Menu :


Link :: 01.09.2006 :: 13:28
W TYM MIEJSCU BEDZIE RAPORT Z "WYCIAGANIA VLADA"
ALBO GO NIE BEDZIE - WTEDY USUNE NOTKĘ

Komentuj (1)


Link :: 01.09.2006 :: 20:58
20 januaris - 10 februaris 5003

Powrót do domu

Sesja Wewnatrztygodniowa

BY VARIA

Vlad i Jenny nie wychodzą ze swojej kajuty. Zazdrość pomyśleć, jak odkrywają się na nowo, jak się odzyskali. Tyle czasu, Mantiusie, tyle czasu, tyle wydarzeń ich rozdzielało, takem się bała, że skoczą sobie do gardeł, że nie znajdą wspólnego języka, ale najwyraźniej dwanaście godzin poszukiwań daje niezłe rezultaty.
Późnym porankiem Askar uplasował się pod ich drzwiami i cierpliwie czekał, aż Vlad wyjdzie. Pierwsze spotkanie po takim czasie. Po tym wszystkim. Skrzyżowali spojrzenia. Hrabia – rycerz – polityk i były lewiatan ex-demokrata. Chwila ironiczno – ciepłego napięcia. I misiowaty, niezgrabny uścisk. Niezgrabny, bo dopiero ten czas, który rozdzielił pozwolił im zrozumieć, że są przyjaciółmi. Bym się wzruszyła, gdyby termina tak nie goniły.
Kłopoty Leili wymagały szybkiej reakcji, tośmy aż nogami przebierali, tak nam się spieszyło. Tymczasem wyłaziły kolejne kłody, jak spod zetlałego płótna.
Krótko: Vasil zarządził badania i zaczął zrzędzić, że zdrowie brata wymaga kwarantanny, Jenny się na to wkurwiła i zaczęła słać na vasylowy komunikator iście nie hawkwoodzkie wiadomości. Vlad siedział w kącie i udawał, że go nie ma. Do tego wszystkiego Fatima i Moebius oswajający się z przyszłym rozstaniem ślumpili po swoich kajutach, a Manuel przybijał się nożem do każdego stołu, przy którym zdarzyło mu się usiąść. Najwyraźniej ta metoda weryfikacji rzeczywistości nad wyraz mu się spodobała. Tym razem, o dziwo, młode pokolenie nie sprawiało problemów. Po prawdzie Paul tylko dlatego, żeśmy go nie wyciągli z komory krio, ale i wracająca do równowagi Ewa i zdrowiejący po intensywnym kontakcie z Ojcem 49 byli idealnie bezproblemowi.
I w takich nastrojach ruszaliśmy spiesznie przed siebie wyciągać leilową dupę z tarapatów.
Leila i jej atak na cesarskich. Zabójstwo paladyna RP, pomoc agentowi Zakonu. Jakoś mi się to krzywo widziało, ale mazzarinowe ultimatum było jednoznaczne: albo czapa, albo stawia się na B II na rocznicę panowania Feniksa po amnestię. Wybór raczej prosty.
Tak więc obraliśmy kierunek na Severusa, dokąd, jak nam mazzarinowe chłopaki rzekli, zwiała w towarzystwie jakiegoś decadoskiego markiziątka (no, no, Leila...).
Mimo szczerych chęci nie dało się pomóc Moebiusowi i Fatimie w przeżywaniu ciężkich chwil. Jenny po kolejnym rozstaniu z Vladem też nie była radosna i społecznie zintegrowana (heh... zapisy z kamer... dalej mnie dreszcz przechodzi, nie umiem jej pomóc, ale jak patrzę, jak siedzi okrakiem na komorze Paula gasząc mu papierosy na szybce nad twarzą... nie tak to powinno wszystko... nie tak...), Manuel z przebitą ręką, ślęczący nad zdobytymi retortami; podróż mijała w raczej ciężkim klimacie. Na życzenie Fatimy ominęliśmy Aylon i


wskoczyliśmy do systemu Severusa. Kurwa. Każda gwiazda tutaj rani mi oczy. Każda, kurwa, bryła w przestrzeni wryła się w moją pamięć, że ani jej, kurwa, zapomnieć, ani pazurami z mózgu wydrzeć. Wracam, kurwa, do domu. Witaj, kurwa, ojczyzno


dotarliśmy do systemu Severusa. Zaraz za wrotami Askar rzucił się szukać siostry. Skupił się, posłał myśl. Nie poszło mu... Tak... trochę się bałam, że wszystko, co się wydarzyło odsunęło ich od siebie tak daleko, że będzie źle... Od pierwszego kontaktu. Ale pierwszy kontakt został odsunięty w czasie. Może i dobrze. Może Ktoś Tam Na Górze jednak czuwał. Aliści pierwsze wieści, jakie do nas dotarły spięły nam ostro cztery litery. Markiz Aleksiej Decados w tonie oficjalnym informował hrabiego Al-Allaw, iże siestra jego przebywa w markizowej gościnie w Krasnojarsku. Zabrzmiało dwuznacznie. Jakby była zakładniczką. Teraz z bliższej już odległości Askar skontaktował się z siostrą. Była tam... Czekała...
Askar postawił ludzi w stan gotowości i w trybie alarmowym lądowaliśmy na markizowych ziemiach. Przywitał nas czerwony chodniczek z zielonym markizem na końcu. Pół kroku za nim Leila.
Askar rusza szpalerem ku hospodarowi prowadząc pod rękę Fatimę

dobrze wyglądają razem... Ona płynnie sunąca w oficjalnej, choć prostej sukni, zachowująca ostentacyjne incognito. Wielka Księżna, pani, z której każdego ruchu bije dostojeństwo, on obok, dystyngowany, idący mocnym krokiem szermierza. Dyplomata. Rycerz – hrabia. Pan hrabia...

my z Ewą tuż za nimi, ja spięta, czujna [wyrzucić wszystko z myśli, nie ma, nie ma, Ruda, teraz insi, twoje sprawy... to twoje sprawy, nieważno, załatwisz, skup się, oni... ich teraz trzeba. Wspomóc. Chronić. Być... dla nich] z szarpiącym się od mocy warkoczem. Markiziątko, spryciula, kazało wynieść chleb i sól i wódkę. Odmówić nie lza, a skosztujesz – toś w gościach i przeciw hospodarowi ręki nie podniesiesz. To i co było robić, przyjęlim z dobrodziejstwem inwentarza.
Kolacja jedzona jak na szpilkach, wszyscy kątem zerkają na Leilę, markotną, cichą. Manuel stuka paznokciami po stole. Państwo szlachta konwersują, bo trzeba... Kurwa... Na co czekać... Wreszcie poszli. We dwójkę poszli spacerem w ogród, brat i siostra. A my w inszą stronę, nerwowi trocha, ale i spokojni, bo w końcu wszystko szło trybem jakim iść powinno, teraz tylko niech się Leila zgodzi na lot na B II, niech się to już wreszcie poukłada...
Zgodziła się... Wróciła tak samo zrezygnowana, ale jednak się zgodziła. Leci z nami, już... Już będzie dobrze. Tak dobrze, że nawet możemy sobie pozwolić na zobaczenie początku sławnego Severuskiego Karnawału


nagie ciała na ulicach przewalający się pijany pochód, wielobarwność masek, zostanie tyle resztek, tyle śmieci, że slumsy też będą świętować, będą świętować wszy żerujące na parszywej decadoskiej skórze, będą świętować rozjuszone szczury w kanałach, jutro znów nie doliczą się ciał...

więc zostaniemy tu jeszcze przez dwa dni. Jak... słodko...
Jenny z Fatimą urywają się na miasto...
Nie sposób tego odwlekać, wiesz, co masz robić, wiesz, wiedziałaś, co trzeba, jakeś tu leciała, nie uciekniesz... Przed przeszłością nie uciekniesz. Droga... do... domu...

Nie powiem, nie będę mówić o tym - to moje, tylko moje, mój strach i wstyd, mój ból i moje w nim oparcie, w dłoni mężczyzny, który zaprowadził mnie do domu.

Wracaliśmy przez miasto Askar zagłuszył mi szok powrotu, szok wizyty w szpitalu u szalonej babki, zagłuszył kolorowymi maskami na następny wieczór, odwrócił mi oczy, ukoił myśli. Nigdym nie myślała, taka głupia rzecz... maska... tyla radości, Ewie maskę gracklefoxa, Fatimie – niemowlęcia, Jenny – kolibra, Moebiusowi na specjalne życzenie Ewy - pszczółki (na gniewną Mayę – nie kupujmy Fatimie kwiatka...), Manuelowi – demona, 49 – anioła, Leili – nocy, hospodarowi – koguta, władcy podwórka, a nam... tak... jasne... Dziękuję za Orlicę, Sokole.

Następny dzień... mija. Po prostu. Askar z hospodarem rozmawiają o czymś, Manuel zażądał eskorty i poleciał do swoich kościelnych, Fatima zaplątała się do Hyrama, każdy jest na jakimś swoim dziwacznym miejscu... Na liściu nenufaru pływającym po stawie... każdy na swoim...
Wieczór zaczyna rozbrzmiewać muzyką, daliśmy maski, kto chciał ten wziął... Idziemy na przyjęcie. Oficjalne decadoskie przyjęcie bez ekscesów. Aleksiej Iwanowicz chwali się gośćmi. Krążymy wśród mnogich baronów, całkiem licznych markizów i pobłyskujących tu i ówdzie hrabiów... Jedzą, piją, lufki palą, kilkanaście wysp, zmieszane tony różnorodnej muzyki. Krążymy, aż kręci się w głowie. W oczach Moebiusa wbitych w Fatimę pali się tango. W spuszczonych oczach Fatimy nie da się wyczytać nic... Wielka Księżna Al Rashid konwersuje i tańczy. Manuel zabiera maskę synowi, mierzy ją przez chwilę... Anioł... Rozpuścił skrzydła... Po czym skrzywił się i oddał maskę. Gospodarz z uprzejmym uśmiechem, za twarzą samą jak maska wije się wśród zaproszonych. Askar sadzi kwiatki jak rasowy ogrodnik. Jenny pije i pali. Krążymy, aż kręci się w głowie... O 22 położyć Ewę, idziemy oboje z Askarem, dziecko położyć spać... Jakie to poważne... Wracamy na przyjęcie, krążąc znów do zawrotów głowy, patrząc, jak o północy wychodzi Fatima, jak Moebius zaczyna pić i prowokować, jak Jenny z zagubionym wzrokiem sięga po kolejny kieliszek, krążymy, dostojni i poważni, poważni, że aż. Aż kręci się w głowie... Askar jak marmurowy posążek na nakręconej pozytywce... Stosowny, układny, upozowany... Idealny... Jak mam powiedzieć... że sobie z tym nie radzę, że nie umiem być taka... Taka poważna. Taka dostojna. Krążymy, aż wybija druga, aż kręci się w głowie, jutro odlatujemy.
Pożegnanie z gospodarzem, Moebius na kacu, zmęczona Jenny, nieodmiennie szalony Manuel. Fatima z porannymi dolegliwościami... Ech. Zbierajmy się. Jeden skoczek z pasażerami, drugi z bagażem, trzecim lecimy z Askarem i Ewą zabrać matkę i siostrę. I odrobinę ziemi z grobu ojca. Matka wyciąga spośród tobołków podłużne zawiniątko. Ech, znów się poważno zrobiło... Askar dostał miecz rodzinny, nawet nie wiedziałam, co jakiś mamy. Obejrzał ze czcią i chyba mu się spodobało. To miło...
Lecimy, uspokajam matkę i siostrę, nikaj się nie ruszały poza żelaznym koniem, to i straszno im teraz, upchłam w kajucie, nie wyłażą za dużo na szczęście... Zabobonne takie... Manuel im mszę odprawił, Jenny, ech, słodka Jenny, dobrze się nimi zajęła... choć to takie wieśniaczki... Fatima przyszła... A ja nawet nie wiem, jako im tłumaczyć – kto kto... Nie paniają przecież... Jakosi dolecieliśmy na to B II, dotarabanili się wreszcie... Coby Leilę... Ech, dziewczyno.
Stawiła się przed Mazzarinem jak kazał, przyznała, do czego chciał, pozwoliła sobie ziemie zabrać... tytuły... A mnie mrówki zaczęły po kręgosłupie łazić, to i w końcu języka za zębami nie upilnowała. I wygarnęła karłu od serca, co się tak ze swoimi nie postępuje. Dupa niby z tytułami, nie o to... Ale... Nagadała... może – nie wiem... może nie po szlachecku to, może trza było szlachetnie milczeć i dumnie dać sobą dupę podcierać, ale na to to ja nawet cesarstwu nie pozwolę. Nie dam zeszmacić. Bo o coś walczymy. I to coś powinno być chocia o deko czystsze.

DODATKI:
Okiem Oktawiana

Komentuj (0)


Link :: 03.09.2006 :: 23:35
10 februaris - 15 martius 5003

Nieoczekiwane spotkanie cz.1

Sesja Wewnatrztygodniowa

BY LEILA

Mazzarin przedstawia sprawę jasno. Areszt. Może być, pozwólcie mi tylko wziąć fletnię. Zaczynam sądzić, że chyba naprawdę mnie nie zabiją. Świetnie, bo już wyobrażałam sobie siebie gotowaną w oleju, albo włóczoną po Placu Pięciu Tysiącleci. Konfiskata dóbr. Właściwie, kiedy teraz zabiorą mi ziemie, będę mogła wstąpić do Inżynierów... Może by mnie zechcieli. Potrafię to i owo. No i może udałoby mi się odgrzebać jakieś stare znajomości... W każdym razie z głodu chyba nie umrę. Zresztą, właśnie na wypadek czegoś takiego starałam się nie przyzwyczajać do luksusu.

Powiedzieli mi, że Hamad był członkiem Zakonu, że zwerbowano go na Ligheim trzy lata temu. Może to prawda. A może nie. Teraz to mi możecie wszystko pokazać i tak wam nie uwierzę. W każdym razie skoro, jak się wyrażono, przez trzy lata nie mogli go namierzyć, to czemu niby ja miałabym to odkryć w przeciągu miesiąca?

Mazzarin wygłasza tyradę o mojej wątpliwej lojalności. Głupcze, gdybym chciała w tym momencie siedziałabym sobie na Kadyksie. I wiesz co myślę - Hamad nie kłamał – tam naprawdę daliby mi nowe życie, tam naprawdę doceniliby moje umiejętności. Miałabym szansę na rozwój i pokazanie na co mnie stać. Tam dostrzeżono by Leilę a nie tylko „ogon” Askara.

Mam się przyznać. Proszę bardzo. Zrobię to. Zabiłam tę kobietę. Ale wiecie co, nie żałuję. Po raz pierwszy nie żałuję. I wiem, że zrobiłabym to raz jeszcze, gdyby zaszła potrzeba. Stanęła mi na drodze, więc musiała umrzeć.

Płomienna mowa Varii zrobiła najwyraźniej wrażenie na Mazzarinie bo zgadza się uciszyć sprawę. Tak wiem, powinnam być jej wdzięczna. Powtarzam to sobie co jakiś czas, żeby nie zapomnieć.

Wybierają się na Pentateuch. To dobrze, tak, polecę z nimi. Zawsze trochę czasu minie, sprawa może ociupinkę przycichnie. Archwiści przekonają się o mojej „praworządności”. Poza tym Pentateuch to dobre miejsce, by spróbować osłabić mój cień. W zasadzie to jedyna rzecz, której muszę dopilnować. Starczy, że po Znanych Światach szwendają się już cienie Varii, Moebiusa i Fatimy. Byleby tylko nie uraczono mnie rytuałem takim, jak poprzednio, bo tym razem nie miałabym szans.

Ale najpierw lot na Istakhr. Nie mam specjalnej ochoty zatrzymywać się w pałacu Askara, ale cóż robić. Brat ponawia propozycję zwrócenia mi ziem. Biedny, czy nie rozumiesz, że ja nie oglądam się za siebie. Nie ma powrotu do przeszłości. Tamtej Leili też nie ma. Poza tym nie po to zrzekłam się baronii na Istakhr, by teraz ponownie zgiąć kark. Nie tak wyobrażałam sobie nasze ponowne spotkanie. Miałam nadzieję, że kiedy cię znów zobaczę będę kimś i będę to zawdzięczać sobie. Niestety tendencja się utrzymuje - twoja gwiazda wschodzi, a ja spadam. Cóż, życie. Jednemu daje, drugiemu odbiera. Tak, zawsze ci zazdrościłam.

Askar z Varią chcą lecieć do naszych rodziców. Jeszcze przed Criticorum chciałam ich odwiedzić. Wtedy sądziłam, że zaczynam życie od początku i chciałam oczyścić tę ranę. Przylecieć, może spróbować jakiegokolwiek pojednania. Teraz to nie ma już najmniejszego znaczenia. Nie ma nowego początku. Jest pustka. Nie, nie polecę z wami. Jakiż to byłby żałosny widok – Askar zwycięzca, hrabia, coraz bogatszy, coraz bardziej wpływowy. Odnalazł się w wielkim świecie, przynosi zaszczyt nazwisku. Jego wybranka – może nie taka, jaką sobie wymarzyli, ale to nic, w świetle jego ostatnich zasługi i sukcesów. I jego siostra, która wszystko traci. Która zaiste powinna w owym klasztorze pozostać, bo do niczego się nie nadaje. Askar z Varią i Leila na końcu pochodu. Znowu przegrana, znowu w tyle. Nie, nie dam wam tego widoku.
Pierścionek zaręczynowy na palcu Varii. Cóż, życzę wam szczęścia, och, jak bardzo staram się życzyć wam szczęścia. Niech wam będzie słodko... aż do zrzygania! I kiedy tak patrzę na ciebie Vario, widzę, jak próbujesz wyciągać do mnie rękę. A ja – co ci powiem. Budujesz sobie gniazdko na gruzach mojego szczęścia, na ruinach tego, czym byłam. Bo wszystko straciłam za twoją przyczyną i nie potrafię ci tego zapomnieć. Wiem, wiem, to nie twoja wina. Zdaję sobie z tego sprawę. Zresztą gdybym wierzyła, że to twoja wina już dawno byłabyś martwa. Więc żyjcie sobie, swoim życiem. To już nie moja sprawa. Mnie tutaj, z wami już po prostu nie ma. Jesteście obcy. Obcy. Nie mam prawa mieć pretensji do obcych ludzi.

Manuel zaprasza na Ungavorox. Pozwalam unieść się wydarzeniom.

Stolica zbudowana na drzewach. Całkiem ciekawie to wygląda. Jeszcze parę miesięcy temu pewnie natychmiast wybrałabym się od dżungli. Msza – za poległych członków załogi okrętu Manuela. Docierają do mnie jakieś strzępki informacji – coś się stało w okolicach Nowego Roku. Nie mówią mi to i nie pytam. Jak już nadmieniłam wyżej, nie moja sprawa. Zabierają nas na budowę klasztoru Świętego Allawa. Potem wycieczka. Odwiedziny w stolicy voroxów.

Lot na Pentateuch. Żal mi, kiedy patrzę na Jenny, ale nie jestem w stanie jej teraz pomóc. Z Manuelem też źle. Moebius ostatnio ciągle schlany. Ciekawe, czy to w związku z Fatimą? Wszystko się sypie, przynajmniej tak to wygląda. Czy i tym razem niczego nie zauważasz, mój wspaniały bracie, zajęty Varią, ratowaniem świata i swoją nową flotą?

Zaburzenie okultystyczne. Potem alarm. Zbiegowisko przed kajutą Manuela. Kalinthi wisi w powietrzu, nieprzytomny. Krew kapiąca na podłogę. Na szczęście odzyskuje przytomność, teraz szybko – możesz schować te skrzydła? Do medlabu. Badania wykazują krwotok w płucach, poza tym żadnych anomalii. Z kolei okultystycznie – jak gdyby skrzydła Manuela wypuściły korzenie, które zaczynają wrastać w ciało. Oktawian twierdzi, że otrzymał je od empireala w nagrodę za uratowanie. Czemu zatem teraz najwyraźniej zaczynają mu szkodzić?

Dolatujemy do planety. Zupełnie przypadkiem dowiaduję się, że dzieje się tutaj coś dziwnego – dookoła Pentateuchu pojawił się pierścień pyłowy oraz asteroidy. Ponadto na orbicie krąży podstawiony przez AlMalików pancernik – który, jak się później dowiadujemy osłania operacje kościelnych. Ci zaś zabrali się za małe przemeblowanie planety. Asteroidy i pierścień to ich dzieło. Na samej powierzchni prowadzone są intensywne prace – zmieniają biegi rzek, tworzą sztuczne jeziora, sadzą lasy... ciekawe, czy zabrali się też za przestawianie gór.

Manuel chce odnaleźć pewnego mnicha, który podobno jest w posiadaniu starożytnych ksiąg z rytuałami geomantycznymi. Tyle, że niespecjalnie chce się owymi pismami dzielić. Były patriarcha liczy jednak, że uda mu się go przekonać. Okazuje się, iż mnich był przyjacielem naszego pradziadka. Oktawian uważa, że postawienie przed nim Askara nastroi go pozytywnie, mnichowi przypomną się stare czasy, wpadnie w sentymentalny nastrój i w tymże sentymentalnym nastroju nabierze nagłej ochoty na przekazanie pism Doramosa Manuelowi. Ciekawa koncepcja.

Lądujemy w pobliżu miejsca przebywania owego mnicha – ponoć kieruje on teraz „wykopkami”. W drodze na „miejsce budowy” mijamy wioskę.

Krzyk jakiegoś człowieka. Zaciskam zęby. Przed nami stoi sobie oddziałek żołnierzy w charakterystycznych mundurach. Wypisz wymaluj te z wizji przeszłości. O – i nawet robią to, co i tam. Właśnie jeden bije chłopa, krzycząc coś o nakazie ekshumacji zwłok. Gdzieś w głowie rozbrzmiewa mi „precz z Teokracją!”. Ech, kochany jakby sytuacja była inna inaczej byśmy sobie pogadali. Zaczęłoby się np. od wymierzenia w ciebie kilkunastu karabinów... Tyle że teraz... bezradnie zaciskam pięści. Więc... już zaczyna się spełniać. Oglądam właśnie narodziny tego, co niszczyliśmy w przyszłości. Manuel wdaje się z żołdakiem w dyskusję, ale jego autorytet byłego patriarchy nie robi zbytniego wrażenia. Zwłoki należy palić. Jeśli chłopi nie stosowali się do tego nakazu i grzebali swoich zmarłych w ziemi zwyczajem amalteańskim, teraz muszą ich wykopać. A jak nie chcą to stosuje się środki przymusu bezpośredniego. A teraz śpieszą się przed burzą... Burza, znów przypomina mi się wizja przyszłości. Inna sprawa, że żołnierz naprawdę boi się, że z ziemi powstaną skorupy. To ma związek ze zmianami przeprowadzanymi na planecie – eskatonicy budzą moce. Zapewne nie wyniknie z tego wiele dobrego, ale w zasadzie, jakie to ma znaczenie.

Dotarliśmy na miejsce. W tamtym namiocie zebrały się szychy. Manuel wypycha Askara naprzód. Słyszymy koniec rozmowy - tak, to poszukiwany mnich. Właśnie przekonuje, że trzeba jeszcze „przesunąć” rzekę. To opóźni budowę, ale inaczej nie dojdzie do prawidłowego przecięcia się linii mocy, a planują urządzić tutaj wielki węzeł. Gdy tylko wchodzimy wszyscy zaczynają się nam przyglądać. No tak, pewnie znowu odpalili wszystkie moce skanujące. Heh, nie wiem, mnie to zawsze wydawało się po prostu niegrzeczne. Mimo wszystko jednak mnich zaprasza nas do swojej jaskini.

Całkiem wygodnie się tutaj urządził. Powiedziałabym pustelnia z wygodami. O, niespodzianka – mnich nie mieszka sam. Wita się z nami czarnowłosa, zielonooka, smagła kobieta. Wygląda dość młodo, mnich przedstawia ją jako... naszą kuzynkę Maat. Widzę, że Askar jest wyraźnie zdziwiony i jakby... spięty. Ja trochę też, ale cóż... miło spotkać kogoś z rodziny. Zapraszają do stołu, tylko czemu jakoś drętwo się nagle zrobiło. Konwersacja cokolwiek wysilona, Askar opowiada o „wielkim świecie”. Nagle Varia wypala, że chciałaby się nauczyć robić takie krzesła... skąd nagle przyszła jej ochota na naukę wyplatania foteli z korzeni? I bach, dostaję od Askara pakiet informacji. Maat jest symbiontką. Aha. A raczej buhahaha. Momentalnie uświadamiam sobie wagę całej sytuacji... No proszę, to nasz pradziad został błogosławionym, tfu – świętym (ale to po znajomości, wiec nie wiem, czy się liczy...) za to, że wolał umrzeć niż zostać symbiontem... A tutaj – nieznana nam krewna... symbiontka... „Ale kto jest matką?” – wyrywa mi się zanim zdołam się powstrzymać. Ech, cień.. „Sekwoja” komentuje Manuel teatralnym szeptem. Mnich jednak, nawet nie urażony moim wyskokiem, tłumaczy, że Maat powstała, gdy Allaw próbował z początku wyciąć zakażoną tkankę. Genialnie.. zatem Maat w pewnym sensie jest naszym pradziadkiem. Nasz święty pradziadek, bohaterski Allaw, inkarnowany w postaci symbionckiej dziewczyny. I tak oto rodzinna legenda poszła się je... ee znaczy, zajmować owcami.

Manuel porusza kwestie manuskryptów, jednak spotyka go rozczarowanie. Mnich naprawdę nie ma żadnych starych ksiąg. Wszystko, co robi teraz, robi sam z Maat.

Tak, podejrzewam, że dlatego idzie wam tak dobrze - dziewczyna po prostu działa instynktownie. Korzysta z symbionckiej części swojej natury.

A co robią? Mnich twierdzi, że początkowy zamysł Doramosa został wypaczony przez jego następców, których działania zaburzyły sieć geomantyczną planety. Teraz oni zamierzają odtworzyć oryginalne rozwiązania i przywrócić planecie „pełną moc”.

Świetnie, po prostu genialnie, już wierzę w to „odtwarzanie pomysłów Doramosa”. Szczególnie pod kierunkiem wyższego symbionta. Taak , rewelacja, przekazanie jej faktycznego kierowania rekonfiguracją sieci całej planety to z pewnością rozsądne posunięcie. Zapewne panna przygotowuje teraz Pentateuch do inwazji swoich „rodaków”. Ale, w sumie niech tutaj wlatują i zajmują, jest mi wszystko jedno. I tak cały świat się wali, co więc jeszcze ma jakiekolwiek znaczenie? Miłej zabawy.

Askar musiał usłyszeć moje myśli...och, chyba nie powiedziałam tego głośno, źle ze mną... Obrusza się, „dlaczego podejrzewasz o złe zamiary kuzynkę”. No tak, Askar już zaklasyfikował Maat, „rodzina – po naszej stronie, a jeśli nie to patrz punkt pierwszy”. Ach, cóż za urocze przekonanie, że Allawowie nie mogą być źli. Sinuhe pewnie by przytaknął...

Mnich przekazuje Manuelowi swoje notatki. Oktawian nie jest może do końca uszczęśliwiony, ale chyba doszedł do wniosku, że dobre i to. No cóż, „pozostań w zdrowiu, kuzynko” i czas nam w drogę.


Komentuj (4)


Link :: 07.09.2006 :: 17:14
15 martius 5003

Nieoczekiwane spotkanie cz.2 - Zamach

Sesja Wewnatrztygodniowa

BY LEILA

Pożegnawszy się z mnichem Korneliusem wyruszamy w drogę powrotną. Nasz skoczek leci sobie spokojnie nad pagórkowatym, lesistym terenem.

Zmysł zagrożenia zaczyna szaleć. Co do... Wybuch... odruchowo łapię się kurczowo fotela, dobrze, że miałam zapięte pasy. Błysk, łomot, zgrzyt metalu. Krzyk Moebiusa... Wyrwa, ogromna wyrwa, w miejscu oderwanej tylnej połowy skoczka, w której siedzieli Askar, Varia i Manuel. I w której były silniki... Trzymać się, tylko się trzymać. Wpadamy w korkociąg... szaleńczy kalejdoskop w oprawie strzępów metalu: niebo, pagórki, niebo, las, niebo, las coraz bliżej... Niebo... Drzewa, korony drzew... Trzymać się... Tym razem nie uda się wylądować...

A jednak się udało. Rozglądam się po tym, co zostało z kabiny pasażerskiej. Napotykam spojrzenie Moebiusa. Ostrożnie, wstać... Jakimś cudem chyba nic poważnego mi nie jest. Moebius również wygląda na nieuszkodzonego. Jenny? 49? Ufff, żyją i chyba też nie są połamani. Do kabiny pilotów. Jeden ma całkowicie zmiażdżoną klatkę piersiową, drugi jest nieprzytomny. Jenny natychmiast się nim zajmuje. Prosi 49 o pomoc w wyniesieniu go razem z fotelem ze skoczka. Sugeruję, by ułożyć go we w miarę osłoniętym miejscu. Część z silnikami odpadła, więc raczej nie grozi nam wybuch. Możemy się rozejrzeć. Znajdujemy dwie apteczki, kanistry z wodą i racje żywnościowe. Jest też broń – dwa karabiny.

Ktokolwiek nas zestrzelił najprawdopodobniej przyjdzie tutaj sprawdzić, czy ktoś nie przeżył. Musimy być na to przygotowani. Moebius idzie się rozejrzeć, ja również znajduję sobie punkt obserwacyjny. Jesteśmy w lesie, teren zarośnięty jest dość gęsto, jedynie tam, gdzie spadliśmy przez kilkadziesiąt metrów ciągnie się wyrwa. Gdzieniegdzie dostrzegam białe, wapienne ostańce. Próbuję wyczuć Askara, jest jednak zbyt daleko, mam jednak wrażenie, że żyje. Nad koronami drzew dostrzegam postrzępione szczyty gór i zwały burzowych chmur. Zbliża się nawałnica. Niebo nad nami zachmurza się podejrzanie szybko. W oddali słychać grzmoty. Jenny sugeruje, byśmy przeczekali w skoczku. Wprawdzie istnieje ryzyko, że ten ktoś, kto nas zestrzelił przyjdzie tutaj ze swoją wyrzutnią rakiet, jednakże szykuje się naprawdę solidna burza a my mamy rannego. Trudno – będziemy pilnować wyrwy, poza tym ulewa może opóźnić ich akcję. Zatem – pakujemy się z powrotem do środka. Jenny, która zdążyła już opatrzyć pilota zawija go w koc. W samą porę, gdyż momentalnie robi się ciemno. Na kilku drzewach tańczą błękitnawe iskry wyładowań. Wszyscy mamy wrażenie, że to nie będzie zwykła burza. 49 przytomnie przypomina nam o uwadze żołnierza Teokracji na temat skorup powstających podczas tego typu zjawisk. Moebius profilaktycznie rozcina martwego pilota na pół.

Najpierw dociera do nas zapach ozonu. Potem czuję mrowienie – to zmysł psi. Dookoła nas gęstnieje nieukierunkowana moc. Chwilę później ulewa rozbrzmiewa werblem kropel na dachu skoczka. Pioruny zaczynają uderzać dookoła nas, co kilkanaście sekund tonący w deszczu las rozświetlają błyskawice. Tak, w takich warunkach raczej tutaj nie przyjdą. Pozostaje czekać.

Błysk pioruna, który uderza kilkanaście metrów od nas oślepia mnie... Białe, ostre światło...

...które przechodzi w łagodny, purpurowo-złoto-pomarańczowy poblask wieczoru. Przede mną rozpościera się morze – ogromne, spokojne, pokryte migotliwymi plamkami światła odbitego od pomarszczonej drobnymi falami tafli wody. Siedzę na zboczu porośniętym trawą, jej długie ciemnozielone źdźbła, powleczone pomarańczowym światłem zachodzącego słońca gną się pod dotknięciem wieczornej bryzy. Poniżej – grupka ludzi... w charakterystycznych „azimowych” strojach. Właśnie coś im opowiadam... tjaaaa... cóżby innego – o Azimie... I wszystko byłoby w porządku gdyby nie potworny ból głowy, któremu towarzyszy nakładanie się obrazów...

Bo jednocześnie jestem gdzieś indziej. Idę korytarzem kosmicznej stacji... Obok mnie grupa ludzi w czarnych mundurach. Nie, to nie jest stacja... To statek... Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć swój własny statek, choć tyci! Powiedziałam statek... Okręt. MÓJ okręt! Mój własny okręt... Superdrednaught! Nareszcie. Ja dowodzę. Nie Askar, który w wizjach był komodorem! Ha, tym razem to ja jestem KIMŚ. Właśnie idę na mostek. Moja flota szykuje się do ostatecznej bitwy. Znam dowódcę wrogiej floty, aż za dobrze znam. Powiedziałabym – jak brata... Gdzieś, w głębi rozrywanej świadomości pojawiają się informacje. Otóż po wojnie nie kto inny tylko ja i Askar zaczęliśmy zbierać wokół siebie sojuszników, to, co pozostało. I w końcu zostaliśmy – my dwoje. Teraz szykujemy się do ostatecznego starcia.

Wieczór nad morzem... Słuchający mnie ludzie... Narastający ból. Nie wytrzymam tego równoległego istnienia. Muszę wybrać...

Mostek, coraz bliżej. Stukot kroków mojej obstawy...

Mimo wszystko, to jest mój brat...

Razem z nim na pokładzie ich flagowego okrętu jest Varia...

Dlaczego po jednej wyniszczającej wojnie, mielibyśmy wszczynać drugą. Dla urażonej dumy mojej? Nie, nie wierzę... To za duża stawka. Za duża.

Wybrzeże, już tylko połowa purpurowej tarczy słońca wystaje znad horyzontu.

Nie, żebym chciała skończyć, jako kapłanka kultu Azima albo coś w tym rodzaju... czy piewczyni jego zasług... Jednak...

Nie chcę wojny. Moja dusza pragnie spokoju. Próbuję odsunąć od siebie wizję bitwy i zagłębić się w łagodnym zmierzchu...

Mamy dwukrotną przewagę liczebną, ta bitwa jest już wygrana. Szykuj się, bracie, na śmierć. Czarna Noc nadciąga nad Znane Światy...

Azim, jego rezerwa, kiedy wspomina Giorgija. Giorgija, który go zdradził. Dziękuję mu za jego lekcje psi, których udzielił mi zaraz po tym, jak dowiedział się, że stałam się celem psionicznego ataku. Udzielił, choć przecież bał się uczyć kogokolwiek odwracania. Lekko ironiczny uśmiech. „Może będę mieć choć jednego ucznia, który wyjdzie na ludzi”.

W zasadzie tylko te słowa trzymają mnie jakoś jeszcze. Tak bardzo nie chcę Cię zawieść. To ze względu na Ciebie nie poleciałam z Hamadem. I – kiedy zdecydowałam się żyć - to także dlatego, że chciałam jeszcze z Tobą porozmawiać... Choć przyznaję, powątpiewam, byś potrafił mi odpowiedzieć, jak teraz mam żyć.

Droga na mostek wydłuża się... rozmywa... oddala

Słońce topi się w morzu. Ból głowy słabnie. Powtarzam im treść rozmowy w Isfahanie. Iść – własną, samotną ścieżką... nikogo nie potrzebować... Od nikogo nie zależeć. Przez nikogo się nie definiować... Nadchodzi noc.

Wnętrze skoczka. Deszcz... Mijają godziny.

Burza osłabła. Spróbuję teraz „wyjść z siebie” i rozejrzeć się po okolicy. Niestety, najwyraźniej okultystyczne oddziaływanie wciąż jest za silne. Dookoła mnie pędzą barwne, migoczące fragmenty... wirują, mienią się.... tak, jakbym nagle trafiła do kolorowego, rwącego strumienia. Hmmm – czy to pomarańczowe coś to strzęp czyjejś aury? A tutaj nić – dokładnie taka, jaka łączy mnie z ciałem, gdy korzystam z eksterioryzacji. Niewesoło. Ale nic to. Ostrożnie oddalam się od swojego ciała. Z całych sił opierając się psionicznej wichurze lecę po rozwijającej się spirali. Chwilami muszę całą swoją wolę wytężać, by przelecieć choć trochę naprzód, z kolei, gdy poruszam się „z prądem” muszę uważać, by mnie nie zniosło. Udaje mi się oddalić zaledwie kilkadziesiąt metrów od skoczka. Jakiś ruch... nie, to tylko wiewiórka... To nie ma sensu. Najwyraźniej trzeba odczekać jeszcze trochę.

Jenny modli się gdzieś w głębi. Moebius z karabinem w garści sadowi się przy wyrwie w skoczku tak, by widzieć „porębę”. Biorę drugi i siadam obok niego. Z pewnością nie strzelam aż tak dobrze jak on, ale może się przydam. Nasz Samozwańczy Minioddział Derwiszy Leśnych jest zwarty i gotowy do akcji. Ruch w krzakach. Spokojnie, to tylko lisek... biedne zwierzątko, na tym fragmencie otwartej przestrzeni wichura wywraca go, szara kula futra toczy się w krzewy po drugiej stronie wyrwy. Coś musiało go spłoszyć. Moebius koncentruje się jeszcze bardziej. Ostrożnie odbezpiecza karabin i ustawia na strzały po trzy w serii. Robię dokładnie to samo. Aktywuje się moje wyczucie zagrożenia... Nor-Yian celuje, nie widzę do czego, ale sądząc, ze staranności, z jaką się przymierza, coś dostrzegł.

Huk wystrzałów. To Moebius. I ktoś stamtąd. Świst, Nor-Yian pada na ziemię pociągając mnie za sobą. Kule rykoszetują we wnętrzu skoczka. Chwila ciszy. Strzelec chyba został trafiony. Moebius wyskakuje. Mam nadzieję, że wie, co robi. Zostaję na miejscu, w razie gdyby, będę go stamtąd ubezpieczać. Cholera, nic nie widzę. Cisza. Cisza. Strzały, odgłosy szamotaniny w krzakach. Co tam się dzieje? I nagle, jak nie łomotnie.

49 masz karabin, jak zobaczysz kogoś obcego strzelaj. Ja idę. Chwila koncentracji i dookoła mnie tworzy się kokon ściany siły woli. Ostrożnie. Teraz przekraść się w krzaki. Jest Moebius... leży w kałuży krwi... przywalony ciałem komandosa... a raczej osmalonymi strzępami ciała. Rozglądam się dookoła. Na razie czysto. Teraz szybko. Zrzucam trupa z Moebiusa i sprawdzam tętno. Żyje, jednak nie jestem w stanie ocenić, jak poważne są obrażenia. Z pewnością oberwał solidnie, muszę jak najszybciej przetransportować go do skoczka, do Jenny. Aktywuję ramiona umysłu i ostrożnie podnoszę nieprzytomnego Nor-Yiana.

Jest już prawie na miejscu, gdy nagle zza moich pleców dobiega głos: „Odłóż ukara, odwróć się i ręce do góry”. Wolno opuszczam Moebiusa na ziemię. Gdy się odwracam, widzę mierzącego do mnie z karabinu żołnierza. Czy moje obie tarcze wytrzymają bezpośredni ostrzał z broni automatycznej z tak bliskiej odległości? „Na ziemię, ręce na głowę, twarzą w dół” Cholera. Komandos podchodzi. O nie, tym razem nie dam się zrobić tak, jak na Criticorum. Dalekowidzenie - punkt trzy metry nad moją głową. I psyche. A teraz, synku zrobisz dokładnie to, co ci każę. Na początek opuścisz tę lufę. Potem – udamy się w bardziej osłonięte miejsce. Doskonale. Komunikator – 49, opanowałam jednego, na razie nic mi nie grozi, idę na zwiad, bez odbioru.

Odłóż ten taser. I idziemy – ty – kilka metrów przede mną. Zagłębimy się kawałeczek w las. Teraz w tamtą stronę. Zobaczymy, czy spotkamy jakichś twoich kolegów. Nie? Tym lepiej. Zawróć, trzeba sprawdzić las po drugiej stronie wyrwy. Wracając mijamy jeszcze dwa trupy – jednego zastrzelonego, drugiego zabitego nożem. To zapewne robota Moebiusa.

Nie udało mi się nikogo wypatrzyć. Podchodzę do skoczka od strony dziobu, obezwładniam żołnierza strzałem z tasera i kontaktuję się z 49. Czy ktoś mógłby mi pomóc wtaskać delikwenta do środka?

Niedługo później komandos leży sobie w samej bieliźnie powiązany kablami a my przeszukujemy jego rzeczy. Ma jeszcze pistolet, nóż i komunikator z ustawionymi siedmioma częstotliwościami. Oprócz tego – strzykawka z eliksirem. Przyda się Moebiusowi, który aktualnie leży nieopodal rannego pilota i wygląda nieszczególnie. Biorę karabin i wracam na czaty.

W międzyczasie Moebius skanuje jeńca. Okazuje się, że było ich ośmiu. Mieli dopilnować, by nikt nie przeżył. Nie wiedzieli, kto zestrzelił maszynę. Ponieważ skoczek rozpadł się na dwie części podzielili się na czteroosobowe podgrupy. Zatem teraz raczej nikt więcej nie przyjdzie. Uffff... Niestety, najemnik nie zna swoich zleceniodawców. Pracowali już dla nich – kilka dobrze płatnych zleceń. Teraz za wykonanie roboty dostali 10 000 feniksów. Pieniądze czekają w skrytce bankowej, klucz ma szef ekipy, który szczęśliwie jest jednym z zabitych przez Moebiusa. Przeszukujemy zwłoki, zbieramy broń. Okazuje się, że nieopodal zostawili skutery. Znajdujemy też mapę z zaznaczonymi miejscami upadku kawałków skoczka. Jest nieźle. W dodatku burza ucichła na tyle, że można spróbować znowu się rozejrzeć. Zapamiętuję mapę i lecę szukać reszty naszej gromadki. Jest tył skoczka, leży na skraju rozpadliny. I cztery skutery najemników nieopodal, jednak nie znajduję ciał. Próbuję znów „złapać Askara” ale coś odbija moją moc. Trzeba przeszukać wąwóz... Aktywność psioniczna...Jaskinia... może tu się schowali... gdy podlatuję, z groty wychodzą dwie dziwaczne istoty a za nimi – druga połowa naszej ekipy. Tym razem mindlink działa.



Komentuj (6)


Link :: 23.09.2006 :: 10:34
15 martius - 10 maius - 1 iunius 5003

Wyprawa na Moreau cz. 1

Sesja Wewnatrztygodniowa

BY LUDWIK/SETH

Sama rozmowa z Manuelem wiele nie wniosła … ale ta przynajmniej się odbyła. Długo czekałem, choć wcale nie jestem pewien co chciałem uzyskać, co chciałem usłyszeć. Znowu były pytania. Znowu o „tam”. I znowu o mnie.
To już chyba z pół roku minęło od wydarzeń na lotnisku, nie liczyłem. Wiele się zmieniło. Choć nie wszystko …
Widoczne rezultaty? Kimono. Mogą się dziwić. Sam się sobie dziwię. Ale czas coś zmienić. I poczekać na wynik zmian. Nie chcę stać w miejscu, a to właśnie robiłem przez ostatnie pół roku. Teraz zaś otrzymałem możliwość wyboru. Skorzystam z tej możliwości.
A co do tego … nie wiem. Mogą się nie zgodzić. Ani ona, ani on. Przede wszystkim jednak muszę spróbować. Koniec z nieróbstwem. Czas ucieka.

***


Ungavorox. Przyglądam się bliżej planecie, miastom. Obserwuję różnych ludzi. Mam nawet możliwość poznać kilka osób. Ich reakcje na mnie – raczej neutralne, choć uprzejme, o ile się orientuję. Poza tym – w pałacu jest duża biblioteka, a ja mam dużo czasu. Z chęcią tam przesiaduję, dzieląc czas pomiędzy trening, naukę, zwiedzanie i relaks. Muszę tylko uważać, żeby się zbytnio nie przyzwyczaić.

***


- To wszystko dla mnie? – zamyślił się, jakby nad czymś się zastanawiał, i po chwili dodał – Nigdy jeszcze nie miałem tak wielu rzeczy …
- Zacznij się przyzwyczajać – odparł Manuel …

***


Spotykamy się wszyscy na Ishtakr. My – przygotowani do drogi. Reszta … też. Chyba na wojnę lecimy. Flota, wojsko. Sporo tego. Z drugiej strony, lepiej mieć za dużo, niż za mało. Przynajmniej w kwestii wyposażenia.
Przyjęcie pożegnalne – czuć podniosłą atmosferę. I zdenerwowanie. Udziela się każdemu. Co nas czeka? Co spotkamy? Co zyskamy? Czy zyskamy? I czy w ogóle wrócimy? Na szczęście, większość z powyższych zagadnień nie spędza mi snu z powiek.
Lot trwa dosyć długo. To przez megatransportowiec, jego prędkość i konieczność ochrony. Przy wrotach problemów nie ma. Długi postój wykorzystujemy na zebranie się, by przejść przez nie wspólnie. By wspólnie opuścić ”znane światy”. Ciekawe, czy jeszcze kiedyś tu wrócimy?

Wlecieliśmy do układu w szyku bojowym, gotowi na gorące powitanie. Lub, jak niektórzy twierdzą, placówkę celną rodu Hakkonen. Nic jednak się nie stało. Czy to dobrze, czy źle – jeszcze się okaże. Tymczasem, nasze jednostki wykryły sygnał SOS, nadawany z bazy na jakiejś asteroidzie. Z ciężkim sercem, admirał Askar decyduje się podzielić flotę. My na lotniskowcu polecimy sprawdzić wiadomość, natomiast reszta jednostek, z dodatkową eskadrą myśliwców, będzie kierować się w stronę Moreau. Porównując prędkości, powinniśmy dogonić ich jeszcze na długo przed osiągnięciem planety.

Cóż … obecnie stacja górnicza nie jest zamieszkała. Ale była, około 650 lat temu. Świadczą o tym liczne ślady, zapiski, i ludzkie resztki. To, co się tu stało … głód, bunt, krwawe walki. Zezwierzęcenie …
Po tysiącach lat, w sytuacjach kryzysowych instynkt wciąż u człowieka bierze górę nad rozumem. Paradoksalnie – tu nastąpiło to z powodu techniki. A raczej jakiegoś jej błędu.
Nie zostajemy dłużej niż to potrzebne. Za to pojawiają się pierwsze pytania – co doprowadziło do … tego? Czemu planeta nie odpowiadała? Nie zapomnieli przecież. Kopalnia była sprawna i przynosiła duże zyski. Zapiski załogi mówią o próbach przywrócenia kontaktu, jednak żadnej odpowiedzi nie było. Powodu tej tragedii musimy poszukać na planecie.

Wolny czas poświęcam na ćwiczenia. Już wydarzenia sprzed kilku dni pokazały, że trzeba być gotowym na wszystko. Zbliżamy się do planety. Naprawdę, myślę, że kwestia nazwania pozostałych nie jest aż tak ważna w tym momencie. Jeszcze będzie na to czas.

Pierwsze wyniki z czujników i sond już napływają do komputerów. Planeta z dużą ilością wody, o klimacie w większości tropikalnym, z niewielkimi czapami lodowymi. Trochę gór, trochę sawann … i dżungla. Rozległa, pokrywająca wyspy i kontynenty połać lasu. Tylko nad jedną z wysp utrzymuje się gruba warstwa ciemnych chmur, sugerująca aktywność sejsmiczną. Śladów cywilizacji brak, poza tym wygląda na zwyczajną planetę.
Pozory jednak mylą. A nawet nie pozory. Trudno, żeby aparatura wykazała planetarne anomalie na poziomie … okultystycznym. Jak się okazało – jest tu specyficzna, bardzo rozstrojona sieć geomantyczna. Przypuszczalnie wpływa ona bardzo niekorzystnie na stosowanie mocy. Do tego stopnia, że używanie niektórych grozi powikłaniami, kto wie czy nie trwałymi. Zdaje się, że w miarę bezpieczne są jedynie takie, które działają na samego psychonika, nie ingerując w otoczenie. Szczególnie brzemienne w skutkach mogą być próby oddziaływań telepatycznych. Zapamiętać.
Swoją drogą – ciekawe, w jaki sposób na planecie zachowywaliby się Symbionci? Możliwe, że i od nich jest ona wolna, ze względu na niekorzystną aurę. A może … wręcz przeciwnie? Zobaczy się.
A teraz, może by tak sprawdzić księżyce? Właśnie. Odnaleziono kolejną bazę. I – jak się może wydawać – powód odcięcia kopalni. Kopuła ochraniająca miasteczko i kompleks fabryczny jest zniszczona. Meteorytem. Niewielkim, ale dobrze wycelowanym. Biorąc pod uwagę precyzję uderzenia, o przypadku mowy być nie może. Największemu zniszczeniu uległa część przemysłowa. To na niej okruch kosmicznej skały się zatrzymał.
Pora na zbadanie w bardziej bezpośredni sposób. Oględziny pozwalają stwierdzić, że miasto było zamieszkane w momencie katastrofy. Około 30 tysięcy istot rozumnych. Nie tylko ludzi. Mieszkały tu również mutanty, zapewne miejscowej produkcji. Dwa rodzaje – jedni dość postawni, bezwłosi, o ciemnej karnacji i zwinnych dłoniach, drudzy … przypominali baśniowego potwora – Minotaura. Olbrzymiego wzrostu i siły, zapewne z przeznaczeniem do walki. Ciekawe po co? Dzieci chyba nie znaleźliśmy.
Kolejna ciekawostka – po kosmicznym ataku ktoś jeszcze pofatygował się pod kopułę i zabrał wszystko z kompleksu fabrycznego. Jedynie prywatne mieszkania pozostały w stanie w miarę nienaruszonym. Znaleźliśmy między innymi ‘śniegową kapsułę’ z repliką jakiegoś strzelistego budynku. Czy to pamiątka stąd? Klimat na planecie śniegowi nie sprzyja. Może to tylko konwencja. A może nie.
Podsumowując – na ogólne warunki panujące na planecie przygotowani jesteśmy. Jedynie ograniczenia w stosowaniu mocy psychicznych utrudnić mogą codzienną egzystencję, treningi będę więc musiał prowadzić na okręcie, o ile będzie to możliwe. Pytanie jednak, czy gotowi jesteśmy na to kogo lub co tutaj spotkamy? Bo planet nie porzuca się bez powodu. Nie w ten sposób.

DODATKI:
Przemowa majora Hawkinsa

Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń