Menu :


Link :: 07.09.2008 :: 08:39
30-31 III 5004

Pożegnania

Drużyna Hazacka

By ALEJANDRO

Ze wspomnień Vincenta Emilio Vegi

...Komendant po wieściach owych tragicznych, które rankiem przyszły, pół dnia przesiedział jakoby w odrętwieniu. Z gabinetu się nie ruszał, nikogo nie chciał widzieć. Przerzucał papiery, których miał jeszcze stos, nie czytając. Raportów słuchał jednym uchem. Służący nosili mu jeść, tylko po to by po godzinie wynosić nietknięte, wystygłe posiłki. Po południu dopiero otrząsnął się nieco, niewątpliwie pomogła w tym rozmowa z Ines... przy której nie byłem obecny, tedy nie pytajcie.
Nasi spece, jakby kto był ciekaw, w dalszym ciągu przetrząsali ogród, w medlabie Hieronim ślęczał nad próbkami krwi Jasminy, w których kromie dwóch promili nie uświadczył innej substancji. Sama simulacra pozostała na pokojach... a wejścia do nich pilnowano.

Na wieść o śmierci Lucindy cały pałac pogrążył się w żałobie. Na tyle ciężkiej, że nawet Wróble ani jednej beczki nie wychlali. Fakt, że don Alejandro był pośrednim, niemniej istotnym sprawcą owej śmierci, pozostawał swego rodzaju tajemnica poliszynela. Zapytany, pewnie by się nie wypierał, jednakże na jednego twierdzącego, że jest to jego wina, przypadłoby dwóch chętnych poszczerbić ewentualnego delatora. W każdym razie, popołudnie i wieczór upłynęły w ponurym spokoju. A i noc także.

Późnym bardzo rankiem Ineza, zaniepokojona nieco milczeniem i brakiem jakichkolwiek wiadomości, zapukała do drzwi Jasminy. Przeważnie, że wyjaśnię, w takim przypadku otwierał jeden z jej grimsonów. A tu – cisza... Po kilku minutach czekania markiza kazała towarzyszącym jej strażnikom otworzyć. Gość gościem, był to jej dom, miała ku temu święte prawo. Drzwi, jak się okazało, nie były zamknięte. Ot, starczyło klamkę nacisnąć. A w środku...
Pierwszym, co ujrzała, i na co jej przyboczni wyciągnęli gnaty, były trupy obu grimsonów. Tym razem nie wyłączeni, tym razem martwi. Bez śladu jakiejkolwiek przemocy. A w następnym pokoju, w łóżku Jasminy – kolejny trup. Zgoła niespodziewany - zewłok sędziwej, pomarszczonej staruszki. Leżący pośród wypadłych siwych włosów. Drobny, lekki, jakby uczyniony z papieru...  
Ines wezwała duchem Hieronima, krótko po nim wpadł i komendant. Ku zdziwieniu markizy, komendant rzekł jeno „tak samo”, na co padre przytaknął i pokręcił ze smutkiem głową.
Gdy zabrano ciała, opowiedział Inezie o wszystkim. O pierwszym simulacrum, które dotarło – już w postaci staruszki – do komendanta na B2, tylko po to by umrzeć w progu. O wyprawie na Pentateuch. O poszukiwaniach w klasztorze Eskatoników. O uśmierceniu kolejnej kopii Aidy. Wreszcie o tym, jak przyrzekł odnaleźć ostatnie simulacrum i dziecko... gdyż aż do spotkania Jasminy mniemał, że jest tylko jedno. 
A ciało ostatniej z pięciu kopii Aidy przed chwilą wyniesiono. Tak, dziatki. Zgrzybiała babuleńka dzień wcześniej była młodą, piękną Jasminą. A teraz była martwa.
Ledwie komendant skończył opowieść, wszedł Hieronim. Don Alejandro wiedział już, co usłyszy. W kilka minut po rozpoczęciu sekcji ciało simulacry obróciło się w gliniany pył. Tak, jak to się stało rok wcześniej. Zanim to nastąpiło, najwyraźniej próbowała utrzymać się przy życiu, wysysając dziw z grimsonów... albo-li oddali jej go sami, w taki sposób po raz ostatni broniąc jej życia i ginąc przy tym.

W taki to smutny sposób zakończył się krótki żywot kobiety zwanej Jasminą. Kim była? Kto i dlaczego postawił ją na naszej drodze? O tym później... historia nie zakończyła się bowiem z jej śmiercią.
Kim była dla Alejandro Corrinho, pytacie? Dużo czasu minęło, zanim opowiedział mi wszystko... po pierwsze, zaskoczeniem. Simulacrum, które przesłuchiwał na Pentateuch, miało umysł dziecka. Kilka prostych dyrektyw a wskazówek, które jej wpojono, typu „to jest Alejandro, on jest przyjazny”. Wiecie, wystarczyło by powiedział, że zwie się Rodrigo, a już się gubiła. A Jasmina... cóż rzec, była tworem doskonałym. Człowiekiem. Kobietą. Ktokolwiek ją stworzył, pragnąc zrobić ją na obraz i podobieństwo Aidy, uczynił to w zupełności. Nie wspominając o tym, że dowiodła tej doskonałości, wydając na świat Adelaidę.
Owszem, przeczuwał że nie znalazła się na Keth-Kordeth przypadkiem. Że ktoś zapewne ją tam wysłał – niewykluczone, że właśnie z uwagi na niego. Ale potem, w jej obecności, zdarzało mu się o tym zapomnieć. Liczyło się to, że była. Tak bardzo przypominała mu Aidę... a przy tym nigdy nie próbowała jej udawać.  
Pamiętam, raz w gniewie spytała czy jest dlań zabawką. Nigdy nie ośmieliłem się zapytać go o to samo. Co jednak myślę, spytacie? Zabawką nie była, mniejsza z tym że nie dałaby z siebie takowej uczynić. Dla komendanta była jako... medalion, który ukazywał mu konterfekt Aidy. I gotów jestem swój rapier postawić, acz nigdy nie spytałem – snadź nie chciał by była kimkolwiek więcej. Cóż chciała ona? Tego już nikt nigdy nie powie...
Nie myślcie jednak, jeśli chodzi o Jasminę rozum naszego diuka znajdował się na karku, nie zaś w femurałach. Zwłaszcza że potem, od czasu lotu na Iblisa, robiła się czasem... nieludzka, to chyba dobre słowo. Nawet nie to, że ubiła żołnierza bezmyślnie, gdy ów już nie był groźny. Tylko coraz częściej, gdy się z nią rozmawiało, człek widział – nawet nie obojętność.,. Pustkę. Jakbyś na posąg, i to dłuta kiepskiego rzeźbiarza, patrzył. Takiego braku emocji, dziatki, nie da się odegrać. Człek zaczynał się zastanawiać, czy raczej całe jej zachowanie, cały pozór tego, co czy ni nas ludźmi, nie był jeno maską – nałożona na ową pustkę. Co pociągnęło, już później, kolejne pytania. Któż mógł zaręczyć, że wszystko nie jest jeno grą, że po maską Aidy nie kryje się jeno golem, wykonujący zadanie? I – jakie zadanie? Może właśnie takie, by powiedzieć diukowi o dziecku, a potem pozwolić by zniknęło. A może robiła to owszem zaprogramowana, lubo nieświadoma... i krzywdziliśmy ją tymi podejrzeniami...
De mortibus nihil nisi bene. Tedy póki co nihil. Czas nadejdzie, gdy wam opowiem... na przykład to, że nigdy się nie dowiedzieliśmy. Jeszcze nie teraz, dziatki...

Czy plan wylotu na Pentateuch tym samym upadł? Uprzedzając nieco fakty – a gdzie tam! 
Ktokolwiek za tym stał, zapewne życzył sobie obecności komendanta na kościelnej planecie. Oczywiście, że to pułapka, rzecze komendant. Oczywiście, że tam polecę, powiada. Zaraz po Keth-Kordeth. Ineza błysnęła ząbkami, snadź rada z pomysłu. Don Alejandro przedsięwziął wyprawę nie tylko dlatego, że mogła ona rozwikłać tajemnicę simulacr. Przede wszystkim, dał słowo Jasminie. Wprosiła się na wyprawę, pytasz? Nie, to nam przyszło prosić by nas podrzuciła. Przypominam że ona miała jacht, podczas gdy komendantowa fura, ciężko postrzelana i niezdolna do lotu, orbitowała gdzieś w systemie Keth. Tedy to Ines wyświadczała nam uprzejmość, oferując zawieźć nasze zadki na Keth i Pentateuch.

Na tym zamknięto chwilowo temat Jasminy i Adelaidy. Oczywiście, poszukiwania trwały, ale nikt się cudów nie spodziewał... skoro nie tak dawno bez niczego przywieziono na B2 klatkę z demonem – nie byłoby wielkim problemem wywieźć niemowlę. Komendant kazał tylko zabrać prochy Jasminy – tej części obietnicy też zamierzał dotrzymać.

Popołudnie tudzież dzień cały następny upłynęły z pozoru spokojnie, w rzeczywistości jednak bardzo nerwowo. Nerwowość udzielała się zwłaszcza specom szykującym ambasadę do uroczystości. Od początku bowiem mieli na karku ekipę cesarską. Owszem, było to rutynowe postępowanie, bez kontroli wykonanej przez bezpieczników Cesarz nie mógł się nigdzie pojawić. Tylko, widzicie, niełaska Aleksiusa wobec dona Alejandro udzieliła się kilka szczebelków w dół od obu panów... Tedy było bardzo nerwowo. Obie ekipy powarkiwały na siebie, przestawiały... Cesarscy nie ukrywali zbytnio, że najchętniej wysłaliby naszych w diabły, pchali się z buciorami wszędzie, pogardy też kryć nie chcieli. Chłopcy majora Coltazara też nie wypadli sroce spod ogona, uprzejmie acz nie zawsze cenzuralnie przypominali o każdym przekraczaniu kompetencji. Oj, widać było że jeno poczucie obowiązku, a i pewnie wizja konsekwencji, jakie by wyciągnął każdy z pryncypałów, powstrzymała obie strony od wymiany ostrzejszych argumentów. To znaczy, powstrzymała póki co – w ciągu tygodnia od balu odbyły się cztery pojedynki. 
W pałacyku zasię odbywało się pakowanie. Mniejsza z przenosinami do nowej ambasady, po balu nie mieliśmy zabawić wiele na planecie. Oczywiście, nie był to już okręt cesarski, jacht Inezy mógł czekać do woli, niemniej postanowiono że następnego dnia o siedemnastej wyruszy on na Keth. Może nie było to w takim pośpiechu jak na balu u Archibalda, ale i tak przyszło nam, z niewielka przerwą na odpoczynek w pałacyku, niemal skakać z balu na orbitę.

Tedy w końcu mogła się odbyć uroczystość. Oficjalny ingres konsula Wolnych Hazatów na B2. Tudzież, co było publiczną tajemnicą, ingres Inezy na oficjalnego ambasadora. A to już było coś, dziatki. Oznaczało to ni mniej ni więcej, a uznanie nas za ród przez Cesarstwo. Dlaczego Ines a nie Alejandro, pytasz? Właśnie dlatego... mniejsza z tym, że ona od kołyski była chowana na polityka, on zasię był żołnierzem... sęk w tym, że Aleksius nie chciałby zatwierdzić na tym stanowisku naszego diuka, ze względu na Stygmat. Gdyby Juan Montgomery wysłał listy zapowiednie dla komendanta, a cesarz ich nie uznał, to byłby koniec... Wolni Hazaci dlań nie istnieją... To nie jest casting do holovidu, dziatki... nie możesz powiedzieć „nie podoba się, przyślemy następnego”... Ambasador reprezentuje ród swoją osobą, zmarnowanie Stygmatu przez diuka Corrinho również stałoby się etykietką tegoż rodu. 

Tedy nie don Alejandro grał na balu pierwsze skrzypce. Przyjęcie było na tyle wystawne, na ile pozwalały trzy dni przygotowań i ograniczone fundusze... a i tak Vargas, jakem słyszał, biadolił jeszcze bity tydzień nad ekspensami. I tak jedynie dwa najwyższe piętra i taras były przygotowane, nasi spece przeprogramowali windę by zatrzymywała się tylko tam... po co któryś z gości miał zobaczyć gołe ściany i kable na wierzchu? Niemniej, czym chata bogata, nie mogę rzec byśmy wypadli ubogo. 
Ines jako gospodyni od początku stała przy lądowisku, witając co bardziej dostojnych gości. Wszystkich nie mogła, rzecz jasna, gdyż wtedy przyszłoby jej spędzić całą uroczystość na dole... i przegapiłaby własny ingres. Takie do bólu oficjalne imprezy rządzą się własnymi prawami, których nikt nie narusza... na przykład, wiadomo było że bal oficjalnie zaczyna się o dwudziestej, co oznaczało że ambasadorowie Wielkich Rodów tudzież spóźnią się mniej niż dwie godziny. Dlaczego o tyle? Albowiem o dwudziestej drugiej zjawi się, wyprzedzony zapewne o kwadrans przez Marcusa Palamona, Cesarz. O tej porze Ines opuściła posterunek i dołączyła do zabawy.
Do tego czasu markizie wypadało witać gości, wymieniać mniej lub bardziej szczere komplementy z gośćmi i wzajem z innymi damami obcałowywać sobie wzajem powietrze koło kolczyków. Na ten przykład – co mnie nie zdziwiło – powitanie z Eleonorą i Archibaldem Hawkwood było wcale serdeczne... gdy zasię zjawiła się Natasza Decados, powitanie i komplementy obie panie wymieniły w temperaturze właściwej raczej kosmicznej pustce... zwłaszcza że na-arcyksiężna wybrała strój zdecydowanie hazacki, odpowiedni raczej włościance, niemniej wielce cieszący oko... na dobitek, włosy miała tym razem czarne. Czy uczyniła to pod gospodarzy, czy by więcej zirytować Inezę... cóż, każda wiedziała swoje.
Nie dane jej było jednak siać fermentu zbyt długo, albowiem zjawiła się wraz z towarzyszącym jej Iwanowiczem i niedużą świtą może pół godziny przed cesarzem. A właściwie przed jego archiwistą, błaznem, showmanem i nosicielem berła w jednej osobie. 
Aleksius wkroczył jak zwykle poprzedzany przez Mazzarina, a flankowany – co też stawało się regułą – przez dwóch Kosiarzy. Tym razem pokurcz wszedł istotnie w błazeńskim wdzianku, zamiast noszonego przy oficjalnych okazjach berła dzierżąc model pancernika klasy Cadiz. Wycelował go w Nataszę, w fajerwerku iskier z dzioba wysunęła się chorągiewka – a jakże – z napisem BANG. Snadź niezadowolony z braku jej reakcji, pieprznął Cadizem o ścianę, wydobył ze szczątków berło i oddał je Aleksiusowi.
Wtedy dopiero mógł miłościwie nam panujący zasiąść na tronie, z Mazzarinem w charakterze podnóżka – i przejść do części oficjalnej.  
Przed majestat cesarski wystąpił konsul Flavio Metternich. Wasza cesarska mość, powiada, jaśnie oświecony Juan Montgomery Hirański przesyła listy uwierzytelniające. Podszedł do tronu, wyminął Mazzarina (któren nie zrobił nic, wiedząc dobrze że na tej nominacji nie koniec), wręczył papierki. Aleksius odczytał głośno nominację, zatwierdził konsula który na to dictum przyklęknął i, jak to mawiali, cmoknął cesarza w pierdzionek. 
Nadszedł teraz czas na starannie wyreżyserowany gwóźdź programu. Zdawało się, cesarz po części oficjalnej zaraz się podniesie, muzyka zacznie grac... ale nie, konsul dobył jeszcze jeden list, ogłosił donośnie że jego arcyksiążęca mość przesyła jeszcze listy akredytujące dla nowej ambasador Wolnych Hazatów na B2. Zgadnijcie, kogo? Ines imion czworga de Sierra Nevada, rzecz jasna.
Sala balowa rozbrzmiała dziesiątkami ochów, achów i podobnych manifestacji udawanego zaskoczenia. Najlepiej wypadła w tym sama zainteresowana – spłoniona, z rozszerzonymi nozdrzami, piersią falującą, na sekundę pozwoliła sobie na rozwarcie oczu i pełen niedowierzania uśmiech, potem zasię skłoniła głowę, jakby przyjmując brzemię. Podeszła tedy do tronu, Aleksius odczytał nominację i oddał listy Mazzarinowi, który jął je wertować z fałszywym zainteresowaniem. Czekał na okazję by powarcholić – i takowa nadeszła. Ledwie więc minęła ta chwila, gdy większość mężczyzn na sali zazdrościła aleksiusowemu pierścieniowi, zakrzyknął głośno VETO. Brak stempla, powiada, tedy nominacja nieważna. Ines spojrzała na cesarza, któren nagle z niebywałą uwagą jął studiować żyrandol podwieszony pod sufitem. A błazen cesarski pozwolił minutę suspensu, po czym pogrzebał w kieszeniach. Wyciągnął pieczęć z połowy ziemniaka, mruknął „nie, to hawkwoodzka”. Potem drugą, z buraka (decadoska)... dopiero trzecia, z rzepy, okazała się tą odpowiednią. Przystawił, po czym ogłosił ze nominacji i tak nie będzie, gdyż on sam nie został w cesarski pierścień cmoknięty. Markiza popełniła błąd, oświadczając że żadnego pierścienia na jego pokurczowatej osobie nie widzi. Mazzarin niemal podskoczył z radości, po czym odwrócił się i mało dwornie wypiął... cóż, pierścień.
Cesarz, jakby się kto pytał, przeniósł swą atencję na kolejny kandelabr. Stojąca w centrum uwagi Ines rozejrzała się, jakby nieco bezradnie... niemniej kilku biesiadników, w tym moja skromna osoba, wskazało jej rozwiązanie. Podniosła tedy kieckę, delikatnie rzecz jasna, do pół kształtnej łydki, po czym z lekkiego wymachu przykopała w wypiętą rzyć archiwisty. Poleciał teatralnie na pysk, coś tam pod nosem wymamrotał, ale błazeństw już zaniechał.

Część oficjalna na tym się zakończyła. Zagrała kapela, cesarz ze świeżo upieczoną ambasador poprowadzili pierwszy taniec, część gości ruszyła w ich ślady, inni zasię zaatakowali stoły z jadłem i napitkami. Po kilku tańcach przerwano raz jeszcze, by arcybiskup Palamon poświecił budynek. Padre pomachał więc kropidłem (a obok mnie Vargas pod nosem liczył machnięcia - „sto, dwieście, trzysta, czterysta, pięćset feniksów”). 
Zabawa trwała dalej. Po kilku tańcach Ineza mogła wreszcie chwilkę odpocząć i zająć się dąsaniem na Wolvertona. Kawaler wprawdzie przywitał się przybywszy, ale potem zniknął na trochę... po to, by po części oficjalnej pojawić się – o zgrozo – w towarzystwie innej kobiety!. Co gorsza, platynowej blondynki, he he... naturalnie, piękna markiza nie mogła sobie pozwolić na jawne ukazanie dąsa, jak i każdej innej słabości, ale kto wiedział na co uważać, ten dojrzał...
Komendant... demony, snuł się ponury, z jednym i tym samym kielichem od początku, raczej z grzeczności zmuszając się do konwersacji czy tańca. A aktorem był kiepskim. Jedynie z Archibaldem i Nataszą wdał się w dłuższą rozmowę. No i Ines... około północy zobaczyłem, jak rozmawiają na tarasie. Potem diuk spełnił z nią toast i cisnął kielichem z balkonu.
Natasza zasię jak zwykle bardziej bawiła się gośćmi niż z nimi. Przybyła sama (z Iwanowiczem jako pomagierem, nie zaś towarzyszem ), tedy z czystej ciekawości – tudzież aby z wprawy nie wyjść, jąłem zgadywać z kim opuści ten bal. 
Tak to już jest, dziatki. Mężczyznę mającego wiele kochanek się podziwia, niewiastę mającą wielu kochanków nazywa się wszetecznicą... chyba że jest zbyt wpływowa, wtedy lży się ją po cichu. 
Raz czy dwa przyuważyła moje spojrzenie... co zrobiłem, pytasz? Dam ci radę na przyszłość. Nie odwracaj spojrzenia, gdyż tym pokazujesz żeś winny. Ukłoń się, wszak patrzysz na damę. I uśmiechnij się. A jeśli i tak poczuje się urażona – cóż, co to za bal bez pojedynku?
Kokietowała wszystkich i nikogo zarazem. Kilka razy widziałem, jak odchodzi od rozmówcy pozostawiając go czerwonego jako ten burak. Oraz jednego Hawkwooda, któren zagadnięty zwyczajnie podał tyły. Nie wiedzieć, czy przeraziła go perspektywa rozmowy z nią, czy jej nieodłączne, nagie niewolnice. Oczywiście nie znaczy to, że każdego obrażała bądź zawstydzała. Mówię o tym, co się w oczy rzucało. 
Ja też, ma się rozumieć, nie spędziłem całego balu na szpiegowaniu decadoskiej na-arcyksiężnej. Ot, co się robi na balu, mówić nie muszę. Pokonwersował człek, popił co nieco, na parkiet też wypadało... trochę po północy, gdym właśnie rozmawiał z jednym z adiutantów Archibalda, ów nagle rzucił spojrzenie za moje plecy, niewieścia rączka wsunęła się pod moje ramię...
- Duszno mi tu, kawalerze. Zechcesz odprowadzić mnie do skoczka?
Wyszedłem tedy z Nataszą, goniony – jak mi później opowiedział Capa – spojrzeniem Ines, władnym topić ceramstal...  
- Byłażby w tym, powiadasz, nutka zazdrości?
 - Och, cała uwertura, Vincente...


Zabawne... próbując oceniać i zgadywać, nie spodziewałem się że w łożnicy Nataszy znajdę się ja sam. Co? Jak było, pytasz? Detale, gówniarzu? Odpowiem ci tak: nie okryłem się dyshonorem wtedy, u niej... ani nigdy później nie okryłem się, rozpowiadając o szczegółach żadnemu śliniącemu się smarkowi. Co, urażonyś? Mogę ci dać satysfakcję choćby zaraz... 

Ech, ta młodzież... Ale, coś wam powiem o samej Nataszy. Oczywiście, zostawiła za sobą całe hałdy złamanych męskich serc tudzież nieco rannych i zabitych zalotników... i znacznie więcej ośmieszonych. Podobnie jak Ines, rzec by można... Aby nie stać się jednym z takich, należało, cóż, znać swoje miejsce. Och, nie mówię o tym że pomiędzy ochami i achami należało tytułować ją książęcą mością... Niemniej dobrze było wiedzieć, na co można liczyć, a na co nie. Na co można sobie pozwolić. Pamiętać, że to ona decyduje, na jak długo kochanek staje się jej równym... a ty przeważnie nie masz na to wielkiego wpływu. Czasem chciała mężczyzny na jedną noc, czasem na dwutygodniowy romans. Owszem, czasem też miała chęć i fantazję uwieść jakiegoś szczeniaka specjalnie po to, by go potem złamać, ale nie tak często jakbyś myślał. 
Dlatego wiedziałem, co chce ode mnie. Kochanka na jedną noc – ni mniej, ni więcej. Oczywiście, mogłem się mylić...
Zaprawdę, nie pojmuję dlaczego kler grzmi z ambon o grzechu i rozwiązłości, podczas gdy to jeden z najpiękniejszych darów Wszechstwórcy, możność dawania sobie wzajem rozkoszy a przyjemności. Tak, jak dane to było Nataszy i mnie. I nie, nie szczycę się tym żem zległ z na-arcyksiężną... jeno tym, synkowie, że wtedy nie była już na-arcyksiężną. Żem mógł pokazać jej, a i sobie również, kobietę kryjącą się za tym tytułem. I że pozwoliła, chciała, bym jej pokazał...
   
Opuściłem jej pałac bardzo późno dnia następnego. W sumie spóźniłem się tak bardzo, że poleciałem bez pośrednio na „Pas Oriona”, skoczkiem wraz z hrabią Iwanowiczem. Cóż, dziatki, jaśnie pani kazała mu zaczekać na mnie...

- Szczęśliwej podróży, kawalerze...
Vega z rewerencją ucałował dłoń Nataszy, kłaniając się nisko – jak należało przed na-arcyksiężną. Odwrócił się i ruszył do czekającego skoczka. Idąc nasłuchiwał kroków wracającej do pałacu Decadoski.
- Raz, dwa – zaczął odliczać – trzy, teraz...
Zerknął do tyłu przed ramię – akurat by zobaczyć, jak Natasza zatrzymuje się i spogląda za odchodzącym Hazatem... 


Moja nieobecność nie pozwoliła mi jeszcze spotkać kolejnej persony na naszej wyprawie. Osoby, która miała zastąpić Wolvertona. Tak, kawaler niespodziewanie ubył z ekspedycji... przyszedł się jednak pożegnać i przy okazji przedstawić nową reprezentantkę Rycerzy Poszukujących, Dydonę Rolas. Tą samą, z którą pojawił się był na balu poprzedniego dnia.
Przegapiłem niestety (choć tak bardzo nie żałowałem) chwilę, w której owa Dydona wyjaśniła z grubsza przyczynę jej znalezienia się na „Pasie Oriona” - a przy okazji setnie się zabawiła kosztem kawalera, któren – co za wstyd, przy Ines – języka w gębie zapomniał.

Przylecieliśmy wraz z Iwanowiczem dosłownie na ostatni dzwonek – naturalnie, jacht by bez nas nie odleciał, ale wstyd ze spóźnienia by pozostał.  

Tak to opuściliśmy B2, bez wielkiego żalu ze strony komendanta. Odlatywał rad, pomimo faktu, że cele naszej podróży też nie zapisały się kusząco w jego wspomnieniach. Miejsca, gdzie stracił dwie wielkie miłości swego życia. Czy bezpowrotnie? Kiedyś wam opowiem.
Keth-Kordeth i Pentateuch.
 




Komentuj (0)


Link :: 22.09.2008 :: 14:52
II 5004

Wyprawa cz. 5

Drużyna Leilowa

by Leila

7(ciąg dalszy). Nublar 

Po kilkugodzinnym odespaniu wróciłam na mostek Jana Heweliusza. Badania postępowały w dobrym tempie, wszystkie ekipy pracowały pełną parą. Miałam zamiar dołączyć do nich, jednak otrzymałam informację, że Morgash się ocknął i pragnie widzieć ze mną. Udałam się zatem na niszczyciel do medlabu, gdzie odesłałam ochronę i wyjaśniłam voroksowi, co się stało. Zgodziłam się na to, by go rozwiązać i zabrałam na Heweliusza, uważając, że lepiej, by znalazł się z dala od wciąż podejrzliwych członków załogi niszczyciela. Następnie udałam się pogadać z Trzema Pazurami, który także pomału dochodził do siebie. Wymieniliśmy kilka zdań, niewiele nowego się dowiedziałam. Zamierzałam sama udać się na powierzchnię Nublar, jednak otrzymałam z niszczyciela kolejną wiadomość. Do systemu wleciał nieoznakowany lekki krążownik i kieruje się w głąb systemu. Z tego, co wiedzieliśmy nikomu się nie przedstawił. Uznaliśmy, że konieczne będzie podjęcie środków ostrożności. Po długim namyśle (na szczęście tym razem miałam dużo czasu na podjęcie decyzji) zdecydowałam się wycofać wszystkie ekipy z planety na godzinę przed dotarciem krążownika nad Nublar i przemieścić obie jednostki tak, by były częściowo osłonięte. Żal mi było a i Morgash się lekko skrzywił, gdyż ewakuacja zajęła dużo czasu, jednak mogliśmy zostać zmuszeni do ucieczki a w takim wypadku nie można było przecież nikogo zostawić na powierzchni. Wyjaśniono mi, że nasz niszczyciel jest w stanie osiągać przyspieszenie większe niż ów krążownik, jednak Jan Heweliusz już nie. Dodatkowym problemem było to, iż nie mieliśmy kluczy z Nublar. Przez cały czas obserwowaliśmy działania innych orbitujących nad planeta jednostek. Niektóre z nich przemieściły się dalej, inne ustawiły we wspólny szyk, jeszcze inne zaś nie zmieniły położenia. Wysłaliśmy komunikaty do wszystkich z zapytaniem, co to może być za statek i czy w razie jego ataku planują wspólną obronę. Nasze sensory pozwoliły nam także dowiedzieć się nieco więcej o okręcie, który przypominał nieco budową jednostki budowane na Neo Shibie i, jak się okazało pochodził z owego władanego przez Decadosów systemu, na którym jakiś czas temu miał miejsce polityczny przewrót. Czas mijał, my czekaliśmy. Nie bardzo wiedziałam, co robić, w razie konfliktu. Na zwycięstwo z okrętem, gdyby przyszło do walki jeden na jeden nie mieliśmy zbyt wielkich szans. Planowałam ucieczkę, co jednak, jeśli ów okręt zamiast gonić nas po systemie od razu skierowałby się od wrót i tam na nas czekał? W ostateczności rozważałam wysadzenie krążownika, choć dla mnie samej konsekwencje byłyby dość przykre i dlatego wolałam tego uniknąć. Trzy Pazury kazał ponieść się do myśliwca (sam jeszcze był tak słaby, że nie mógł na nogach ustać) i wraz z drugim pilotem wylecieli, by zająć pozycje. Powiedziałam kapitanowi niszczyciela, że zdaję się na jego doświadczenie w ewentualnej bitwie. Obserwowaliśmy. Okręt wystrzelił coś. Rakiety, czy sondy? Minuty wlokły się niemiłosiernie. Samodetonujące sondy. Chwila ulgi, niedługa. Wkrótce potem otrzymaliśmy bowiem komunikat. Kapitan krążownika przedstawiał się i w słowach krótkich kazał nam się poddać i wpuścić jego ludzi na pokład. W celu zyskania na czasie wysłałam mu długą i kwiecistą odpowiedź, w której się przedstawialiśmy i obwieszczaliśmy, skąd jesteśmy, okraszony odpowiednią ilością imion, nazwisk i tytułów. Równocześnie rozesłaliśmy do innych zapytania, czy otrzymali z krążownika podobne wiadomości. Nie otrzymali. Cóż, pozostałe okręty i statki należały do blisko położonych systemów, my byliśmy przybyszami znikąd. Bez pleców. Zrozumiałam, że nikt nam nie pomoże. Jeden z planów zakładał wlecenie pomiędzy inne jednostki w nadziei, że zaczną strzelać do napastnika, niestety jednak istniało spore prawdopodobieństwo, że – chcąc się pozbyć kłopotu zaczną strzelać do nas. Zostaliśmy zatem sami. Kapitan krążownika ponowił polecenie poddania się i zaczął nas namierzać. Bałam się, że wywołamy międzynarodowy konflikt, jednak wiedziałam też, iż teraz mamy jakiekolwiek szanse, a gdy się poddamy pozostaniemy na ich łasce. Ja myślałam za to Trzy Pazury strzelił. Rakieta trafiła najwyraźniej w jakieś ważne miejsce, bo wybuch okazał się większy, niż spodziewaliśmy. Wtedy kapitan niszczyciela zwrócił się do mnie – powiedział, iż teraz tarcze okrętu są osłabione i jest najlepsza okazja na skuteczny atak. I cóż, rozkazałam oddać pełną salwę burtową w krążownik. Liczyłam, że zdołamy go uszkodzić i to opóźni pościg.

Niszczyciel wystrzelił, oni także, nieco później. Kilka sekund potem sensory wykazały serię wybuchów na krążowniku. Wrogi okręt dosłownie rozłupał się na pół – połowa „dziobowa” zaczęła opadać na Nublar, zaś rufowa dryfowała gdzieś w kosmos. Nasz niszczyciel został tylko nieznacznie uszkodzony. Część spadająca miała zetknąć się z atmosferą za 4 minuty. Za mało, by kogokolwiek ewakuować, za to tak duży fragment nie spaliłby się w atmosferze i istniała szansa, że mógłby uderzyć w jakieś osiedle. Rozkazałam ją zniszczyć. Potem zaś ekipom naukowym poleciłam wrócić do pracy, przesiadłam się na niszczyciel i polecieliśmy za dryfującą częścią. Odbił od niej prom. Trzy Pazury chciał udać się go przejąć, ja zaś poleciałam (na eksterio oczywiście) sprawdzić rufę. Znalazłam tylko rannych i trupy. Wysłaliśmy tam ekipy. Gdy dowiedziałam się, że dobijają rannych kazałam zaprzestać i przenieść ich do medlabu. Trzem Pazurom udało się przejąć prom – pojmaliśmy jego załogę, kilkunastu wystraszonych ludzi. Kazałam ich rozdzielić i przesłuchać, unikając w miarę możności okrucieństwa. Zajęto się rannymi, szybko jednak okazało się, że ludzie ci otrzymali taką dawkę promieniowania, iż nie mają szans na przeżycie. Ku swemu przerażeniu raz zauważyłam, jak jeden z członków załogi znęca się nad nieprzytomnym. Kolejna decyzja – poleciłam ich bezboleśnie zabić, tak, by nie odzyskali przytomności. Sama udałam się porozmawiać z najwyższym stopniem pojmanym. Nie był skory do współpracy, więc, by oszczędzić mu tortur sięgnęłam do jego głowy. Jak się okazało niegdyś pracowali dla władz poprzedniego reżimu na dekadoskiej planecie. Kiedy jednak reżim został obalony niedobitki poprzedniej grupy rządzącej uciekły – w tym i oni, nieco uszkodzonym krążownikiem. Od tej pory byli piratami – obejrzałam sobie całkiem pokaźną kolekcję morderstw i gwałtów, których się dopuszczali. Odetchnęłam z ulgą – zatem nikt się o nich nie upomni. Skończywszy, wyrecytowałam pojmanemu część tego, czego się dowiedziałam dodając jeszcze kilka szczegółów z jego przeszłości. Następnie poleciłam wyciągnąć przynajmniej od kilku zeznania, że trudnią się piractwem, nalegając jednak, by ich za bardzo nie uszkodzić przy tym. Tymczasem ekipy pracowały nad resztką krążownika. Trzy Pazury udał się tam też, poprosiwszy, by przyznać mu do pomocy 2 jeńców (wybraliśmy najbardziej przestraszonych). Koniec końców udało się wyhamować krążownik. Powstało pytanie – co zrobić? Nie mieliśmy czasu ani środków na wywiezienie go z systemu. Wymontowaliśmy zatem, co się dało i zaczęliśmy dumać, co z resztą. Ani jej zabrać, ani zostawić. Tutaj nagle i niespodziewanie koncept mi się objawił – sprzedać na miejscu. W końcu inni nie wiedzieli, że i tak nie możemy resztek krążownika zabrać. Co też zrobiliśmy. Przedstawiciele korporacji z Neo Shiby w zamian za wrak wystawili nam „talony” na 4 czołgi. Jeńcy przyznali się do piractwa i obwieszczono mi, że piractwo karane jest śmiercią. Wolałam wprawdzie zawieść ich Manuelowi, by zdecydował, co zrobić, jednak wyjaśniono mi, że po pierwsze jesteśmy w kosmosie i zasoby są ograniczone, po drugie zaś istnieje ryzyko buntu, gdyż jeńcy doskonale zdają sobie sprawę, iż nie mają nic do stracenia. Może rozważałabym wysadzenie ich gdzieś na pustkowiu (choć najpewniej wtedy dotarliby w końcu do jakiejś osady, sterroryzowali mieszkańców, okradli, część zabili)– jednak to była Nublar. Pozostawienie ich na szaleństwo gorączki wydało mi się jeszcze paskudniejszym rozwiązaniem. Zgodziłam się zatem na proces jeszcze tego samego dnia, jednak jego przeprowadzenie zostawiłam kapitanowi niszczyciela. Kazałam ich wszakże nie wyrzucać w próżnię. Dwaj, którzy współpracowali nie zostali zabici. Naszych też kilku zginęło, więc jedzenia i powietrza starczy. 

Tymczasem naukowcy pracowali. Zdecydowałam się wydłużyć nasz pobyt w systemie o te kilka dni, które statek z Kirinyagi i tak miał na nas czekać. Wysłaliśmy ekipy na księżyc Nublar. Chciałam choć spróbować wyjaśnić sprawę psionika, który nas zaatakował – Trzy Pazury dowiedział się, że ów nie żyje. Ciała nie udało nam się znaleźć, nie natrafiliśmy też na żaden inny ślad. Musieliśmy zatem też sprawę pozostawić niewyjaśnioną. Skończyliśmy zbierać dane i odlecieliśmy z systemu. 

8. Goliat.

W układzie Goliata czekała nas wiadomość, że Manuel się spóźni. Mieliśmy jednak dużo do zrobienia. Mieliśmy mnóstwo danych do zanalizowania, zaś żołnierzom należał się odpoczynek. Urządziliśmy uroczystość z okazji zwycięstwa, na której odznaczyłam kapitana niszczyciela. 

Czekaliśmy. Oprócz pracy dużo medytowałam. W końcu zdobyłam się na to, choć ta moc jakoś nie do końca mnie przekonywała, gdyż ceniłam sobie poczucie jedności mojego umysłu. Potrzebowałam jednak pomocy w pracy oraz mieć do kogo gębę otworzyć. Trudno, nie mam z kim porozmawiać, będę rozmawiać ze sobą. Mój cień się śmiał i wypominał mi moją słabość. Bałam się, że zniszczy mi to, co takim staraniem osiągnęłam.

Manuel przybył, ale bez Aleksieja. Powiedział, że Kurganie chcą zachować neutralność w konflikcie Cesarstwo-Zakon. Przysłali jednak dwa okręty, które miały nam pomóc w przebijaniu się przez Graala. Aleksiej dowiedział się o jakichś Decadosach wśród Kurgan i poleciał z nimi gadać. Nie było już zatem na kogo czekać i wróciliśmy do układu Demeter. Żal mi było, że nie możemy kontynuować – tyle wszak było światów do odwiedzenia. Sam chętnie udałabym się na Vo Skell. Manuel powiedział, że teraz okoliczności uniemożliwiają mu to, lecz nie wyklucza takiej wyprawy w przyszłości. Podarował mi też całkiem pojemny okruch duszy. 

9. Demeter – epilog.

Dotarłszy na Demeter dowiedzieliśmy się, że flota z Limbo już tam czeka, choć odnieśli bardzo poważne straty w alce z Xanami. Manuel planował teraz atak na Graala i przebicie się. Po prawdzie to najchętniej zostałabym na Demeter nadzorując rozbudowę infrastruktury na moich ziemiach i analizując zdobyte podczas wyprawy dane. Manuel jednak twierdził, iż mogę się przydać. Głupio mi było odmówić. Ostrzegłam go o konsekwencjach i zgodziłam się. Co ciekawe, również Trzy Pazury wyraził chęć towarzyszenia Manuelowi. Został nawet jego ochroniarzem. Potem rozdzieliliśmy się – ja poleciałam odwiedzić swe ziemie, Manuel zaś udał się na rozmowy. 





Komentuj (0)



FORUM

[Księga gości]

WSTĘP

Postacie

Aida
Alejandro Corrinho Dulcinea
Alexander Wolverton
Andrew Hakkonen
Askar Al-Allaw
Azim
Fatima Al-Malik
Leila Al-Allaw
Manuel Trinidad Li Halan
Moebius
Seth
Varia
Vasil
Vlad Al-Allaw
Volrath "Trzy Pazury"

Hazackiego pierdoły gawędy

Matka Wojna
Wiara, nadzieja, miłość
Baronet w Zalotach

Chronologia

5003 (22.06.07)
5002 (21.08.06)
5001 (09.08.05)
5000 (29.01.05)
4999
4998
Czasy prekampanijne (10.12.05)

Kroniki Leili (27.03.05)
Listy (21.05.06)

Raporty Specjalne

Kfiatki z sesji (22.06.07)

Handouty

Download

Mapa Cesarstwa (duża)
Błogosławiony Allaw
Dar Ikony
Piękna Callista
Historia rodu Corrinho
Genealogia Alejandro Corrinho Dulcinea
Tabele GSowe

Galerie

GALERIA MATKI MONIKI
Kalendarz z Azimem na 5002
Kalendarz z Owieczką na 5002
Załoga Allawa
Prawdziwa twarz Askara
Sora Tenema LiHalan - Autoportret
Grunsh - by Monika
Prawdziwa twarz Niedzielnych
Prawdziwa twarz Drejkowych
Alejandro ręką Fatimy nakreślon
Varia i Ewa by Fatima
Askar i jego fanka by Fatima

Zaprzyjaznione blogi

GSowe

Blog Askara

RPGowe

Sekretne Zwoje Pani Noriko z rodu Isawa
Blog DeadLands by Cathia
Blog DeadLands by Ramel
Blog Rippers
Blog Maga "Rozbita Rzeczywistość"
Blog Wampirzy Yaviego

Sznureczki

Nasza strona GS
Forum Moorholda
Bufor Sathra


ownlog.com

2017
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń