Gasnąco-Słońcowe
Komentarze


20 octobris - 4 decembris 5002

Kyberis

Sesja Drejkowa

BY ALEJANDRO

To doprawdy interesujące... Znasz kogoś raptem tydzień. W ciągu tego tygodnia przez pół roku ramię w ramię walczyliście w powstaniu które wydarzy się za pięćdziesiąt lat... albo nie wydarzy... Dodatkowo uczestniczycie w wykopaliskach półtora tysiąca lat temu. I półtora tysiąca lat temu umawiacie się co w waszych czasach zrobicie ze znaleziskami z tych wykopalisk. Czyli – wykradniecie je komuś kto oficjalnie mieni się waszym sojusznikiem. Ale za pięćdziesiąt lat dowiedzieliście się że nie macie podstaw żeby szczególnie kochać tego sojusznika... A z twoim towarzyszem nie macie tez powodów sobie ufać... Ale gra jest warta świeczki.

Przez dwa tygodnie przygotowywałem moją część operacji. Sześciu pilotów – miałem więcej ale sześciu było godnych zaufania. Wynajęty megatransportowiec. Komplet oblachowania które miało ucharakteryzować lewiatany na frachtowce... o ile tam są. Równocześnie wyciągałem od Daragha dane na temat obstawy wrót na Kish. Siła, dowódcy, ich słabostki... których niestety nie było za wiele...

Spotkaliśmy się przy wrotach na Criticorum. Aleksiej miał ze sobą dwa transportowce oraz czterech pilotów. Ponadto siatkę już rozmieszczonych na Kish agentów. Dobra, dobra, niech mu będzie że to są „znajomi” a nie „miejscowa siatka Jakovian”. Po kilku dniach dolecieliśmy na orbitę. Złe wieści... teren wykopalisk obserwowali Męczennicy. Dostaliśmy tez zdjęcia interesującego nas miejsca, zrobione z ziemi i z orbity...

Dwaj szlachcice stali nad stołem, na którym leżał plik fotografii. Widniał na nich kawałek pustyni... dość niezwykły. Bo przecież kto i po co chciałby w sercu pustyni wykopywać dwa wielkie, ponad dwustumetrowe doły?
Z zaciśniętych ust obu mężczyzn wyrwały się jednocześnie dwa słowa. Ich adiutanci spojrzeli po sobie. Od dawna nie doświadczyli takiego ładunku energii i ekspresji zawartego w krótkim „kurwa mać”.


Tak więc dwa lewiatany wsiąkły... według wtyczek Aleksieja – kilka lat temu. Jego ludzie rozłożyli obóz „archeologów” – póki co, by nie wszczynać podejrzeń, zaczęli kopać w nieodległych ruinach. Stamtąd drążyli ukośny tunel w kierunku dwóch pozostałych lewiatanów.
Euzebio, jeden z moich pilotów, wybrał się na planetę wraz z Fiołkiem. Udawali parę szlachty na wycieczce... między innymi na pustynię. Pod ta postacią nie powinni wzbudzać podejrzeń.. a gdyby wzbudzili, Fiołek skutecznie odwróciłaby uwagę.
Po wylądowaniu Euzebio usłyszał wołanie lewiatana. Był to transportowiec. Następnie spróbował złapać zasięg drugiego, bojowego. Zbliżył się... stracił przytomność. Zwiniętego w kłębek, kwilącego i rzygającego Fiołek dowlokła do skoczka i doleciała do obozu „archeologów”. Okazało się że bojowy lewiatan umarł jakieś tysiąc lat temu wskutek odniesionych uprzednio uszkodzeń. To, co przytrafiło się Euzebio było okultystycznym śladem jego agonii.
Sondy sejsmiczne zlokalizowały transportowego lewiatana. Wokół niego były ślady odwiertów sprzed paru lat. Ktokolwiek to zrobił, pozostawił przy powłoce pięć „cosiów” wielkości lodówki. Okultystyczna obserwacja ujawniła charakter cosiów – ładunki jądrowe...
„Archeolodzy” dowiercili się do lewiatana i zaczęli kopać w kierunku min – tylko już nie plazmą i dynamitem, a młoteczkiem i miotełką... Euzebio połączył się ze statkiem. Jeszcze zanim to zrobił, lewiatan przekazał mu że ma, cytuję, „coś w brzuszku”. Koniec cytatu. Po połączeniu zamilkł – potrzebował paru dni by z pomocą naszych telepatów nawiązać ponownie kontakt. W ładowni były kilkadziesiąt skrzyń z ładunkiem – lewiatan wypluł jedną, zawierała – jak się okazało – sprzęt górniczy. Ponadto prawie czterdzieści komór stazy, z czego jedną o średnim i jedną o wysokim priorytecie.
Saperzy rozbroili miny. Ich urządzenia kontrolne w dalszym ciągu udawały że są aktywne. Dowiercili się tez do martwego lewiatana. Próba podejścia do niego kolejnego pilota skończyła się jak poprzednia – pobytem w medlabie. Zrezygnowaliśmy z prób wydobycia go w całości, zamiast tego nasi ludzie odcięli macki i kawałki pancerza po czym załadowali je do transportowca.
Teraz ucieczka. Jej plan był w zarysach bardzo prosty. Zaczekamy aż przestrzeń kosmiczna nad pustynią będzie względnie pusta. Wtedy to obserwujący satelita dostanie nagłej awarii, a lewiatan wygrzebie się z piachu i po prostu odleci – jego prędkość uniemożliwi jakikolwiek pościg. Później spotka się z naszym transportowcem - daleko od wszelkich szlaków żeglugowych - i zostanie zamelinowany w ładowni.

Ziemia zadrżała. Pomiędzy dwoma wykopanymi w pustyni kraterami wzbił się olbrzymi tuman pyłu. Po chwili w nocne niebo wystrzelił rozmazany kształt, oddalając się z nieprawdopodobną prędkością. Kilka sekund później na pustyni rozbłysło nowe słońce. Kurzawa przesłoniła wszystko. Obłok dymu zaczął wzbijać się ku niebu, formując kształt wielkiego grzyba. Zaczął padać deszcz... płynnego szkła.

Pozostawione przez Li-Halanów ładunki skutecznie zatarły wszelkie ślady naszego przedsięwzięcia. Przelot transportowca przez wrota i podróż na Keth-Kordeth odbyły się bez najmniejszych nawet przeszkód.
Przystąpiliśmy do oglądania zawartości ładowni. Skrzynie zawierały prawie wyłącznie sprzęt górniczy. Komory stazy natomiast... Trzydziestka małych, półtorametrowych komór (niski priorytet), w środku dziwne szaroskóre istoty. Sekcja jednej z nich i wiwisekcja drugiej trochę nam powiedziały. Stwory o rozwiniętym mózgu, szczątkowym układzie pokarmowym, niezdolne do rozrodu – wytwór inżynierii genetycznej. Służyły do prostych prac, głównie obsługi urządzeń. Komora o średnim priorytecie mieściła Kosiarza. W komorze o wysokim priorytecie spoczywała kobieta o czerwonobrązowym odcieniu skóry i ogolonej głowie...

Otworzyła oczy. Nie spodziewała się widoku, jaki ujrzała. Komora znajdowała się w środku salki zastawionej różnymi migającymi urządzeniami. Patrzyło na nią kilkunastu mężczyzn. Dwóch zdawało się być przywódcami. Pozostali – nie znała przedmiotów które mieli, lecz ze sposobu trzymania domyśliła się że jest to broń. Potrząsnęła głową. Czegoś brakowało... jej dodatkowy zmysł, jej moce zniknęły...
-Gdzie jestem? – spytała zachrypniętym głosem.
Wyższy z dwóch mężczyzn postąpił o krok. Z nozdrza spłynęła mu wąziutka strużka krwi.
-Zapewne cię to zaskoczy... Minęło dziewięć tysięcy lat, odkąd wyruszyłaś w podróż – odparł w języku Atlantów, potwornie niegramatycznie, lecz zrozumiale.


Kyberis z domu Acanthus




Komentarze:
ownlog.com :: Wróć