu, brakowało na przykład owego Gomeza, szefa placówki.
Okrzyk jednego z żołnierzy, stojącego nad zabitym tubylcem, kazał mi spojrzeć w tamta stronę. Truposz dostał maczetą w kark, ciosem który przerąbał kręgi i niemal oddzielił głowę. W ranie coś się ruszało… jeden z Decadosów wziął dwa patyczki, chwycił i nawinął … szary robak, bez widocznej głowy czy odnóży, dziewięć cali długi. Ciekawe… tknięty, podszedłem i rozciąłem nożem kark innego umrzyka. Weźmiemy dwa patyczki… takie samo, szare gówno. Pasożyt? We łbie zakiełkowała robocza spiskowa teoria… wszyscy mieszkańcy faktorii mieli w karkach robaczki, pasożyty, sterujące nimi. Może więcej się dowiemy, biorąc jeńców na pytki… mieliśmy sześciu do dyspozycji, jakby nawet jeden czy dwóch skapiało – żadna strata.
Części ludzi kazałem odpocząć, innym stanąć na warcie… tu się pochwalę jeszcze raz, gdyż wieżę rozpieprzyłem tak zręcznie, że działko przetrwało bez szwanku. Wciągnęli je na drugą wieżę i obsadzili. Reszcie kazałem przeszukać obóz, wszystkim umrzykom rozciąć karki i wydłubać robaki, po czym wsadzić je do jakiegoś słoika. Już wtedy byłem świadom iż dalej w dżunglę nie pójdziemy, trzeba będzie skontaktować się z bazą i wracać.
Kolejny żołnierz krzyknął; znalazł coś. Podszedłem. O, tutaj, poruczniku, powiada, wyjście ukryte, pewnie tędy ów Gomez czmychnął. Minę kierunkową zostawił, więc nie wchodziliśmy. Patrzę, faktycznie otwór w ziemi, schody. Nachyliłem się, by zajrzeć głębiej. Dureń.
- Dureń – powiedział żołnierz i strzelił do mnie z przyłożenia. Szczęśliwie, w grzbiet a nie w łeb celował, inaczej bym wam tego nie opowiadał. Tarcza zwolniła pocisk, który utkwił w kamizelce i powalił mnie na ziemię. Szczęśliwie nie byliśmy sami, stojący obok Decados po sekundzie zaskoczenia wypalił strzelcowi w głowę. Potem ukląkł, bez mojego polecenia dobył noża, rozciął kark… zgadnijcie, co tam znalazł…
Zaraz, zaraz… to nie był jeden z nich, tylko nasz żołnierz… znaczy, czyżby robale potrafiły atakować i przejmować, że się wyrażę, z powietrza? Poszperałem w pamięci, to był jeden z tych wywleczonych, których kładli pod palisadą. Czyli, prawda, każdy z nich jest podejrzany. Chwile potem zrobił się niejaki rwetes i kurwowanie, gdy pogadałem z sierżantami na uboczu, gdy pozostałej dziesiątce, tej spod palisady, przystawiono lufy do karków, odebrano pukawki i spętano, tłumacząc się prewencją. 
Do pilnowania ich wyznaczyłem wspomnianą wcześniej Vasquez. Że wam wyjaśnię, była to sierżant lat dwudziestu ośmiu, ostra jak lihalański sierp i twarda jak młot. Nie myślcie, nie był to kwadratowy babochłop wywijający erkaemem, tylko... cóż, wysoka, umięśniona, niemniej kobieca, o kształtach wcale wdzięcznych, wywijająca erkaemem. A z ważniejszych rzeczy, pokój jej duszy, dobry i solidny żołnierz, sumienna, ale nie zatwardziała służbistka. I nie dawała sobie podskoczyć.
Co teraz? Myśl, myśl… jak robale wchodzą w ofiarę, jak je wykryć, jak usunąć bez zabicia ofiary… zwołałem naradę podoficerów, co zauważyli… już nie wiem kto podniósł temat, że nikt w faktorii nie pił wyskoku. Prawda, Gomez tłumaczył się sercem… a lekarz, zapytacie? Wszyscy widzieli jak siedział schlany… ale nikt nie widział jak trąbi, prawda?
Koniec gadania, czas na eksperyment, orzekłem. W medlabie znalazł się nieduży baniaczek spirytusu, rozcieńczyłem wodą, Vasquez dała się napić jednemu z tutejszych… czyli, rzecz nazwawszy po imieniu, wlała przemocą, zatkała nos i gębę, przywaliła w brzuch, żeby połknął. Litania nie minęła a wybałuszył oczy, skręciło go, krwią rzygnął, zwisł martwy. A robaczek sam zaczął wyłazić mu z karku…
Czego nie powiedziałem, jeńcy nie przejawiali dotąd żadnej ochoty do rozmowy, próby tortur nie przynosiły żadnych większych efektów… zobaczymy, powiadam, jak zareagują na tortury robaczka. Położyłem jednego na desce, żeby widzieli dobrze, wyjąłem bagnet, żaden nie zareagował… przeciąłem robala na pół. Nic. A robal… wyparował. Nie, nie zdechł, nie rozpłynął się w śmierdzącą maź, nie wyrosły dwa z przekrojonych połówek, po prostu wyparował. Zniknął.
Jedną pewność już mieliśmy – alkohol. Cóż… najpierw rozkazałem, by wydano posiadany akwawit… zapamiętajcie sobie, dziatki, żołnierze zawsze mają bimber przy sobie… Zatem gdy na hasło „oddać wódkę” nie pojawiło się nic, wycedziłem przez zęby „wiem, że macie” i popatrzyłem każdemu po kolei w oczy… o ziemię stuknęła manierka, po niej druga, flaszka jakaś… nakazałem sążnisty toast za Arcyksięcia, co dla odmiany spotkało się z głośną aprobatą, zwłaszcza pośród Decadosów. W pierwszym rzędzie daliśmy się napić dziesięciu podejrzanym… jeden się wzbraniał, kazałem gwałtem lać, modo Vasquez… cóż, nie przeżył, biedaczysko, a robaczka zatłukliśmy. Trzeba było…
Na kolejnym jeńcu wypróbowaliśmy wyciąganie robaczka na żywca. Pozostali przyglądali się spojrzeniem godnym żujących krów. Trejo rozciął mu skórę na karku, w istocie znalazł pasożyta, wyciągnął… i tym samym uśmiercił więźnia. Ale efekt był, inny z jeńców przemówił. Wszyscy przyłączycie się do nas, powiada. Wszyscy będziecie należeć do niego…
 To zaczynało trzymać się kupy, dziatki. Ktoś – lub coś – mnożyło robaczki, które opanowywały ludzi, odbierając im wolę, a korzystając z wiedzy i umiejętności. Snadź nie przenosiły się przez powietrze, ofiara wymagała pewnych – jakich, nie wiedzieliśmy – przygotowań. Czy miało to jakiekolwiek powiązanie z renegatem Calatravo, może z nieżyjącym od stuleci hrabią antynomistą – któż wiedział…

Wszystkie powyższe zdarzenia potrwały kilka godzin. Wstał nowy dzień, w brzuchach zaburczało, nastał pewien spokój. Dziesięcioro na straży, dwóch pilnowało jeńców, kolejną dwójkę zagoniłem do kuchni, do przyrządzania strawy. Sam, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, zasnąłem. Niedługo później obudziła się Mendoza i dawaj szperać po obozie. Ciekawa rzecz, wiecie, że nikt inny wcześniej tego nie odkrył. W jednym z magazynów, za baryłkami z żywicą, w skrzyni, wcale nie tak dużej… słój. Ze dwadzieścia cali wysoki, na rzeźbionej kunsztownie podstawie, z równie ozdobnym deklem… jak zawołała i inni przybiegli, kto zobaczył, pospiesznie jął znak Wrót czynić a na ziemię spluwać. W owym słoju, w przezroczystej cieczy wiły się robaki. TE robaki. Były ich chyba setki… 
Pierwszą myślą było zapoznanie robaczków z solidną porcją bimbru. To by załatwiło sprawę, teoretycznie… w praktyce, ktokolwiek je produkował, hodował, przyzywał czy rozmnażał, miał zapewne niejeden taki słój. 
To przesądza sprawę, zawyrokowałem. Przerywamy misję, robactwo starannie pakujemy i wracamy do Dalaron. Nie prościej byłoby skontaktować się przez radio, pytasz? Ano, prościej, gdybyśmy takowe posiadali. Kiedy spaliśmy wszyscy jako te susły, tubylcy rozwalili naszą radiostację. Gdy zaczęli przegrywać, zniszczyli też swoją. W sposób wykluczający sklecenie dwóch z jednej. 
Najlepiej byłoby, uznałem, wyruszyć jutro bladym świtem. Z powodu rannych oraz – zapewne – ataków, jakie nastąpią, nie sądziłem byśmy dotarli przed zmierzchem do granicy lasu, ale – być może – wejdziemy w zasięg komunikatorów naszych posterunków.

Nawet teraz, za dnia, nie było spokojnie. Kilka – kilkanaście razy na godzinę coś poruszało się w lesie, na granicy widzialności, alarmując wartowników. Ten czy ów nie wytrzymywał, posyłał w gąszcz kilka kul, bez rezultatu. A w nocy, czego byłem pewien, nie dadzą nam spać ani odpocząć... 
Tak się też stało. Ledwie zapadła noc, zaczęli... nie, bynajmniej nie próbowali frontalnego ataku, po prostu nas męczyli. Co chwila padały strzały z lasu, przeważnie nie szkodząc ludziom za palisadą. Przeważnie. Gorsze były miotane z proc granaty zapalające – równie zabójcze co proste, wydrążone skorupy orzechów lub kawałki bambusa, wypełnione żywicą i podpalone... scenariusz zawsze taki sam – w ciemności nagle migotało światełko, czasem trzy, czasem więcej... zataczały szybko kilka kółek i, zanim zdążyłeś się złożyć do strzału, światełka leciały już łukiem w stronę faktorii. A potem rozpryskiwały się w ogniste kałuże – pół biedy jeśli na ziemi, ale czasem trafiały w baraki. Niektórym dawaliśmy spłonąć, ale mieszkalne czy magazyny pełne różnych palności trzeba było gasić. Jedyny pożytek był z tych, które nie dolatywały do palisady – paliły się długo, dobrze rozświetlając przedpole.
Miałem czterech tylko snajperów, a ci nie mogli czuwać całą noc. Czuwało po dwóch, ale – wiecie, może trzy sekundy na wycelowanie i strzał do miotacza. Reszta bardziej marnowała amunicję, waląc niemal na ślepo tam, skąd rzucano. Do tego ciemność... nawet jeśli któryś trafił, nic nie było widać. Tylko dwukrotnie widzieliśmy, gdy po strzale rozpędzany w procy granat załamywał lot, ogień rozlewał się w dżungli, pozwalając dostrzec leżące ciało. 
Wieża z działkiem była natomiast pod ostrzałem ze sztucerów, co praktycznie wyłączyło ją z akcji. Na początku próbowali się odgryzać, piorąc po lesie, ale straciwszy zabitego i dwoje rannych, kazałem im siedzieć cicho i czekać.  
O trzeciej w nocy spróbowali jedyny raz sforsować bramę. Za pomocą płonącej krowy... oj, byłbyś tam, synku, to byś się nie śmiał. Bydlę, ryczące wniebogłosy, oblane żywicą i objuczone jakowymiś pakunkami, wyłoniło się z dżungli jak jaki upiór. Widok był taki, że nawet rozległy się wrzaski „demon, demon!”. Paru wychyliło łby nad palisadę – od razu w lesie huknęły strzały, jeden trafił... Raczej chcieli wywabić naszych zza osłony niż zrobić wyłom – krówsko dostało z granatnika w połowie drogi, ładunki w jukach pieprznęły, kawałki płonącego ścierwa doleciały aż za palisadę, jeden z Decadosów dostał gnatem w łeb, ale wielkiego szwanku nie poniósł. Nasze działko pociągnęło serią po lesie, krótko, bo znowu zagwizdały wokół wieży kule niewidocznych strzelców, musieli przerwać ogień.

Ranek wstał mglisty, wilgotny i senny. Krótko przed świtem zebrałem ziewających i niewyspanych żołnierzy w kolumnę; dwóch niosło pieczołowicie opakowany słój z robalami, dwóch innych nosze z Verdurgo. Na odchodnym kazałem wymontować iglicę z działka i ruszyliśmy. Było jasne, że na szlaku wyciętym przez nas dwa dni wcześniej będą pułapki – musieliśmy iść nowym. Nie wiedzieliśmy zbyt wielu rzeczy – ilu ich jest, jak bardzo doświadczeni, na ile zmęczeni minioną nocą.
Uderzyli szybko, nie minęło nawet pół godziny. Z chaszczy wybiegło nieduże zwierzątko – wielkości małego prosiaka – i zanim ktokolwiek zdążył zakląć, wybuchło. Czterech dostało odłamkami. Trzech lekko, czwarty... młody, szesnastoletni dzieciak siedział na ziemi i oburącz trzymał wypływające flaki. Wystarczyło jednego spojrzenia – stracony.
Ale Mendoza musiała wiedzieć lepiej. Trzeba go zanieść z powrotem do faktorii, powiada, operować, wtedy ma szansę. Znaczy, wrócić, niewykluczone że zdobyć osadę, która mogła być dawno zajęta, zmarnować ze trzy godziny na operację, której szczeniak może i tak nie przeżyć – i z powrotem od początku? Głupia była. Ja wiedziałem, co zrobić. Strzała z morfiny, zanim dojdzie doń ból, pistolet w garść i zostawić, niech osłoni odwrót. Cóż rzec, też głupi byłem...
Tak też nakazałem – dać mu morfinę. Co usłyszałem w odpowiedzi? „Nie”. Wiecie, w takiej chwili człek najpierw zastanawia się, czy aby uszy go nie mylą. Zapominając o całej sytuacji zapytałem powoli a dobitnie, czy kapral Mendoza odmawia kurwa wykonania rozkazu. Dodajmy, w walce. Tak, odmawiam, powiada. Taka dawka morfiny go zabije, a operacja daje mu szansę. Wiecie, po tych słowach mogłem wsadzić jej kulę w durny łeb. Zamiast tego podszedłem do rannego, który całej scenie przysłuchiwał się z rosnącym przerażeniem, wsadziłem mu porządną szprycę, wcisnąłem w garść gnata. I wtedy Mendoza wyciągnęła pistolet i wypaliła mu w głowę. To powinieneś zrobić, powiada, jako dowódca. A potem ta idiotka strzeliła do mnie.
Nawet nie wiem, czy i w co celowała, pocisk zostawił jeno szramę na ramieniu... stojący przy niej zareagowali prawidłowo – jeszcze huk nie przebrzmiał, a już leżała, wtłoczona kolanami i kolbami w humus. Kazałem podnieść, otrzepywać już nie, zapytałem uprzejmie co to dla odmiany miało być... Kara boska, odparła. Ach, więc teraz biczem Pankreatora się kreujemy? Cóż, dobór ostatniego słowa rządzi się dziwnymi prawami. Bo teraz już rozkaz miałem na ustach, jeden jedyny w takiej sytuacji... gdy jednak zacząłem go wypowiadać, z gęstwiny huknął strzał, jeden z trzech ocalałych Sanchezów dostał w łeb. Padło „kryć się”, wszyscy przykucnęli, poszło kilka serii tam, skąd strzelano. Przez te kilkanaście sekund nieco ochłonąłem, przemyślałem... Zabić można tylko raz – oczywista rzecz, dopiero długo później przekonałem się że nie do końca... dość, że kazałbym rozwalić jedyną sanitariuszkę w oddziale. A wiedziałem że bardzo, oj, bardzo się tego dnia przyda.
Opatrzywszy rannych i pozostawiając na szlaku dwa trupy, ruszyliśmy dalej. Mendoza, oczywiście, bez broni i pod okiem. 
Kąsali nas, powoli i metodycznie, uderzając i znikając jak duchy. To strzał z zarośli, to ciśnięty granat, raz czy dwa kłoda spadająca na głowy... jakby przeczuwali, którędy pójdziemy. Po czterech godzinach przeprawy było nas już tylko trzydzieści sztuk, z czego połowa rannych. Koniec, stwierdziłem po naradzie z sierżantami, trzeba zatrzymać się na odpoczynek, a przy okazji urządzić zasadzkę. Jak raz nadarzyła się w dżungli przecinka, na jej skraju skałki, doskonałe miejsce... wręcz zapraszające, by tam spocząć. Dlatego też kazałem je ominąć, a jak już mieliśmy pod ostrzałem, to wysłałem tam saperów... zaminowane jak cholera, ani opłacało się rozbrajać. Wybraliśmy więc inne miejsce, na skraju polanki, nieźle osłonięte – i, z wyjątkiem wyznaczonych na wartę, wszyscy padli jak muchy. Snajperzy i erkaemiści natomiast czekali... tamci musieli się w końcu pojawić, żeby spokojnie powycinać śpiących... Tak czekaliśmy godzinę, dwie... nic. Po dwóch godzinach uznałem, że trzeba się zbierać, snadź tamci wyczuli pismo nosem. I znowu w drogę. 
Może dziesięć minut później odezwało się radio... pluton C, podajcie pozycję. Czego wam nie powiedziałem, mimo skromnego zasięgu co jakiś czas wywoływałem posterunki przez radio. Bez rezultatu. A teraz – znaleźli nas...
Ha, zbyt piękne, by było prawdziwe. Zamiast zes... skakać ze szczęścia, podałem hasło kodowe. Ktokolwiek był po drugiej stronie, zamiast odpowiedzieć prawidłowo, dalej wypytywał o pozycję. Rozłączyłem.
I tak dalej... co kilkanaście minut strzał, pułapka... pluton padający na ziemię, czasem jeden już się nie podnosił... My też strzelaliśmy, na ślepo, nawet gdy zabrzmiało coś mogące być łoskotem padającego ciała, nikt nie szedł w gąszcz sprawdzić. 
Po kolejnym ataku podeszła do mnie Vasquez. Sanchez y Martinez, powiada, chyba rozmawia z kimś przez radio. Tak, ten sam, którego na inaugurację dowództwa kazałem wychłostać. Idąc, popatrzyłem ukradkiem... faktycznie, w pewnym momencie zszedł na bok, ukradkiem wyjął komunikator, zanim zdążyłem zapytać czy podejść, rozłączył się. Zdrajca? Czy może miał robaczka? Wszyscy przecież pili... z drugiej strony, jakby ukradkiem wylał, mogliśmy się nie spostrzec... na następnym, krótkim odpoczynku, wymuszonym przez opatrywanie kolejnego rannego, wysupłałem jedną z ostatnich dawek bimbru i dałem mu pić... nie, dziatki, nie nakazałem, zaproponowałem uprzejmie. Przyjął, wypił, podziękował... nic się mu nie stało. To mnie nie uspokoiło, postanowiłem obserwować go dalej. Niecałe pół godziny później znowu zaczął nadawać, tym razem przydybaliśmy go z Vasquez. 

Z początku zaprzeczył. Jak go przycisnęliśmy... krzyknął „teraz” i rzucił się w dżunglę. Znowu zagwizdały kule, poleciał granat, zanim padłem zdążyłem wyszarpnąć rewolwer i strzelić zdrajcy w plecy. Padł, a my musieliśmy odpierać kolejny atak. 
Wtedy straciliśmy Vasquez. Miała mniej szczęścia niż wtedy w baraku, tym razem dostała tuż nad kamizelką... prosto w szyję. Nogi się pod nią ugięły, siadła ciężko pod drzewem, po kilku sekundach już nie żyła 
Gdy się skończyło, kazałem przywlec to ścierwo... nie, żył jeszcze, trafiłem go w krzyże. Usadziliśmy go pod drzewem, zapierając bezwładne nogi tak, by nie zjechał. A potem wzięliśmy na pytki. Zrazu grał zucha, po co mam mówić, powiada, skoro i tak ubijecie. Co ja na to, dziatki? Ubijemy, odparłem szczerze, jeno od twojej rozmowności zależy, jak wolno i jak boleśnie...
To go zmiękczyło, zaczął gadać. Tak, zdradził nas. Tak, wszystko to byli renegaci owego Calatravo. Tak, w nagrodę miał przyjąć, za przeproszeniem, komunię z własnych rąk kapitana. Podawał im nasz kierunek, skutki ataków, ostrzegał o szykowanych przez nas zasadzkach. Zeznał, że ścigającym nas oddziałem dowodził sierżant Arvanez. Nie była to dobra wiadomość, był on starym wygą, tropicielem, który na partyzantce w dżungli zęby zjadł, z mlecznymi włącznie. Bardzo dobry ongiś żołnierz. Przy tym wybitnie drażliwy na punkcie swego, mówiąc delikatnie, niepewnego pochodzenia. I niechlubnego zawodu swej matki.
Sanchez y Martinez opowiedział wszystko, co chcieliśmy. Pod koniec dodał od siebie, że nie mamy najmniejszych szans. Na odchodnym dostał nożem w brzuch, nie za głęboko, by jeszcze trochę pocierpiał, zanim go w Quillipothach w obroty wezmą.
Co, że obiecałem mu szybką śmierć? Nie słuchaliście. Obiecałem jedynie szybszą. Mogłem wolniej, to też mu rzekłem na pożegnanie.  
Po chwili odezwało się jego radio. Zatem zabiliście Sancheza, odezwał się głos. Niewiele wam to pomoże... O, byłżeby to sierżant o czterdziestu ojcach, zapytałem uprzejmie... potem poniosło mnie kapkę, dodałem trochę o jego mamusi, czego powtórzyć się nie godzi... wyraźnie wściekły, obiecał solennie zostawić mnie na koniec, dla późniejszej rozrywki, po czym rozłączył się. 
Przyniosło to pewien skutek. Kolejny atak był znacznie silniejszy, ale i mniej rozsądny, udało nam się zdjąć co najmniej czterech. Potem znowu zapadła cisza.
Zaczęło się powoli zmierzchać. Została nas połowa. Dwadzieścia pięć osób. Chcąc nie chcąc, przyszło nocować w dżungli. Z kręcącymi się wokół zabijakami Arvaneza. A do posterunków było jeszcze z osiem kilometrów.
Znaleźliśmy miejsce do obrony, nawet nieźle osłonięte, mogące pomieścić nasze ćwierć setki. Noc zapadła, jak to w dżungli – choć oko wykol. Siedzieliśmy cicho jak trusie. I tak nas znaleźli, co chwilę rozlegały się strzały, gwizdały kule, coś latało – póki nie upadło, nie odgadłeś – kamień, czy granat.
A ja co robiłem? Wstyd przyznać,nic... leżałem w wykrocie, schylając głowę przy każdym strzale. Czy próbowałem przemówić do żołnierzy, podnieść na duchu, uświadomić, że po drugiej stronie są tylko ludzie? Skąd... ja, dziatki, tylko wydawałem rozkazy. I kazałem wszystkim siedzieć cicho. I wtedy właśnie Lucia Mendoza, sanitariuszka będąca w wojsku od tygodnia, uświadomiła mi moje błędy. To, czego nie nauczyła mnie Akademia ani dwie kampanie. 
-Przecież oni doskonale wiedzą, gdzie jesteśmy. Przemów do ludzi. To tamci mają się bać, nie my.
Potem powstała. I zaczęła śpiewać w ciemności. Pieprzną, wojskową piosenkę... snadź jedyną jaką znała, gdyż potem zaczęła po prostu lżyć wroga. Wyrzucała z siebie długie, ociekające jadem wiązanki, których ani byś się spodziewał po nowicjuszce Amaltean. Odpowiadał jej narastający wizg kul.
Mawiają, że nie słyszysz kuli, która ma cię zabić. Inne tak. Ja tedy usłyszałem tępe plaśnięcie, gdy dostała. Czy ona też – nie dowiedziałem się nigdy. Zakaszlała, plunęła krwią. Zachwiała się, ustała, jęła znowu kląć a wygrażać. Wtedy trafili ją drugi raz. Zwaliła się prosto na mnie. Coś jeszcze próbowała mówić, czego w kanonadzie nie uchwyciłem, jedno co usłyszałem to „rozgrzeszenie”.
To powinienem być ja. Wrzeszczący, zagrzewający swoich do walki. Nawet, jeśli miałbym paść – jak ona. 
Zacząłem śpiewać. Miałem większy repertuar, głos tez nawykły do długich występów... a darłem się na całe gardło, donośnie, wybierając co bardziej obraźliwe kawałki. Znowu wzmógł się ogień – ale usłyszałem drugi, potem trzeci głos, dołączający do mojego. Podpełzłem do naszych snajperów, kazałem wypatrywać celów, wierzyłem, że przecież nie są gorsi, dojrzą w mroku atakujących... a potem zaintonowałem nową piosenkę, znaną skądinąd balladę przerobioną na „Czterdziestu ojców sierżanta”. Darłem się dalej, improwizując, żołnierze wyli refren... a tamci zaatakowali. W mroku zamajaczył cień, odrobinę czarniejszy niż noc, rozległ się trzask sztucera, cień zwinął się i padł... potem drugi. Śpiewaliśmy dalej. Kilku z naszych też dostało, nie mieliśmy już Mendozy która nawet po ciemku potrafiła opatrzeć, znowu straciliśmy dwóch... Gdy jednak atak się skończył, widziałem jak obaj moi snajperzy szczerzą się w ciemności. Jedenaście pewniaków, poruczniku, zameldowali.
Tylko na tyle was stać, kurwie syny?
W dżungli rozległ się głos... poznałem – ten, z którym rozmawiałem krótko przez radio. Arvanez. Też groził donośnie, obiecując wszystkim i każdemu z osobna długie a okropne męki, jak tylko nas dostaną. Lubo z daleka, słychać było, że jest wściekły. Ma czterech na jednego, mówił. Twoich czterech nawet by z twoją starą rady nie dało, odwrzasnął któryś z naszych. A potem popłynęła kolejna sprośna piosenka... i huknęły strzały.
Po chwili uspokoiło się... jednak, mimo wszystko, nie było za ciekawie. Niemal każdy z nas był ranny, z czego sześciu na tyle poważnie, że trzeba by ich nieść... albo wlec na noszach - a do tego potrzebnych było minimum sześciu zdrowych. Do tego siódemka ranna nieco lżej, ale nie mogąca szybko iść. Amunicja też się powoli kończyła. Tak, nie była to łatwa decyzja, ale trzeba było takową podjąć. Nie samemu.

- Wszyscy nie zdołamy się przedrzeć. Mamy dwie możliwości... Lżej ranni mogą spróbować przejść sami. Jeśli nie, to wszyscy tu zostaniemy, do końca. Słucham waszych opinii...

Nie wiedziałem, co odpowiedzą. Z jednej strony -mieli pozwolić się zostawić? Na pewną śmierć? Z drugiej – tylko w ten sposób część miała szansę dotrze do bazy, z owym przeklętym słojem, opowiedzieć wszystko, umożliwić odwet. Może uratować kilka kolejnych patroli... Prawda, byli żołnierzami, znali swój obowiązek. Mimo to, nie zapomnę tego uczucia, gdy usłyszałem „osłonimy wasz odwrót”. Jedno, co mogłem wykrztusić w odpowiedzi, to Honor y Gloria.
Ośmiu łącznie ze mną miało zabrać pakunek i wynieść się po cichu. Pozostawialiśmy za sobą, w wykrocie, trzynastu rannych towarzyszy. Zostawiliśmy im całą ciężką broń, większość granatów, zabraliśmy jeno karabinki i niewiele amunicji do nich... teraz mieliśmy się przekradać, nie przebijać.
Znowu rozległ się śpiew, ruszyliśmy. Cicho, zgięci wpół, szybkim krokiem oddalaliśmy się od kryjówki, na którą po chwili ruszył kolejny atak. Przez strzały przebijał się donośny głos ostatniego Sancheza w plutonie, któremu jeszcze w faktorii Mendoza musiała amputować nogę...

Nie mam nogi, zeżarli ją moi współtowarzysze
Jeszcze ich mlaskanie słyszę...

Huk strzałów, lubo tłumiony przez dżunglę, narastał. Ale nie potrafił całkiem zagłuszyć żegnającego nas, przebijającego w chwilach ciszy śpiewu...

These cocks are made for fucking, and that's just what they'll do...

Na chwilę kanonada przycichła zupełnie... zastanawiałem się, czy to już... ale nie, jeszcze nie...

Tak krótko, tak szybko...
Ty dziwko, ty dziwkoooooooo...

Szliśmy szybko, czujni, ale jeszcze nie niepokojeni. Nie tylko honor i chwała, ale i pamięć im się należała... to był kolejny powód, dla którego musiało nam się udac. Musiał dotrzeć choć jeden z nas. Bo, na demony, taki czyn nie mógł pójść na marne. A moi żołnierze bronili się twardo. Z każdym strzałem, z każda minutą ci, którzy mieliby ruszyć za nami, stawali się mniej liczni i bardziej wyczerpani. Jeszcze po dwóch godzinach od wyjścia, wytężywszy słuch, słyszałem strzały i wybuchy... 

Oczywiście, musieli w końcu wytłuc i wystrzelać wszystkich w wykrocie, policzyć ciała, stwierdzić brak pakunku i wysłać pościg... Dniało już, gdy dogoniła nas pierwsza grupa. Tylko że dżungla była już rzadka, widoczność lepsza, a ich tylko ośmiu... Już nie próbowali podchodzić, zastawiać pułapek, po prostu nas gonili. Czterech wystrzelaliśmy z dystansu, a pozostałych – tu już poszło z bliska, na szable i maczety. Zasiekliśmy ich, porąbali, sami tracąc kolejnego, jednego tylko żołnierza. Trzeba było ciągnąc dalej. 
Ataki straciły na finezji, nie było też nigdzie słychać Arvaneza... albo zabawiał się z jeńcami w wykrocie, o ile którykolwiek dał się wziąć, albo-li dostał skurwysyn kulkę i leżał gdzieś w dżungli... Jeszcze tylko dwa razy uderzyli, ostatnią grupę, czterech zaledwie, prowadził Verdurgo. I z tych z nas, których zostawiliśmy, poza nim nie ujrzałem nikogo. Ale wiedziałem już, co robactwo czyni z ludzi, nie patyczkowałem się – miał tylko nóż, zanim go użył dostał trzy kule, poprawiłem szablą...
Pięciu z nas przeżyło tę szaloną eskapadę. Pięciu dotarło do posterunków, wciąż z zapakowanym pieczołowicie słojem. Potem dwie godziny spędziliśmy w blokhauzie z drewnianych bali, komunikując się z dowództwem… wiecie, tak by przekazać przez radio jak najmniej, a uświadomić, jakie to ważne. Na szczęście ktoś pomyślał i w regulaminie były stosowne hasła kodowe na podobną okoliczność. Gdy otrzymałem potwierdzenie… nie, nie zasnęliśmy, czekaliśmy dygocząc z bronią w ręku, czy z dżungli nie wyjdzie nowy atak. Dopiero gdy wylądował po nas skoczek, na jego pokładzie mogłem przymknąć oczy.
Nie na długo, to prawda… dwadzieścia minut później składałem już dokładny raport przed obliczem pułkownika Fereiry… zameldowałem o utracie praktycznie całego plutonu, opowiedziałem o znalezisku… godzina nie minęła, a w towarzystwie pułkownika oraz jego sztabu wywiadowczego leciałem już do sztabu legionu, gdzie po raz kolejny przyszło się wyspowiadać – tym razem przed legatem Marcosem. Dopiero wtedy umieścili mnie w przytulnym, doskonale odizolowanym szpitalu. I wreszcie dali pospać…
A potem odwiedziło mnie dwóch kościelnych, snadź wysokiej rangi. Sam fakt, że ich do mnie dopuszczono, wiele znaczył... Chcieli, nakazywali, bym jeszcze raz wszystko opowiedział. Klauzula tajności, odparłem. Pokazali mi rozkazy. Pod nimi dla odmiany podpisał się dowódca TDW. No i opowiedziałem….
Jako wam rzekłem, zaprzysiągłem wtedy milczenie, cała operacja, łącznie z tym, co nastąpiło, otrzymała klauzule tajności na lat pięćdziesiąt. 
A co nastąpiło? Powiedzieli mi… skutkiem wyprawy i zagłady mojego plutonu było dwutygodniowe zawieszenie broni między Hazatami a Hawkwoodami… na całym kontynencie. Następnie na zadanie, które miał wykonać niejaki Vega mając pod sobą pięćdziesięciu chłopa, skierowano dwa ciężkie pułki , w tym batalion komandosów i kompanię Derwiszy… tudzież pułk kościelny. Ci dotarli do miasta, wycięli w pień wszystkich, którzy stawili opór, a w mieście odnaleźli to coś, co tworzyło robale. Odnaleźli i odesłali z powrotem w Quillipothy. Demona. 
A dżungla? Nic, rosła w najlepsze dalej.

Tak zakończyła się ta historia. Jedna z takich, których nigdy nie zapomnę. A zwłaszcza małej Lucii Mendozy, którą zamierzałem po wyprawie postawić przed sądem, a dopiero po długim czasie zrozumiałem, jak wiele mnie nauczyła. 
Natomiast historia z Isaurą i jej mężem dopiero się zaczynała. Ale o tym opowiem innym razem, późno już… 
  


Komentuj (0)


Link :: 08.08.2008 :: 19:30
16-26 III 5004

Żeńcy dusz cz 3

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

... to jak, chcecie usłyszeć, jak rozwaliłem Iblisa? Oczywiście, nie rozwaliłem go w pojedynkę... prawdę rzekłszy, rozwalił się sam, myśmy jeno kapkę pomogli. Ale po kolei. Krzyknij, synku, na służbę, niech przyniesie coś na zwilżenie. Ja tymczasem zacznę.

Pierwsze dwie doby lotu upłynęły spokojnie, wręcz monotonnie. Ot tam, pobudka, trening, micha, trening, rozmowy, micha... a karmili nas podle bardzo, pożal się Wszechstwórco rybą z Madok, aż żal było do takiego gówna beczułkę naszą otwierać. Komendanta dniami całymi nie było, albo szlifował z Sylasem atlancki, albo trenował z marines. Jako więc rzekłem, spokój. Aż do poranka dnia trzeciego...

Siedzieliśmy w naszej kajucie kompanią całą, kończąc właśnie niewyszukany posiłek, gdy coś zdrowo okrętem całym zatrzęsło. Co ciekawe, alarm się nie rozwył, więc lekko tylko zaniepokojeni nie przerwaliśmy śniadania. Torres tylko wstał, połączył się z centralą, gdzie zbyli go krótkim „nic się takiego nie stało, ale nie blokujcie łącz”. Coś tu zaśmierdziało, dziatki. Na tyle, że komendant polecił paniom wbić się w skafandry, sam zasię przyodział się w pancerz i zaczął przypasywać broń. Nam nie trzeba było dwa razy powtarzać, jęliśmy ładować strzelby fleszetkami. Wtedy otworzyły się drzwi...
Zajrzał – bez pukania – jeden z majtków. Bez wstępów kazał wszystkim pasażerom nałożyć skafandry i udać się do kapsuł ratunkowych. Zaraz, jakich kapsuł, podobno nic poważnego... On tam nie wie, powiada, kazano mu tylko do czasu usunięcia zagrożenia umieścić pasażerów w kapsułach. Nikt nikogo nie będzie odpalał. Jakiego zagrożenia? Rozmawiajcie z kontrolą uszkodzeń... i po tych słowach ktoś odstrzelił mu pół głowy.
Don Alejandro nie czekał, wyturlał się na korytarz, zobaczyliśmy przez drzwi jak dwukrotnie strzela, jak sam obrywa i leci na tyłek. Wtedy już zdążyliśmy z Torresem załadować i wybiec. 
W korytarzu stał kolejny marynarz, mierzący w komendanta z pneumatyka. Co ciekawe, robił to pomimo dwóch krwawych dziur w piersi, jakie mu ów zrobił. Trzeba było poprawić... i poprawiliśmy, dwie porcje fleszetek urwały mu głowę. Wtedy padł.
Komendant podniósł się sam, strzałka którą dostał utkwiła w kamizelce. Ruszyliśmy dalej, do kajuty w której mieszkał Sylas i oboje Thana. W drzwiach znaleźliśmy leżącego Augusta. Oj, dziatki, nie wyglądał najlepiej. Postrzelony najwyraźniej nie był, ale dychający ledwo - ledwo. Gdy dowlekliśmy go do kajuty, zaczął powoli sam nabierać kolorków. I przemówił. 
Jak się pewnie domyślacie, Iblis dał znać o sobie. Tym razem dostało się nie psionikom, a nieobdarzonym. Krótko mówiąc, jak nam uprzejmie acz z wysiłkiem wyjaśnił Thana, przejęło ich coś. Nie wiadomo ilu na okręcie, nie wiadomo gdzie... zabezpieczone, powiada, są dwa miejsca – mostek i siłownia, do jednego z nich trzeba by się przedrzeć. A co zrobić z napotkanymi, że się wyrażę, opętanymi matrosami? Zabić ich można, rzecz oczywista, jeno trzeba w głowę mierzyć. A coś innego? Poświęcona broń... wystarczy lekko zranić, odparł rycerz, by uzdrowić delikwenta. 

Idziemy tedy do kapelana, zawyrokował komendant, grzebiąc w naszym tobole z bronią. Wreszcie wyprostował się, dzierżąc rapier... dość szczególny, dziatki – ten sam, który miał przed walką z demonicą, a który poświęciła Sybilla Garreh. Idziemy, powiada, na dziób. Torres i Augusto przodem, potem panie, na końcu my dwaj z tobołkiem do święcenia. 
Jasmina nagle stwierdziła, że nie idzie. Komendant westchnął, jął nalegać, nic, zaparła się. Poradzę sobie sama, powiada, o mnie się nie martwcie. Wiedziałem już że zostanie, inaczej musielibyśmy chyba przemocą prowadzić. Don Alejandro taki pewny nie był, poprosił raz jeszcze, po czym ruszyliśmy. Bez Jasminy, rzecz oczywista.
Było łatwiej, niż się spodziewaliśmy. Raz tylko trafiliśmy na opętanych, prawda że w wąskim przejściu – strzelali tylko Torres i Serena, reszta wisiała na drabince między poziomami. Ja starałem się powstrzymać odruch patrzenia w górę, gdyż nade mną była Ineza, tedy jedno zerknięcie z owej nietuzinkowej perspektywy mogłoby mnie srodze przed dalszą walką rozkojarzyć... w końcu jednak nasza straż przednia wystrzelała oponentów, mogliśmy postępować dalej.
Za kolejnym zakrętem trafiliśmy wreszcie na swoich. Zrazu nie przywitali nas z otwartymi ramionami, spojrzeliśmy w wymierzone lufy chyba sześciu strzelb. Zapytali kto zacz, a potem – nie zgadniecie – kazali wymienić apostołów. No i komendant wydukał, jak jaki pięcioletni szczyl w szkółce świątynnej... schowali gnaty, puścili nas do kapelana.
Sytuacja, jak się dowiedzieliśmy, zmieniła się niewiele. Rzeczywiście coś uderzyło w kadłub, dalej te same dwa miejsca były utrzymane, z trzech Kosiarzy dwóch było w maszynowni a Sylas na mostku... po reszcie okrętu krążyły oddziałki Marines, eliminujące resztę zagrożenia. Teraz było łatwiej, kapelan święcił broń wręcz taśmowo, a jak się dowiedzieliśmy, wystarczyło takową jeno tknąć opętanego a tracił przytomność. Zostawiliśmy więc nasz tobół, pobraliśmy wyświęcone strzelby i pałasze i dawaj do kabiny, gdzie zostawiliśmy Jasminę. Komendant wyrywał pierwszy, ani się oglądając. A na miejscu... 
Poradziła sobie... w pewnym sensie. Siedziała pod ścianą korytarza, cała zakrwawiona, przywalona marynarzem z odstrzeloną twarzą. Gdy podeszliśmy, zwaliła z siebie trupa, wstała, nic mi nie jest, powiada. To spróbujmy się rozeznać w aktualnej sytuacji, powiada don Alejandro i zaczął łączyć się z Sylasem. Okultystycznie, rzecz jasna. Po może dwóch minutach stwierdził, otarłszy krew z nozdrzy, że mu nie wyszło. A pani „nic mi nie jest” padła jak ścięta, nieprzytomna.
Komendant zaniósł ją do kajuty, gdzie szybko doszła do siebie. Ale do sił już nie wróciła, osłabła, widać było, że potrzebuje długiego odpoczynku. W związku z tym Ines z Torresem i Sereną zabarykadowali się w kajucie, ja z komendantem zasię dołączyliśmy do ekip sprzątających statek... niezłe określenie. Szło coraz łatwiej, w ciągu dwóch godzin znaleźliśmy i uśpili jedenastu majtków, dwunasty dostał bardziej nieszczęśliwie i skapiał. Na końcu dopiero, na pokładzie magazynowym, dotarliśmy do zamkniętych drzwi do składziku...
Terminal działał, komendant kazał najpierw sprawdzić czy w środku jest ciśnienie, potem otworzyliśmy. Pierwszym, co ujrzeliśmy, była wyrwana w kadłubie dziura. Taka na wylot, że gwiazdy przezierały. A mimo to, sposobem niepojętym, w przedziale była atmosfera, powietrze nie uciekało z hukiem. Przyczyna zaś leżała na podłodze...
W bryle topniejącego już, jak się dowiedzieliśmy metanowego, lodu, tkwiło coś... wyglądało podobnie jak aragoński cincalamar, jeno zamiast pięciu macek miało trzy i gały kapkę mniejsze. Na oko nie żyło, tylko... co w takim razie trzymało ciśnienie? Książę wezwał duchem ekipę do załatania kadłuba, kazał tez odłączyć prąd w sekcji... głupio byłoby zginąć w wybuchu metanu, jak w jakiej kopalni, prawda... 
Zjawili się wcale szybko, zatkali dziurę, po odpompowaniu metanu zaspawali, wynieśli owe dziwne ścierwo. Wszystko się uspokoiło, mogliśmy wrócić do kajut, zzuć wreszcie skafandry, wziąć prysznic. Dostaliśmy jeszcze wiadomość, że kapitan zaprasza na sekcję kosmicznego gościa za godzin trzy.
Komendant zajrzał do naszych sąsiadek. Jasmina spała snem głębokim, wręcz niezwyczajnym, widocznie zbierając siły. Nikt jej nie przeszkadzał, nie budził. Sami też poszliśmy jej śladem, pokrzepiając się krótką drzemką.

Sekcji dokonywał Sylas – jakby kto zapomniał, miał on wykształcenie medyczne... Kosiarz – łapiduch, brrr... Towarzyszył mu lekarz pokładowy i ów Calloway z Archiwów. Oraz, oczywista, rozciągnięty na stole sekcyjnym trójmacki kosmita. Cała widownia natomiast, w liczbie osób kilkunastu, siedziała wygodnie za grubą taflą szkła pancernego.
Wesołkowaty Kosiarz zrobił się poważny, do roboty podszedł metodycznie, wręcz z namaszczeniem. Krojąc, objaśniał głośno, nagrywał.
...dziewiąty Quillipoth według Kościoła Wszechświatowego, zerowy krąg Limbo w nomenklaturze Imperium Atlanckiego...
Jednym słowem, demon. 
...Brak układu pokarmowego... brak układu rozrodczego...
Drugim słowem, nie zje, nie wypije, nie pochędoży... tylko przejmować potrafi. Mógł to robić na dystans, aczkolwiek – jak widzieliśmy – na krótko, mógł też swymi trzema mackami zakotwiczyć się na głowie ofiary. Ot, demon. I oczywiście pochodził z Iblisa. To dla odmiany powiedziała nam jego wizytówka – bryła metanowego lodu, w której snadź przyleciał. Co takie oczy zrobiłeś? Iblis może i był lodową planetą, ale ten lód nie był z wody. Jeno właśnie z metanu.

Na tym właściwie się sekcja zakończyła. Pokrojone ścierwo trafiło do zamrażarki, my jeszcze rozmówiliśmy się z oficerami... przy okazji wyszło na jaw, że reszta pasażerów otrzymywała znacznie lepszy wikt od nas. Pierwszy się spietrał, widać było że ktoś mu wstydu narobił. Później tego dnia, gdym przypadkiem opodal kambuza przechodził, usłyszałem jak ochmistrz otrzymuje, ekhem, ustną notatkę służbową, od której ściany drżały. A kolację już dostaliśmy dobrą.

Noc upłynęła spokojnie... na czternastą dnia następnego dowództwo zwołało odprawę przed desantem na planetę. I nic by się nie wydarzyło do tego czasu, gdyby rano przy śniadaniu Inezie oraz księciu nie strzelił do głów sparring w zero-g...
Wiadomo, krążownik rzecz niemała, znajdowało się w nim kilka sal treningowych, w tym jedna z regulowaną grawitacją. Był to sześcian o boku stóp dwudziestu, z jedną ścianą przezroczystą dla widowni, w pozostałych zasię były różne występy a uchwyty, pomagajace w walce w nieważkości. Udałem się tam zająć dobre miejsce, wiedząc z doświadczenia że niech jeno wieść gruchnie a na widowni będzie pełno. 
Rzeczywiście, ledwie się pojawili, oboje w strojach treningowych... Alejandro, tyś zaiste ślepy był, ech... salka zaczęła się zapełniać. Wszedł zbrojmistrz, dał obojgu broń treningową – tępą, wielkości pałasza – po czym związał ich lewe nadgarstki linką. Po co była, pytasz? Ano, miała wiele zastosowań. Żeby przeciwnik nie uciekł. Żeby oderwać go od podłoża, gdy się samemu skoczyło. A jeśli to ten drugi skoczył, żeby go ściągnąć. Albo strzelić nim o grunt, jak się mocno zakotwiczyłeś. A jak ktoś był zdolny i wybrał dużo, to od biedy można było parować nią ciosy.
Zasady były proste: punktowane tylko uderzenia bronią, trzy punkty za cios w szyję i w mostek, dwa za cios w pierś, po jednym za inne części. Do sześciu punktów.
Wyłączono grawitację. Oboje zaczęli powoli, próbując przeciwnika i nowe warunki zarówno. Prawda, komendant był w mieczu znacznie lepszy, ale w walce zero-g równie zielony jak markiza. Poza tym, zbytnie wykorzystanie przezeń przewagi byłoby... cóż, nieeleganckie. Najpierw tedy próba walki na dystans, złapania jako – takiego oporu na ścianach... Ines zaatakowała pierwsza, komendant zrazu jeno parował, potem odbił się, pociągając markizę za sobą na lince. Skoczyła zanim zdążył szarpnąć, poleciała w jego kierunku, z bronią wystawioną jako ten czapli dziób... wylądował, cofnął się pół kroku, sparował od niechcenia, delikatnie a zręcznie przejechał ostrzem po szyi, w sposób raczej miły niźli bolesny... i trzy punkty. Człowieku, wolniej... 
Ines wylądowała, od razu zgrabną nóżką odbiła się i wpadła na księcia. Chyba jeszcze kontemplował swój, skądinąd zręczny, cios, gdyż stracił oparcie i wyleciał na środek sali, obrywając po drodze za punkt. Markiza zaparła się i ściągnęła go na dół. Już się pozbierał, miast wyrżnąć w ścianę jak alpinista pierdoła, wylądował całkiem miękko. W locie wybrał linkę i teraz to on szarpnął. Markiza poleciała, trafił ją znowu, tym razem za dwa punkty... spieszyło Ci się gdzieś, książę? Potem, przy gromkim aplauzie widowni, Czarna Ines wylądowała na komendancie, ściskając udami jego biodra i w ten sposób przyszpilając do ściany. Nastąpiło kilka sekund suspensu, po czym markiza uniosła broń, by przyszpilić dona Alejandro po raz wtóry, on zasię w miarę delikatnie wyrżnął ją kolanami w plecy, chcąc zrzucić z siebie. Co chciał, dziatki, to jedno, a co uzyskał, zmieniło aplauz widowni w wycie. Którego nie mógł słyszeć, dwa że szyba dźwiękoszczelna, a raz że uszy miał zatkane... cóż, nieziemskimi udami Czarnej Ines, którą przesunął sobie był na głowę.
Rzuciła okiem na szybę, za którą był wyjący tłum tudzież starający się zachować spokój niżej podpisany, spłoszyła się, skoczyła. Zapomniała o lince, która szarpnęła ją gdy diuk doszedł do się, znalazł zaczep i pociągnął. Role się odwróciły – teraz to ona poleciała, rozpłaszczając się na ścianie może o metr od okna, don Alejandro zasię skoczył. Rapier Inezy odbił dłonią, wyłuskwił go z rączki, złapał markizę za nadgarstki i przyparł sobą do ściany.
Tu suspens potrwał znacznie dłużej. Ineza, unieruchomiona, jęła się pod księciem wiercić, w sposób na który mało kto pozostałby obojętny... no, chyba że się nazywa Alejandro Corrinho. Widziałem, chwilę walczył ze sobą, a potem zobojętniał na jej starania. Do czasu, aż objęła go nóżką, wbijając obcas w książęcy zadek... Widownia umilkła, śledząc prospekt z rozdziawionymi gębami, szyba nieco zaparowała, a temperatura po jej obu stronach rosła... Markiza zaniechała prób wydobycia się spod diuka (wiercenia nie zaniechała, choć szkoda tak prostackiego określenia dla tych ruchów wdzięcznych), zaczęli coś szeptać, w oczy sobie spoglądać, a potem...
Daj wina, łyknę, za chwilę dokończę. Wierę, takie właśnie gały a języki wywalone, jak u was widzę, były wtedy na widowni. Uch, dobre... Kiedy więc oczy od oczu a usta od ust były już niebezpiecznie blisko... znacie ten kawał, jak szlachcianka w chwili namiętności mówi do Kajdaniarza „a teraz rób Pan, co potrafisz najlepiej...” Dokładnie tak samo, komendant odgiął się w tył i z całej siły przywalił Ines pięścią w twarz.

Wszystkich aż wmurowało. Markiza zareagowała odruchowo, chwyciła broń i dała diukowi w łeb. Potem poprawiła oburącz w uszy. A on, z twarzą kamienną, spokojną, bez cienia jakiejkolwiek emocji, zarzucił jej na szyję linkę łączącą nadgarstki i zaczął dusić. Zrobiła jedno, co jeszcze mogła – strzeliła kolankiem w klejnoty. Bez żadnego rezultatu.
Rwetes się wszczął, słyszałem jak wywołują drużynę ratunkową, medlab, byle zdążyli wpaść do sali zanim zadusi. A ja siedziałem jak wryty, patrząc na twarz i oczy mojego pana lennego. I to nie było jego spojrzenie.
Nagle odzyskał wzrok, w sekundę zorientował się, odwinął linkę z szyi siniejącej już Inezy. Później powiedział mi, co nastąpiło. W skrócie, musiał wytężyć całą siłę woli by obronić się przed urokiem pięknej markizy... tak, że demon z Iblisa wlazł w jego umysł jak do siebie i przejął ciało. A potem zaczął rozrabiać. Wejście jednak to nie wszystko, komendant już kilka razy prał się z demonami w joyride, nieproszony gość nie strzymał długo i w cztery złożenia trafił z powrotem do Quillipothów, z odciskiem książęcego buta na rzyci. 
Jako więc rzekłem, odzyskał przytomność, uwolnił Ines, której linka przecięła skórę do krwi, chciał ratować, ale właśnie wtedy przyszedł ból. Zwinął się, chwycił oburącz tam, gdzie bolało... do sali wpadli marines i lekarz, zjawiła się tez Jasmina – dopiero teraz zorientowałem się, że była wcześniej na widowni – porwali na wpół uduszoną Ines do medlabu, zapominając o lince... pociągnęli komendanta. A on... cóż, dziatki, człek kopnięty w jajca albo kwili cichutko, albo wrzeszczy wniebogłosy. Dodajmy do tego żołnierza. Dotąd siedział cichutko, skulony,ale jak teraz ryknął STAĆ KURWA!!! to zatrzymali się nawet ci wybiegający z widowni.
Odcięli linkę, ponieśli markizę. Jasmina pomogła wstać komendantowi, poprowadziła do wyjścia. Dołączyłem do nich, ale nie pomagałem, znając dona Alejandro – jak wstał, to i pójdzie. Chciał od razu iść zobaczyć Inezę, nie był to dobry pomysł...

- Ona nie chciałaby, byś oglądał ją ranną, słabą. Później, książę.

Jasmina za to wsparła go, nie zważając na spojrzenie. Powiodła do kajuty.

- Byłeś nieostrożny, książę. Potrzebujesz ochrony. I ja cię będę chronić. Za wszelką cenę, przed każdym zagrożeniem. Nie opuszczę Cię...

Dotarliśmy równocześnie z Torresem, któren oznajmił, że Ines ma się dobrze, żyć będzie. Tudzież że Kosiarz wyjaśnił, jaka była prawdziwa przyczyna książęcego ataku. Don Alejandro usiadł na koi, z sykiem bólu wyciągnął się, przymknął oczy. A Jasmina nie zważając na nic wpełzła, ułożyła się obok niego, położyła dłoń na czole. Chodź Torres, powiadam, nic tu po nas, idziem fechtować... 
Gdym wrócił po półtorej godzinie, Jasminy już nie było, komendant zasię siedział pod prysznicem, podśpiewując coś bardzo fałszywie. Zapytałem o zdrowie. Wiem, rzecze ów, że czekasz bym powiedział „nic między nami nie zaszło”. Otóż wiedz, że nie usłyszysz tego...
Zmilczałem, acz wiedziałem dobrze, że w istocie nie mogło zajść nic. Wiecie, zadbała o to Ineza. Swoim pięknym kolankiem...
Właśnie do Ines poszliśmy. Komendant, widać było, zasromany wielce, wszedł sam. Trochę czasu zeszło, gdy kajał się a przepraszał. Prawda, może i nie z jego woli, ale bezsprzecznie z jego ręki omal nie zginęła, jego ręce oszpeciły jej szyję szramą godną wisielca. Uprzedzając nieco fakty, temu zaradził później kosiarz – medyk, że i śladu nie zostało. 

Niedługo później rozpoczęła się odprawa. Tedy i ja wyjaśnień parę dam. Iblis nigdy nie był zamieszkały, natomiast krążyła wokół niego stacja orbitalna. Kiedyś była przydatna, gdy planeta była blisko wrót (co trwało może lat pięćdziesiąt), potem rozeszły się na swoich orbitach i utraciła na znaczeniu. Od tego czasu pełniła jeno funkcje badawcze oraz była miejscem karnych zsyłek. Aż koniec końców kontakt się urwał. Frachtowiec wysłany tam z kolejną zmianą zaginął bez wieści. A potem cesarstwo miało większe kłopoty na głowie, a znajdujący się daleko od szlaków żeglownych Iblis nie sprawiał ich wcale. Ot, raz zaginął nieduży liniowiec, ale nie było żadnych dowodów, że to akurat tam. Dopiero ostatnie „żniwa” przebrały miarkę. 
Wysłane sondy oraz Kosiarze odkryli coś jeszcze: aktywność na samej planecie. A ostatnie wiercenia robiono tam kilkaset lat temu. Teraz najwyraźniej znowu zaczęli, mieszkańcom udało się zmontować laser i zabrali się za drążenie tunelu do wnętrza planety. Niejako przy okazji odnalazł się ów dawno zaginiony liniowiec, zachomikowany po ciemnej stronie planety.
Reasumując, z trzech naszych plutonów marines jeden, z Sylasem w składzie, miał zająć się rozbiórką stacji orbitalnej od wewnątrz, a Audacity dokończyć dzieło. Pozostałe dwa, pod komendą naszego dzielnego diuka, z Ines w charakterze przewodnika, miały zrobić wjazd na powierzchnię i zagłębić się w tunele, gdzie ponoć trzymano duszyczki. 
To tyle, dziatki. Mieliśmy trzy godziny na krótką drzemkę i przygotowania do desantu. Komendant odbył jeszcze rozmowę z Jasminą...

Pójdę, by Cię chronić, książę. Musisz mnie zabrać, nie odstąpię. Jeśli każesz mnie tu zatrzymać, będę Cię strzec z odległości. Jeśli każesz uśpić, pokonam to i również będę cię chronić. Za wszelką cenę. Nawet własnego życia...  

W kajucie zażądał jeszcze wina, Jasmina oponowała, że nie powinien przed walką, z braku własnego dziecka jęła mamuśkowac księciu, on jednak oporny był. Nie wiedziała snadź, że jeśli tylko była możliwość, Alejandro nigdy nie stawał do bitwy bez łyku wina. Ot, zwyczaj miał. W każdym razie zasnął, simulacra siedziała cały czas u jego wezgłowia, po dwóch godzinach wybudziła, nadszedł bowiem czas się odziać w zbroje. Ktoś z was miał okazję? Wiecie, jak pewien mędrzec kiedyś napisał, w zbroi nie ma gdzie wyjść z potrzebą... służący przyniósł tedy cewniki, strzykawki, tubkę żelu... jeden po drugim znikaliśmy w kabince, gdzie trzeba było sobie, hmmm, założyć. Jasmina wymknęła się zaś, zapewne do medlabu, by tam ją obsłużono. Potem, ze zwisającymi z gaci zaklemowanymi wężykami, pomaszerowaliśmy do zbrojowni. Komendant, obeznany, wlazł w ciężki pancerz wspomagany... jam się na takim nie znał, nigdy nie używałem, wzułem zwykły skafander bojowy, lekko opancerzony. Teraz broń... już nie pneumatyki i strzelby fleszetkowe, projektowane by broń Wszechstwórco nie przebić kadłuba, jeno porządne sztuki, broń plazmowa, gaussy i ciężkie lasery. 
Pojawiła się też Jasmina, od tej pory już nie odstępująca dona Alejandro na krok. Ineza, wielce niezadowolona że kombinezon maskuje jej wdzięczne kształty. Dwóch Kosiarzy. Pozostałych siedemdziesięciu uzbrojonych po zęby Marines, w tym osiemnastu w ciężkich pancerzach. Ruszyliśmy do lądowników.

Lot i lądowanie... ha, tego, zamiast słuchać, lepiej spróbować. W lądowniku siedzisz w fotelu, który później będzie twoją kapsułą przy lądowaniu, vis a vis innego człeka z oddziału. Start, krótkotrwała nieważkość. Potem włazicie w atmosferę, zamyka cie i unieruchamia metalowa rama, łącznie z hełmem, tak że jedyne co widzisz to łeb tego z naprzeciwka i jego oczy w wizjerze. Chyba że, jeśli to nowy, puści pawia wcześnie, wtedy oczu nie widzisz, jeno śniadanie. Bo, dziatki, przy wejściu trzęsie jak cholera. Następnie w słuchawkach rozbrzmiewa ci odliczanie... tu przynajmniej nie było innych rozrywek, na przykład ognia pelot... nagle słyszysz ZERO i wszystkie flaki chcą wyleźć ci nosem, gdy kapsuła przez sekundę przyspiesza w dół. Już nie widzisz tego z naprzeciwka... chyba, że odpaliło was bez interwału, a wtedy niedobrze, gdyż się pewnikiem zderzycie. Widzisz kręcącą się wokół planetę i czerń nieba. Statku nie wypatruj, to po prostu jedna z wielu gwiazd. Potem zaczyna się hamowanie, jeśli jest atmosfera to z ramy nad tobą wyskakują wirujące skrzydełka, niemal tak samo skutecznie a wytrzymalsze od spadochronu. Ty wirujesz nieco wolniej w drugą stronę. Nie masz co patrzeć na wysokościomierz ani stoper, trzepie tak że nie dostrzeżesz wskazań. Lądując na dużej planecie możesz się orientować tylko po zmieniającym się kolorze nieba... gdyż konstrukcja kapsuły nie pozwala, na szczęście, spojrzeć w dół. Iblis atmosfery nie miał, więc mogliśmy polegać tylko na odpaleniach kolejnych rakiet hamujących. Najbardziej nurtuje jedna myśl - „czy nie powinien już odpalić...?” Wiecie, zrzut jest bojowy, więc by utrudnić przeciwnikowi działanie odbywa się on jak najszybciej – a to oznacza ostre a krótkie hamowanie najniżej, jak się da. Ostrzeżeniem jest powiększająca się krzywizna planety, oraz – w ostatniej sekundzie – kombinezon ściskający ci nogi, żebyś wytrzymał. Masz sekundę – dwie na zaciśnięcie pośladków, gdyż potem kopie cię dziewięć g przez sześć sekund. Teoretycznie powinno cię to wyhamować na poziomie gruntu. Czasem zero wypada dziesięć metrów nad ziemią, czasem – dwadzieścia pod... Jeśli przeżyłeś, nie łamiąc nóg ani nie puszczając w spodnie, nikt z kamratów nie spadł ci na łeb, krótko mówiąc, jeśli możesz wstać i odejść, to dobrze wylądowałeś. I możesz zacząć się martwic, gdzie są pozostali...

Nasze lądowanie odbyło się bez kłopotów i strat. Moje „zero” wypadło dwadzieścia metrów nad lodową równiną, na którą dzięki niskiej grawitacji opadłem powoli i dostojnie. Kompania zebrała się i tyralierą ruszyliśmy w kierunku odwiertu. A tam – pusto... nie, studnia była, pokaźna, osiem metrów na wskroś, z pięćdziesiąt w głąb, gdzie zakręcała. Wokół walało się trochę skrzyń, resztki metalowego rusztowania, ale ani żywej duszy. Komendant naradził się z dowódcami plutonów, zostawiliśmy pikietę u wylotu, zamontowali wyciągarki i dawaj w dół. Od dna studni odchodził tunel niewiele mniejszy, wiodący pod niedużym katem w dół, w trzewia planety. Sformowaliśmy szyk, osły i uczeni do środka, komora z ciałem Wolvertona takoż, zawołał diuk, pancerni wysunęli się na szpicę i naprzód!
Szliśmy długo... zasięg komunikatorów powoli zanikał, zostawialiśmy co kilkaset metrów przekaźniki. Po może dwóch kilometrach tunel rozdwajał się... Ineza po namyśle wskazała lewą odnogę, kolejna szóstka została przy rozwidleniu. Kolejne dwa kilometry, coraz niżej, wreszcie korytarz się rozszerzył. Kawerna była spora, dobre pięćdziesiąt metrów wszerz i wzwyż, długa na dwieście. Kręciło się tam kilkunastu opętanych, we wdziankach naukowców, bez żadnych hełmów czy masek, niewiele sobie robiąc z braku atmosfery. Zoczywszy, rzucili się na nas. Z tym rzucili kapkę przesadziłem, przyznaję... Leźli powolnym, rozlazłym krokiem, wyciągając co który miał pod ręką. Komendant rzucił krótkie fwego, nasze serie w ciągu sekund rozsmarowały ich po ścianach. Potem był czas rozejrzeć się. W lodowych ścianach dało się zauważyć kilka zatopionych, znanych nam już trójmackich potworków różnej wielkości. A jedna ściana, dziatki, nie była z lodu. Była... żywa? Nie, to zdecydowanie złe określenie. Pozwólcie mi zacytować jednego z naszych Kosiarzy – cóż, to była macka. Idąca nie wiedzieć skąd, nie wiadomo gdzie (ale zapewne do jądra planety), rozmiarów tak tytanicznych że na całej wysokości kawerny – a było to pół setki metrów – ledwo dało się zauważyć krzywiznę! Błyszcząca, szarosina, pulsowała leniwie w światłach lamp. Śpi, lepiej nie budzić, orzekło dowództwo. A jeszcze lepiej się pospieszyć i dopaść delikwentów z owym górniczym laserem zanim ci dokopią się, że tak powiem, do sedna.
Świadomość, co tamci zamierzają obudzić, dodała nam motywacji. Popędziliśmy w dół, niemal biegiem, rozstrzeliwując po drodze nieliczne grupki stawiających opór opętanych. Na rozwidleniach kierowała nami Ineza. Powoli przestałem liczyć kilometry... W jednej z kolejnych kawern napotkaliśmy nowe znalezisko. Wyryte w lodzie zagłębienie, a w nim tuziny świecących kul, rzekłbyś z lodu toczonych. Tu są dusze, orzekł Kosiarz. Zanim zdążyliśmy pomyśleć, co dalej z nimi czynić, z korytarza naprzeciwko ktoś wylazł. Samotna postać. Marines unieśli broń, komendant jednak strzelać zakazał. Tamten lazł ku nam, owym powolnym krokiem opętanego, mamrocząc coś. Na skroniach i tułowiu miał ślady jak po dwóch mackach, gdy się odwrócił, ujrzeliśmy trzeci na karku. Don Alejandro kazał podsunąć mikrofon na kiju... 

Uwolnijcie mnie

Proszę proszę, byłażby to duszyczka kawalera Wolvertona, tak brutalnie wyrwana z powłoki doczesnej w naszej łaźni? Przydałoby się zweryfikować, zanim pozwolimy jej wskoczyć w ciało. Komendant zapytał o ich pierwsze spotkanie. Odpowiedział dobrze. Ines włączyła się w konwersację, co usłyszałem to początek wiersza, który ów dokończył. Deklamować ni cholery nie umiał, ale nie o to chodziło. Otwarto komorę stazy, skorupa podreptała w pobliże, nagle zwaliła się bezwładnie, a leżący w skafandrze Wolverton otworzył oczy i wstał. Ledwie wylazł, jął błaznować, samemu chodzić jako ta skorupa, z rękami wyciągniętymi...

Aleksandrze, jeżeli teraz powiesz „mózgi”, poczuję się zaniepokojona...
 Mózgi...


Diuk uznał test za pomyślny, jął wypytywać. Wiele nowego się nie dowiedział, opętani z Iblisa próbowali odkopać i obudzić wielkiego demona. Ściągnięte w czasie Żniw dusze psioników były po prostu na karmę, by zwiększyć ich moce. A oddział górniczy wraz z laserem rył gdzieś niedaleko.
Co do kul z duszyczkami, to wyciągnięcie Wolvertona z komory załatwiło problem transportu. Nasypaliśmy ich na jego miejsce, akurat starczyło. Podobno to był komplet, tedy komendant odesłał komorę na powierzchnię. A reszta ekipy – naprzód i w dół...

Wystrzeliwanie kolejnych opętanych szło łatwo, wręcz za łatwo. Żołnierze zrobili się pewni siebie, nawet trochę za bardzo. Przy wyjściu z kolejnej kawerny trzech chwacko skoczyło za następny zakręt... po kilku sekundach pojawił się tylko jeden, w podziurawionym pancerzu, tylko po to by paść na naszych oczach. Komendant gestem zebrał pancernych, poszli. Ma się rozumieć, popędziłem za nimi, będąc może o kilka sekund z tyłu. Co ujrzałem...
Naprzeciw stało trzech opętanych, ci mieli zakotwiczone na łbach demony, wyglądające w tej pozycji jak osobliwe hełmy. Jeden z pancernych obrócił w rękach karabin plazmowy, przyłożył sobie pod brodę i strzelił. Komendant był drugi, widziałem jak mocuje się z ciężkim gaussem, jak po chwili upuszcza go i kosi całą trójkę skorup z pulsera zamocowanego w karwaszu. Wydawało się, że to koniec. A wtedy trzeci żołnierz wymierzył w księcia.
Don Alejandro uchylił się, ciosem pięści ukruszył lufę broni, wpadł bykiem i obalił strzelca. Pomógł drugi, potem trzeci, razem przewrócili wierzgającego delikwenta na brzuch. Wiedzieli że w pancerzu nie ma jak dziabnąć go święconą bronią, ale na plecach było główne ogniwo, wystarczyło je wyjąć i odczekać parę minut, aż zdechnie rezerwowe. A potem zanieść wojaka na statek i tam uleczyć. Zanim jednak to uczynili, tamten zwisł bezwładnie, gdy obrócili na plecy, ujrzałem krew na wizjerze od wewnątrz. 
Komendant wstał, popatrzył w moim kierunku. Nie na mnie... spojrzałem – obok stała Jasmina. Coś do niej mówił na zamkniętym kanale, więc słów nie słyszałem, ale starczyło widzieć jego oczy w wizjerze, zaciśnięte pięści zbroi – wściekły jak rzadko. Po chyba dwóch minutach odwrócił się, gestem zebrał pozostałych i ruszyliśmy. 
Za zakrętem był drugi cel naszej wyprawy. Jaskinia była olbrzymia, trzysta metrów wysokości, żebym tak zdechł. Na drugim końcu stał wielki jak stodoła laser, a na nim i wokół niego dobra setka opętanych, w tym ze dwudziestu w owych żywych hełmach. Za laserem z tyłu ziała przepaść.  
Może i było ich stu, ale nie to wyszkolenie, nie ten sprzęt. Wymiana śmiercionośnych argumentów potrwała może trzy minuty... trupy zaścieliły salę, laser też mimochodem oberwał kilkakroć z granatników i plazm... cóż z tego, gdy tamci uzyskali, co chcieli...
Tam, gdzie stał laser, kończyła się biel lodu. Dalej ściany miały znajomą, oślizgłą, szarosiną barwę. I nagle część jaskini zamknęła się , jakby zacisnął się pierścień tej samej barwy. Nie była to przepaść, dziatki... to była paszcza potwora. Demona siedzącego w głębinach Iblisa... a raczej tworzącego jądro tej planety. Bo jak nie nazwać potworem istoty, której paszcza mierzy tysiąc stóp średnicy, jak nie więcej? I jeszcze jedno: najwyraźniej się obudził.

Komendant obliczył, ile mamy do powierzchni, następnie kazał uzbroić dwie megatonowe walizki, jakie posiadaliśmy. Pół godziny opóźnienia. Jedna poleciała w paszczę, drugą postawiliśmy na brzegu... i w nogi. Co mu mogły zrobić, pytasz? Jak się okazało – tak jakbyś ziarnko pieprzu rozgryzł. 
Za to sprint na powierzchnie odbył się w tempie niesłychanym. Wolniej biegnących pancerni brali po jednym pod każdą pachę i nieśli, jedna czwarta grawitacji... tak że owe minut trzydzieści okazało się ze sporym zapasem wymierzone. Mogliśmy nawet pokontemplować przez chwilę piękny obłok rozżarzonej plazmy w miejscu, gdzie była stacja orbitalna. Potem z nieba spłynęły skoczki, a sierżanci w krótkich żołnierskich słowach kazali spieszyć się z wsiadaniem. Byliśmy już dobrze wysoko, gdy lód wokół studni pokruszył się nagle, a po chwili trysnął stamtąd słup ognia. Skoczki wznosiły się dalej, by po krótkim locie wylądować na pokładzie Audacity. Krążownik nie mieszkając dał pełny ciąg, by zwiać jak najdalej od tego przeklętego miejsca. 

Tak to wywieźliśmy kawalera Wolvertona tudzież dusze psioników z B2. Jednak, od ocalenia ich było jeszcze daleko. Jako rzekłem, okręt nasz ruszył, jak to dawniej mawiano, pełną parą. Lecz Iblis, jak każde szanujące się przeklęte miejsce, miał swoje własne plany. I zaczął nas gonić.  




Komentuj (0)


Link :: 12.08.2008 :: 12:11
16-26 III 5004

Żeńcy dusz cz 4 - epilog, czyli wszystko i tak pozostaje w rodzinie

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Na czym to ja skończyłem? Ach, tak... Jak to Iblis zaczął gonić krążownik Jego Cesarskiej Mości Audacity, na którego pokładzie pośród kilkuset innych znajdowała się i moja skromna osoba. Jak, że planeta nas goniła? Ano, nieledwie. Równocześnie z naszym odlotem lodowa skorupa planety jęła pękać, rozpadać się na kawałki, żeby nie brak atmosfery łoskot byłby zapewne nieopisany. Jeszcze dało się widzieć na monitorach, jak spod rozpryskujących się brył lodu wyłania się macka niesłychanej długości, mierząca ponad tysiąc kilometrów. Wskutek rosnącej szybkości okrętu, obraz zmniejszył się już znacznie gdy pojawiły się kolejne. Kapitan kazał odpalić jedną z trzech pozostałych sond, by mieć lepszy obraz – i takowy pojawił się na jednym z ekranów. Ano, to co wyłoniło się ze szczątków planety, wyglądało podobnie jak demony, które widzieliśmy wcześniej podczas tej wyprawy – trzy macki, dwoje wyłupiastych oczu, podobny do kalmara. Tylko ci, co byli w jądrze planety widzieli, że w paszczę stwora zmieściłby się Cadiz. A sonda pokazała nam jego rozmiary. Gdzieś z lewej na ekranie majaczył nędznie snop światła wyrzucany przez silniki Audacity, mierzący osiemset kilometrów. Nędznie, gdyż kadłub i macki potwora mierzyły razem czterykroć tyle. A potem stwór ruszył za krążownikiem.
Wkrótce zniknął z zasięgu sondy, za to pojawił się na tylnych sensorach artyleryjskich. Prawda, przy takich rozmiarach trudno go było przegapić. Odsadziliśmy go na szesnaście tysięcy kilometrów, potem zaczął nas powoli doganiać. Tak, dziatki, sadził niemal czterdzieści osiem g. 
Wiedzcie, że nie wygląda to tak, jak na kiepskich holovidach - w których marynarz widzi przez lornetę ścigający okręt, a ogień prowadzi się na odległość rzutu kamieniem. Chociaż w istocie wpuszczono nas na pomost manewrowy okrętu, ten z oknami. Na bojowy już nie mieliśmy wstępu. Natomiast jedyne informacje znajdowały się na ekranach. Nawet kontakt na radarze artyleryjskim nie miał zarysowanych macek, był tylko jedną, acz wielką, kropą. Jedynie cyferki, pokazujące odległość, cokolwiek mówiły. Zmniejszały się.
Lekkie wstrząśnienia okrętu i oddalające się od burty, nagle zawracające w tył iskierki powiedziały nam, że Audacity zasypał potwora torpedami. Zasypał, dobre... po wystrzeleniu jednej w stację orbitalną a drugiej do spoczywającego na planecie liniowca, zostało ich raptem dziesięć. Ich eksplozje za rufą... jakby na sekundę zapłonęła tam jaśniejsza gwiazda pośród setek innych. Bydlę zwolniło. Na krótko...
Ale, prawda, na chwilę przestał się zbliżać. Z drugiej strony, niemal pięćset megaton mogło zrobić na potworzysku większe wrażenie. Został na czternastu tysiącach kilometrów, co i rusz zmniejszając albo zwiększając ten dystans o tysiąc – dwa... Jakby chciał, a nie mógł. Albo bawił się z nami.  
I tylko cyferki, wykresy... gdy podlatywał bliżej, krążownik otwierał ogień ze swej skromnej rufowej baterii. Nawet tego nie dało się poczuć, widzieliśmy jedynie krótkie błyski na rufowym monitorze gdy strzelało działo plazmowe. Żeby było śmieszniej, te łaskotki snadź wywierały większy efekt niż wystrzelone wcześniej torpedy, po salwach stwór zwalniał wyraźnie, a potem znowu podejmował pościg. 
Minuty przeciągały się w nerwowe godziny. Nie wiedzieliśmy, jaka atmosfera panuje na pomoście bojowym... u nas mało kto wychodził, chyba że za potrzebą; komendant i Ines stali w bezruchu niemal, obserwując ekrany, z rzadka tylko zwilżając wyschnięte usta łykiem wina. Jak nam później powiedziano, z drugiego pomostu zniesiono oficera torpedowego; serce nie wytrzymało. 
Siedemnaście godzin. Długich, nerwowych godzin, wypełnionych pytaniami z cyklu „jak długo”. Jak długo wytrzymają pracujące pełną parą pompy chłodzenia reaktorów? Cewki i kondensatory strzelających bez ustanku dział? Kompensator przyspieszeń? Jak długo mieszkańca Iblisa będzie spowalniał nasz ogień? Poza tym, dziatki, nie mogliśmy przyspieszać w nieskończoność. Koniec końców trzeba było zacząć hamować, jeśli nie chcieliśmy przestrzelić układu i wlecieć w Mrok z jego drugiej strony.  
Po siedemnastu godzinach nastąpiło coś z kategorii Deus ex machina. Obecny na pomoście Kosiarz nagle wyszczerzył się i oznajmił „są”, a sekundy później radarzysta wrzasnął KONTAKT! Od czoła pojawiły się dwa obiekty, które snadź dawno już weszły na kurs zbieżny z naszym, gdyż szły względem Audacity z niewielką stosunkowo prędkością – i zwalniały. Z przyspieszeniem niemal czterykroć większym od naszego – tak by zrównać się ze ścigającym nas potworem. Krótko mówiąc, były to dwa behemoty. Każdy z nich wielokrotnie większy od Montezumy czy Cadiza. Z drugiej strony, przy mierzącym tysiące kilometrów demonie były jak kruszyny. Ale, dziatki, nie w rozmiarze siła, jakem kiedyś po pijanemu ułożył fraszkę do małżonki Aleksego Iwanowicza:

Wiesz zatem, która leżysz pod Iwanowiczem
że bez techniki, wielkość jest niczem


Więc nie rozmiar miał tu znaczenie... na ekranach zrobiło się trochę kaszy, gdy wypuściły myśliwce. A potem zrównały się z potworzyskiem i otworzyły ogień. Widzę, część z was wie, co potrafi behemot. To już było widać na monitorach, nawet z tej odległości. Orały jego cielsko strugami energii, aż zaczął się skręcać, zapadać w sobie... niewiarygodne, ale robił się coraz mniejszy. I mniejszy... Już nie miał tysięcy kilometrów, jeno setki, dziesiątki... w końcu skurczył się – i zniknął. Dopiero po chwili, gdy z głośnika popłynął przekaz z obu Behemotów (cesarskich, nie Anubisowych, jakby się kto pytał), rozległo się zbiorowe westchnienie ulgi, a następnie wiwaty. 
Komendant wyszedł z pomostu. Patrząc na jego minę, wiedziałem gdzie poszedł. I zaiste – znalazłem go w bocznej galerii, pod wyciągiem wentylacji. Pierwszy raz od czasu Stygmatu patrzyłem, jak zadowolony kurzy cygaro.

Dobry nastrój potrwał aż do wieczora... tak, dziatki, co dobre, szybko się kończy. Wieczorem, gdy spożywaliśmy w mesie kolację (i był to już oficerski wikt, nie ryba z Madoc), Wolvertona nagle wezwano od stołu. Oj, dziwnie to przypomniało początek historii, która właśnie nas na Iblisa zawiodła. Zwłaszcza, że do mesy już nie wrócił. 
Jemu się jednak krzywda nie stała. Natomiast innym... Ines, przechodząc po kolacji obok medlabu usłyszała dość donośną dyskusję pomiędzy Wolvertonem właśnie a Pierwszym. W uszko wpadło jej niewiele, tyle, że stan rannych się ponoć pogarszał. Jakich rannych, spytacie? Ano, z Iblisa. Konkretnie, ze stacji orbitalnej – pamiętacie, w tunelach straciliśmy kilku zabitych, ale rannych nie było. Sęk w tym, że – jak to słyszeliśmy kilkukrotnie – ci ze stacji potrzebowali kilku dni na wylizanie się z ran, nie było to – ponoć – nic poważnego.
Następnego dnia rankiem komendant, idąc do sali treningowej, minął się z lekarzem pokładowym. Zmęczonym, niewyspanym, wyczerpanym – i wędrującym do medlabu. I tu zrobiło się podejrzanie, dziatki. Proste dodawanie, na poziomie szkółki przyświątynnej, wykazało iż medyk jest na nogach niemal dobę. A czas służby, zwłaszcza na okręcie wojennym, rzecz święta i nieprzekraczalna. Musiało się tedy stać coś naprawdę ważnego – wiecie, zmordowany łapiduch potrafi narobić czasem więcej szkód niż brak łapiducha.
Może to jednak, orzekli Ines z komendantem, iście wewnętrzna sprawa Marynarki. Nie chcą, prawda, pary puścić – ich sprawa, wszak jesteśmy tu jeno gośćmi. Ufajmy, że nie dotyczy to nas bezpośrednio... zwłaszcza że pani „nic mi nie jest”, czyli Jasmina, od wylotu z Iblisa też coś słabowała, nie opuszczała kajuty – acz twierdziła, że nic jej nie dolega, że wraca do sił.

Komendant jednak nie do końca się uspokoił; podczas kolejnej lekcji atlanckiego pociągnął za język Sylasa. Nie wiem, jakich argumentów użył, dość że dowiedział się – zmarło trzech z ośmiu „lekko rannych”, a lekarze i dowództwo podejrzewają obecność wampira psionicznego na pokładzie. Ano, wiecie, zdarzają się takie stworzenia... pewnie była takim i świętej pamięci świekra mego brata, pamiętam że jak przyjeżdżał od siebie to wymizerowany zawsze, a kilka dni wystarczało, by kolorki a siła wróciły doń – i nie bardzo miał ochotę wracać. Wybaczcie dygresję... w każdym razie, istnieją tacy – czasem świadomie, czasem nie, wysysają energię z ludzi. Czasem niewiele, że jeno zmęczenie czujesz, czasem dość by uśmiercić... dość, że na takie dictum don Alejandro wypowiedział jedno słowo.

Jasmina...

Jak mi później opowiadał – nawet nie tyle, że się wymsknęło. Nie podejrzewał jej. Ot, pierwsze skojarzenie. Kosiarz jednak spiął się, zamyślił... oczywiście że to jedynie skojarzenie, powiada, chciałby jednak rzucić okiem na Jasminę. Komendant wzruszył ramionami – żaden problem, rzecze, zajrzymy zapytać ją o zdrowie w drodze na trening. Jak pomyśleli, tak zrobili.
Nie myślcie, do żadnych dramatów więcej nie doszło. Zapukali grzecznie, weszli, Jasmina odparła iż ma się coraz lepiej. Sylas wrócił do swoich badań, diuk zasię w istocie poszedł na trening, gdzie miał się zmierzyć z kapitanem marines. 
Ci dwaj znaleźli wzajem w sobie godnych przeciwników, pierwszy górował ogólnie szybkością i technika robienia krzywdy bliźnim, drugi – doświadczeniem i niuansami walki pokładowej. W tradycyjnym 1g komendant zjadał kapitana na śniadanie, ale na przykład w zero-g albo dwa i pół bywało różnie... po co dwa i pół, pytasz? Cóż, jam w wielu abordażach nie brał udziału, ale raz czy dwa... w każdym razie, jeśli na pokładzie statku zjawi się uzbrojona wycieczka, w dobrym tonie jest utrudnić im życie i poruszanie się. Na większych okrętach, poza bronią, służą do tego pułapki grawitacyjne. Ot, korytarz w którym nagle zanika ciążenie. Albo robi się 4 g... Albo tylko 2, tyle że w bok, do ściany... Żołnierz przygotowany to żołnierz skuteczny, nieprzygotowany zasię – to rozpłaszczony. Tyle tytułem dygresji.  
 
Komendant dorwał Atlantę dopiero po południu owego dnia. Kosiarz nawet nie wykręcał się, stwierdził bez bicia iż nie wolno mu nic w tej sprawie powiedzieć. Tym się don Alejandro nie zadowolił, jął naciskać. Skoro Sylas zainteresował się Jasminą, tedy sprawa dotyczy już naszej gromadki. Tajemnica. Niech przynajmniej powie, rzecze książę, czy to Jasmina. Nie, to nie ona, skłamał Kosiarz bez mrugnięcia okiem.

I co nastąpiło? Nic, dziatki... znaczy, jeszcze nic. Raz, że sprawa się uspokoiła, z medlabu już nikogo nie wyniesiono w worku. Dwa, że niedługo kolejna rzecz zaciążyła na głowach i humorach naczalstwa. Kolejnego ranka (a do B2 było już blisko), Inezę i komendanta zaprosił do siebie kapitan. Bardzo oficjalnie, co oznaczało że sprawa jest poważna. Pospieszyli tedy do kajuty kapitańskiej i dowiedzieli się...
Nie należy zapominać, że na B2 zostało sporo niekoniecznie przyjaznych nam organizacji... z rodzinką Klonino na czele. Dotąd, jak zapewne pamiętacie, działali raczej z ukrycia i w rękawiczkach, bez ataków, nazwijmy to, frontalnych. A tu nagle zdecydowali się przypieprzyć z grubej rury... a konkretnie, rakietą Mathogo, którą wystrzelili w apartament dona Alejandro z sąsiadującego budynku. Eksplozja zabiła czworo naszych, kolejna czwórka, w tym zastępujący Inezę Velasquez, odniosła rany. Z tamtych udało się ubić jednego, dwóch zasię pojmać. Reszta dała nogę. Jednym ze złapanych był, o przepraszam, odpowiadał rysopisowi Pedro Corrinho Dulcinea...
Tak, ciekawe, czy znowu (podobnie jak z fałszywą Carmelitą) dał się złapać tylko po to, by coś nam przekazać... niewykluczone, zwłaszcza że akcja snadź nie wymagała udziału jego samego, mogło ją doskonale wykonać kilku obwiesiów.
Tenże raport przesłała nasza ambasada, a konkretnie – przybyły z Rawenny konsul. I to była druga wiadomość, tym razem dobra – transport, o którym mówiłem uprzednio, dotarł był szczęśliwie na planetę. Nasza rezydentura wzbogaciła się o niemal setkę głów, w tym kilku operów Ręki, ale także – co aktualnie było chyba ważniejsze – pracowników administracji. Na ich czele stał wspomniany konsul, Hernando Flavio Metternich baron Bursanda. Że słów kilka opowiem, był on do niedawna dyplomatą w ambasadzie hazackiej na Delfach. Historia owej placówki jest o tyle ciekawa, że gdy rozpoczęła się wojna, nikt stamtąd nie wyjechał... Hawkwoodzi odcięli ich i kropka. Po paru miesiącach kwarantanny cały personel był już duszą i ciałem za Juanem Hirańskim, ewentualni poplecznicy Aragońskiego przeważnie powymierali... na co? Na tak zwane bardzo ostre zapalenie płuc, przeważnie... dość, że była to chyba jedyna placówka dyplomatyczna, która dostała się Wolnym Hazatom, że się wyrażę, w całości. Wszyscy dostali kopa w górę i kilka szczebelków i sformowali podstawy naszych nowych służb dyplomatycznych.

Tyle o nim... spotkaliśmy się dopiero później. Nie, jakby się kto pytał, Audacity przyleciał na B2 również bez problemów, kapsuła z duszyczkami trafiła do Poszukujących, Wolverton cały i zdrowy... jeno nie lądowaliśmy od razu na planecie. Komendant wynegocjował bowiem wydanie i przewiezienie jeńców na jacht Inezy, by tam ich przesłuchać. 
Prawdę rzekłszy, zanim zjawiliśmy się na jachcie, obaj jeńcy byli już wstępnie przebadani... wyszło na przykład, że nie ma co się bawić w zbiornik deprywacji sensorycznej, gdyż obaj byli nań uodpornieni. Natomiast działały na nich wzmacniacze bólu, tudzież wszelkie tradycyjne środki. Upewniliśmy się też, czy zaiste jest to klon – poszło szybciej niż z Carmelitą, Sylas bowiem na odchodnym wyjaśnił nam metody sprawdzenia.  
Drugi z jeńców był klasycznym hodowlanym ochroniarzem, darowaliśmy sobie póki co rozmowę z nim. Natomiast „Pedra” chciał komendant potraktować z całą należną rewerencją. Ma się rozumieć, coby prawu stało się zadość, przesłuchanie było oficjalne, ze stenotypistką i takie tam... Jakim prawem, pytasz? Sprawa była na poły nasza i Rycerzy Poszukujacych. Natomiast że był to Hazat (mniejsza o to że z kadzi), podlegał on jurysdykcji dona Alejandro, jako diuka i tym samym najstarszego rangą przedstawiciela rodu na planecie. Ineza, owszem, pełniła obowiązki posła, ale komendant był ponad nią.

Dwóch rosłych matrosów posadziło skutego więźnia na krześle... ile to już lat nie widzieliśmy jego twarzy? Trzy? Rzekłbyś, podobieństwo idealne. Jednak brakowało blizn. Nawet tych najstarszych, łącznie z konotatką czteroletniego wówczas Alejandro, wykonaną saperką na skroni przyrodniego brata. Wszystko inne – gesty, mimika – te same...
Komendant przemówił. Rozpoczął uprzejmie, być może jeniec w istocie chciał coś powiedzieć bez tortur. A tamten – znać było, że ma zadanie do wykonania. Pozwolić się pojmać, przekazać co ma. A co potem – nieistotne. Pieprzony kolektyw pieprzonych klonów. Dowodzony, co już wiedzieliśmy, przez Pierwszego.
Z istotnych rzeczy, padło tylko jedno – Stwórca. Tak określał ów „Pedro” osobę stojącą za całym, za przeproszeniem, przedsięwzięciem. Więcej nic powiedzieć nie chciał. Tortury, dodał od się, nic nie dadzą, gdyż on nic więcej nie wie. Ale tortury i tak będą, odparł don Alejandro z rozbrajającą szczerością. Klon jął lżyć, czemu komendant przysłuchiwał się zrazy spokojnie, dopiero przy „skurwysynu” nie zdzierżył i poczęstował więźnia szybkim prostym. Oba matrosy, zawstydzeni że nie upilnowali i jeniec wraz z krzesłem wylądował na podłodze, postawili klona z powrotem do pionu. Diuk nasz zasię pomówił na stronie z Wolvertonem. 
Tortury torturami, warto by mu do łba zajrzeć. Ja tam się nie znałem, nie wiedziałem wtedy jeszcze że można delikatnie, skanem, można też zrobić tak zwany gwałt psioniczny. W drugim przypadku ponoć wyrywa się hurtem wszystkie myśli i wspomnienia. Nie jest to podobno ani przyjemne ani bezpieczne dla obu stron, ale nie mnie o to pytajcie, nigdy nie robiłem, bo i jak... dość, ze Wolverton zgodził się obejrzeć delikwenta. Po chwili stwierdził, że więzień ma blokadę. Owszem, da się zrobić skan, jeno w chwilę potem klon umrze. Jasmina włączyła się w dyskurs, podjęła się zrobić skan sama, niech jeno kawaler zdejmie blokadę i wspomoże nieco. Jedna rzecz jeszcze, biurokratyczna niejako, powiada Rycerz Poszukujący. Komendant musi podpisać wyrok śmierci na więźnia.
Don Alejandro okiem nie mrugnął, snadź bardziej stropiony tym, czy Jasmina szwanku nie poniesie (zwłaszcza że ostatnie jej czyny na rzecz księcia nie wychodziły jej na zdrowie), niż kwestią zgonu klona. Wrócił do salki gdzie przesłuchiwano, w obecności obojętnie przysłuchującego się więźnia podyktował wyrok, podpisał, pieczęć przystawił...  

Jasmina z Wolvertonem po prostu patrzyli na więźnia. Włosy kawalera z czarnych zrobiły się niemal białe, simulacra natomiast zdradzała niewiele – jeno zaciśnięte usta a dłonie zdradzały napięcie. Klon natomiast zaczął drżeć... tak silnie, że aż zęby dzwoniły. Potem szarpnął się, skręcił, aż kajdanki przecięły mu skórę. Zakrzyczał, krótko a donośnie, póki krzyku owego krew nie zdławiła. Bluznął posoką z nosa, ust, zwinął się wpół... i tak już pozostał. Powiadam wam dziatki, widok nie był miły. Jam wiele wcześniej widział, ale patrząc na krzywiąca się w męce twarz Pedro Corrinho... ciarki mnie przechodziły. Komendant natomiast ze spokojem oglądał, jak umiera człek o twarzy jego brata.
Jasmina wstała, słaniając się. Don Alejandro wsparł ją, powiódł do kajuty, rzuciwszy przez ramię by porządek zrobiono. Krzyknął jeszcze na stewarda, po czym wziął chwiejąca się simulacrę na ręce i poniósł. Poszliśmy za nimi; diuk złożył Jasminę na koi, nie nalegał, czekał aż przemówi...
Pentateuch. Tam się zaczęło. Stamtąd przyszli. Istota – to dziwne coś, sam mózg zawieszony w kadzi, jednak żywy, myślący, dający rozkazy... potem poprosiła, byśmy wyszli, jest bowiem coś przeznaczone wyłącznie dla uszu diuka. Uczyniliśmy zadość.
Komendant wyszedł niedługo, może po minutach pięciu. Zatoczył się jak człek pijany, wsparł ręką o gródź, głową potrząsnął... uchwyciłem uśmiech, dziwny, któremu szybko kazał zniknąć. Wszystko w porządku, odparł, zapytany przez Inezę... Co usłyszał? Oczywiście, nie dowiedziałem się od razu...

Adelaida jest Twoją córką...  

Po kilku godzinach, gdy Jasmina doszła do siebie, wylądowaliśmy w pałacu. Ineza formalnie powitała konsula, podjęła obiadem. Don Metternich z miejsca okazał się człekiem na właściwym miejscu, jeszcze dobrze zadka na fotelu nie odcisnął a już wyciągnął całe naręcze planów a projektów. Ale pierwej przekazał listy od Arcyksięcia, mające akredytować go jako konsula u Cesarza. Tudzież, co było ważniejsze, listy akredytujące Ines na ambasadora. W tym momencie, uznawszy je, Aleksius uznawał jednocześnie Wolnych Hazatów jako ród.
Z tym wiązała się druga rzecz. Reprezentantka rodu nie mogła mieszkać kątem u Cesarza, przydałaby się siedziba. Co z poprzednią ambasadą hazacką, zapytasz? Ano, przejęło ją po ucieczce ambasadora Cesatstwo i podarowało Lux Splendor. Żadną miara nie dało się na tym położyć z powrotem łapy, trzeba było zaczynać od zera. 
Tym zerem stał się wieżowiec w Cesarskim Mieście. Szczęśliwie, poza ludźmi konsul przywiózł również fundusze, skromne ale zawsze. Wynajęcie go na pierwszy rok pochłonęło jedną trzecią pieniędzy, drugie tyle wstępne urządzenie, wynajęcie pracowników, cateringu, ochrony (za radą komendanta opłacono również Triady). No, ale mieliśmy już ambasadę. Trzeba było jeszcze urządzić otwarcie, zanim... 
Tu przypomniała o sobie kwestia lotu na Keth – Kordeth... pamiętacie, na zaproszenie Nadakiry. Kalendarz gonił nieubłaganie, zostało niewiele czasu... lubo Ines zgodziła się użyczyć Pasa Oriona i lecieć z nami, należało wyruszyć w przeciągu kilku dni jeśli mieliśmy zdążyć. Wobec powyższego, oficjalny ingres konsula miał się odbyć już za dni cztery. Bezpośrednio po nim mieliśmy opuścić planetę.  

Obiad, rozpoczęty dość wcześnie, przeciągnął się do wieczora. Następnie każdy udał się do swej własnej sterty papierków. Na mnie również jedna czekała – i pochłonęła mnie na długo, do czasu aż chyba o dziewiątej wezwał mnie komendant.
Gdym wszedł na jego pokoje, bez słowa wskazał na list który otrzymał, w sposób dość nietypowy – przybity sztyletem do ściany. Zawierał trzy słowa – przyjdź do ogrodu – i miast podpisu miał przybitą pieczęć. Domino.
Oj, zdziwiliście się... ale i ja nie mniej. Prawda, że Domino był bardziej legendą – ale taką, która pojawiała się osobiście, od kilkuset co najmniej lat. Czasem służył radą, czasem ostrzem, czasem jeno ostrzeżenie przynosił. Czy była to próba wywabienia komendanta? Nie, gdyż (co też czyniło legendę), nikt nigdy nie podszył się pod Domino dla zdrady. Co nie znaczy, że nie próbowano – wszak każdy Hazat wierzył weń. Wiadomo o kilku, którzy próbowali – i nie tylko Hazatach. Zawsze, niezależnie od potęgi, znajdowano ich przeszytych rapierem.  
Coś mi zaświtało w głowie, nie pamiętam gdzie i od kogo zasłyszane... wyciągnąłem sztylet z ściany, odkręciłem głowicę. W środku była pieczęć, identyczna z tą przybitą na pergaminie. Don Alejandro bez zbędnych słów przypasał broń i poszedł do ogrodu. Ja jeno z przyzwyczajenia postawiłem securidados w stan podniesionej czujności. 
Nie tak niepotrzebnie, jak się okazało. Komendant wrócił po dziesięciu minutach – przekazano mu wiadomość. Jasmina jest w niebezpieczeństwie. Niewiele... dość, że postanowił wybrać się do niej sam, mnie zaś kazał postawić ochronę... w stan, w którym była od dziesięciu minut.
Jasmina przyjęła komendanta wcale uprzejmie, acz nie kryjąc sceptycyzmu względem wieści. Niemniej troskę diuka doceniła... potem zasię mieli rozmowę. Przebiegu rzecz jasna nie znam, nie było mnie, natomiast dowiedziałem się o jej skutku. Obietnicy, jaką złożył.

Obiecuję polecieć na Pentateuch. Obiecuję cię tam zabrać

Po rozmowie owej komendant został, zamierzając czuwać u Jasminy do rana. Jak się to zakończyło, opowiem wam innym razem.
 



Komentuj (0)


Link :: 31.08.2008 :: 11:38
27-29 III 5004

Kielich miodu, kielich dziegciu

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

Co się tedy wydarzyło u Jasminy, pytacie? Groziło jej pono niebezpieczeństwo... i nie tylko pono, wszak Domino nie kłamie. Nigdy... a jednak, nie doszły stamtąd żadne hałasy, nie zabrzmiał alarm... rankiem zasię powrócił komendant. Ze wszelkich sił starał się przybrać pokerową minę, jednak za dobrze go znałem... i zbyt wściekły był. I tak dobrze, że jeno w gotowości czekać nam kazał, nie zrobił po ostrzeżeniu rabanu na cały pałac, wtedy dopiero by było. A tak, rzekł mi gdy ochłonął, wygłupił się tylko przed Jasminą. 
Ale tymczasem przyszło się zająć innymi sprawami. Wstał właśnie dzionek nowy, 27 marca, co oznaczało że mamy trzy dni do oficjalnego otwarcia ambasady Wolnych Hazatów i ingresu konsula – a cztery do odlotu na Keth – Kordeth. Podróż międzysystemowa, dziatki, ma swoje wymagania, należało wziąć kilka dni zapasu by nie spóźnić się na 15 kwietnia.

Ambasada zasię, którą mieliśmy wyszykować w te trzy dni – przypominam, że dopiero co zdążyliśmy ją wynająć... budynek ów był w stanie, cóż, niemal surowym. Nie był świeżo wybudowany, więc szczęśliwie ściany były otynkowane, był prąd i woda, windy działały... i tyle, moiściewy. Całe siły robocze trzeba było więc skupić na trzech najwyższych piętrach, czyli sali bankietowej z przyległościami. Pozostałe – cóż, polowe wyrka, gołe kable, papiery w kartonach, dało się z tym żyć i można było urządzić później. Ale Cesarza nie wypadało sadzać na składanym krzesełku.

A wcześniej czekały nas papierki, papierki, góry papierków. I nie tylko. Około południa zapowiedział się z wizytą hrabia Aleksiej Iwanowicz. Tak, ten sam z którym komendant wykopał onegdaj lewiatana na Kish. Kiedyś sojusznik. A teraz? Cóż, decadoski hrabia. We wszystkich tego słowa znaczeniach i podtekstach.
Przybywał oficjalnie, jako konsul rodu. Zjawił się o czasie, skoczkiem zgoła pożyczonym od na-arcyksiężnej Nataszy, jednak z przybitym naprędce herbem Iwanowiczów, dwugłową modliszką. Że, prawda, wizyta oficjalna była, nie wystarczyło jeno przedstawić sobie gościa i Ines, należało zrobić prezentację wszystkich, mniejsza z tym że diuk z hrabią doskonale wiedzieli, kto zacz. Mnie przyszło tedy gardło zdzierać i ogłaszać, że oto Jaśnie Oświecony Alejandro imion czworga tytułów tuzina Corrinho Dulcinea diuk Gival. Iwanowiczowi też przybyło, wszak ostatnio widzieliśmy go markizem. Komendant przedstawił następnie Ines na tym zakończyliśmy powitania. 
Gospodyni prosiła na obiad. Wiele ważnego się tam nie wydarzyło, ot, zwyczajowe pogadanki o pogodzie. Zdawać by się mogło, że panowie wspomną stare czasy, poopowiadają o swych przypadkach, ale nie. Iwanowicz siedział sztywno jakby razem z pieczystym połknął rożen, wysławiał się owszem dwornie, ale nie wychodził poza minimum nakazane etykietą. Dopiero później, gdy trochę wina spłynęło już w gardła biesiadników, wyjawił że jego również czeka wizyta na Keth-Kordeth. Czego nie powiedział, ale domyśleć się nie było trudno, leciał również na zaproszenie wysłannika Nadakiry. Cóż, Ines zaproponowała mu tedy – demony wiedzą, po cholerę – towarzyszenie nam na „Pasie Oriona”.
Po południu odbył się jeszcze pogrzeb. Pożegnaliśmy czworo naszych, zabitych przed kilku dniami w zamachu dokonanym przez rodzinkę Klonino. We mszy, celebrowanej pięknie i z pasją przez Hieronima, wziął udział również nasz gość. Wieczorem zasię (już bez Iwanowicza, któren wrócił wyspowiadać się Nataszy ze spotkania) odprawiliśmy skromną stypę. Skromną ale głośną, wszak pogrzeb już się odbył, teraz należało wypić za ich dusze. Powspominać wspólne przeżycia, dokonania, przygody... niejednego wyprawionego do Wszechstwórcy przeciwnika, niejedną wypitą beczułkę wina, niejedno skrzyżowanie ostrzy. Wspominaliśmy ich długo a donośnie, aby dosłyszano tam, gdzie trafią, gdy ich już Najwyższy osądzi – czy to w Quillipothach, czy Empireach. Żeby, zanim się opowiedzą, wiedziano już dobrze, któż to nadchodzi. 

Rankiem dnia następnego, po śniadaniu i porannym treningu, piękna Ineza wzięła pod ramię moją skromną osobę i jęła dyskretnie na ucho szeptać. Skutkiem onego, wielce mnie miłego wydarzenia wykonałem kilka połączeń do chłopaków zakładających zabezpieczenia w nowej ambasadzie... a godzina nie minęła, a schwyciłem komendanta i powiodłem do skoczka. Zabezpieczeniom, powiadam, należy się inspekcja, najlepiej przez osobę jego własną wykonana. Don Alejandro wzruszył ramionami, wygrzebał się ze stosu raportów i polecieliśmy. Nic nie zauważył, czymś zgoła zasępiony, najpewniej powrotem na nielubiane B2. I sprawdzaliśmy wraz z technikami one zabezpieczenia, kable, kamery, czujniki ruchu, skanery, tarcze, szyby kuloodporne... przez bitych godzin sześć, aż nas wszystkich brzuchy z pragnienia rozbolały...
Po co to wszystko? Ano, synku, rocznica była. Trzydziesta druga rocznica ślubu Margarity Corrinho z Gonzalo Moliną Justus...
A jak wróciliśmy, niedługo przed zmierzchem, ogród był już gotowy, przystrojony, kapela grała, stoły uginały się pod ciężarem jadła a napitków.
... a na owym weselu Margarity, będącą przy nadziei macochę panny młodej chwyciły bóle – i przyszedł na świat Alejandro. 
Nie pamiętał. Wysiadł ze skoczka, zobaczył wszystko, wiwatujących biesiadników, jam spojrzał w jego twarz – nie pamiętał! Zapomniał o własnych urodzinach. Po sekundach kilku oblicze komendanta rozjaśniło się, po czym zgromadzeni – Ines, Jasmina, Wróble, nasi, ekipa z Rawenny – ujrzeli, jak diuk Corrinho wali się dłonią w czoło.
- Zapomniałem...
Podeszła Ines, wzięła dona Alejandro pod ramię, powiodła do stołu. Co mu mówiła, nie słyszałem, gdyż inne zadanie mnie czekało. Odnalazłem w altance Hieronima, który miał już przygotowane pewne rekwizyty. Ledwie jubilata usadzono za stołem, wkroczyliśmy.
Stanąwszy przed jego miejscem, uniosłem – tak, by wszyscy zobaczyli – kielich. Niedużą, półtoralitrową może, bogato zdobną kulawkę. Opuściłem go na tyle, by nasz padre mógł nalać z hołubionego pod pachą antałka. A gdy już poziom wybornego aragońskiego wina niemal sięgnął brzegu, wręczyłem kielich ze zwyczajowym nakazem - „do dna!”
Diuk wstał, uśmiechnął się, przechylił. Ledwo umoczył usta, zamieniliśmy z Hieronimem słów kilka – tak, by usłyszał.
- Dodałeś ziół, padre?
- Oczywiście. Aż do świtu nie będzie zdolen użyć swych mocy do neutralizacji alkoholu...

Zdawać by się mogło, że mój pan lenny zakrztusił się lekko na te słowa. Ale nie, wszak nie okryłby się wstydem nie mogąc wychylić pierwszego kielicha na własnych urodzinach. Znać było w nim praktyka, pił bez zbytniego pośpiechu, niedużymi łykami, oddychając spokojnie, dopingowany przez zebranych. Przechylał kielich coraz bardziej, szpic kulawki wznosił się powoli, w końcu celował w górę... komendant uniósł próżne naczynie dnem do góry, wypuścił powietrze z płuc z donośnym westchnieniem, po czym obrócił kulawkę i wbił ją w stół, aż srebra podskoczyły. Wtedy mógł nareszcie usiąść i coś zjeść – zanim zacznie się skladanie życzeń i kolejne toasty. 
Tak to zaczęła się urodzinowa biesiada. Kto był, pytacie? Ano, wszyscy z naszych... Nie wypadało wysyłać zaproszeń do innych gości, jako że komendant był u Cesarza w niełasce. Otrzymanie takowego stawiało w niezręcznej sytuacji, przyjęcie – mogło mieć konsekwencje. Natomiast każdy gość byłby mile widziany, dla nikogo nie zabrakło miejsca przy stole. 
A kto mógł się pojawić? Ano, ktoś, komu pojawienie się tutaj zaszkodzić nie mogło. Ktoś, kto szanował komendanta. Nie, nie Wolnych Hazatów. Jeno samego diuka Corrinho. 
Nie, Al-malików nikt się nie spodziewał. 
Bardzo wcześnie tedy, jeszcze przed pierwszym tańcem, zjawiła się – tradycyjnie, skoczkiem kapiącym od złota, na-arcyksiężna Natasza wraz z hrabią Iwanowiczem. Drugim skoczkiem, towarowym, przyleciał jej prezent dla komendanta. Na pamiątkę przygód z piratami, oznajmiła... czyli, jak już nie raz mówiłem, nigdy nie zapomniała mu symbionckiego hiva na Keth-Kordeth. Podarek ów był ogromnie kosztowny, zdobiony bogato, wielce kunsztownie, we wzory a rzeźbienia nawiązujące do zielonych eks-władców Keth – cóż, chciała się pokazać, przed wszystkimi, a przed Ines w szczególności. Był też bardzo praktyczny, odpowiedni dla kogoś wprawionego w robieniu krzywdy bliźnim. Zbroja bojowa, dziatki... tylko taka ciężka, wzrostu metrów czterech. 
Podarek zaparkowano w hangarze, służba przyniosła duchem krzesła dla nowych gości. Poczęto grać białego walca, tedy panie ruszyły prosić panów w tany. Zastanawiałem się czy Natasza z Inezą nie zderzą się przy jubilacie, widać było że markiza nie darzy przybyłej miłością... wiecie, nigdy jej nie wybaczyła JosMarii. Tak, ledwo ów złoty skoczek dotknął ziemi, piękne liczko Czarnej Ines nieco się ściągnęło, zbyt dobrze jednak wychowana była by po sobie to pokazać... choć jam zauważył, a i Natasza również.
Dość że córka Hirama ustąpiła gospodyni, która też zaraz poprosiła na parkiet komendanta. Natasza zasię stwierdziła, że zatańczy z najgładszym kawalerem na przyjęciu... pewnie nie uwierzycie, patrząc na starego piernika, ale wybrała... cóż, mnie.
Ech, była ci niewiasta... daj wina, bo w gardle mi zaschło. Później muzyka się ożywiła bardziej, tańczący również... i przybywali kolejni goście. Dać wyraz przyjaźni będącemu w niełasce cesarskiej Alejandro.
Owej niechęci i niełaski nie podzielał snadź ambasador hawkwoodzki, wiekowy Archibald Hawkwood. Zjawił się niedługo po Decadosach, przepraszając za nieobecność małżonki. Prawnuczka jego, ta sama która onegdaj zamalowała w pysk Mazzarina, słabowała nieco, tedy ambasadorowa musiała przy niej pozostać. Gdy się witali, służący Archibalda wynieśli ze skoczka długą rzeźbioną skrzynię. Podarek, rzecze ambasador, który powinien się niedługo przydać. W odróżnieniu od ozdobnego wielce, wyściełanego czerwonym aksamitem futerału, zawartość była bez żadnych ozdób. Pełen zestaw, że tak rzeknę, utensyliów – od sztyletu po halabardę. Proste, surowe rękojeści a styliska z poczernianej stali i wybornego drewna – i ostrza czarnej barwy, nie odbijające światła, jak kawałki ciemności. Corrinium.
Ambasadora z wielką rewerencją usadzono przy stole, komendant sam mu wina z antałka utoczył... długo jednakże nie porozmawiali, ledwo nasz diuk spełnił z nim drugi toast, za zdrowie owej słabującej dzieweczki a przyziemił kolejny skoczek.
Wysiadł zeń Felipe Takeda – wciąż w żałobie, odziany na biało. Ze względu na to nie zabawił u nas długo, może pół godziny. Podarował komendantowi również broń, osobliwy wielce zestaw... katana, wakizashi – i rapier, lecz wykonany na modłę lihalańską. Znać było robotę doskonałego płatnerza, broń robioną na miarę, lekką, do kobiecej ręki. Tak, dobrze myślisz. Były to miecze nieżyjącej siostry ambasadora, Chi-Ruen... Don Alejandro, acz będąc u siebie nie musiał tego robić, uszanował obyczaj gościa, dwakroć odmówił daru, dopiero trzeci raz poproszony przyjął. Takeda odchodząc dopiero spełnił toast wodą, na modłę hazacką kielich strzaskał i odleciał. 
Nie był on ostatnim z niezapowiedzianych a mile widzianych gości. Niedługo przed północą przyleciał jeszcze skoczek kościelny. Inkwizytor Sybilla Garreh.
Tu nawet mnie szczęka opadła na chwilę. A komendant – widziałem – rad był niezmiernie. Podarek od niej był... osobliwy? Symboliczny? Praktyczny również, jakby się demon jakowyś napatoczył. Pięknie wydany tom klechd hazackich Malarosy, kunsztownie rzeźbiona baryłka miodu... i widły. Tak, słyszałem co ten zasraniec Iwanowicz pod nosem wymruczał, że się komendantowi do przerzucania gnoju przydadzą... oj, żeby nie musiały się wbić w gnój w twoich kiszkach... snadź nie słyszał tego nikt inny, obyło się bez pojedynku. A widły, skoro już o nich mowa, nie do pracy bynajmniej były – lekkie, mocne, świetnie wyważone... śmiejesz się? To staniesz jutro z Sanchezem, zobaczysz czy widły w walce są zabawne...

Zabawa trwała dalej. Jedyną chyba osobą, która nie bawiła się w najlepsze, była Jasmina. Siedziała przy stole, jedząc niewiele, nie pijąc zgoła nic. Coś się musiało wydarzyć, nie wiedzieć kiedy – nie była to już ta sama osoba, z którą wyruszyliśmy na Iblisa. Komendant czy Ines zagadywali ja czasem, ale nawet nie słysząc wiedziałem, co odpowiadała - „nic mi nie jest”. Jeszcze przed północą wróciła na pokoje.
A reszta bawiła się dalej. Komendant tańczył, pił z Wróblami, Natasza z Ines uprzejmie nie wchodziły sobie w drogę, kapela grała... nikogo nie otruto, trzech posiekło się w pojedynkach. O północy capnęliśmy diuka, by wręczyć mu z kolei podarek od nas. Herbowego kruka Corrinho, którego w sekrecie dłubaliśmy w drewnie od chyba czterech miesięcy. Wiecie, mówiłem, prawdziwych artystów na służbie mieliśmy. I, powiem nieskromnie, nasz komendant bardziej chyba był rad z naszego prezentu, niż ze zbroi od Nataszy.
A gdzież zgrzyt, pytacie? Byłżeby możliwy spokojny koniec tej zabawy? Ależ, oczywiście że nie. Komendant dostał i wypił swój kielich miodu, teraz przyszedł czas na dziegieć.
Trochę po północy, gdy nie było już Archibalda, może po pół godziny od odlotu Sybilli, znowu pojawiła się Jasmina. Strój trochę przypadkowy, włos nieco rozwiany, spojrzenie zdecydowanie błędne... za to aromat nie pozostawiający wątpliwości – jak to mawiał Hieronim, w stanie ciężkiego ścięcia białka. Podeszła, lawirując między nieistniejącymi przeszkodami, stanęła przed miejscem Nataszy, wsparła się o stół by ów jej nie uciekł...
- Wiesz, co? Nie lubię cię...
I zaczęła. Wyciągnęła Nataszy to i owo, w sumie nie bardzo pamiętam, części też nie dosłyszałem, zbyt bełkotała by mówić głośno, sam byłem pijany, a kapela rżnęła od ucha. Księżna siedziała z uśmieszkiem, snadź wiele się nie przejmując. Skończywszy, simulacra przestawiła się na Inezę...
 Ciebie też nie lubię...
Komendantowi zaczęła drgać niebezpiecznie lewa brewka. Powstrzymał się jednak, uspokojony przez Nataszę, kiwnął na Hieronima. Zanim padre przepchnął się przez tłum, Jasmina obrugała jeszcze naszego diuka. Tak, też że go nie lubi i w ogóle...
- ...a małej i tak nie dostaniesz !
Mnie też nie pominęła... to znaczy, nie zamierzała pominąć, ale ledwie zabrała się za tyradę przeznaczoną dla mnie, nadszedł Hieronim. Zawsze go unikała, teraz zasyczała, wytrzeźwiała w sekundzie, zabroniła do siebie podchodzić. Potem poszła do Wróbli, znowu chwiejąc się i zataczając. Najwyraźniej nie chcieli z nią pić dalej - zobaczyłem jak po chwili Ghord z kimś jeszcze odprowadzają ją do pałacu. Pomyślałem, położy się spać, wytrzeźwieje do rana. Głupi byłem.
Natasza wkrótce pożegnała się, z raczej udawanym niesmakiem. Ines zasię wyciągnęła komendanta na rozmowę...

- Dlaczego pani Mal Chiavel Decados zachowuje się w ten sposób?
 - Sądziłem, że ci powiedziała... To nie jest ona.


Też uznali, żeby nie przerywać zabawy, chociaż nastrój komendanta skisł wyraźnie. Dopiero dobrze po trzeciej poszli oboje do komnat Jasminy. Znaleźli obu grimsonów leżących na podłodze, nikogo więcej. Częściowo spakowane manele. Kołyskę pustą. Równie pustą karafkę po wódce. Pięć minut później, gdy już wszczęto alarm, Jasmina się znalazła. Przy tylnym wyjściu, półprzytomna, sama. Pilnujący wejścia wartownicy, jakby się kto pytał, też ledwie kontaktujący, nie pamiętający zgoła nic. Docucona simulacra przemówiła...
- Gdzie jest moje dziecko?
I tak w kółko, jako ta katarynka. Z kamienna twarzą, nieobecnym spojrzeniem, bez jednej łzy. Rzekłbyś – iście, jak golem. Komendant, klnąc swoją nieroztropność, kazał odprowadzić Jasminę na pokoje tudzież duchem przeszukać ogród. A gdzie tam... wszystkie ślady, o ile jakiekolwiek były, usunięto okultystycznie... zapisy z kamer takoż wymazane. A okultysta był dobry, nasi spece, wliczając tych sprytnych inaczej, nic nie znaleźli. 

Tak do rana zeszło. Przebieg wydarzeń wydawał się w miarę jasny. Jasmina pod czyimś zgoła wpływem najpierw upiła się i narobiła warchołu na zabawie. W wódce, dodam, poza czterdziestoma procentami nie znaleziono nic niezwykłego. Potem wyłączyła grimsonów, zabrała dziecko i poszła do wyjścia. Tam oddała niemowlę... i taką ją znaleźliśmy. 
O ile zaiste była pod wpływem, warknął komendant.
O ile nie zrobiła tego sama z siebie.

I tak to don Alejandro, ledwie dowiedziawszy się prawdy o Adelaidzie, utracił ją był. Bo to prawda była, moiściewy. Uprzedzając nieco fakty, bo sprawdzanie zajęło naszym miesiączek z hakiem. A sprawdzilim dokładnie. Naprawdę była z krwi Corrinho. Nie była też dzieckiem klona komendanta... jego własna. 

Nie był to ostatni cios, jaki wtedy na dona Alejandro spadł. Następnego dnia doszła wieść kolejna... przyleciała skoczkiem ze znakami Ministerstwa Stygmatu. Ciężko a krwawo płaciła planeta za fakt, iż Corrinho opuścił ją żyw. Jako rzekła mu Sybilla, każde utracone tam życie ciążyło na nim. A tegoż dnia dowiedział się, że do setek bezimiennych żołnierzy, którzy codziennie za jego sprawą stawali przed Wszechstwórcą, dołączył ktoś jeszcze. Imię, które padło... Iście, praw byłeś nazywając się wtedy przeklętym, Alejandro... gdy usłyszałeś, kto dołączył do ceny za życie Twoje i Ines.

Lucinda Dulcinea.  





Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń