Menu :


Link :: 02.09.2005 :: 21:54
14-24 februarius 5002

Search for Mr. Kropotkin - epilog / Oczyszczenie

Sesja wewnątrztygodniowa

BY LEILA

Lecimy. Vlad opowiada mi o ogromnych płaszczkach, które spotkał w jednym z układów. Chciałabym tam kiedyś polecieć i je zbadać. Muszą mieć zupełnie odmienną od naszej biologię, skoro są w stanie żyć w próżni...

Nareszcie trochę czasu żeby poczytać. Zaniepokojony głos Vasilija w interkomie przerywa mi zaznajamianie się układami, klasami krystalograficznymi i typami sieci Bravais’ego. No i koniec spokoju. Idę do kajuty Vasilija po drodze spotykając innych. Już od wejścia wyczuwam zapach spalonej izolacji. Vasilij zdziwiony wpatruje się w stojącego przed nim golema. Nieco chaotycznie tłumaczy nam, że „dłubał sobie” aż tu nagle psss i wszystko poszło się bujać. Ki demon (tfu, tfu...)? Czytanie aury nie wykazuje niczyjej obecności. Cokolwiek tu było poszło sobie miejmy nadzieję...Vasilij wyraźnie nie chce przyjąć do wiadomości, że ON coś zepsuł niechcący...jak znam życie, to pewnie Varia po prostu „wyłączała kamerę”...jakby się nie dało konwencjonalnie odłączyć...ech...

Obiadek. Laura gotuje. Menu pokładowe? Prepaki...prepaki na zimno...prepaki podgrzane...prepaki gotowane w wodzie(dla masochistów)...prepaki-otwarte-i-zapomniane-czytaj-pleśniowe, zupa w proszku...liofilizowane produkty, których smak nie pozwala domyślić się czym były zanim pozbawiono je wody...czy wspominałam już o prepakach ?
Dziś makaron. Wcale dobry. Smakuje jak...makaron. Jest dobrze. Ciekawe z jakiej to firmy...Z opakowania szczerzy zęby Gunnok w wieeeelkim kucharskim kapeluszu i kombinezonie ze znakiem przewoźników, dumnie wysuwający przed siebie pełną miskę. Heh, wydaje mi się, że już kiedyś go jadłam. Może jakaś dobra partia...albo Laura zna sekretny sposób przyrządzania pozwalający uzyskać choć część walorów smakowych. To ja dokładkę poproszę...o, ile jeszcze zostało...jakby wcale nie ubyło...To pewnie dlatego, że Askar upierał się, że nie jest głodny i nie jadł...Tak... mogłam się domyślać, że prędzej będzie podejrzewał cuda niż to, że po prostu jego „makaro-abstynencja” zaowocowała gwałtowną zniżką konsumpcji. Laura czuje się najwyraźniej zakłopotana naszym nagłym zdziwieniem. Varia potwierdza aktywność okultystyczną. Ciekawe, ciekawe...No, ja osobiście nie mam nic przeciwko...zwłaszcza, że w mojej porcji pojawiła się marchewka...okazuje się, że dysputa nad pochodzeniem warzywa może prowadzić do najróżniejszych wniosków...”Leila, czy ty przypadkiem podświadomie nie pragnęłaś marchewki”? ...Koniec końców – chyba Laura istotnie „rozmnożyła” nasz posiłek.

Dyskusja o odbijaniu Paula. Plany powoli nabierają kształtu, choć w dalszym ciągu wydaje mi się, że jest zbyt wiele „zmiennych”. W każdym razie – następne co robimy to lecimy na Madoc. Sensownym argumentem jest to, że może od oroy’mów moglibyśmy dowiedzieć się więcej o Niszczycielu Światów – jeśli wierzyć wieściom z Hargardu, które dotarły do nas, gdy czekaliśmy na skok w układzie BII.

Do bazy już niedaleko. Barney musi wyłączyć sensory, żeby dane o tym, co tutaj dokuje nie zachowały się w rejestrach. Dolatujemy. Na miejscu niezwykle uprzejmie wita nas admirał – starszy mężczyzna z poparzoną twarzą. Zostajemy zaproszeni na kolację. Jako że jest popołudnie i zostało jeszcze parę godzin mamy trochę czasu. Chcę odwiedzić Laurę- spotykam ją na korytarzu...okazuje się, że szła akurat do mnie. To gdzie w końcu? Może spacerek?

Kolacja. Słowo „kajuta” nie pasuje do tego miejsca – raczej komnata. Razem z admirałem pojawia się Angela (podobieństwo do Varii, jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny jest nieprzypadkowe). Podano do stołu. Jasna owieczko, do czegóż ta bateria sztućców...Korzystając z mind-linka razem z Askarem ustalamy mniej więcej co do czego. Grzecznościowe rozmowy...tyle nowości, że jutro możemy obejrzeć sobie chimerę a Vlad będzie ćwiczył lewiatana i kandydatów na pilotów.

Nazajutrz rano okazuje się, że niemal wszyscy są chętni do zwiedzania. Mamy okazję zobaczyć jak do korpusu krążownika doczepiają lewiatanową mackę. Na pokładzie wita nas piękna kobieta – Persefona...Kryształ z Keth...cóż jeszcze..Ojciec wprawdzie jest zajęty ale w układzie znajduje się całkiem sporo „lewiatanowego złomu”, który się może przydać na „makietę”...Vlad – już wiesz co mógłbyś robić w wolnej chwili. No, to nic tu po nas.


Znów lecimy. Kondensat Bosego...nadciekły hel...niebywałe...Zaniepokojony głos Askara w interkomie. Nie może otworzyć kajuty Varii. Coś się stało...Niby wszystko wygląda normalnie, ale czuję, że coś jest nie w porządku. Biegnę do kajuty Vasilija. Inżynier leży na podłodze. Nie oddycha. Wszechstwórco, co się stało? Jak to możliwe. Klękam nad nim, sprawdzam puls. Nic. Po prostu nic. Myśli pędzą oszalałe, co robić? Żadnych zewnętrznych uszkodzeń, czegokolwiek. Aura człowieka w stazie. Moja wiedza medyczna nie jest zbyt wielka, ale wydaje mi się, że coś takiego nie ma prawa się stać. Może to znów jakaś pieprzona wizja...Ale przecież nie mam pewności. I czasu. Czasu nie mam przede wszystkim.
Masaż serca. I sztuczne oddychanie. Nic...nadal nic...jeszcze raz...Amaltheo, przecież połamię mu żebra...Komunikator. Askar. Krzyczy. Z Varią i Ewą stało się dokładnie to samo. „Natychmiast tu przyjdź!” Ale przecież nie mogę zostawić tak Vasilija...jeśli nie przywrócę krążenia w 5 minut jego mózg obumrze...Przekleństwa, rozkazy...kolejne nieudane próby reanimacji. W końcu – decyduję się iść. Cokolwiek się stało najprawdopodobniej ma podłoże okultystyczne. Wtedy Varia mogłaby pomóc wszystkim....
Askar wpółoszalały. Niesiemy ją do medlabu. W przeciwieństwie od Vasilija jest ledwo przytomna. W medlabie zastajemy umierajacą Magdę. Nie mogę, nie dam rady pomagać im wszystkim. Chcę wrócić po Ewę. Askar nie chce mnie wypuścić. Szarpiemy się w drzwiach. „Masz uratować Varię. Tylko ona się liczy”. W końcu, mówi że sam pójdzie po dziewczynkę.
Varia odzyskuje przytomność „Gdzie Ewa?” „Askar ją przyniesie” „Ewa. Idź po Ewę, moja córeczka...” Po chwili – wraca. Kładę ja na stół. „Zrób coś!” Wrzeszczy Brat. Boję się, że coś zrobię małej, jeśli podejdę do tego zbyt energicznie, ale nie mam wyboru...Nic. Defibrylator. Skurcz mięśni targa drobnym ciałkiem Ewy...”Co robisz mojej córce?” Więcej mocy. Jeszcze raz...i jeszcze. No to może zastrzyk. Długa igła. Nic, nic, nic...Ile czasu już minęło? Co z innymi? „Co zrobiłaś mojej córce?” Na piersi małej pojawia się wybroczyna. „Ona chce zabić Ewę...” ??? . Nie wiem dlaczego tak. Nie rozumiem. Nie powinno tak być. Ja naprawdę nie chciałam jej zaszkodzić. „Askar...” słabnący głos „Ona mnie nie lubi...” Jasna cholera, wszyscy wkoło umierają a Varia ma problemy... Nie lubi...Mnie jak byłam dzieckiem mówili, że nie każdy musi mnie lubić i należy przyjąć to do wiadomości. To po wtóre. „Ona nas zdradzi...pamiętasz przyszłość...” Askar spogląda na mnie. Zaprzeczam, ale nie wierzy mi. Oczywiście, jakże mógłby nie wierzyć słowom z ust Varii. Nie zdradziłam ich. I nie zdradzę. Tyle. Co robić, co robić...co robić? Wiem – płuco-serce. Jest jedno. Vasilij, Ewa, Laura, Moebius, pilot, Magda...Kogo, kogo wybrać? Niem ogę podjąć takiej decyzji, wiem – to głupie, ale chwytam za kalkulator – generowanie liczb losowych. Na kogo wypadnie...Askar wyrywa kalkulator i ciska na ziemię. Grozi mi bronią. Varia słabnie. Askar domaga się ratowania przede wszystkim jej. Rozkazuje. Tyle że Varia jeszcze oddycha a Ewa...Ewa zaczyna sinieć. 5 minut chyba minęło... O nie!
Askar nieprzytomny osuwa się na podłogę. Podłączam Ewę do maszyny. Szybko... Wiem...komora stazy i krio! Następne trzy osoby...Biegiem przez statek...Nie działają... wszystkie zniszczone...

Wracam. Aura...Vasilij...umarł...Laura też...Wszyscy umarli...umarli...umarli...tylko ja, Askar, Varia i Ewa...jedno urządzenie. Co robić?
Budzę Askara, potrzebuję pomocy... Każę mu zostać w medlabie, chcę iść na mostek, sprawdzić sytuację...potrafię pilotować...mogę nas stąd wyciągnąć...Nic z tego. Mam zostać tu i ratować Varię. Jeśli jej się coś stanie zabije mnie. Nie ufa mi. „Ona mnie nie lubi...” ta znowu swoje „Pomyśl, kto obudził Nikitę...” Kolejne spojrzenie Askara. „A teraz?” Varia słabnie z każdą chwilą. Może da się je podłączać zamiennie. Tak robię. 5 minut Ewa. % minut Varia. Jak ten czas się wydłużył. ...W końcu...pójdzie na mostek...a ile się nagroził po drodze...Mówię mu, że kapsuły nie działają...słaby głos Varii „to ona je zniszczyła” Czemu miałabym to robić? Czemu miałabym chcieć tego...Zostajemy same...”Ewa...” „Ty chcesz mnie zabić...” „Gdybym chciała, dawno bym to zrobiła...”
...wcale nietrudno, nieprawdaż...kolejny atak narkolepsji...twoje psi ci nie pomoże...nie ostrzeże...jeden zastrzyk...ze stężonego mocznika...albo amoniaku...stwierdziliby niewydolność nerek...a nakłucie...cóż...faszerowała się inhibitorami od czasu do czasu....
Wraca. Znów krzyczy. Też widzę, że to nie bardzo starczy...ale co mam zrobić.” Wymyśl coś! ” Przecież nie jestem cudotwórcą...Nie potrafię... naprawdę nie potrafię... Wszechstwórco...nie mam kompletnie żadnego pomysłu...myślę o drugiej maszynie...ale nie umiałabym jej przecież zmontować...poza tym potrzeba część i...nie wystarczy pompka i parę rurek...ot – chociażby – odpowiednie półprzepuszczalne membrany...
Nie, na pewno jest coś, tylko ja, głupia, po stokroć głupia nie potrafię wymyślić. Moja wina.
Askar stoi nade mną z bronią, przekonany, że jak tylko przestanie pilnować zrobię coś Varii.
„Ona nas zdradzi...ten wypadek...to ona... sabotowała...” Jasne. Chciałabym zauważyć, że to ostatnio Varia przez swoje zaniedbanie ściągnęła na nas kłopoty”

„Jak na razie to tutaj mamy taką jedną Nikitę”
Uderzenie w twarz.

I pomimo...łzy jakoś napływają do oczu...nie, nawet nie z bólu...cholera, jak ja nienawidzę tego grymasu twarzy, którą próbuję „utrzymać w ryzach” „I czego beczysz ?” Niewdzięczność...za to wszystko co dla niego zrobiłam..za wszystko czym byłam...to mnie spotyka...

Nie jestem winna. Tyle. Taka jest prawda. Ale on i tak w nią nie wierzy. Kiedy zwracam się od niego per „ty” krzyczy...Tak, mój seniorze... jasne...te jego ciągłe stwierdzenia...niby pół żartem...ale tak często powtarzane...że w każdej chwili mógłby mi odebrać „moje” ziemie ...jakbym nie pamiętała, że wszystko co mam, zawdzięczam łasce brata...Kolejny raz przełączam urządzenie.

Filozof powiada, że tak naprawdę nie przywiązujemy się od ludzi, tylko do naszych o nich wyobrażeń. To im ufamy, je kochamy. I kiedy nagle coś burzy tę iluzję czujemy się zawiedzeni. Boli. Ale tak naprawdę to my jesteśmy winni. Bo ludzie – są jacy są. A teraz stanęliśmy na końcu drogi, Bracie. Po prostu. Stoisz przede mną odarty. Jesteś, kim jesteś. I ja jestem, kim jestem...ale na pewno nie zdrajcą...Znów próbuję go przekonać. Obsługa tego nie jest trudna, a ja mogę zorientować się w sytuacji. Nie.

Jest problem. Ta prowizorka nie starczy na długo. Będzie trzeba wybrać. Varia czy Ewa. Mówię mu to, wciąż wierzę, że rozumie ile dziewczynka znaczy dla swojej „matki” „Masz coś zrobić.” Łatwo mówić. Niech sam coś zrobi...

„Ewa... ratujcie Ewę”. Ale zaraz „Ona chce mnie zabić...” Jeśli podłączę Ewę potwierdzę to.
„Ona mnie nienawidzi...”
„Chyba oszalałaś” Krzyczę. „Coś ty powiedziała?” Och, jak dobrze znam ten napastliwy ton. Więc sądzisz, że strach przed bólem zwycięży? Powtarzam. Chlast.

Nie zabijesz mnie przecież...jestem Ci potrzebna, prawda...za to ja mogę...mogę to zrobić... sądzisz, że nie mam odwagi...i co wtedy, co wtedy , Bracie? Będziesz siedział i patrzył jak Varia umiera... Tyle że tak bardzo, tak rozpaczliwie chcę przeżyć...Poczekać...jeszcze poczekać...może się uspokoi. Wprawdzie Zebulon powiedział, że trzeba nadstawiać drugi policzek, ale jeśli mnie jeszcze raz uderzy...(może to test...prowokacja...żebym skrzywdziła Askara?) Po prostu obezwładnię go, zwiążę i tyle.

Askar każe mi stanąć twarzą do ściany...Zyskać na czasie...ech, nie mam zamiaru na własnej skórze przekonać się jak działa monomiecz... przeżyć... Odbiera mi taser najwyraźniej dziwiąc się, że nie mam jeszcze ukrytego kompletu broni. Cholera...inhibitor... wyrywam się mu...ale jest szybszy...dziwne otępienie... no, teraz to dopiero mam kłopoty... poniewczasie przychodzi myśl, że mogłam obezwładnić go ramionami umysłu. Szczęście w nieszczęściu – w jednej z szafek z lekami, do której zaglądam ukryty derringer. Chowam. Ostateczność.

„Ona chce mojej śmierci...”
Dobrze. Siedzę i przełączam maszynę, czas sączy się powoli...trzeba czymś zająć myśli.

Zagadka logiczna.

Założenie:
Leila nienawidzi Varii.
Implikacja:
Jeżeli Leila nienawidzi Varii, to najpewniej źle jej życzy, może nawet pragnie jej śmierci.
Fakt:
Nikita przejmuje kontrolę i chce uciec. Leila pierwsza domyśla się co jest grane, odgaduje zamiar odlotu myśliwcem, informuje o tym wszystkich, co umożliwia podjęcie działań. Wzbudza podejrzenia Cichego.
Możliwość:
Mogła nie powiedzieć nikomu o swoich przypuszczeniach i tym samym zyskać czas dla Nikity.
Fakt:
Leila pomagała w opracowaniu planu odbijania Varii, nalegała na próbę połączenia umysłu i wspólnych działań. Dalej – podczas akcji na mostku korwety Leila obezwładnia Nikitę, następnie zabija zagrażającego Varii strażnika (nie chciałam tego...cień...znowu ona...dziesiąty...ilu...ilu jeszcze zanim...), przejmuje umysł pilota, spowalnia statek, obezwładnia resztę załogi infradźwiękami, wreszcie szprycuje Varię środkami z apteczki, żeby Nikita przypadkiem się nie ocknął (ocknęła). Czyli mówiąc krótko – robi dużo.
Możliwość:
Mogła nie naciskać zbytnio na połączenie mocy...bez skoordynowanego działania kilku psioników nie udałoby się...mogła rozproszyć Moebiusa a potem patrzeć, jak Nikita karze nas za nasze próby krzywdząc Varię, mogła zamiast obezwładnić skręcić Varii kark...przeładowanie mocy...zdarza się (nie, zbyt ryzykowne, poza tym – Asakr by tego i tak nie wybaczył)...ale któryś z żołnierzy...albo pozwolić Nikicie się ocknąć...nic nie zrobić... – przejąć...coś, cokolwiek...stąpaliśmy po takiej cienkiej linii. Najłatwiej było coś „zasabotować właśnie”

Wniosek:
Leila miała mnóstwo okazji, żeby skrzywdzić Varię, jednak zrobiła wszystko co w jej mocy, by ją ocalić.
Ale – patrz założenie i implikacja. Sprzeczność? Niekoniecznie.
Zatem:
Leila ratowała Varię poniekąd wbrew sobie. I obok walki z Nikitą toczyła drugą, prywatną walkę. Ze sobą.
Fakt:
Leila jest próżna i lubi kiedy ktoś docenia jej zwycięstwa.
Fakt:
Nikomu o tym nie powie.
Fakt:
Po wszystkim, Varia ma jej za złe, że „nie dość cieszy się z jej ocalenia”
Koniec zabawy logicznej.

Askar szaleje coraz bardziej. Robi mi przesłuchanie niemalże...Gdzie byłam, co robiłam przed skokiem...Gdzieś wątpliwość – a jeżeli oni mają rację, może to tym razem mój cień... Zarzuca mi egoizm – że tylko ja, mój, moje itp. Milczę.

Jest tak opętany...Pewnie gdyby mnie tu nie było podłączyłby Varię i pozwolił Ewie umrzeć. Maszyna spisuje się coraz gorzej. Musimy podjąć decyzję. Tłumaczę mu. „Ona nie jest jej córką...” Wiem, że Varia kocha Ewę i nie chciałaby przeżyć jej kosztem. Wiem, co by zrobiła. Askar zabrania.

Ty nie wiesz, ale ja już jestem wolna...Odrzuciłam to. Jestem daleko. Nie zdołasz mnie dosięgnąć. Chcesz mnie znowu uderzyć? Proszę bardzo. Nie zdołasz mnie zdziwić. Nie zdołasz mnie skrzywdzić.

„Ratuj ją, ona jest dla mnie wszystkim” Wybucham śmiechem.

Koniec. Dalej nie pociągnie. Trzeba wybrać. Oczami wyobraźni widzę scenkę – Varia budzi się, a ja tłumaczę jej chłodno, że Askar rozkazał mi podłączyć ją od urządzenia kosztem życia Ewy. Zgadnijmy, co zrobi wtedy Varia? I czy to nie będzie piękne?
Tłumaczę Askarowi. Krzyczy coraz głośniej. Varia coś tam znowu mówi. Nie, Ewa nic go nie obchodzi. Muszę za wszelka cenę ratować Varię. Varię, Varię, Varię...

Mam nadzieję, że to słyszysz Juandastaa. Że słyszysz każde słowo, że je zapamiętujesz. Słuchaj...
Słuchaj, jak miłość obraca się przeciwko tobie.

Nie mogę. Nie podepnę Varii i tyle. „Więc nie będziesz musiała wybierać” Askar podchodzi do łóżka, na którym leży Ewa. Monomiecz w uniesionych rękach.

...inny obraz...mój syn...Askar nad nim...ten sam gest, złożenie do ciosu...krzyk Varii...”Co ty zrobiłeś?”...

Medlab. Askar. Mała dziewczynka. Dziewczynka, którą trzeba ocalić. Nie pozostawiasz mi wyboru, Bracie.

Strzelam.

Lawa. Dwie skały. Askar. „Dlaczego, dlaczego ze mną walczysz? Czemu stanąłeś przeciwko mnie?” Zaczyna się – cień Azima...Askar...dalej...statki, jeszcze większe statki, rozmaite obiekty, ludzie, bohaterowie, zjawiska atmosferyczne...szalona kawalkada...słońce – czarna dziura, która je pochłania...mój ojciec...przeorysza z klasztoru...zwierzęta...symbole...
Kosiarz – urka, kosiarz klęka...azbeści...kalinthi...wcieleni....Anna – Sanuremai... cesarz –Mazarin umierający na jego oczach – Aida obok cesarza – Hakkonen – matka Hakkonena...czasem brakuje pomysłów...drzewa...kamienie...roboty....szejk Hassan...Azim – tłum rozhisteryzowanych fanek...Alecto – spiskowcy – promień światła, oświetla ich, odsłania twarze- okazują się rodziną owego Alecto, wśród nich jego siostra...idzie nam równo...bardzo równo, za każdą, przerwą po jego przegranej przekonuję go, by zaprzestał walki...”Czego ona się boi?” ...nie wiesz, Bracie... to takie proste... tylko jedna rzecz, którą mógłbyś postawić przeciw Leili... ale w zasadzie „Nic złego nie może się stać, wszystko już się stało” – jak powiada Poeta... za późno i na to...teurg- świątynia, pusta, postępuje erozja, mury rozsypują się w proch, freski odpadają ze ścian, pył, pył tańczący w słupie słonecznych promieni- teurg przybiera kolory zakonu...świątynia wali się ostatecznie a potem – snopy światła spomiędzy kamieni, wszystko wybucha, pomiędzy frunącymi w górę odłamkami świetlista postać – Amalthea...Koniec. Askar upada...zamieniając się w Leilę...

Przebudzenie. „Chyba nie udało się doprowadzić rytuału do końca”
Komentuj (18)


Link :: 05.09.2005 :: 21:36
24 ianuarius 5002

Wyprawa na Skey, część III (Wolf's Lament)

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

Uff, nie jest tak źle. Mamy łączność z szefem i Grunshem. Grunsh trochę oberwał od jakiejś chromolonej Skorupy tam na dole. Skorupy tutaj? Cholera! Ciągle nie wracacie? Na pewno? Oki, my tu sobie posiedzimy, pogramy w karty, nieważne, że to my tutaj jesteśmy od ochrony...

(Nieco później, odtwarzając wydarzenia na podstawie opisu Grunsha)
W trakcie przeglądu slajdów z historii Skeyów Skalny Wąż, starszy nad archiwami, poczęstował szefa i hrabinę jakimś soczkiem. Sytuacja stała się podejrzana, kiedy zaczął intensywnie nalegać by Trzy Pazury również spróbował. Wtedy wszyscy zorientowali się, że Skalny Wąż próbuje ich *otruć*. Do tego, jak się później okazało gospodarz nie jest nawet człowiekiem, tylko jakiegoś rodzaju energetycznym konstruktem z emanującym mocą kryształem w środku. Skonfrontowany pseudo-Skalny Wąż uciekł W trakcie wycofywania się do skoczka, celem pośpiesznego powrotu oraz konsultacji lekarskich, znaleźli zwłoki martwego mnicha, tego samego, który podawał im sok jakieś pięć minut wcześniej. Do tego sprawiającego dla Wzroku wrażenie martwego od kilku dni... Po drodze szef zmusił swoje ciało do zwymiotowania formującego się w jego żołądki kryształu. Chwilę później dotarli na zewnątrz gdzie hrabinie również udało się zwrócić swoją porcję soku. Wtedy jakiś mnich z karabinem powtarzalnym otworzył do niej ogień. Grunsh po raz kolejny wykazał się swoim refleksem i zasłonił ją, w tym czasie Trzy Pazury pokazał, że nie nosi swojej maczety dla zabawy i jednym ruchem zdekapitował delikwenta. Nie zrobiło to na nim (mnichu, nie trzech Pazurach) większego wrażenia i dopiero rozcięcie karabinu na pół ostudziło mordercze zapędy truposza. Swoją drogą niedoszły snajper również był animowany kryształem podobnym do tego, jaki wypluł z siebie szef. Mimo potencjalnego zagrożenia, jakie mógł nieść ze sobą klasztor pełen Skorup oraz rany odniesionej przez Grunsha ekipa zdecydowała się wrócić po znajomego Węża - opiekuna Trzech Pazurów. W tym momencie na zewnątrz wybiegła grupa zbrojnych mnichów pod przywództwem jednego z Węży. Uspokoili się dopiero, kiedy szef pokazał im kryształ, który wypluł. Okazało się, że te kryształy są zarodnikami Suul. Wrogiej rasy, która wyparła Skeyów z ich rodzinnej planety. Jakieś dwieście lat wcześniej inwazja Suul zaczęła się od przylotu statku pełnego astronautów zainfekowanych takimi świecidełkami. Szlag by to trafił! Jak by nam było mało Symbiontów i zakonowych demonów, to teraz do listy tego, co może nas opętać dochodzi latająca biżuteria? Mniej więcej miesiąc temu z Raven przyleciał mnich, będący prawdopodobnie nosicielem albo nawet konstruktem kryształków. Później zabił Skalnego Węża, którego ciało znaleziono w pokoju, oraz zainfekował kilku nowicjuszy, prawdopodobnie w celu uzyskania fizycznego wsparcia. Jak wykazał Trzy Pazury, raczej nie chodziło o wsparcie bojowe, ale raczej o coś w rodzaju przynieś-podaj-pozamiataj. Przegląd nagrań z kamer z archiwów dostarczył kolejnych informacji: sobowtór Skalnego Węża wraz z kilkoma zainfekowanymi osobami szperał w archiwach usuwając zapiski o Suul o znaczeniu militarnym. Wszystko, co mogło zostać wykorzystane do zorientowania się w ich taktyce i technologii poszło w pizdut!
Super. Znajomego Węża odnaleziono we własnym pokoju, osłabionego, ale żywego i co ważniejsze, niezainfekowanego. Zdecydował się pozostać w Górze by odzyskać siły, ale wcześniej poprosił szefa i hrabinę o zabranie ze sobą i opiekę nad Trzema Pazurami. Może jeszcze mają go adoptować? A ja myślałem, że wpisanie Grunsha do paszportu hrabiny zajęło już całe miejsce...
A co mi tam, dobrze macha żelazem i spisuje się na symulatorze, a miejsce na niego wygospodarowaliśmy wcześniej.
Teraz hrabina zdecydowała się odwiedzić swoją własną świątynie. Pobliski klasztor Matek. No, no! Klasztor kobiecy w środku vuldrokowa. Musi mieć naprawdę niezłą ochronę, albo naprawdę niezłe dochody. Przed wejściem do klasztoru doszło do drobnego zgrzytu. Okazało się, że lokalne przepisy zabraniają mężczyznom wchodzenia do środka. Po konsultacji z nieco wyższej rangi kapłanką wyklaryfikowało się, że w zasadzie nie zabraniają wchodzenia, problem natomiast jest z wyjściem żywym. W każdym razie jako mężczyzna. Skończyło się jednak tylko na zawiązaniu oczu szefa i Trzy Pazury. W środku odbyto rozmowę z najwyższą kapłanką, tą samą, która pod osłoną baldachimu odwiedziła swoją boginię, znaczy hrabinę, na okręcie. Kolejna seria próśb o mobilizację, zapewnień o jak najszybszym wykonaniu tych poleceń. Do tego hrabina zażyczyła sobie kompletu dostępnych pism Mariny. Ze względów językowych do listów Mariny dołączono kapłankę-tłumaczkę, Loyse.
Powrót do Wężowej Góry. Wizyta w świątyni Zukinayana i podziwianie posągu bóstwa - zgodnie z uzyskanymi przez nas informacjami ukara, który towarzyszył Marinie kilkanaście tysięcy lat temu. I który był Azimem, tak jak Marina w jakiś pokręcony sposób była Aidą. Do tego nie chodzi o ponowne odrodzenie się, biorąc pod uwagę uwagi hrabiny pod tytułem "nie jestem Mariną, byłam nią przez pewien czas". No, więc szef dostał swój pierwszy pomnik dwieście lat zanim się narodził. To tłumaczy, czemu zupełnie siebie nie przypomina (chociaż biorąc pod uwagę zdjęcia zrobione przez Grunsha, wygląda zdecydowanie lepiej).
Ponownie wychodząc z Wężowej Góry coś się chyba wydarzyło. Z rozmowy szefa z hrabiną wynikało, że oboje mieli krótkie wizje pochodzące od Mariny (hrabina)/Zukinayana (szef). Wycieczka na planecie wreszcie dobiegła końca i wrócili na okręt.

Tego samego wieczoru po kolacji w kajucie hrabiny odbyło się pierwsza pokładowa liturgia kultu Mariny. Kapłanka dostała bojowe zadanie w postaci przeczytania streszczenia listów Mariny ku uciesze szefa, hrabiny i Trzech Pazurów. W związku z przemeblowaniami jakie wywołało zastąpienie Węża przez Loyse (ku wielkiej uciesze całej kompanii - w życiu nie widziałem żeby Saruk tak szybko coś zmontował jak tą kamerę pod prysznicem...) Gvar został dokolegowany do kajuty Trzech Pazurów. Oczywiście wykorzystałem to żeby przegonić wszystkich (no prawie wszystkich) od nas do Gvara na parapetówę Podobno Trzy Pazury mężnie zniósł swój pierwszy łyk korzeniuszki. No! Przy nas ten młodzieniec wyrośnie na prawdziwego Prawieukara!

Komentuj (12)


Link :: 08.09.2005 :: 21:16
24 februarius - 7 martius 5002

Madoc - prolog

Sesja wewnątrztygodniowa

BY LEILA
Świadomość, że nie udało mi się pozbyć cienia całkowicie tkwi we mnie jak drzazga. Chciałam przynajmniej tę sprawę skończyć. Zamknąć. Odciąć. Powiedzieć – jestem już wolna. A tak... dalej się za mną wlecze. Z drugiej strony – wygrałam tę bitwę. Pewien etap mam już za sobą. Dochodzę do wniosku, że należy to odpowiednio zaakcentować.
Na początek – wyprowadzam się. Dodatkowym argumentem jest to, że potrzebuję spokoju do pracy. Zamierzam skończyć jeszcze przed naszym odlotem.
Co potem - wynajmuję małą knajpkę w dzielnicy gildyjnej i zapraszam Vasilija, Moebiusa oraz chętną część załogi. Wydarzenia z wizji uświadomiły mi, jak bardzo stali się mi bliscy i chcę to jakoś okazać, poza tym, mam co świętować i wreszcie – chcę się zabawić. Po posiłku znikam w jednym z pomieszczeń dla obsługi skąd wracam...hmmm troszeczkę inaczej ubrana. Vasilij z Moebiusem mają dość zdziwione miny... Od razu zaznaczam, że wszelka ewentualna krytyka jest niemile widziana... Panowie zaprzeczają jakoby mieli zamiar cokolwiek mówić... Moebius jedynie wyraża ulgę, że Askar tego nie widzi. Mam zamiar wybrać się gdzieś potańczyć... kto chce, zapraszam ze mną – stawiam drinki (co też się ze mną porobiło, zaczynam wydawać pieniądze – ciotka Rachela byłaby zbulwersowana). Idziemy.

Dzień następny. Czas na zmiany. Taaaak – ostatnio doszłam od wniosku, że bycie miłą i uprzejmą kończy się na tym, że ludzie zaczynają włazić ci na głowę. Te wszystkie umoralniające gadki, które ostatnio usłyszałam... Cień moją winą, „wyciągnij wnioski” itp. Jeszcze ta matka przełożona.. „Zlękniona dzieweczka”(zbłąkana owieczka), też mi...Dość.
Na początek – fryzjer. Potem zakupy. Jeszcze jedna sprawa. Uch, wieczór się zrobił...
Moje nowe ciuchy najwyraźniej podobają się Moebiusowi. Miło mi. Askar za to doszedł do wniosku, że przechodzę „spóźniony młodzieńczy bunt”.
Co by tu jeszcze... Pytam Moebiusa, czy nie potrzebuje czegoś – napomyka o nowej garocie. Chcesz i masz. Vasilij bąka coś, że Roślinkę zdało by się przesadzić. No, kto, jak kto, ale ja zrobię to profesjonalnie. Podsuwam mu pomysł, by zmontował coś do automatycznego podlewania...ale inżynier stwierdza, że wtedy przestałabym go odwiedzać. Wzruszona jestem.

Tydzień mija szybko. Mam co robić.
Vasilij przedstawia Mazarinowi swoje projekty robotów bojowych. Zawiera umowę z Cesarstwem, zgodnie z którą udziela dziesięcioletniej licencji na produkcję, w zamian za odpowiednią gratyfikację. Rozwija się chłopak...
Niedługo później wszyscy dostajemy...zaproszenie? podpisane literą „M”. 28. lutego mamy stawić się w Świętym Mieście. O co chodzi? Niestety – nie napisano nic więcej. Moebiusowi udało się dowiedzieć, że raczej należałoby ubrać się elegancko. Pyta, czy jeszcze jestem w nastroju do prezentów... Jestem.

Dzień przed - urodziny Ewy. Ode mnie dostaje komplet spray’ów, od Vasilija – nowy „zestaw plastyczny” ... Moebius daje jej trąbkę (nie wiem, czy to był najlepszy pomysł) a Askar ... kocurka czytaj małą skerrę.

28 lutego o wyznaczonej godzinie stawiamy się wszyscy pod posągiem św. Mai. Nie czekamy długo. Czarnowłosa kobieta zaprasza nas do skoczka. Lecimy. Ciekawe gdzie nas wiozą... Po dwóch godzinach lądujemy w hangarze. Korytarzem w górę i docieramy do niewielkiego parku pod szklaną kopułą. Niestety, wszystko jest otoczone murem – nie mogę zobaczyć nic poza błękitnym niebem. Pośrodku stoi długi stół. Podchodzimy.




Mazarin w mundurze konsula... no, no no. A za nim... niemożliwe... sam Cesarz. (Dzięki Ci, o Moebiusie...za informacje o eleganckim stroju...).

Ukłony. Spoglądamy na Mazarina, potem po sobie. Ludzie idący za Alexiusem niosą coś na ozdobnej poduszce.Cesarz każe wystąpić... adiunktowi Kropotkinowi... Zdumiona mina Vasilija. Najwyraźniej w ogóle się nie spodziewał. Ja zresztą też nie, chyba nikt z nas. Odznaczony, za zasługi... Uśmiecham się patrząc, na zakłopotanego inżyniera. Zapracował sobie, to prawda. Zwłaszcza ostatnio.
Vasilij na miękkich nogach podchodzi do Cesarza i przyklęka. Alexius prostuje się. Znika swoboda gestów i zachowania. Hawkwoodzki baron jest tylko wspomnieniem, oto staje przed nami władca Znanych Światów. Patrzę na jego poważną, skupioną twarz o szlachetnych rysach. Od całej postaci Alexiusa emanuje siła i dostojeństwo.

Kim jesteś, Cesarzu? Czego pragniesz? W co wierzysz? Dlaczego sięgnąłeś po władzę? Jaka jest cena, którą musisz za nią zapłacić?

„Adiunkcie Vasiliju Kropotkin. W uznaniu dla twych zasług dla cesarstwa odznaczam cię Cesarskim Medalem Honoru oraz – Alexius Hawkwood dobywa ozdobnego rapiera.– nadaję tytuł szlachecki. Dziś czynię cię pierwszym z nowego rodu. Powstań, markizie Kropotkin.

Jej, Vasilij markizem... Ale się porobiło. Swoją drogą Vasilij zawsze był przywiązany do swojego gildyjnego pochodzenia. Czuł się inżynierem i był z tego dumny. A teraz – z jednej strony ogromny zaszczyt... z drugiej z początku może być mu trudno. Sądzę, że jednak można to pogodzić...

Vasilij ostrożnie wstaje. Czas na toast. Twoje zdrowie! No, nareszcie po oficjalnej ceremonii i mogę uściskać świeżo pasowanego markiza. Gratulacje! To twój wielki dzień!
Lekki posiłek. Vasilij po cesarskiej prawicy objaśnia działanie sathranetu. Alexius jest wyraźnie zmęczony, żegna się z nami wkrótce. Na razie szlachectwo Vasilija pozostanie tajemnicą. W stosownym czasie zostanie ogłoszone wraz z nadaniami ziemskimi. Wracamy do skoczka. Inżynier, a może należałoby powiedzieć markiz wciąż oszołomiony i przejęty nową sytuacją - kiedy lokaj podaje mu filiżankę z herbatą słychać leciutki brzęk porcelany.

Przygotowania do odlotu. Sprzęt do nurkowania. Kombinezony. Broń. Informacje o planecie. Maszyna tłumacząca. Kontakty. Wszystko? Chyba tak. Startujemy. Lot upływa względnie spokojnie, nie licząc momentów, kiedy Barney umila nam podróż puszczając na wszystkie głośniki Ewę grającą na trąbce. Na szczęście można je odłączyć, dzięki czemu mogę się trochę pouczyć i zajrzeć do danych dotyczących planety, oraz medycznych związanych z nurkowaniem i ewentualnymi komplikacjami. Nareszcie – układ Madoc. „Dotacja na rzecz funduszu emerytalnego celników” rozwiązuje kwestię odprawy.

W danych Persefony znalazłam, że za dawnych czasów Urth nazywano „błękitną planetą”. Tym bardziej można to odnieść do Madoc. Jest po prostu piękna - szafirowo-turkusowa kula, oaza życia na tle kosmicznej pustki. Znakomita widoczność w czystym, pozbawionym spalin powietrzu pozwala dostrzec liczne archipelagi, rozrzucone na mieniącej się tafli mórz. Zielone płaszczyzny nielicznych kontynentów, białe wzory obłoków na tle oceanu.

Jeszcze bliżej. Smukłe kadłuby luksusowych liniowców błyskają srebrem i bielą, jak ławice ryb. Pilot pokazuje nam słynną „Księżniczkę Galaktyki”. Cóż, Madoc jest jednym ze słynniejszych wypoczynkowych kurortów.

Podchodzimy do lądowania w Porcie Moresby. Już z daleka uwagę przykuwa pałac księcia Hyrama – dwie ogromne modliszki podtrzymujące kopułę robią wrażenie. Ktokolwiek je projektował umiał nadać owadom surrealistyczny wyraz zachowując przy tym wszystkie anatomiczne szczegóły. Po prawej – rezydencja księcia Eryka, w stylu „hawajskim”. Na lądowisku srebrny jacht Fativy. Pomiędzy pałacami i dookoła nich wiele mniej okazałych rezydencji. Dalej – dzielnica hotelowo-rekreacyjna. Szerokie, wysadzane plamami aleje prowadzące nad morze. Eleganckie wieżowce, kasyna, restauracje.

Lądujemy przed hotelem Imperial, gdzie Askar wynajmuje całe 84 piętro. Obsługa wręcz gnie się w ukłonach. No ja się nie dziwię, za takie pieniądze... Obiecują nam nawet załatwić prywatną plażę. Zaczynam się tu dobrze czuć. Jedziemy na górę. Taak – musimy stanowić dość barwną gromadę – Askar w swoim białym, Al-Malickim stroju, Vasilij w kombinezonie i znów w swojej ulubionej fryzurze, dwie skerry - zielona i ruda, Varia z Ewą w koszulkach „Mamy wakacje. Odwal się”, , Moebius w czarnych okularach, z ukarskim warkoczem, wreszcie ja we wściekle czerwonej sukience i glanach. Laura chyba wygląda najnormalniej z nas wszystkich.

Za godzinę obiad. Nareszcie prawdziwy prysznic. Co za ulga. Zbieramy się wszyscy na tarasie z widokiem na zatokę. Las masztów, dalej migotliwe morze. Słońce. Taaak – trochę wypoczynku chyba należy się nam wszystkim. To ja poproszę latającą rybę! (ciekawe, jak one naprawdę smakują) Może być w sosie ziołowym.
Moebius wyciąga się na leżaczku z cygarem. Powoli sączę malibu. Gdzieś na skraju świadomości myśl, że może w tej chwili jakieś kilka tysięcy kilometrów poniżej poziomu morza w podwodnych stoczniach żądni odwetu za niegdysiejszą porażkę i upokorzenie oroy’mowie budują lewiatany. Jutro będę się martwić. A tymczasem – mam ochotę przejść się po mieście. Ktoś chce iść ze mną? Moebius oświadcza, że bardzo chętnie się wybierze. Idziemy razem. Niezwykłe wrażenie. Po tylu dniach w ciasnej kajucie Allawa otwarta przestrzeń. Morska bryza. Barwny tłum. Wędrujemy ulicami Portu Moresby mijając restauracje, kasyna, knajpki, dyskoteki. Rozglądam się za oroy’mami, ale żadnego nie spotykam. Dopiero na plaży dostrzegam kilku - pracują jako ratownicy. Dawno już nie szłam wieczorem brzegiem morza. Przyjemnie jest poczuć pod stopami ciepło nagrzanego piasku i chłód morskiej wody – kiedy podpływają ku nam drobne fale. A może by tak kąpiel? Jak pomyślała to zrobiła. A potem – Moebius, ta muzyka brzmi naprawdę zachęcająco... Co ty na to? Natarczywy rytm, egzotyczne instrumenty, dłuuga noc.

Komentuj (5)


Link :: 14.09.2005 :: 15:04
25,26 ianuarius 5002

Wyprawa na Skey, część IV (Wolf's Lament)

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

Rano Wąż przekazał, że Rada Starszych Skey spotka się z nami następnego popołudnia, po zakończeniu wcześniejszych obrad. Reszta dnia minęła spokojnie... Pewnie dlatego, że nie ruszaliśmy się z Daru Ikony. Trzy Pazury trochę ćwiczył, zwłaszcza jak dobrał się do symulatora. Państwo, ahem, szef i hrabina obijali się, poświęcając czas na czytanie i ćwiczenia. Tego samego wieczoru odbyło się kolejne czytanie z listów Mariny. Tym razem skupiono się na losach jakiejś Obunki i kogoś nazywanego brutalem z warkoczykami. Do tego wyszło na jaw, że zajęcie planety Skeyów opierało się na wykolegowaniu poprzedniego gubernatora oraz całej populacji tamtejszych arystokratów . I cała wizja dobrych i złych atlantów nagle rozwiewa się jak czar jaki złoty... A, i wychodzi cała prawda na jaw. Do ciągnięcia państwa przez parę pierwszych pokoleń trzeba było ukara. Wygląda na to, że ten Zukinayan prowadził administrację dopóki Marina nie nadrobiła braków w edukacji... Ukar bogiem biurokracji? Tego chyba jeszcze nie było. Świętoszki z Terry chyba dostaną kociokwiku jak o tym usłyszą. Gdyby mogli, pewnie by postawili jakiś posągi bogu, albo chociaż świętem biurokracemu, ale ukara zdecydowanie nie ścierpią.
Przy kolacji ustalono jeszcze, że przed spotkaniem z radą szef i hrabina odwiedzą gorące źródła żeby się potaplać w wodzie. Oki, zaplanować wycieczkę, zarezerwować bajorko, wyznaczyć eskortę... Zrobione. Tym razem dostaną czterech ukarów - trojaczki i Xana. No i Grunsh zabiera ze sobą Młodego. Ech, wesoło będzie Za to ja będę mieć trochę wolnego na pokładzie.

Po dotarciu na miejsce szef, hrabina i Mizue wskoczyli do gorącej wody. Tia, może jednak trzeba było pojechać... Chłopaki wrócili z maślanymi oczami... Znaczy się chciałem powiedzieć, żeby pilnować tą czwórkę jełopów! Ja się na pokładzie dobrze bawiłem, zresztą nie takie rzeczy widziałem. Na warcie stanął Dvar po przegraniu wieczornego pokera... Pięć razy z rzędu. Niektórzy nie powinni brać kart do rąk. Trzy Pazury postanowił zostać na zewnątrz. Trudno powiedzieć czy wstydził się oglądać rozebrane kobiety (eee Vuldrok? Niemożliwe), nie lubi się myć (myje się regularnie pod sonicznym i nie śmierdzi, więc raczej nie to), czy też może nie lubi gorących źródeł (fakt, czasem lekko zalatują siarką). Po jakimś czasie zdecydował się wyzwać Dvara na treningowy pojedynek. Dvar przyjął wyzwanie wykorzystując okazję, żeby zemścić się na Xanie - wyciągnął go na zewnątrz do pilnowania w trakcie walki. Jak sam Dvar przyznał, Młodzieniec spisywał się nieźle, choć jego bogowie zdecydowanie postanowili zrobić z niego pośmiewisko tego dnia. Inaczej nie można nazwać tak pechowego wyskoku do przodu, przy którym trafił w nogą w jedyną chyba, lekko tylko przysypaną ziemią dziurę na ubitym lądowisku. Krótka wymiana ciosów zakończyła się dwiema lekkimi szramami oraz rozbitym łukiem brwiowym. Wszystkie te obrażenia odniósł pechowiec dnia. Ewidentnie przodkowie zrekompensowali tym Dvarowi wieczorne porażki w kartach.
Rozwalona brew Trzech Pazurów dała Dvarowi szansę zemszczenia się również na bracie... Wyciągnął na zewnątrz brata celem opatrzenia i zaszycia rany. Tak. Tego dnia Dvar wyglądał na całkiem zadowolonego po powrocie na okręt.
Hrabina była niezadowolona widząc poszytą gębę Trzy Pazury, ale przyjęła do wiadomości fakt, że sam prosił o sparring.
Wyruszono do miejsca spotkania Rady Starszych Skey, po drodze zwiedzając miasto celem zabicia wolnego czasu. Po drodze hrabina odkryła nowego zwierzaka, który momentalnie zawładnął jej sercem, co oczywiście zaowocowało pragnieniem dołączenia go do jej kolekcji żyjątek wszelakich. Szczegóły, jakimi są rozmiary bydlaka oraz skłonność do kichania łatwopalną śliną zostały oczywiście łaskawie pominięte jako nieistotne problemy techniczne. I gdzie mamy takiego cusia zapakować? Ostatecznie stanęło na tym, że hrabina zabierze kilka jajców w swojej komorze stazy. Znając życie okaże się później, że nam tej komory będzie brakować, żeby kogoś w niej zamknąć. No cóż, najwyżej przez następne trzy dni później będziemy jeść bardzo ostrą, żeby nie powiedzieć palącą, jajecznicę.
Na spotkaniu z Radą Starszych okazało się, że przynajmniej jeden z nich jest blisko spokrewniony z al-Malikami. Doszedł do wniosku, że lewiatany zostawione przez Starożytną Królową są własnością Skey i tym samym im należą. Oczywiście było to wyjście do rozpoczęcia targów o to, co Skeyowie mogą z wyprawy na Skey dostać. Nie ma to jak sprzedawać to, czego się nie ma, ale co tam. Na razie negocjacje stanęły na tym, że tak, zostawimy im trochę lewiatanów na pamiątkę, żeby mieli się, czym bronić przed Suul, kiedy ci ruszą na światy Vuldroków. Więcej decyzji zostanie podjętych jak uda się odzyskać jakieś informacje, co do możliwości i taktyki Suul. Jak się okazuje informacjami taki może dysponować Starszy klanu Coatze zamieszkujący księżyc jednej z planet w systemie. Dostaliśmy list polecający i lecimy.


Komentuj (2)


Link :: 22.09.2005 :: 20:47
27-30 ianuarius 5002

Wyprawa na Skey, część V (Wolf's Lament, Księżyc Cotze)

Sesja niedzielna

BY AZIM

[Fragmenty z mnenmoimprintu Vral'a z klanu Feyr]

W drodze powrotnej skoczek zwrócono ku północnemu kontynentowi, na zakupy. U tamtejszego kupca, toczka w toczkę hrabina zakupiła cztery jaja lokalnego latającego, plującego ogniem bydlątka. Jaja poszły do komory stazy a hrabina, wzruszywszy się losem czworga lokalnych grajków kupiła również ich. W ten sposób nasz pokładowy zwierzyniec wzbudził się o czwórkę Ishkinów, lokalnej, łasicopodobnej rasy. Zobaczymy czy są równie dowcipni jak Gannokowie. Na razie zadekowaliśmy ich w ładowni koło Voroksów. Oba dni podróży mijają spokojnie. Konował bada Ishkinów, żeby wiedzieć, co im wyciąć jak zaczną podskakiwać Eee, Bertram, możemy zobaczyć zdjęcia z prześwietleń jak toto pchnąć nożem, żeby nie zmarło od razu? Za to Trzy Pazury dołączył do nas w porannych treningach. Z maczetą jest świetny, gorzej z pięściami, oni tu chyba już od dzieciństwa piorą się na noże (nie żebym uważał to za dziwne, choć głupio by było zabić kuzyna w przyjacielskiej bójce). A gdzie porządny kop w jaja i okładanie pięściami leżącego?
W między czasie szef i hrabina zajmują się tworzeniem staroskeyowego słownika, ćwiczeniami, czytaniami z listów Mariny i podobnymi pierdołami...
Dotarliśmy w okolice księżyca. Tu spotykamy dwa myśliwce żądające identyfikacji i podania celu wizyty. Od tego momentu do księżyca, na której siedzą Cotze mamy eskortę. Lądujemy we wskazanym miejscu, w środku krateru prowadzącego do wielkiej hali lądowiska. Tam czeka na nas Skey w białej todze, wyraźnie odróżniający się od noszącej kombinezony pilotów reszty. Odbiera listy polecające od rady starszych i każe czekać. Tum-de-dum, tim, tim, ta, tam... Godzinę później wraca zapraszając na pokład stacji Cotze czwórkę. Cholera... Oczywiście nie ma miejsca dla eskorty. Gruuuunshhhh! Nagrywaj!
W trakcie wędrówek zidentyfikowano miejscowy styl jako dzieło Feline - jednej ze starożytnych ras walczącej przeciw Atlantom. Opiekun - przywódca Cotze, do którego nas odesłano przyznał, że ich baza jest w istocie ostatnim z statków zostawionych przez tą rasę Skeyom, na wypadek konieczności ewakuacji. Rozmowa ze statkiem wykazała, że został pozostawiony na księżycu Skey przez swoich twórców około 800 lat temu. A więc kociaki są aktywne przez cały czas i przesuwają swoje pionki po szachownicy. Nie podoba mi się to... Oczywiście wywołało to masę pytań: czemu akurat 800 lat temu, a nie cały czas? Gdyby ktoś zaatakował Skey wcześniej jak mieli by dokonać ewakuacji? Co oznacza, że pozostawienie tam statków było częścią umowy zawartą przez Marinę z jego twórcami? Zwyczajowo każda informacja wywołuje więcej pytań niż odpowiedzi...
Sam Opiekun okazał się miłym facetem, do tego aktywnie szykującym swoich ludzi do walki z Suul. Sama idea wyprawy na Skey wyraźnie go ekscytowała, prawdopodobnie gdyby nie obowiązki go trzymające sam by się do nas przyłączył (ani się waż! NIE MA JUŻ MIEJSCA!). O samych Suul mógł powiedzieć tyle, że żyjące kryształy nie korzystają z technologii jako takiej, zamiast tego sami rozwijają się w potrzebne im statki i okręty. Innymi słowy ich możliwości pozostają niesprecyzowane. Diabli wiedzą co mogli wyewoluować w ciągu ostatnich dwustu lat. Chociaż jak do tej pory szli raczej w ilość niż jakość. Wspaniale, tylko, że my przeciwko chmarze ich statków, jakkolwiek by one nie były cienkie, możemy wystawić jedną korwetę. Kropka. Chyba, że po drodze zdobędziemy jakiś pancernik, albo coś. Hrabina doszła do wniosku, obserwując lokalnych pilotów, że można by zaopatrzyć się tutaj w kompetentnych pilotów do lewiatanów w zastępstwie naszych pokładowych Skeyów. Co? Wciskać nam jeszcze siódemkę na pokład? Nie ma mowy.. Cztery kobiety? Chłopaki się ucieszą... No i Herdis nie zostanie podpięta do takie dużego czarnego... Panowie! WON Z KAJUTY! Przenosicie się do Gvara i Trzech Pazurów! Oczywiście, że się zmieścicie... Trojaczki, nie chrzańcie, dzieliliście mniejszą jaskinię z resztą rodziny i dziadkami. Już, już! A tą trójkę dokwaterujemy do Smoków. Ach, jeszcze będziemy podwozić dwójkę Cotzowych emisariuszy na planetę? Jakoś przeżyjemy, to tylko dwa dni. Tak, a szef się bawi Cotzowym symulatorem. Dać takiemu dostęp do nowej zabawki... Jak dzieci, jak dzieci... Całe szczęście, że na miejscu nie mieli sklepu zoologicznego, nie chcę wiedzieć co hrabina by z niego przyniosła... Ale błogosławcie bogowie hrabinie choć za to, że zgodziła się zrezygnować z garderoby. W końcu nie muszę zwalniać współlokatorów z dyżurów żeby ich co jakiś czas wypieprzyć na wizyty.
I wracamy na Wolf's Lament. Jeżeli tak będziemy latać tam i z powrotem to nauczymy się map systemu na pamięć.


Komentuj (2)


Link :: 30.09.2005 :: 20:24
8 - 14 martius 5002

Madoc 1, 2 i 3

Sesja wewnątrztygodniowa

BY LEILA

Po dość późnym śniadaniu, na które wszyscy stawiają się mniej lub bardziej wypoczęci, każdy zabiera się do pracy. Vasilij szpera w sieci, a następnie odwiedza swojego starego znajomego, właściciela wycieczkowego jachtu, by rozpytać się o możliwość zorganizowania wyprawy. Askar odwiedza lokalną siedzibę LS. Dowiaduje się tam o nieudanych do tej pory próbach kontaktu z oro’ymami głębinowymi (zarówno ze strony Lux jak i Zakonu) oraz otrzymuje dane, które udało się do tej pory zdobyć agentom na planecie. Laura odwiedza amalteański szpital, gdzie uzyskuje informacje odnośnie anatomii i fizjologii oro’ymów, a także życia, jakie prowadzą mieszkający na lądzie przedstawiciele tej rasy traktowani przez resztę raczej jako wyrzutkowie społeczeństwa; i zamieszkujący wilgotne slumsy. W szpitalu leży kilku takich - skatowanych przez grupkę ludzi. Jednemu z nich odcięto ogon. Varia idzie z Ewą na plażę, gdzie robi to, co wychodzi jej znakomicie – mianowicie nawiązuje kontakty. Zagajeni oro’ymscy ratownicy dość chętnie opowiadają o swojej pracy. Varia udając turystkę, pragnącą koniecznie zobaczyć „prawdziwą oro’ymską” wioskę przekonuje ratowników, że umożliwienie zorganizowania wycieczki w ich rodzinne strony mogłoby się opłacić. Ewa świetnie się bawi, choć zamek z piasku, zbudowany przez nią wzbudza zaniepokojenie matki, która poleca Barney’owi sprawdzenie, do czego może być podobna piaskowa budowla. Leila siedzi w hotelu i przegląda wszelkie dostępne informacje o florze i faunie Madoc. Razem zbierają się na obiedzie, gdzie wymieniają się informacjami i pomysłami, przy czym wszyscy są zgodni, że wizyta w oro’ymskiej wiosce jest dobrym początkiem.
Leila ma ochotę zwiedzić lokalną katedrę, ostatecznie udają się na spacer całą ekipą. Wieczorem Barney znajduje odpowiedź –zamek podobny do zbudowanego przez Ewę znaleziono na Hargardzie, żeby było ciekawiej – na terenie obecnie znajdującym się pod wodą. Zapytana, skąd zna jego wygląd dziewczynka odpowiada, że pokazał jej go ojciec. Reszta wieczoru upływa względnie spokojnie.

Nazajutrz rano Varia dogaduje się ostatecznie z dwoma „zaprzyjaźnionymi” oro’ymami a Askar zadbawszy o odpowiedni kamuflaż udaje się od szefa ratowników, gdzie wykupuje ich kontrakty. Oro’ymowie zostają odstawieni do hotelu i dokładnie wypytani o ich zwyczaje, tudzież najlepsze sposoby wywarcia dobrego wrażenia. Kwestia podarków dla wodza i szamana zostaje rozstrzygnięta i wszyscy jadą na zakupy. Laura z Leilą kupują lekarstwa i środki opatrunkowe, Vasilij komunikator a Askar harpuny. Vasilij po raz kolejny odwiedza swojego kumpla, by dograć sprawę rejsu. Resztę dnia większość drużyny spędza na plaży.

O świcie wszyscy stawiają się w porcie. Kapitan wita ich bardzo serdecznie i zaprasza na pokład. Vasilij, Moebius, Laura i Leila zajmują jedną kabinę, w drugiej lokują się Varia, Ewa, Askar i ukarka. Pogoda jest piękna, i generalnie rzecz ujmując większość „wycieczkowiczów” rozkoszuje się rejsem nie licząc Moebiusa i ukarki cierpiących na chorobę morską. Wieczorem wszyscy zbierają się na pokładzie i popijając kapitański grog wysłuchują „morskich opowieści”.

Następnego dnia pod wieczór jacht zanurza się – dzięki składanej przezroczystej kopule można obserwować podwodne krajobrazy. Widząc ogromne zainteresowanie kapitan proponuje zboczenie z kursu i podpłynięcie do pobliskiej rafy, gdzie warto popływać w kombinezonach. Pomysł zostaje przyjęty entuzjastycznie przynajmniej przez niektórych. Niedługo później docierają na miejsce. Niestety sielanka zostaje zakłócona. Moebius zauważa coś na dnie, a gdy tam podpływa odnajduje ukarską czaszkę oraz doświadcza wizji, w której jest świadkiem i ofiarą rytualnego mordu popełnionego przez oro’ymów składających jeńców demonowi (czemu przygląda się Atlanta). Okazuje się, iż niedaleko, a może nawet tutaj znajduje się makabryczne cmentarzysko ofiar. To odkrycie zdecydowanie psuje dobry nastrój i przerywa „zwiedzanie”.
Niedługo potem docierają do wioski i spotykają się z wodzem..


Wódz najwyraźniej wyrabia sobie o przybyszach korzystną opinię, bo proponuje Askarowi, Moebiusowi i Vasilijowi udział w polowaniu na „shambala”. Co więcej – ten, kto zdoła pokonać tajemnicze zwierzę weźmie udział w rytuale wypicia zsyłającej wizje „wody życia”. Askar przystaje na tę propozycję. Łowy mają odbyć się jutro. Askar przezornie sprawdza szczegóły. Shambala okazuje się całkiem sporym stworem, jednak markiz i jego towarzysze są dobrej myśli. Bardziej odrzuca ich perspektywa spożycia wraz z wodzem języka pokonanej bestii, tudzież kwestia halucynogennych właściwości jego krwi, która stanowi główny składnik „wody życia”.

Polowanie ma się odbyć w niewielkiej dolince, nad którą umieszczono „bańkę” dla widowni. Leila, Laura i Ewa obserwują z niej przebieg wydarzeń, natomiast męska część drużyny ochoczo wyrusza nadstawiać własne karki. Polowanie jest krótkie. Zwycięstwo przybyszów wyraźnie zyskuje im sympatię w oczach lokalnej społeczności. Wódz zaprasza ludzkich gości na ucztę, która ma odbyć się pod wieczór. W międzyczasie Askar, Moebius, Vasilij i Ewa wracają na jacht a Leila z Laurą zabierają maszynkę tłumaczącą i płyną od wioski poznać miejscowe zwyczaje. Varia, która nie oglądała polowania rozmawia z kapitanem i dowiaduje się od niego, że istotnie było trochę wypraw w głębiny, jednak mało kto z nich wrócił. Zdecydowaną większość najprawdopodobniej wykończyli przedstawiciele hongi pilnującej swoich interesów. Całkiem niedawno przybyła tutaj także grupa eskatoników badać jakieś podwodne grobowce, czy ruiny ale wrócili znacznie przetrzebieni. Przy okazji kapitan wyraża swoje zdanie na temat kleru, rekolekcji i nawracania (szczególną sympatią darzy pewnego Hezychatę, który nad wyraz sumiennie brata się z żeglarzami). Wieczorem Askar i Vasilij biorą udział w rytuale, podczas którego doświadczają wizji. Jeszcze tego samego dnia idą porozmawiać z szamanem..



Komentuj (7)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń